4
ODBIERAJĄCA Tajemnice
Następna wskazówka pojawiła się na murach. Nie zignorowałam tego znaku,
ale nie pojęłam też w pełni jego implikacji.
Z dziennika Navani Kholin, Jeseses roku 1174.
- Biegnę przez wodę - powiedział Dalinar, przychodząc do siebie.
Rzeczywiście się poruszał, nacierał naprzód.
Wizja zmaterializowała się wokół niego. Jego nogi zalewała woda. Po obu
stronach tuzin mężczyzn z młotami i włóczniami biegł przez płyciznę. Z każdym krokiem unosili wysoko nogi - stopy opuszczone, uda równoległe do
powierzchni wody, jakby maszerowali na paradzie - ale w żadnej paradzie
nikt nie próbował biec tak szybko. Najwyraźniej poruszanie się w taki
sposób pomagało. Spróbował naśladować dziwny krok.
- Wydaje mi się, że jestem w Czystym Jeziorze - mruknął pod nosem. -
Ciepła woda, która sięga tylko do kolan, na horyzoncie żadnego lądu. Ale
zapada zmierzch, więc niewiele widzę. Ze mną biegną inni mężczyźni. Nie
wiem, czy biegniemy w stronę czegoś, czy przed czymś uciekamy. Nie widzę
nic przez ramię. Ci ludzie są zdecydowanie żołnierzami, choć ich mundury
wyglądają staroświecko. Skórzane spódniczki, hełmy i napierśniki z brązu. Gołe nogi i ramiona. - Spojrzał na siebie z góry. - Ja również
jestem tak ubrany.
Niektórzy wysoko urodzeni z Alethkaru i Jah Keved nadal wykorzystywali
ten rodzaj mundurów, więc nie mógł dokładnie ocenić epoki. Współcześnie
używali ich dowódcy tradycjonaliści, którzy liczyli, że klasyczny wygląd
poprawi morale ich ludzi. W takich przypadkach jednak starożytnym
mundurom towarzyszyło nowoczesne stalowe uzbrojenie, a tu go nie
widział.
Dalinar nie zadawał pytań. Odkrył, że jeśli dawał się ponieść wizji,
dowiadywał się więcej, niż gdy próbował się zatrzymać i zadawać pytania.
Bieg przez wodę był trudny. Choć zaczął na początku grupy, teraz
zostawał z tyłu. Grupka biegła w stronę dużego kamiennego kopca skrytego
w cieniu. Może to jednak nie było Czyste Jezioro, tam nie było takich
formacji skalnych...
To nie był kopiec, lecz forteca. Dalinar zatrzymał się i spojrzał w stronę spiczastej, przypominającej zamek budowli, która wznosiła się
pośród nieruchomych wód jeziora. Czarny kamień. Obsydian? Może to
miejsce zostało Dusznikowane.
- Przede mną jest forteca - powiedział, ruszając dalej. - Z pewnością
już nie istnieje, inaczej byłaby bardzo sławna. Wygląda, jakby powstała
w całości z obsydianu. Ściany jak płetwy wznoszą się w stronę
spiczastych szczytów, do tego wieże jak groty strzał... Ojcze Burz,
wygląda majestatycznie. Zbliżamy się do kolejnej grupy żołnierzy, która
stoi w wodzie i trzyma uniesione włócznie zwrócone we wszystkie strony.
Jest ich może tuzin, mnie towarzyszy kolejny tuzin. I... tak, pośród
nich ktoś stoi. Odpryskowy. Świecący pancerz.
Nie tylko Odpryskowy. Świetlisty. Rycerz w olśniewającym Pancerzu
Odprysku, którego połączenia, jak również narysowane na nim znaki
emanowały głębokim czerwonym blaskiem. W cieniodniach Pancerze tak
wyglądały. Ta wizja nastąpiła przed Odstępstwem.
Podobnie jak wszystkie Pancerze Odprysku, tak i ten był
charakterystyczny. Ta kolcza spódniczka, te gładkie połączenia, te
zarękawia wyciągnięte do tyłu w taki sposób... Na burze, wyglądał
zupełnie jak pancerz Adolina, choć był węższy w talii. Kobieta? Dalinar
nie mógł tego ocenić, miała opuszczoną zasłonę.
- Ustawić się w szyku - rozkazał rycerz, gdy przybyła grupka Dalinara, a on sam pokiwał głową. Tak, kobieta.
Dalinar i pozostali żołnierze ustawili się w kręgu wokół kobiety,
wystawiając broń. W pewnej odległości kolejna grupka żołnierzy z rycerzem na czele maszerowała przez wodę.
- Dlaczego wezwałaś nas z powrotem? - spytał jeden z towarzyszy
Dalinara.
- Caeb sądzi, że coś widział - odpowiedziała. - Bądźcie czujni. Musimy
iść ostrożnie.
Grupka ruszyła w kierunku przeciwnym niż ten, z którego przyszli.
Dalinar trzymał włócznię i pocił się na skroniach. We własnych oczach
wyglądał tak samo, jak zawsze. Pozostali jednak postrzegali go jako
jednego ze swoich.
Wciąż nie wiedział zbyt wiele o tych wizjach. Wszechmocny mu je w jakiś
sposób zsyłał.
Ale Wszechmocny nie żył, co sam przyznał. Zatem, jak to działało?
- Szukamy czegoś - mruknął Dalinar. - Grupki rycerzy i żołnierzy zostały
wysłane w noc, żeby znaleźć coś, co ktoś zauważył.
- Wszystko w porządku, nowy? - spytał jeden z żołnierzy obok niego.
- Pewnie - odpowiedział Dalinar. - Tylko trochę się niepokoję. To
znaczy, nie wiem nawet, czego tak naprawdę szukamy.
- Sprena, który nie zachowuje się tak, jak powinien - wyjaśnił
mężczyzna. - Miej oczy szeroko otwarte. Kiedy Sja-anat dotknie sprena,
ten zaczyna się dziwnie zachowywać. Zawołaj, jeśli cokolwiek zauważysz.
Dalinar kiwnął głową, po czym pod nosem powtórzył te słowa, mając
nadzieję, że Navani go słyszy. Razem z innymi żołnierzami kontynuowali
poszukiwania, towarzysząca im rycerz rozmawiała z... nikim? Brzmiało to
tak, jakby prowadziła rozmowę, ale Dalinar nie widział ani nie słyszał
nikogo obok niej.
Skupił się na otoczeniu. Zawsze chciał zobaczyć środek Czystego Jeziora,
ale udało mu się jedynie odwiedzić granice. Nie znalazł czasu na
wycieczkę w tę stronę podczas ostatnich odwiedzin w Azirze. Azirczycy
zawsze udawali zaskoczonych, że chciałby zobaczyć takie miejsce, i twierdzili, że "tam nic nie ma".
Dalinar miał na nogach ciasne buty, być może miały chronić stopy przed
zranieniem o coś, co kryło się w wodzie. Dno było miejscami nierówne,
otwory i krawędzie raczej wyczuwał niż widział. Odkrył, że wpatruje się
w rybki przemykające we wszystkich kierunkach, cienie w wodzie, a obok
nich twarz.
Twarz.
Dalinar krzyknął, odskoczył i wskazał włócznią w dół.
- Tam była twarz! W wodzie!
- Rzekospren? - spytała rycerz, podchodząc bliżej.
- Wyglądała jak cień - rzekł Dalinar. - O czerwonych oczach.
- W takim razie jest tutaj. Szpieg Sja-anat. Caeb, pobiegnij do punktu
kontrolnego. Wy obserwujcie dalej. Bez nosiciela daleko nie ucieknie.
Wyrwała coś zza pasa, niewielką sakiewkę.
- Tam! - zawołał Dalinar, zauważając niewielką czerwoną kropkę w wodzie.
Odpłynęła od niego jak ryba. Rzucił się za nią, biegnąc tak, jak nauczył
się wcześniej. Ale czy gonienie za sprenem mogło coś dać? Nie dało się
ich złapać, a w każdym razie nie znał żadnego sposobu.
Inni pobiegli za nim. Ryby rozproszyły się, przestraszone chlupotem.
- Gonię sprena - powiedział pod nosem Dalinar. - Na to polowaliśmy. Wygląda trochę jak twarz, cienista, o czerwonych oczach. Pływa w wodzie jak ryba. Zaczekaj! Jest jeszcze jeden. Dołączył do niego. Większy, pełna postać, dobre sześć stóp. Płynąca istota, ale jak cień. To... - Na burze! - wykrzyknęła nagle kobieta. - Przyprowadził eskortę!
Większy spren przekręcił się, po czym zanurkował w wodzie i zniknął w kamienistym dnie. Dalinar zatrzymał się, niepewny, czy powinien dalej
gonić tego mniejszego, czy zostać tutaj.
Pozostali odwrócili się i zaczęli biec w przeciwną stronę.
Oho...
Dalinar cofał się niezgrabnie, kiedy kamienne dno zaczęło się trząść.
Potknął się, przewrócił w płytką wodę. Była tak czysta, że widział, jak
dno pęka pod nim, jakby coś wielkiego uderzało w nie od spodu.
- Chodź! - krzyknął jeden z żołnierzy i chwycił go za ramię.
Dalinar został poderwany na nogi w chwili, gdy pęknięcia się poszerzyły.
Powierzchnia jeziora, jeszcze przed chwilą nieruchoma, wzburzyła się.
Ziemia się zatrzęsła, niemal znów przewracając Dalinara. Kilku innych
żołnierzy rzeczywiście upadło.
Kobieta stała nieruchomo, a w jej dłoniach zmaterializowało się ogromne
Ostrze Odprysku.
Dalinar obejrzał się przez ramię i ujrzał skałę wyłaniającą się z wody.
Długa ręka! Smukła, długa na może piętnaście stóp, wyrywała się z wody,
a później znów opadła, jakby chciała się wesprzeć na dnie jeziora. W pobliżu podniosło się drugie ramię, łokciem do nieba, a później oba się
uniosły, jakby połączone z ciałem robiącym pompki.
Ze skalistego dna wyrwało się ogromne ciało. Wyglądało to tak, jakby
ktoś był zakopany w piasku, a teraz się wyłaniał. Woda spływała z nierównego grzbietu istoty, porośniętego łupkokorą i podwodnymi
grzybami. Spren jakimś sposobem ożywił skałę.
Kiedy stwór tak stał i przekręcał się, Dalinar zobaczył świecące
czerwone oczy - jak stopiona skała - zagłębione w paskudnej kamiennej
twarzy. Ciało niczym szkielet, o chudych członkach i spiczastych palcach
zakończonych kamiennymi szponami, kamienny tors.
- Skałogrzmot! - wrzasnęli żołnierze. - Młoty! Szykować młoty!
Rycerz stała przed podnoszącym się stworem, wysokim na trzydzieści stóp
i ociekającym wodą. Zaczęła emanować spokojnym, białym blaskiem, który
Dalinarowi przypominał światło kul. Burzowe Światło. Uniosła Ostrze
Odprysku i rzuciła się do ataku, krocząc przez wodę z niesamowitą
łatwością, jakby w ogóle jej nie dotykała. Może to wynikało z siły
Pancerza.
- Zostali stworzeni, by strzec - powiedział ktoś z boku.
Dalinar spojrzał na żołnierza, który pomógł mu wcześniej, Selaya o pociągłej twarzy, przerzedzonych włosach i szerokim nosie. Sięgnął w dół, by pomóc mu się podnieść.
Mężczyzna wcześniej mówił inaczej, ale Dalinar rozpoznał głos brzmiący
na końcu większości wizji. Wszechmocny.
- Świetliści Rycerze - powiedział Wszechmocny, stając obok Dalinara i patrząc, jak kobieta-rycerz atakuje koszmarną bestię. - Byli
rozwiązaniem, sposobem, by powstrzymać zniszczenia Spustoszeń. Dziesięć
zakonów rycerzy, utworzonych, by pomagać ludziom walczyć, a później
odbudowywać.
Dalinar powtórzył to, słowo po słowie, skupiając się, by pochwycić każde
z nich, a nie na ich znaczeniu.
Wszechmocny odwrócił się do niego.
- Pojawienie się tych zakonów mnie zaskoczyło. Nie nauczyłem tego swoich
Heroldów. Umożliwiły to spreny, które pragnęły naśladować to, co dałem
ludziom. Będziesz musiał stworzyć je na nowo. Takie jest twoje zadanie.
Zjednocz ich. Stwórz fortecę, która wytrzyma burzę. Rozdrażnij Odium,
przekonaj go, że może przegrać, i wyznacz czempiona. Wykorzysta tę
szansę, zamiast ryzykować kolejną przegraną, których doznawał tak
często. To najlepsza rada, jaką mogę ci dać.
Dalinar skończył powtarzanie słów. Za nim walka zaczęła się na dobre,
woda chlapała, skały zgrzytały. Pojawili się żołnierze niosący młoty. Ku
jego zaskoczeniu oni również emanowali Burzowym Światłem, choć o wiele
słabiej.
- Zaskoczyło cię pojawienie się rycerzy - powiedział Dalinar do
Wszechmocnego. - A ta siła, ten wróg zdołał cię zabić. Nigdy nie byłeś
Bogiem. Bóg wie wszystko. Boga nie można zabić. Kim więc byłeś?
Wszechmocny nie odpowiedział. Nie mógł. Dalinar wiedział już, że te
wizje były ustalonym z góry doświadczeniem, jak sztuka teatralna. Ludzie
wewnątrz nich mogli reagować na Dalinara, jak aktorzy, którzy do pewnego
stopnia mogli improwizować. Sam Wszechmocny nigdy tego nie robił.
- Zrobię co mogę - powiedział Dalinar. - Stworzę je na nowo. Przygotuję
się. Powiedziałeś mi wiele rzeczy, ale do tego jednego doszedłem
samodzielnie. Skoro ciebie można było zabić, to tego drugiego, podobnego
tobie, twojego wroga, też pewnie można.
Dalinara spowiła ciemność. Wrzaski i chlupot ucichły. Czy to się
wydarzyło podczas Spustoszenia, czy pomiędzy nimi? Wizje zawsze mówiły
mu za mało. Kiedy ciemność się rozproszyła, odkrył, że leży w niewielkiej kamiennej komnacie wewnątrz własnej siedziby.
Navani klęczała obok niego, przed sobą trzymała podkładkę, a jej dłonie
poruszały się szybko, gdy notowała. Na burze, była piękna. Dojrzała,
wargi pomalowane na czerwono, włosy zaplecione w skomplikowany warkocz
otaczający głowę, w którym błyszczały rubiny. Suknia czerwona jak krew.
Spojrzała na niego, zauważyła, że się budzi, i na jej twarzy pojawił się
uśmiech.
- To było... - zaczął mówić.
- Cicho - powiedziała, nie przerywając pisania. - Ta ostatnia część
wydawała się ważna.
Pisała jeszcze przez chwilę, po czym w końcu uniosła pióro znad
podkładki, którą przytrzymywała osłoniętą rękawem dłonią.
- Chyba zanotowałam wszystko. Trudniej mi, kiedy zmieniasz języki.
- Zmieniłem język? - spytał.
- Pod koniec. Wcześniej mówiłeś w języku selay. Owszem, to jego
starożytna wersja, ale mamy zapisy. Mam nadzieję, że tłumaczki poradzą
sobie z moją transkrypcją, niezbyt dobrze posługuję się tym językiem.
Kiedy to robisz, musisz mówić wolniej, najdroższy.
- W takiej chwili to bywa trudne - stwierdził Dalinar, wstając.
W porównaniu z tym, co czuł w wizji, powietrze było chłodne. Deszcz
uderzał w zamknięte okiennice, choć wiedział z doświadczenia, że koniec
wizji oznaczał również nadchodzący koniec burzy.
Czując wyczerpanie, podszedł do siedziska pod ścianą i usiadł na nim.
Był sam na sam z Navani, tak wolał. Renarin i Adolin przeczekiwali burzę
w pobliżu, w innej z komnat Dalinara, pod czujnym spojrzeniem kapitana
Kaladina i jego mostowych.
Może powinien zaprosić więcej uczonych, by towarzyszyły jego wizjom -
mogłyby wszystkie zapisać jego słowa, a później skonsultować się, by
stworzyć najdokładniejszą wersję. Ale, na burze, dość przeszkadzała mu
świadomość, że jedna osoba widzi go w takim stanie, gdy szaleje i rzuca
się po podłodze. Wierzył w wizje, nawet na nich polegał, ale nie
zmniejszało to jego zażenowania.
Navani usiadła obok i objęła go.
- Paskudna była?
- Ta? Nie. Nie taka zła. Trochę biegu, a później walki. Nie brałem w niej udziału. Wizja skończyła się, zanim musiałem pomóc.
- To skąd ta mina?
- Muszę odtworzyć Świetlistych Rycerzy.
- Odtworzyć... ale jak? Co to w ogóle znaczy?
- Nie wiem. Nic nie wiem, mam jedynie wskazówki i niejasne groźby.
Nadchodzi coś niebezpiecznego, to jedno jest pewne. Muszę to
powstrzymać.
Oparła głowę na jego ramieniu. Wpatrywał się w kominek, na którym cicho
trzaskał ogień, wypełniając komnatę ciepłym blaskiem. To był jeden z nielicznych kominków, których nie przerobiono na nowe fabrialowe
urządzenia grzewcze.
Wolał prawdziwy ogień, choć nie mówił tego Navani. Tak ciężko pracowała,
by zapewnić im wszystkim nowe fabriale.
- Dlaczego ty? - spytała Navani. - Dlaczego ty musisz to wszystko
zrobić?
- A dlaczego jeden rodzi się królem, a inny żebrakiem? - odpowiedział
Dalinar pytaniem. - Taki już jest świat.
- Jest ci z tym łatwo?
- Niełatwo - odparł Dalinar - ale nie ma sensu żądać odpowiedzi.
- Szczególnie jeśli Wszechmocny nie żyje...
Może nie powinien się z nią dzielić tą informacją. Już to jedno mogłoby
naznaczyć go jako heretyka, odepchnąć od niego żarliwców, dać Sadeasowi
broń do ręki.
Jeśli Wszechmocny nie żył, komu oddawał cześć Dalinar? W co wierzył?
- Powinniśmy zapisać twoje wspomnienia wizji - powiedziała z westchnieniem Navani. - Póki masz je na świeżo.
Pokiwał głową. Musieli mieć opis dołączony do transkrypcji. Zaczął
opowiadać, co widział, mówiąc dość powoli, by mogła wszystko zapisać.
Opisał jezioro, stroje mężczyzn, dziwną fortecę w perspektywie. Navani
stwierdziła, że niektórzy mieszkańcy Czystego Jeziora opowiadają
historie o dużych budowlach. Uczone uważały je za mity.
Dalinar wstał i zaczął spacerować, gdy przeszedł do opisu przeklętej
istoty, która powstała z jeziora.
- Zostawił po sobie otwór w dnie jeziora - wyjaśnił Dalinar. - Wyobraź
sobie, że rysujesz na podłodze zarys ciała, a później patrzysz, jak to
ciało wyrywa się z ziemi.
- Wyobraź sobie taktyczną przewagę takiej istoty. Spreny poruszają się
szybko i swobodnie. Jeden mógłby się wślizgnąć za szeregi walczących, a później wstać i zacząć atakować wsparcie. To kamienne ciało musiało być
trudne do zniszczenia. Na burze... Ostrza Odprysku. Zastanawiam się, czy
zaprojektowano je do walki z tymi właśnie istotami.
Navani uśmiechnęła się, nie przerywając pisania.
- O co chodzi? - spytał Dalinar, zatrzymując się.
- Z ciebie to jest żołnierz.
- Tak. I co?
- I to urocze - powiedziała, kończąc notatki. - Co się wydarzyło
później?
- Wszechmocny do mnie przemówił. - Przekazał monolog najlepiej, jak
pamiętał, jednocześnie krocząc powoli, by się uspokoić.
Muszę więcej spać, pomyślał. Nie był młodzieńcem sprzed dwudziestu lat,
który całą noc nie spał w towarzystwie Gavilara, nad kielichem wina
wysłuchując planów brata, a następnego ranka ruszał do walki, pełen
energii i żądny podboju.
Kiedy skończył z opowieścią, Navani wstała i schowała przybory
pisarskie. Wiedział, że weźmie, co powiedział, i przekaże swoim uczonym
- to znaczy, jego uczonym, które sobie przywłaszczyła - a one spróbują
dopasować jego alethyjskie słowa do zapisanych przez nią transkrypcji.
Oczywiście, najpierw usuwała fragmenty dotyczące kwestii drażliwych, jak
śmierć Wszechmocnego.
Miała również poszukać historycznych wzmianek pasujących do jego opisów.
Navani lubiła mieć porządek. Przygotowała chronologię jego wizji,
próbując utworzyć z nich jedną opowieść.
- Nadal zamierzasz opublikować w tym tygodniu proklamację? - spytała.
Dalinar skinął głową. Przed tygodniem przekazał ją arcyksiążętom.
Zamierzał tego samego dnia ogłosić ją w obozach, ale Navani przekonała
go, że tak będzie mądrzej. Wieści się rozchodziły, ale to pozwoli
arcyksiążętom się przygotować.
- Proklamacja zostanie ogłoszona za kilka dni - powiedział. - Nim
arcyksiążęta zaczną jeszcze bardziej naciskać na Elhokara, by ją
wycofał.
Navani zacisnęła wargi.
- Tak się musi stać - stwierdził Dalinar.
- Masz ich zjednoczyć.
- Arcyksiążęta to rozpuszczone dzieci - wyjaśnił Dalinar. - Ich
przemiana wymaga drastycznych środków.
- Jeśli rozbijesz królestwo, nigdy go nie zjednoczysz.
- Postaramy się, żeby się nie rozpadło.
Navani zmierzyła go wzrokiem i się uśmiechnęła.
- Muszę przyznać, że podoba mi się twoje bardziej pewne siebie
wcielenie. Gdybym tylko mogła pożyczyć trochę tej pewności siebie w odniesieniu do nas...
- Jestem całkiem pewien nas - powiedział, przyciągając ją do siebie.
- Naprawdę? Bo poruszanie się między królewskim pałacem i twoim
kompleksem zajmuje mi dużo czasu każdego dnia. Gdybym przeprowadziła się
tutaj, powiedzmy, do twoich komnat, pomyśl tylko, jaka to by była
wygoda.
- Nie.
- Jesteś pewien, że nie pozwolą nam wziąć ślubu, Dalinarze. Co jeszcze
mamy w takim razie zrobić? Chodzi o niemoralność? Sam powiedziałeś, że
Wszechmocny nie żyje.
- Coś jest właściwe albo nie - powiedział Dalinar, choć czuł, że się
upiera. - To nie ma związku z Wszechmocnym.
- Bóg - stwierdziła beznamiętnie Navani - nie ma związku z tym, czy jego
przykazania są właściwe, czy nie.
- No tak.
- Ostrożnie - powiedziała Navani. - Brzmisz jak Jasnah. Tak czy inaczej,
skoro Bóg umarł...
- Bóg nie umarł. Skoro Wszechmocny umarł, to nigdy nie był Bogiem, i tyle...
Westchnęła, nie opuszczając jego objęć. Stanęła na palcach i pocałowała
go, i to nie skromnie. Navani uważała, że skromność jest dla wstydliwych
i niepoważnych. Dlatego pocałowała go namiętnie, przyciskając wargi do
jego warg, odchylając jego głowę do tyłu, pragnąc więcej. Kiedy się
cofnęła, Dalinar z trudem złapał oddech.
Uśmiechnęła się do niego, odwróciła i zebrała swoje rzeczy - nie
zauważył, że upuściła je w trakcie pocałunku - a później podeszła do
drzwi.
- Jak pewnie wiesz, nie jestem cierpliwa, lecz równie rozpuszczona jak
ci arcyksiążęta i przyzwyczajona, że dostaję wszystko, czego zapragnę.
Prychnął. Nic z tego nie było prawdą. Umiała być cierpliwa. Kiedy to jej
pasowało. Jej słowa znaczyły, że w tej chwili jej to nie odpowiadało.
Otworzyła drzwi, a wtedy sam kapitan Kaladin zajrzał do środka,
sprawdzając komnatę. Mostowy z pewnością poważnie traktował swoje
obowiązki.
- Strzeż jej, gdy będzie wracać na noc do siebie, żołnierzu - powiedział
mu Dalinar.
Kaladin zasalutował. Navani przepchnęła się obok niego i odeszła bez
pożegnania. Zamknęła za sobą drzwi i zostawiła Dalinara samego.
Dalinar westchnął głęboko, po czym podszedł do krzesła i usadowił się
przy kominku, by pomyśleć.
Obudził się jakiś czas później. Ogień już się wypalił. Na burze.
Zaczynał już zasypiać w środku dnia? Gdyby tylko przez większość nocy
nie przewracał się z boku na bok, z głową pełną zmartwień i ciężarów,
które nie powinny na nim spoczywać. Co się stało z prostymi dniami?
Kiedy trzymał dłoń na rękojeści miecza, pewien, że Gavilar zajmie się
tymi trudniejszymi sprawami?
Dalinar przeciągnął się i wstał. Musiał zająć się przygotowaniami do
ogłoszenia królewskiej proklamacji, a później zajrzeć do nowych
strażników...
Zatrzymał się. Na ścianie jego komnaty pojawił się rząd wyraźnych
białych zadrapań tworzących glify. Wcześniej ich tam nie było,
"Sześćdziesiąt dwa dni", mówiły glify. "Nadchodzi śmierć".
* * *
Niedługo potem Dalinar stał wyprostowany, z rękami założonymi za
plecami, i przysłuchiwał się, jak Navani naradza się z Rushu, jedną z uczonych Kholinów. Adolin stał w pobliżu, przyglądając się odłamkowi
białego kamienia, który znaleziono na podłodze. Najwyraźniej został
odłamany z rzędu kamiennych ozdób wokół framugi okna, a później
wykorzystany do wypisania glifów.
Wyprostuj się, głowa do góry, powiedział sobie Dalinar, choć marzysz
tylko o tym, by osunąć się na to krzesło. Przywódca się nie osuwał.
Przywódca miał kontrolę nad wszystkim. Nawet kiedy wcale nie czuł, że
cokolwiek kontroluje.
Szczególnie wtedy.
- Ach - powiedziała Rushu, młoda żarliwczyni o długich rzęsach i wargach
jak guziki. - Popatrzcie na te nierówne linie! Brak symetrii. Ktokolwiek
to zrobił, nie ma doświadczenia w pisaniu glifów. "Śmierć" została
napisana prawie niepoprawnie, brzmi bardziej jak "zniszczony". A znaczenie jest niejasne. Nadchodzi śmierć? A może "iść za śmiercią"?
Albo sześćdziesiąt dwa dni śmierci i więcej? Glify nie są precyzyjne.
- Po prostu to skopiuj, Rushu - powiedziała Navani. - I nie rozmawiaj o tym z nikim.
- Nawet z wami? - spytała Rushu, wyraźnie rozproszona.
Navani podeszła z westchnieniem do Dalinara i Adolina.
- Ona jest naprawdę dobra w tym, co robi - powiedziała cicho - ale
czasami potrafi zatonąć w myślach. Tak czy inaczej, nikt inny nie zna
się tak dobrze na piśmie ręcznym. To jedno z jej wielu zainteresowań.
Dalinar pokiwał głową, tłumiąc lęk.
- Dlaczego ktoś miałby to zrobić? - spytał Adolin, upuszczając kamień. -
Czy to jakaś zawoalowana groźba?
- Nie - odpowiedział Dalinar.
Navani spojrzała mu oczy.
- Rushu - powiedziała. - Zostaw nas na chwilę.
Kobieta z początku nie zareagowała, ale po kolejnym poleceniu wyszła.
Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyli stojących na zewnątrz członków drużyny
mostu czwartego, prowadzonych przez ponurego kapitana Kaladina. Żołnierz
odprowadził Navani, wrócił, zobaczył, co się stało - a wtedy natychmiast
posłał swoich ludzi, by przyprowadzili Navani z powrotem.
Wyraźnie uważał to za swoją winę, myślał, że ktoś wślizgnął się do komnaty Dalinara, kiedy ten stał. Dalinar wezwał go gestem do środka. Kaladin podszedł pośpiesznie i być może nie zobaczył, jak Adolin zaciska
zęby na jego widok. Dalinar walczył z Odpryskowym Parshendim, kiedy
Kaladin i Adolin pokłócili się na polu bitwy, ale doszły go wieści o ich
starciu. Syn nie był zachwycony, że ten ciemnooki mostowy został dowódcą
Kobaltowej Gwardii.
- Panie - powiedział kapitan Kaladin, podchodząc. - Wstyd mi. Już w pierwszym tygodniu was zawiodłem.
- Wypełniałeś rozkaz, kapitanie - stwierdził Dalinar.
- Miałem rozkaz zapewnić wam bezpieczeństwo, panie - powiedział Kaladin
głosem zabarwionym złością. - Powinienem umieścić strażników za
wszystkimi drzwiami w waszych komnatach, a nie tylko przed wejściem do
całego kompleksu.
