Słowa W Ciemności - Patrick Fisher

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kupując tę książkę, wspierasz fundację, która zajmuje się aktywizacją osób niepełnosprawnych społecznie oraz zawodowo.

Czyńmy razem dobro!

KRS: 0000662933

PATRONI MEDIALNI:

Słów kilka od autora

Na wstępie pragnę podziękować przede wszystkim Wam, moi drodzy czytelnicy, ponieważ to dzięki Wam sztuka w końcu zamienia się w moją upragnioną nieśmiertelność. Staje się dla mnie przestrzenią transcendentalną i pozwala unosić się ponad zwykłym światem.

Jednocześnie pragnę zaprosić Was wszystkich choć na chwilę do owego świata, aby wspólnie móc stąpać po nim, ciesząc się każdą chwilą radości. Zaprosić do świata, w którym można poczuć jego zapach, odkryć tajemnice oraz zatopić się przez moment w objęciach wirujących marzeń.

Z drugiej strony to wspaniałe uczucie, że udało mi się dokończyć tę książkę. Książkę, która dojrzewała w moim sercu dość długo, a jednocześnie pozwoliła mi oczyścić się w sposób należyty z moich częstokroć kłębiących się po głowie myśli - jak sądzę - przelewając je swobodnie na papier w różnych odstępach czasu. To książka, która przy okazji pozwoliła mi przygotować się do dalszej podróży w nieznane.

Drodzy czytelnicy, pragnę również podkreślić, iż trzymacie w rękach drugie jej wydanie. Zostało ono uzupełnione o kilka - moim zdaniem - potrzebnych wątków, które lepiej scalają całą historię, oraz nieco poprawione dla łatwiejszego jej odbioru. Wszystko po to, aby jeszcze lepiej i milej spędzić czas poświęcony na poznawanie owej historii.

Korzystając z okazji, chciałbym bardzo serdecznie podziękować moim patronom medialnym, którzy przyczynili się do promocji i reklamy mojej książki, a także naturalnie niezastąpionym dystrybutorom, którzy zarówno w Polsce, jak i za granicą dołożyli wszelkich starań, aby pomóc mi wyjść na tak zwane światło dzienne z moją powieścią, dbając ze swojej strony o dotarcie do jak największej liczby potencjalnych czytelników.

Moi Drodzy, życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna miłej lektury i niezapomnianych wrażeń, bo podobno kto czyta książki, ten żyje podwójnie.

Patrick A. Fisher

Rozdział III

Kiedy po dobrze przespanej nocy wyruszyłem w dalszą trasę, dziękując gospodarzowi za wikt i opierunek, szedłem po mokrej od wczorajszego deszczu drodze. Dalej rozmyślałem o pięknym głosie Antuanette. Miałem w głowie jej niesamowity śpiew, jego anielską barwę, która wypełniała mnie od środka i pozwalała przenosić się w zupełnie inny, ukryty wymiar. Z dala od zmartwień dnia codziennego. Pozwalała otwierać zamknięte obszary mojej ukrytej wrażliwości. Do tej pory myśląc o tym, czułem ciarki na skórze.

Boże, wiem, że istniejesz, wiem to na pewno, bo gdyby nie ty, coś tak pięknego nie miałoby prawa powstać samo z siebie. Musi być jakieś twoje tchnienie w to wszystko, twój udział, bez którego nic by nie zaistniało - myślałem, spoglądając na coraz bardziej zachmurzone niebo.

I tak jak muzyki, pomimo miłości do niej, nie można w żaden sposób dotknąć, tak i ciebie, Panie, można tylko słuchać. To wielki dar, za który bardzo dziękuję - przeżegnałem się, dotykając zawieszonego na szyi krzyżyka.

