Słuchajcie siebie - Ireneusz Gralik

Kup ebooka

48.46 zł
40.22 zł (41,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Ta książka pokazuje, że świat przed każdym z was stoi otworem. Przede mną także. Wszyscy go kształtujecie według wiedzy, jaką posiadacie oraz ciekawości, która popycha was naprzód do poznawania go. Jedni w swoim życiu kroki stawiają świadomie, inni nie. Nie zmienia to faktu, że także go tworzą. Robią to swoją myślą, wykonaną czynnością lub jej brakiem, bo to także jest kształtowanie własnej rzeczywistości.

Napisałem ją, aby ci co po nią sięgną, utwierdzili się w tym, bo na pewno wiedzą, że można podnosić się, przechodząc próby i testy w dniach swego życia.

Jest zbiorem moich przeżyć, w których brałem udział na własne życzenie. Sam przez cały czas wybierałem drogi, dokładnie je selekcjonując. Jeśli nagle pojawiało się przede mną utrudnienie, to ja decydowałem, w jaki sposób mam sobie z nim poradzić.

Wiem, że po każdym przejściu jestem pełniejszy. Doświadczałem ich, jakbym zbierał z różnych miejsc rozsypane kawałki siebie.

To, co przeczytacie na kolejnych stronach, jest kolejnym - bo przecież nie pierwszym i nie ostatnim przykładem, a zarazem dowodem na to - że należy walczyć o siebie i o swoje marzenia. Jest świadectwem niezłomnej wiary w siebie, chęci do życia, a zarazem do jego tworzenia.

Jest potwierdzeniem, że nie warto rezygnować z własnych wizji w życiu, odwiedzając w nim wyznaczone przez siebie miejsca, zawierając znajomości lub rezygnować z niektórych zwłaszcza z tych, które nie służą. Cały czas słuchając przy tym swojego wewnętrznego głosu.

Od września 1999 roku pracuję w branży ubezpieczeń na życie. W niej zetknąłem się z określeniem mojej osoby: skoczek-komandos.

Jeden z kolejnych dyrektorów naszego oddziału nazwał mnie tak, przyglądając się mojej historii zawodowej.

"Komandos" dlatego, że wylądowałem w Warszawie, przeprowadzając się z Bydgoszczy. Pracowałem na terenie miasta, z którego nie pochodzę. Poruszałem się po nieznanym mi świecie. Zacząłem dzwonić do obcych sobie ludzi, sukcesywnie poznawałem ich i budowałem z nimi relacje. W branży ubezpieczeń na życie, założenie jest proste: "Rozmawiaj o ubezpieczeniach z tymi, których znasz. Później, w miarę możliwości, proś o polecenia, abyś mógł spotkać się z ich znajomymi".

Moje działania były odmienne od wszystkich znanych mi osób z branży. W Warszawie znałem cztery osoby, do których mogłem udać się, aby rozmawiać o ewentualnym ich ubezpieczeniu. Dlatego chciałem i musiałem włożyć zdecydowanie więcej czasu i wysiłku w poznawanie nowych ludzi.

Podstawowym elementem wchodzącym w skład mojego warsztatu, była bardzo wysoka jakość mojej pracy. Klienci po miesiącu lub kwartale lawinowo nie rezygnowali z podpisanych ze mną umów.

Kolejna sprawa to duża sprzedaż. Nie mam na myśli super miesiąca, kwartału czy świetnego jednego roku. Podpisywałem umowy z klientami ciągle - na nieprzerwanie wysokim poziomie. Przez ponad dziesięć lat - rok po roku.

Jeden z dyrektorów regionalnych stworzył swoje kryterium, według którego przyjmował ludzi do pracy. Było nim m.in. kilkuletnie zamieszkanie w Warszawie. Przyszłym kandydatom miało to ułatwić łatwiejsze poruszanie się po tym specyficznym rynku. Powiedział, że gdybym składał do niego CV, odrzuciłby je. Ach, te umysłowe analizy i biznesowo-korporacyjne założenia.

W tej książce przytoczę, przez co przeszedłem w jedynym miejscu w Polsce, o bardzo swoistej energii. Warszawa jest zlepkiem kultur i zachowań ludzi, którzy każdego dnia i każdej nocy tworzą to miasto. Na małej powierzchni mamy skumulowane przywiezione ze sobą sposoby na radzenie sobie z życiem. Z łatwością spotyka się odmienne widzenie otaczającej nas rzeczywistości, którą codziennie sami kreujemy. Budują ją wszyscy jej mieszkańcy, ludzie osiedlający się z całej Polski oraz wielu krajów świata.

Na moją wyboistą drogę zawodową, nałożyły się przejścia i nagłe tąpnięcia w życiu osobistym. Na fundamentach starego siebie, budowałem swoje nowe JA. Te wydarzenia nie zabiły mnie, a jedynie wzmocniły.