- W przyszłości będziemy ostrożniejsi, kapitanie - powiedział Dalinar. -
Twój poprzednik zawsze rozstawiał straże tak samo jak ty, i to
wystarczało.
- Wcześniej czasy były inne, panie - powiedział Kaladin, rozejrzał się
po komnacie i zmrużył oczy. Skupił się na oknie, zbyt wąskim, by ktoś
mógł się przez nie wślizgnąć. - Wciąż chciałbym wiedzieć, jak ten ktoś
dostał się do środka. Strażnicy nic nie słyszeli.
Dalinar przyjrzał się młodemu żołnierzowi, ponuremu i pobliźnionemu na
twarzy. Dlaczego, pomyślał, tak bardzo mu ufam? Nie umiał tego dokładnie
określić, ale przez lata jako żołnierz i generał nauczył się ufać swoim
instynktom.
- To nie jest ważne - powiedział Dalinar.
Kaladin spojrzał na niego ostro.
- Nie przejmuj się zbytnio tym, jak ta osoba dostała się do środka, by
napisać coś na ścianie - stwierdził Dalinar. - W przyszłości bądź jednak
bardziej czujny. Możesz odejść.
Kaladin wycofał się niechętnie, zamykając za sobą drzwi.
Adolin podszedł do ojca. Byli tego samego wzrostu. Dalinar czasem o tym
zapominał. Nie tak dawno temu Adolin był małym chłopcem z drewnianym
mieczykiem.
- Powiedziałeś, że zobaczyłeś je, kiedy się obudziłeś - powiedziała
Navani. - Mówiłeś, że nie widziałeś, żeby ktokolwiek je rysował.
Dalinar przytaknął.
- To dlaczego mam wyraźne wrażenie, że wiesz dlaczego tu są? - spytała.
- Nie mam pewności, kto je napisał, ale wiem, co znaczą.
- Co? - spytała ostro.
- Że zostało nam bardzo mało czasu - stwierdził Dalinar. - Ogłoście
proklamację, a później idźcie do arcyksiążąt i zorganizujcie spotkanie.
Będą chcieli ze mną rozmawiać.
"Nadchodzi Wieczna Burza...".
Sześćdziesiąt dwa dni. Nie dość czasu.
Najwyraźniej tylko tyle miał.
5
Ideały
Znak na murach zapowiadał niebezpieczeństwo większe nawet niż sam
termin. Przepowiadanie przyszłości jest od Pustkowców.
Z dziennika Navani Kholin, Jeseses 1174.
- Na zwycięstwie i w końcu zemście.
Obwoływaczka niosła pismo z królewskimi słowami - umieszczone między
dwiema okrytymi płótnem deskami - choć wyraźnie znała już tekst na
pamięć. Co nie było zaskakujące. Sam Kaladin kazał jej trzy razy
powtórzyć proklamację.
- Jeszcze raz - powiedział, siedząc na kamieniu obok ogniska mostu
czwartego.
Wielu z drużyny opuściło miski ze śniadaniem i umilkło. Siedzący w pobliżu Sigzil powtórzył słowa pod nosem, zapamiętując je.
Obwoływaczka westchnęła. Była pulchną, jasnooką kobietą z pasmami rudych
włosów wśród czerni, co świadczyło, że wśród przodków miała Vedeńczyków
lub Rogożerców. Dziesiątki kobiet podobnych do niej wędrowało przez
obóz, by wygłaszać, a czasami również wyjaśniać słowa Dalinara.
Znów otworzyła pismo. W pozostałych batalionach, pomyślał leniwie
Kaladin, dowódca z pewnością przewyższałby ją rangą.
- Z upoważnienia króla - powiedziała - Dalinar Kholin, Arcyksiążę Wojny,
niniejszym nakazuje zmianę systemu zbierania i rozdzielania serc
klejnotów na Strzaskanych Równinach. Od tej chwili każde serce klejnotu
będzie zbierane kolejno przez dwóch arcyksiążąt pracujących razem. Łupy
staną się własnością króla, który określi ich udział w oparciu o skuteczność działania i skwapliwość w wypełnianiu rozkazów. Zostanie
stworzona szczegółowa lista książąt i armii, które będą odpowiedzialne
za zdobywanie serc klejnotów, jak również kolejność. Połączenia nie
zawsze będą takie same, a wyznaczy się je na podstawie taktycznego
dopasowania. Spodziewamy się, że zgodnie z Kodeksem, który jest ważny
dla nas wszystkich, mężczyźni i kobiety z tych armii z radością przyjmą
nowe skupienie na zwycięstwie i w końcu zemście.
Obwoływaczka zatrzasnęła księgę, spojrzała na Kaladina i uniosła długą
czarną brew, która bez wątpienia została namalowana.
- Dziękuję - powiedział.
Skinęła głową i ruszyła w stronę kolejnego batalionu.
Kaladin podniósł się.
- A oto i burza, której się spodziewaliśmy.
Mężczyźni pokiwali głowami. Po dziwnym włamaniu do komnat Dalinara
poprzedniej nocy rozmowy w moście czwartym przycichły. Kaladin czuł się
jak głupiec. Wydawało się jednak, że Dalinar zupełnie zignorował
włamanie. Jak mam wykonywać swoją pracę, jeśli brakuje mi niezbędnych
informacji?
Nie minęły dwa tygodnie w nowej pracy, a już czuł się uwikłany w politykę i machinacje jasnookich.
- Arcyksiążęta się wściekną - powiedział Leyten. Siedział przy ognisku i pracował nad paskami napierśnika Belda, prostując powyginane klamry. -
Zdobywanie serc klejnotów jest dla nich najważniejsze. Dzisiejszy wiatr
poniesie mnóstwo niezadowolenia.
- Ha! - powiedział Skała, nakładając porcję curry Lopenowi, który
przyszedł po dokładkę. - Niezadowolenie? Dziś to oznacza zamieszki. Nie
słyszeliście wzmianki o Kodeksie? To obelga dla pozostałych, którzy, jak
sami wiemy, nie przestrzegają przysięgi.
Uśmiechał się i wyglądał, jakby uważał złość, a nawet bunt arcyksiążąt
za coś zabawnego.
- Moash, Drehy, Mart i Eth za mną - powiedział Kaladin. - Musimy zmienić
Bliznę i jego drużynę. Teft, jak ci idzie?
- Powoli - odparł mężczyzna. - Chłopaki z innych drużyn mostowych...
daleka droga przed nimi. Potrzebujemy czegoś więcej, Kal. Czegoś, co ich
zainspiruje.
- Pomyślę o tym - stwierdził Kaladin. - Na razie spróbujmy z jedzeniem.
Skało, mamy tylko pięciu oficerów, więc możesz wykorzystać to szóste
pomieszczenie z wyjściem na zewnątrz jako magazyn. Kholin dał mi prawo
rekwizycji u kwatermistrza. Zapełnij spiżarnię.
- Ma być pełna? - spytał Skała z szerokim uśmiechem na twarzy. - Jak
pełna?
- Bardzo - powiedział Kaladin. - Od miesięcy jedliśmy bulion i potrawkę
z Dusznikowanym ziarnem. Przez następny miesiąc most czwarty będzie jadł
jak królowie.
- Tylko nie dodawaj żadnych skorup - powiedział Mart, pokazując palcem
na Skałę. Wziął włócznię i zapiął mundur. - To, że możesz ugotować, co
tylko zechcesz, nie znaczy jeszcze, że zgodzimy się jeść jakieś śmieci.
- Chorzy od powietrza ludzie z nizin. - Skała westchnął. - Nie chcecie
być silni?
- Serdecznie dziękuję, wolę zachować zęby - powiedział Mart. -
Zwariowany Rogożerca.
- Przygotuję dwie rzeczy - stwierdził Skała, unosząc dłoń do piersi,
jakby w geście pozdrowienia. - Jedną dla odważnych, a jedną dla
niemądrych. Będziesz mógł sobie wybrać.
- Przygotujesz ucztę, Skało - powiedział Kaladin. - Chcę, żebyś też
wyszkolił kucharzy dla innych koszar. Nawet jeśli Dalinar ma teraz mniej
regularnych wojsk i wolnych kucharzy, chcę, żeby mostowi byli
samowystarczalni. Lopenie, od tej pory Dabbid i Shen będą razem z tobą
pomagać Skale. Musimy zmienić te tysiące mężczyzn w żołnierzy. Zacznie
się tak samo jak z wami - od napełnienia ich żołądków.
- Zrobi się - powiedział Skała ze śmiechem i poklepał Shena po ramieniu,
kiedy parshmen przyszedł po dokładkę. Od niedawna robił takie rzeczy i mniej niż wcześniej ukrywał się z tyłu. - I nawet nie dodam do niego
łajna!
Inni się roześmiali. To właśnie dodanie łajna do jedzenia sprawiło, że
Skała wylądował u mostowych. Kiedy Kaladin ruszył w stronę królewskiego
pałacu - Dalinar miał ważne spotkanie z królem - dołączył do niego
Sigzil.
- Czy mogę prosić o chwilę, panie? - powiedział cicho Sigzil.
- Jak sobie życzysz.
- Obiecałeś mi, że będę miał okazję zmierzyć twoje... szczególne
umiejętności.
- Obiecałem? - powtórzył Kaladin. - Obietnicy nie pamiętam.
- Chrząknąłeś.
- Ja... chrząknąłem?
- Kiedy mówiłem o pomiarach. Zdaje się, że sądziłeś, że to dobry pomysł,
i powiedziałeś Bliźnie, że moglibyśmy pomóc ci zrozumieć twoje moce.
- Możliwe.
- Musimy dokładnie wiedzieć co możesz, panie. Zakres umiejętności, jak
długo pozostaje w tobie Burzowe Światło. Zgodzisz się, że pełne
zrozumienie własnych ograniczeń byłoby cenne, prawda?
- Tak - przyznał niechętnie Kaladin.
- Doskonale. W takim razie...
- Daj mi parę dni - przerwał mu Kaladin. - Przygotuj miejsce, gdzie nikt
nas nie zobaczy. Wtedy... tak, dobrze. Pozwolę ci się zmierzyć.
- Doskonale - powtórzył Sizgil. - Wymyśliłem kilka eksperymentów.
Zatrzymał się na ścieżce, pozwalając, by Kaladin i jego towarzysze się
od niego oddalili.
Kaladin oparł włócznię na ramieniu i rozluźnił dłoń. Często orientował
się, że za mocno zaciska ją na drzewcu, aż bieleją mu kostki. Zupełnie
jakby w głębi duszy wciąż nie wierzył, że może ją teraz nosić
publicznie, i bał się, że znów zostanie mu odebrana.
Syl opadła z nieba po codziennym spacerze wokół obozu, niesiona porannym
wiatrem. Wylądowała na jego ramieniu i usiadła, wyraźnie zatopiona w myślach.
Obóz Dalinara był dobrze zorganizowany. Żołnierze nigdy się nie
wałkonili. Zawsze coś robili. Dbali o broń, nosili jedzenie i towary,
patrolowali. W tym obozie było wiele patroli. Nawet przy zmniejszonej
liczbie żołnierzy, w drodze do bram Kaladin minął trzy patrole. Trzy
razy więcej niż kiedykolwiek widział w obozie Sadeasa.
Znów przypomniał sobie o pustce. Zmarli nie musieli stawać się
Pustkowcami, by nawiedzać ten obóz, wystarczały opustoszałe koszary.
Minął kobietę siedzącą na ziemi obok jednego z tych budynków, wpatrującą
się w niebo i ściskającą węzełek męskich ubrań. Obok niej na ścieżce
stała dwójka małych dzieci. Zbyt cichych. Tak małe dzieci nie powinny
być ciche.
Kwartały koszar tworzyły ogromny krąg, wewnątrz którego znajdowała się
bardziej ożywiona część obozu, zawierająca kompleks mieszkalny Dalinara,
jak również kwatery szlachetnie urodzonych i generałów. Kompleks
Dalinara przypominał kamienny kopiec, wokół niego łopotały sztandary i krążyły zaaferowane skryby z naręczami ksiąg. W pobliżu kilku oficerów
rozstawiło namioty werbunkowe, przed którymi czekały kolejki
potencjalnych żołnierzy. Część z nich to byli najemnicy, którzy w poszukiwaniu zatrudnienia udali się na Strzaskane Równiny. Inni byli
piekarzami i ludźmi innych fachów, którzy po katastrofie posłuchali
wezwania.
- Dlaczego się nie roześmiałeś? - spytała Syl, wpatrując się w kolejkę,
którą Kaladin ominął w drodze do bram.
- Przepraszam - odpowiedział. - Zrobiłaś coś zabawnego, czego nie
zauważyłem?
- Chodziło mi o wcześniej - wyjaśniła. - Skała i inni się śmiali. Ty
nie. Kiedy śmiałeś się w czasie, gdy było ciężko, wiedziałam, że się
zmuszasz. Pomyślałam, że może teraz, kiedy jest lepiej...
- Muszę się teraz zajmować całym batalionem mostowych - powiedział
Kaladin, patrząc przed siebie. - I utrzymać przy życiu arcyksięcia.
Znajduję się pośrodku obozu pełnego wdów. Raczej nie jest mi do śmiechu.
- Ale jest lepiej - upierała się. - Tobie i twoim ludziom. Pomyśl o tym,
co zrobiłeś, czego dokonałeś.
Dzień na płaskowyżu, kiedy zabijał. Doskonałe połączenie jego, broni i samych burz. I zabijał dzięki nim. Zabijał, by ochronić jasnookiego.
On jest inny, pomyślał Kaladin.
Zawsze tak mówili.
- Chyba po prostu czekam - powiedział na głos.
- Na co?
- Na grzmot - odpowiedział cicho Kaladin. - Zawsze następuje po
błyskawicy. Czasami trzeba poczekać, ale w końcu nadchodzi.
- Ja...
Syl wzniosła się przed niego, stanęła w powietrzu i zaczęła cofać w miarę, jak szedł do przodu. Nie leciała - nie miała skrzydeł - i nie
kołysała się w powietrzu. Po prostu stała, na niczym, i poruszała się
razem z nim. Nie przejmowała się prawami fizyki.
Przechyliła głowę w jego stronę.
- Nie rozumiem o co ci chodzi. A niech to! Myślałam, że już wszystko
rozgryzłam. Burze? Błyskawica?
- Pamiętasz, że kiedy zachęcałaś mnie, żebym walczył i uratował
Dalinara, to bolało cię, kiedy zabijałem?
- Tak.
- Właśnie tak jest. - Kaladin przeniósł spojrzenie w bok. Znów za mocno
zaciskał dłoń na włóczni.
Syl patrzyła na niego z dłońmi wspartymi na biodrach i czekała, żeby
powiedział coś więcej.
- Wydarzy się coś złego - stwierdził. - Nie może być tak, żeby wciąż
było mi dobrze. Życie takie nie jest. Może chodzi o te glify na ścianie
u Dalinara. Wyglądały na odliczanie.
Pokiwała głową.
- Widziałaś kiedyś coś podobnego?
- Pamiętam... coś - wyszeptała. - Coś złego. Widzenie przyszłości... ono
nie pochodzi od Honoru, Kaladinie. To coś innego. Coś niebezpiecznego.
Wspaniale.
Kiedy nie powiedział więcej, Syl z westchnieniem wzniosła się w powietrze i stała się świetlistą wstęgą. Podążała za nim, poruszając się
między podmuchami wiatru.
Powiedziała, że jest honorsprenem, pomyślał Kaladin. Dlaczego więc nadal
udaje, że bawi się z wiatrem?
Musiałby ją o to zapytać, zakładając, że by mu odpowiedziała.
Zakładając, że w ogóle znała odpowiedź.
* * *
Sadeas splótł palce przed twarzą, opierając łokcie na zdobionym
kamiennym stole, i wpatrywał się w Ostrze Odprysku, które wbił w środek
blatu. Odbijało jego twarz.
Na Potępienie. Kiedy się zestarzał? Widział siebie jako młodzieńca,
przed trzydziestką. Teraz skończył pięćdziesiąt lat. Burzowa
pięćdziesiątka. Zacisnął zęby, wpatrując się w Ostrze.
Dawca Przysięgi. To było Ostrze Dalinara - zakrzywione, jak wygięte
plecy, sztych przypominający haczyk, któremu odpowiadał rząd ząbków w pobliżu gardy. Niczym poruszające się fale, wznoszące się z oceanu.
Jakże często pożądał tej broni? Teraz należała do niego, a on odkrył, że
wcale go to nie cieszy. Dalinar Kholin - oszalały z żalu, złamany tak
bardzo, że bitwa go przerażała - wciąż trzymał się życia. Stary
przyjaciel Sadeasa był niczym ulubiony ostrogar, którego zmuszony był
uśpić, a jednak ujrzał go skomlącego pod oknem, gdyż trucizna nie do
końca zadziałała.
Co gorsza, nie mógł się otrząsnąć z wrażenia, że Dalinar jakimś sposobem
go pokonał.
Drzwi do salonu otworzyły się i do środka wślizgnęła się Ialai. Miała
cienką szyję i duże usta, nikt nigdy nie nazywał jej pięknością -
szczególnie w miarę upływu czasu. Nie obchodziło go to. Ialai była
najbardziej niebezpieczną kobietą, jaką znał, a to czyniło ją znacznie
atrakcyjniejszą niż po prostu śliczna buźka.
- Widzę, że zniszczyłeś mój stół - powiedziała, wpatrując się w Ostrze
Odprysku wbite w środek.
Opadła na niewielką sofę obok niego, położyła mu rękę na plecach i oparła stopy o blat. W obecności innych była doskonałą Alethyjką.
Prywatnie lubiła się wylegiwać.
- Dalinar zabrał się za werbowanie - powiedziała. - Wykorzystałam tę
okazję, by umieścić kolejnych ludzi w jego obozie.
- Żołnierze?
- Za kogo ty mnie masz? To by było zbyt oczywiste, nowych żołnierzy
będzie uważnie obserwował. Jednak w jego służbach pomocniczych pojawiły
się luki, gdy mężczyźni posłuchali wezwania, by wzmocnić armię.
Sadeas pokiwał głową, wciąż wpatrując się w Ostrze. Jego żona kierowała
najbardziej imponującą siatką szpiegów w obozach. Tym bardziej
imponującą, że mało kto o niej wiedział. Podrapała go po plecach, aż
przeszedł go dreszcz.
- Ogłosił swoją proklamację - zauważyła Ialai.
- Owszem. Jakie reakcje?
- Spodziewane. Inni są wściekli.
Sadeas pokiwał głową.
- Dalinar powinien zginąć, ale skoro żyje, przynajmniej możemy liczyć,
że w swoim czasie sam przygotuje sobie pętlę. - Sadeas zmrużył oczy. -
Niszcząc go, próbowałem powstrzymać rozpad królestwa. Teraz zastanawiam
się, czy ten upadek nie byłby lepszy dla nas wszystkich.
- Co takiego?
- To nie dla mnie, ukochana - wyszeptał Sadeas. - Ta głupia gra na
płaskowyżach. Z początku mnie zaspokajała, ale teraz zaczynam mieć jej
dosyć. Chcę wojny, Ialai. Nie godzin marszu z nadzieją na niewielką
potyczkę!
- Te niewielkie potyczki zapewniły nam bogactwo.
I dlatego znosił je tak długo. Wstał.
- Będę się musiał spotkać z niektórymi z pozostałych. Z Aladarem.
Rutharem. Musimy podsycić płomienie wśród innych arcyksiążąt, wzbudzić
ich oburzenie tym, co próbuje zrobić Dalinar.
- A jaki jest nasz ostateczny cel?
- Odzyskam go, Ialai - powiedział, dotykając dłonią rękojeści Dawcy
Przysięgi. - Podbój.
Tylko on sprawiał, że czuł się żywy. Ten wspaniały Dreszcz bycia na polu
bitwy i walki, mężczyzna przeciw mężczyźnie. Ryzykowania wszystkim dla
łupu. Dominacji. Zwycięstwa.
Tylko wtedy czuł się znów młody.
Taka była brutalna prawda. Ale najlepsze prawdy były proste.
Chwycił Dawcę Przysięgi za rękojeść i wyrwał go ze stołu.
- Dalinar chce się teraz bawić w polityka, co mnie nie zaskakuje. Zawsze
w tajemnicy chciał być taki jak brat. Na szczęście dla nas, nie jest w tym dobry. Jego proklamacja zniechęci pozostałych. Zacznie naciskać
arcyksiążąt, a oni podniosą broń przeciw niemu, doprowadzając do rozpadu
królestwa. A wtedy, z krwią u stóp i mieczem Dalinara w dłoni, z łez i płomieni wykuję nowy Alethkar.
- A jeśli jednak mu się uda?
- Wtedy, moja droga, przydadzą się twoi skrytobójcy. - Odesłał Ostrze
Odprysku, które zmieniło się w mgłę i zniknęło. - Od nowa podbiję to
królestwo, a za nim podąży Jah Keved. W końcu celem tego życia jest
szkolenie żołnierzy. W pewnym sensie robię to, czego pragnie sam Bóg.
* * *
Marsz z koszar do królewskiego pałacu - który król zaczął nazywać
Szczytem - zajmował około godziny, więc Kaladin miał mnóstwo czasu na
myślenie. Niestety, po drodze minął grupkę chirurgów Dalinara, którzy
wraz ze sługami zbierali sok z guzowca do produkcji środka odkażającego.
Ich widok sprawił, że Kaladin pomyślał nie tylko o tym, jak sam zbierał
sok, ale też o ojcu, Lirinie.
Gdyby tu był, pomyślał, mijając ich, zapytałby, dlaczego nie jestem tam,
razem z chirurgami. Zapytałby, dlaczego, skoro Dalinar przyjął mnie do
siebie, nie zażądałem wcielenia do korpusu medycznego.
W rzeczy samej, Kaladinowi pewnie udałoby się skłonić Dalinara do
zatrudnienia całego mostu czwartego jako pomocników chirurgów. Mógłby
wyszkolić ich w sztuce medycznej niemal równie łatwo, jak w posługiwaniu
się włócznią. Dalinar by to zrobił. Dobrych chirurgów zawsze brakowało.
Nawet o tym nie pomyślał. Jego wybór był prostszy - zostać strażnikami
Dalinara albo opuścić obozy. Znów postawił swoich ludzi na drodze burzy.
Dlaczego?
W końcu dotarli do królewskiego pałacu, który wybudowano na zboczu
kamiennego wzgórza, z tunelami wydrążonymi w głębi skały. Komnaty króla
znajdowały się na samym szczycie. A to oznaczało długą wspinaczkę.
Szli zakosami, Kaladin wciąż myślał o ojcu i jego obowiązkach.
- Wiesz, to trochę niesprawiedliwe - powiedział Moash, gdy dotarli na
szczyt.
Kaladin spojrzał na pozostałych i uświadomił sobie, że dyszą z wysiłku.
On sam jednak nieświadomie sięgnął do Burzowego Światła. Nie miał nawet
zadyszki.
Uśmiechnął się dla Syl i rozejrzał po obszernych korytarzach Szczytu.
Przy wejściu straż pełniło kilku żołnierzy w niebiesko-złotych mundurach
Gwardii Królewskiej, osobnej jednostki oddzielonej od straży Dalinara.
- Żołnierzu. - Kaladin skinął głową jednemu z nich, jasnookiemu niskiej
rangi.
Pod względem stopnia wojskowego, Kaladin przewyższał kogoś takiego jak
ten mężczyzna - ale społecznie już nie. Po raz kolejny nie był pewien,
jak to powinno działać.
Mężczyzna obejrzał go od góry do dołu.
- Słyszałem, że niemal samodzielnie utrzymałeś most pod naporem setek
Parshendich. Jak to zrobiłeś?
Nie zwrócił się do Kaladina "panie", jak powinien do każdego kapitana.
- Chcesz się dowiedzieć? - warknął z tyłu Moash. - Możemy ci pokazać.
Osobiście.
- Cicho - powiedział Kaladin i spiorunował Moasha wzrokiem. Znów
odwrócił się do żołnierza. - Miałem szczęście i tyle. - Spojrzał mu w oczy.
- Pewnie ma to sens - stwierdził żołnierz.
Kaladin czekał.
- Panie - dodał w końcu żołnierz.
Kaladin gestem wezwał swoich ludzi i razem minęli jasnookich strażników.
Wnętrze pałacu oświetlały kule zebrane w lampach na ścianach - szafiry i diamenty zmieszane razem, emanujące biało-niebieskim blaskiem. Kule były
małym, lecz uderzającym przypomnieniem, jak wszystko się zmieniło.
Mostowym nikt by nie pozwolił się zbliżyć do tak swobodnie używanych
kul.
Kaladin wciąż nie najlepiej znał Szczyt - jak na razie głównie strzegł
Dalinara w jego obozie. Zapoznał się jednak z mapami, więc wiedział, jak
dotrzeć na samą górę.
- Dlaczego mi tak przerwałeś? - spytał Moash, dogoniwszy Kaladina.
- Popełniłeś błąd - odparł Kaladin. - Teraz jesteś żołnierzem, Moashu, i tak się musisz zachowywać. A to oznacza koniec z prowokowaniem bójek.
- Nie zamierzam się płaszczyć i kłaniać jasnookim, Kal. Już nie.
- Nie oczekuję, że będziesz się płaszczył, ale spodziewam się, że
będziesz trzymał język za zębami. Most czwarty jest ponad małostkowe
przytyki i groźby.
Moash się cofnął, ale Kaladin widział, że wciąż się w nim gotuje.
- To dziwne - powiedziała Syl, znów lądując na ramieniu Kaladina. -
Wygląda na wściekłego.
- Kiedy przejąłem dowodzenie nad mostowymi - odpowiedział cicho
mężczyzna - byli zwierzętami w klatce, które biciem zmuszono do
posłuszeństwa. Przywróciłem im wolę walki, ale wciąż byli w klatce.
Teraz drzwi się otworzyły. Minie trochę czasu, nim Moash i pozostali się
przyzwyczają.
Spodziewał się, że to zrobią. W ciągu ostatnich tygodni bycia mostowymi
nauczyli się precyzji i zdyscyplinowania żołnierzy. Stali na baczność,
gdy ich oprawcy maszerowali po mostach, i ani słowem nie wyrażali swojej
pogardy. Ich dyscyplina stała się ich bronią. Nauczą się, jak być
prawdziwymi żołnierzami. Nie, byli prawdziwymi żołnierzami. Teraz
musieli się nauczyć, jak się zachowywać bez ucisku Sadeasa, któremu
musieli się opierać.
Moash znów podszedł do niego.
- Przepraszam - powiedział cicho. - Miałeś rację.
Kaladin się uśmiechnął, tym razem szczerze.
- Nie będę udawał, że nie czuję do nich nienawiści - mówił dalej Moash.
- Ale będę uprzejmy. Mamy swoje obowiązki. Wypełnimy je dobrze. Lepiej,
niż ktokolwiek się spodziewa. Jesteśmy mostem czwartym.
- Dobra robota - powiedział Kaladin.
Moash był szczególnie trudnym przypadkiem, gdyż Kaladin coraz częściej
mu się zwierzał. Większość pozostałych idealizowała Kaladina. Nie Moash,
który stawał się dla niego pierwszym przyjacielem od czasów
napiętnowania.
W miarę zbliżania się do królewskiej sali narad, korytarz stawał się
coraz bardziej ozdobny. Ściany zdobiły nawet płaskorzeźby - Heroldowie,
z umieszczonymi w odpowiednich miejscach klejnotami, które emanowały
blaskiem.
Coraz bardziej przypomina miasto, pomyślał Kaladin. Wkrótce to miejsce
może się stać prawdziwym pałacem.
Spotkał się z Blizną i jego ludźmi przy drzwiach do królewskiej sali
narad.
- Raport - powiedział cicho.
- Spokojny ranek - odparł Blizna. - Co mi nie przeszkadza.
- W takim razie masz wolną resztę dnia - stwierdził Kaladin. - Ja
zostanę tu na czas spotkania, Moash przejmie popołudniową zmianę. Wrócę
na wieczór. Wy się prześpijcie, wrócicie na dzisiejszą noc, aż do rana.
- Rozumiem, panie - powiedział Blizna i zasalutował. Zgromadził swoich
ludzi i odszedł.
Salę za drzwiami zdobił duże, pozbawione okiennic okna po zawietrznej i gruby dywan. Kaladin nigdy nie był w tym pomieszczeniu, a mapy pałacu -
dla bezpieczeństwa króla - zawierały jedynie zarys podstawowych
korytarzy i dróg prowadzących przez kwatery służby. Ta sala miała
jeszcze jedne drzwi, prowadzące najpewniej na balkon, ale żadnych innych
wejść poza tym, przez które wszedł Kaladin.
Za drzwiami stali dwaj kolejni strażnicy w niebiesko-złotych mundurach.
Sam król spacerował przed biurkiem. Nos miał większy niż na obrazach.
