Słowo przed Słowem. Zachwyć się Pismem Świętym - Maria Miduch

Kup ebooka

45.90 zł
36.72 zł (31,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Kilka lat temu przed re­mon­tem w miesz­ka­niu po­sta­no­wi­łam, że mu­szę kry­tycz­nie przyj­rzeć się książ­kom, które uzbie­rały się u mnie na pół­kach. Nie wszyst­kie z nich prze­czy­ta­łam, nie­które ku­pi­łam z ta­kim za­mia­rem, a póź­niej ja­koś nie zna­la­złam czasu, żeby po nie się­gnąć. Inne do­sta­łam w pre­zen­cie od zna­jo­mych, przy­ja­ciół, ro­dziny, wy­daw­nictw, z któ­rymi współ­pra­cuję. Były tam ta­kie, które prze­czy­ta­łam raz i wiem, że do nich nie wrócę. Nie żeby były złe, po pro­stu nie są ro­dza­jem ksią­żek-ob­ja­wień, które do­ma­gają się po­wrotu po ja­kimś cza­sie, by zwe­ry­fi­ko­wać to, co pierw­sze czy­ta­nie w nas uczy­niło. Uzbie­rała się tego bar­dzo po­kaźna bi­blio­teczka. Po­zby­wa­łam się tych, które mi się nie przy­da­dzą w pracy, do któ­rych mam stały do­stęp w bi­blio­tece, do któ­rych nie mam ochoty wra­cać, tych, któ­rych przez kilka lat nie tknę­łam, a dziś, wi­dząc ich ty­tuły, za­sta­na­wiam się, dla­czego kie­dyś przy­nio­słam je do domu. Bogu dzięki, u do­mi­ni­ka­nów w Kra­ko­wie dwa razy do roku od­bywa się ak­cja cha­ry­ta­tywna "cia­cho za cia­cho", którą po­prze­dza zbiórka ksią­żek na kier­masz. Wiesz, że ktoś się­gnie po od­daną przez cie­bie lek­turę i ucie­szy się nią, i ją wy­ko­rzy­sta. Półki mo­jej do­mo­wej bi­blio­teki ode­tchnęły z ulgą, zro­biło się luź­niej.

Tak było przed re­mon­tem - pierw­sza tura roz­da­wa­nia, ple­wie­nia. Uczu­cie ulgi, kiedy wszystko, co od­pa­dło w se­lek­cji, na kilka rat za­wio­złam do do­mi­ni­ka­nów. A po­tem skoń­czył się re­mont, na­le­żało za­mon­to­wać półki i po­usta­wiać książki. Wyj­mo­wa­łam z pa­czek, usta­wia­łam, ale znów włą­czyło mi się kry­tyczne my­śle­nie, ko­lejne ple­wie­nie. Znów uzbie­rało się tro­chę (na­wet cał­kiem sporo) ksią­żek do roz­da­nia... Tro­chę szkoda, ale po co trzy­mać, jak się nie ko­rzy­sta i do nich nie wróci? I tak sor­tu­jąc te książki i za­sta­na­wia­jąc się nad ich dez­ak­tu­ali­za­cją dla mo­jego ży­cia, po­my­śla­łam o tej JED­NEJ, która ro­śnie ra­zem ze mną, która roz­wija się wraz z moim roz­wo­jem, która do­trzy­muje mi kroku (jak­kol­wiek byłby on nie­równy), za­trzy­muje się, kiedy i ja staję. Kiedy ją czy­tam, mam wra­że­nie, że to ona czyta mnie... Po­my­śla­łam o Bi­blii, którą znam od dziecka, która od za­wsze - ja­kie­kol­wiek były ko­leje mo­jego losu - jest ze mną. Tak, zdaję so­bie sprawę, że nie każdy ma ta­kie do­świad­cze­nie Pi­sma Świę­tego. Może dla ko­goś jest ono zu­peł­nie obce, może ktoś inny po­znaje je do­piero te­raz, kiedy jest już do­ro­sły, albo nie za­uważa w nim ni­czego szcze­gól­nego. Każda droga jest inna. Moja od dzie­ciń­stwa była złą­czona z Pi­smem Świę­tym. Nie czuję się z tego po­wodu lep­sza od tych, któ­rzy do­piero te­raz się­gają po Bi­blię. Ale cie­szę się ze swo­jego do­świad­cze­nia, bo wie­rzę, że ono może po­móc in­nym, że mogę po­słu­żyć swoim zży­ciem się z tą Księgą jako ktoś, kto po­każe, na co warto zwró­cić uwagę, gdzie się za­trzy­mać, co prze­czy­tać kilka razy. Wiem też, że praw­dzi­wym prze­wod­ni­kiem po me­an­drach Bi­blii jest tylko Duch Święty. Bez Niego ani rusz. Więc za­nim ra­zem bę­dziemy za­nu­rzać się w Słowo, we­zwijmy Jego - Bo­skiego au­tora - by przy­szedł nam z po­mocą, by­śmy czy­tali "u Niego na ko­la­nach", czyli w Jego mi­łu­ją­cej obec­no­ści. Żadne słowo nie za­stąpi Słowa, ża­den ko­men­tarz ani żadne wpro­wa­dze­nie. Ale kilka słów przed lek­turą Bi­blii może po­móc le­piej ją zro­zu­mieć.