Po przejściu kilkudziesięciu metrów od karczmy usłyszałem za sobą kroki, ktoś najwyraźniej szedł za mną. Kiedy się obróciłem, dostrzegłem dwóch nieciekawie wyglądających jegomości. Jeden z czarną opaską na oku, grubawy, dość wysoki, trzymający w ręku drewnianą deskę, jakby żywcem wyrwaną ze stołu z pobliskiej karczmy, drugi natomiast trochę niższy i o wiele szczuplejszy od tamtego. Ubrany był w wymięty surdut i przykrótkie spodnie z dziurą na kolanie. Ten ostatni zawołał do mnie:

- No witaj, ojczulku, pozwól, że się przedstawimy, bo kultura tego wymaga. Ja jestem Orsi von Plut - ukłonił się prawie do pasa, zdejmując przy tym swój zielony kapelusz z gęsim piórkiem - a to mój młodszy brat, Morsi von Plut, zwany też w niektórych kręgach ŻELAZNYM MŁOTEM - wskazał palcem na swojego brata z miną iście dumną. Morsi nie ukłonił się, najwyraźniej przeszkadzał mu w tym obwisły kałdun. Podrapał się tylko po swoim dużym zadku i obficie pierdnął, uśmiechając się przy tym durnowato.

Cóż za kulturalne przywitanie - pomyślałem ze skrzywioną miną. No cóż, wszak każdy ma swoje granice kultury i dobrego smaku, o których nie chciałem w tym momencie deliberować.

- Witajcie, bracia. Ja jestem Albert - wypadało się również przedstawić, ale sądząc po wyglądzie i zachowaniu, nie przyszli tu raczej o rozgrzeszenie prosić.

Mniejszy z braci wysunął się na przód, by podnieść rangę swojej osoby. Najwyraźniej był on tym, który elokwentnie prawić jako pierwszy będzie.

- Ładnie to tak spać i za nocleg nie zapłacić? - powiedział ten mniejszy i splunął na ziemię. - Prawda, Morsi? - spojrzał na brata, szukając w jego twarzy potwierdzenia swoich słów.

- No... no... właśnie - wybełkotał ten drugi, aż się zapluł, widocznie mówienie nie było jego mocną stroną. Jednak jak łatwo domyślić się można, stanowił on niezastąpiony oręż brata, który na jego komendę wpada w szał i po gębie przeciwnika z radością tłucze.

- Przychodzimy tu, żeby o płatności przypomnieć i zabrać, co swoje. Myślę, że nie będzie z tym żadnego problemu? - warknął nieprzyjemnym tonem Orsi.

Widząc ich ponure miny i złowrogie spojrzenia, wiedziałem już, że raczej żart się ich nie trzyma, próba ucieczki też wydawała się być dla mnie złym pomysłem.

- Słuchajcie, z tego co wiem, to gospodarz nocleg za darmo dla mnie przygotował, a i tak kilka srebrników w podzięce ode mnie dostał, więc za bardzo nie rozumiem, po co ta cała rozmowa, kiedy wszystko już jest załatwione - wytłumaczyłem im wyraźnie.

Bracia spojrzeli na siebie, jakby to, co mówię, zupełnie ich nie obchodziło.

- Za darmo?! Słyszałeś to, Morsi? Za darmo! To dobre - roześmiał się mniejszy, pokazując przy tym swoje niepełne uzębienie.

- Tak, to dobre - odezwał się grubasek i zapluł się po raz drugi, tym razem wycierając się niedbale w rękaw.

- Niestety muszę wielebnego zmartwić - mówił dalej Orsi, wyciągając z kieszeni mały podręczny nóż. - To my tu w okolicy stanowimy prawo i mówimy, kto, co i ile ma płacić, więc racz nie robić niepotrzebnych problemów i sakiewkę dobrowolnie nam oddaj, by oczywiście nic się złego nie stało - mówiąc to, bawił się nożem, dotykając palcem jego ostrza. - Po co komu potrzebne guzy lub rany na ciele? To zazwyczaj długo się goi, a i o zakażenie nietrudno, a z medykiem w okolicy ciężko, jeno na dworach zamkowych psie syny przesiadują i zadki tam swoje grube grzeją - splunął znów na ziemię. - Więc jak będzie? Dogadamy się chyba? - spojrzał na mnie z groźną miną, ściskając przy tym rękojeść noża.