Dalinar rozmawiał z lady Navani, elegancką, siwiejącą kobietą.
Skandaliczny związek wuja i matki króla byłby głównym tematem rozmów w obozie, gdyby nie przyćmiła go zdrada Sadeasa.
- Moash - powiedział Kaladin, pokazując palcem. - Sprawdź, dokąd
prowadzą te drzwi. Mart i Eth, stańcie na straży na korytarzu, tuż za
drzwiami. Nikt poza jednym z arcyksiążąt nie może wejść do środka bez
naszego pozwolenia.
Moash nie ukłonił się królowi, lecz mu zasalutował, i sprawdził drzwi.
Rzeczywiście prowadziły na balkon, który Kaladin widział z dołu. Biegł
wzdłuż całej sali na szczycie.
Dalinar przyglądał się Kaladinowi i Moashowi przy pracy. Kaladin
zasalutował i spojrzał mężczyźnie w oczy. Nie zamierzał znów zawieść,
jak poprzedniej nocy.
- Nie rozpoznaję tych strażników, wuju - powiedział król z irytacją.
- Są nowi - odparł Dalinar. - Na ten balkon nie ma innego wejścia,
żołnierzu. Znajduje się na wysokości stu stóp.
- Dobrze wiedzieć - stwierdził Kaladin. - Drehy, dołącz do Moasha na
balkonie, zamknijcie drzwi i pełnijcie straż.
Drehy skinął głową i odszedł.
- Właśnie powiedziałem, że na ten balkon nie można się dostać z zewnątrz
- powiedział Dalinar.
- W takim razie tak właśnie próbowałbym dostać się do środka, gdybym
chciał to zrobić - stwierdził Kaladin.
Na twarzy Dalinara pojawił się uśmiech rozbawienia.
Król jednak pokiwał głową.
- Dobrze... dobrze.
- Czy są jakieś inne wejścia do tej sali, Wasza Wysokość? - spytał
Kaladin. - Tajemne przejścia?
- Gdyby istniały - odparł król - nie chciałbym, żeby ludzie o nich
wiedzieli.
- Moi ludzie nie mogą zapewnić wam bezpieczeństwa, jeśli nie wiemy,
czego mamy pilnować. Jeśli istnieją jakieś przejścia, o których nikt nie
powinien wiedzieć, natychmiast stają się podejrzane. Jeśli podzielicie
się ze mną wiedzą o ich istnieniu, będą ich strzec jedynie moi
oficerowie.
Król przez chwilę wpatrywał się w Kaladina, po czym odwrócił się do
Dalinara.
- Podoba mi się. Dlaczego wcześniej nie zrobiłeś go dowódcą?
- Nie miałem okazji - stwierdził Dalinar i wpatrzył się w Kaladina
oczyma, które miały w sobie głębię. Ciężar. Podszedł bliżej, położył mu
dłoń na ramieniu i odciągnął go na bok.
- Zaczekaj - powiedział z tyłu król - czy to insygnia kapitana? U ciemnookiego? Od kiedy tak się dzieje?
Dalinar nie odpowiedział, jedynie odprowadził Kaladina na bok.
- Król - powiedział cicho - bardzo się przejmuje skrytobójcami.
Powinieneś to wiedzieć.
- Zdrowa paranoja ułatwia pracę strażnikom, panie - stwierdził Kaladin.
- Nie powiedziałem, że jest zdrowa. Mówisz mi "panie". Zwyczajowym
zwrotem grzecznościowym jest "oświecony".
- Będę go używać, jeśli tak rozkażecie, panie. - Kaladin spojrzał mu w oczy. - Ale "panie" to stosowny zwrot, nawet w odniesieniu do
jasnookiego, jeśli jest on bezpośrednim przełożonym.
- Jestem arcyksięciem.
- Jeśli mam być szczery - powiedział Kaladin. Nie poprosił o pozwolenie.
Ten mężczyzna dał mu określone stanowisko, więc Kaladin zakładał, że
łączą się z nim również pewne przywileje. - Każdy mężczyzna, którego
nazywałem "oświeconym", zdradził mnie. Nielicznych, którym mówiłem
"panie", po dziś dzień darzę zaufaniem. Tego drugiego używam z większym
szacunkiem niż tego pierwszego. Panie.
- Dziwny jesteś, synu.
- Ci normalni leżą martwi w rozpadlinach - powiedział cicho Kaladin. -
Sadeas się o to zatroszczył.
- Cóż, niech twoi ludzie na balkonie staną dalej, żeby nie mogli
podsłuchiwać przez okna.
- W takim razie zaczekam na korytarzu - stwierdził Kaladin, zauważywszy,
że dwaj żołnierze Gwardii Królewskiej już wyszli.
- Nie wydałem takiego rozkazu - powiedział Dalinar. - Strzeż wejścia,
ale od środka. Chciałbym, żebyś słyszał, co planujemy, ale nie powtarzaj
tego na zewnątrz.
- Tak, panie.
- Na spotkanie przychodzą jeszcze cztery osoby - wyjaśnił Dalinar. - Moi
synowie, generał Khal i jasność Teshav, żona Khala. Oni mogą wejść.
Wszyscy inni mają czekać na zewnątrz do zakończenia spotkania.
Dalinar wrócił do rozmowy z matką króla. Kaladin ustawił Moasha i Drehy'ego na właściwym miejscu, po czym wyjaśnił protokół Martowi i Ethowi. Postanowił później przeprowadzić szkolenie. Kiedy jasnoocy
mówili "nie wpuszczajcie nikogo innego", wcale tak nie myśleli. W rzeczywistości mówili "Jeśli wpuścisz kogoś innego, lepiej, żebym się
zgodził, że to było naprawdę ważne, bo inaczej będziesz miał kłopoty".
Później Kaladin stanął przed zamkniętymi drzwiami, oparty o ścianę
zdobioną rzeźbioną boazerią z rzadkiego drewna, którego nie rozpoznawał.
Pewnie jest warte więcej niż zarobiłem przez całe życie, pomyślał. Jedna
deska.
Przybyli synowie arcyksięcia, Adolin i Renarin Kholin. Kaladin widział
tego pierwszego na polu bitwy, choć bez Pancerza Odprysku wyglądał
inaczej. Mniej imponująco. Bardziej jak rozpuszczony bogaty chłopiec.
Och, nosił mundur jak wszyscy pozostali, ale guziki były grawerowane, a buty... bardzo cenna para, ze świńskiej skóry, bez choćby draśnięcia.
Nowiutkie, pewnie kupione za absurdalną cenę.
Ale uratował tamtą kobietę na targu, pomyślał Kaladin, przypominając
sobie spotkanie sprzed tygodni. Nie zapominaj o tym.
Nie wiedział, co myśleć o Renarinie. Młodzieniec - mógł być starszy od
Kaladina, ale z pewnością na to nie wyglądał - nosił okulary i podążał
za bratem jak cień. Te szczupłe kończyny i delikatne palce nie znały
bitwy ani prawdziwej pracy.
Syl krążyła po sali, zaglądając we wszelkie zakamarki i wazony.
Zatrzymała się przy przycisku do papieru, który leżał na kobiecym biurku
ustawionym obok krzesła króla, i zaczęła trącać kryształowy blok z uwięzionym wewnątrz dziwnym stworem przypominającym kraba. Czy to były
skrzydła?
- Czy ten tutaj nie powinien zaczekać na zewnątrz? - spytał Adolin,
wskazując na Kaladina.
- To, co robimy, sprawi, że znajdę się w bezpośrednim niebezpieczeństwie
- stwierdził Dalinar, splatając ręce za plecami. - Chcę, żeby znał
szczegóły. Może mu się to przydać w pracy. - Mówiąc, nie patrzył na
Adolina ani Kaladina.
Adolin podszedł do ojca, wziął go za ramię i odezwał się przyciszonym
głosem, ale nie na tyle cicho, by Kaladin go nie usłyszał.
- Niemal go nie znamy.
- Komuś musimy zaufać, Adolinie - odpowiedział Dalinar. - Jeśli w tej
armii jest choć jedna osoba, która z pewnością nie pracuje dla Sadeasa,
to jest nią ten żołnierz.
Odwrócił się i spojrzał na Kaladina, znów mierząc go wzrokiem.
Nie widział mnie z Burzowym Światłem, powiedział sobie Kaladin z naciskiem. Był prawie nieprzytomny. Nie wie.
A może?
Adolin uniósł ręce, ale przeszedł na drugą stronę sali i mruknął coś do
brata. Kaladin pozostał na miejscu, stojąc swobodnie z lekko
rozstawionymi nogami i rękoma za plecami.
Tak, zdecydowanie rozpuszczony.
Generał, który pojawił się wkrótce, był zwinnym, łysym mężczyzną o bladożółtych oczach. Jego żona, Teshav, miała ściągniętą twarz i blond
pasma we włosach. Zajęła miejsce za biurkiem do pisania, do którego
Navani nawet się nie zbliżyła.
- Raport - powiedział Dalinar, gdy za tą dwójką zamknęły się drzwi.
- Pewnie wiecie, co usłyszycie, oświecony - odparła Teshav. - Są
wzburzeni. Szczerze liczyli, że przemyślicie rozkaz... a ogłoszenie go
publicznie sprowokowało ich. Arcyksiążę Hatham jako jedyny wydał
oświadczenie. Planuje, cytuję: "upewnić się, że król zostanie
odwiedziony od tego lekkomyślnego i nieprzemyślanego posunięcia".
Król westchnął i usiadł. Renarin również natychmiast zajął miejsce,
podobnie jak generał. Adolin zrobił to z większą niechęcią.
Dalinar wciąż stał i wyglądał przez okno.
- Wuju? - spytał król. - Słyszałeś o tej reakcji? Dobrze, że nie
posunąłeś się tak daleko, jak rozważałeś, i nie ogłosiłeś, że muszą
kierować się Kodeksem albo czeka ich odebranie majątku. To by się
skończyło otwartym buntem.
- Na to przyjdzie pora - stwierdził Dalinar. - Wciąż się zastanawiam,
czy nie powinienem ogłosić wszystkiego naraz. Kiedy trafi cię strzała,
czasem lepiej wyrwać ją w całości jednym pociągnięciem.
Właściwie, kiedy kogoś trafiła strzała, najlepiej było zostawić ją w miejscu do czasu znalezienia chirurga. Często zatrzymywała upływ krwi i utrzymywała rannego przy życiu. Jednak pewnie lepiej się nie odzywać, by
nie podważać metafory arcyksięcia.
- Na burze, co za paskudny obraz - powiedział król, ocierając twarz
chusteczką. - Naprawdę musisz mówić takie rzeczy, wuju? I tak już się
obawiam, że przed końcem tygodnia będziemy martwi.
- Z twoim ojcem przeżyliśmy gorsze rzeczy - sprzeciwił się Dalinar.
- Wtedy mieliście sojuszników! Trzech arcyksiążąt za wami, tylko sześciu
przeciwko, a nigdy nie walczyliście ze wszystkimi razem.
- Jeśli arcyksiążęta zjednoczą się przeciwko nam - powiedział generał
Khal - nie utrzymamy się. Nie będziemy mieli wyboru, jak tylko uchylić
proklamację, co znacznie osłabi koronę.
Król odchylił się do tyłu i uniósł dłoń do czoła.
- Jezerezehu, to będzie katastrofa...
Kaladin uniósł brew.
- Nie zgadzasz się? - spytała Syl, zbliżając się do niego w postaci
kłębu wirujących liści.
Wytrącało go z równowagi, kiedy jej głos dobiegał z takich kształtów.
Pozostali oczywiście nie mogli jej widzieć ani słyszeć.
- Nie - wyszeptał Kaladin. - Ta proklamacja brzmi jak prawdziwa burza.
Po prostu nie spodziewałem się, że król będzie taki... no, marudny.
- Musimy znaleźć sojuszników - powiedział Adolin. - Stworzyć koalicję.
Sadeas będzie miał swoją, a my musimy mu przeciwstawić swoją.
- I podzielić królestwo na dwoje? - spytała Teshav. - Wojna domowa nie
posłuży koronie. Zwłaszcza że mało prawdopodobne, byśmy zwyciężyli.
- To mógłby być koniec Alethkaru jako królestwa - zgodził się generał.
- Alethkar jako królestwo skończył się przed wiekami - powiedział cicho
Dalinar, wyglądając przez okno. - To coś, co stworzyliśmy, nie jest
Alethkarem. Alethkar był sprawiedliwością. My jesteśmy dziećmi, które
włożyły płaszcz ojca.
- Ależ wuju - sprzeciwił się król - przynajmniej to królestwo jest
czymś. Czymś więcej niż przez całe stulecia! Jeśli tu zawiedziemy i podzielimy się na dziesięć walczących księstw, będzie to przeciwieństwem
wszystkiego, co chciał osiągnąć mój ojciec!
- To nie jest coś, co chciał osiągnąć twój ojciec - stwierdził Dalinar.
- Ta gra na Strzaskanych Równinach, ta przyprawiająca o mdłości
polityczna farsa. Nie to wyobrażał sobie Gavilar. Nadchodzi Wieczna
Burza...
- Co takiego? - spytał król.
Dalinar w końcu odwrócił się od okna, podszedł do pozostałych i oparł
dłoń na ramieniu Navani.
- Znajdziemy sposób, by to zrobić, albo po drodze zniszczymy królestwo.
Dłużej nie zniosę tej farsy.
Kaladin założył ręce na piersi i postukał palcem w łokieć.
- Dalinar zachowuje się, jakby był królem - wyszeptał tak cicho, że
tylko Syl go słyszała. - I wszyscy inni też tak go traktują.
Niepokojące. Tak postępował Amaram. Sięgał po władzę, którą widział
przed sobą, nawet jeśli nie należała do niego.
Navani spojrzała na Dalinara i uniosła dłoń, by dotknąć jego dłoni.
Oceniając po tym geście, wiedziała, na czym polega jego plan.
Król nie. Westchnął lekko.
- Wyraźnie widać, że masz plan, wuju. I co? Mów. To przeciąganie jest
męczące.
- Tak naprawdę chciałbym pobić ich wszystkich do nieprzytomności -
powiedział szczerze Dalinar. - To właśnie robiłem z nowymi rekrutami,
którzy nie chcieli słuchać rozkazów.
- Sądzę, że miałbyś problem, by biciem zmusić arcyksiążąt do
posłuszeństwa - powiedział oschle król. Z niewiadomego powodu pomasował
w zamyśleniu pierś.
- Musicie ich rozbroić - powiedział Kaladin, zaskakując tym samego
siebie.
Wszyscy popatrzyli na niego. Jasność Teshav spojrzała na niego z krzywą
miną, jakby nie miał prawa się odezwać. I pewnie miała rację.
Dalinar jednak skinął w jego stronę.
- Żołnierzu? Masz jakąś sugestię?
- Proszę o wybaczenie, panie - powiedział Kaladin. - I proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość. Ale jeśli jakiś oddział sprawia problemy,
najpierw rozdziela się jego członków, przenosi każdego z osobna do
lepszych oddziałów. Tutaj nie da się tego zrobić.
- Nie wiem, jak moglibyśmy rozdzielić arcyksiążąt - powiedział Dalinar.
- Wątpię, bym mógł powstrzymać ich przed kontaktami. Być może, gdybyśmy
zwyciężyli w tej wojnie, mógłbym przydzielić każdemu z arcyksiążąt inne
obowiązki, odesłać ich i popracować nad każdym z osobna. Ale na razie
jesteśmy tu uwięzieni.
- Cóż, drugą rzeczą, którą można zrobić ze sprawiającymi problemy - stwierdził Kaladin - jest rozbrojenie ich. Łatwiej nad nimi zapanować, jeśli zmusi się ich do oddania włóczni. To zawstydzające, sprawia, że czują się jak rekruci. Czyli... może moglibyście odebrać im wojska? - Obawiam się, że nie możemy - odparł Dalinar. - Żołnierze przysięgają
lojalność swoim jasnookim, nie koronie, jedynie arcyksiążęta składają
przysięgę koronie. Jednak dobrze myślisz.
Ścisnął ramię Navani.
- Przez ostatnie dwa tygodnie - stwierdził. - próbowałem zadecydować,
jak podejść do tego problemu. Instynkt podpowiada mi, że należy
potraktować arcyksiążąt - wszystkich jasnookich Alethkaru - jak świeżych
rekrutów, których należy zdyscyplinować.
- Przyszedł do mnie i rozmawialiśmy - mówiła dalej Navani. - Nie możemy
tak naprawdę zdegradować arcyksiążąt do poziomu, na którym będziemy
mogli nad nimi zapanować, choć Dalinar bardzo by tego pragnął. Musimy
więc sprawić, by uwierzyli, że jeśli się nie ustatkują, odbierzemy im
wszystko.
- Ta proklamacja ich rozwścieczy - powiedział Dalinar. - Chcę, żeby byli
wściekli. Chcę, żeby myśleli o wojnie, swoim miejscu tutaj i chcę
przypomnieć im o zamachu na Gavilara. Jeśli uda mi się skłonić ich, by
zaczęli działać bardziej jak żołnierze, nawet jeśli oznacza to
sięgnięcie za broń przeciwko mnie, to może uda mi się ich przekonać.
Umiem rozmawiać z żołnierzami. Tak czy inaczej, dużą rolę odegra groźba,
że odbiorę im całą władzę i siłę, jeśli nie będą jej właściwie
wykorzystywać. A wszystko zacznie się od, jak zasugerował kapitan
Kaladin, rozbrojenia ich.
- Rozbroić arcyksiążąt? - spytał król. - Cóż to za szaleństwo?
- To nie szaleństwo - odparł z uśmiechem Dalinar. - Nie odbierzemy im
armii, ale możemy zrobić coś innego. Adolinie, zamierzam zdjąć kłódkę z twojego miecza.
Adolin zmarszczył z namysłem czoło, po czym na jego twarzy pojawił się
szeroki uśmiech.
- To znaczy, pozwolisz mi się znowu pojedynkować? Naprawdę?
- Tak - powiedział Dalinar. Odwrócił się do króla. - Przez bardzo długi
czas nie pozwalałem mu walczyć, gdyż Kodeks zakazuje pojedynków między
oficerami podczas wojny. Coraz bardziej dochodzę jednak do wniosku, że
inni nie uważają, iż prowadzą wojnę. Bawią się. Czas, by pozwolić
Adolinowi na oficjalne pojedynki z innymi Odpryskowymi.
- Aby mógł ich upokorzyć? - spytał król.
- Tu nie chodzi o upokorzenie, ale o pozbawienie ich Odprysków. -
Dalinar stanął między siedzącymi na krzesłach. - Arcyksiążęta mieliby
problem, by z nami walczyć, gdybyśmy panowali nad wszystkimi Pancerzami
i Ostrzami Odprysku w armii. Adolinie, chciałbym, żebyś wyzywał
Odpryskowych innych arcyksiążąt na honorowe pojedynki, z nagrodą w postaci samego Odprysku.
- Nie zgodzą się na to - stwierdził generał Khal. - Odmówią.
- Musimy się upewnić, że się zgodzą - powiedział Dalinar. - Znaleźć
sposób, by ich zmusić albo zawstydzić, by zgodzili się na pojedynki.
Byłoby to łatwiejsze, gdybyśmy mogli wyśledzić, gdzie zniknął Trefniś.
- A co się stanie, jeśli chłopak przegra? - spytał generał Khal. - Ten
plan wydaje się zbyt nieprzewidywalny.
- Zobaczymy - powiedział Dalinar. - To tylko część tego, co zrobimy,
mniejsza, ale też najbardziej widoczna. Adolinie, wszyscy powtarzają mi,
jak dobrze się pojedynkujesz, a ty sam ciągle mnie zadręczałeś, żebym
złagodził zakaz. W armii jest trzydziestu Odpryskowych, nie licząc
moich. Czy uda ci się pokonać tak wielu mężczyzn?
- Czy uda mi się? - powtórzył Adolin z uśmiechem. - Nawet się nie spocę,
jeśli tylko będę mógł zacząć od samego Sadeasa.
Jest rozpuszczony i pewny siebie, pomyślał Kaladin.
- Nie - stwierdził Dalinar. - Sadeas nie przyjmie wyzwania, choć naszym
ostatecznym celem jest doprowadzenie do jego upadku. Zaczniemy od
pomniejszych Odpryskowych i będziemy piąć się w górę ku niemu.
Pozostali wydawali się zaniepokojeni, w tym jasność Navani, która
zacisnęła wargi i spojrzała na Adolina. Mogła być zwolenniczką planu
Dalinara, ale nie podobała jej się myśl o pojedynkach bratanka.
Nie wypowiedziała wątpliwości na głos.
- Jak powiedział Dalinar - stwierdziła - to nie jest cały nasz plan.
Miejmy nadzieję, że pojedynki Adolina nie zajdą zbyt daleko. Ich celem
jest jedynie wzbudzenie niepokoju i strachu, wywarcie nacisku na pewne
frakcje działające przeciwko nam. Większą częścią naszego zadania jest
kompleksowy i zdecydowany wysiłek polityczny, by nawiązać kontakt z tymi, którzy mogą stanąć po naszej stronie.
- Razem z Navani postaramy się przekonać arcyksiążąt, że zjednoczony
Alethkar ma swoje zalety - powiedział Dalinar, kiwając głową. - Choć
Ojciec Burz wie, że mniej wierzę w swoją polityczną przenikliwość, niż
Adolin w swoje umiejętności. Tak musi być. Jeśli Adolin jest kijem, to
ja piórkiem.
- Pojawią się skrytobójcy, wuju - odezwał się Elhokar zmęczonym głosem.
- Wątpię, by Khal miał rację, nie sądzę, by Alethkar od razu się
rozpadł. Arcyksiążętom spodobała się idea jednego królestwa. Ale lubią
też swoje rozrywki, zabawę, serca klejnotów. Wyślą więc skrytobójców. Z początku po cichu i pewnie niezwróconych bezpośrednio przeciwko tobie
czy mnie. Przeciwko naszym rodzinom. Sadeas i pozostali spróbują nas
zranić, skłonić nas do wycofania się. Chcesz zaryzykować życie swoich
synów? A mojej matki?
- Tak, masz rację - przyznał Dalinar. - Nie pomyślałem... ale tak. Tak
właśnie myślą.
Kaladinowi wydawało się, że słyszy w jego głosie żal.
- I nadal zamierzasz zrealizować swój plan? - spytał król.
- Nie mam wyboru - odparł Dalinar, odwrócił się i wrócił do okna.
Spojrzał na zachód, w głąb lądu.
- W takim razie powiedz mi, jaki jest twój ostateczny cel, wuju? Co
chcesz przez to wszystko osiągnąć? Za rok, jeśli przeżyjemy tę
katastrofę, czym mamy być?
Dalinar oparł dłonie na grubym kamiennym parapecie. Wyglądał na
zewnątrz, jakby widział coś, czego nie mogli zobaczyć pozostali.
- Chcę, byśmy byli tym, czym byliśmy wcześniej, synu. Królestwem, które
przetrwa burze, królestwem, które jest światłem, a nie ciemnością.
Stworzę w pełni zjednoczony Alethkar, z lojalnymi i sprawiedliwymi
arcyksiążętami. I więcej jeszcze. - Postukał w parapet. - Zamierzam
przywrócić Świetlistych Rycerzy.
Kaladin z zaskoczenia niemal upuścił włócznię. Całe szczęście nikt na
niego nie patrzył, wszyscy zerwali się na równe nogi i gapili się na
Dalinara.
- Świetliści? - spytała jasność Teshav. - Oszaleliście? Chcecie
odbudować sektę zdrajców, która oddała nas w ręce Pustkowców?
- Cała reszta brzmi nieźle, ojcze. - Adolin wystąpił naprzód. - Wiem, że
dużo myślisz o Świetlistych, ale postrzegasz ich... inaczej niż wszyscy.
Nie spodoba się, jeśli ogłosisz, że zamierzasz ich naśladować.
Król jedynie jęknął, ukrywając twarz w dłoniach.
- Ludzie się mylą - powiedział Dalinar. - A nawet jeśli nie, pierwotni
Świetliści, ci utworzeni przez Heroldów, na początku byli moralni i sprawiedliwi, co przyznaje nawet Kościół voriński. Musimy przypomnieć
ludziom, że Świetliści Rycerze jako zakon byli symbolem czegoś
wspaniałego. Gdyby tak nie było, nie mogliby "upaść", jak twierdzą
opowieści.
- Ale dlaczego? - spytał Elhokar. - Jaki to ma sens?
- Muszę to zrobić. - Dalinar zawahał się. - Nie jestem jeszcze do końca
pewien, dlaczego. Po prostu dostałem takie polecenie. Jako ochronę i przygotowanie na to, co nadchodzi. Jakąś burzę. Może chodzi o coś tak
prostego jak arcyksiążęta jednoczący się przeciwko nam. Wątpię w to, ale
być może.
- Ojcze - powiedział Adolin, kładąc dłoń na ramieniu Dalinara. -
Wszystko pięknie i może uda ci się zmienić sposób, w jaki ludzie
postrzegają Świetlistych, ale... na duszę Ishara, ojcze! Oni robili
rzeczy, których my nie umiemy. Nazwanie kogoś Świetlistym nie da mu
cudownych mocy, jak w opowieściach.
- W Świetlistych chodzi o więcej niż tylko to, czego mogli dokonać -
sprzeciwił się Dalinar. - Chodzi o ideał. Ideał, jakiego w dzisiejszych
czasach nam brakuje. Może nie uda nam się sięgnąć po starożytne Wiązanie
Mocy, to znaczy ich moce, ale możemy naśladować Świetlistych w innych
aspektach. Jestem zdecydowany. Nie próbuj mi tego wyperswadować.
Inni nie wydawali się przekonani.
Kaladin zmrużył oczy. Dalinar wiedział o jego mocach czy nie?
Zgromadzeni zajęli się bardziej przyziemnymi tematami, jak skłonić
Odpryskowych do pojedynkowania się z Adolinem i jak wzmóc patrole w okolicy. Dalinar uznał, że zapewnienie bezpieczeństwa obozom jest
niezbędnym elementem tego, co zamierzał.
Kiedy spotkanie wreszcie dobiegło końca, większość zebranych wyszła, by
wypełnić rozkazy. Kaladin wciąż rozważał słowa Dalinara o Świetlistych.
Tamten oczywiście nie miał o tym pojęcia, ale przypadkiem użył
stosownego słowa. Świetliści Rycerze mieli ideały - i tak je właśnie
nazywali. Pięć Ideałów, Nieśmiertelne Słowa.
Życie ponad śmiercią, pomyślał Kaladin, bawiąc się kulą, którą wyciągnął
z kieszeni, siła ponad słabością, podróż ponad celem.
Te Słowa tworzyły całość Pierwszego Ideału. Niezbyt rozumiał, co to
znaczyło, ale ignorancja nie powstrzymała go przed domyśleniem się, jak
brzmi Drugi Ideał Wiatrowych, przysięga, by chronić tych, którzy nie
mogą chronić się sami.
Syl nie powiedziała mu o pozostałych trzech. Stwierdziła, że pozna je,
kiedy będzie musiał. Albo nie i nie zajdzie dalej.
Czy chciał zajść dalej? By stać się kim? Jednym ze Świetlistych Rycerzy?
Kaladin nie prosił się, by cudze ideały rządziły jego życiem. Chciał
jedynie przeżyć. Teraz jednak kierował się ścieżką, którą od stuleci nie
przeszedł żaden człowiek. Potencjalnie mógł się stać kimś, kogo
mieszkańcy Rosharu znienawidzą lub komu będą oddawać cześć. Tak wielkie
zainteresowanie...
- Żołnierzu? - odezwał się Dalinar, podchodząc do drzwi.
- Panie. - Kaladin znów się wyprostował i zasalutował.
Czuł się dobrze, mogąc znów to robić, stać na baczność, wypełniać swoje
obowiązki. Nie wiedział, czy to dobre uczucie związane ze wspomnieniami
życia, jakie kiedyś kochał, czy też żałosne uczucie ostrogara, który w końcu odnalazł smycz.
- Mój bratanek miał rację - powiedział Dalinar, patrząc, jak król oddala
się korytarzem. - Inni mogą spróbować skrzywdzić moją rodzinę. Tak
właśnie myślą. Potrzebuję ochrony dla Navani i synów przez cały czas.
Twoich najlepszych.
- Mam ich około dwóch tuzinów, panie - odparł Kaladin. - To nie
wystarczy, by pełne oddziały straży strzegły przez cały czas waszej
czwórki. Wkrótce wyszkolę więcej ludzi, ale danie mostowemu włóczni do
ręki nie czyni go żołnierzem, już nie mówiąc o dobrym strażniku.
Dalinar pokiwał głową. Podrapał się po brodzie.
- Panie?
- Nie tylko twój oddział jest przeciążony w tym obozie, żołnierzu -
powiedział Dalinar. - Zdrada Sadeasa kosztowała mnie wielu ludzi. Bardzo
dobrych ludzi. A teraz mam termin. Niewiele ponad sześćdziesiąt dni...