Przede mną z hukiem otwierały się drzwi do nowych miejsc, a powstałe sytuacje raz delikatnie zapraszały mnie do wzięcia udziału w kolejnych odsłonach mego życia, a innym razem same mnie wpychały, abym w nowo powstałych warunkach zaczął się realizować.

Mogłoby też tak się zdarzyć, że gdybym wiedział, co mnie w nich czeka, sam z własnej woli tam bym nie wszedł. Na tym właśnie polega tajemnica naszego życia - że co jakiś czas odkrywa przed nami coś nowego, detal po detalu. Sączy dla nas informacje.

Przez to, że jest w nim ciągły ruch, odsłania przede mną mnóstwo świetnych okazji, przydatnych dla mojego rozwoju. A przy okazji poznaję wspaniałych ludzi. Teraz świadomie korzystam z bogactw, jakie mi oferuje. Czerpię tyle, ile sił mi wystarcza.

Dwie potężne, wzburzone fale oceaniczne będące życiem osobistym i życiem zawodowym, zjawiły się przede mną, zalewając mnie z dwóch stron wielką wodą. Z czasem w lodowatych i wzburzonych jej prądach nauczyłem się dobrze pływać, a jej niska temperatura zahartowała mnie. Poznałem jej podpowierzchniowe prądy. Wiedziałem, kiedy i jaki przybiorą kierunek. Wskakiwałem na stworzone grzbiety fal pewnie i z lekkością unosiłem się na nich.

Opisuję moją podróż z samym sobą. Budowanie relacji z najbliższą mi osobą, z którą spędzam najwięcej czasu. Jestem z nią przez wszystkie mijające doby, składające się na pełne lata mego życia. Cały czas przypatruję się jej i wsłuchuję się w bicie jej serca. To przez te obserwacje odnajdywałem drogę do swego wnętrza, tak aby każdego dnia i każdej nocy, żyć w zgodzie i pełnej akceptacji siebie. Przebywam z najlepszym moim przyjacielem, którego szanuję, cenię i kocham. Uśmiecham się do niego, do nikogo innego, jak do Irka Gralika, słuchając siebie.

Z całego serca bardzo dziękuję każdemu, kto sięgnie po tę książkę. Na pewno lepiej będę się czuł, jeśli po jej przeczytaniu lub w trakcie lektury stwierdzicie, że warto wokół swego życia pochodzić i zadbać o nie - czyli o siebie. Lżej się żyje, gdy po ulicach chodzą uśmiechnięci ludzie!

Czytając ją lub nie, sami potwierdzicie, że tylko siebie słuchacie. To jest bardzo ważne. Może ktoś z waszych znajomych czy bliskich wspomnieć wam o niej podsuwając ją pod nos - ale także będą i tacy, którzy zdecydowanie będą ją odradzać, mówiąc, że to szmira. W ostateczności wy sami rozstrzygniecie czy zapoznacie się z jej treścią, czy ją odrzucicie. Najważniejsze, aby było to zgodne z wami. I o to was z głębi serca proszę. A także i z góry dziękuję. Słuchajcie siebie!

Ostatecznie to wy jesteście decydentem dla siebie. Nikt więcej. Jeśli jednak pozwalacie innym za siebie dokonywać wyborów, to i tak wcześniej wy sami musieliście wyrazić na to zgodę.

Na tych stronach opisuję to, co przeżyłem od 1998 roku do dnia dzisiejszego.

Zapraszam was w podróż.

Ireneusz Gralik

Wymienione w książce osoby są prawdziwe. U niektórych z nich zmieniłem imiona, ponieważ nie mam z nimi kontaktu, a inne nie odpowiedziały mi, gdy zwróciłem się do nich z prośbą o udzielenie zgody na użycie ich prawdziwych imion i nazwisk. Od których otrzymałem pozwolenia, użyłem autentycznych.

Życie zawodowe, Warszawa przed ubezpieczeniami

Prawie każdej osobie niepochodzącej z Warszawy, a przenoszącej się do niej, nie jest lekko przestawić i dostosować się do warunków, jakie tu panują. Trwa to jakiś czas. Z reguły są mocno zaskoczeni, widząc u mieszkańców inne sposoby na radzenie sobie z codziennym życiem. Zdecydowanie różniące się od tych, jakie do tej pory znali. Ci, którzy myślą o pozostaniu w niej na dłużej, muszą swoje dotychczasowe nawyki wyrzucić na śmietnik lub mocno je zmodyfikować. Miasto narzuca przestawienie się i dostosowanie do sposobów na spędzanie mijanych dób. To duża aglomeracja, na dodatek stolica. Tu są wszystkie firmy lub ich przedstawicielstwa. Państwowe urzędy, ambasady, wielkie dzielnice, w których przynajmniej na początku można łatwo się pogubić. Spore zagęszczenie ludzi, a przy nich życie nabiera niesłychanej prędkości. Widoczna jest jego stała rozbudowa. Powstają liczne biurowce, ulice i całe osiedla mieszkalne.

