Słownik języków zwierzęcych - Heidi Sopinka

Reflow text when sidebars are open.
Columba livia domestica; żywi się okruchami chleba pozostawionymi przez bezdomnych + na wilgotnym po deszczu polu.
Moje oczy stają się jej oczami, oczami kogoś, kto umarł młodo. Dlatego trudno z nimi żyć. Skeet jednak o tym nie wie. Ani Ondine. Ani nawet Valentina. Wiem już tylko ja.
Są w klatce jakieś jajka, Frame?
Tak, odpowiadam. Ale on nie słyszy. Wysypuje ziarna kawy i młynek tłumi mój głos.
Zęby widelca stukają rytmicznie o stalową miskę, co przypomina rejestrowane przeze mnie metaliczne nawoływanie długonogiego ptaka z trawiastych obszarów. Jestem wyczulona na dźwięki. Po tych wszystkich odgłosach zwierzęcych, które nagrywałam, hieroglificznych i elementarnych, jak piosenki. On tymczasem odkręca kran nad zlewem. Wie, że woda jest lepsza od mleka. Przychodzi mi na myśl, że przypominamy parę w kamiennym domu. Mężczyzna robi śniadanie. Może to być jedna z tych chwil czułości, które się między nimi zdarzają, taka między seksem a oficjalnością. Ale nie. Nie powiedziałam mu o liście. To trochę jak sztuczka, wybór właściwego momentu pomiędzy tym a nagłym zjawieniem się Skeeta nie wiadomo skąd o tej samej porze, przed zachodem słońca.
Jemy powoli, w niekrępującym milczeniu. Nogi zwisają mi ze zbyt wysokiego krzesła, jak dziecku. Skeet smaruje chleb masłem, rozprowadzając je kanciastymi ruchami, i zauważa: - Jest tu mniej miejsca, niż myślałem.
Tak, odpowiadam. Wnętrze jest bardzo dobrze rozplanowane. Musiała zabrać wszystko i sfotografować je pod zmyślnymi kątami. Czyli jak? Z wysoka czy niska, nigdy nie pamiętam.
Z wysoka.
Popija kawę, patrząc prosto przed siebie. Przypominam sobie, jak go lubię. Nie ma między nami ani odrobiny nieszczerości.
Wiesz, nazywają tę dolinę Dziedzińcem Królów, mówię. Ogrodem Francji. Rzeczywiście, przypomina jedno i drugie, ale ja widzę tylko rozpalone pola słoneczników, które wkrótce zostaną ścięte, połyskujących i jeżących się jak sierść dużego kota. W Ameryce Środkowej to mogłyby być pola kukurydzy. Podnoszę kubek do ust, czując, jak grzeje mnie para. Ta kawa nie ma smaku. Jedzenie zresztą też.
Wygląda przez okno i mruga, oślepiony przez słońce.
To miejsce ma swój urok. Je tost. Urok śmierci.
Brakowało mi ciebie.
Zresztą, Frame, jakie to ma znaczenie? Jesteś jak zwierzę. Taka sama niezależnie od tego, gdzie się znajdziesz. Przerywa. Jak się czujesz?
Hm, oboje wiemy, że to nieprawda. Z nogą lepiej, mówię mu, ale to żadna rewelacja. Nie spytasz mnie?
O co?
O wielki projekt.
Ach.
Jest roztargniony. W normalnych okolicznościach zapytałby od razu. Ma opuszczony wzrok, patrzy na kopertę z wytłoczonym emblematem i taką samą francuską czcionką jak na pozostałych pismach na stoliku przy drzwiach wejściowych. List został wyjęty ze skrzynki razem z całą pocztą. Może to ja jestem roztargniona.
Skeet wstaje i krąży po izbie, sunie palcami po przyklejonych taśmą do ścian papierach. Już zapomniałam, jaki jest. Nie usiedzi bezczynnie dłużej niż przez kilka minut. Milknie na jakiś czas, a potem odwraca się do mnie.
Zdjęcia są wszędzie, nachodzące na siebie i splatające się wzory, straszliwy hałas przerywany gdzieniegdzie ciszą. Wszystkie te informacje, transkrypcje w notatkach z terenu i pojedyncze kartki spięte gumkami recepturkami w plastikowych torbach na podłodze. Przez chwilę widzę to tak, jak zobaczyłby ktoś inny. Nie Skeet, ale ktoś normalny. Całość wygląda na przejaw kompletnego szaleństwa. Jakbym wreszcie, ostatecznie postradała zmysły. Jednak projekt, mimo że sprawia wrażenie niedorzecznego, działa na mnie pokrzepiająco. Zawsze wiedziałam, że to coś dla mnie.
Po dłuższym milczeniu Skeet zaczerpuje powietrza. Niech to szlag.
Mój Boże. O co chodzi?
Nieruchomieje. Frame.
Co się stało?
Nie wiem, jak ci to powiedzieć.
Ale co? Wydajesz się okropnie przejęty. Ta twoja mina, nigdy takiej nie widziałam.
Wypuszcza powietrze z płuc. Nie może się zdecydować, od czego zacząć, tyle tego jest.
Co się dzieje? Chodzi o projekt? - pytam niepewnie.
Hm - waha się. I tak, i nie.
Łup. Oboje się wzdrygamy. Znowu ten ptak. Zaczął dobijać się do okna, kiedy wczoraj rano wychodziłam z domu. Wyłączyłam światło, zabrałam z parapetu klucze i płyty - wszystkie te zwodnicze rzeczy - żeby go nie wabiły. Łup. Ponownie uderzył o szybę. Gdy szłam do samochodu, świeciło słońce i po niebie sunęły białe chmury, jak smugi. Gdy mieszka się na wsi, dużo czasu spędza się za kierownicą. Szyba jest gorąca, fotel okropnie się kiwa. Żeby go podeprzeć i dosięgnąć pedałów, wetknęłam za niego deskę do krojenia chleba. Niebo jest czyste i rozległe. Prowadzi tu tylko jedna droga. Granice pól się zacierają, srebrzone przez chmury, które zamykają się nad nimi w jednej chwili. Można odetchnąć od złotego skwaru, którym szeleszczą suche trawy, a psy, dysząc, muszą chronić się w cieniu. Spomiędzy szczelin wyrasta wszystko. Róże, całe rowy maków, drzewa uginające się pod ciężarem owoców. O tej porze roku zjeżdżają się ludzie. Zapełniają zamki o stożkowatych wieżach. Ustawiają się do zdjęć przed kościołami. To mnie nie wzrusza. Piękno jest powszechne i dla wszystkich. Z radia w samochodzie dochodzą trzaski. Ta, jak ona się nazywa, śpiewa: Yeah, what have I got? / Nobody can take away2. I nagle wydaje mi się śmieszne, że uważamy się za nieśmiertelnych. To, co mam, zostanie mi odebrane. Nikt nie odchodzi stąd żywy. Słońce w rytm bicia serca przebłyskuje zza szpaleru drzew rosnących przy drodze w równych odległościach, ich szerokie cętkowane pnie przypominają mozaiki.
Od miesięcy ani z konserwatorium, ani z uniwersytetu nie było żadnych wiadomości, a tu dziś, w małej metalowej skrzynce pocztowej, nagle list. Myślę o niezliczonych notatnikach, pełnych przekształconych w obrazy zwierzęcych odgłosów, pajęczynowatych map, prostych chorałów, małych srebrnych częstotliwości. Wszystkie sprowadzają się do pojedynczego gestu kobiety obracającej się na obcasie, która patrząc już na następną osobę w kolejce, podaje mi biały prostokąt. Tyle że wcale tak nie jest. Otwieram go, stojąc przy żółto-niebieskim kontuarze. Wszystko w pomieszczeniu jest jaskrawe i wibruje. Za oczami czuję pulsujący ból. Każdy drobiazg zmienia kurs; to jak spoglądać w nocne niebo na drugiej półkuli, nie potrafiąc nazwać ani jednej gwiazdy.