Kaladina przeszedł dreszcz. Arcyksiążę bardzo poważnie traktował liczbę
wypisaną na ścianie.
- Kapitanie - powiedział cicho Dalinar - potrzebuję wszystkich sprawnych
mężczyzn, jakich mogę znaleźć. Muszę ich wyszkolić, odbudować armię,
przygotować się na burzę. Muszą atakować płaskowyże, walczyć z Parshendimi, by zyskać doświadczenie w walce.
Co to miało z nim wspólnego?
- Obiecaliście, że moi ludzie nie będą musieli walczyć w atakach na
płaskowyże.
- I dotrzymam tej obietnicy - powiedział Dalinar. - Ale w Gwardii
Królewskiej jest dwustu pięćdziesięciu ludzi. W tym nieliczni pozostali
mi oficerowie, którym będę musiał przekazać dowodzenie nad nowymi
rekrutami.
- Będę strzegł nie tylko waszej rodziny, prawda? - spytał Kaladin,
czując nowy ciężar na barkach. - Sugerujecie, że chcecie mi przekazać
również strzeżenie króla.
- Tak. Powoli, ale tak. Potrzebuję tych żołnierzy. Poza tym,
utrzymywanie dwóch oddzielnych gwardii wydaje się błędem. Wśród twoich
ludzi, biorąc pod uwagę wasze pochodzenie, najprawdopodobniej nie
znajdują się szpiedzy moich wrogów. Powinieneś wiedzieć, że jakiś czas
temu mógł nastąpić zamach na życie króla. Wciąż nie wiem, kto był
odpowiedzialny, ale martwię się, że mógł brać w tym udział jeden z gwardzistów.
Kaladin odetchnął głęboko.
- Co się wydarzyło?
- Wraz z Elhokarem polowałem na przepastną bestię - powiedział Dalinar.
- Podczas tego polowania, w kluczowej chwili, Pancerz króla niemal
zawiódł. Odkryliśmy, że duża część klejnotów, które dawały mu moc,
została prawdopodobnie zamieniona na uszkodzone, które pod naciskiem
pękły.
- Nie znam się na Pancerzach, panie - powiedział Kaladin. - Czy mogły
pęknąć same z siebie, bez sabotażu?
- Możliwe, ale mało prawdopodobne. Chcę, żeby twoi ludzie na zmianę
strzegli króla, wymieniając się z Gwardią Królewską, żebyście zapoznali
się z nim i pałacem. Jednocześnie zacznę wyciągać oficerów z gwardii, by
szkolili moich żołnierzy. Za kilka tygodni połączymy twoją grupę i Gwardię Królewską. Ty będziesz dowodził. Kiedy już wyszkolisz mostowych
z innych drużyn, zastąpimy żołnierzy z gwardii twoimi ludźmi, a żołnierzy przeniesiemy do mojej armii. - Spojrzał Kaladinowi w oczy. -
Zrobisz to, żołnierzu?
- Tak, panie - odparł Kaladin, choć w duchu panikował. - Zrobię to.
- Dobrze.
- Panie, mam pewną sugestię. Powiedzieliście, że zamierzacie zwiększyć
liczbę patroli wokół obozów, by zapewnić porządek na wzgórzach
otaczających Strzaskane Równiny.
- Tak. Liczba złoczyńców jest zawstydzająca. To teraz alethyjska ziemia
i musi być na niej przestrzegane alethyjskie prawo.
- Mam tysiąc mężczyzn, których muszę wyszkolić - powiedział Kaladin. -
Gdybym wysyłał ich tam na patrole, mogliby poczuć się jak żołnierze.
Wysłałbym siłę dość wielką, by dotarło to do bandytów, może nawet
skłoniło ich do wycofania się, a moi ludzie nie musieliby dużo walczyć.
- Dobrze. Patrolami dowodził generał Khal, ale on jest teraz moim
najstarszym stopniem dowódcą i będzie potrzebny gdzie indziej. Szkol
swoich ludzi tak, by w końcu twój tysiąc mógł rzeczywiście patrolować
drogi aż do Alethkaru i portów na południu i wschodzie. Potrzebuję
zwiadowców, wypatrujących obozów bandytów i karawan, które zostały
zaatakowane. Muszę dokładnie wiedzieć, co się tam dzieje i jak bardzo
jest niebezpiecznie.
- Osobiście się tym zajmę, panie.
Na burze. Jak on miał tego wszystkiego dokonać?
- Dobrze - stwierdził Dalinar.
Dalinar wyszedł z sali i splótł ręce za plecami, jakby zatonął w myślach. Moash, Eth i Mart ruszyli za nim, zgodnie z rozkazem Kaladina. Przez cały czas Dalinarowi mieli towarzyszyć dwaj jego ludzie, trzej, jeśli mu się uda. Kiedyś miał nadzieję zwiększyć to do czterech albo pięciu, ale, na burze, przy tak wielu osobach do pilnowania to niemożliwe. Kim on jest? - pomyślał Kaladin, odprowadzając wzrokiem oddalającego się
Dalinara. Miał porządny obóz. Człowieka dało się ocenić - i Kaladin tak
robił - po ludziach, którzy mu służyli.
Ale tyran też mógł mieć porządny obóz i zdyscyplinowanych żołnierzy. Ten
mężczyzna, Dalinar Kholin, pomógł zjednoczyć Alethkar - i zrobił to,
brodząc we krwi. Teraz... teraz mówił jak król, nawet kiedy sam król był
obok niego.
Chce stworzyć Świetlistych Rycerzy na nowo, pomyślał Kaladin. Nie mógł
osiągnąć tego samą siłą woli.
Chyba że ktoś mu pomoże.
6
Straszliwe zniszczenie
Nigdy nie pomyśleliśmy, że wśród naszych niewolników mogli się ukrywać
szpiedzy Parshendich. To również powinnam była spostrzec.
Z dziennika Navani Kholin, Jesesan 1174.
Shallan znów usiadła na skrzyni na pokładzie, choć teraz miała kapelusz
na głowie, płaszcz na sukience i rękawiczkę na swobodnej dłoni -
bezpieczna oczywiście kryła się w rękawie.
Chłód na otwartym oceanie był czymś nierealnym. Kapitan mówił, że daleko
na południu ocean wręcz zamarzał. To brzmiało nieprawdopodobnie, musiała
to zobaczyć. Od czasu do czasu widywała śnieg i lód w Jah Keved, kiedy z rzadka pojawiała się zima. Ale cały ocean? Zadziwiające.
Pisała palcami w rękawiczce, obserwując sprena, któremu nadała imię
Wzór. W tej chwili wzniósł się ponad powierzchnię pokładu, tworząc kulę
wirującej czerni - niekończące się linie, przeplatające się w sposób
niedający się oddać na płaskiej kartce. Przygotowywała więc opisy do
rysunków.
- Jedzenie... - powiedział Wzór brzęczącym głosem, któremu towarzyszyło
wyraźne wibrowanie.
- Tak - zgodziła się Shallan. - Jemy je.
Wyjęła niewielki owoc z miski, włożyła go do ust, przeżuła i połknęła.
- Jeść - powtórzył wzór. - Ty... bierzesz je... w siebie.
- Tak! Właśnie tak.
Opadł, a w chwili, gdy wszedł w pokład, czerń zniknęła. Znów stał się
częścią materiału - sprawiał, że drewno falowało jak woda. Przesunął się
po podłodze, po czym wspiął po skrzyni do miski z niewielkimi zielonymi
owocami. Następnie prześlizgnął się po owocach, skórka każdego z nich
zagłębiała się i wznosiła na kształt jego wzoru.
- Straszliwe! - powiedział, a słowo to zawibrowało z głębi miski.
- Straszliwe?
- Zniszczenie!
- Co? Nie, tak utrzymujemy się przy życiu. Wszystko musi jeść.
- Straszliwe zniszczenie jeść!
Wydawał się przerażony. Wycofał się z miski na pokład.
"Wzór przejawia coraz bardziej skomplikowane myśli", napisała Shallan.
"Abstrakcje przychodzą mu bez trudu. Na początku zadawał mi pytania
"Dlaczego? Dlaczego ty? Dlaczego być?". Zinterpretowałam to jako pytanie
o mój cel. Kiedy odpowiedziałam: "By odnaleźć prawdę", wydawał się z łatwością pojmować sens moich słów. A jednak proste elementy
rzeczywistości - na przykład, dlaczego ludzie muszą jeść - zupełnie mu
umykają. To...".
Przestała pisać, gdy papier się zmarszczył i pojawił się na nim sam
Wzór, jego krawędzie unosiły litery, które właśnie napisała.
- Dlaczego to? - spytał.
- Żeby pamiętać.
- Pamiętać - powtórzył, próbując słowo.
- To znaczy... - Ojcze Burz, jak wyjaśnić pamięć? - To znaczy wiedzieć,
co się robiło w przeszłości. W innych chwilach, tych, które wydarzyły
się przed wieloma dniami.
- Pamiętać - powtórzył. - Ja... nie... pamiętam.
- Jaka jest pierwsza rzecz, którą pamiętasz? - spytała Shallan. - Gdzie
byłeś na początku?
- Na początku - powtórzył Wzór. - Z tobą.
- Na statku? - spytała Shallan, notując.
- Nie. Zielone. Jedzenie. Jedzenie niejedzone.
- Rośliny? - spytała Shallan.
- Tak. Dużo roślin.
Zawibrował, a Shallan pomyślała, że w tej wibracji słyszy wiatr wśród
gałęzi. Odetchnęła i niemal to zobaczyła. Pokład przed nią zmienił się w ścieżkę, a skrzynka stała się kamienna ławką. Prawie. Nie do końca tam,
ale blisko. Ogrody ojca. Wzór na ziemi, wyrysowany w pyle...
- Pamiętam - powiedział Wzór głosem jak szept.
Nie, pomyślała przerażona Shallan. NIE!
Obraz zniknął. Wcale go nie było, prawda? Uniosła bezpieczną rękę do
piersi, odetchnęła głęboko. Nie.
- Hej, panienko! - powiedział z tyłu Yalb. - Niech panienka opowie
nowemu dzieciakowi, co wydarzyło się w Kharbranth!
Shallan odwróciła się z bijącym sercem i zobaczyła Yalba podchodzącego z "nowym dzieciakiem" - wysokim na sześć stóp masywnym mężczyzną, który
był co najmniej pięć lat starszy od samego Yalba. Zatrudnili go w Amydlatn, ostatnim porcie. Tozbek chciał mieć pewność, że nie zabraknie
mu ludzi podczas ostatniego odcinka drogi do Nowego Natananu. Yalb
kucnął obok jej siedziska. Chłód sprawił, że zaczął nosić koszulę z poszarpanymi rękawami i opaskę zakrywającą uszy.
- Jasności? - spytał Yalb. - Wszystko w porządku? Wyglądacie, jakbyście
połknęli żółwia. I to nie tylko głowę.
- Nic mi nie jest - powiedziała Shallan. - Czego... właściwie ode mnie
chciałeś?
- W Kharbranth - powtórzył Yalb, uderzając się w ramię. - Widzieliśmy
króla, nie?
- My? - spytała Shallan. - Ja go poznałam.
- A ja byłem w twoim orszaku.
- Czekałeś na zewnątrz.
- To nie ma znaczenia - stwierdził Yalb. - Byłem waszym lokajem podczas
spotkania, co nie?
Lokaj? Robił jej przysługę, prowadząc ją do pałacu.
- Pewnie tak - powiedziała. - O ile sobie przypominam, ładnie się
ukłoniłeś.
- Widzisz - powiedział Yalb i wyprostował się przed o wiele większym
mężczyzną. - Wspomniałem o tym ukłonie, prawda?
"Nowy dzieciak" mruknął coś twierdząco.
- W takim razie zabieraj się do mycia naczyń - stwierdził Yalb, na co
odpowiedzią był ponury grymas. - I nie rób takich min - dodał Yalb. -
Mówiłem ci, że praca w kuchni to coś, czego kapitan bardzo pilnuje.
Jeśli chcesz tu pasować, zrób to dobrze i nawet więcej niż ci każą.
Kapitanowi i załodze się to spodoba. Daję ci szansę, a ty powinieneś to
docenić.
Te słowa najwyraźniej ułagodziły większego mężczyznę, który odwrócił się
i ruszył w stronę dolnego pokładu.
- Na Pasje! - odezwał się Yalb. - Ten gość jest bury jak dwie kule z błota. Martwię się o niego. Ktoś go kiedyś wykorzysta, jasności.
- Znów się przechwalałeś? - spytała Shallan.
- To nie przechwałki, jeśli część jest prawdą.
- Właściwie na tym właśnie polega przechwalanie się.
- Hej - powiedział Yalb, odwracając się do niej. - Co robiliście
wcześniej? Wiecie, z kolorami.
- Z kolorami? - powtórzyła Shallan. Zrobiło jej się zimno.
- Tak, pokład stał się zielony, co nie? Przysięgam, że to widziałem. To
ma coś wspólnego z tym dziwnym sprenem, tak?
- Ja... próbuję ustalić, jaki to dokładnie rodzaj sprena - powiedziała
Shallan spokojnym głosem. - Sprawy naukowe.
- Tak myślałem - stwierdził Yalb, choć właściwie nic mu nie powiedziała.
Uniósł przyjaźnie rękę i odbiegł.
Martwiła się, że pozwala im zobaczyć Wzór. Próbowała siedzieć w kajucie,
żeby zachować go w tajemnicy przed marynarzami, ale trudno jej było
znieść uwięzienie, a on nie reagował na jej sugestie, by się im nie
pokazywać. Dlatego przez ostatnie cztery dni z konieczności pozwalała im
patrzeć na to, co robiła.
Obecność sprena wyraźnie ich niepokoiła, co zrozumiałe, ale niewiele mówili. Tego dnia przygotowywali statek do całonocnej żeglugi. Myśl o spędzeniu nocy na otwartym morzu martwiła ją, ale taka była cena wypłynięcia tak daleko od cywilizacji. Dwa dni wcześniej byli nawet zmuszeni przetrzymać burzę w zatoczce przy brzegu. Jasnah i Shallan wyszły na brzeg, by zatrzymać się w fortecy wybudowanej w tym właśnie celu - i dużo za to zapłaciły - marynarze zaś zostali na pokładzie. Zatoczka, choć nie była prawdziwym portem, miała przynajmniej burzowy
mur, który osłonił statek. Podczas następnej arcyburzy nie będą mieli
nawet tego. Będą musieli znaleźć zatoczkę i spróbować wytrzymać napór
wiatru, choć Tozbek powiedział, że wyśle Shallan i Jasnah na brzeg, by
poszukały schronienia w jaskini.
Odwróciła się z powrotem do Wzoru, który przyjął unoszącą się postać.
Wyglądał trochę jak wzór rozproszonego światła rzucany na ścianę przez
kryształowy żyrandol - tyle tylko, że stworzony z czegoś czarnego, a nie
ze światła, i trójwymiarowy. Może jednak wcale nie był taki podobny.
- Kłamstwa - powiedział Wzór. - Kłamstwa Yalba.
- Tak - westchnęła Shallan. - Yalb jest czasem zbyt przekonywający dla
własnego dobra.
Wzór zabrzęczał cicho. Wydawał się zadowolony.
- Lubisz kłamstwa? - spytała Shallan.
- Dobre kłamstwa - odpowiedział Wzór. - Tamto kłamstwo. Dobre kłamstwo.
- Co czyni kłamstwo dobrym? - spytała Shallan, starannie notując i zapisując dokładne słowa Wzoru.
- Prawdziwe kłamstwo.
- Wzorze, to są przeciwieństwa.
- Hmmmm... Światło tworzy cień. Prawda tworzy kłamstwa. Hmmmmm.
"Kłamstwospreny, tak nazwała ich Jasnah", napisała Shallan. "Przydomek,
którego najwyraźniej nie lubią. Kiedy Dusznikowałam po raz pierwszy,
głos zażądał ode mnie prawdy. Wciąż nie wiem, co to znaczy, a Jasnah nie
była rozmowna. Wygląda na to, że nie wie, co powinna sądzić o moim
doświadczeniu. Nie wierzę, by głos należał do Wzoru, ale trudno mi to
ocenić, bo wydaje się, że on dużo o sobie zapomniał".
Wróciła do szkicowania Wzoru w postaci unoszącej się i spłaszczonej.
Rysowanie sprawiało, że jej umysł się uspokajał. Nim skończyła,
przypomniała sobie kilka fragmentów tekstów znalezionych podczas badań,
które chciała zacytować w swoich notatkach.
Zeszła po schodach pod pokład, a Wzór podążył za nią. Przyciągał
spojrzenia marynarzy. Marynarze byli przesądni i niektórzy uważali go za
zły znak.
W jej kajucie Wzór wspiął się na ścianę i patrzył bez oczu, jak szuka
fragmentu, który pamiętała i który wspominał o mówiących sprenach. Nie
tylko wiatrosprenach i rzekosprenach, naśladujących ludzi i mówiących
zabawne rzeczy. Były o stopień wyżej od zwyczajnych sprenów, ale istniał
jeszcze jeden poziom sprenów, bardzo rzadko spotykany. Spreny jak Wzór,
które prowadziły z ludźmi prawdziwe rozmowy.
"Strażniczka Nocy jest bez wątpienia jednym z nich". Shallan skopiowała
fragment z pism Alai. "Zapisy rozmów z nią - a bez wątpienia jest płci
żeńskiej, mimo że alethyjskie podania ludowe utrzymują co innego - są
liczne i wiarygodne. Sama Shubalai, pragnąc uzyskać naukową relację z pierwszej ręki, odwiedziła Strażniczkę Nocy i zapisała historię słowo po
słowie...".
Shallan sięgnęła po kolejne źródło i wkrótce zatonęła w badaniach. Kilka
godzin później zamknęła książkę i postawiła ją na stoliku obok łóżka.
Jej kule blakły, wkrótce miały zgasnąć i musiały zostać ponownie
napełnione Burzowym Światłem. Shallan westchnęła z zadowoleniem i oparła
się plecami o posłanie, a wokół niej na podłodze leżały notatki z tuzina
różnych źródeł.
Czuła się... zadowolona. Braciom bardzo spodobał się plan naprawienia
Dusznika i zwrócenia go, wydawali się też wzmocnieni jej sugestią, że
nie wszystko stracone. Myśleli, że uda im się jeszcze trochę przetrwać,
skoro pojawił się plan.
Życie Shallan się układało. Kiedy ostatnio miała okazję po prostu
siedzieć i czytać? Nie zamartwiając się o ród, nie obawiając się
konieczności okradzenia Jasnah? Nawet przed straszliwymi wydarzeniami,
które doprowadziły do śmierci jej ojca, zawsze była niespokojna. Tak
wyglądało jej życie. Postrzegała zostanie prawdziwą uczoną jako coś
nieosiągalnego. Ojcze Burz! Uważała sąsiednie miasto za coś
nieosiągalnego.
Wstała, podniosła szkicownik i przejrzała rysunki santhida, w tym kilka
narysowanych ze wspomnień kąpieli w oceanie. Uśmiechnęła się na ten
widok, przypominając sobie, jak wspięła się z powrotem na pokład,
ociekając wodą. Marynarze uważali rzecz jasna, że oszalała.
Teraz płynęła w stronę miasta na skraju świata, zaręczona z potężnym
księciem Alethich, i mogła po prostu się uczyć. Widziała niewiarygodne
nowe rzeczy, w ciągu dnia je rysowała, a nocą czytała sterty ksiąg.
Przypadkiem natknęła się na idealne życie, będące wszystkim, czego
pragnęła.
Shallan sięgnęła do sakiewki w rękawie bezpiecznej dłoni i wyciągnęła
kule, by zastąpić te ciemniejące w kielichu. Jednak te w jej dłoni były
zupełnie bure. Ani śladu Światła. Zmarszczyła czoło. Te zostały
napełnione podczas ostatniej arcyburzy, w koszyku przywiązanym do masztu
statku. Te w kielichu były sprzed dwóch burz, więc nic dziwnego, że
gasły. Jak te w sakiewce mogły stać się bure wcześniej? To nie było
normalne.
- Mmmmm... - powiedział Wzór. Przycupnął na ścianie na wysokości jej
głowy. - Kłamstwa.
Shallan schowała kule z powrotem, po czym otworzyła drzwi prowadzące na
wąski korytarz i poszła do kajuty Jasnah. Zazwyczaj zajmował ją Tozbek z żoną, ale oboje przenieśli się do trzeciej - najmniejszej - z kajut, by
zapewnić Jasnah lepszą kwaterę. Ludzie robili dla niej takie rzeczy,
nawet kiedy o nie nie prosiła.
Jashan musiała mieć jakieś kule. I w rzeczy samej, drzwi jej kajuty były
lekko uchylone i poruszały się w rytm kołysania statku przecinającego
fale. Jasnah siedziała za biurkiem, a Shallan zajrzała do środka, nagle
niepewna, czy chce niepokoić kobietę.
Widziała twarz Jasnah, dłoń uniesioną do skroni. Kobieta wpatrywała się
w rozłożone kartki. Jej oczy były udręczone, a twarz wyczerpana.
To nie była Jasnah, którą zazwyczaj widywała Shallan. Pewność siebie
przegrała z wyczerpaniem, opanowanie zniknęło, zastąpione przez
zmartwienie. Kobieta zaczęła coś pisać, ale przerwała po kilku słowach.
Odłożyła pióro, zamknęła oczy i rozmasowała skronie. Wokół jej głowy
pojawiło się kilka oszołomionych z wyglądu sprenów, przypominających
chmurki kurzu wznoszące się w powietrze. Wyczerpaniospreny.
Shallan cofnęła się z wrażeniem, jakby zakłóciła bardzo intymną chwilę.
Jasnah z opuszczoną gardą. Zaczęła się ostrożnie wycofywać, jednak
przerwał jej dochodzący z poziomu podłogi głos.
- Prawda!
Zaskoczona Jasnah uniosła wzrok, jej spojrzenie napotkało Shallan -
która oczywiście się zarumieniła. Kobieta opuściła wzrok w stronę Wzoru
na podłodze i znów nałożyła maskę. Wyprostowała się.
- Tak, dziecko?
- Ja... potrzebuję kul... - powiedziała Shallan. - Te w mojej sakiewce
stały się bure.
- Dusznikowałaś? - spytała ostro Jasnah.
- Co? Nie, jasności. Obiecałam, że tego nie zrobię.
- W takim razie to ta druga umiejętność - stwierdziła kobieta. - Wejdź i zamknij drzwi. Nie domykają się, powinnam o tym powiedzieć kapitanowi
Tozbekowi.
Shallan weszła do środka i zamknęła drzwi, choć zamek się nie
zatrzasnął. Z wyraźnym zażenowaniem podeszła bliżej.
- Co zrobiłaś? - spytała Jasnah. - Zakładam, że to miało związek ze
światłem.
- Sprawiłam, że pojawiły się rośliny - powiedziała Shallan. - To znaczy,
sam kolor. Jeden z marynarzy widział, że pokład zrobił się zielony, ale
wszystko zniknęło, kiedy przestałam myśleć o roślinach.
- Tak... - powiedziała Jasnah.
Przejrzała jedną z ksiąg, zatrzymała się na ilustracji. Shallan widziała
ją już wcześniej, była równie stara jak vorinizm. Dziesięć okręgów
połączonych liniami tworzącymi kształt przypominający ułożoną na boku
klepsydrę. Dwa kręgi pośrodku wyglądały niemal jak źrenice. Podwójne Oko
Wszechmocnego.
- Dziesięć Esencji - powiedziała cicho Jasnah. Przeciągnęła palcami po
kartce. - Dziesięć Mocy. Dziesięć zakonów. Ale co oznacza to, że spreny
postanowiły w końcu przywrócić nam przysięgi? I jak wiele czasu mi
zostało? Niewiele. Niewiele.
- Jasności? - spytała Shallan.
- Przed twoim przybyciem mogłam zakładać, że jestem anomalią -
stwierdziła Jasnah. - Mogłam mieć nadzieję, że Wiązanie Mocy nie powraca
w dużej liczbie. Już ją utraciłam. Zagadkowi przysłali cię do mnie, tego
jestem pewna, bo wiedzieli, że potrzebujesz wyszkolenia. To daje mi
nadzieję, że byłam jedną z pierwszych.
- Nie rozumiem.
Jasnah przeszyła Shallan uważnym spojrzeniem. Oczy kobiety były
zaczerwienione ze zmęczenia. Jak długo pracowała? Każdego wieczoru, gdy
Shallan kładła się spać, spod drzwi kajuty Jasnah wydobywało się
światło.
- Szczerze mówiąc - przyznała Jasnah - ja też nie.
- Dobrze się czujesz? - spytała dziewczyna. - Zanim weszłam, wydawałaś
się... przygnębiona.
Jasnah wahała się tylko przez chwilę.
- Po prostu za dużo czasu poświęciłam badaniom. - Odwróciła się w stronę
jednej ze skrzyń i wyciągnęła ciemną sakiewkę wypełnioną kulami. - Weź
je. Radziłabym, żebyś zawsze miała przy sobie kule, by twoje Wiązanie
Mocy miało szansę się ujawnić.
- Możesz mnie nauczyć? - spytała Shallan, biorąc sakiewkę.
- Nie wiem - odparła Jasnah. - Spróbuję. Na diagramie jedna z Mocy jest
nazywana Iluminacją, panowaniem nad światłem. Na razie wolałabym, żebyś
skupiła się na nauce tej Mocy, w przeciwieństwie do Dusznikowania. To
niebezpieczna sztuka, teraz bardziej niż kiedykolwiek.
Shallan pokiwała głową i wstała, jednak zawahała się przed wyjściem.
- Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
- Oczywiście.
Powiedziała to zbyt szybko. Kobieta była opanowana, ale również
wyczerpana. Maska popękała i Shallan widziała prawdę.
Próbuje mnie uspokoić, zorientowała się dziewczyna. Pogłaskać mnie po
główce i odesłać do łóżka, jak dziecko, które obudził koszmar.
- Martwisz się - powiedziała, patrząc Jasnah w oczy.
Kobieta odwróciła się. Przykryła książką coś, co kręciło się na stole -
niewielkiego fioletowego sprena. Strachospren. Owszem, tylko jeden, ale
mimo wszystko.
- Nie... - wyszeptała Shallan. - Nie martwisz się. Jesteś przerażona.
Ojcze Burz!
- Nic się nie dzieje, Shallan - powiedziała Jasnah. - Muszę się po
prostu wyspać. Wracaj do nauki.
Shallan znów usiadła na zydlu obok biurka Jasnah. Starsza kobieta
spojrzała na nią, a wtedy maska popękała jeszcze bardziej. Shallan
widziała irytację w mocno zaciśniętych wargach. Napięcie w sposobie, w jaki ściskała pióro.
- Powiedziałaś mi, że mogę być częścią tego wszystkiego - powiedziała
Shallan. - Jasnah, jeśli o coś się martwisz...
- Martwię się tym samym co zawsze - odparła Jasnah i odchyliła się do
tyłu. - Że się spóźnię. Że nie uda mi się zrobić nic znaczącego, by
powstrzymać to, co nadchodzi... że próbuję powstrzymać arcyburzę,
dmuchając z całej siły w jej stronę.
- Pustkowcy - stwierdziła Shallan. - Parshmeni.
- Podobno w przeszłości - powiedziała Jasnah - Spustoszenia... nadejście
Pustkowców... zapowiadał zawsze powrót Heroldów, by przygotować
ludzkość. Szkolili Świetlistych Rycerzy, których w tym czasie pojawiało
się bardzo wielu.
- Ale pochwyciliśmy Pustkowców - dodała Shallan. - I zniewoliliśmy ich.
- Tak zakładała Jasnah, a Shallan, po przejrzeniu jej badań, zgadzała
się z nią. - Sądzisz więc, że nadchodzi rewolucja. Że parshmeni zwrócą
się przeciwko nam, jak w przeszłości.
- Tak. - Jasnah przejrzała notatki. - I to wkrótce. Fakt, że okazałaś
się Mocowiązcą, wcale mnie nie pociesza, bo za bardzo przypomina to, co
działo się wcześniej. Ale w owych czasach nowi rycerze mieli
nauczycieli, którzy mogli ich szkolić, tradycję obejmującą całe
pokolenia. My nie mamy nic.
- Pustkowcy zostali uwięzieni - powiedziała Shallan, spoglądając na
Wzór. Spoczywał na podłodze, niemal niewidzialny, i nie odzywał się. -
Parshmeni ledwie się porozumiewają. Jak mogliby zorganizować rewolucję?
Jasnah znalazła arkusz, którego szukała, i podała Shallan. Była to,
zapisana pismem samej Jasnah, relacja żony pewnego kapitana z natarcia
na płaskowyż Strzaskanych Równin.