Dziesiątki tysięcy młodych i starszych próbuje się tu odnaleźć. Jedni dobrze sobie radzą, a inni wracają skąd przybyli lub kierują swe kroki jeszcze dalej. Aby po jej ulicach nie chodzić ze spuszczoną głową, należy regularnie sięgać i czerpać ze swych ukrytych wewnętrznych pokładów sił. Na pewno o wiele częściej niż w swoich rodzinnych stronach, gdzie stosunki pomiędzy ludźmi i rodzinami od pokoleń są znane i wypracowane. W dużym mieście jest się obranym z familijnych osłon ochrony przed życiem oraz nowo spotykanymi i poznawanymi osobami. Ludzie odbierani są takimi, jakimi jawią się w rzeczywistości, a nie jakimi wujek czy znajomi z osiedla kazali nam ich widzieć, myśleć czy mówić o nich. Nowo poznane osoby, od razu widzą założone maski, u osób próbujących być kimś innym, a nie sobą. Nie wszyscy obnażenia, wytrzymują. Nie ma w pobliżu kuzynostwa, którym można byłoby się wspomóc.

Warszawa to niespotykany zlepek ludzi napływających z każdego zakątka Polski. Mówi się, że prawdziwych warszawiaków z pokolenia na pokolenie jest niewielu. Przyjezdni przywieźli - w swoich głowach i sercach - wyniesione z dzieciństwa wartości i zachowania. Łatwo usłyszeć inne akcenty i zaśpiewy języka polskiego. Nie ruszając się ze swych rodzinnych stron, nie doświadczy się tego. Między innymi przyciągnął ich tu świat pieniędzy. Chcieli sobie, rodzinie lub znajomym udowodnić, że bez problemu z szeregu oferowanych na rynku ofert, można kupić mieszkanie za półtora miliona złotych, pośród wielu innych o podobnym lub wyższym standardzie. To wszystko dostępne na setkach strzeżonych osiedli typu "premium". Mogło ich też ściągnąć marzenie o realizowaniu się w jednej ze światowych korporacji. W stolicy istnieje szereg możliwości spełniania ukrytych marzeń, także i tych z lat młodzieńczych. Istnieją rozbudowane ośrodki kultury, prężnie działające teatry. Jednego dnia odbywa się tu wiele koncertów; nie sposób być na wszystkich. Ma się jedno ciało i doba jest za krótka. Ludzie są otwarci na nowości, na przepływ informacji i wiedzy. Witają kongresy naukowe i wystawy. W tym mieście można i chce się zrobić więcej. Ono nastraja do działania i aż chce się wkładać wysiłek w codzienne aktywności. W powietrzu czuć, jak drga ruch życia i chęć jego tworzenia. Na kilometrze kwadratowym jest tłoczno od ludzi kreatywnych - to nie są pojedyncze sztuki. Firmy i osoby mające główne siedziby w innych miejscowościach po jakimś czasie otwierają tu swoje biura, aby nie tracić kontaktu z klientami. Tu decyduje się o kierunkach wydawanych środków z budżetów firm.

Wjeżdżałem do Warszawy 19 kwietnia 1998 roku. Zbankrutowałem tak bardzo, że prawie nie posiadałem pieniędzy na zakup jedzenia. Jechałem do pracy, do mojego byłego dostawcy towaru, u którego także byłem zadłużony. Znaliśmy się kilka lat i wiedział, że jestem solidną firmą i potrafię pracować. Ufał mi, a ja jemu.

W Bydgoszczy zostawiłem półtorarocznego syna Jasia; na szczęście jego mama była przy nim. Nie mogłem inaczej. Nigdzie i z nikim nie mogłem już handlować. Nie miałem czym. Wszystko się nagle skończyło, tak jakby ktoś naraz zakręcił kurki z wodą. Wszystko co do tej pory znałem - umarło.

Na szczęście rozpoczynając pracę u Marcina nie byłem obciążony podstawowymi kosztami związanymi z przystosowaniem się do nowych warunków życia. Nie musiałem wynajmować mieszkania, pokoju czy łóżka. Pamiętam, że koszt wynajęcia samego łóżka w dzielnicy Ursus wynosił 250 złotych miesięcznie. Nie posiadałem takich pieniędzy. Marcin zezwolił mi na spanie w swoim domu, w jednym z wolnych pokoi. Dwupiętrowy ursuski dom był także siedzibą jego firmy z magazynami zapchanymi towarem.

Zaraz po przybyciu na miejsce zwróciłem się do niego z prośbą, o udzielenie mi zaliczki na poczet mojej pierwszej przyszłej pensji, w wysokości 400 złotych. Na szczęście zgodził się. Następnego dnia, z samego rana, przed rozpoczęciem pracy, udałem się na pobliską pocztę. Pieniądze wysłałem żonie, aby opłaciła jakąś niewielką część jednego z długów regularnie odwiedzającemu nas komornikowi, z którym zdążyliśmy się już "zapoznać, zaprzyjaźnić i polubić".

Pracę rozpocząłem w poniedziałek 20 kwietnia 1998 roku.