Jadę z powrotem z otwartym listem na kolanach, mijając krótki żwirowy podjazd prowadzący do domu. Wydaje się wręcz niemożliwe, żeby coś, co nie waży prawie nic, mogło zawierać informacje o tak zaskakującym ciężarze. Mój przyspieszony oddech przesycony jest paniką. Zboża na polach falują w powiewach wiatru. Białe krowy stoją wszystkie zwrócone w tę samą stronę, ustawione tak nie dlatego, że czują nadchodzący deszcz, ale ponieważ ziemia jest jednym wielkim magnesem. Szyby samochodu są opuszczone, otwarte na ptasi śpiew i cienką warstwę pyłu wzbijanego przez koła z popękanej bitej drogi. Widywałam to już setki razy, ale teraz zauważam ze wszystkimi szczegółami. Niebo, lite i gładkie jak kamień, przecinają małe szare skrzydła. Moje ciało jest pokryte zimnym potem, ubranie przykleja się do skórzanego fotela. Ręce mi drżą. Czy to musiało przyjść akurat teraz, po tak długim czasie? Ale o takich faktach człowiek zawsze dowiaduje się nie w porę. Zresztą czym jest fakt? Tak dużo z życia to pusty, stracony czas, z którego prawie nic się nie pamięta. Pamięć to nie fakt. Ale czym jest ona sama? Miliardami nieskończenie małych cząstek pochodzących z przestrzeni kosmicznej, jak powiedział Edison.
Skeet przesuwa swoje krzesło, ciągnięte po kamiennej podłodze drewno wydaje niski odgłos.
Poznałam Skeeta wiele lat temu, na lotnisku w Whitehorse, w budzie na końcu pasa do kołowania, gdzie na niego czekałam. Wysoki, o wyrazistych oczach, trochę dzikich. Sprawiał wrażenie poważnego, chociaż miał na twarzy półuśmiech, skrywający krzywy ząb, jakich już się nie widuje. Pierwsze, co powiedział, rozejrzawszy się wokół, to: "Wydaje się, że to jedno z tych miast, w których ludzie jeżdżą konno". Jest sympatyczny, ale zachowuje dystans. Praca w terenie stanowi przyjemne antidotum na ten cały czas spędzony w laboratorium, nad sprzętem do nagrywania. Przebywamy na zimnie, w śniegu, całe godziny. Czekając. Wytężając wzrok, żeby wypatrzyć szare plamy pojawiające się na tle oślepiającej bieli. W mieście widuje się kruki strącające z dachu śnieg, który zsuwa się i ląduje człowiekowi na głowie. Pasuje to do legendy Haidów, mówiącej, że są one stwórcami, ale także oszustami. W legendzie występuje także biały kruk. Pewnie to on stworzył świat. Ukradł słońce i księżyc, a potem przeleciał przez dziurę w dymie; stał się czarny, ale sprowadził światło.
Skeet kończył wtedy pisać rozprawę na temat aparatu głosowego wilka i przysłano go, żeby pomógł w badaniach terenowych. W konserwatorium mówili, że to najbardziej błyskotliwy doktorant, jakiego mieli. Zima na Jukonie. Oszronione piękno. W promieniach słońca przenikających lodowate powietrze wszystko było jak rozświetlone ogniem. Ciężarówka ślizgała się na drodze mimo łańcuchów. Uderzyło mnie, że pragnę tylko jechać dalej, przed siebie. Czułam się bezpiecznie, siedząc wysoko i patrząc przez oblodzone okna. Zaczęłam mu mówić rzeczy, których nie mówiłam nikomu, on także opowiadał. Długie kończyny miał w kabinie zgięte, oczy, gdy spoglądały w niebo, zmrużone.
Miał wrażenie, jakby pojawił się na świecie znikąd. Tak naprawdę nazywa się inaczej. Urodził się za wcześnie. Drobny, przypominał raczej komara niż dziecko. Był jakby skrócony, a potem w ogóle przestał rosnąć. Zanim ojciec odszedł na dobre, rodzice żyli ze sobą jak pies z kotem. Matka miała piętnaście lat. Zniewalała urodą, ale jeśli chodzi o autodestrukcję, była specjalistką. Mieszkali nad obskurnym salonem fryzjerskim. Fryzjer, jak twierdziła matka, odnalazł Boga. I zamykał interes nie wtedy, kiedy trzeba. Próbowała spać w wałkach na głowie, ale budziła się z uczuciem, że ma przetrąconą szyję. Mówiła, że nie może myśleć przez ten smród amoniaku w płynie do trwałej, przypominający kocie szczyny. Siedziała przy stole kuchennym z martwym wzrokiem, w przezroczystej podomce, i paliła. Mogła tak godzinami. Już nie wiedział, co jest gorsze, ten katatoniczny stan czy szał, kiedy wygadywała niestworzone rzeczy, które nigdy się nie zdarzyły, nie miał co do tego wątpliwości. Wysyłała go do szkoły z lunchem w wąskiej brązowej papierowej torbie ze sklepu alkoholowego, która rozrywała się za każdym razem, kiedy wyjmował jej zawartość. Wkrótce nauczycielka wezwała matkę. Ta włożyła cienki czerwony skórzany pasek i najbardziej obcisłe dżinsy, które wciągała na biodra jeszcze wilgotne i zapinała metalowym wieszakiem, leżąc na podłodze. Skeet się denerwował. Gdy tylko je wkładała, następnego ranka w kuchni pojawiał się jakiś facet. Dziecko nie urośnie - powiedziała nauczycielka - żywiąc się czipsami i brzoskwiniami z puszki. Lunch to podstawa. Matka się zaśmiała; nie chciała zgasić papierosa. Nauczycielka mówiła dalej. To bystry chłopiec. Ona pomoże. Zanim go zabrano, ostatni raz widział matkę stojącą w progu; miała na sobie tylko błyszczące białe majtki i trzymała butelkę whisky. Rozmazany makijaż, oczy, które wyglądały jak u szopa, końcówki jasnych włosów muskające żebra. Z resztkami szminki, której większość została na szyjce butelki, jej usta wyglądały jak rana. Na co się gapisz? Umknął wzrokiem ku jej jedynej zasłoniętej części ciała. Na litość boską! - zaśmiała się. Zabrzmiało to jak skrzek. Opuściła głowę, a później położyła dłonie po obu stronach kości łonowej, tworząc V. Wyszedłeś z tych lędźwi - warknęła w końcu.
Kiedy tamta kobieta mu powiedziała, że może pobiec i wziąć swoje rzeczy, uświadomił sobie, że niczego nie chce zabrać. Oddano go wysokiej niemieckiej parze, hodowcom bydła, którzy prowadzili samowystarczalną farmę i żyli zgodnie z wizją Hermanna Hessego. Został przez nich adoptowany. Chcieli przechrzcić go na Hermann. Nie podobało im się jego imię, które matka wytatuowała sobie nad kością ogonową. Wystawało znad majtek, co uważał za bezsensowne. Jak to, bała się, że zapomni, jak nazywa się jej syn? Uznali jednak, że trzeba by w nim zmienić za wiele. Wychował się na wsi. Oglądał z nimi programy przyrodnicze, z których go potem przepytywali. Ile serc ma ośmiornica! Jak długo żyje mucha! Dlaczego wieloryby oddychają powietrzem! Przez to jeszcze bardziej tęsknił za matką. Lubiła ze śmiechem krzyczeć i walić w telewizor, jakby to był człowiek. Wyjątek stanowił program o śpiewaczce operowej. Wtedy naprawdę ucichła. Powiedziała tylko: ona śpiewa, jakby przemawiał przez nią Bóg.