- Parshendi - powiedziała Jasnah - śpiewają tę samą melodię niezależnie
od tego, jak daleko od siebie się znajdują. Mają jakąś zdolność
porozumiewania się, której nie pojmujemy. Mogę jedynie zakładać, że ich
krewniacy parshmeni również ją posiadają. Nie muszą słyszeć wezwania do
czynu, by się zbuntować.
Shallan przeczytała opis i powoli pokiwała głową.
- Musimy ostrzec innych, Jasnah.
- A myślisz, że nie próbowałam? Pisałam do uczonych i królów na całym
świecie. Większość uważa mnie za paranoiczkę. Dowody, które ty
przyjęłaś, uznają za liche. Moją największą nadzieją byli żarliwcy, ale
wpływ Hierokracji zaćmił im wzrok. Poza tym, moje osobiste przekonania
sprawiają, że żarliwcy sceptycznie traktują wszystko, co mówię. Matka
chce zobaczyć moje badania, a to już coś. Brat i wuj mogą uwierzyć, i dlatego właśnie tam się udajemy. - Zawahała się. - Jest jeszcze jeden
powód, dlaczego chcę zobaczyć Strzaskane Równiny. Sposób, by znaleźć
dowody, które mogą przekonać wszystko.
- Urithiru - powiedziała Shallan. - Miasto, którego szukasz?
Jasnah znów obrzuciła ją spojrzeniem. Shallan dowiedziała się o starożytnym mieście, kiedy ukradkiem przeczytała notatki Jasnah.
- Wciąż zbyt łatwo się rumienisz, kiedy ktoś ci zwraca uwagę - zauważyła
kobieta.
- Przepraszam.
- I do tego zbyt szybko przepraszasz.
- Jestem... yyy, oburzona?
Jasnah uśmiechnęła się i podniosła rysunek Podwójnego Oka. Wpatrzyła się
w nie.
- Gdzieś na Strzaskanych Równinach kryje się tajemnica. Tajemnica
związana z Urithiru.
- Mówiłaś mi przecież, że miasta tam nie ma!
- Owszem. Ale może być prowadząca do niego ścieżka. - Zacisnęła wargi. -
Wedle legendy, jedynie Świetlisty Rycerz mógł otworzyć drogę.
- Całe szczęście znamy dwójkę z nich.
- Powtórzę, nie jesteś Świetlistym, i ja też nie. Posiadanie niektórych
z ich umiejętności może się nie liczyć. Brak nam ich tradycji i wiedzy.
- Mówimy o potencjalnym końcu całej cywilizacji, prawda? - spytała cicho
Shallan.
Jasnah zawahała się.
- Spustoszenia - mówiła dalej Shallan. - Wiem bardzo mało, ale
legendy...
- Każde z nich złamało ludzkość. Wielkie miasta w popiołach, wytwórczość
zniszczona. Za każdym razem wiedza i rozwój powracały do stanu niemal
prehistorycznego... całe stulecia trwało odbudowywanie cywilizacji do
wcześniejszego stanu. - Zawahała się. - Wciąż mam nadzieję, że się mylę.
- Urithiru - powiedziała dziewczyna. Starała się powstrzymać od
zadawania pytań, próbowała raczej sama dojść do odpowiedzi. - Mówiłaś,
że miasto było swego rodzaju bazą lub domem Świetlistych Rycerzy. Nie
słyszałam o nim wcześniej, dopiero od ciebie, więc mogę zakładać, że w literaturze nie wspomina się o nim zbyt często. Być może więc jest to
jedna z rzeczy, które ukryła Hierokracja?
- Bardzo dobrze - stwierdziła Jasnah. - A choć sądzę, że stało się
legendarne już wcześniej, Hierokracja nie pomogła.
- Czyli, jeśli istniało przed Hierokracją, a droga do niego została
zamknięta po upadku Świetlistych... mogą się w nim znajdować dokumenty,
których nie dotykały współczesne uczone. Niezmieniona, nietknięta wiedza
o Pustkowcach i Wiązaniu Mocy. - Shallan zadrżała. - Dlatego
wyruszyłyśmy na Strzaskane Równiny.
Jasnah uśmiechnęła się mimo zmęczenia.
- Bardzo dobrze. Czas, który spędziłam w Palanaeum, był bardzo
pożyteczny, ale jednocześnie rozczarowujący. Choć potwierdziłam
podejrzenia dotyczące parshmenów, odkryłam też, że wiele ksiąg w wielkiej bibliotece nosiło te same oznaki ingerencji, co te, które
czytałam wcześniej. "Oczyszczanie" historii, usuwanie bezpośrednich
odniesień do Urithiru albo Świetlistych, ponieważ przynosili wstyd
vorinizmowi - to ogromnie irytujące. A ludzie pytają mnie, dlaczego
odnoszę się wrogo do kościoła! Potrzebuję pierwotnych źródeł. Do tego
istnieją opowieści, w które wierzę, że Urithiru było święte i chronione
przed Pustkowcami. Może to jedynie fantazja, ale nie jestem jeszcze tak
bardzo uczoną, by nie mieć nadziei, że coś takiego jest prawdą.
- A parshmeni?
- Spróbujemy przekonać Alethich, by się ich pozbyli.
- Niełatwe zadanie.
- Prawie niemożliwe - powiedziała Jasnah, wstając. Zaczęła odkładać
księgi na noc, pakowała je do wodoodpornej skrzyni. - Parshmeni to
idealni niewolnicy. Ulegli, posłuszni. Nasze społeczeństwo zbytnio na
nich polega. Parshmeni nie musieliby wcale posunąć się do przemocy, by
wywołać chaos - choć jestem pewna, że to nas właśnie czeka -
wystarczyłoby, żeby sobie poszli. To by wywołało kryzys gospodarczy.
Wyjęła jeden tom i zamknęła skrzynię. Podała go Shallan.
- Przekonanie wszystkich, że mówię prawdę, wykracza poza nasze
możliwości, jeśli nie będziemy miały dowodów. Nawet gdyby brat mnie
posłuchał, nie ma tak wielkiej władzy, by zmusić arcyksiążąt do pozbycia
się parshmenów. I, szczerze mówiąc, obawiam się, że mój brat nie byłby
dość odważny, by zaryzykować kryzys, jaki może wywołać pozbycie się
parshmenów.
- Ale jeśli zwrócą się przeciwko nam, i tak nadejdzie kryzys.
- Tak - powiedziała Jasnah. - Ty to wiesz i ja to wiem. Moja matka może
w to uwierzyć. Ale ryzyko, że się mylę, jest ogromne... cóż,
potrzebujemy dowodów, przytłaczających i niezbitych dowodów. Znajdziemy
więc miasto. Za wszelką cenę znajdziemy miasto.
Shallan przytaknęła.
- Nie chciałam cię obarczać całym tym ciężarem, dziecko - stwierdziła
Jasnah i znów usiadła. - Muszę jednak przyznać, że wielką ulgą była dla
mnie rozmowa o tych sprawach z kimś, kto nie kwestionuje większości
moich argumentów.
- Zrobimy to, Jasnah - powiedziała Shallan. - Udamy się na Strzaskane
Równiny i znajdziemy Urithiru. Zdobędziemy dowody i zmusimy wszystkich,
by posłuchali.
- Ach, ten optymizm młodości. - Jasnah westchnęła. - Czasem miło go
słyszeć. - Podała Shallan księgę. - Wśród Świetlistych Rycerzy był zakon
zwany Tkaczami Światła. Wiem o nich bardzo niewiele, ale ze wszystkich
źródeł, na jakie natrafiłam, w tym jest najwięcej informacji.
Shallan od razu przyjęła tom, który nosił tytuł "Słowa Światłości".
- Idź - powiedziała Jasnah. - Czytaj.
Dziewczyna spojrzała na nią.
- Pójdę spać - obiecała Jasnah i na jej wargach pojawił się uśmiech. - I nie próbuj mi matkować. Nawet Navani na to nie pozwalam.
Shallan westchnęła, skinęła głową i wyszła z kajuty Jasnah. Wzór szedł
za nią, całą rozmowę przemilczał. Kiedy weszła do swojej kajuty,
odkryła, że jest jej ciężej na sercu niż wcześniej. Nie mogła zapomnieć
przerażenia w oczach Jasnah. Jasnah Kholin nie powinna się bać niczego,
prawda?
Shallan wczołgała się na koję z książką, którą dostała, i sakiewką kul.
Bardzo chciała zacząć, ale była wyczerpana, a jej powieki opadały.
Naprawdę zrobiło się późno. Gdyby zaczęła czytać teraz...
Może lepiej dobrze się wyspać, a rano rozpocząć naukę od nowa. Położyła
książkę na stoliku obok posłania, zwinęła się w kłębek i pozwoliła, by
kołysanie statku ją uśpiło.
Obudziły ją wrzaski, krzyki i dym.
7
Otwarty ogień
Nie byłam gotowa na smutek, który przyniosła strata - jak niespodziewany
deszcz - spadający z jasnego nieba i uderzający we mnie. Śmierć Gavilara
przed laty była przytłaczająca, ale to... to mnie niemal zmiażdżyło.
Z dziennika Navani Kholin, Jesesach roku 1174.
Wciąż na wpół zaspana Shallan spanikowała. Zerwała się z posłania,
przypadkiem uderzając w kielich pełen na wpół wyczerpanych kul. Choć
przymocowała go woskiem, uderzenie sprawiło, że się przewrócił, a kajutę
zasypały kule.
Czuła silny odór dymu. Z bijącym sercem pobiegła do drzwi. Przynajmniej
zasnęła w ubraniu. Otworzyła drzwi.
W przejściu na zewnątrz tłoczyli się trzej mężczyźni z uniesionymi
pochodniami, zwróceni do niej plecami.
Pochodnie, wokół których tańczyły migoczące ogniospreny. Kto używał na
statku otwartego ognia? Shallan zatrzymała się, zdezorientowana.
Krzyki dobiegały z góry, wydawało się, że statek nie stanął w ogniu.
Alem kim byli ci mężczyźni? Mieli w rękach siekiery, a stali przed
kajutą Jasnah, która była otwarta.
Ktoś poruszał się w środku. Shallan znieruchomiała przerażona, gdy jeden
z mężczyzn rzucił coś pod nogi swoich towarzyszy, którzy cofnęli się
nieco.
Ciało w cienkiej koszuli nocnej, ślepe oczy, krew płynąca z piersi.
Jasnah.
- Upewnij się - powiedział jeden z mężczyzn.
Drugi ukląkł i wbił długi, wąski nóż prosto w pierś Jasnah. Shallan
słyszała, jak ostrze uderza w drewnianą podłogę pod ciałem.
Shallan wrzasnęła.
Jeden z mężczyzn odwrócił się w jej stronę.
- Hej!
To był ten tępy na twarzy, wysoki mężczyzna, którego Yalb nazywał "nowym
dzieciakiem". Pozostałych nie rozpoznawała.
Walcząc z przerażeniem i niedowierzaniem, Shallan zatrzasnęła drzwi i drżącymi palcami opuściła zasuwę.
Ojcze Burz! Ojcze Burz! Cofnęła się od drzwi, gdy coś ciężkiego uderzyło z drugiej strony. Nie potrzebowali nawet siekier. Wystarczyłoby kilka
zdecydowanych uderzeń ramieniem w drzwi, by je wyważyć. Shallan wpadła
na koję, potknęła się i prawie poślizgnęła na rozsypanych
kulach. Wąskie okno pod sufitem - zbyt małe, by się przez nie wydostać -
ukazywało jedynie mrok nocy. Na górze rozlegały się krzyki, stopy
uderzały o pokład.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Podziękowania
Jak możecie sobie wyobrazić, wyprodukowanie książki z cyklu "Archiwum
Burzowego Światła" to poważne przedsięwzięcie. Wiązało się z nim
osiemnaście miesięcy pracy pisarskiej, od konspektu aż po ostatnią
redakcję. Do tego należy doliczyć czterech różnych ilustratorów,
niezliczonych redaktorów, nie wspominając już o pracownikach wydawnictwa
Tor, którzy zajmowali się produkcją, reklamą, marketingiem i wszystkim
innym, co jest niezbędne, by książka osiągnęła sukces.
Od około dwudziestu lat "Archiwum Burzowego Światła" było moim marzeniem
- historią, jaką zawsze chciałem opowiedzieć. Ludzie, o których
przeczytacie poniżej, całkiem dosłownie sprawili, że moje sny stały się
rzeczywistością i żadne słowa nie wystarczą, by wyrazić moją wdzięczność
dla nich. Po pierwsze, Peter Ahlstrom, mój asystent i główny redaktor.
Nad tą powieścią spędził długie godziny, znosił mój upór, kiedy
utrzymywałem, że pewne elementy zaburzające ciągłość akcji powieści
wcale jej nie zaburzają - i przeważnie udało mu się mnie przekonać, że
jednak się mylę.
Jak zawsze, Moshe Feder - człowiek, który odkrył mnie jako pisarza -
wykonał mnóstwo doskonałej roboty jako redaktor. Joshua Bilmes, mój
agent, jak zawsze ciężko pracował nad książką, zarówno jako agent, jak i redaktor. Dołączają do niego Eddie Schneider, Brady "Words of Bradiance"
McReynolds, Krystyna Lopez, Sam Morgan i Christa Atkinson z agencji. W wydawnictwie Tor, Tom Doherty zniósł fakt, że dostarczyłem powieść
jeszcze dłuższą niż poprzednia, choć obiecywałem, że będzie krótsza.
Terry McGarry zajęła się redakcją, Irene Gallo projektem graficznym,
zespół Briana Lipofsky'ego z Westchester Publishing Services składem,
Meryl Gross i Karl Gold produkcją, a Patty Garcia i jej zespół reklamą.
Paul Stevens pełnił obowiązki supermena zawsze, kiedy go
potrzebowaliśmy. Ogromnie dziękuję wam wszystkim.
Być może zauważyliście, że tom ten, podobnie jak poprzednie, zawiera
wspaniałe ilustracje. W mojej wizji "Archiwum Burzowego Światła" miało
być serią, której ilustracje wykraczają poza zwyczajowe oczekiwania
wobec tego gatunku. Jest dla mnie zaszczytem udział w projekcie mojego
ulubionego Michaela Whelana. Wydaje mi się, że jego okładka doskonale
oddaje Kaladina i jestem wdzięczny za dodatkowy czas, jaki - na własną
prośbę - spędził nad nią, przygotowując trzy szkice, zanim w końcu był
zadowolony. Wyklejka przedstawiająca Shallan to więcej niż się
spodziewałem i ogromnie cieszę się z tego, jak wyszedł cały zestaw.
Kiedy rozpocząłem pracę nad "Archiwum Burzowego Światła", stwierdziłem,
że chciałbym zaprosić różnych ilustratorów na "gościnne występy". W tym
tomie pojawia się pierwszy z nich. Dan dos Santos (kolejny z moich
ulubionych twórców, autor okładki do "Rozjemcy") zgodził się przygotować
kilka ilustracji do zamieszczenia w książce.
Ben McSweeney powrócił z kolejnymi wspaniałymi kartami ze szkicownika, a praca z nim jest prawdziwą przyjemnością. Szybko domyśla się o co mi
chodzi, czasami nawet wtedy, gdy sam do końca nie wiem, czego chcę.
Rzadko zdarza się spotkać kogoś, kto w taki sposób łączy profesjonalizm
z talentem. Więcej jego prac można znaleźć na stronie InkThinker.net.
Dawno temu, bo przed dziesięciu laty, poznałem człowieka nazwiskiem
Isaác Stewart, który był nie tylko początkującym pisarzem, ale też
doskonałym artystą, szczególnie jeśli chodziło o rzeczy w rodzaju map i symboli. Zacząłem z nim współpracować (zaczynając od "Z mgły
zrodzonego"), a on w końcu umówił mnie na randkę w ciemno z niejaką
Emily Bushman - którą później poślubiłem. Nie muszę więc mówić, że
jestem Isaácowi sporo winien. Z każdą kolejną książką, nad którą
pracuje, mój dług wdzięczności rośnie, gdy widzę jego wspaniałe
osiągnięcia. Tego roku postanowiliśmy uczynić jego udział bardziej
oficjalnym i zatrudniłem go jako etatowego ilustratora, jak również do
pomocy w pracach administracyjnych. Jeśli więc go zobaczycie,
przywitajcie go w zespole. (I powiedzcie mu, żeby nadal pracował nad
swoimi książkami, które są całkiem niezłe).
W Dragonsteel Entertainment zaczyna pracę również Kara Stewart, żona
Isaáca, która będzie się zajmować wysyłką. (Tak naprawdę najpierw
chciałem zatrudnić Karę, a wtedy Isaác wtrącił się, stwierdzając, że
niektóre z tych rzeczy mógłby robić on. Skończyłem, zatrudniając ich
oboje, co jest bardzo dogodne). To z nią będziecie się kontaktować,
jeśli zdecydujecie się zamówić koszulki, plakaty i inne takie przez moją
stronę. A ona jest wspaniała.
Podczas pracy nad tą książką korzystaliśmy z pomocy kilku ekspertów, do
których zalicza się Matt Bushman, ze względu na doświadczenie w pisaniu
piosenek i wierszy. Ellen Asher udzieliła kilku znaczących wskazówek w scenach związanych z końmi, a Karen Ahlstrom była dodatkową konsultantką
w dziedzinie poezji i piosenek. Mi'chelle Walker pełniła funkcję
konsultanta pisma Alethich, Elise Warren zaś udzieliła kilku ważnych
porad dotyczących psychologii jednej z głównych postaci. Dziękuję wam
wszystkim za pomoc.
Nad tą powieścią pracowali liczni czytelnicy beta, przy znacznych
ograniczeniach czasowych, więc pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy
brali w tym udział. Są to: Jason Denzel, Mi'chelle Walker, Josh Walker,
Eric Lake, David Behrens, Joel Phillips, Jory Phillips, Kristina Kugler,
Lyndsey Luther, Kim Garrett, Layne Garrett, Brian Delambre, Brian T.
Hill, Alice Arneson, Bob Kluttz i Nathan Goodrich.
Korektorami byli: Ed Chapman, Brian Connolly i Norma Hoffman. Korektą
zajmowali się również Adam Wilson, Aubree i Bao Pham, Blue Cole, Chris
King, Chris Kluwe, Emily Grange, Gary Singer, Jakob Remick, Jared
Gerlach, Kelly Neumann, Kendra Wilson, Kerry Morgan, Maren Menke, Matt
Hatch, Patrick Mohr, Richard Fife, Rob Harper, Steve Godecke, Steve
Karam i Will Raboin.
Moja grupa pisarska przebiła się przez prawie połowę książki, czyli
bardzo dużo, biorąc pod uwagę jej długość. Są dla mnie bezcenną pomocą.
Jej członkowie to: Kaylynn ZoBell, Kathleen Dorsey Sanderson, Danielle
Olsen, Ben-syn-syn-Ron, E. J. Patten, Alan Layton i Karen Ahlstrom.
Wreszcie dziękuję kochającej (i hałaśliwej) rodzinie. Joel, Dallin i mały Oliver każdego dnia pomagają mi zachować pokorę, robiąc ze mnie
"złego gościa", który zawsze przegrywa. Moja pełna wyrozumiałości żona,
Emily, musiała dużo w tym roku znieść, gdy wyjazdy trwały coraz dłużej.
Wciąż nie jestem pewny, czym sobie na nią zasłużyłem. Dziękuję Wam
wszystkim, że uczyniliście mój świat magicznym.
Prolog
Zadawać pytania
Sześć lat wcześniej
Jasnah Kholin udawała, że dobrze się bawi na przyjęciu i w żaden sposób
nie okazywała po sobie, że zamierza doprowadzić do śmierci jednego z gości.
Wędrowała przez zatłoczoną salę balową, przysłuchując się, gdy wino
rozwiązywało języki i zaćmiewało umysły. Wuj Dalinar bawił się
doskonale, właśnie podniósł się zza królewskiego stołu i krzyczał do
Parshendich, by wezwali swoich bębniarzy. Jej brat Elhokar pośpiesznie
uciszył wuja - choć Alethi uprzejmie zignorowali wybuch Dalinara.
Wszyscy poza jej bratową, Aesudan, która ukryła uśmieszek za chusteczką.
Jasnah odwróciła się od królewskiego stołu i ruszyła dalej. Była
umówiona ze skrytobójcą i z dużą radością opuściła duszne pomieszczenie,
które śmierdziało zmieszanymi perfumami. Na podwyższeniu naprzeciwko
kominka kobiecy kwartet grał na fletach, ale muzyka już dawno stała się
męcząca.
W przeciwieństwie do Dalinara, Jasnah przyciągała spojrzenia niczym
zgniłe mięso muchy. Ciągle za nią podążały. Szepty jak brzęk skrzydeł.
Jeśli istniało coś, co alethyjski dwór cenił bardziej od wina, były tym
plotki. Wszyscy spodziewali się, że Dalinar upije się winem w czasie
uczty - ale królewska córka przyznająca się do herezji? To nie miało
precedensu.
I z tego właśnie powodu Jasnah wypowiedziała na głos swoje uczucia.
Minęła delegację Parshendich, którzy tłoczyli się w pobliżu królewskiego
stołu i rozmawiali w swoim rytmicznym języku. Choć tę ucztę wydano na
ich cześć i na cześć traktatu, który podpisali z ojcem Jasnah, nie
wydawali się rozradowani ani szczęśliwi. Wyglądali raczej na
zdenerwowanych. Oczywiście, nie byli ludźmi i czasem dziwnie reagowali.
Jasnah chciała z nimi porozmawiać, ale umówione spotkanie nie mogło
zaczekać. Celowo umówiła się w trakcie uczty, gdyż większość była
wówczas rozproszona i pijana. Skierowała się w stronę drzwi, lecz nagle
się zatrzymała.
Jej cień padał w złą stronę.
Duszna, zatłoczona, rozgadana sala jakby się oddalała. Arcyksiążę Sadeas
przeszedł przez cień, który całkiem wyraźnie wskazywał w stronę wiszącej
na pobliskiej ścianie lampy z kulami. Zajęty rozmową ze swoim
towarzyszem nic nie zauważył. Jasnah wpatrywała się w cień, czując, że
zalewa ją zimny pot, a żołądek się ściska, jakby miała zaraz
zwymiotować. Nie znowu. Szukała innego źródła światła. Przyczyny. Czy
umiała znaleźć przyczynę? Nie.
Cień leniwie przesunął się ku niej, otoczył jej stopy, a później
skierował się w przeciwną stronę. Jasnah się rozluźniła. Czy ktoś
jeszcze to zobaczył?
Całe szczęście, gdy rozejrzała się dookoła, nie zauważyła żadnych
przerażonych twarzy. Uwagę zgromadzonych przyciągnęli bębniarze
Parshendi, przeciskający się właśnie przez wejście. Jasnah zmarszczyła
czoło na widok służącego w luźnych białych szatach, który im pomagał.
Mężczyzna z Shinovaru? To było niezwykłe.
Zapanowała nad sobą. Co oznaczały te epizody? Wedle pełnych przesądów
ludowych opowieści, dziwnie zachowujący się cień oznaczał, że ktoś
został przeklęty. Zazwyczaj zbywała takie pomysły, uważając je za
nonsens, ale niektóre przesądy kryły w sobie ziarno prawdy. Tak wynikało
w każdym razie z jej doświadczeń. Musiała przeprowadzić dalsze badania.
Spokojne rozważania uczonej wydawały się kłamstwem w porównaniu z prawdą
zimnej, lepkiej skóry i potu spływającego po plecach. Mimo to starała
się myśleć rozsądnie w każdej sytuacji, nie tylko, gdy panowała nad
sobą. Zmusiła się do przejścia przez drzwi i opuściwszy duszną salę,
znalazła się na cichym korytarzu. Wybrała tylne wyjście, z którego
zazwyczaj korzystali służący. To była w końcu najbardziej bezpośrednia
droga.
Tutaj panowie-słudzy ubrani w czerń i biel przechodzili, wypełniając
polecenia swoich oświeconych panów i pań. Tego się spodziewała,
natomiast nic nie przygotowało ją na widok ojca naradzającego się cicho
z oświeconym Meridasem Amaramem. Co tu robił król?
Gavilar Kholin był niższy od Amarama, jednak ten ostatni pochylał się
nieco w obecności króla. Tak się często zdarzało, Gavilar bowiem mówił
cicho, lecz z takim naciskiem, że każdy pragnął nachylić się i słuchać,
by nie przegapić żadnego słowa ani sugestii. W przeciwieństwie do brata
był przystojnym mężczyzną, broda raczej podkreślała mocną linię szczęki
niż ją zasłaniała. Otaczała go aura magnetyzmu i siły, której zdaniem
Jasnah dotychczas nie udało się przekazać żadnej z autorek jego
biografii.
Za nimi stał Tearim, kapitan Gwardii Królewskiej. Miał na sobie należący
do Gavilara Pancerz Odprysku - król ostatnimi czasy przestał go nosić,
wolał powierzyć go Tearimowi, znanemu jako mistrz pojedynków. Gavilar
miał na sobie dostojne, klasyczne szaty.
Jasnah spojrzała w stronę sali balowej. Kiedy jej ojciec się wyślizgnął?
Jesteś niedbała, oskarżyła siebie. Powinnaś sprawdzić, czy nadal tam
jest, zanim wyszłaś.
Król tymczasem oparł dłoń na ramieniu Amarama i uniósł palec, odezwał
się ostro, lecz na tyle cicho, że Jasnah nie zrozumiała jego słów.
- Ojcze? - spytała.
Posłał jej spojrzenie.
- Ach, to ty, Jasnah. Tak wcześnie udajesz się na spoczynek?
- Nie można powiedzieć, by było wcześnie - odparła Jasnah, robiąc krok do przodu. Było oczywiste, że Gavilar i Amaram wyślizgnęli się, by móc porozmawiać w cztery oczy. - Ta część uczty jest męcząca, rozmowy stają się głośniejsze, ale wcale nie mądrzejsze, a goście są pijani. - Wielu ludzi uważa coś takiego za dobrą zabawę.
- Niestety, wielu ludzi jest idiotami.
Ojciec się uśmiechnął.
- Czy jest ci bardzo trudno? - spytał cicho. - Żyć z nami, znosić nasz
przeciętny rozum i proste myśli? Czy czujesz się samotna, będąc tak
wyjątkową w swojej mądrości, Jasnah?
Przyjęła jego reprymendę i odkryła, że się rumieni. Nawet jej matce,
Navani, nie udawało się tego osiągnąć.
- Może gdybyś znalazła miłe towarzystwo - powiedział Gavilar - lepiej
byś się bawiła na ucztach.
Posłał spojrzenie Amaramowi, którego od lat uważał za odpowiednią partię
dla niej.
Nigdy do tego nie dojdzie. Amaram napotkał jej wzrok, po czym cicho
pożegnał ojca i pośpieszył korytarzem.
- Jakie zadanie mu dałeś? - spytała Jasnah. - Co cię zajmuje tej nocy,
ojcze?
- Rzecz jasna, traktat.
Traktat. Dlaczego tak się nim przejmował? Inni radzili, by zignorował
Parshendich lub ich podbił. Gavilar upierał się przy porozumieniu.
- Powrócę teraz na uroczystość - powiedział Gavilar i machnął ręką w stronę Tearima.
Obaj ruszyli korytarzem do drzwi, przez które chwilę wcześniej przeszła
Jasnah.
- Ojcze? - spytała. - Czego mi nie mówisz?
Posłał jej spojrzenie, wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę.
Bladozielone oczy, świadectwo dobrego urodzenia. Kiedy stał się taki
przenikliwy? Na burze... czuła się, jakby właściwie już go nie znała.
Cóż za uderzająca przemiana w tak krótkim czasie.
Wpatrywał się w nią w taki sposób, że wydawało się, że jej nie ufa. Czy
wiedział o jej spotkaniu z Liss?
Odwrócił się, nie mówiąc ani słowa więcej, i wrócił na przyjęcie, a jego
strażnik podążył za nim.
Co się dzieje w tym pałacu? - pomyślała Jasnah. Odetchnęła głęboko.
Wiedziała, że musi dalej naciskać. Miała nadzieję, że nie odkrył jej
spotkań ze skrytobójcami, ale jeśli tak się stało, zamierzała działać z tą wiedzą. Z pewnością zrozumiałby, że ktoś musiał strzec rodziny, kiedy
jego coraz bardziej pochłaniała fascynacja Parshendimi. Jasnah odwróciła
się i ruszyła dalej, mijając pana-sługę, który złożył jej ukłon.
Po krótkim czasie zauważyła, że jej cień znów zaczął się dziwnie
zachowywać. Westchnęła z irytacją, gdy skierował się w stronę trzech
lamp pełnych Burzowego Światła wiszących na ścianie. Na szczęście,
opuściła okolice, w których panował duży ruch, i nie widziała w pobliżu
żadnych służących.
- Dobra - warknęła. - Wystarczy.