Mój szef w tamtym czasie był dealerem na Polskę firm: Panasonic (Technics), BASF, Sony, TDK, B&S, Maxwell i kilku innych. Sprzedawaliśmy miesięcznie wiele tysięcy kaset wideo, audio, mini dyski, płyty CD oraz innego rodzaju specjalistyczne nośniki dla telewizji i radia. Poszukiwane było także, oferowane przez nas, okablowanie audio, szeroki asortyment specjalistycznych baterii, słuchawek itd. Obroty robiliśmy dość spore. Od razu wskoczyłem do głębokiej wody, w handlowy ruch jakiego do tej pory nie widziałem. Wszystko było tu o wiele większe. Dni mijały, nabierając szalonego tempa. Czas kilkukrotnie przyspieszył.

Nasz towar trafiał do wielu miejsc w Polsce. Pierwsze działania Marcina to początki lat dziewięćdziesiątych i związana z nimi warszawska giełda elektroniczna, o nazwie Wolumen. W tamtym czasie w Polsce stanowiła centrum dystrybucyjne osprzętu i sprzętu elektronicznego. Lwia część (jeśli nie wszyscy) odbiorców hurtowych czy sklepy detaliczne z całej Polski, zaopatrywała się tu. Wówczas w kraju nie było sklepów wielkopowierzchniowych jak Media Markt. W tamtym czasie handlujący na Wolumenie dystrybuowali towary, jakie trafiały do sklepów elektronicznych na terenie całego kraju. Towar przechodził przez ręce kilkunastu chłopaków. Ktokolwiek chciał w dobrej cenie kupić jakiś sprzęt grający lub osprzęt elektroniczny, prędzej czy później musiał tu zawitać. Młodsi nie wiedzą, że kiedyś w sklepach nic nie można było kupić. Na giełdzie elektronicznej można było znaleźć to, do czego się wzdychało, bo wprowadzane na rynek nowinki pojawiały się tu pierwsze. Innym, już mniej szlachetnym obliczem tego miejsca, była prawie stu procentowa możliwość odnalezienia i ewentualnie odkupienia skradzionego radia ze swego auta.

Szybko przeskoczyłem do innej rzeczywistości. Jak na dłoni miałem zestawienie dwóch miast i ich jakże odmiennych energii. Zastała Bydgoszcz, w której mieszkałem od 6 roku życia i pędząca przed siebie stolica Polski. Dla mnie to był skok w nadprzestrzeń.

U Marcina miałem bardzo dużo zajęć. Pracowałem średnio po 12 godzin na dobę, ale zdarzały się dni, w których dochodziło do 16. Te przeciążenia dla mego organizmu zdarzały w dniach, gdy wyjeżdżaliśmy z towarem w trasy do Poznania i Trójmiasta. W tym drugim przypadku było o wiele ciężej, ponieważ mieliśmy odbiorców generujących największe obroty. Taki harmonogram prac miałem od 20 kwietnia 1998 do 20 lipca 1999 roku, czyli pracowałem przez 15 miesięcy, przez 7 dni w tygodniu non stop. Byłem zmęczony, ale i usatysfakcjonowany. Zadłużony, goniony przez wszystkich wokół Królik nie musiał już uciekać. Sukcesywnie spłacałem długi.

Pracowałem we wszystkie weekendy. Po krótkim czasie zacząłem prowadzić nasze stanowiska sprzedażowe na giełdach handlowych zamiast Marcina. Z samego rana w soboty jeździliśmy na stadion ŁKS do Łodzi, a w niedzielę byliśmy na warszawskim Wolumenie. Wykończony intensywnością prac w ciągu tygodnia i dobijając się nią dodatkowo w każdy weekend, lądowałem w wynajętym mieszkaniu w niedzielne popołudnie pomiędzy godziną 16 a 17. Normalnym jest, że przy takim tempie zajęć moje zmęczenie narastało. Po dotarciu do domu siadałem na krześle i zasypiałem, zsuwając się z niego, lub od razu kładłem się do łóżka.

W tamte miesiące doświadczyłem intensywnego wymielenia w wyciskarce życiowej.

Rozpoczęcie pracy w Ubezpieczeniach na życie, Winterthur rok 1999

Ostatniego tygodnia lipca 1999 roku, pojawiłem się przy Alei Krakowskiej, w jednym z oddziałów firmy ubezpieczeniowej Winterthur. Rozpoczynałem miesięczny kurs na agenta ubezpieczeniowego. Mój kolejny duży krok - ze znanego w nieznane - w bardzo krótkim czasie.

Był moim oderwaniem od kończącej się zawodowej rzeczywistości u kolegi Marcina, w której zaczęły królować wyssane z palca pomówienia i fatalna atmosfera. Daleko było od konstruktywnych działań. Nie mogłem tak żyć i nie umiałem tak pracować. Wolałem iść przed siebie niż tracić czas na bezsensowne rozgrywki. Wiem, że w takich sytuacjach pojawiają się poważne utraty własnej, bardzo cennej energii. Przyszedł czas na zmiany.

