Pogoda, tak jak przewidział Wacław, zaczęła się zmieniać. Niebo się zaciągnęło i powiało chłodem. Musieli wrócić do domu i szczelnie zamknąć szeroko otwarte drzwi tarasowe. Kiedy było ciepło, wyjście do ogrodu nieustannie stało otworem, ale jesienią i zimą, gdy wiatr znad zatoki przywiewał chłód, deszcze i śnieg, drzwi nie tylko trzeba było zatrzaskiwać, lecz także dodatkowo ogacać je watą i podkładać pod nie zwinięte w rulony ręczniki, by chronić dom przed przenikającą wilgocią nadbałtyckiej zimy. Klara nie przepadała za tą porą roku. No, może odrobinę ceniła ją za spokój i za to, że dzięki niej rozpoczynał się sezon na pledy, koce i długie wieczory przy winie i książkach. Ale najchętniej od listopada do kwietnia siedziałaby w ciepłych krajach. Przynajmniej tak jej się do niedawna wydawało. Aż do momentu, gdy te hipotetyczne ciepłe kraje stały się całkiem realne i dostępne na wyciągnięcie ręki. Rację mają ci, którzy mówią: uważaj, o czym marzysz, bo się spełni. Do Klary dopiero teraz dotarło, że w jej wyjazdowych rojeniach jest pewien dualizm: otóż, będąc tam, nie mogłaby siedzieć w swoim ukochanym domu.
I cóż tu dywagować: to wymarzone właśnie się spełniało, słowo się rzekło, kobyłka u płota, niedługo zostanie jej oszczędzone przeżywanie pluch i mrozów. Ich syn, Klemens, wielokrotnie zapewniał rodziców, że u nich, w Hiszpanii, są właściwie dwie pory roku: wiosna i lato. Oczywiście z punktu widzenia ludzi Północy, w tym również Polaków.
- Mamuś, pomyśl: żadnych grubych rękawic, czap ani buciorów! Żadnego łamania w stawach z powodu przeciągów! W niektóre styczniowe dni będziesz mogła chodzić w letnich sukienkach, czasem zarzucisz na nie jakiś sweterek, będziesz siedziała sobie na plaży albo przy stoliku, sącząc eleganckie drinki i pławiąc się w słońcu! Nad czym się zastanawiać?! - przekonywał ją podczas rozmów telefonicznych.
Z logicznego punktu widzenia trudno było odmówić mu racji, lecz Klara nie mogła nic poradzić na to, że perspektywa ciepła i beztroski nie cieszyła jej tak, jakby mogła i powinna. Z jednej strony wspólnie z Wacławem tęsknili zarówno za synem, jak i za wychwalanym przez niego ciepłem, ale z drugiej... Nie ma o czym mówić: przesadzanie starych drzew zawsze wiąże się z ryzykiem.
Nagle poczuła, że rodzi się w niej iście jesienna chandra, niemająca wprawdzie nic wspólnego z porannym przygnębieniem, ale wcale przez to ani odrobinę bardziej sympatyczna.
Wolne żarty! - przemknęło jej przez głowę. Nadal panowało kalendarzowe lato! Jesienne chandry powinny mieć choć trochę przyzwoitości i przychodzić nie wcześniej niż w listopadzie, miesiącu mgieł, deszczów, huczącego groźnie morza i wyjącego opętańczo wiatru. A mamy dopiero wrzesień! Trzeba było coś z tym zrobić. Zresztą bez przesady, ileż można tonąć w otchłani rozpaczy, szczególnie jeżeli nie było się Anią z Zielonego Wzgórza! Albo nawet i mentalnie było, ale już taką porządnie przeterminowaną. Klara poczuła, że samą siebie zaczyna coraz mocniej irytować.
- A co ty, Klarcia, spuściłaś tak nos na kwintę?
Pogrążona w niewesołych myślach, nawet nie spostrzegła, że Wacław zdążył już wrócić z piętra, na którym pozamykał okna.
- Ostatnio nie mogę dojść ze sobą do ładu - mruknęła. - Na myśl o zmianach, które kilka lat temu budziły we mnie ekscytację, teraz cała od środka lodowacieję. To chyba starość...
- Jaka starość, tutaj absolutnie zgadzam się z koleżanką twojej mamy, wiesz, tą trochę zbzikowaną starszą panią z Dolnego Śląska, tą, która prowadziła sklepik ze starociami... Jak ona miała na imię? Leokadia?
- Leontyna - poprawiła go Klara. - I nie "prowadziła", tylko "prowadzi". Ostatnio nawet dostaliśmy od niej kartkę z życzeniami. Ale wracając do tematu, to w czym dokładniej się z nią zgadzasz?