USŁYSZ SŁOWO

Wy­da­wa­łoby się, że skoro Bóg prze­mó­wił w ludz­kim ję­zyku, to już wszystko bę­dzie ja­sne i pro­ste. Nie trzeba bę­dzie żad­nego ob­ja­śnie­nia, wstępu. Nic, tylko czy­tać. Nic, tylko słu­chać. Ale nie­stety to tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wane. Po pierw­sze jest w tym coś nie­zwy­kle ta­jem­ni­czego, że nie­po­jęty, ni­czym nie­ogra­ni­czony Bóg chce się wy­ra­żać po­przez Słowo. Po dru­gie słowo Słowu nie­równe. Czy­tamy je jak zwy­kłe słowo w zwy­kłej książce, ale ono zwy­kłe nie jest, bo jest Boże, mimo że wy­ra­żone na spo­sób ludzki. Ono, jak żadne inne słowo, wręcz się upo­mina o to, by go słu­chać. Nad­sta­wiać uszu, przy­sta­wać, wsłu­chu­jąc się w nie, za­pra­szać, by we­szło do nas do środka i tam po­zo­stało.

W którą stronę?

Zgu­bi­łam się kie­dyś w zu­peł­nie ob­cym mie­ście. By­łam na­sto­latką prze­ży­wa­jącą wielką wa­ka­cyjną przy­godę. Do­brze wie­dzia­łam, gdzie chcę do­trzeć. I na­wet wy­da­wało mi się, że wiem, gdzie je­stem i w którą stronę po­win­nam iść. Kie­ro­wa­łam się wy­łącz­nie in­tu­icją i ra­dami rów­nie zdez­o­rien­to­wa­nej jak ja to­wa­rzy­szą­cej mi ku­zynki. Na sa­mym po­czątku duma nie po­zwo­liła nam py­tać o drogę - bo prze­cież wszystko jest oczy­wi­ste i znaj­dziemy miej­sce, do któ­rego zdą­żamy. Po­tem nie wie­dzia­ły­śmy, kogo py­tać... Ktoś nas skie­ro­wał na­wet w prze­ciwną stronę, niż na­le­żało, aż w końcu tra­fi­ły­śmy na ko­goś, kto wy­ja­śnił, jak tra­fić do celu. Cze­kała nas jesz­cze jazda tram­wa­jem i dość długi spa­cer ru­chliwą ulicą w peł­nym słońcu i z wiel­kimi ple­ca­kami na ra­mio­nach, ale już wie­dzia­ły­śmy, że zdą­żamy w do­brym kie­runku. Bar­dzo za­le­żało nam na do­tar­ciu pod ten ad­res. I udało się - dzięki sza­leń­stwu de­ter­mi­na­cji (dzi­siaj tak to wi­dzę, wtedy wy­da­wało mi się to zu­peł­nie nie­sza­lone), upo­rowi i wiel­kiemu wy­sił­kowi, jaki wło­ży­ły­śmy w całą po­dróż. Oczy­wi­ście bez wska­zó­wek nie da­ły­by­śmy rady. To też było ko­nieczne (wtedy nie było apli­ka­cji na te­le­fon, które pod­po­wia­dają, ja­kim au­to­bu­sem i skąd po­je­chać, nie było Go­ogle Maps, GPS-ów). Pierw­sze na­ro­dziło się pra­gnie­nie. I na­ra­stało, mo­bi­li­zo­wało do dzia­ła­nia. Po­py­chało w stronę celu, ku­siło. I jak to zwy­kle w ta­kich mo­men­tach bywa, za­sła­niało wiele prze­szkód. I bar­dzo do­brze! Gdy­by­śmy