Moje odejście z pracy jaką dopiero co otrzymałem, bo raptem piętnaście miesięcy wcześniej, większość z was mogłoby nazywać co najmniej nieroztropnością lub głupotą. Usłyszałbym: "Przecież tam miałeś pracę, po co ją zmieniałeś? Nieznane jest niebezpieczne". Ja inaczej podchodzę do zmian. Dla mnie są nowymi możliwościami własnej realizacji życiowej drogi. Uważam, że przyszedłem na ten świat, aby się rozwijać, a nie kurczowo trzymać się czegokolwiek, zwłaszcza gdy to gryzie i kopie. W życiu chodzi o postęp.

To uwielbiane przez was słowo: "bezpieczeństwo", nazywam wieloletnim stanem odrętwienia i śpiączki. Jakbyście dobrze przyjrzeli się waszemu życiu i je dogłębnie przeanalizowali, to doszlibyście do wniosków, że prawdziwego spokoju w nim i tak nigdy nie mieliście.

Załóżmy, że macie związek z drugim człowiekiem lub jesteście bardzo przywiązani do wykonywanej pracy, na przykład od ośmiu lat. Nie jesteście z tego stanu zadowoleni. Trwacie w bezruchu i w narzekaniu. Nic z tym nie robiąc. W codziennych potyczkach zapomnieliście, że to kiedyś uwielbiane przez was "bezpieczne, znane i kochane", już dawno tym nie jest. Z miesiąca na miesiąc łudzicie się, że powrócą przyjemne czasy. Tęskniąc za nimi, mijają wam lata użalania się. Boicie się odmiany i zatrzymujecie w rękach to, co znacie. Z tygodnia na tydzień coraz gorzej się czujecie. Za każdym razem wynajdujecie mnóstwo wymówek, aby nic w swym życiu nie robić i aby po chwili ponownie zrzędzić. Mówicie na przykład, że wasze złe samopoczucie:

- spowodował zjedzony obiad na mieście;

- macie niewygodne łóżko i ponownie nie wyspaliście się;

- ktoś wjechał w bok waszego auta i jesteście smutni;

- itd.

To się nazywa okłamywaniem siebie i brakiem odwagi. Najlepsze jest to, że doskonale zdajecie sobie z tego sprawę, a sami mówicie do własnych dzieci, aby nie kłamały w życiu. Nie powinniście dawać im takich rad, nie jesteście dla nich dobrym przykładem. Tracicie siły w pracy, macie coraz więcej konfliktów z szefem. Wieczorami, przebywając z parterem, fatalnie się czujecie, nie łączą was wspólne tematy do rozmów. Rosną różnice w spojrzeniu na podstawowe zagadnienia życia. Awantury gotowe. A kiedyś tak nie było.

Czy nie jest tak, że jesteście w związku lub chodzicie do tej samej pracy od lat tylko dlatego, że znacie tych ludzi i zwyczajnie przyzwyczailiście się do nich? Nowe osoby będą gorsze? A od kogo zapytam? Powiem, że nowe jest inne a nie gorsze i niebezpieczne. Przynajmniej z założenia mówi się o tym, że w życiu należy sobie polepszać, a nie pogarszać, prawda? Jeśli, aż tak źle jest w waszym życiu, to na co czekacie?

Czyniąc krok w stronę zmiany, pojawia się przed nami szansa na to, aby stworzyć dla siebie dogodniejsze życie niż obecnie prowadzone. W starym układzie nic nie ulepszycie. Nie chcąc dokonywać przekształceń, narzekacie, jak strasznie wam się żyje. Przez same puste gadanie wszystkim wokół i mruczenie do siebie pod nosem, nie jesteście w stanie nic poprawić. Odmiana przed jaką stoicie, sama w sobie jest bardzo mocnym punktem wyjścia ze skostniałych układów. One od długiego czasu przyprawiają was o potężne bóle głowy i serca, więc dla ratowania siebie, należy rozpocząć działania.

Na szczęście nowo poznawane osoby, nie są tymi samymi jakie do tej pory znaliście. Nawet jeśli łudząco podobnie się zachowują. Jeśli rzeczywiście byliby tacy sami, to potwierdzam, że nie opłacałyby się w trakcie swego życia, nawet małym palcem kiwnąć. Przecież końcowy wynik byłby odgórnie znany każdemu, a tak nie jest i wiecie o tym.

W życiu można iść dwiema drogami. Pierwsza jest negatywna, którą doskonale znacie i cały czas o niej mówicie. Jej minusy odmieniacie na wszelkie możliwe sposoby. Mogę powiedzieć, że jesteście profesorami w tej dziedzinie. Może ktoś wam za to płaci?