- W tym, że coś takiego jak starość nie istnieje. Jest tylko młodość stabilna! I tego zamierzam się trzymać. A żeby było łatwiej nam to przyswoić, proponuję ekspresową kurację odmładzającą. Składa się na nią gorąca czekolada, którą twój małżonek robi najlepszą na świecie, i jakiś krwawy thriller dla równowagi, coby nas od tych słodkości nie zemdliło. Wchodzisz w to?
- Tylko głupi nie słucha, gdy mądry proponuje. Przy takich argumentach żadna chandra nie ma szans. Ty się zajmij czekoladą, a ja znajdę coś do oglądania. Zaproponowałabym odwrotne rozwiązanie, gdyby chodziło o cokolwiek innego. Ale tak jak powiedziałeś, moja czekolada nawet do pięt nie dorasta tej robionej przez ciebie - uśmiechnęła się do męża z czułością.
Rzeczywiście Wacław był niekwestionowanym mistrzem w przygotowywaniu gorącej czekolady. Wśród przyjeżdżających do nich gości zyskała miano magicznego napitku, który koi wszystkie smutki i jest lekiem na całe zło.
Czekając na męża, Klara umościła się na kanapie, zawinęła w koc i zaczęła wzrokiem szukać pilota. Dostrzegła go dopiero po chwili. Leżał daleko od niej, na bufecie stojącym pod telewizorem. Skrzywiła się szpetnie, walcząc z lenistwem, ale czuła, że ponosi dotkliwą klęskę.
- Klarciu! - W tym momencie dobiegło ją wołanie z kuchni. - Podejdź do mnie, proszę.
- Czy to naprawdę konieczne? - jęknęła. - Właśnie rozważałam, czy bezczelnie nie poczekać na ciebie, aż przyjdziesz z czekoladą i przy okazji podasz mi pilota. Jestem już obłożona poduszkami i potwornie nie chce mi się wstawać - dorzuciła nieco głośniej.
- No cóż, chyba będziesz musiała. - W głosie Wacława zabrzmiała dziwna nuta, coś jakby konsternacja. - Odnoszę wrażenie, że jesteś tu niezbędna...
Pewnie znowu te cholerne mole... - pomyślała Klara, przewracając oczami. Albo kot się zrzygał... alternatywa była równie atrakcyjna jak mole. No może nie, jednak była lepsza, bo jednorazowa, a eksterminacja moli kuchennych stanowiła zajęcie żmudne, kosztowne i co do zasady skazane na porażkę. Bo one wcześniej czy później i tak wracały... Zniechęcona, podreptała do kuchni i z niejaką ulgą zauważyła, że po pierwsze, nigdzie nie ma kocich odpadów, po drugie, nic nie lata, po trzecie, czekolada jest już gotowa i przyjemnie paruje, roznosząc zniewalający zapach po calutkiej kuchni, Wacław zaś stoi w oknie i uważnie się czemuś przygląda.
- No co tam się urodziło? - zaintrygowana, podeszła bliżej i znad ramienia męża zerknęła w głąb podwórka.
- Tak mi się widzi, że mamy gościa - powoli odpowiedział jej mąż.
Klara wytężyła wzrok i rzeczywiście dostrzegła postać czekającą przed obrośniętą winoroślą furtką. Liście winorośli, które właśnie zaczęły zmieniać kolor i przybierać soczyście purpurowe barwy, pięknie kontrastowały ze stojącą pod nimi dziewczyną, ubraną w butelkowozielony skafander. Głowę miała pochyloną tak, że długie blond włosy przysłaniały jej twarz. Drobna sylwetka prawie ginęła pod pokaźnym plecakiem, którego wygląd świadczył o tym, że niejeden chleb już dźwigał. Przybyła stała zupełnie nieruchomo, jakby skamieniała.
- Też cię to dziwi? - Pierwszy odezwał się Wacław.
- To, że przyjechała bez uprzedzenia, czy to, że nie wchodzi? - doprecyzowała Klara.
- To pierwsze to akurat do niej podobne, odkąd pamiętam, była w gorącej wodzie kąpana i nie zawsze dawała o wszystkim znać z wyprzedzeniem. Raczej zastanawia mnie to, że stoi tam, jakby zapuściła korzenie.
- Do tego ze spuszczoną głową i ze skulonymi ramionami. To ani do niej niepodobne, ani niczego dobrego nie wróży. A wiesz, że dziś o niej myślałam - dorzuciła, mrużąc oczy, by lepiej widzieć.
I wygląda na to, że ściągnęłam ją tymi myślami - przemknęło Klarze przez głowę.