mieli świa­do­mość, co spo­tka nas po dro­dze, nie za­wsze chcie­li­by­śmy wy­ru­szyć. A i w trak­cie drogi do­brze, jak pra­gnie­nie osią­gnię­cia celu jest cią­gle żywe. To wła­śnie w dro­dze spraw­dza się, czy było ono na­prawdę pra­gnie­niem, czy tylko za­chcianką. Można za­wró­cić, można się pod­dać, można zmie­nić cel. Ale można też mimo wszyst­kiego, co się dzieje wo­kół, mimo prze­ciw­no­ści i braku sił po­su­wać się do przodu albo przy­naj­mniej nie za­wra­cać. Tak się dzieje wtedy, kiedy uzna­jemy, że cel na­szej po­dróży jest na­prawdę warty tego ca­łego wy­siłku, trudu, jaki nas spo­tyka, po­świę­ceń, ja­kie zno­simy.

Z lek­turą Pi­sma Świę­tego jest bar­dzo po­dob­nie jak z wę­drówką do celu. Na po­czątku są ja­kieś mo­tywy, dla któ­rych chcemy po­znać Bi­blię, ja­kieś pra­gnie­nia. I wła­śnie od nich po­win­ni­śmy za­cząć. Ja­kie one są? Co stoi za na­szą de­cy­zją o za­ku­pie wiel­kiej księgi sta­ro­żyt­nego au­tor­stwa? Co się ukrywa za na­szym po­sta­no­wie­niem czy­ta­nia co­dzien­nie cho­ciażby kilku zdań na­pi­sa­nych przed ty­sią­cami lat? Dla­czego zro­dził się w nas taki po­mysł?

Na­sza mo­ty­wa­cja na­prawdę może być różna. Może po pro­stu wy­pada być oby­tym z Bi­blią, która w na­szej kul­tu­rze zaj­muje ważne miej­sce? A może cho­dzi o za­chwyt sta­ro­żyt­no­ścią? Może, bę­dąc chrze­ści­ja­ni­nem, wy­pa­da­łoby od czasu do czasu się­gnąć po tę księgę? Inni mó­wią, że w niej są za­warte od­po­wie­dzi na py­ta­nia, które od ty­sięcy lat sta­wia so­bie czło­wiek. Tak, to na­prawdę fa­scy­nu­jące, ile cie­ka­wych rze­czy jest ukry­tych w tym tek­ście, który Ko­ściół od­czy­tuje pod­czas li­tur­gii! Do­brze by­łoby je po­znać. Przy­kłady mo­ty­wa­cji mo­żemy mno­żyć. One wcale nie są złe! I je­śli na­szym ce­lem jest po­zna­nie li­te­ra­tury sta­ro­żyt­nej, któ­rej przy­kła­dem jest Bi­blia, nie bę­dzie tak trudno go osią­gnąć. Je­śli chcemy tylko "mieć zie­lone po­ję­cie", o czym jest księga, którą czy­tają rze­sze lu­dzi na ca­łym świe­cie, też nie po­winno być pro­blemu (chyba że nie lu­bimy czy­tać). Chcemy na­uczyć się na pa­mięć kilku no­śnych cy­ta­tów z Bi­blii, które rzu­cone przez nas w roz­mo­wie spra­wią, że bę­dziemy wy­da­wać się bar­dziej elo­kwentni? Pro­szę bar­dzo - nic trud­nego! Ale przy­pusz­czam, że je­śli się­gną­łeś po tę książkę, to twoja mo­ty­wa­cja może być cał­kiem inna.