Istnieje jednak i druga. Jest nim dobry kierunek dla was. Wybierając go, musicie więcej się wysilić, ale nie dlatego, że jest o wiele trudniejszy od pierwszego - jest po prostu mniej wam znany. Rzadko do tej pory go uprawialiście. Mniej uczęszczany, więc mocniej zarośnięty gęstą trawą i bujnymi krzewami. Stare reakcje i zachowania nie sprawdzają się, podczas poruszania się na niej. Ona ma inne podłoże. Możecie solidne buty do chodzenia po trudnym terenie górskim spokojnie odstawić do kąta, a na stopy można włożyć lekkie i wygodne sportowe obuwie. Poprzednia droga, po jakiej przez lata chadzaliście, była błotnistą, podmokłą i gliniastą. Obecna jest bez kamieni, równa i dobrze utwardzona. Wokół niej rozpościerają się cudowne widoki, sięgające aż po horyzont. Samo patrzenie na nie, przyprawia was o radosny zawrót głowy. Nigdy wcześniej nie mieliście przed sobą tak wielu perspektyw - w jednym czasie i w jednym miejscu. Są zupełnie inne od tych, jakie do tej pory znaliście. Bogate i pełne, a nie niebezpieczne.

Po starej drodze ciężko wam się chodziło. Po jej lewej jak i prawej stronie mieliście wysokie góry. Bardziej przypominała ona szeroki i wysoki tunel, a nie ścieżkę. Była kręta, a wzrokiem mogliście sięgnąć co najwyżej na odległość dwudziestu metrów przed siebie. Przemierzając ją, czuliście chłód. Słońce na nią nie docierało. Przez większość czasu chodziliście w półcieniu. Drogę narzekania, bardzo dobrze macie rozpracowaną. Znacie każdy jej zakątek, uskok i zakręty. Gdy regularnie błąkaliście się po niej, nieopodal omijaliście czynne wulkany, mówiąc, że nie są takie straszne. Tak naprawdę przyzwyczailiście się do ich widoku i zapomnieliście, że nadal są bardzo groźne. Wyparliście z siebie informacje o tym, że w sekundę mogą was zniszczyć. Wmawialiście sobie, że przy nich byliście cały czas bezpieczni a niektórzy wręcz, że są przez nie chronieni. Czy aby na pewno?

Stare hasło propagandowe, głęboko w was zakorzenione, nigdy nie zardzewiało: "Lepszy znany wulkan i wydostające się z jego krateru zatrute opary niż obce, nie swoje, w pełni przejrzyste, krystaliczne i pachnące polnymi kwiatami powietrze". Bo przecież oddychanie świeżością na nieznanej drodze, niesie ze sobą większe ryzyko niż wchłanianie do płuc znanego sobie dwutlenku siarki.

Zapomnijcie o znanych wam zawężonych perspektywach z pierwszego tunelu. Rozpocznijcie swój marsz po drugiej drodze. Regularnie uczęszczana staje się lżejsza i jaśniejsza. Kluczem w całej operacji polepszania swego życia, nie jest sama zmiana w jakiej bierzecie udział, ale WY jesteście w niej najważniejsi, w każdej sekundzie jej trwania! Okres metamorfozy jest bardzo ważnym procesem przejścia ze starego do nowego czasu, ale tak naprawdę chodzi tu o was. O wasze zaangażowanie, o wasze nastawienie do samych zmian oraz o postawę, jaką przyjmujecie w trakcie stawiania swoich kroków. Chęć poprawy swego życia będzie podstawowym motorem do świadomego kształtowania go przez was.

Mówicie, że pragniecie polepszenia warunków w jakich żyjecie, ale powiedzcie sobie uczciwie - nic w tej materii nie robicie. Od razu chcecie zjeść ciastko bez włożonego wysiłku w jego upieczenie. Tak się nie da. Aby to nastąpiło należy odpowiednio się postarać. W końcu znajdzie się w waszych dłoniach. Samo posiadanie myśli o chęci jego skosztowania, nie wystarczy. Należy z nią coś zrobić, a nie tylko o nim myśleć. Możecie pójść do cukierni po ciastko lub zakasać rękawy i samemu je wypiec. Wówczas pojawi się u was.

Sama zmiana nic złego wam nie zrobi. Ona jest możliwością, jest drogą do alternatywnego sposobu na życie. Jest jak otwarta furtka, jak przerzucona kładka nad urwiskiem. Nadaje kierunek i odciąga was od tego, co teraz dobrze znacie, w stronę tego, co chcielibyście mieć. Po jednej stronie znajduje się znany wam stary ląd, na którym pracujecie i żyjecie, nie będąc spełnionymi. Po drugiej stronie przepaści widnieją jeszcze obce wam połacie ziemi, rokujące na lepsze ich zagospodarowanie. Cała operacja wydarzy się, gdy uwierzycie, że możecie zmienić swoje życie. Rozpoczynając aktywne działania, wkładając w nie pełnię waszego serca, zaczniecie widzieć pierwsze efekty. Wy podejmujecie decyzje, czy wejdziecie na przerzucony pomost, czy też pozostaniecie nadal w miejscu i przy ludziach na jakich od lat narzekacie. Pamiętajcie proszę, że wszystko dzieje się za waszą zgodą.

