Słownik rodzinny - Natalia Ginzburg

Kup ebooka

39.90 zł
32.72 zł (31,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W moim domu ro­dzin­nym, je­śli mnie albo któ­re­muś z mo­je­go ro­dze­ństwa zda­rzy­ło się w dzie­ci­ństwie prze­wró­cić szklan­kę albo upu­ścić nóż, głos ojca grzmiał: - Za­cho­wuj­cie się!

Je­śli ma­cza­li­śmy chleb w so­sie, krzy­czał: - Nie li­zać ta­le­rzy! Żad­nych esów-flo­re­sów, bo­ho­ma­zów!

Dla ojca ta­kże wspó­łcze­sne ob­ra­zy to były bo­ho­ma­zy i esy-flo­re­sy; nie mógł ich ścier­pieć.

Mó­wił: - Nie umie­cie za­cho­wać się przy sto­le! Ni­g­dzie nie mo­żna was za­brać!

I jesz­cze: - Gdy­by­ście się zna­le­źli w An­glii przy ta­ble d'hôte1, to przez te wa­sze esy-flo­re­sy szyb­ko by was od­pra­wio­no.

1 Ta­ble d'hôte (z fr. dosł. wspól­ny stół) - po­si­łek lub ser­wis, pod­czas któ­re­go uczest­ni­kom po­da­je się jed­na­ko­we da­nia (wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od tłu­macz­ki).

An­glię da­rzył naj­wy­ższym sza­cun­kiem. Była dla nie­go wzo­rem naj­lep­sze­go wy­cho­wa­nia.

Miał zwy­czaj kry­ty­ko­wać przy obie­dzie oso­by, któ­re spo­tkał w ci­ągu dnia. Był su­ro­wy w osądach i wszyst­kich na­zy­wał głup­ca­mi. Głu­piec to był dla nie­go "pa­can". - Wy­dał mi się pa­ca­nem - ma­wiał, kry­ty­ku­jąc ja­kąś nową zna­jo­mo­ść. Oprócz "pa­ca­nów" byli też "mu­rzy­ni". Dla mo­je­go ojca "mu­rzyn" to był ktoś nie­po­rad­ny, skrępo­wa­ny i nie­śmia­ły w oby­ciu, kto ubie­rał się nie­sto­sow­nie, nie po­tra­fił cho­dzić po gó­rach, nie znał języ­ków.

Ka­żdy nasz od­ruch czy gest, któ­ry uzna­wał za nie­sto­sow­ny, na­zy­wał "mu­rzy­ństwem". - Nie rób­cie z sie­bie mu­rzy­nów! Nie chcę tu żad­ne­go mu­rzy­ństwa! - krzy­czał bez ustan­ku. Ska­la mu­rzy­ństwa była duża. Mu­rzy­ństwem było wkła­da­nie na gór­skie wy­ciecz­ki miej­skich bu­tów; na­wi­ązy­wa­nie roz­mo­wy w po­ci­ągu albo na uli­cy z to­wa­rzy­szem pod­ró­ży lub z prze­chod­niem; roz­mo­wa z sąsia­da­mi przez okno; zdej­mo­wa­nie bu­tów w sa­lo­nie, grza­nie stóp przy ka­lo­ry­fe­rze; uska­rża­nie się w gó­rach na pra­gnie­nie, utra­tę sił albo otar­cia na­skór­ka; za­bie­ra­nie na gór­skie wy­ciecz­ki go­to­wa­nych i tłu­stych po­traw oraz ser­we­tek do wy­tar­cia rąk.

W góry wol­no było brać tyl­ko od­po­wied­ni pro­wiant: ser, mar­mo­la­dę, grusz­ki, jaj­ka na twar­do, i wol­no było pić wy­łącz­nie her­ba­tę, któ­rą sam szy­ko­wał, go­tu­jąc wodę na ma­szyn­ce spi­ry­tu­so­wej. Po­chy­lał nad ma­szyn­ką za­sępio­ną podłu­żną gło­wę o ru­dych wło­sach ucze­sa­nych na jeża; po­ła­mi ma­ry­nar­ki osła­niał pło­mień przed wia­trem, we­łnia­nej ma­ry­nar­ki w ko­lo­rze rdzy, wy­tar­tej i osma­lo­nej przy kie­sze­niach, za­wsze tej sa­mej na let­ni­sku w gó­rach.

W góry nie wol­no było za­bie­rać ko­nia­ku ani cu­kru w kost­kach: uwa­żał, że to "do­bre dla mu­rzy­nów", i nie wol­no było za­trzy­my­wać się na pod­wie­czo­rek w schro­ni­skach, bo to "mu­rzy­ństwo". Mu­rzy­ństwem były ta­kże chust­ka lub słom­ko­wy ka­pe­lu­sik dla osło­ny przed sło­ńcem, nie­prze­ma­kal­ny kap­tur dla ochro­ny przed desz­czem czy też ob­wi­ązy­wa­nie szyi sza­li­kiem; na­kry­cia dro­gie mo­jej mat­ce, któ­ra ran­kiem, przed wy­ru­sze­niem na wy­ciecz­kę, pró­bo­wa­ła wsu­nąć je do ple­ca­ka, dla sie­bie i dla nas; a któ­re mój oj­ciec, je­śli je zna­la­zł, wy­rzu­cał ze zło­ścią.

