Stałem zupełnie sam na zboczu, a mgła była tak gęsta, że zlewała się z zamarzniętym śniegiem. Uchwyty na stalowej linie skrzypiącego wyciągu huśtały się całkiem puste, więc doszedłem do wniosku, że rodzice z bratem musieli się odłączyć gdzieś po drodze. Ja sam dotarłem na górę tylko dzięki doświadczonemu narciarzowi, który wziął mnie między kolana, ale gdy tylko puścił uchwyt, natychmiast zniknął we mgle.
Miałem osiem lat i przeczuwając, że gdzieś w pobliżu musi być trasa zjazdowa, zacząłem sunąć w dół na drewnianych nartach, które dostałem na Gwiazdkę. Było to w 1965 roku w Tatrach na Solisku, na długo przedtem, nim zbudowano tam kolejkę linową, a w słowackich górach zaroiło się od narciarzy. Tego dnia na całym stoku było tylko paru miejscowych i moi naiwni czescy rodzice.
Moje dziecinne narty nie miały w ogóle ślizgów ani krawędzi i w dół ciągnęła mnie grawitacja, którą na chwilę udało mi się przezwyciężyć dzięki przypadkowemu podmuchowi wiatru. To pod jego wpływem mgła na kilka sekund się rozwiała i zobaczyłem, że stoję na skraju przepaści. Dziecięcy rozum zareagował na ten widok bez paniki, patrząc w głęboki jar ze zdumieniem pomyślałem tylko coś, co dziś mógłbym określić słowami: czy to możliwe, żeby świat, w którym się urodziłem, obojętnie dopuścił do tego, abym się zabił, spadając w przepaść?
To zdumienie nie opuściło mnie do dziś. I nie chodzi o obojętność wobec mnie - nawet wtedy, jako małe dziecko, nie traktowałem tego zbyt osobiście. Zdumienie to dotyczy słowackiego społeczeństwa - i znów nie chodzi wcale o mnie, tylko o samo społeczeństwo. Mam wrażenie, że ta cecha bierze się z braku szacunku do życia - jednak nie mam na myśli zwykłego braku zainteresowania losem ludzi tworzących społeczeństwo, lecz chodzi mi o kod kulturowy plemienia ograniczonego kokonem więzi rodzinnych i obojętnego na los pozostałych członków społeczności. Istnienie takiego kodu wciąż mnie zdumiewa, ponieważ stoi w sprzeczności z instynktem obronnym małego narodu, który swoje istnienie zaczął sobie uświadamiać - początkowo dość mglisto - już przed dwoma wiekami.
Obojętność to cichy wspólnik zła, bo nie przeciwstawia się jego rozprzestrzenianiu się w społeczeństwie. Jej pierwszymi ofiarami są ci, którzy nie mają wspólnego, plemiennego kokonu: dlatego większość w zupełnym milczeniu przyglądała się deportacjom słowackich Żydów i prześladowaniom mniejszości etnicznych, a dziś przymyka oczy na romskie osady na peryferiach wiosek.
Ale ten sam kod stosują Słowacy także wobec siebie, a jego efekty są widzialne i ukryte, żywe i zapomniane: od zanieczyszczonej wody w rzekach w czasach komunizmu i katolików zapełniających więzienia, przez współczesne góry, wyłysiałe po drastycznym wyrębie lasów, aż po oczywiste różnice w zamożności między wschodem i zachodem kraju.
Przez całe życie próbuję zrozumieć tę szczególną obojętność, która od czasu do czasu zmienia się we własne przeciwieństwo, stając się namiętną i żywiołową fascynacją istnieniem. Przejawia się to w różny sposób: w formie Słowackiego Powstania Narodowego, tłumu ludzi na placach w listopadzie 1989 roku, wybuchu nacjonalizmu czy przeciwstawiania się temu zjawisku.
Wiele narodów ma wprost bzika na własnym punkcie i nieustannie analizuje swój charakter, własne spory i traumy, interpretuje wciąż na nowo własną historię, poszukując w niej sensu istnienia i wróżby na przyszłość. Nasi sąsiedzi - Czesi, Polacy i Węgrzy - są mistrzami takiej fascynacji, a Słowacy w porównaniu z nimi wyglądają jak mistrzowie zdystansowania, ale może to być tylko inna forma obojętności wobec swej historii i własnego losu.
Oczywiście możliwe, że wewnątrz słowackiego społeczeństwa istnieje jakaś cicha i niewypowiedziana umowa, której nie odkryłem, bo przecież w istocie do tego społeczeństwa nie należę. Urodziłem się i mieszkam tu niemal przez całe życie, ale prócz moich słowackich dzieci i żony cała moja rodzina mieszka w Czechach. Zawsze zazdrościłem szkolnym kolegom, którzy jeździli na wakacje do dziadków na słowacką wieś, podczas gdy ja spędzałem je w Brnie. Do dziś podejrzewam, że oni w tych wioskach uczyli się wtedy owego kodu kulturowego, którego ja nigdy nie będę w stanie rozszyfrować.
Narodzić się jako cudzoziemiec we własnej ojczyźnie to wielki paradoks egzystencjalny, który można zwalczyć tylko w taki sposób, że sobie tę ojczyznę uczuciowo i intelektualnie przywłaszczymy - innymi słowy, że przez całe życie będziemy próbowali ją zrozumieć. Nie jestem jednak pod tym względem wyjątkowy, bo taki sam los dzieli ze mną wielu słowackich Węgrów.
Oczywiście można też ojczyznę odrzucić. Kiedy skończyłem piętnaście lat i z dumą przyniosłem do domu pierwszy dowód osobisty, moja czeska mama go przekartkowała i zobaczyła, że zadeklarowałem narodowość słowacką. Dla niej był to szok, a dla mnie oczywistość, nad którą jednak musiałem się na nowo zastanawiać dwadzieścia lat później, kiedy dzieliła się Czechosłowacja. Ponieważ miałem czeskich rodziców, więc na podstawie ówczesnego prawa automatycznie uzyskałem obywatelstwo czeskie. Poszedłem jednak do urzędu stanu cywilnego, żeby zamiast niego poprosić o słowackie.
Było to bardzo szczególne przeżycie. Miałem wtedy opinię zdrajcy narodu słowackiego, ponieważ publicznie sprzeciwiałem się powstaniu Republiki Słowackiej jako konsekwencji rozpadu Czechosłowacji. W tej sytuacji wystąpienie o obywatelstwo słowackie wyglądało na czyste szaleństwo. Wiedziałem jednak, że jeśli mam nadal żyć na Słowacji i publicznie się nią zajmować, to nie mogę sobie pozostawić żadnego wyjścia awaryjnego. Pani urzędniczka aż rozpłakała się ze wzruszenia.