Nie zamierzała wypowiedzieć tych słów na głos. Gdy jednak opuściły jej usta, kilka odległych cieni - pochodzących z pobliskiego skrzyżowania korytarzy - ożyło. Zaparło jej dech w piersiach. Te cienie wydłużyły się, pogłębiły, utworzyły postacie, które wzrosły, wstały, podniosły się. Ojcze Burz, popadam w szaleństwo.
Jeden przybrał postać mężczyzny czarnego jak noc, jednak w pewnym
stopniu odbijającego światło, jakby był z oleju. Nie... z jakiejś innej
płynnej substancji, pokrytej na zewnątrz warstwą oleju, która otaczała
go tęczowym poblaskiem.
Ruszył w jej stronę i wyciągnął miecz.
Jasnah kierowała logika, zimna i zdecydowana. Krzyki nie sprowadziłyby
pomocy wystarczająco szybko, a atramentowa gibkość stwora sugerowała
prędkość większą od jej własnej.
Nie cofnęła się, lecz spiorunowała stwora wzrokiem, co sprawiło, że się
zawahał. Za nim, z cieni zmaterializowała się niewielka gromadka innych
istot. Przez ostatnie miesiące czuła na sobie ich spojrzenia.
Cały korytarz pociemniał, jakby został zalany i teraz powoli tonął w pozbawionych światła głębinach. Z bijącym sercem i przyśpieszonym
oddechem, Jasnah uniosła dłoń do granitowej ściany, pragnąc dotknąć
czegoś materialnego. Jej palce zanurzyły się nieco w kamieniu, jakby to
była glina.
O, na burze. Musiała coś zrobić. Ale co? Co mogła zrobić?
Postać przed nią spojrzała na ścianę. Najbliższa Jasnah lampa zgasła. A wtedy...
Pałac zniknął.
Cały budynek rozpadł się na tysiące tysięcy małych szklanych kulek,
przypominających paciorki. Jasnah wrzasnęła, gdy poleciała do tyłu przez
ciemne niebo. Nie była już w pałacu, lecz w jakimś innym miejscu - inna
kraina, inny czas, inne... coś.
Pozostał jej widok ciemnej, odbijającej światło postaci, która unosiła
się nad nią i z satysfakcją schowała miecz.
Jasnah w coś uderzyła - ocean szklanych paciorków. Inne opadały wokół
niej i uderzały jak grad w powierzchnię dziwnego morza. Nigdy nie
widziała tego miejsca, nie umiała wyjaśnić, co się wydarzyło ani co to
oznaczało. Zaczęła się szarpać, zanurzając się w niemożliwość. Kulki ze
szkła wszędzie wokół niej. Nie widziała niczego poza nimi, czuła
jedynie, jak opada przez tę falującą, duszącą, brzęczącą masę.
Umierała. Zostawiając niedokończoną pracę i rodzinę bez ochrony!
Nigdy nie pozna odpowiedzi!
Nie.
Jasnah szarpała się w ciemności, paciorki przetaczały się po jej skórze,
wpadały pod ubranie i do nosa, gdy próbowała pływać. To nie miało sensu.
Na tej masie nie mogła się unosić. Sięgnęła dłonią do ust, stworzyła
małą kieszeń powietrza i udało jej się odetchnąć. Ale paciorki kłębiły
się wokół jej dłoni i wciskały między palce. Opadała coraz wolniej,
jakby przez gęsty płyn.
Każdy paciorek, który jej dotykał, pozostawiał słabe wrażenie czegoś.
Drzwi. Stół. But.
Kulki znalazły drogę do jej ust. Wydawało się, że się poruszają z własnej woli. Chciały ją udusić, zniszczyć. Nie... nie, coś je do niej
przyciągało. Takie miała wrażenie, nie świadomą myśl, lecz uczucie.
Czegoś od niej chciały.
Wzięła paciorek w dłoń - sprawiał wrażenie kielicha. Dała... mu... coś?
Inne kulki w pobliżu zebrały się razem, połączyły, skleiły jak kamienie
zlepione zaprawą. Po chwili nie spadała już pośród pojedynczych
paciorków, ale przez wielką masę, która połączyła się razem w kształt...
Kielicha.
Każdy paciorek był wzorem, przewodnikiem dla pozostałych.
Wypuściła ten, który trzymała, a wtedy otaczające ją kulki się
rozdzieliły. Rzucała się, rozpaczliwie szukając. Zaczynało jej brakować
powietrza. Potrzebowała czegoś, co mogła wykorzystać, czegoś, co jej
pomoże, sposobu, by przeżyć! W odruchu desperacji rozłożyła szeroko
ręce, by dotknąć jak najwięcej paciorków.
Srebrny talerz.
Płaszcz.
Rzeźba.
Latarnia.
A później coś starożytnego.
Coś ociężałego i powoli myślącego, a jednocześnie silnego. Sam pałac.
Jasnah gorączkowo chwyciła tę kulkę i wepchnęła w nią swoją moc. Choć z trudem mogła myśleć, dała temu paciorkowi wszystko, co miała, a później
kazała mu się podnieść.
Kulki się poruszyły.
Rozległ się głośny trzask - paciorki stykały się ze sobą, brzęczały,
trzaskały, grzechotały. Przypominało to nieco odgłos fali rozbijającej
się o skały. Jasnah wzniosła się z głębin, pod nią poruszało się coś
materialnego, co wypełniało jej polecenie. Kulki uderzały ją w głowę,
ramiona, ręce, aż w końcu przebiła się na powierzchnię szklanego morza,
wyrzucając w czarne niebo fontannę paciorków.
Klęczała na szklanej platformie utworzonej z połączonych ze sobą
drobnych kulek. Uniosła dłoń w bok i do góry, zaciskając ją na paciorku,
który był przewodnikiem. Otoczyły ją inne, tworząc kształt korytarza z lampami na ścianach i skrzyżowaniem z przodu. Oczywiście, wyglądał
dziwnie - wszystko powstało ze szklanych kulek. Ale było to niezłe
przybliżenie.
Nie była dość silna, by stworzyć cały pałac. Uformowała jedynie ten
korytarz, nawet bez sufitu - ale podłoga ją podtrzymywała, nie pozwalała
zatonąć. Z jękiem otworzyła usta, a wtedy wypadły z nich paciorki i z brzękiem spadły na podłogę. Zakaszlała i odetchnęła, po jej twarzy
popłynęły strużki potu, zebrały się na brodzie.
Czarna postać wstąpiła przed nią na platformę. Znów wyciągnęła miecz.
Jasnah uniosła drugi paciorek, rzeźbę, którą wyczuła wcześniej. Dała jej
moc, a wtedy inne kulki zebrały się przed nią, przybierając kształt
jednej z rzeźb stojących przed salą balową - figury przedstawiającej
Talenelat'Elina, Herolda Wojny. Wysokiego, umięśnionego mężczyzny z wielkim Ostrzem Odprysku.
Nie była żywa, ale ona zmusiła ją do poruszenia, opuszczenia miecza z paciorków. Wątpiła, by mógł walczyć. Z okrągłych paciorków nie mógł
powstać ostry miecz. Ta groźba sprawiła jednak, że ciemna postać się
zawahała.
Zaciskając zęby, Jasnah wstała, a z jej ubrania poleciały paciorki. Nie
zamierzała klęczeć przed tym stworem, czymkolwiek był. Stanęła obok
szklanej rzeźby i po raz pierwszy zwróciła uwagę na dziwne chmury nad
głową. Wydawało się, że tworzą wąskie pasmo drogi, długie i proste,
kierujące się w stronę horyzontu.
Napotkała spojrzenie oleistej postaci. Tamta wpatrywała się w nią przez
chwilę, po czym uniosła dwa palce do czoła i ukłoniła się, jakby w geście szacunku, ukazując płaszcz za plecami. Inne zebrały się wokół
niej i zaczęły rozmawiać przyciszonym szeptem.
Miejsce z paciorków zniknęło i Jasnah odkryła, że znów znajduje się na
korytarzu pałacu. Tego prawdziwego, z materialnego kamienia, choć
rzeczywiście zrobiło się ciemno - trzy lampy opuściło Burzowe Światło,
świeciły się dopiero te dalej w korytarzu.
Jasnah oparła się o ścianę i odetchnęła głęboko. Muszę opisać to
doświadczenie, pomyślała.
Zamierzała tak zrobić, a później przeanalizować je i rozważyć. Później.
Teraz chciała się znaleźć jak najdalej od tego miejsca. Ruszyła do
przodu, nie przejmując się, dokąd właściwie idzie, próbując uciec przed
oczami, których spojrzenie wciąż na sobie czuła.
To nie pomogło.
W końcu zapanowała nad sobą i otarła chusteczką pot z twarzy.
Cieniomorze, pomyślała. Tak to się nazywa w baśniach.
Cieniomorze, mityczne królestwo sprenów. Mit, w który nigdy nie
wierzyła. Z pewnością coś znajdzie, jeśli dostatecznie uważnie przeczyta
zapiski historyczne. Niemal wszystko, co się wydarzyło, wydarzyło się
wcześniej. Wielka lekcja historii i...
Na burze! Umówione spotkanie.
Przeklinając pod nosem, pośpiesznie ruszyła w drogę. To doświadczenie
wciąż ją rozpraszało, ale musiała dotrzeć na spotkanie. Dlatego zeszła
dwa piętra w dół, coraz bardziej oddalając się od dźwięków bębnów
Parshendich, aż słyszała już tylko najgłośniejsze uderzenia.
Skomplikowanie muzyki zawsze ją zaskakiwało, sugerowało, że Parshendi
nie byli prymitywnymi dzikusami, za których wielu ich uważało. Z tej
odległości muzyka niepokojąco przypominała paciorki z mrocznego miejsca,
uderzające o siebie.
Celowo wybrała odległy zakątek pałacu na spotkanie z Liss. Nikt nigdy
nie odwiedzał tych pokojów gościnnych. Przed drzwiami siedział
mężczyzna, którego Jasnah nie znała. To ją uspokoiło. Mężczyzna musiał
być nowym służącym Liss, a jego obecność znaczyła, że sama kobieta
jeszcze sobie nie poszła, mimo spóźnienia Jasnah. Zapanowawszy nad sobą,
skinęła strażnikowi - potężnemu Vedeńczykowi z rudymi kosmykami w brodzie - i weszła do środka.
Liss wstała zza stołu pośrodku niewielkiej komnaty. Miała na sobie
sukienkę pokojówki - oczywiście wydekoltowaną - i mogła być Alethyjką.
Albo Vedenką. Albo Bavlandką. Wszystko zależało od tego, jaki akcent
postanowiła podkreślić. Długie rozpuszczone włosy i krągła, atrakcyjna
figura sprawiały, że wyróżniała się we właściwy sposób.
- Spóźniliście się, jasności - powiedziała Liss.
Jasnah nie odpowiedziała. Była pracodawcą i nie musiała się
usprawiedliwiać. Bez słowa położyła coś na stole obok Liss. Niewielką
kopertę zapieczętowaną wołkowoskiem.
Jasnah przycisnęła ją dwoma palcami, zastanawiając się.
Nie, to było zbyt pośpieszne. Nie wiedziała, czy ojciec orientował się,
co robiła, ale nawet jeśli nie, w pałacu zbyt wiele się działo. Wolała
nie dopuścić się skrytobójstwa, dopóki nie uzyska całkowitej pewności.
Na szczęście, przygotowała również inny plan. Wysunęła drugą kopertę z bezpiecznej sakiewki w rękawie i umieściła ją na stole na miejscu
pierwszej. Zdjęła z niej palce, okrążyła stół i usiadła.
Liss również usiadła i ukryła list za dekoltem.
- Jasności, to niezwykła noc na zdradę - powiedziała.
- Zatrudniam cię jedynie do obserwacji.
- Proszę o wybaczenie, jasności. Ale rzadko kiedy zatrudnia się
skrytobójcę do obserwacji i tylko do niej.
- Instrukcje są w kopercie - stwierdziła Jasnah. - Razem z zaliczką.
Wybrałam cię, bo jesteś mistrzynią przedłużonej obserwacji. Tego właśnie
chcę. Na razie.
Liss przytaknęła z uśmiechem.
- Szpiegowanie żony następcy tronu? Tak będzie drożej. Naprawdę nie
chcecie po prostu jej śmierci?
Jasnah postukała palcami w stół, po czym zorientowała się, że robi to w rytm bębnów.
Muzyka była niespodziewanie skomplikowana - zupełnie jak sami Parshendi.
Zbyt wiele się dzieje, pomyślała. Muszę być bardzo ostrożna. Bardzo
delikatna.
- Akceptuję cenę - odparła Jasnah. - Za tydzień doprowadzę do zwolnienia
jednej z pokojówek mojej bratowej. Zgłosisz się na to miejsce,
wykorzystując sfałszowane referencje, jakie z pewnością umiesz
przygotować. Zostaniesz zatrudniona. Z tego miejsca będziesz obserwować
i przekazywać informacje. Powiem ci, jeśli będę potrzebować innych
twoich usług. Zrozumiałaś?
- To wy płacicie - odparła Liss ze śladem bavskiego dialektu.
Ten ślad pojawił się tylko dlatego, że tego chciała. Liss była
najlepszym skrytobójcą, jakiego znała Jasnah. Ludzie zwali ją Płaczkiem,
gdyż wyłupywała oczy swoich ofiar. Choć nie ona wymyśliła ten przydomek,
dobrze służył jej celom, miała bowiem swoje tajemnice. Przede wszystkim,
nikt nie wiedział, że Płaczek jest kobietą.
Powiadano, że Płaczek wyłupywał oczy, by okazać obojętność wobec koloru
oczu jego ofiar. Tak naprawdę czyn ten ukrywał drugą tajemnicę - Liss
nie chciała, by ktokolwiek wiedział, że zabijała w sposób, który
pozostawiał trupy z wypalonymi oczyma.
- W takim razie nasze spotkanie się skończyło - stwierdziła Liss i wstała.
Jasnah z roztargnieniem przytaknęła, jej myśli wróciły do dziwacznego
spotkania ze sprenami. Ta błyszcząca skóra, kolory tańczące na
powierzchni o barwie smoły...
Z trudem odepchnęła od siebie te myśli. Musiała skupić się na obecnym
zadaniu. A w tej chwili była nim Liss.
Kobieta zawahała się w drzwiach.
- Wiecie, dlaczego was lubię, jasności?
- Pewnie ma to coś wspólnego z moimi kieszeniami i ich przysłowiową
głębokością.
Na twarzy Liss pojawił się uśmiech.
- To też, zaprzeczać nie będę, ale poza tym różnicie się od innych
jasnookich. Kiedy inni mnie zatrudniają, cały czas tylko kręcą nosem.
Bardzo chętnie korzystają z moich usług, ale jednocześnie uśmiechają się
szyderczo i załamują ręce, jakby nie znosili myśli, że są zmuszeni do
zrobienia czegoś tak obrzydliwego.
- Skrytobójstwo jest obrzydliwe, Liss. Podobnie jak czyszczenie
nocników. Mogę szanować kogoś zatrudnionego do takiej pracy, nie
szanując jednocześnie samej pracy.
Liss uśmiechnęła się i uchyliła drzwi.
- Ten twój nowy służący za drzwiami - odezwała się Jasnah. - Wspomniałaś
chyba, że chcesz mi go pokazać.
- Talaka? - Liss posłała spojrzenie Vedeńczykowi. - A, macie na myśli
tamtego drugiego. Nie, jasności, kilka tygodni temu sprzedałam go
handlarzowi niewolników. - Skrzywiła się.
- Naprawdę? Chyba mówiłaś, że był najlepszym służącym, jakiego miałaś.
- Aż za dobrym - stwierdziła Liss. - Wolę o tym nie mówić. Ten burzowy
Shin wywoływał we mnie dreszcze.
Liss zadrżała i wyszła za drzwi.
- Pamiętaj o naszej pierwszej umowie! - zawołała za nią Jasnah.
- Nigdy o niej nie zapominam, jasności.
Liss zamknęła drzwi.
Jasnah usadowiła się wygodniej i splotła przed sobą dłonie. Ich
"pierwsza umowa" polegała na tym, że gdyby ktoś przyszedł do Liss i zaproponował jej kontrakt na kogoś z rodziny Jasnah, kobieta zgłosiłaby
się do niej i pozwoliła jej zapłacić więcej w zamian za imię tego, który
złożył propozycję.
Liss by to zrobiła. Najprawdopodobniej. Podobnie jak tuzin innych
skrytobójców, z którymi kontaktowała się Jasnah. Klient, który wracał,
był zawsze cenniejszy od jednorazowego kontraktu, a kobiecie w rodzaju
Liss zawsze mógł się przydać przyjaciel wśród władz. Rodzinie Jasnah
tacy ludzie nie zagrażali. Oczywiście, o ile ona sama nie zatrudniła
skrytobójcy.
Jasnah odetchnęła głęboko, po czym wstała, próbując otrząsnąć się z ciężaru, który ją przytłaczał.
Zaraz. Czy Liss nie wspomniała, że jej stary służący był Shinem?
To pewnie zbieg okoliczności. Shinowie nie pojawiali się zbyt często na
wschodzie, ale czasami się ich spotykało. Mimo to, Liss wspomniała o Shinie, a Jasnah zobaczyła jednego z nich wśród Parshendich... warto to
sprawdzić, nawet jeśli musiała wrócić na ucztę. Z tą nocą coś było nie
tak, i nie chodziło jedynie o jej cień i spreny.
Jasnah opuściła niewielką komnatę w głębi pałacu i wyszła na korytarz.
Skierowała się w górę.
Nad nią bębny ucichły nagle, jakby nagle pękły struny instrumentu. Czy
przyjęcie kończyło się tak wcześnie? Dalinar zrobił coś, co obraziło
świętujących? On i jego wino...
Cóż, Parshendi w przeszłości ignorowali obelgi, zatem teraz też by
pewnie to zrobili. W rzeczy samej, Jasnah cieszyła się nagłą obsesją
ojca na punkcie traktatu. Oznaczał on szansę na spokojne zbadanie
tradycji Parshendich i ich historii.
Czy to możliwe, zastanawiała się, że uczone przez te wszystkie lata
prowadziły poszukiwania w niewłaściwych ruinach?
Z przodu dobiegły ją słowa odbijające się echem od ścian.
- Martwię się o Ash.
- Ty się o wszystko martwisz.
Jasnah się zawahała.
- Ona czuje się coraz gorzej - mówił ktoś. - Nie mieliśmy czuć się
gorzej. Czy ja czuję się gorzej? Tak mi się wydaje.
- Zamknij się.
- Nie podoba mi się to. Postąpiliśmy niewłaściwie. Ten stwór nosi Ostrze
mojego pana. Nie powinniśmy pozwolić, by je zachował. On...
Dwaj mężczyźni minęli miejsce przecięcia korytarzy. Byli ambasadorami z zachodu. Mężczyzna z Aziru miał białe znamię na policzku. A może to była
blizna? Niższy z nich - wyglądał na Alethiego - na widok Jasnah
przerwał. Pisnął i pośpiesznie ruszył dalej.
Azirczyk, odziany w czerń i srebro, zatrzymał się i obrzucił ją
spojrzeniem od stóp do głów. Zmarszczył czoło.
- Czy uczta się już skończyła? - spytała Jasnah.
Jej brat zaprosił tych dwóch na święto, razem ze wszystkimi pozostałymi
liczącymi się dygnitarzami z obcych krajów obecnymi w Kholinarze.
- Tak - odparł mężczyzna.
Jego spojrzenie sprawiło, że poczuła się niezręcznie. Ruszyła naprzód.
Powinnam sprawdzić ich dokładniej, pomyślała. Oczywiście, już wcześniej
ich sprawdziła, i nie znalazła nic ciekawego. Czy rozmawiali o Ostrzu
Odprysku?
- Chodź! - powiedział niższy mężczyzna. Cofnął się i chwycił towarzysza
za rękę.
Tamten pozwolił się odciągnąć. Jasnah podeszła do skrzyżowania korytarzy
i odprowadziła ich wzrokiem.
Dźwięk bębnów zastąpiły nagle krzyki.
O nie...
Jasnah odwróciła się z przerażeniem, po czym uniosła spódnice i pobiegła
najszybciej jak mogła.
W głowie miała dziesiątki możliwych katastrof. Co jeszcze mogło się
wydarzyć w tę nieszczęsną noc, gdy cienie się buntowały, a jej własny
ojciec patrzył na nią podejrzliwie? Z nerwami jak postronki dotarła do
schodów i zaczęła się wspinać.
Trwało to stanowczo zbyt długo. Przy akompaniamencie wrzasków wspięła
się na górę i w końcu wyłoniła wśród chaosu. Z jednej strony trupy, z drugiej zniszczona ściana. Jak...
Zniszczenia prowadziły do komnat ojca.
Cały pałac się zatrząsł i rozległ się trzask.
Nie, nie, nie!
Biegnąc, minęła ślady Ostrza Odprysku na ścianach.
Proszę.
Trupy z wypalonymi oczyma. Ciała rzucone na ziemię jak ogryzione kości
na stole.
Nie to.
Zniszczone drzwi. Komnaty ojca. Jasnah zatrzymała się w korytarzu.
Dyszała ciężko.
Zapanuj nad sobą, zapanuj...
Nie mogła. Nie teraz. Gorączkowo wbiegła do komnat, choć Odpryskowy
zabiłby ją bez trudu. Miała mętlik w głowie. Powinna pobiec po pomoc.
Dalinar? Nie, był pijany. W takim razie Sadeas.
Komnata wyglądała, jakby została zniszczona przez arcyburzę. Meble w kawałkach, wszędzie odłamki. Drzwi balkonowe zostały wyważone na
zewnątrz. Ktoś rzucił się w ich stronę, mężczyzna w Pancerzu jej ojca.
Strażnik Tearim?
Nie. Hełm był zniszczony. To nie był Tearim, lecz Gavilar. Ktoś na
balkonie krzyknął.
- Ojcze! - zawołała Jasnah.
Gavilar wyszedł na balkon, a po chwili wahania odwrócił się i posłał jej
spojrzenie.
Balkon załamał się pod nim.
Jasnah wrzasnęła, przebiegła przez komnatę w stronę zniszczonego balkonu
i padła na kolana na krawędzi. Wiatr wyrywał kosmyki włosów z jej koka,
gdy patrzyła na spadających mężczyzn.
Ojciec i Shin w bieli, którego widziała na uczcie.
Shin emanował białym blaskiem. Spadł na ścianę. Uderzył w nią,
przetoczył się i zatrzymał. Wstał i jakimś sposobem pozostał na
zewnętrznym murze pałacu, nie spadając. To było niemożliwe.
Odwrócił się i ruszył w stronę jej ojca.
Jasnah przyglądała się bezradnie, jak skrytobójca klęka nad jej ojcem.
Po jej twarzy płynęły łzy, porywał je wiatr. Co on tam robił? Nie
widziała dokładnie.
Kiedy skrytobójca odszedł, pozostawił za sobą trupa ojca. Nabitego na
kawał drewna. Był martwy - w rzeczy samej, obok niego pojawiło się
Ostrze Odprysku, jak zawsze, gdy noszący je umierał.
- Tak bardzo się starałam... - wyszeptała Jasnah. - Wszystko, co
robiłam, by chronić rodzinę...
Jak? Liss. Liss to zrobiła!
Nie. Nie myślała jasno. Ten Shin... w takim przypadku nie przyznałaby
się, że do niej należał. Rzeczywiście go sprzedała.
- Współczujemy ci straty.
Jasnah odwróciła się, mrugając załzawionymi oczyma. Troje Parshendich, w tym Klade, stało w wejściu w swoich wyróżniających się strojach.
Starannie uszyte okrycia z tkaniny dla mężczyzn i kobiet, związane w pasie szarfą, luźne koszule bez rękawów. Długie kamizelki, rozcięte na
bokach, w jaskrawe wzory. Ich ubiór nie świadczył o płci. Sądziła
jednak, że zależał od kasty i...
Przestań, pomyślała. Choć przez jeden burzowy dzień przestań myśleć jak
uczona.
- Bierzemy na siebie odpowiedzialność za jego śmierć - powiedziała
najważniejsza z Parshendich.
Gangnah była kobietą, choć w wypadku Parshendich różnice były minimalne.
Szaty ukrywały piersi i biodra, które i tak nie były szczególnie
zaznaczone. Całe szczęście brak brody stanowił wyraźną wskazówkę.
Wszyscy mężczyźni Parshendich, których widziała, nosili brody, w które
wplatali kawałki klejnotów i...
PRZESTAŃ.
- Co powiedziałaś? - spytała Jasnah, zmuszając się do wstania. -
Dlaczego to miałaby być twoja wina, Gangnah?
- Ponieważ to my wynajęliśmy skrytobójcę - powiedziała Parshendi swoim
śpiewnym głosem. - Zabiliśmy twojego ojca, Jasnah Kholin.
- Wy...
Nagle wszystkie jej uczucia zamarzły jak rzeka. Jasnah przeniosła
spojrzenie z Gangnah na Klade'a i Varnali. Starszyzna, cała trójka.
Członkowie rady rządzącej Parshendimi.
- Dlaczego? - wyszeptała Jasnah.
- Ponieważ tak należało zrobić - odparła Ganghan.
- Dlaczego?! - powtórzyła ostrzej Jasnah i zrobiła krok do przodu. -
Walczył dla was! Powstrzymywał drapieżniki! Mój ojciec pragnął pokoju,
potwory! Dlaczego właśnie dziś nas zdradziliście?
Gangnah zacisnęła wargi. Melodia jej głosu się zmieniła. Zupełnie jak
matka, która wyjaśnia coś trudnego małemu dziecku.
- Ponieważ twój ojciec zamierzał zrobić coś bardzo niebezpiecznego.
- Poślijcie po oświeconego Dalinara! - zawołał ktoś z korytarza. - Na
burze! Czy moje rozkazy dotarły do Elhokara? Książę musi znaleźć się w bezpiecznym miejscu!
Do komnaty wpadł arcyksiążę Sadeas wraz z oddziałem żołnierzy. Jego
czerwona twarz z bulwiastym nosem była mokra od potu. Miał na sobie
strój Gavilara, jego dostojne szaty.
- Co te dzikusy tu robią? Na burze! Chrońcie księżniczkę Jasnah. Ten,
który to zrobił, był w ich orszaku!
Żołnierze ruszyli, by otoczyć Parshendich. Jasnah ich zignorowała,
odwróciła się i cofnęła do zniszczonych drzwi. Oparłszy dłoń o mur,
spojrzała z góry na ciało ojca i jego Ostrze.
- Będzie wojna - wyszeptała. - A ja nie zrobię nic, by ją powstrzymać.
- To zrozumiałe - powiedziała za jej plecami Gangnah.
- Skrytobójca - odezwała się Jasnah. - On szedł po murze.
Gangnah nie odpowiedziała.
Kiedy cały jej świat został zniszczony, Jasnah chwyciła się tego
fragmentu. Tej nocy coś widziała. Coś, co nie powinno być możliwe. Czy
wiązało się z dziwnymi sprenami? Jej doświadczeniem w miejscu szklanych
paciorków i ciemnego nieba?
Te pytania stały się liną ratunkową, która pozwalała jej zachować zdrowe
zmysły. Sadeas żądał odpowiedzi od przywódców Parshendich. Żadnych nie
uzyskał. Kiedy stanął obok niej i zobaczył zniszczony balkon, wybiegł na
zewnątrz, wzywając strażników, i pobiegł na dół.
Wiele godzin później okazało się, że skrytobójstwo - i poddanie się
trójki przywódców Parshendich - pomogło w ucieczce większej grupy.
Szybko opuścili miasto, a konnica, którą posłał za nimi Dalinar, została
zniszczona. Setka koni, a każdy z nich bezcenny, zginęła z jeźdźcami.
Przywódcy Parshendich nic nie powiedzieli i nie udzielili żadnych
wskazówek, nawet kiedy za swoją zbrodnię zostali zawieszeni do góry
nogami przed arcyburzą.
Jasnah ignorowała wszystko. Miast tego przesłuchała ocalałych
strażników, pytając, co widzieli. Szukała wskazówek na temat natury
sławnego skrytobójcy, próbowała wyciągnąć informacje od Liss. Niewiele
się dowiedziała. Liss miała go jedynie przez krótki czas i twierdziła,
że nie wiedziała o jego dziwnych mocach. Jasnah nie udało się znaleźć
wcześniejszego właściciela.
Później nadszedł czas na księgi. Pełen oddania, gorączkowy wysiłek, by
odwrócić uwagę od straty.
Tamtej nocy Jasnah widziała niemożliwe.
I zamierzała się dowiedzieć, co to oznaczało.
1
Santhid
Jeśli mam być całkowicie szczera, to, co wydarzyło się przez te ostatnie
dwa miesiące, spoczywa na mnie. Śmierć, zniszczenie, strata i ból to mój
ciężar. Powinnam była to przewidzieć. I powstrzymać.
Z osobistego dziennika Navani Kholin, Jeseses roku 1174.