Na wy­ciecz­ki cho­dzi­li­śmy w pod­ku­tych bu­cio­rach, wiel­kich, twar­dych i ci­ężkich jak ołów, w we­łnia­nych skar­pe­tach i ko­mi­niar­kach, w go­glach na czo­le, w pe­łnym sło­ńcu, któ­re pa­li­ło nam gło­wę, i spo­ce­ni, pa­trzy­li­śmy z za­zdro­ścią na "mu­rzy­nów", któ­rzy wędro­wa­li w lek­kich te­ni­sów­kach albo je­dli bitą śmie­ta­nę przy sto­li­kach schro­ni­ska.

Mat­ka na­zy­wa­ła te gór­skie wy­ciecz­ki "dia­bel­ski­mi roz­ryw­ka­mi dla jej dzie­ci" i za­wsze sta­ra­ła się zo­stać w domu, zwłasz­cza je­śli w grę wcho­dził po­si­łek poza do­mem; po je­dze­niu lu­bi­ła czy­tać ga­ze­tę i spać na ka­na­pie.

Lato za­wsze spędza­li­śmy w gó­rach. W domu wy­na­jętym na trzy mie­si­ące, od lip­ca do wrze­śnia. Zwyk­le od­da­lo­nym od in­nych za­bu­do­wań; mój oj­ciec i bra­cia co­dzien­nie wędro­wa­li z ple­ca­ka­mi na za­ku­py do wio­ski. Nie było żad­nych atrak­cji ani roz­ry­wek. Wie­czo­ry spędza­li­śmy w domu, przy sto­le, my i mat­ka. Oj­ciec czy­tał w dru­giej części domu; i od cza­su do cza­su sta­wał w drzwiach po­ko­ju, gdzie za­jęci by­li­śmy pa­pla­ni­ną i gra­mi. Sta­wał w drzwiach, po­dejrz­li­wy, za­sępio­ny; ska­rżył się mat­ce na na­szą słu­żącą Na­ta­li­nę, któ­ra zro­bi­ła mu ba­ła­gan w ksi­ążkach; "two­ja dro­ga Na­ta­li­na", mó­wił. "To idiot­ka", mó­wił, nie dba­jąc o to, że Na­ta­li­na może go w kuch­ni usły­szeć. Zresz­tą do zwro­tu "ta idiot­ka Na­ta­li­na" Na­ta­li­na już przy­wy­kła i wca­le się nie ob­ra­ża­ła.

Cza­sem wie­czo­ra­mi, w gó­rach, oj­ciec szy­ko­wał się do wy­cie­czek lub wspi­na­czek. Klęcząc na podło­dze, sma­ro­wał buty, swo­je i mo­ich bra­ci, tłusz­czem wie­lo­ry­ba; uwa­żał, że tyl­ko on po­tra­fi wy­sma­ro­wać buty tym tłusz­czem. Po­tem w ca­łym domu sły­chać było szczęk że­la­stwa: oj­ciec szu­kał ra­ków, ha­ków i cze­ka­nów. - Gdzie wpa­ko­wa­li­ście mi cze­kan? - grzmiał. - Li­dia! Li­dia! gdzie wpa­ko­wa­łaś mi cze­kan?

Wy­ru­szał na wspi­nacz­kę o czwar­tej rano, cza­sem sam, cza­sem z za­przy­ja­źnio­nym prze­wod­ni­kiem, cza­sem z mo­imi bra­ćmi; na­stęp­ne­go dnia był zmęczo­ny i nie­zno­śny; twarz miał czer­wo­ną i opuch­ni­ętą od sło­ńca, od jego pro­mie­ni od­bi­ja­nych przez lo­dow­ce, usta po­pęka­ne i za­krwa­wio­ne, nos po­kry­ty żó­łtą po­ma­dą, przy­po­mi­na­jącą ma­sło, brwi ści­ąg­ni­ęte na po­bru­żdżo­nym i gniew­nym czo­le, i czy­tał ga­ze­tę, nie od­zy­wa­jąc się ani sło­wem: wy­star­cza­ła byle bła­host­ka, żeby wpa­dł we wście­kło­ść. Po po­wro­cie ze wspi­na­czek z mo­imi bra­ćmi oj­ciec mó­wił, że bra­cia to "ofer­my" i "mu­rzy­ni" i ża­den z jego sy­nów nie odzie­dzi­czył po nim pa­sji do gór; poza Gi­nem, naj­star­szym z nas, do­sko­na­łym al­pi­ni­stą, któ­ry ra­zem ze swo­im przy­ja­cie­lem zdo­by­wał naj­trud­niej­sze szczy­ty; o Gi­nie i jego przy­ja­cie­lu oj­ciec wy­po­wia­dał się z mie­sza­ni­ną dumy i za­zdro­ści, mó­wi­ąc, że sam nie ma już tyle siły, bo się sta­rze­je.