Inne dzieciaki uważały, że Skeet jest zimny, w środku jednak miał ogień. Uwielbiał początek roku szkolnego jesienią. W ogóle uwielbiał jesień. Szkarłatne liście, myślał z upodobaniem, to płonące mózgi drzew. Lubił szeregi szklanych słojów w szkolnej pracowni nauk ścisłych. Jego ulubionym pierwiastkiem z układu okresowego był selen. Wyrósł na zaskakująco wysokiego chłopaka, jak para Niemców. A kiedy kończył studia, pod wpływem impulsu kupił ze stypendium bilet samolotowy dla matki. Prowadził z nią potajemną, choć nieregularną korespondencję.
Na uroczystości wręczenia dyplomów jej miejsce długo pozostawało puste, już myślał, że nie przyjdzie. Ale przyjechała, dziwnie niezmieniona. Wyrosłeś na przystojniaka - mówiła od czasu do czasu. Stale go dotykała. Gdyby zmrużyć oczy, można by ich wręcz uznać za parę. Miała jednak rozbiegany wzrok, w wysokim bucie trzymała buteleczkę whisky. Oglądając się ze siebie w palącym popołudniowym słońcu, opróżniła kilka plastikowych kieliszków wina, wystawionych na stole ogrodowym, nakrytym wykrochmalonym białym obrusem. Kiedy tylko ją zobaczył, wszystko sobie przypomniał. Jej potrzebę uwagi. Bełkotanie. Swoją tęsknotę za taką matką, której twarz odzwierciedlałaby coś, co dostrzegał w sobie. Po pierwszej fali zażenowania zawsze czuł się podle. Po tych wszystkich latach, po tej całej nauce, podróżach i studiach, przyszło mu do głowy, że ona wciąż jest dzieckiem, a on już nie.
Cholerne zasrańce! - zawołała, mając na myśli gołębie siedzące na kampusowych drzewach. Wyjęła z torebki pistolet, ujęła go w dłoń, wycelowała, a potem obróciła się na pięcie w stronę Skeeta i powiedziała: Dobra, słonko, zjedzmy coś. Przyjechała policja.
Skeet spojrzał na mnie w ciężarówce. Coś go przepełniło. Przywarł do mnie wzrokiem z uczuciem, którego nie znało żadne z nas. Odebrałam jego cichy ból i ogarnęła mnie fala wielkiej czułości, choć wydusiłam tylko: Kiedyś miały wyższą pozycję w społeczeństwie, to znaczy gołębie.
Przełknął ślinę i kiwnął głową.
Ze swoimi pomarańczowymi oczami i opalizującymi szyjami, ciągnęłam, zostały sprowadzone do miast jako ozdoba. Oczywiście spełnią także funkcję posłańców. Odznaczono je podczas wojny.
Jak bezdomnego o heroicznej przeszłości, zauważył, patrząc w jakiś niewidoczny punkt.
Rodzice nie mogli wybaczyć mu czego innego - nie tego, co zaszło tamtego dnia, ani że się z nią kontaktował. Tylko że im o tym nie powiedział. Stracili do niego zaufanie. To grzech kardynalny adoptowanego. Wyjeżdżając z domu na studia i do pracy, nie wiedział, czy jeszcze się z nimi zobaczy. Nie pisali do siebie.
Brzęk naczyń. Skeet sprząta po śniadaniu. Wyjmuje paczkę papierosów, wytrząsa dwa z nich, wtyka oba do ust, zapala i podaje mi jednego. Chcę ci powiedzieć... Przerywa. Że... Cóż. Zwijamy się.
Patrzy na mnie tak, że nie mam pojęcia, co o tym myśleć. I nie wiem, co jest śmieszniejsze. To, że Skeet zjawia się tu ni stąd, ni zowąd, czy to, że używa wyrażenia "zwijamy się", gdy siedzę tu bez ruchu.
Skeet, mam dziewięćdziesiątkę. Mówię "dziewięćdziesiątkę", mimo że tak naprawdę stuknęły mi dziewięćdziesiąt dwa lata. I jeszcze nie skończyłam swojej roboty, dodaję, drżąc mimowolnie.
Niewiele ci już zostało, Frame, widzę to. Wiesz, że tak. Mogę pomóc.
Jak? - pytam niechętnie, choć od razu żałuję, że zabrzmiało to tak twardo. Patrzę na niego, włosy mu sterczą, i myślę, że na pewno zostało coś jeszcze do zrobienia.
Jest coś... - odzywamy się jednocześnie.
Ty pierwsza, mówi tak głośno, jakby był zaskoczony. I jest.
Dostałam wczoraj list, zaczynam. Nie patrzę w jego stronę. Zaczerpuję głęboko powietrza. Pali mnie w płucach. List z muzeum. Nie mogę oddychać. Skeet. Mój głos jest ochrypły, ostry. Piszą... Chrząkam. Piszą w liście... Jest krótki, powściągliwy. Czytałam go i czytałam od nowa, jakby mogła pojawić się w nim jakaś nowa informacja. Według tego listu - z moich ust wydobywają się dźwięki - zawisają w powietrzu, mam wnuczkę. Nagle muszę się powstrzymać od śmiechu, jak wtedy, gdy człowiek tak długo zastanawia się nad jakimś słowem, że zaczyna wydawać mu się komiczne. Ogarnia mnie drżenie. Efekt radzenia sobie z trudnościami poznawczymi, tak przynajmniej twierdzą biolodzy ewolucyjni. Pomyśleć, że ktoś musiał walić ludzi po twarzach, żeby sformułować tę teorię. Skeet milczy.
Zdajesz sobie sprawę, jakie to - szukam odpowiedniego słowa - absurdalne.
Opuszcza wzrok.
Bo ja przecież nie mam dzieci.
Przebija się obraz pielęgniarek. Sztywna koszula nocna, ślady stóp w śnieżnej brei. Poczucie samotności. Wszystko na wpół ukrywane. Skeet patrzy mi w oczy. Otrząsam się z tego. Tak nie trzeba. Wspomnienia są prymitywne, mają tak niewielu świadków.
Przez okno wpada poranne słońce i przynosi ciepło, a z nim niskie brzęczenie much, które powolne i otumanione walą w szyby. Skeet, mówię znowu, jakby nie usłyszał. Świadomość niemożliwego i związana z nią męka. Zaprzeczenie stanu rzeczy, tego, co jest. I tego, czego nie ma. Łup. Ptak znowu dobija się do okna.
Może, mówi, wskazując okno, może to ona.
Muszla stwarza wrażenie, że słyszysz szum oceanu, a nie pulsowanie krwi w uszach.
"Jeśli nie wiesz, Paryż leży dalej na północ niż Nowa Fundlandia", chłodno zauważa w liście matka. Nie ma jednak mowy, żebym wróciła do domu. Uważają tam moje zachowanie za haniebne. Kiedy zakonnice doniosły im o moim ostatnim wybryku, szczegółowo opisując, jaka jestem krnąbrna, i wyrażając obawy, co będzie ze mną w przyszłości, poprosiłam rodziców, żeby pozwolili mi wstąpić do akademii sztuk pięknych w Paryżu.