Shallan ścisnęła wąski kawałek węgla drzewnego i narysowała serię
prostych linii emanujących z kuli na horyzoncie. Ta kula nie była do
końca słońcem, ani też żadnym z księżyców. Naszkicowane węglem chmury
płyneły w jej stronę. A morze poniżej... Rysunek nie mógł ukazać
dziwacznej natury tego oceanu, który składał się nie z wody, lecz z niewielkich paciorków przezroczystego szkła.
Zadrżała, przypominając sobie to miejsce. Jasnah wiedziała o nim o wiele
więcej, lecz nie dzieliła się tą wiedzą ze swoją podopieczną, a Shallan
nie miała pojęcia, jak spytać. Jak mogła żądać odpowiedzi po zdradzie,
której się dopuściła? Od tamtego wydarzenia minęło zaledwie kilka dni i dziewczyna nadal nie wiedziała, jak rozwiną się jej kontakty z Jasnah.
Pokład zakołysał się, gdy statek zrobił zwrot, nad jej głową załopotały
potężne żagle. Shallan musiała zacisnąć bezpieczną dłoń na relingu, żeby
odzyskać równowagę. Kapitan Tozbek twierdził, że na razie morze nie jest
szczególnie wzburzone jak na tę część Cieśniny Długobrewych. Jednakże,
gdyby fale i kołysanie się wzmogły, musiałaby zejść pod pokład.
Shallan odetchnęła i spróbowała się rozluźnić, gdy statek wyprostował
kurs. Wiał chłodny wiatr, a na jego niewidocznych prądach unosiły się
wiatrospreny. Za każdym razem, gdy wzbierały fale, Shallan przypominała
sobie ten dzień, ten obcy ocean szklanych paciorków...
Przyjrzała się temu, co narysowała. Widziała jedynie mignięcie tego
miejsca, a jej szkic nie był doskonały. On...
Zmarszczyła czoło. Na papierze wznosił się wzór, jakby był wytłoczony.
Co ona narobiła? Wzór był niemal szerokości kartki, sekwencja
skomplikowanych linii przecinających się pod ostrymi kątami i powtarzających się kształtów przypominających grot strzały. Czy to wynik
narysowania tego dziwnego miejsca, które Jasnah nazywała Cieniomorzem?
Shallan z wahaniem przesunęła swobodną rękę, by poczuć nienaturalne
wybrzuszenia kartki.
Wzór poruszył się, przesunął się po kartce jak szczenię ostrogara pod
prześcieradłem.
Shallan jęknęła i zerwała się z miejsca, upuszczając szkicownik na
pokład. Luźne kartki spadły na deski, zatrzepotały i rozsypały się na
wietrze. Pobliscy marynarze - Thaylenowie o długich białych brwiach,
które zaczesywali za uszy - rzucili się na pomoc, łapali kartki, nim
wyleciały za reling.
- Wszystko w porządku, panienko? - spytał Tozbek, przerywając rozmowę z jednym z matów. Niski, korpulentny Tozbek nosił szeroką szarfę i czerwono-złoty płaszcz oraz pasującą do niego czapkę. Zaczesywał brwi do
góry i usztywniał je, przez co tworzyły wachlarze nad jego oczami.
- Nic się nie stało, kapitanie - odparła Shallan. - Po prostu się
przestraszyłam.
Yalb podszedł i podał jej kartki.
- Wasze akcesoria, panienko.
Shallan uniosła brew.
- Akcesoria?
- Pewnie - stwierdził młody marynarz i uśmiechnął się szeroko. - Ćwiczę
wyszukane słownictwo. Pomaga młodzieńcowi zapewnić sobie stosowne
niewieście towarzystwo. Wiecie, tego rodzaju młodą damę, która nie
śmierdzi za bardzo i ma przynajmniej kilka zębów.
- Śliczna - powiedziała Shallan i wzięła kartki. - W każdym razie, jeśli
taka jest twoja definicja ślicznej.
Powstrzymała się przed dalszymi przytykami i podejrzliwie wpatrzyła w stertę kartek w ręku. Rysunek Cieniomorza spoczywał na wierzchu, ale nie
było na nim żadnego wytłaczanego wzoru.
- Co się stało? - spytał Yalb. - Nagle wypełzł skądś kremlik?
Jak zwykle, miał na sobie rozpiętą kamizelę i parę luźnych spodni.
- Nic takiego - odpowiedziała cicho Shallan i schowała kartki do teczki.
Yalb zasalutował jej - nie miała pojęcia, dlaczego zaczął to robić - i wrócił do wiązania olinowania razem z pozostałymi marynarzami. Wkrótce
usłyszała głośne śmiechy pobliskich mężczyzn, a kiedy spojrzała na
Yalba, wokół jego głowy tańczyły chwałospreny - przybrały postać
niewielkich kul światła. Wyraźnie był bardzo dumny ze swojego żartu.
Uśmiechnęła się. W rzeczy samej, miały wielkie szczęście, że Tozbek
musiał zostać dłużej w Kharbranth. Lubiła tę załogę i cieszyła się, że
Jasnah wybrała właśnie ich na podróż. Shallan usiadła na skrzyni, którą
kapitan Tozbek nakazał przymocować obok relingu, by mogła podziwiać
morze, kiedy żeglowali. Musiała uważać na pianę, ta bowiem nie służyła
jej szkicom, ale jak długo morze nie było wzburzone, okazja oglądania
fal była tego warta.
Obserwator na szczycie masztu krzyknął. Shallan zmrużyła oczy i spojrzała w kierunku, który wskazał. W zasięgu wzroku mieli odległy ląd
i płynęli równolegle do niego. Poprzedniego wieczoru nawet przybili do
portu, by uchronić się przed arcyburzą. Żaden żeglarz nie lubił zbytnio
oddalać się od portów - wyjście na otwarte morze, na którym statek mogła
zaskoczyć arcyburza, było samobójstwem.
Plamą ciemności na północy były Krainy Lodu, w większości niezamieszkany
region wzdłuż południowej krawędzi Rosharu. Od czasu do czasu mignął jej
zarys wyższych klifów na południu. Thaylenah, wielkie wyspiarskie
królestwo, tworzyło tam kolejną barierę. Cieśnina prowadziła między
nimi.
Obserwator zobaczył coś w falach na północ od statku, podskakujący
kształt, który z początku wydawał się dużą kłodą. Nie, był o wiele
większy i szerszy. Shallan wstała i zmrużyła oczy. Okazało się, że to
sklepiona, brązowo-zielona skorupa wielkości trzech związanych razem
łódek. Kiedy ją mijali, skorupa zrównała się ze statkiem i jakimś
sposobem dotrzymywała im tempa, wystając na sześć, może osiem stóp nad
powierzchnię.
Santhid! Shallan wychyliła się przez reling i patrzyła w dół. Marynarze
rozmawiali podekscytowanymi głosami, kilku dołączyło do niej i wpatrywało się w istotę. Santhidyn prowadziły tak samotnicze życie, że
niektóre księgi uważały je za wymarłe, a wszystkie współczesne
doniesienia o spotkaniach za wątpliwe.
- Naprawdę przynosicie szczęście, panienko! - powiedział ze śmiechem
Yalb, mijając ją z liną. - Od lat nie widzieliśmy santhida.
- Nadal go nie widzicie - zauważyła Shallan. - Jedynie szczyt jego
skorupy.
Ku jej rozczarowaniu woda ukrywała całą resztę - poza cieniami czegoś w głębinie, co mogło być długimi ramionami sięgającymi w głąb. Wedle
opowieści stwory czasem przez wiele dni podążały za statkami, czekały na
morzu, kiedy żaglowiec zawijał do portu, a później znów za nim podążały.
- I nic poza skorupą nie zobaczycie - stwierdził Yalb. - Na Pasje, to
dobry znak!
Shallan ścisnęła torbę. Zamknąwszy powieki, utrwaliła Wspomnienie istoty
przy statku, by móc ją później precyzyjnie narysować.
Ale co właściwie mam narysować? - pomyślała. Bryłę w wodzie?
W jej głowie zaczęła kształtować się myśl. Wypowiedziała ją na głos,
zanim zdążyła przemyśleć całą kwestię.
- Przynieś mi tę linę - powiedziała, odwracając się do Yalba.
- Jasności? - spytał, zatrzymując się w miejscu.
- Zawiąż pętlę na końcu - dodała, pośpiesznie odkładając torbę. - Muszę
przyjrzeć się santhidowi. Nigdy wcześniej nie zanurzałam głowy w oceanie. Czy słona woda utrudnia widzenie?
- Woda? - spytał łamiącym się głosem Yalb.
- Widzę, że nie wiążesz liny.
- Bo nie jestem burzowym głupcem! Kapitan łeb mi urwie, jeżeli...
- Zawołaj kolegę - powiedziała Shallan, ignorując jego sprzeciw. Wzięła
linę i zawiązała na końcu niewielką pętlę. - Opuścicie mnie przy burcie,
a ja zobaczę, co jest pod skorupą. Czy masz pojęcie, że nikt jeszcze nie
narysował żywego santhida? Wszystkie, które morze wyrzuciło na plażę,
były już w stanie rozkładu. A ponieważ marynarze uważają, że polowanie
na te stwory przynosi pecha...
- Bo tak jest! - wtrącił Yalb. - Nikt ich nie zabija.
Shallan dokończyła pętlę i pośpieszyła w stronę burty. Gdy wychyliła się
za reling, wiatr szarpał jej rude włosy. Santhid wciąż tam był. Jak za
nimi nadążał? Nie widziała płetw.
Spojrzała na Yalba, który z uśmiechem trzymał linę.
- Ach, jasności. Czy chcecie się odegrać na mnie za to, co powiedziałem
Beznkowi o waszych kształtach? To był tylko żart, ale naprawdę mnie
nabraliście! Ja... - Przerwał, gdy napotkał jej spojrzenie. - Na burze.
Mówicie poważnie.
- To dla mnie jedyna taka okazja. Naladan większość życia spędziła,
goniąc te istoty, i nigdy nie miała okazji dobrze im się przyjrzeć.
- To szaleństwo!
- Nie, to nauka! Nie wiem, co uda mi się zobaczyć przez wodę, ale muszę
spróbować.
Yalb westchnął.
- Mamy maski. Zrobione ze skorup żółwi, z wydrążonymi otworami z przodu
i pęcherzami wzdłuż krawędzi, żeby woda nie wlewała się do środka. Można
zanurzyć głowę pod wodę i widzieć. Wykorzystujemy je, żeby w dokach
sprawdzać stan kadłuba.
- Wspaniale!
- Oczywiście musiałbym pójść do kapitana, by uzyskać jego pozwolenie na
wzięcie jednej z nich...
Shallan założyła ręce na piersi.
- Sprytny jesteś. Dobrze, zabieraj się za to.
Było i tak mało prawdopodobne, by udało jej się zrealizować plan bez
wiedzy kapitana.
Yalb uśmiechnął się szeroko.
- Co się z wami stało w Kharbranth? Podczas pierwszego rejsu
spodziewałem się, że zemdlejecie na samą myśl o opuszczeniu ojczystego
kraju, taka była panienka nieśmiała.
Shallan zawahała się, po czym zarumieniła.
- To ryzykowny pomysł, prawda?
- Wiszenie za burtą płynącego statku z głową pod wodą? - spytał Yalb. -
Odrobinkę.
- Sądzisz... że moglibyśmy zatrzymać statek?
Yalb roześmiał się, ale odbiegł, żeby porozmawiać z kapitanem, traktując
jej pytanie jako wskazówkę, że wciąż zamierza zrealizować swój plan. Tak
też zresztą było.
A co właściwie się ze mną stało? - zastanawiała się.
Odpowiedź była prosta. Utraciła wszystko. Okradła Jasnah Kholin, jedną z najpotężniejszych kobiet na świecie - a robiąc to, utraciła nie tylko
jedyną szansę, by się uczyć, o czym zawsze marzyła, ale też skazała na
zagładę braci i ród. Całkowicie zawiodła.
I przetrwała to.
Nie pozostała nietknięta. Niemal całkowicie utraciła wiarygodność w oczach Jasnah, czuła też, że właściwie porzuciła rodzinę. Ale coś w doświadczeniu kradzieży należącego do Jasnah Dusznika - który i tak
okazał się falsyfikatem - a później niemal śmierci z rąk mężczyzny, o którym sądziła, że się w niej zakochał...
Cóż, teraz miała większe pojęcie, jak źle mogły się potoczyć sprawy.
Zupełnie jakby... kiedyś bała się ciemności, ale teraz w nią wkroczyła.
Doświadczyła niektórych potworności, które tam na nią czekały. Były
straszliwe, ale przynajmniej już wiedziała.
Zawsze wiedziałaś, dobiegł głos z głębi jej duszy. Dorastałaś z potwornościami, Shallan. Po prostu nie pozwalasz sobie o nich pamiętać.
- O co chodzi? - spytał Tozbek, podchodząc do niej z żoną Ashlv u boku.
Drobna kobieta, ubrana w jaskrawożółtą spódnicę i bluzkę, prawie się nie
odzywała. Chusta zakrywała niemal wszystkie jej włosy, poza białymi
brwiami, które opadały w lokach na policzki.
- Panienko - odezwał się Tozbek - chcecie pójść popływać? Nie możecie
poczekać, aż wpłyniemy do portu? Znam kilka przyjemnych miejsc, gdzie
woda nie jest aż tak zimna.
- Nie zamierzam pływać - odparła Shallan, rumieniąc się jeszcze
bardziej. Co by włożyła, gdyby miała pójść popływać w obecności
mężczyzn? Ludzie naprawdę robili coś takiego? - Chciałam przyjrzeć się z bliska naszemu towarzyszowi.
Gestem wskazała na morską istotę.
- Panienko, wiecie, że nie pozwolę wam zrobić czegoś tak
niebezpiecznego. Nawet gdybyśmy zatrzymali statek, co by się stało,
gdyby bestia zrobiła wam krzywdę?
- Podobno są nieszkodliwe.
- Pojawiają się tak rzadko, więc czy możemy mieć pewność? Poza tym, w tych morzach żyją inne zwierzęta, które mogłyby was skrzywdzić. Te
okolice z pewnością nawiedzają czerwonowody, a może tu być dość płytko,
by pojawiły się również khornaki. - Tozbek pokręcił głową. - Przykro mi,
po prostu nie mogę na to pozwolić.
Shallan zagryzła wargi. Zorientowała się, że jej serce bije zdradliwie
szybko. Chciała naciskać, ale jego zdecydowane spojrzenie odebrało jej
odwagę.
- Dobrze.
Tozbek uśmiechnął się szeroko.
- Pokażę wam skorupy w porcie w Amydlatn, kiedy się tam zatrzymamy,
panienko. Mają dużą kolekcję!
Nie wiedziała, gdzie to jest, ale oceniając po zbitkach spółgłosek,
najpewniej po thayleńskiej stronie. Tak daleko na południe to tam była
większość miast. Choć Thaylenah było niemal równie zimne, jak Krainy
Lodu, mieszkańcy wyraźnie je lubili.
Oczywiście, Thaylenowie byli dość dziwni. Bo jak inaczej opisać Yalba i pozostałych chodzących bez koszul w tak chłodną pogodę?
To nie oni rozważali zanurzenie w oceanie, pomyślała Shallan. Znów
wyjrzała za burtę, patrząc, jak fale rozbijają się o skorupę łagodnego
santhida. Czym był? Wielkoskorupem, jak straszliwe przepastne bestie ze
Strzaskanych Równin? Pod spodem bardziej przypominał rybę czy może
żółwia? Santhidyn były tak rzadkie - a sytuacje, gdy uczone widziały je
na własne oczy, tak unikatowe - że teorie były ze sobą sprzeczne.
Westchnęła i otworzyła teczkę, po czym zabrała się za porządkowanie
papierów, z których większość przedstawiała marynarzy w różnych pozach,
kiedy manewrowali potężnymi żaglami, ustawiając je do wiatru. Ojciec
nigdy by nie pozwolił, by spędziła dzień, patrząc na ciemnookich bez
koszul. Jakże zmieniło się jej życie przez ten krótki czas.
Pracowała nad szkicem skorupy santhida, kiedy na pokład wkroczyła
Jasnah.
Podobnie jak Shallan, Jasnah nosiła havah, tradycyjną vorińską suknię o specyficznym kroju. Rąbek sięgał do samej ziemi, a dekolt niemal pod
szyję. Niektórzy z Thaylenów - kiedy sądzili, że ich nie słyszy -
nazywali ten strój pruderyjnym. Shallan się z tym nie zgadzała, havah
nie była pruderyjna, lecz elegancka. Jedwab podkreślał figurę, zwłaszcza
klatkę piersiową, a sposób, w jaki marynarze gapili się na Jasnah,
świadczył, że nie uważali sukni za mało twarzową.
Jasnah była ładna. Kobieca figura, śniada cera. Idealne brwi, wargi
pomalowane ciemnoczerwoną szminką, włosy zaplecione w warkocz. Choć
Jasnah była dwa razy starsza od Shallan, jej dojrzałą urodę należało
podziwiać, może nawet jej zazdrościć. Dlaczego ona musiała być tak
doskonała?
Jasnah ignorowała spojrzenia marynarzy. Nie chodziło o to, że ich nie
zauważała. O nie, ona zauważała wszystko i wszystkich. Po prostu nie
obchodziło jej, jak ją postrzegają mężczyźni.
Nie, to nieprawda, pomyślała Shallan, gdy Jasnah podeszła do niej. Nie
poświęciłaby tyle czasu na czesanie włosów i nakładanie makijażu, gdyby
nie obchodziło jej, jak jest postrzegana. W tym aspekcie Jasnah była
zagadką. Z jednej strony wydawała się uczoną zajętą wyłącznie badaniami.
Z drugiej, starannie pielęgnowała aurę opanowania i godności, która
pasowała królewskiej córce - a czasami wykorzystywała je jak pałkę.
- Tu jesteś - powiedziała Jasnah, podchodząc do Shallan.
Fontanna piany wybrała tę właśnie chwilę, by poderwać się do góry i ją
opryskać. Jasnah zmarszczyła czoło na widok kropli wody na jedwabiu, po
czym spojrzała znów na Shallan i uniosła brew.
- Jak mogłaś zauważyć, na statku są dwie bardzo przyzwoite kajuty, które
sporym kosztem dla nas wynajęłam.
- Owszem, ale one są w środku.
- Jak to zwykle pokoje.
- Większość życia spędziłam w środku.
- A jeśli zamierzasz być uczoną, to spędzisz go jeszcze więcej.
Shallan zagryzła wargi, czekając na polecenie zejścia pod pokład. Co
zadziwiające, nie usłyszała go. Jasnah gestem wezwała kapitana Tozbeka,
a on wypełnił polecenie i podszedł potulnie, z czapką w dłoniach.
- Tak, jasności? - spytał.
- Poprosiłabym o jeszcze jedno takie... siedzisko - powiedziała Jasnah,
wskazując na skrzynię Shallan.
Jeden z ludzi Tozbeka pośpiesznie przywiązał kolejną skrzynię. Czekając
na przygotowanie siedzenia, Jasnah gestem poprosiła Shallan o szkice.
Przyjrzała się rysunkowi santhida, po czym wyjrzała za burtę.
- Nic dziwnego, że marynarze zrobili takie zamieszanie.
- To szczęście, jasności! - powiedział jeden z marynarzy. - Dobry omen
dla waszej wyprawy, nie sądzicie?
- Przyjmę wszystko, co przyniesie mi los, Nanhelu Eltorvie -
odpowiedziała. - Dziękuję za siedzisko.
Marynarz ukłonił się niezręcznie i wycofał.
- Uważasz ich za głupców wierzących w przesądy - zauważyła cicho
Shallan, odprowadzając marynarza wzrokiem.
- Z tego, co widziałam - stwierdziła Jasnah - ci marynarze są ludźmi,
którzy znaleźli cel w życiu i teraz czerpią z niego prostą radość. -
Spojrzała na kolejny rysunek. - Wielu ludzi nie wykorzystuje życia tak
dobrze. Kapitan Tozbek ma udaną załogę. Dobrze, że mi o nich
powiedziałaś.
Shallan uśmiechnęła się.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Nie zadałaś pytania - odparła Jasnah. - Te szkice są jak zawsze
świetne technicznie, Shallan, ale czy nie miałaś czytać?
- Ja... miałam problem ze skupieniem.
- Wyszłaś więc na pokład, by szkicować młodych mężczyzn pracujących bez
koszul. I spodziewałaś się, że to ci pomoże się skupić?
Na twarzy Shallan pojawił się rumieniec. Jasnah tymczasem zatrzymała się
nad jednym z arkuszy. Dziewczyna siedziała cierpliwie - ojciec dobrze ją
w tym wyszkolił - aż Jasnah odwróciła go w jej stronę. Oczywiście,
rysunek przedstawiający Cieniomorze.
- Nie złamałaś mojego polecenia, by nie zaglądać więcej do tej krainy? -
spytała Jasnah.
- Nie, jasności. Narysowałam to ze wspomnień swojego pierwszego...
potknięcia.
Jasnah opuściła arkusz. Shallan wydawało się, że na twarzy kobiety
maluje się jakieś uczucie. Czyżby zastanawiała się, czy może uwierzyć
jej na słowo?
- Zakładam, że to właśnie cię dręczy? - spytała Jasnah.
- Tak, jasności.
- W takim razie sądzę, że powinnam ci to wyjaśnić.
- Naprawdę? Zrobiłabyś to?
- Nie musisz być tak zaskoczona.
- Wydaje mi się, że to bardzo potężna wiedza - stwierdziła Shallan. -
To, jak zakazałaś mi... Założyłam, że wiedza o istnieniu tego miejsca to
tajemnica, a w każdym razie coś, o czym nie powinien dowiedzieć się ktoś
w moim wieku.
Jasnah pociągnęła nosem.
- Odkryłam, że odmowa wyjawienia tajemnic młodym ludziom sprawia, iż
stają się bardziej skłonni do pakowania się w kłopoty, nie mniej. Twój
eksperyment wskazuje, że już wpakowałaś się w to wszystko... jak ja
przed laty, jeśli chcesz wiedzieć. Bolesne doświadczenia uświadomiły mi,
że Cieniomorze bywa niebezpieczne. Jeśli nie rozjaśnię twojej
ignorancji, będę się winić, jeśli dasz się tam zabić.
- Czyli odpowiedziałabyś mi, gdybym zapytała wcześniej podczas naszej
podróży?
- Pewnie nie - przyznała Jasnah. - Musiałam zobaczyć, jak skłonna jesteś
mnie posłuchać. Tym razem.
Shallan oklapła i stłumiła pragnienie, by zauważyć, że w czasach, gdy
była pracowitą i posłuszną podopieczną, Jasnah nie zdradziła jej aż tak
wielu tajemnic.
- Co to w takim razie jest? To... miejsce.
- Tak naprawdę to nie jest miejsce - stwierdziła Jasnah. - Nie w taki
sposób, jak zazwyczaj rozumiemy to pojęcie. Cieniomorze jest tutaj,
wszędzie wokół nas, w tej chwili. Wszystkie rzeczy istnieją w nim w pewnej postaci, podobnie jak wszystkie rzeczy istnieją tutaj.
Shallan zmarszczyła czoło.
- Ja nie...
Jasnah uniosła palec, by ją uciszyć.
- Wszystko składa się z trzech elementów: duszy, ciała i umysłu.
Miejsce, które widziałaś, Cieniomorze, jest tym, co nazywamy Krainą
Umysłu, miejscem myśli. Wszędzie wokół nas widzisz świat materialny.
Możesz go dotknąć, widzieć, słyszeć. Tak twoje materialne ciało
doświadcza świata. Cieniomorze zaś, cóż, to sposób, w jaki twoja
umysłowa jaźń, twoja nieświadomość, doświadcza świata. Poprzez ukryte
zmysły, które dotykają tej krainy, wyciągasz nieoczywiste wnioski i wyrażasz nadzieje. Najprawdopodobniej przez te właśnie zmysły ty,
Shallan, tworzysz sztukę.
Statek wbił się w falę, woda zalała dziób. Shallan wytarła kropelkę
słonej wody z policzka, próbując rozważyć to, co właśnie powiedziała
Jasnah.
- To prawie wcale nie miało dla mnie sensu, jasności.
- Miałam taką nadzieję - odparła kobieta. - Poświęciłam sześć lat
badaniu Cieniomorza i wciąż nie do końca wiem co o nim sądzić. Będę ci
musiała towarzyszyć podczas pierwszych kilku odwiedzin w tym miejscu,
zanim zrozumiesz, choć w części, jego prawdziwe znaczenie.
Jasnah skrzywiła się na tę myśl. Shallan zawsze zaskakiwało, gdy
widziała malujące się na jej twarzy uczucia. Emocje były czymś, do czego
mogła się odnieść, czymś ludzkim - Shallan zaś postrzegała Jasnah Kholin
jako istotę niemal boską. Po namyśle stwierdziła, że to dziwny sposób
postrzegania zadeklarowanej ateistki.
- Posłuchaj mnie tylko - stwierdziła Jasnah. - Moje własne słowa zdradzają moją niewiedzę. Powiedziałam ci, że Cieniomorze nie jest miejscem, a jednak zaraz sama je tak nazwałam. Mówię o tym, że je odwiedzimy, choć jest wszędzie wokół nas. Po prostu nie mamy właściwej terminologii, by o nim rozmawiać. Spróbujmy innego podejścia. Jasnah wstała, a Shallan pośpieszyła za nią. Przeszły wzdłuż relingu, czując, jak pokład kołysze się pod ich stopami. Marynarze ustępowali
Jasnah drogi i kłaniali się. Traktowali ją z takim szacunkiem, jakby
była królem. Jak to robiła? Jak mogła tak doskonale panować nad
otoczeniem, a jednocześnie sprawiać wrażenie, że nic nie robi?
- Spojrzyj w głąb wody - powiedziała Jasnah, gdy dotarły do dziobu. - Co
widzisz?
Shallan zatrzymała się przy relingu i wpatrzyła w błękitne wody,
pieniące się, gdy przebijał je dziób statku. Tu, na dziobie, widziała
głębię. Niezgłębiony przestwór, który rozciągał się nie tylko dookoła,
ale też w dół.
- Widzę wieczność - stwierdziła Shallan.
- Słowa prawdziwej artystki - zauważyła Jasnah. - Ten statek żegluje po
głębinach, których nie poznamy. Pod tymi falami kryje się tętniący
życiem niewidzialny świat.
Jasnah pochyliła się i chwyciła reling jedną dłonią odkrytą, a jedną
zasłoniętą rękawem. Spojrzała przed siebie. Nie na głębiny i nie na ląd
wyłaniający się na południe i na północ od nich. Patrzyła na wschód. W stronę burz.
- Istnieje cały świat, Shallan - powiedziała - którego powierzchnię
nasze umysły jedynie muskają. Świat głębokich, ważnych myśli. Świat
stworzony przez głębokie, ważne myśli. Kiedy widzisz Cieniomorze,
wchodzisz w te głębiny. To miejsce jest dla nas w niektórych aspektach
obce, choć jednocześnie to my je stworzyliśmy. Z pewną pomocą.
- My to zrobiliśmy?
- Czym są spreny? - spytała Jasnah.
Pytanie zaskoczyło Shallan, ale była już przyzwyczajona do trudnych
pytań zadawanych przez Jasnah. Poświęciła trochę czasu, by rozważyć
odpowiedź.
- Nikt nie wie, czym są spreny - powiedziała w końcu - choć wielu
filozofów wyraża różne opinie na temat...
- Nie - przerwała Jasnah. - Czym one są?
- Ja... - Shallan podniosła wzrok na parę wiatrosprenów, które wirowały
w powietrzu nad nimi, malutkie świetliste wstęgi, emanujące słabym
blaskiem i tańczące wokół siebie. - To żyjące idee.
Jasnah gwałtownie odwróciła się w jej stronę.
- Co się stało? - spytała zaskoczona Shallan. - Pomyliłam się?
- Nie. Masz rację. - Kobieta zmrużyła oczy. - Jak się domyślam, spreny
są elementem Krainy Umysłu, który przeniknął do świata materialnego. To
koncepcje, które zyskały odrobinę ludzkiej świadomości, być może nie bez
udziału ludzi. Wyobraź sobie często złoszczącego się mężczyznę. Jego
przyjaciele i rodzina mogą zacząć traktować tę złość jako bestię, coś,
co go opętało, jako coś zewnętrznego wobec niego. Ludzie personifikują.
Mówimy o wietrze, jakby miał własną wolę. Spreny są tymi ideami...
ideami zbiorowego ludzkiego doświadczenia... które jakimś sposobem
ożyły. Cieniomorze to miejsce, gdzie to się zaczyna i należy do nich.
Choć my je stworzyliśmy, one nadały mu kształt. Tam żyją, tam władają, w swoich własnych miastach.
- Miastach?!
- Tak - potwierdziła Jasnah, znów wpatrując się w ocean. Wydawała się
zaniepokojona. - Spreny są niezmiernie różnorodne. Niektóre są równie
inteligentne, jak ludzie, i tworzą miasta. Inne przypominają ryby,
płynące z prądem.