Może chcesz po pro­stu po­znać Boga. Może po­ciąga cię On i chciał­byś być tro­chę bli­żej Niego. I wła­śnie dla­tego się­gasz po księgę, która na­zywa się Bo­żym Sło­wem. Mo­żemy słu­chać pięk­nych ka­zań, po­ru­sza­ją­cych kon­fe­ren­cji, ale to tro­chę tak, jak­by­śmy za­miast spo­tkać się z kimś twa­rzą w twarz i usły­szeć, co mówi o so­bie i jaki jest, słu­chali, co inni o nim mó­wią. Nic nie za­stąpi oso­bi­stego spo­tka­nia. Je­żeli na­prawdę za­leży nam na spo­tka­niu z Bo­giem, na po­zna­niu Go choć tro­chę le­piej, to mu­simy być go­towi na trud. Bo oka­zuje się, że lek­tura Bi­blii wcale nie jest ła­twa. I mimo że wiemy, gdzie chcemy dojść, i wy­daje się nam, że skoro umiemy czy­tać, to nic trud­nego, może się oka­zać, że nie­źle po­błą­dzimy, że ru­szymy w złym kie­runku i nie raz usią­dziemy zmę­czeni lub znu­dzeni wę­drówką. Je­żeli jed­nak na­prawdę bę­dziemy chcieli osią­gnąć cel - le­piej po­znać na­szego Boga - nie zre­zy­gnu­jemy! A pra­gnie­nie, by od­kryć coś no­wego, by do­świad­czyć Naj­wyż­szego, bę­dzie w nas ro­sło mimo wielu za­krę­tów i prze­szkód na dro­dze.

W tej po­dróży warto py­tać, warto słu­chać i warto uzbroić się w cier­pli­wość. Nie­raz na­wet warto nad­ło­żyć drogi i nie iść na skróty, bo można omi­nąć coś na­prawdę waż­nego i pięk­nego.

W tę drogę do po­zna­nia Boga po­przez Jego Słowo mo­żemy wy­ru­szyć z róż­nymi in­ten­cjami. Może na sa­mym po­czątku nie każdy z nas bę­dzie miał pra­gnie­nie spo­tka­nia się z Pa­nem w Sło­wie. Tak jak za­uwa­ży­li­śmy wcze­śniej, mo­ty­wa­cje mogą być różne, ale... Cza­sem zda­rzy się tak, że pod­czas spa­ceru bez celu albo z ce­lem bar­dzo pro­za­icz­nym za­pra­gniemy pójść da­lej i jesz­cze da­lej, bo bę­dziemy prze­czu­wać, że jest coś jesz­cze, że można wejść wy­żej, głę­biej. Kon­takt ze Sło­wem może przy­nieść nie­prze­wi­dy­walne owoce. Ono może nas zmie­niać, oczysz­czać na­sze in­ten­cje, ukie­run­ko­wy­wać i kształ­to­wać, bu­dzić w sercu uśpione pra­gnie­nia.

Przy­sta­nek 1

Przed wy­ru­sze­niem w drogę do­brze uświa­do­mić so­bie, że nie za­wsze bę­dzie ła­two. Je­śli cel jest dla nas na­prawdę ważny i bar­dzo chcemy go osią­gnąć, po­ko­ny­wa­nie trud­no­ści może być dla nas mniej bo­le­sne i przy­cho­dzić nam ła­two, ale to nie ozna­cza, że trud­no­ści znikną. Do­brze jest wie­dzieć, że czeka nas wy­si­łek i że ta droga bę­dzie trwała długo.