Ojciec jest niezwykle praktyczny. Zajął się tekstyliami, a tu wybuchła wojna. Potrzebowano mundurów, przez całe lata. Ogromnie się wzbogacił. Studiowanie malarstwa to dla niego idiotyzm. To dobre dla biedaków albo homoseksualistów - twierdzi - zaliczając jednych i drugich do przestępców, i to takich samych. Matka, która zdawała sobie sprawę, że nowe pieniądze nie zjednują szacunku, miała ścisły umysł. Widziała mnie w obszarach, które uznawała za wyrafinowane. Wysyłała mi albumy poświęcone Goi, Delacroix, nocnym pejzażom Turnera, nie komentując tego w żaden sposób. "Ivory. Nie zapominaj o szczotce do włosów, którą ci posłałam. Proszę, używaj jej przynajmniej dwa razy w tygodniu. Szczerze oddana Matka". Nie można się było do niej zbliżyć. Zachowywała rezerwę i jakby zupełnie mnie nie znała. Te książki wprawiały mnie w zmieszanie. Sprawiały wrażenie, jakby wiedziała o mnie coś ważnego.
Zostałam wyrzucona, ale to niczego nie zmieniało. W szkole przyklasztornej moja tęsknota za braćmi, lasem, była tak dojmująca, że wydawała się aż teatralna. Kiedy wyjeżdżałam z domu, Arthur, mój brat, dał mi cygarnicę z kredkami ułożonymi w szeregu jak żołnierze. Rysowanie, jak się przekonałam, było jedyną dziedziną, w której przewyższałam braci. Matka wynajęła nauczyciela rysunku; przyjeżdżał do mnie co środę po południu. Mówił, że sławni malarze mają tyle autoportretów, bo malowanie ich to pożyteczne ćwiczenie w przedstawianiu tego, co dobrze się zna. Jednocześnie to jedyny temat, który zasadniczo pozostaje taki sam. Spoglądam w lustro. Nie mam pojęcia, jak oddać tę kanciastą twarz o wysokich kościach policzkowych. On jednak, wkładając płaszcz, komentuje: doskonale. Trzeba jeszcze tylko popracować nad tym, dodaje, wskazując moją kość policzkową, i nad tym, czyli zagłębieniem szyi. Jeśli przyciemnisz kąciki, twoje usta staną się bardziej żywe. Maluj choćby tylko przez kwadrans dziennie, a zobaczysz, jakie robisz postępy. Zaczęłam więc nosić przy sobie szkicownik i rysować, bez przerwy, książęce twarze braci, na wpół zatarte, w ciągłym ruchu.
Kiedy u zakonnic otwieram cygarnicę, działa to jak detonator; przeszywa mnie ogromna tęsknota i tylko rysowanie poprawia mi samopoczucie. Kartka za każdym razem kusi swoją bielą. Szkicuję portrety na marginesach zeszytów, co przynosi pociechę i równocześnie pogłębia wyobcowanie. Oczekuje się ode mnie, że nie będę nic czuła. Że będę robiła, co mi każą. I chociaż rozumiem, że tak byłoby łatwiej, mimowolnie się sprzeciwiam. To życie w zamknięciu, w ciszy, w poczuciu winy. Nieróżniące się wiele od bacznej uwagi rodziców, którzy obsesyjnie poprawiają moje zachowanie, postawę, maniery. A ja uwielbiam przebywać na dworze. Tu brakuje mi świeżego powietrza. Odcięta od dźwięków z dzieciństwa, czuję się zagubiona i mdła. Kiedy przyjeżdżam, pierwsze, co mówią zakonnice, to: Zasada numer jeden.
Dziewczęta od samego początku nienawidzą mnie tak, jak lis nienawidzi psa. I jak większość czynią z izolacji powołanie. Babcia Queenie czytała mi kiedyś, że gejszę uczy się przede wszystkim, aby była miła dla innych kobiet. Nie znam czegoś takiego. Okazuje się, że mówię z nieodpowiednim akcentem, mam niewłaściwą fryzurę, a dziewczęta potrafią być bardzo podłe wobec kogoś, kto jest odmienny. Nie nawykłam do takich córeczek mamusi. Nieświadomych swoich zwyczajów, potajemnych nawyków. Gryzą ołówki, rolują rąbki spódniczek. Przeżywam chwile grozy, kiedy widzę pustkę w ich oczach, które niczego nie odzwierciedlają. To tylko puste, błyszczące kółka. Razem wyglądają jak mały szwadron w swoich plisowanych kraciastych spódnicach i wykrochmalonych białych bluzkach. Dormitoria są jak baraki, z szeregami metalowych prycz i małych stolików nocnych. Nie cieszę się sympatią, bo jestem nowa i niczym się nie wyróżniam. Nie umiem grać w hokeja na trawie. Nie jestem dobra z religii. Rysowanie się nie liczy. Chociaż bardzo doskwiera mi samotność, nie staram się z żadną zaprzyjaźnić. Już wolę być sama niż z ludźmi, których nie lubię. Kiedy przychodzimy do jadalni na posiłki, grupa dziewcząt wstaje i przesuwa swój stół z dala od miejsca, gdzie siadam. Podobno żrę jak chłopczyca. Przed wyjściem na lunch zauważam, że ktoś ukradł mi szkicownik, wyrwał z niego kartki i przykleił je taśmą na ścianach na korytarzu. Twarze moich braci są zasmarowane. Mrugam powiekami, przełykając łzy. Nie mogę się rozpłakać. Tu się nie płacze. To by świadczyło, że cię złamali. Więc idę do jadalni, w której panuje cisza, bo nie wolno nam odzywać się podczas posiłku. Siadam wyprostowana, słuchając, jak setki dziewcząt jedzą, łykają zupę. Stukanie metalowych łyżek o miski - stuk, stuk, stuk - staje się dźwiękiem niezawodnie dającym poczucie bezpieczeństwa.
Zaczynam na białych karteczkach rysować tuszem mapy ucieczki. Wysokie kamienne mury otaczające teren klasztoru, ogrody, dormitoria, drogę na zewnątrz, a poniżej legendy z liczbami i trasami. Zakonnice piszą do moich rodziców: "To dziecko nie współpracuje ani w trakcie pracy, ani zabawy".
Dzieci to konformiści. Na milę wyczuwają mój dystans. W każdej szkole jest tak samo. Z domu nie przychodzą prawie żadne listy. I zastanawiam się, jak by to było, gdybym choć raz spotkała się ze strony matki z czymś innym niż chłodna obojętność, gdy widzi mój głodny nieposkromiony wzrok. Widziałam kiedyś kobietę podrzucającą wysoko w powietrze małego chłopca, który aż krzyczał z radości; w jej oczach była wielka miłość. Taka, która elektryzuje.
W ostatniej szkole nawiedzał mnie powracający sen. O wyspie. Okrągłej spiralnej muszli. Egzotycznej i jednocześnie znajomej. Dopiero kiedy przyjeżdżam, żeby studiować na akademii, i idę przez układające się spiralnie arrondissements, uzmysławiam sobie, że o tym właśnie śniłam. O Paryżu.
Zapuszczam włosy aż do pasa, zaplatam w warkocz i upinam w koronę. Postanawiam ubierać się tylko na biało. Moje ciało jest napięte, czujnie reaguje na wszystko. Na dzwonki i pstryknięcia. Na zapach cykorii i pernoda, wszechobecny zastały dym papierosowy z kiosków. Ulice zupełnie nie odzwierciedlają pozbawionej wyobraźni geometrii, jaką znałam. Nie ma tu linii prostych. Idę po nierównym bruku Boulevard Saint-Germain, kamienie zalewa słońce, omijam pachnące kasztanowce, które rosną wzdłuż ulicy. Nigdy nie zapomnę tego światła. Padając na gołębioszare dachy, staje się istnym cudem.