- Dobrze, skoro musowo płacić trzeba, to proszę, nie potrzebuję problemów ani wybitych zębów, nie stać mnie, póki co, na nowe - rzekłem przejętym głosem, patrząc na braci ze smutną miną w nadziei, że być może zmienią jeszcze swoją decyzję.

- O, jak to dobrze, że się zrozumieliśmy tak szybko - uśmiechnął się do mnie szeroko, znów pokazując ubytki w uzębieniu - bardzo mnie to cieszy. A mówią, że z władzą kościelną ciężko się ostatnio o majątek dogadać, a tu proszę. Interesy z tobą to czysta przyjemność - dodał naturalnie ten mniejszy. Brat jego wolał chyba już nic nie mówić, by ślinotoku znowu nie dostać, zaśmiał się tylko głupkowato, po czym chlasnął ręką w czoło, próbując zabić siedzącą tam muchę. Jak się okazało - z mizernym skutkiem.

- Morsi! - zawołał rozkazująco Orsi von Plut. - Idź i przynieś to, co nam się należy - rzekł radosnym już głosem mniejszy z braci. Grubasek wolnym krokiem szedł w moim kierunku, a ja, sięgając po sakiewkę, odpiąłem ją i szybkim ruchem rzuciłem w jego stronę, ale celowałem w okolice głowy.

- Łap! - krzyknąłem. Na moje szczęście wcześniej wypełniłem ją kamieniami. Sakiewka trafiła prosto w punkt, czyli między oczy grubaska. Morsi poczuł uderzenie, ugięły się pod nim nogi, zabełkotał jeszcze coś w języku dla nikogo niezrozumiałym: za... bi... bleeee... cciiii..., tocząc przy tym wszędzie dużo białej piany, zakręcił się wokół własnej osi i powoli, trzymając się za głowę, osunął na ziemię.

Mniejszy z braci zdębiał. Stał przez chwilę z otwartą gębą, nie mogąc uwierzyć w to, co się aktualnie dzieje. Nóż, który dzierżył w ręku, spadł mu z wrażenia na ubitą ziemię, wbijając się w nią swym ostrzem. Jego niezawodna broń sieczna leżała teraz tuż obok, lekko zamroczona ilością gotówki, jaką otrzymała.

- Proszę, oto pieniądze, ale najwyraźniej twój brat Morsi nie złapał sakiewki w odpowiednim momencie. Bardzo mi przykro. Ale nie przejmuj się, mam jeszcze drugą, jeśli chcesz - krzyknąłem niemiłym tonem, patrząc mu prosto w oczy.

Orsi w końcu doszedł do siebie, zaciskając w nerwach pieści, i wrzasnął:

- Zobaczysz, jeszcze mi za to zapłacisz! - wkrótce się spotkamy, a wtedy nawet twoja wiara i modlitwy nic nie dadzą! Pożałujesz! - krzyczał, wygrażając mi palcem.

Tym razem to on miał ślinę na ustach. To chyba rodzinna przypadłość - pomyślałem.

- Morsi! Żyjesz? Ocknij się! - klepał go po twarzy. - Aleś dał się urządzić temu ojczulkowi, wstyd! Podnoś się! Wstawaj na nogi! Ale już! Wracamy do domu! - wydawał różne komendy rozkazującym tonem.

- Do domu... - jęknął w końcu zamroczony jeszcze Morsi.

- A z tobą jeszcze się policzymy, nikomu rodziny bezkarnie bić nie pozwolę, pamiętaj! - krzyczał za mną w nerwach ten drugi.