Mój brat Gino był zresz­tą jego ulu­bie­ńcem i da­wał mu po­czu­cie sa­tys­fak­cji; in­te­re­so­wał się hi­sto­rią na­tu­ral­ną, ko­lek­cjo­no­wał owa­dy, krysz­ta­ły oraz inne mi­ne­ra­ły, i pil­nie się uczył. Gino za­pi­sał się pó­źniej na in­ży­nie­rię; a kie­dy wra­cał do domu po zda­nym eg­za­mi­nie i mó­wił, że do­stał trzy­dzie­ści, oj­ciec py­tał: - Jak to trzy­dzie­ści? A dla­cze­go nie trzy­dzie­ści z wy­ró­żnie­niem2?

2 Tren­ta e lode (wł.) - trzy­dzie­ści z wy­ró­żnie­niem. Naj­wy­ższa oce­na w szkol­nic­twie wy­ższym.

A je­śli do­sta­wał trzy­dzie­ści z wy­ró­żnie­niem, oj­ciec mó­wił: - No, to był ła­twy eg­za­min.

W gó­rach, kie­dy oj­ciec nie wy­bie­rał się na wspi­nacz­kę albo na ca­ło­dzien­ną wy­ciecz­kę, co­dzien­nie cho­dził na "spa­ce­ry"; wy­ru­szał wcze­śnie rano, ubra­ny jak na wspi­nacz­kę, ale bez liny, ra­ków ani cze­ka­na; często wy­cho­dził sam, my i mat­ka to były we­dług nie­go same "tchó­rze", "cia­maj­dy" i "mu­rzy­ni"; wy­cho­dził z ręka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na ple­cach, ci­ężkim kro­kiem, w pod­ku­tych bu­tach, z faj­ką w zębach. Cza­sa­mi zmu­szał mat­kę, żeby mu to­wa­rzy­szy­ła; - Li­dia! Li­dia! - grzmiał o po­ran­ku - idzie­my! Zgnu­śnie­jesz na tych po­la­nach! - Mat­ka po­tul­nie szła za nim; kil­ka kro­ków z tyłu, ze swo­im kij­kiem, swe­trem za­wi­ąza­nym na bio­drach, po­trząsa­jąc czu­pry­ną kręco­nych si­wych wło­sów, krót­ko ob­ci­ętych, cho­ciaż oj­ciec nie zno­sił mody na krót­kie wło­sy, a kie­dy je ob­ci­ęła, zro­bił awan­tu­rę na cały dom. - Zno­wu ob­ci­ęłaś so­bie wło­sy! Ośli­ca! - krzy­czał za ka­żdym ra­zem, kie­dy wra­ca­ła od fry­zje­ra. W języ­ku mo­je­go ojca "osioł" nie od­no­sił się do igno­ran­cji, ale do pro­stac­twa lub nie­grzecz­no­ści; my, jego dzie­ci, sta­wa­li­śmy się "osła­mi", gdy mó­wi­li­śmy mało albo od­po­wia­da­li­śmy bur­kli­wie.

- Fran­ces cię na­mó­wi­ła! - mó­wił oj­ciec do mat­ki, wi­dząc, że zno­wu pod­ci­ęła wło­sy; w isto­cie oj­ciec bar­dzo lu­bił i ce­nił ową Fran­ces, przy­ja­ció­łkę mat­ki, a ta­kże żonę ko­le­gi z dzie­ci­ństwa i stu­diów; ale miał jej za złe, że wta­jem­ni­czy­ła mat­kę w modę na krót­kie wło­sy; Fran­ces często je­ździ­ła do Pa­ry­ża, gdzie mia­ła ro­dzi­nę, i pew­nej zimy wró­ci­ła stam­tąd ze sło­wa­mi: - W Pa­ry­żu nosi się krót­kie wło­sy. W Pa­ry­żu ubie­ra się na spor­to­wo. - W Pa­ry­żu ubie­ra się na spor­to­wo - po­wta­rza­ły przez całą zimę moja sio­stra i mat­ka, na­śla­du­jąc tro­chę Fran­ces, któ­ra gra­se­jo­wa­ła; skró­ci­ły so­bie su­kien­ki, a mat­ka ob­ci­ęła wło­sy; sio­stra nie, bo mia­ła wło­sy dłu­gie do pasa, ja­sne i pi­ęk­ne; i za bar­dzo bała się ojca.