Za złoconym ogrodzeniem Jardin du Luxembourg żwir gryzie twarde podeszwy moich butów. Park zaludniają kobiety - kamienny anioł z wielkimi rozpostartymi skrzydłami, piękny i precyzyjnie wykonany, dwadzieścia królowych francuskich, pierwsza statua wolności. Ludzie siedzą na metalowych krzesłach i patrzą, jak ośmiokąt wody różowieje wraz z zachodem słońca. Jesień to wcale nie odchodzenie wszystkiego. Tu nazywa się ją la rentrée. Powrotem. Za parkiem, po drugiej stronie cmentarza, biegnie Rue Froidevaux, aleja o starannie przyciętych drzewach, to przy niej znalazłam mieszkanie, które będzie także pracownią. Kiedyś była to służbówka, teraz pod nią znajduje się atelier Madame Tissaud, rélieure, która oprawia i zszywa książki. Przez wielkie okna frontowe widzę szwalnię, prasy i drewniane narzędzia. Kiedy staję w drzwiach, Madame Tissaud wykrzykuje: Ivory! i obejmuje mnie tak mocno, że aż strzyka mi w dolnej części kręgosłupa.
Przepraszam, mówię. Przyszłam wcześniej.
Uśmiecha się przebiegle. Nie przepraszaj. Nie lubię słowa przepraszam. Poza tym dostrzegamy wady tylko u tych, którzy każą nam czekać. Ufam ludziom, którzy zjawiają się wcześniej, wyjaśnia, mówiąc w stronę regału z książkami. Wyszukuje wzrokiem jedną z nich, a potem zdejmuje z półki tom w brązowej skórze. Jest spokojna, opanowana. Nosi szorstki lniany fartuch, ma miłą twarz i bujne włosy jak tkanina workowa. Kafka, ciągnie, ustawiał na zegarku czas o półtorej godziny wcześniejszy.
Zastanawiając się, jak to wyglądałoby w praktyce, otwieram książkę, piękną i zaszyfrowaną, zaintrygowana postacią bohatera, który zamiast całego imienia ma tylko inicjał. Jak ładnie K. wygląda na papierze.
Madame Tissaud przewleka nić przez ucho igielne i siada przy oknie, aby podczas rozmowy szyć. Mówi przypowieściami. Wychowałam pięcioro dzieci, opowiada, podnosząc dłoń z wydatnymi od starości żyłami. Są dla mnie jak palce u rąk. Nie mogę bez nich żyć. Kiedy na mnie spogląda, czuję się naga. Wygląda na to, że dobrze wie, jak bardzo jestem samotna. Silna, ale niepewna. Zupełnie inna niż ona. Widzę, jak przechyla głowę. Jakby sobie coś przypominała. Później popatrzy na mnie i powie, jak trudno radzić sobie z młodością, z jej nastrojami, żywiołowością, marzeniami, które nigdy się nie spełnią. Tym wielkim rozziewem między krótkim okresem młodości i długim tej drugiej.
Oglądałam mieszkanie w dziewiętnastce. Było niedrogie, ale wydawało się tak daleko położone.
Urodziłam się w dziewiętnastej dzielnicy, przy Parc des Buttes Chaumont, mówi.
Tam później poznam Lwa, nocne wędrówki wśród gipsowych figur, ogrodzeń z rzeźbionych cementowych gałęzi, po których będę sunąć dłonią, aby się upewnić, że nie śnię.
Po dwóch miesiącach w Paryżu dostaję zaproszenie na kolację od pochodzącego z Węgier architekta Istvána Szalasiego i jego żony Tacity, którą poznałam w szkole. Połączyła nas siostrzana przyjaźń, jakiej nigdy wcześniej nie znałam. Przyjaźń, zapoczątkowana przez dziwnie miłą czekoladkę, którą zostałam poczęstowana, i umocniona przez stykające się sztalugi. Większość kobiet ma problemy z jedzeniem, zawsze starają się wręcz zniknąć, a ona jak ja uważa, że głód to jakieś nieporozumienie.
Natykam się na nią trzy razy w dniu, w którym się poznajemy. W trzech różnych dzielnicach. W mieście zamieszkanym przez trzy miliony ludzi to wydaje się znaczące. Coś się między nami dzieje, rozbrzmiewa jakieś echo, zachodzą wibracje. W każdym razie to coś głębokiego, czego nie można zignorować.
Kiedy w pierwszym tygodniu zajęć jeden z wykładowców na akademii przewraca się spektakularnie w połowie wykładu, obie śmiejemy się histerycznie. Ja cała się trzęsę, łzy ciekną mi strumieniami.
Mademoiselle Frame, jeśli nie potrafi pani zapanować nad sobą, proszę wyjść z sali.
Tacita i ja jesteśmy jak magnesy, ciągnie nas do siebie wzajemnie aż po satysfakcjonujące pstryknięcie. Zauważa, że używam tylko jednej kartki do notowania, a kiedy się zapełni, wycieram ją gumką. Wiem, że polubię tę dziewczynę, kiedy nie pyta o powód. To pozostałość milczących paktów, które zawierałam w dzieciństwie sama ze sobą. Jeśli zdołam przeskoczyć przez chodnik, nie dotykając szczeliny między płytami, to się uda. Jeśli sto razy odbiję gumową piłkę, nie upuszczając jej, to się uda. Nigdy się nie zatrzymałam, żeby spytać - co takiego ma się udać?
Przed przyjazdem do Paryża, na Węgrzech, żyła ze znajomości francuskiego. Ma zdolność interpretowania wyrazu twarzy ludzi, w których języku rozmawia, jakby był jej językiem ojczystym. Mówi, że to jak większość umiejętności wynik praktyki, opartej na strategii. O wszystkim decyduje język jako narząd. Musisz być świadomy, jak porusza się w ustach tych, których mowy chcesz się nauczyć. Odchyla się do tyłu i pociąga łyk kawy. Jest taki poeta liryczny, ciągnie, który nazywa tłumaczenie pożyteczną gimnastyką umysłu. Kiedy patrzę na nią nad stolikiem, dociera do mnie, że od lat nie rozmawiałam z nikim, kogo bym kochała.
Skąd znasz francuski? - pyta.
Matka mówiła w tym języku. Miała trudności ze znalezieniem dla nas nauczyciela francuskiego. Łaciny, matematyki i nauk przyrodniczych uczył nas ten sam surowy mężczyzna. W końcu skądś wytrzasnęła pulchną rudowłosą kobietę, niejaką Madame Plouffe, w której drobnych zasznurowanych ustach koniugacja czasowników nieregularnych brzmiała tragikomicznie. Bouche en cul-de-poule. Zmuszałam się, żeby słuchać jej przenikliwego głosu, który jednak działał dziwnie usypiająco. Asseoir. Courir. Devoir. Falloir. Mourir. Przede wszystkim nauczyła nas Alouette, dziecięcej piosenki. Alouette, gentille alouette. / Alouette, je te plumerai. Brzmiało to tak radośnie, dopóki nie zrozumiałam, że dzieci nie tylko zachwycają się martwym skowronkiem, ale jeszcze oskubują go z piór od łebka po nóżki. Za każdym razem, kiedy słyszę tę melodię, myślę o mordzie i wydętych usteczkach Madame Plouffe.