Odchodząc, widziałem jeszcze, jak Morsi usiłuje się powoli pozbierać z ziemi przy pomocy swojego brata. Sprawdzając przy okazji swoją ranę na samym środku czoła.

Ja natomiast spokojnym krokiem odszedłem od tego jakże kulturalnego towarzystwa i ruszyłem w stronę zamku.

Uff, dobrze, że się udało - przetarłem spocone z nerwów czoło. W środku byłem bardzo zdenerwowany całą sytuacją, lecz zachowując zimną krew, nie dałem tego po sobie poznać.

- Jednak stary karczmarz miał rację, że trzeba mieć oczy dookoła głowy, pełno zbirów po okolicy się kręci, najważniejsze, żeby nie dać się zabić - mówiłem sam do siebie, trzymając rękę na sakiewce, która schowana była z drugiej strony pasa. - Ja się brzydzę przemocą, ale w niektórych przypadkach jest to niestety ostatnia deska ratunku, by przeżyć i nie dać się do reszty ogołocić. Wybacz, Panie - spojrzałem w niebo z przepraszającą miną. - Co za czasy nastały, żeby biednego duchownego mieć czelność z ostatnich pieniędzy próbować ograbić, w biały dzień, ale Pan im ten grzech policzy, spotka ich jeszcze surowa kara - mówiąc to, spoglądałem co jakiś czas do tyłu, czy nikt przypadkiem mnie już nie śledzi. - A z drugiej strony przecież to są pieniądze moich wiernych, to tak, jakby im nóż do szyi przyłożyć i powiedzieć: dajcie, bo jak nie, to... inaczej się policzymy.

Jak można siłą od wiernych pieniądze wyciągać w ten sposób? To głęboko niemoralne. Ale na szczęście w mojej świątyni inne zwyczaje panują. Tutaj wszyscy po dobroci płacą, co łaska oczywiście, daje tylko ten, kto ma takowe pragnienie, by wspomóc skromnym datkiem, by z dobroci swojego serca ofiarować jakże potrzebną cegiełkę - rzekłem, przeżegnawszy się przed stojącym przy drodze wysokim krzyżem, który właśnie mijałem. - Bez żadnego nacisku, na tym właśnie polega siła wspólnoty, aby dzielić się tym, co mamy - złożyłem ręce na znak jedności - no chyba że czasem ktoś bardziej zgrzeszy i o pełny odpust się stara, wtedy stała suma się należy bez żadnych rabatów. Ale to już nie jest moja wina, tylko samego grzesznika, by Pan mu wszystkie grzechy przebaczył i do królestwa niebieskiego miał wejście.

Ja jestem tylko skromnym pośrednikiem na usługach Pana, a z drugiej strony za coś trzeba żyć niestety.

A potrzeb wiele, oj, wiele - mówiłem sam do siebie, chyba jeszcze w nerwach - a to dach cieknie w kaplicy, a to ołtarz odnowić, opał na zimę kupić... pełno tych wydatków.

Korektor Kinga Dolczewska

Redaktor Kinga Dolczewska

Projektant okładki Iram Torres

Ilustrator Iram Torres

Skład Adrianna Giętkowska

? Patrick A. Fisher, 2022

? Iram Torres, projekt okładki, 2022

? Iram Torres, ilustracje, 2022

Poznaj historię kapłana, który nieoczekiwanie dostaje zaproszenie na królewskie zaślubiny. Niedługo potem udaje sie z ową posługą do zamku, by odprawić ją należycie. Jednakże z biegiem czasu zaczyna odkrywać pewną mroczną tajemnicę, która drzemie w murach starej gotyckiej twierdzy. Zaskoczony biegiem wydarzeń, postanawia zrobić wszystko, aby pomóc swoją osobą i przywrócić przerwaną miłość. Nie spodziewa sie jednak, że podczas jednej z jesiennych nocy w zamku dostanie misję nie do odrzucenia...

ISBN 978-83-8155-041-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero