Słówka - Tadeusz Boy-Żeleński

Kup ebooka

4.50 zł
3.87 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O bardzo niegrzecznej literaturze polskiej i jej strapionej ciotce

J. E. Prof. Dr. Hr. St. Tarnowskiemu poświęcam.

I

Pełna gracji, zacna, słodka,

Żyła sobie stara ciotka.

Bez zbytków, lecz i bez braku,

Miała swój domek na Szlaku.

Oprócz cnót rozlicznych wieńca

Hodowała też siostrzeńca.

Brzydki chłopiec, z krzywą buzią

Zwał się - dajmy na to - Józio.

Ciotka była panną czystą,

A Józio był modernistą.

(Modernista - znaczy chłopak,

Co wszystko robi na opak;

Każdego się głupstwa czepi,

A zawsze chce wiedzieć lepiej).

Z tym smarkaczem ciotka stara

Miała strapień co niemiara.

Zawsze jej czymś umiał dopiec,

Taki był już brzydki chłopiec.

Próżno ciotka mu wymienia

Albo Lucka, albo Henia,

Co ich przykład wszystkim świeci

Jako grzecznych, dobrych dzieci;

On rozeprze się wygodnie,

Obie ręce włoży w spodnie,

Śmieje się i kiwa głową

Jakby mówił: gadaj zdrowo!

 

II

To rzecz nie do uwierzenia,

Co on ma za przywidzenia!

Czasem coś bez sensu maże

I mówi, że to witraże.

To znów wieczór biega nago

I rozbija wszystkich lagą.

Ciotka krzyczy: "Joseph! arr?te!"

A on: "Ciociu, to kabaret!"

Wszystkie meble w domu psuje,

Mówi, że sztukę stosuje.

Wszędzie wlezie, wszędzie dotrze,

Deprawuje dzieci młodsze.

To rzecz w Polsce niesłychana:

Nie chcą wierzyć już w bociana!

Kiedyś wpada mała Hanka:

- "Ciociu, jestem rotomanka!"

"Któż cię tak nauczył?!" - "Józio"

Mówi z rozpaloną buzią.

"A ja - szepleni Ludwiczka -

Jestem święta pla-samiczka".

Chociaż zwykle dobra, słodka,

Zawyła ze zgrozy ciotka,

Raziła ją na kształt gromu

Taka hańba w polskim domu!

 

III

Czasem dobra ciotka woła:

"Usiądźcie, dzieci, dokoła,

O hetmanach, kaznodziejach,

Potem każde z was wymieni,

Którego najwyżej ceni."

A Józio ze śmiechu kona

I krzyczy: "Ciociu! Kambrona!"

 

IV

Czasem, a najczęściej w poście,

Przychodzą do ciotki goście.

"Józiu, przywitaj się z panem!

Co ty tam za parawanem?!

Wyłaź stamtąd, puść Haneczkę

I powiedz gościom bajeczkę".

Wylazł Józio, głową kiwa

I w te słowa się odzywa:

 

----- Bajeczka pana Jachowicza

Staś na sukni zrobił plamę,

Oblał bowiem ponczem mamę;

A widząc ją w srogim gniewie,

Jak przepraszać, sam już nie wie.

Plama głupstwo, mama doda,

Ale ponczu, ponczu szkoda!

Skończył Józio, gość się śmieje,

A ciotkę wnet krew zaleje:

Biedaczka dostała mdłości

I ze wstydu, i ze złości.

Tak ten niegodziwy chłopiec

Zawsze ciotce umiał dopiec.

 

V

Tak się trapi dobra ciotka,

Pełna gracji, zacna, słodka,

Lecz największą ma subiekcję

Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.

Dojdźże ładu z taką głową:

Zawsze ma ostatnie słowo!

Ciotka prawi o Trzech Psalmach:

Józio o "tańczących palmach";

Ciotka mu o apostołach,

On jej o spermatozoach;

Ciotka uczy, kto był Gallus,

On poprawia: "Ciociu, Phallus"!

Ciotka znów z innego wątku

Baje o świata początku,

Józio się ząb za ząb kłóci,

Że świat cały powstał z chuci.

(Mruknie ciotka w pasji szewskiej:

"Wciąż ten łajdak Przybyszewski!")

Ciotka znów o ideałach -

Józio: "ciociu, co to wałach?"

Taką ciotka ma subiekcję,

Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.

 

VI

Kiedy wieczór już zapada,

Ciotka do snu się układa:

Józiu! zostaw ten rozporek

I chodź odmówić paciorek.

Niech Józio przy łóżku klęknie

I powtarza głośno, pięknie:

"Boziu, usłysz głos chłopczyny,

Odpuść synów naszych winy!