Tacita jest eteryczna i emocjonalna. Zwiewna. To ktoś, kto nie wydaje pieniędzy na fryzjera. Strzyże się sama, ścina włosy tuż przy skórze, gdzie tworzą grube ciemne kędziorki. Mówi, że najpierw w ramach eksperymentu ostrzygła się na łyso. Włosy miała czarne jak węgiel, tak długie, że mogła na nich usiąść.
Zawsze sądziłam, że włosy to dziwny symbol kobiecej seksualności, mówi, szczególnie że zasadniczo są martwe. To po prostu zbroja, gdy się nimi owinąć.
Jest bricoleur. Grzebie w sklepach ze starzyzną i szuka rzeczy, które większość uznałaby za dziadostwo. Swoje znaleziska układa potem według kategorii w szufladach w pracowni. Zbiera wszystko. Ma mapy lotnicze, rękę lalki, słoiczki, stare zdjęcia, sprężyny zegarków, szklane przedmioty przedstawiające fazy księżyca, kamienie koloru nieba o północy, sypki czerwony piasek, klocki dziecięce, plastikowe płatki róż, skrzydła motyla uszyte z lnu, niebieskie druciki, tekturowe sylwetki ptaków i innych zwierząt, satynowe gwiazdy wypchane bawełną, kawałki luster.
Pijemy café cr?me w jednej z mrocznych, drewniano-lustrzanych kawiarenek przy akademii. Od dzieciństwa, opowiada, pragnęłam jedynie zatrzymać każdą rzecz ze stojących na półkach. Nie nadążam ratować ich przed wrzuceniem do rzeki i pójściem na dno, zbutwieniem w bocznych uliczkach, zakopaniem głęboko w ziemi. Uwielbiam historię, która kryje się w warstwach brudu, pęknięciach i plamach. W przedmiotach zupełnie nie interesuje mnie perfekcja.
Odkrywasz świat, będąc otwarta na wszystko.
A ty? - naciska. Uśmiecha się do swojej ciężkiej białej filiżanki, wydaje się bardziej obecna niż ktokolwiek inny, kogo znałam. Skąd masz imię?
Matka rodziła mnie w bólach przez godzinę i trzy kwadranse, przy akompaniamencie tykania szafkowego zegara z rzymskimi cyframi, który stał za drzwiami, opowiadam. Przez cały poród nie wydała ani jednego krzyku, zaciskała zęby. Byłam prawie sina, z główką przyciśniętą do miednicy, tak że kiedy wreszcie przyszłam na świat, miałam czerwony ślad na czole. Zjawili się moi czterej bracia, błyszczącymi zielonymi oczami popatrzyli na niemowlę w miękkich kocykach. Albert, najstarszy, z nogami do szyi, powiedział: Jest biała jak bibułka do papierosów. Pasuje do niej imię Ivory.
Matka skarciła go wzrokiem.
Oczywiście, gdy wdali się w to ludzie, mówię do Tacity, mityczne przymioty nie przyniosły niczego dobrego. Mam na myśli tragedię, jaka spotkała słonie - zabite, a potem gnijące na sawannie w chmarach much - żeby mogły powstać klawisze do fortepianów, kule bilardowe. Nie wyjawiam, że z tego powodu przeżywałam męki.
Gdzie byłaś wcześniej, zanim tu przyjechałaś?
W Anglii. W szkole przyklasztornej. Wyrzucono mnie, wyjaśniam, zaciągając się dymem. Zresztą nie pierwszy raz.
Brawo, odpowiada, odkładając papierosa we wgłębienie popielniczki i podpierając dłonią brodę.
Hm, w przeciwieństwie do ciebie nie mam w żyłach błękitnej krwi, podejmuje Tacita prowokacyjnie. Pochodzę z długiej linii czarnowłosych kobiet, urodzonych na sennych farmach. Wlokących wiadra wody przez tonące w błocie wioski. Nie zdążyłam poznać lepiej matki. Była różdżkarką. Potrafiła wszędzie znaleźć czterolistną koniczynę. Kiedyś mi powiedziała, że aby je dostrzec, trzeba patrzeć jak panna młoda przez welon. Nie wypatruje się ich, tylko przyzwyczaja się wzrok do cienia. Odwróciłam się zaskoczona, żeby na nią spojrzeć, i odparłam: Wiem, o co chodzi z tym welonem. Wtedy zbliżyłyśmy się do siebie najbardziej. Umarła podczas połogu. Jako najstarsza, w wieku dwunastu lat stałam się więc zastępczą matką. A kiedy wyjechałam do Paryża, żeby pracować, moje obowiązki przejęła następna w kolejności siostra. Jesteśmy jak matrioszki, tłumaczy, rosyjskie lalki. Wrzuca paczkę papierosów do torebki i dodaje: Wszystkie mamy takie same twarze. Są zbyt ekspresyjne, żeby uznać je za urodziwe.
Nie, protestuję. Jesteś piękna, jak wszystkie charyzmatyczne kobiety. To przesądzone.
Patrzę na Tacitę, która spogląda na mnie, emanując spokojem i serdecznością.
W Paryżu jest pełno fascynujących przedmiotów, można je znaleźć w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, podejmuje. Zdumiałabyś się, Ivory, gdybyś wiedziała, na co trafiam w śmietnikach; jej czarne oczy lśnią. Zbiera rzeczy przez większość czasu. Pomysły na dzieła przychodzą później.
Wiesz co, odzywam się ostrożnie, smutek jest dobry. Dla twórczości.
Mruży oczy.
Szczęśliwi ludzie nie opuszczają głowy, żeby patrzeć pod nogi.
Zabiera mnie w miejsca, które odkryła. Do sklepu przy Canal Saint-Martin, gdzie sprzedają oczy lalek - z rzędami szklanych kulek w drewnianej rynience, które stale się chwieją i podzwaniają, stykając się ze sobą, jak srebrne bule rzucane na piasek przez dorosłych mężczyzn w całej Francji. Na moje spojrzenie odpowiadają maleńkie Tacity.
Lądujemy w końcu w Muséum National d'Histoire Naturelle, przesiadujemy tam godzinami: szkicujemy kości zwierząt złożone w szkielety, a potem palimy papierosy w przylegającym ogrodzie, który jest jednocześnie paryskim zoo. Po tak długim odcięciu od zwierząt ich odgłosy znowu powodują pulsowanie w moich uszach. Aksamitny łopot skrzydeł i chwile ciszy, przerywane przez trzaski, metaliczny świergot, pomruki, skrzeki, wyraźnie słyszalne przy niewielkim wietrze - magiczne rytmy życia, dynamiczna fuga. Omawiamy oddziaływanie muzeum i jego eksponatów, z jego metalowymi kwiecistymi barierkami w stylu art nouveau, ciemnymi krętymi schodami, samotnymi kośćmi. Odkrywamy utknięty w zakurzony kąt szkielecik dwumiesięcznego ludzkiego płodu w pionowej pozycji. Płód zwykle widuje się skulony i pływający, sierp księżyca. Wyprostowany staje się zupełnie groteskowy, ze swoją dużą czaszką, wielkimi oczodołami, rachitycznymi ptasimi nóżkami i miniaturowymi żebrami. Wystawiono go obok małpiego ucha w słoju z formaldehydem i monstre double, zniekształconymi bliźniaczymi płodami nietoperzy - dziwny przejaw demokracji. Patrzymy na niego z lękiem, jakbyśmy w tej samej chwili zrozumiały, że niemowlę pozostanie dla obu z nas tylko kupką niestosownie poskładanych kości.