Jeśli świadomie zaczniecie stawiać kroki w nieznanej okolicy, rozpoczynacie walkę o siebie i swoje miejsce w życiu. W tym momencie nareszcie zaczyna zależeć wam na sobie. Czas obojętności już przeminął. Następuje realne odbudowywanie siebie i przypominanie sobie o własnych wartościach. Zaczynacie inaczej podchodzić do rozgrywanych bitew o własną osobę. Pojawia się szacunek do organizatora obecnych bojów. Wcześniej go nie było, ponieważ walki o siebie odkładaliście. Będąc tchórzami, uciekaliście z pól konfrontacji. Nawet lustro śmiało się z was. Jednak działając, od jakiegoś czasu przeglądacie się w nim i możecie z spokojem spojrzeć sobie w oczy.

Po starciach i potyczkach, przypieczętujecie swoje dozgonne szczęście, ale pod jednym warunkiem. Musicie zmienić się z tej osoby, jaką do tej pory byliście. Jeśli tego nie zrobicie, pozostaniecie ludźmi ze starymi wartościami, przyzwyczajeniami i sposobami na życie. A czy nie chcieliście od tego uciec? Jeśli myślicie, że wystarczy przeróbka samego otoczenia, pomijając dogłębną rewizję siebie, to jesteście w wielkim błędzie. W całych tych ewolucyjnych operacjach, to wy jesteście najważniejsi, a nie okolica w jakiej się obracacie. Jeśli tego nie zrozumiecie, przeprowadzki do innych miejsc czy kolejne rozwody i rozstania, nic nie dadzą. Zamiany miejsc pracy, zamieszkania, partnera czy partnerki są tylko wizualnym odświeżeniem swego otoczenia, a nie własnego wnętrza. A ono jest kluczowe. Wasze serce i umysł. Odmiana partnerki może być dobrym zaczątkiem w całym procesie, ale "kody dostępu" do lepszych dla was czasów, nosicie w swoim wnętrzu. Tylko wy macie do nich dostęp. Nie uruchomi ich zakupiony nowy samochód. Nie posiadają ich ładne mieszkania do jakich się wprowadziliście. Nowa farba, świeżo położona na ścianie w waszej sypialni, nie zdoła za was tego uczynić. Jeśli nic u siebie nie zmienicie, kierunek jest znany. Wracacie do tego samego punktu, od jakiego chcieliście się oddalić.

Zmiany w waszym życiu są narzędziami, jakie same wchodzą do waszych dłoni. Uświadomcie sobie, że wy jesteście najlepszymi rzeźbiarzami swych dni i nocy. Wy sami najlepiej wiecie, co potrzebujecie u siebie uzupełniać, dorabiać i zmieniać. Nie mają tych informacji o was nawet wasi najbliżsi. Nie pytajcie ich, czego wy w swoim życiu potrzebujecie. Pytajcie siebie i szukajcie odpowiedzi u siebie.

Musicie być zaangażowani. Bez tego, NIC, nadal pozostaje niczym! Zawsze jest tak, że jeśli włożycie nawet najmniejszy wysiłek w to, co chcecie ulepszyć, to po ukończeniu prac, a nawet w ich trakcie, będziecie widzieli efekty swoich starań. Na pewno będzie w innym punkcie i lepiej będzie się to prezentowało, niż przed rozpoczęciem działań. Samo myślenie o tym, co chciałoby się zrobić, jest niczym w porównaniu z tym, gdy zaczniecie nad daną kwestią pracować. Nie ma tu się nad czym głęboko zastanawiać. To jest oczywiste! Przeskok do oczekiwanej jakości życia uda się, jeśli sami w nim zadziałacie oraz będziecie odpowiednio używać dłut do rzeźbienia własnych chwil.

Na nowym terenie, tylko w pierwszych momentach jest "obco" i "nieznajomo". Używacie do określenia tych krótko trwających chwili niepoprawnych sformułowań. Między innymi nadużywacie słowa: "niebezpiecznie". Jeśli tak do tego podejdziemy, to chciałbym zaznaczyć, że do dnia dzisiejszego otarliście się o dość sporą liczbę niebezpieczeństw. Nawet sprawy sobie nie zdajecie, ile ich było. Nowe sytuacje, przedmioty, miejsca, napotkani ludzie i wiele, wiele innych. Według was stanowiły nie lada zagrożenie dla waszego życia i zdrowia, ale czy na pewno?

Pokusiłem się o jedno wyliczenie. Przeliczyłem, ile do dziś przeżyła w swoim życiu niebezpieczeństw trzydziestopięciolatka. Jeśli w dniu wyliczenia obchodziłaby urodziny, to zsumowane zagrożenia zawierałyby się w prawie 12 800 dniach. Przyjąłem, że nieprzyjemnych momentów każdego dnia przed jakimi stawała, było co najmniej 100 dziennie. Choć uważam, że powinienem przyjąć o wiele więcej. Dla tego przykładu, wychodzi na to, że otarła się o ich prawie 1 300 000! To brzmi jak kryminał i horror! Że też bidulka jeszcze żyje!