Polska cię na pomoc woła!

Niech tradycji i Kościoła

Pozostanie sługą wierną!

Erotyzmem ni moderną

Niech się naród ten nie spodli!"

Teraz Józio się pomodli,

Za mamusię, za tatusia,

Potem grzecznie się wysiusia

I spokojnie, cicho zaśnie.

Brzydki chłopak mruknął: "Właśnie!"

Pisane w r. 1907.

Stefania

Powieść psychologiczna z kajetu pensjonarki

 

Kto poznał panią Stefanią,

Ten wolał od innych pań ją.

 

Coś w niej już takiego było,

Że popatrzyć na nią miło.

 

Oczy miała jak bławatki

I na sobie ładne szmatki.

 

Chociaż to rzecz dosyć trudna,

Zawsze była bardzo schludna.

 

Aż mówił każdy przechodzień:

"Ta się musi kąpać co dzień".

 

Choć męża miała filistra,

W innych rzeczach była bystra.

 

Jeździła aż do Abacji

Po temat do konwersacji.

 

Prócz tego natura szczodra

Dała jej b. ładne biodra.

 

Raz ją poznał jeden malarz,

Który często pijał alasz.

 

Jak ją zobaczył na fiksie,

Zaraz w niej zakochał w mig się.

 

Miała w uszach wielki topaz

I była wycięta po pas.

 

Przedtem widział różne panie,

Ale zawsze bardzo tanie,

 

I do swego interesu

Miały dosyć podłe dessous.

 

Strasznie się zapalił do niej,

Wszędzie za Stefanią goni.

 

Miał kolorową koszulę

I przemawiał bardzo czule,

 

Żeby dała mu natchnienie,

Ale ona mówi, że nie.

 

Że umi kochać bez granic,

Ale to tyż było na nic.

 

Potem jej mówił na raucie:

"Dałbym życie, żebym miał cię".

 

Jak zobaczył, że nie sposób,

Poszedł znów do tamtych osób.

 

Ale już zaraz za bramą

Mówił, że to nie to samo.

 

Takiej dostał dziwnej manii,

Że chciał tylko od Stefanii.

 

Bo to zawsze jest najgłupsze,

Kiedy się kto przy czym uprze.

 

Mówili mu przyjaciele:

"Czemu jesteś takie cielę,

 

Z kobietami trzeba twardo,

A nie cackać się z pulardą."

 

Więc jej zaczął szarpać suknie,

A ta jak na niego fuknie.

 

Wtedy całkiem stracił humor

I upijał się na umor.

 

Potem do Stefanii lubej

List napisał dosyć gruby,

 

Że to będzie znakomicie,

Jak sobie odbierze życie.

 

A ona myślała chytrze:

"To by było nie najbrzydsze."

 

Lecz jak przyszło co do czego,

Jakoś nic nie było z tego.

 

Potem znowu za lat kilka

Przyszła na nią taka chwilka.

 

I myślała, czy to warto

Było być taką upartą.

 

Lecz tymczasem mu wychłódło,

Bo już była stare pudło.

 

Tak to ludzie trwonią lata,

Że nie są jak brat dla brata.

 

Z tym największy jest ambaras,

Żeby dwoje chciało naraz.

 

Powieść obyczajowa z kajetu tejże pensjonarki

 

Druga znów była dziewczynka,

A zwała się Ernestynka.

Jeden miała smutek wielki,

Bo ojciec robił serdelki.

A przeciwnie za to ona

Była bardzo wykształcona.

Wciąż czytała co się zmieści

Śliczne francuskie powieści.

Mówili o niej bógwico,

Że jest tylko pół-dziewicą.

Nie każda jest taka święta,

Żeby zaraz mieć bliźnięta.

Raz ją ojciec przez to złapał,

Bo jej narzeczony chrapał.

Straszny krzyk się zrobił w domu,

Że tak czynią po kryjomu.

Każdy wrzeszczał o czym innym,

Jak zwykle w domu rodzinnym.

Ojciec najgorsze wyrazy

Powtarzał po kilka razy.

Ona płakała cichutko,

Bo ją przy tym kopnął w udko.

A potem jeszcze jej ostro

Zakazał bawić się z siostrą,

Że się taka sama świnka

Zrobi, jak ta Ernestynka.

Z książkami tyż była heca,

Wszystkie powrzucał do pieca,

Choć sam nie wiedział, dlaczego,

Co ma jedno do drugiego.

W końcu ustały te krzyki,

Poszedł rano do fabryki.

Na co człowiek się naraża,

Kiedy ojca ma masarza.