Tacita opuszcza salę, żeby przetrząsać brocantes, a ja siedzę w zoo i godzinami przyglądam się małpom, gazelom, hienom. Nie szkicuję ich. Tylko słucham. Znajduję źdźbła trawy, młodniki, wszystko, co tworzy intymną więź między światem ludzkim a zwierzęcym. Ćwiczę tak przez długie okresy, nigdy nikt mi nie przeszkadza. Jak w tamtejszych kafejkach, gdzie każdy pije i pije, a płaci dopiero po kilku godzinach.
Zaczynam zapisywać wydawane przez nie odgłosy, prowadzić ich rejestr.
Czy to dziennik? - pyta Tacita.
Dzienniki to tylko emocjonalne informacje o pogodzie, odpowiadam, nie podnosząc głowy i pisząc dalej. A coś takiego mnie nie interesuje.
Notuję w zeszycie: "Słowik: narkotyczny efekt, pył księżycowy. Hiena: punkciki gwiazd, chichot". I dodaję słowo "dialekty" ze znakiem zapytania. Tacita gryzmoli na marginesie: "Zabawne".
Miałam nadzieję, że malowaniem wywiążę się z umowy, którą zawarłam wiele lat przedtem, z paktu o ocaleniu. Jeszcze nie mówiłam jej o zwierzętach. O całym tym czasie spędzonym w lesie, o tym, jak słuchałam ich głosów, wystrzeliwanych niczym strzały między milczące drzewa. Poznawałam ich sekrety, które zatrzymywałam dla siebie, skulona na dole w błocie, wśród odgłosów wydawanych przez owady, ptaki i ssaki u korzeni i wierzchołków roślin. Tak samo jak dźwięki wyłapywałam chwile ciszy. Dźwięki wokół i we mnie samej. Przy nich moje życie wewnętrzne przybrało kształt. Po raz pierwszy byłam szczęśliwa - czy to, co czułam, było szczęściem? Ludzie zawsze sądzą, że to zwierzęta podlegają obserwacji, ale one także obserwują nas. Mój brat Edgar lubił się ze mną przekomarzać. Zresztą co jest z ludźmi nie tak? Pamiętam, że wpatrywałam się w niego uważnie. Ludzie są głośni - odpowiedziałam w końcu.
To niedorzeczne, zwierzam się Tacicie. Branie za model żywego stworzenia, a następnie przedstawianie go w martwej postaci, starannymi pociągnięciami pędzla, zawijasami, wydaje się takie... nieadekwatne. Możesz nad nim pracować i pracować, a i tak wychodzi sztywne i bez wyrazu. Tak bardzo koncentrujesz się na szczególe, że przeoczasz to, co najważniejsze. Wszystkie te drobne niedokładności, które oddają prawdę. Solenną, boską prawdę gdzieś w ich obojętnych oczach, które wwiercają się w ciebie.
Ona nie pyta o pakt. Zamiast tego mówi: niezwykłe życie odwodzi od przeszłości. A może jest inaczej. Może te stworzenia, które chcesz zrozumieć, są jak światło gwiazd albo księżyce innych planet. Trzeba je odkryć.
Poza muzeum powietrze przesyca dymna woń jakby kwiatów fenkułu, to coś rośnie na jednej z geometrycznych rabat w Ménagerie du Jardin des Plantes, na których punkcie Tacita i ja dostałyśmy obsesji. Mijamy wyperfumowane kobiety w jedwabnych pończochach i futrach spiętych w pasie złotymi paskami; stukają obcasami na bruku, niosąc naręcza pakunków. Mimo rosnącego zagrożenia wszystko powoli obrasta w luksus, staje się coraz bardziej przesadne. W końcu zapanują wyszukane sukienki do ziemi, odwrót do tego, co bezpieczne, bo znane. Przeczesujemy targi staroci i znosimy wszystko do mieszkania Tacity. Uznajemy, że kuchnia to miejsce, które ma największą moc. Alchemiczną. I chociaż Tacita z całą grupą szydzą w swojej twórczości z konwenansów, to wciąż wyżyma skarpetki Istvána i wiesza je na balkonie, żeby wyschły. Wracamy do kuchni.
Nigdy nie zakładałam, że są małżeństwem. A jednak nim są, od jedenastu lat; Tacita wyszła za mąż jako siedemnastolatka. Nie poznali się na Węgrzech, choć była w strzelistym budynku, który István zaprojektował w Budapeszcie. Uznała za niesamowity wyczyn stworzenie czegoś, co wynosi człowieka na taką wysokość, że czuje w piersi pieczenie. Spodobało jej się, kiedy powiedział, że zanim wykonał jakiekolwiek szkice, przebywał w tamtym miejscu przez dwadzieścia cztery godziny bez snu.
Tacita mówi, że oboje byli z innymi, jak większość artystów z grupy. Ale są dla siebie nawzajem najbardziej interesujący. Rzuca to tak od niechcenia, ze swoim szerokim ciepłym uśmiechem. Powinnam być przy niej skrępowana, bo dopiero co opuściłam zamknięty, wąski świat dziewcząt. A ona wydaje się taka dojrzała, we własnej kuchni, w której gotuje i rysuje, i w pracowni, pełnej przedmiotów i przypiętych do ścian fotografii. Ten jej miękki niski głos. Bose stopy. Egzotyczna jedwabna szata, którą nosi przewiązaną w pasie cienkim paskiem. To, jak przesuwa palcami w krótkich ciemnych włosach, a na jej nadgarstkach pobrzękują szeregi srebrnych bransoletek. Odkrywam, że czuję się przy niej bardziej sobą. Robi artefakt z tej części mnie, w której kryje się wstyd, że jestem taką banitką. Potem jednak się zastanawiam: czy aby się nie mylę? Czy właściwie odczytuję jej gesty? Coraz częściej rozmawiamy o tym, co chcemy robić. Spiskujemy razem, oczy nam iskrzą.
Kiedy obserwuję pary podchodzące do swojego małżeństwa z rezygnacją, ciągnie Tacita, nie mogę znieść przede wszystkim tego podszytego goryczą rozleniwienia. Te wszystkie zniewagi, jakie sobie wyrządzają, drobne rzucane mimochodem kąśliwości. Czasami przy takich parach nie masz pewności, czy to, na co patrzysz, to miłość, czy nienawiść. Tak bardzo oddalają się od siebie, że życie schodzi im na niczym; wdają się w takie trywialne domowe rozmowy, jak: "Czy nie pora kupić nową kanapę, jak uważasz?". Mówi, że starają się z Istvánem unikać w życiu rutyny po części dlatego, że to ona przesłania ludziom zdolność dostrzegania w osobie, z którą są, tego, co kiedyś kochali.
Pamiętam, jak słuchałam sławnego węgierskiego wiolonczelisty grającego koncert Brahmsa, mówi Tacita, której od zimnej wody w zlewie czerwienieją ręce. Bisując, zaskoczył wszystkich. Zagrał na wiolonczeli fragment i nagle przerwał. W sali zapadła cisza. Potem zaśpiewał to, co grał. Zagrał kolejny fragment, a potem znowu go zaśpiewał. Jego głos i dźwięk wiolonczeli nakładały się na siebie, aż w końcu straciłam orientację, czego słucham. Co jest bardziej wyjątkowe, to, że tak panuje nad instrumentem, czy to, że ludzki głos zamienia się w instrument? Zamknęłam oczy, opowiada, i jak zwykły śmiertelnik bez refleksji uznałam jego wyższość. A jednak, mimo że jego geniusz rozbrzmiewał w każdym zakątku sali koncertowej, pomyślałam: Ten człowiek musi zrobić sobie tost. Musi nakarmić kota. Potrzebuje czystych skarpetek. Śmieje się. Nigdy tego nie zrozumiem.