Spró­buj za­sta­no­wić się nad swoją mo­ty­wa­cją się­ga­nia po Pi­smo Święte. Dla­czego chcesz je czy­tać? Co cię w nim po­ciąga, a co od­py­cha? Spró­buj to na­zwać.

Ja­kie trud­no­ści do tej pory mia­łeś, czy­ta­jąc Bi­blię? Wy­pisz te, któ­rych już do­świad­czy­łeś w swo­jej wę­drówce przez Pi­smo Święte. Za­sta­nów się, co mo­głoby ci po­móc je roz­wią­zać. Czy masz po­mysł, jak so­bie po­ra­dzić z tymi trud­no­ściami w przy­szło­ści?

"Tylko" słowo

Je­śli chcesz ko­goś po­znać, to naj­le­piej spo­tkać się z nim sa­mym. Po­zwo­lić jemu sa­memu, by do­szedł do głosu. By on sam opo­wie­dział hi­sto­rię swo­jego ży­cia, o tym, co jest w jego sercu, co za­prząta jego umysł. Oprócz słu­cha­nia pa­trzysz, ob­ser­wu­jesz, bo prze­cież słowa to tylko słowa. Po­wie­dzieć da się wszystko, ale czy to idzie w pa­rze z ży­ciem? Nie za­wsze. Do­sko­nale o tym wiemy, do­sko­nale to ro­zu­miemy. I tu wła­śnie ro­dzi się pro­blem, kiedy spo­ty­kamy się z Bi­blią. Mo­żemy wpaść w pu­łapkę i po­trak­to­wać ją jak każde inne słowo wy­po­wie­dziane w ludz­kim ję­zyku. Nie trak­to­wać go tak se­rio, jak na to za­słu­guje. My chcemy do­wo­dów, a nie tylko słów! A tu same słowa... Co te­raz?

Może naj­wyż­sza pora spoj­rzeć na Słowo Boże z tro­chę in­nej per­spek­tywy. Spró­bo­wać przy­gląd­nąć mu się oczyma i usły­szeć uszami tych, któ­rzy je za­pi­sy­wali. Sta­ro­żytna kul­tura Bli­skiego Wschodu przy­wią­zy­wała nie­po­rów­ny­wa­nie więk­szą wagę do wy­po­wia­da­nych słów niż my. Kiedy nam po­trzebne jest wszystko na pi­śmie, po­twier­dzone pie­czątką, za­księ­go­wane i ska­ta­lo­go­wane, im wy­star­czało wy­po­wie­dziane słowo. To, co się mó­wiło, miało zna­cze­nie, było ważne i obo­wią­zy­wało. Słowo było tym, co ozna­cza.