W innych okolicznościach bardzo by się jej widokiem ucieszyła. Teraz jednak radość tłumił niepokój, który wzrósł w momencie, gdy stojąca przed furtką dziewczyna uniosła rękę do czarnego guziczka dzwonka, ale cofnęła ją i natychmiast schowała do kieszeni skafandra. Po czym wyjęła ponownie, potarła czoło i stanowczym ruchem naciągnęła na głowę kaptur, jakby właśnie spadł na nią rzęsisty lodowaty deszcz. Klara, widząc ten gest, poczuła, jak ściska jej się serce. Znała Emilkę dobrze i coś jej mówiło, że choć zachmurzone niebo pozostawało nadal suche, to na dziewczynę spadła zupełnie inna ulewa, a kaptur miał ją ochronić przed całym złem tego świata.
- Długo tam stoi? - zwróciła się cichutko do Wacława, jakby bojąc się, że dziewczyna ją usłyszy.
- Odkąd przestałem mieszać w garnku, będzie dobre kilka minut. Chyba trzeba po nią iść. Ty czy ja? - zapytał z powagą, kładąc rękę na ramieniu żony.
- Ja - zdecydowała Klara. - Ty przygotuj trzeci kubek i po prostu bądź. Mogę się założyć, że pierwsze, co zrobi, to ukryje się w twoich ramionach - dorzuciła, nie odrywając oczu od dziewczyny.
- Emilia? Kocham ją, jest dla mnie jak córka i chyba tylko dlatego, że ta mała żywi do mnie podobne uczucia, w ogóle pozwala się uściskać na pożegnanie... Ale rzucanie się w ramiona to raczej nie w jej stylu, przytulaśna to ona nigdy szczególnie nie była. Jakoś nie widzę tak wylewnego powitania w jej wykonaniu. - Mężczyzna nie ukrywał sceptycyzmu.
- Bo serce, Wacuś, to ty masz złote, ale nic a nic nie znasz się na dziewczynach. Pożyjemy, zobaczymy - zawyrokowała proroczym tonem Klara. - A teraz idę zgarnąć tę naszą córcię, zanim zmieni zdanie i sobie pójdzie - dorzuciła i jeszcze raz zerknęła na dziewczynę.
Z tej odległości nie mogła wyraźnie dostrzec jej twarzy, ale i tak wiedziała, że maluje się na niej smutek. O, proszę, a teraz dodatkowo uniosła dłoń i musnęła nią policzek. Tak jakby wycierała łzy. W tej chwili Klara wiele by dała, żeby z pochmurnego nieba zaczęło coś siąpić. Wtedy można by mieć nadzieję, że dłoń Emilki wytarła jedynie deszcz, a nie słoną rozpacz dawkowaną w kroplach.
Klara westchnęła ciężko i pokręciła głową. Widać to był dzień, gdy zmartwienia stadnie szturmowały ich dom. Wyszła z kuchni, w przedpokoju zgarnęła z wieszaka butelkowozielony serdak i zarzuciła go sobie na ramiona. Dostała go właśnie od Emilki.
- Ma identyczny kolor jak mój ulubiony skafander - powiedziała wtedy radosnym tonem dziewczyna. - A zielony podobno oznacza nadzieję, więc nie dość, że będziemy wyglądały jak siostry, to jeszcze będą z nas dziewczyny "od nadziei".
- Ale żeś wymyśliła, dziecko! Jak siostry - zaśmiała się Klara wtedy. - Chyba "prawie", bo "prawie" robi różnicę. Ale status dziewczyn "od nadziei" przyjmuję bez zastrzeżeń - dodała, puszczając do Emilii oko.
Teraz, schodząc po schodach ganku i zbliżając się do furtki, odgoniła od siebie coraz większy niepokój, odetchnęła głęboko i przybrała pogodny wyraz twarzy.
- Cóż, też uważam, że to jest całkiem ładny chodnik, choć nigdy w życiu nie poświęciłam mu tyle uwagi. Musi czuć się doceniony - powiedziała lekko Klara.
Na dźwięk jej głosu dziewczyna drgnęła i odruchowo się wyprostowała.
- O rany - mruknęła Emilia, gęsto mrugając. - Tak się zamyśliłam, że kompletnie mnie zaskoczyłaś. Mamo Klaro, dobrze, że jesteś - dodała na wydechu głosem miękkim jak kisiel.
I to "mamo Klaro" wystarczyło. Emilia nie musiała mówić nic więcej. Jeżeli Klara usiłowałaby się jeszcze łudzić, że wszystko jest w najlepszym porządku, to właśnie teraz musiałaby przestać. Razem z Wacławem traktowali Emilkę jak córkę, a ona ich jak swoich rodziców, ale zwykle zwracała się do nich po prostu po imieniu. Gdy padało "mama Klara" albo "tata Wacław", było wiadomo, że ich Emilka ma kłopoty. I to takie wagi ciężkiej.