Czego?
Co to znaczy być człowiekiem.
Jakoś trudno mi zaliczyć samą siebie do tej kategorii, odpowiadam. Wiem, jak to jest być sobą, ale nie mam pewności, jacy jesteśmy jako całość. Stanowimy gatunek - tak przypuszczam - jak wszystkie inne zwierzęta i usiłujemy znaleźć swoje miejsce na ziemi, tyle że najwyraźniej odczuwamy też potrzebę, aby dowiedzieć się wszystkiego o przestrzeni, jaką zajmujemy w świecie.
Chyba właśnie dlatego nie ma czegoś takiego jak mądrość. Nie wierzę w to. Nikt ci nie powie, jak zostać tym, kim jestem. Żeby się tego dowiedzieć, musisz pożyć dostatecznie długo, mówi.
Czy słyszałaś angielskiego wiolonczelistę grającego Piosenki, których nauczyła mnie mama Dvořáka? - pytam.
Kręci głową.
Na płycie słychać odgłosy słowików z ogrodu. Wyśpiewują te same cztery nuty i w końcu dodają piątą, ozdobnik. To nagranie wzbudziło sensację. Mówiono, że zawiera element ekstazy. Ale wiesz, co zawsze myślałam? Że ptaki zdominowały występ. Wiolonczelista musiał być z tego powodu wściekły. Ludzie zawsze chcą być najważniejsi.
Mieszkaniu uroku dodaje cytrynowy zapach wonnego bierwiona, które Tacita wrzuca do ognia. Zegar z kukułką wybija kolejne godziny, gdy ona krząta się po swojej kuchni, małej, jasnożółtej. Mówi mi, że grupa artystów, do której należy, skłania się ku coraz bardziej wyrafinowanej i cokolwiek groteskowej kuchni, głównie opartej na mięsie. Ostatni posiłek składał się z oskubanej słonki, flambirowanej w mocnym alkoholu, jak to się robi w eleganckich paryskich restauracjach, i podanej we własnych ekskrementach. W ich gronie serwuje się móżdżki jagnięce, wątroby cielęce, pasztety z węgorza, nóżki wieprzowe i wszystko w muszlach. Najbardziej lubią to, co zachowuje formę i jest rozpoznawalne, wyjaśnia. Bezkształtne warzywa ich nie interesują. Za najcenniejsze uważają skorupiaki. Lubią walkę, szczęki rozrywające pancerze.
Pewnie dlatego, że to w większości mężczyźni, stwierdzam, odpakowując resztę jarzyn. Szukają wyzwań. Czy to cię nie razi?
Co takiego?
Taka brawura?
Kładzie na stole buraki. Razi mnie co innego, odpowiada, to, że ludziom brakuje wyobraźni.
Wychodzi i wraca z małym pudełkiem. Jest z bursztynowego drewna i tam, gdzie kiedyś były gwoździe, ma czarne dziurki. Podstawę, grubo pomalowaną kredowobiałą farbą, przecinają głębokie pionowe pęknięcia. Na krawędziach wyziera niebieski, a po obu końcach tkwią dwa cienkie kawałki drewna w tym samym kolorze. W środku odłamki błękitnego szkła i fragment białego koralu, który kształtem przypomina ludzkie serce. W jednym rogu nakrapiana kulka. Z pokrywy wystają wbite odwrotnie białe gwoździe.
Prześliczne, mówię. Te wszystkie codzienne przedmioty, które razem tworzą magię. Gdzie znalazłaś ten koral?
Przy Pigalle, odpowiada. W jednej z tych uliczek, w których z progu wychylają się kobiety w brudnej bieliźnie, z polakierowanymi paznokciami, jakby grające w sztuce. Wiesz, ciągnie, stawiając pudełko na stole, ludziom się wydaje, że artyści mieszkają na poddaszach i piją koktajle. Uśmiecha się. A ja chodzę wzdłuż rynsztoków, zbieram śmieci i starałam się ułożyć je tak, żeby wywoływały jakieś wrażenie. To rzeczy nam znane, ale zmienione przez czas albo okoliczności. Tacita bierze z blatu otwartą butelkę wina, nalewa go do dwóch kieliszków i podaje mi jeden z nich. Lubię różowe szkło, mówi, zmatowiałe w wyniku jakiejś doniosłej zmiany.
To uczucie, że niczego w życiu się nie traci, zauważam, popijając wino. Że nie chodzi się jak lunatyk i widzi się wszystko.
Mówi, że bardzo cieszy się z mojego przyjazdu. Wcześniej miała wrażenie, że kobiety w grupie releguje się do roli kochanek artystów. Wielu mężczyzn poszukuje muzy, a potem wraca do domu, do żony, która będzie na każde ich skinienie, choć przeważnie jest na to zbyt zmęczona.
Nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego nikt nie rozumie, że to kobiety wyrażają wszystko w najciekawszy sposób. Wciąż obserwujemy. Nawykłyśmy, że nikt nie zwraca na nas uwagi, i dzięki temu naprawdę widzimy. Często wydaje mi się, że kobiety zmuszono do noszenia ciasno sznurowanych gorsetów, aby miały się na czym skupić. Mężczyźni w głębi ducha czują się zagrożeni, podejmuję, przytykając wierzch dłoni do policzka gorącego od wina. Poza tym bardziej pociąga ich działanie. Uczestnictwo w wydarzeniach.
Może dlatego w mojej twórczości wciąż powraca motyw ptaków w klatkach, śmieje się Tacita. Podoba mi się, że ciebie także interesują zwierzęta.
Pociągam następny łyk i odstawiam kieliszek. Ale nie domowe pieszczochy.
Zauważam, że Tacita potrafi całkowicie oddawać się ludziom. Jest doskonale przejrzysta, a to bardzo rzadkie. Uczę się od niej, że to, jak odnosi się do ciebie przyjaciel, stanowi ważną wskazówkę, pokazuje, jak chce być traktowany. Dzięki temu niewątpliwie jest też zdolną tłumaczką. Wyznaje mi, że kiedyś pozwoliła sobie na zbytnią poufałość i przez to oczywiście straciła pracę. Ale warto było, dodaje. To wtedy poznała Istvána. Projektował wnętrze teatru przy Canal Saint-Martin, a ją zatrudniono jako tłumaczkę, żeby mógł porozumieć się z merem dziesiątej dzielnicy.
Mer, potężny mężczyzna o pociągłej twarzy z pomarszczonym czołem, dużymi skośnymi oczami i ogromnym nosem, który generalnie przypominał inteligentnego posokowca, oświadczył: do kwietnia powinniśmy uzyskać pozwolenie na budowę.
Tacita powiedziała po węgiersku do Istvána: zeszłej nocy wzeszła Wenus. Świeciła nad czubkami drzew. Uwielbiam tę planetę, jest taka jasna.
István, ożywiony w obecności tłumaczki z blizną nad wargą, srebrną pionową kreską, która jeszcze przydawała jej urody, rozpaczliwie próbował się zorientować, jak to możliwe, że łysiejący urzędnik o nosowym głosie, który stoi przed nim, zachwyca się pięknem nieuchwytnych planet. Tydzień później posokowiec udzielił im ślubu w atrium Maire du dixi?me.
Jaki to był ślub? - pytam, obracając w palcach kieliszek na cienkiej nóżce.
Byłam ubrana na niebiesko. Nikogo nie zaprosiliśmy.