Wszystko, co po raz pierwszy widzieliście, poznawaliście, smakowaliście, odwiedzaliście, słyszeliście, czuliście, dotykaliście, spotkaliście itd., pojawiło się kiedyś po raz pierwszy w waszym życiu. Było nowością i odmiennością tego, co już znaliście, ale nie niebezpieczeństwem. Nie należy wszystkich aspektów z całego życia, wrzucać do jednego wora.

W momencie, gdy niemowlak przychodzi na świat, wszystko jest dla niego nieznane, czyli według was "niebezpieczne". Jeśli ten mały skrzat, posiadałby pełnię władzy nad sobą, taką, jaką wy dziś dysponujecie w stosunku do siebie, oraz brałby z was przykład, to blokowałby się prawie przed wszystkim, co do niego dociera - uchem, nosem, wzrokiem i językiem. Kopiując was, z jego perspektywy, wszystko zagrażałyby jego życiu. Chcecie przeczytać, jakby to wyglądało?

W trakcie mijania pierwszych minut jego życia, wszystko odpycha od siebie, niczego nie przyjmuje, a w szczególności nikogo nie dopuszcza do siebie, bo tyle obcych kręci się dookoła. Tu jest wyjątkowo niebezpiecznie. Na pewno z nikim nie będzie rozmawiać, a o utrzymywaniu bliskich kontaktów należy w ogóle zapomnieć. Po latach wyrośnie z tetrowego przekładańca, ale nie zamierza zakładać świeżych śpioszków, bo naukowcy udowodnili, że uszkadzają stawy biodrowe. Żadnego pokarmu nie będzie połykać, bo ich spożywanie niesie ze sobą ogromne ryzyko skręcenia jelit. Gdy podrośnie, nie zamierza się ruszać z miejsca narodzin, ponieważ wyjścia do łazienki skutkują bezpośrednimi napaściami, robaków tam żyjących. One cały czas czają się na odwiedzających. Poza tym, głośno było o kilku przypadkach zaginięć jego kolegów. Nie wrócili ci, którzy odważyli się wyjść z miejsca komfortu. O tych strasznych wydarzeniach rozmawiali ze swoimi siostrami i braćmi, którzy od lat rodzą się w tym samym pokoju, w jakim i on przyszedł na świat. Już dwa lata wcześniej gmina musiała dobudować wielkie skrzydło szpitala, aby pomieścić tę szybko rosnącą i wyjątkowo zachowawczą populację rosłych kajtków. Gromadzą się tam, ponieważ statystyki policyjne wskazują, że wszędzie na zewnątrz czai się arcygroźne i zabójcze zło!

Ludzie mówią, że na korytarzu za ścianą, grasuje straszny potwór z czerwonymi, wyłupiastymi oczami. Dla większego wzbudzenia lęku, dodatkowo trzepocze wielkimi skrzydłami. To on swym wielkim dziobem łapie i porywa brzdące, odważające się wyjść z bezpiecznej przystani porodowej. Zabiera je do rodzinnego gniazda, w którym jego głodne potomstwo z niecierpliwością czeka na nieszczęśników. Ich gniazdo mieści się na wysokiej niedostępnej górze. Okoliczni mieszkańcy zwą ją Tumpti-Flumpti.

Pewnie macie już dość tych fikcji z wyrośniętymi skrzatami (czy jak ich tam zwał). Ja też. Właśnie zaprezentowałem skrawek waszych możliwości jako produktywnych twórców. Jeśli przyjrzycie się swoim myślom i skupicie się na nich, to wyłuskacie te niestworzone historie wprost z własnych głów. One zdecydowanie różnią się od tego, co rzeczywiście was otacza. Macie bardzo bogatą wyobraźnię. Jeśli skupilibyście się na konstruktywnym i popychającym was do przodu realnym działaniu, zauważylibyście własne, mocne strony.

Ważne jest, aby rozsądnie stawiać kroki w życiu, a nie usilnie je ograniczać. Czyniąc tak, hamujecie swój rozwój oraz swoich najbliższych, którzy świadomie lub nie, ale jednak przez cały czas, są obok was i bacznie przyglądają się wam. Biorą z was przykład, choć co najmniej część z nich w skrytości ducha, chciałoby zasmakować i poznać czegoś więcej w swoim życiu niż wy. Jednak widząc was, jak kurczowo trzymacie się ograniczających starych już i w większości nieprzydatnych, obrośniętych glonami zasad, boją się, wstydzą lub odpychają od siebie możliwość większego wyrażenia siebie od was. Bardzo dobrze wypełniacie funkcję rodzinnego recenzenta, prokuratora, a także i kata. Jak zwykle jest i druga strona. Jeśli zaczniecie rozsiewać radość i chęć poznawania świata w szerszym zakresie niż do tej pory, to zgromadzeni wokół, także będą swobodniej poruszali się po życiu.