Spójrzmy na opis stwo­rze­nia otwie­ra­jący Księgę Ro­dzaju. Jak Bóg stwa­rza? On mówi i staje się to, co mówi. Słowo wy­po­wie­dziane z ust Boga two­rzy nową rze­czy­wi­stość! Ma moc stwór­czą. Ono działa, ma do speł­nie­nia mi­sję. Nie na darmo ter­min da­war (słowo) jest zbu­do­wany na tym sa­mym rdze­niu co dwora (psz­czoła). W ję­zyku pol­skim nie łą­czymy jed­nego z dru­gim. "Słowo" i "psz­czoła" po­zo­stają dla nas dwiema zu­peł­nie nie­spo­krew­nio­nymi rze­czy­wi­sto­ściami. A tym­cza­sem He­braj­czycy wi­dzieli prze­dziwną łącz­ność mię­dzy jed­nym a dru­gim. Słowo wy­pusz­czone z ust, jak psz­czoła z ula, ma mi­sję. Nie lata na darmo; je­śli wy­cho­dzi, to tylko w kon­kret­nym celu. I wraca, speł­niw­szy za­da­nie. Mała, nie­po­zorna psz­czoła, czę­sto lek­ce­wa­żona, ale bez niej nie bę­dzie miodu. To wła­śnie praca ty­sięcy owa­dów spra­wia, że mo­żemy sma­ko­wać miód. Każda psz­czoła jest ważna, każda jest po­trzebna, ko­nieczna, by on po­wstał. Słowo bywa nie­do­ce­niane (Ach! Cóż to zna­czy! Nic waż­nego, to tylko kilka słów...), bo nie wi­dzimy od razu sło­ika peł­nego miodu. A jed­nak słowo do słowa i bę­dzie owoc. W bi­blij­nym my­śle­niu o rze­czy­wi­sto­ści słowa na pierw­szy plan wy­suwa się jego kon­kret. He­braj­skie da­war to także rzecz, coś kon­kret­nego. Coś, czego można się uchwy­cić! Na czym można bu­do­wać. Coś, czemu można ufać. I tu nie cho­dzi tylko o słowa wy­po­wia­dane przez Boga. Oczy­wi­ście, że one są naj­waż­niej­sze, naj­moc­niej­sze, naj­bar­dziej kon­kretne, ale tu cho­dzi także o słowo ludz­kie. Bo prze­cież czło­wiek zo­stał stwo­rzony na po­do­bień­stwo swo­jego Stwórcy. Każde słowo ma moc. A co do­piero słowo Boga! W ta­kiej wła­śnie kul­tu­rze prze­ka­zy­wane było orę­dzie Naj­wyż­szego. Nie po­trzeba było udo­wad­niać go czymś ze­wnętrz­nym. Samo słowo było do­wo­dem.

Się­ga­jąc po Bi­blię, się­gamy po słowo sa­mego Stwórcy. Po słowo Boga, który wła­śnie taki ma spo­sób stwa­rza­nia. Sło­wem. I to, co On wy­po­wiada, ma za­dzi­wia­jącą moc. On wy­pusz­cza ze swo­ich ust słowa, by przy­nio­sły owoc. I tak się sta­nie, choć mo­żemy nie od razu zo­ba­czyć efekt. Tym różni się Bi­blia od in­nych ksiąg, że tu spo­ty­kamy się z mocą nie tylko ludz­kiego słowa, ale i Bo­żego. Inne książki mogą in­spi­ro­wać, da­wać mo­ty­wa­cję, wy­wo­ły­wać wzru­sze­nie, po­ru­szać na­sze emo­cje, ale tylko Słowo Boże może dzia­łać z taką mocą.

Bóg wie, co mówi! Bie­rze od­po­wie­dzial­ność za wy­po­wia­dane przez sie­bie słowa. To nie są obiet­nice bez po­kry­cia, pu­ste słówka, za któ­rymi nie stoi żadna rze­czy­wi­stość. One są pełne zna­cze­nia, pełne mocy, kon­kretne.

Przy­sta­nek 2

Masz ulu­biony frag­ment Pi­sma Świę­tego? Spró­buj się za­sta­no­wić, co on dla cie­bie zna­czy. Dla­czego jest dla cie­bie ważny? Jaka hi­sto­ria z two­jego ży­cia jest z nim zwią­zana? Zo­bacz, ile kryje w so­bie ten wers, roz­dział, aka­pit. Czy wi­dzisz już owoce tego słowa w twoim ży­ciu? Jest w tym frag­men­cie ja­kieś słowo klu­czowe, ta­kie szcze­gól­nie ważne dla cie­bie? Dla­czego wła­śnie ono cię po­ru­sza?

Spędź tro­chę czasu ze Sło­wem, które jest ci bli­skie, nie śpiesz się. Da­war zna­czy słowo, rzecz, coś bar­dzo kon­kret­nego, rze­czy­wi­stego. Można się na nim oprzeć.