Shallan pokiwała głową. Choć tak naprawdę niewiele pojmowała z tego
wszystkiego, nie chciała, by Jasnah przestała mówić. Takiej wiedzy
Shallan potrzebowała, tego właśnie pragnęła.
- Czy to ma coś wspólnego z twoimi odkryciami? Z parshmenami,
Pustkowcami?
- Nie umiem tego jeszcze ocenić. Spreny nie zawsze dużo mówią. Czasami
nie wiedzą. W innych kwestiach mi nie ufają, ze względu na starożytną
zdradę.
Dziewczyna zmarszczyła czoło i spojrzała na nauczycielkę.
- Zdradę?
- Mówią mi o niej - stwierdziła Jasnah - ale nie chcą powiedzieć, na
czym polegała. Złamaliśmy przysięgę i w ten sposób ogromnie je
obraziliśmy. Sądzę, że część z nich umarła, choć nie mam pojęcia, jak
koncepcja może umrzeć. - Z poważną miną odwróciła się do Shallan. -
Rozumiem, że to przytłaczające. Będziesz musiała się tego wszystkiego
nauczyć, jeśli masz mi pomóc. Wciąż tego pragniesz?
- A czy mam wybór?
Kąciki warg Jasnah wygięły się w lekkim uśmiechu.
- Wątpię. Dusznikujesz sama z siebie, bez pomocy fabriala. Jesteś taka
jak ja.
Shallan wpatrywała się w wodę. Taka jak ja. Co to znaczyło? Dlaczego...
Zamarła i zamrugała. Przez chwilę wydawało się, że zobaczyła ten sam
wzór, co wcześniej, ten, który wybrzuszył jej rysunek. Tym razem był na
wodzie, utworzony w niemożliwy sposób na powierzchni fali.
- Jasności... - zaczęła mówić i oparła palce na ramieniu Jasnah. -
Wydaje mi się, że zobaczyłam coś na wodzie. Wzór z ostrych linii, jak
labirynt.
- Pokaż mi, gdzie.
- Był na jednej z fal, już ją minęliśmy. Ale chyba widziałam go
wcześniej, na jednym z arkuszy papieru. Czy to coś znaczy?
- Z całą pewnością. Muszę przyznać, Shallan, że nasze przypadkowe
spotkanie uważam za zaskakujące. Aż podejrzane.
- Jasności?
- One miały w tym swój udział - stwierdziła Jasnah. - Sprowadziły cię do
mnie. I wydaje się, że nadal cię obserwują. Innymi słowy, Shallan, już
nie masz wyboru. Przeszłość powraca, a ja nie uważam tego za dobry znak.
Tak działa instynkt samozachowawczy. Spreny muszą wyczuwać nieuchronne
niebezpieczeństwo, więc wracają do nas. Musimy skupić się na
Strzaskanych Równinach i Urithiru. Minie wiele czasu, zanim powrócisz do
ojczyzny.
Shallan pokiwała głową.
- To cię martwi - stwierdziła Jasnah.
- Tak, jasności. Moja rodzina...
Shallan czuła się jak zdrajca, porzucając braci, choć to od niej zależał
ich majątek. Napisała do nich i wyjaśniła, bez podawania szczegółów, że
była zmuszona do zwrotu skradzionego Dusznika - a teraz musiała pomóc
Jasnah w badaniach.
Odpowiedź Balata była w pewnym sensie pozytywna. Powiedział, że cieszy
się, że choć jedno z nich uniknęło losu, który czeka ich ród. Myślał, że
wszyscy pozostali - trzech braci i narzeczona Balata - są skazani na
zagładę.
Mogli mieć rację. Z jednej strony przytłaczające długi ojca, z drugiej
zniszczony Dusznik. Grupa, która go dała, chciała odzyskać swoją
własność.
Niestety, Shallan była przekonana, że misja Jasnah ma ogromną wagę.
Pustkowcy mieli wkrótce powrócić - w rzeczywistości nie byli odległym
zagrożeniem z opowieści. Przez całe stulecia żyli pośród ludzi. Łagodni,
cisi parshmeni, którzy pracowali jako idealni słudzy i niewolnicy, byli
tak naprawdę niszczycielami.
Powstrzymanie katastrofy, jaką stanowiłby powrót Pustkowców, było
ważniejszym obowiązkiem niż ochrona braci. Nadal czuła ból, gdy musiała
to przyznać.
Jasnah przyjrzała jej się uważnie.
- Co się tyczy twojej rodziny, Shallan, podjęłam pewne działania.
- Działania? - spytała dziewczyna, chwytając wyższa kobietę za ramię. -
Pomogłaś moim braciom?
- W pewnym sensie - odparła Jasnah. - Jak przypuszczam, bogactwo tak
naprawdę nie załatwi tego problemu, choć wysłałam im drobny upominek. Z tego, co mówiłaś, prawdziwe źródła kłopotów twojej rodziny są dwa. Po
pierwsze, Duchokrwiści i ich pragnienie odzyskania Dusznika, który
uszkodziliście. Po drugie, twój ród nie ma sojuszników i popadł w długi.
Jasnah wyjęła arkusz papieru.
- To - mówiła dalej - fragment rozmowy z matką, którą tego ranka
przeprowadziłam przez łączotrzcinę.
Shallan przejrzała ją, zauważyła opis uszkodzonego Dusznika i prośbę
Jasnah o pomoc.
"To się dzieje częściej niż ci się wydaje", odpisała Navani. "Problem
wynika prawdopodobnie z ustawienia opraw klejnotów. Przywieź mi
urządzenie, a zobaczymy".
- Moja matka - powiedziała Jasnah - jest sławną artifabrianką.
Podejrzewam, że naprawi twój Dusznik. Możemy odesłać go do twoich braci,
a oni oddadzą go właścicielom.
- Pozwoliłabyś mi na to? - spytała Shallan.
Podczas rejsu Shallan ostrożnie próbowała zdobyć więcej informacji na
temat tej grupy, chciała bowiem zrozumieć ojca i jego motywację. Jasnah
twierdziła, że nie wie o nich zbyt wiele, poza tym, że pragnęli poznać
wyniki jej badań i byli gotowi ją zabić.
- Nie chciałabym, żeby mieli dostęp do tak cennego urządzenia - odparła
Jasnah. - Ale nie mam czasu, by bezpośrednio chronić twoją rodzinę. To
dobre rozwiązanie, zakładając, że twoim braciom uda się kupić jeszcze
trochę czasu. Jeśli muszą, niech powiedzą prawdę... że wiedząc, iż
jestem uczoną, zgłosiłaś się do mnie i poprosiłaś, bym naprawiła
Dusznik. Może to na razie ich zadowoli.
- Dziękuję, jasności.
Na burze. Gdyby powiedziała Jasnah prawdę w chwili, kiedy ta ją
przyjęła, byłoby o wiele łatwiej.
Spojrzawszy znów na papier, Shallan zwróciła uwagę na dalszy ciąg
rozmowy. "Co się tyczy tej drugiej kwestii", napisała Navani, "sugestia
bardzo mi się podoba. Wierzę, że uda mi się przekonać chłopaka, żeby
choć ją rozważył, gdyż jego ostatni romans zakończył się dość gwałtownie
- jak to mu się często zdarza - na początku tego tygodnia".
- O co chodzi z tą drugą częścią? - spytała Shallan, wskazując na te
słowa.
- Samo zaspokojenie Duchokrwistych jeszcze nie uratuje twojego rodu -
odparła Jasnah. - Wasze długi są zbyt wielkie, zwłaszcza że działania
twojego ojca zraziły tak wielu. Dlatego zaaranżowałam potężny sojusz dla
twojego rodu.
- Sojusz? W jaki sposób?
Jasnah odetchnęła głęboko.
- Podjęłam wstępne kroki, by zaaranżować twoje zaręczyny z jednym z moich braci stryjecznych, synem Dalinara Kholina. Chłopak ma na imię Adolin. Jest przystojny i umie prowadzić uprzejmą rozmowę. - Zaręczyny? - powtórzyła Shallan. - Obiecałaś mu moją rękę?
- Rozpoczęłam ten proces - powiedziała Jasnah, mówiąc z nietypowym dla
siebie niepokojem. - Choć Adolin bywa krótkowzroczny, ma dobre serce...
równie dobre, jak jego ojciec, a nie znam innego tak dobrego mężczyzny.
Uważa się go za najlepszą partię Alethkaru, a moja matka od dawna
chciała znaleźć mu żonę.
- Zaręczyny - powtórzyła Shallan.
- Tak. Czy to cię niepokoi?
- To cudowne! - wykrzyknęła Shallan, mocniej chwytając Jasnah za ramię.
- Takie proste. Gdybym wyszła za kogoś tak potężnego... Na burze! Nikt z Jah Keved nie ważyłby się nas tknąć. Jasności, jesteś genialna!
Jasnah wyraźnie się rozluźniła.
- Tak, no, wydawało mi się to realnym rozwiązaniem. Zastanawiałam się
jednak, czy nie będziesz urażona.
- Dlaczego, na wichry, miałabym się obrazić?
- Ze względu na ograniczenie wolności, które wiąże się z małżeństwem -
stwierdziła Jasnah. - A jeśli nie z tego powodu, to dlatego, że
propozycja została złożona bez porozumienia z tobą. Musiałam najpierw
się zorientować, czy taka możliwość w ogóle istnieje. Wszystko zaszło
dalej niż się spodziewałam, gdyż moja matka podchwyciła pomysł. Navani
ma... tendencję do bycia przytłaczającą.
Shallan nie umiała sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł przytłoczyć
Jasnah.
- Ojcze Burz! Martwiłaś się, że się obrażę? Jasności, całe życie
spędziłam zamknięta w posiadłości ojca... dorastałam, spodziewając się,
że to on wybierze mi męża.
- Ale teraz nie pozostajesz we władzy ojca.
- Tak, i z jakże wielką mądrością zaczęłam szukać towarzysza - zauważyła
Shallan. - Pierwszy mężczyzna, którego wybrałam, był nie tylko
żarliwcem, ale w tajemnicy również skrytobójcą.
- Wcale ci to nie przeszkadza? - spytała Jasnah. - Pomysł, że będziesz
zobowiązana wobec kogoś, a szczególnie mężczyzny?
- Przecież nie sprzedajesz mnie w niewolę - odparła dziewczyna ze
śmiechem.
- Nie, raczej nie. - Jasnah otrząsnęła się i zapanowała nad sobą. - Cóż,
w takim razie dam Navani znać, że zgadzasz się na zaręczyny i w ciągu
jednego dnia powinnyśmy mieć gotowy kontrakt warunkowy.
Kontrakt warunkowy - w vorińskiej terminologii warunkowe zaręczyny.
Praktycznie rzecz biorąc, będzie zaręczona, ale nie będzie miała żadnych
praw do chwili podpisania oficjalnego aktu zaręczyn i potwierdzenia go
przez żarliwców.
- Ojciec Adolina powiedział, że do niczego nie będzie go zmuszał -
wyjaśniła Jasnah - choć chłopak znów jest samotny, bo udało mu się
obrazić kolejną młodą damę. Tak czy inaczej, Dalinar wolał, żebyście
najpierw się poznali, zanim zdecydujemy się na coś bardziej wiążącego.
Nastąpiły pewne... zmiany w politycznym klimacie Strzaskanych Równin.
Armia wuja poniosła wielkie straty. To kolejny powód, byśmy pośpieszyły
na Równiny.
- Adolin Kholin - powiedziała Shallan, nie słuchając uważnie. - Mistrz
pojedynków. I nawet Odpryskowy.
- Aha, czyli uważnie przeczytałaś księgi na temat mojego ojca i jego
rodziny.
- Owszem... ale już wcześniej sporo wiedziałam o twojej rodzinie. Alethi
są w centrum zainteresowania! Nawet dziewczęta z wiejskich rodów znają
imiona alethyjskich książąt. - I skłamałaby, gdyby powiedziała, że jako
młoda dziewczyna nie marzyła o poznaniu jednego z nich. - Ale, jasności,
pewna jesteś, że ten związek ma sens? To znaczy, nie jestem szczególnie
ważną jednostką.
- Owszem. Dla Adolina lepszą partią mogłaby być córka arcyksięcia.
Wydaje się jednak, że zdążył już obrazić wszystkie panny z tej grupy.
Chłopak, jak by to ująć, zbyt gwałtownie rzuca się w związki. Jestem
pewna, że sobie z tym poradzisz.
- Ojcze Burz - westchnęła Shallan, czując, że miękną jej kolana. - On
jest dziedzicem księstwa! I jednym ze spadkobierców tronu samego
Alethkaru!
- Trzecim w kolejności - doprecyzowała Jasnah - po małym synku mojego
brata i wuju Dalinarze.
- Jasności, muszę spytać. Dlaczego Adolin? Dlaczego nie młodszy syn?
Ja... nie mam nic, co mogłabym dać Adolinowi lub jego rodowi.
- Wręcz przeciwnie - stwierdziła Jasnah - jeśli jesteś tym, kim myślę,
dasz mu coś, czego nie może mu dać nikt inny. Coś o wiele ważniejszego
niż bogactwa.
- A jak myślisz, kim jestem? - wyszeptała Shallan, patrząc w oczy
starszej kobiecie. W końcu odważyła się zadać to pytanie.
- Teraz jesteś jedynie obietnicą - powiedziała Jasnah. - Poczwarką
kryjącą potencjał wielkości. Dawniej, gdy ludzi i spreny łączyła więź,
skutkiem były kobiety tańczące na niebie i mężczyźni niszczący dotykiem
skały.
- Zaginieni Świetliści. Zdrajcy ludzkości.
Nie przyjmowała tego wszystkiego. Zaręczyny, Cieniomorze i spreny, i to,
jej tajemnicze przeznaczenie. Wiedziała. Ale wypowiedzenie tego na
głos...
Opadła na pokład, nie przejmując się, że zamoczy suknię, i oparła się o nadburcie. Jasnah pozwoliła jej się usadowić, po czym, o dziwo, sama
również usiadła. Zrobiła to oczywiście bardziej elegancko, usiadła
bokiem i otoczyła nogi suknią. Obie przyciągnęły spojrzenia marynarzy.
- Zjedzą mnie żywcem - jęknęła Shallan. - Alethyjski dwór. Jest
najbrutalniejszy na świecie.
Jasnah prychnęła.
- Więcej w tym hałasu niż prawdziwej burzy, Shallan. Wyszkolę cię.
- Nigdy nie będę taka jak ty, jasności. Masz władzę, autorytet,
bogactwo. Popatrz tylko, jak marynarze się do ciebie odnoszą.
- A czy w tej chwili wykorzystuję władzę, autorytet lub bogactwo?
- Zapłaciłaś za rejs.
- Czy ty nie płaciłaś za kilka rejsów tym statkiem? - spytała Jasnah. -
Nie traktowali cię tak samo jak mnie?
- Nie. Och, lubią mnie, owszem. Ale nie mam twojego ciężaru, Jasnah.
- Zakładam, że nie chciałaś zasugerować niczego związanego z moją figurą
- powiedziała Jasnah ze śladem uśmiechu. - Rozumiem twoją argumentację,
Shallan. Jest jednak całkowicie błędna.
Dziewczyna spojrzała na nią. Jasnah siedziała na pokładzie statku jakby
to był tron, z wyprostowanymi plecami, uniesioną głową, władczo. Shallan
podciągnęła kolana do brody i objęła nogi pod kolanami. Nawet siedziały
inaczej. Zupełnie nie przypominała tej kobiety.
- Jest pewna tajemnica, którą musisz poznać, dziecko - powiedziała
Jasnah. - Tajemnica ważniejsza od tych związanych z Cieniomorzem i sprenami. Władza to iluzja percepcji.
Shallan zmarszczyła czoło.
- Nie zrozum mnie źle - mówiła dalej Jasnah. - Niektóre rodzaje władzy
są prawdziwe: władza nad armią, zdolność Dusznikowania. Jednak
wykorzystuje się je rzadziej niż myślisz. W większości kontaktów
międzyludzkich to coś, co nazywamy władzą, autorytetem, istnieje tylko w taki sposób, w jaki jest postrzegane. Mówisz, że mam bogactwo. To
prawda, ale widziałaś też, że rzadko z niego korzystam. Mówisz, że mam
autorytet jako królewska siostra. Owszem. A jednak załoga tego statku
traktowałaby mnie dokładnie tak samo, gdybym była żebraczką, która
przekonała ich, że jest siostrą króla. W tym wypadku mój autorytet nie
jest prawdziwy. To opary, iluzja. Umiem stworzyć tę iluzję dla nich,
podobnie jak ty.
- Nie jestem przekonana, jasności.
- Wiem. Gdybyś była, już byś to zrobiła. - Jasnah wstała, wygładziła
suknię. - Powiesz mi, jeśli znów zobaczysz ten wzór... ten, który
pojawił się na falach?
- Tak, jasności - odpowiedziała nieobecnym tonem Shallan.
- W takim razie resztę dnia możesz poświęcić sztuce. Muszę się
zastanowić, jak najlepiej uczyć cię o Cieniomorzu.
Kobieta wycofała się, skinieniem głowy odpowiadając na ukłony mijanych
marynarzy, i znów zniknęła pod pokładem.
Shallan wstała, obróciła się i chwyciła reling po obu stronach
bukszprytu. Ocean rozciągał się przed nią, falowanie, zapach chłodnej
świeżości. Rytmiczne uderzenia, gdy statek przecinał fale.
Słowa Jasnah walczyły w jej głowie jak węgorze niebieskie nad jednym
szczurem. Miasta sprenów? Cieniomorze, kraina, która była tutaj, lecz
niewidzialna? Shallan, nagle zaręczona z najważniejszym kawalerem na
świecie?
Opuściła dziób i ruszyła wzdłuż burty, przeciągając swobodną dłonią po
relingu. Jak postrzegali ją marynarze? Uśmiechali się, machali. Lubili
ją. Yalb, wiszący leniwie na pobliskiej linie, zawołał do niej,
informując ją, że w następnym porcie była rzeźba, którą koniecznie musi
zobaczyć.
- To taka wielka stopa, panienko! Sama stopa! Nigdy nie dokończyli
grzmiącej rzeźby...
Uśmiechnęła się do niego i ruszyła dalej. Czy chciała, by patrzyli na
nią jak na Jasnah? Cały czas przestraszeni i zmartwieni, że mogą zrobić
coś niewłaściwego? Czy to była władza?
Kiedy wypłynęłam z Vedenaru, pomyślała, docierając do swojej skrzyni,
kapitan ciągle zachęcał mnie do powrotu do domu. Postrzegał moją misję
jako szaleństwo.
Tozbek zawsze zachowywał się tak, jakby robił jej przysługę, płynąc z nią za Jasnah. Czy powinna cały czas mieć uczucie, że narzucała się jemu
i jego załodze, kiedy ich wynajęła? Owszem, dostała rabat ze względu na
wcześniejsze interesy kapitana z jej ojcem - ale i tak to ona ich
zatrudniała.
Pewnie tak właśnie zachowywali się thayleńscy kupcy. Jeśli kapitanowi
udało się sprawić, by klient poczuł, że się narzuca, dostawał więcej.
Lubiła go, ale ich kontakty pozostawiały nieco do życzenia. Jasnah nigdy
by się nie zgodziła na takie traktowanie.
Santhid wciąż płynął obok nich. Wyglądał jak niewielka ruchoma wyspa,
jego grzbiet porastały wodorosty, a ze skorupy wystawały nieduże
kryształy.
Shallan odwróciła się i ruszyła w stronę rufy, gdzie kapitan Tozbek
rozmawiał z jednym z matów, wskazując mapę pokrytą glifami.
- Jedno ostrzeżenie, panienko - powiedział. - Wkrótce porty staną się
mniej przyjemne. Opuścimy Cieśninę Długobrewych i popłyniemy wzdłuż
wschodniej krawędzi kontynentu, w stronę Nowego Natananu. Aż do Płytkich
Krypt nie ma nic ciekawego, a i one nie robią zbyt dobrego wrażenia.
Nawet swojego brata nie puściłbym tam na brzeg bez strażników, a on
gołymi rękami zabił siedemnastu mężczyzn.
- Rozumiem, kapitanie - stwierdziła Shallan. - I dziękuję. Zmieniłam
swoją wcześniejszą decyzję. Musisz zatrzymać statek, żebym mogła
przyjrzeć się okazowi, który płynie obok nas.
Westchnął, uniósł dłoń i przeciągnął palcami wzdłuż jednej ze sztywnych
brwi - podobnie jak inni mężczyźni bawili się wąsami.
- Jasności, to nie jest wskazane. Ojcze Burz! Jeśli wrzucę was do
oceanu...
- To będę mokra - powiedziała Shallan. - Stanu tego doświadczyłam kilka
razy w życiu.
- Nie, po prostu nie mogę na to pozwolić. Jak już powiedziałem, pokażemy
wam skorupy...
- Nie możesz na to pozwolić? - przerwała Shallan.
Patrzyła na niego z, jak liczyła, zdziwioną miną, i miała nadzieję, że
nie widać jej mocno zaciśniętych dłoni. Na burze, nienawidziła
konfrontacji.
- Nie byłam świadoma, że wypowiedziałam prośbę, na którą mógłbyś się
zgodzić lub nie, kapitanie. Zatrzymaj statek. Opuść mnie. To polecenie.
Próbowała to powiedzieć z równym naciskiem, jak Jasnah. Kobieta umiała
wywołać wrażenie, że łatwiej byłoby się sprzeciwić arcyburzy niż jej.
Tozbek przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami, jakby jego ciało
próbowało dalej się sprzeciwiać, ale umysł zwolnił.
- To mój statek... - powiedział w końcu.
- Twojemu statkowi nic się nie stanie - powiedziała Shallan. -
Pośpieszmy się, kapitanie. Nie chciałabym opóźnić dotarcia do portu.
Opuściła go i z bijącym sercem oraz drżącymi rękami podeszła do
skrzynki. Usiadła, częściowo dla uspokojenia.
Tozbek z wyraźną irytacją zaczął wydawać rozkazy. Opuszczono żagle,
statek zwolnił. Shallan odetchnęła, czując się jak idiotka.
A jednak to, o czym mówiła Jasnah, zadziałało. Sposób, w jaki Shallan
się zachowała, stworzył coś w oczach Tozbeka. Iluzję? Może jak same
spreny? Ożywione fragmenty ludzkich oczekiwań?
Santhid zwolnił razem z nimi. Nieco zdenerwowana Shallan wstała, gdy
marynarze zbliżyli się z liną. Niechętnie zawiązali na końcu pętlę, w którą mogła wsunąć stopę, później wyjaśnili, że kiedy będzie opuszczana,
powinna mocno trzymać linę. Zawiązali drugą, cieńszą linę, wokół jej
talii - sposób, by wciągnąć ją, mokrą i upokorzoną, z powrotem na
pokład. W ich oczach było to nieuniknione.
Zdjęła buty, po czym zgodnie z poleceniem przeszła przez reling. Czy
wcześniej było tak wietrznie? Na chwilę zakręciło jej się w głowie, gdy
tak stała, zaciskając palce w skarpetkach na wąskiej krawędzi, a jej
suknia łopotała na wietrze. Podleciał do niej wiatrospren, po chwili
przyjął kształt twarzy wyłaniającej się z chmur. Na burze, niech ten
stwór się nie wtrąca. Czy to ludzka wyobraźnia nadała sprenom skłonność
do psot?
Niepewnie stanęła w pętli, gdy marynarze opuścili ją do jej stóp, a później Yalb podał Shallan maskę, o której mówił wcześniej.
Spod pokładu wyszła Jasnah, rozejrzała się zdezorientowana. Zobaczyła
Shallan podnoszoną nad pokład i uniosła brew.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i gestem kazała się opuścić.
Nie pozwoliła sobie poczuć się głupio, gdy powoli opadała w stronę wody
i rzadkiego zwierzęcia unoszącego się na falach. Mężczyźni zatrzymali ją
stopę albo dwie nad powierzchnią, a wtedy Shallan założyła maskę,
przytrzymywaną paskami i zakrywającą większość twarzy, łącznie z nosem.
- Niżej! - krzyknęła.
Wydawało jej się, że czuje niechęć w leniwym sposobie, w jaki opadała
lina. Jej stopa dotknęła wody i nogę przeszyło przenikliwe zimno. Ojcze
Burz! Ale nie kazała im przestać. Pozwalała, by ją opuszczali, aż jej
nogi w całości zanurzyły się w lodowatej wodzie. Spódnica wydęła się w niezwykle irytujący sposób, w końcu przydeptała jej rąbek - wewnątrz
pętli - by nie podniosła się wokół jej talii i nie unosiła się na
powierzchni wody.
Przez chwilę walczyła z tkaniną, ciesząc się, że mężczyźni na górze nie
widzą jej rumieńca. Gdy materiał namókł, stał się łatwiejszy do
opanowania. W końcu Shallan udało się kucnąć, nie puszczając przy tym
liny, i zanurzyć się do pasa.
Wtedy zanurzyła głowę.
Światło przenikające przez powierzchnię tworzyło świetliste, migoczące
kolumny. W wodzie było życie, gorączkowe, zadziwiające życie. Malutkie
rybki pływały we wszystkie strony, ogryzając dolną część skorupy, która
osłaniała majestatyczną istotę. W rzeczywistości santhid był sękaty jak
stare drzewo, o pofałdowanej skórze, a do tego miał opadające błękitne
macki, niczym meduza, tylko o wiele grubsze. Znikały w głębinach,
ciągnąc się za stworem.
Sama istota była węzłowatą, niebieskoszarą masą ukrytą pod skorupą.
Pofałdowana skóra otaczała jedno wielkie oko po stronie Shallan -
najpewniej drugie znajdowało się po drugiej stronie. Stwór wydawał się
ociężały, a jednak majestatyczny, z wielkimi płetwami, które poruszały
się jak wiosła. Otaczały go dziwne spreny o kształcie grotu strzały.
Wokół krążyły ławice ryb. Choć głębiny wydawały się puste, bezpośrednie
otoczenie santhida obfitowało w życie, podobnie jak okolice statku. Ryby
przepływały między santhidem i statkiem, czasem samotnie, czasem całymi
falami. Czy to dlatego płynął obok statku? Ze względu na ryby i swój z nimi związek?
Spojrzała na istotę, a jej oko - wielkie jak ludzka głowa - przekręciło
się w stronę Shallan, skupiło, stwór ją zobaczył. W tej chwili
dziewczyna nie czuła zimna. Nie czuła zawstydzenia. Wkroczyła do świata,
którego, o ile wiedziała, nie odwiedziła wcześniej żadna uczona.
Zamrugała, tworząc Wspomnienie stwora, by później go narysować.
2
Most numer cztery
Naszą pierwszą wskazówką byli Parshendi. Wiele tygodni przed tym, jak
porzucili zbieranie serc klejnotów, ich wzorzec walki się zmienił. Po
walce pozostawali na płaskowyżach, jakby na coś czekali.
Z osobistego dziennika Navani Kholin, Jeseses roku 1174.
Oddech.
Oddech człowieka był jego życiem. Wydychanym, odrobina po odrobinie, z powrotem na świat. Kaladin odetchnął głęboko, z zamkniętymi oczyma, i przez jakiś czas nie słyszał niczego innego. Jego własne życie. Wdech,
wydech, w rytm bicia grzmotu w piersi.
Oddech. Jego własna mała burza.
Na zewnątrz przestało padać. Kaladin pozostał w ciemności. Kiedy
królowie i bogaci jasnoocy umierali, ich ciał nie palono jak pospólstwa.
Miast tego Dusznikowano je w kamienne lub metalowe rzeźby, na zawsze
znieruchomiałe.
Ciała ciemnookich palono. Stawały się dymem, wznoszącym się w stronę
nieba i tego, co tam czekało, niczym spalona modlitwa.
Oddech. Oddech jasnookich nie różnił się od ciemnookich. Nie był słodszy
ani bardziej swobodny. Oddech królów i niewolników mieszał się, znów był
wdychany i wydychany, raz za razem.
Kaladin wstał i otworzył oczy. Spędził arcyburzę w ciemności tego niewielkiego pomieszczenia z boku nowych koszar mostu czwartego. Samotny. Podszedł do drzwi, ale się zatrzymał. Zacisnął palce na płaszczu, który wisiał na haku. W ciemnościach nie widział ciemnoniebieskiej barwy ani glifu Kholinów - w kształcie pieczęci Dalinara - na plecach. Wydawało się, że każdą zmianę w jego życiu oznaczała burza. Ta była wielka. Otworzył drzwi i wyszedł na światło jako wolny człowiek.
Na razie zostawił płaszcz.
Most czwarty zaczął wiwatować na jego widok. Wyszli wcześniej, by
wykąpać się i ogolić podczas pożegnania burzy, jak to mieli w zwyczaju.
Skała golił każdego, kolejka już się prawie skończyła. Rogożerca nucił
pod nosem, przesuwając brzytwą po łysiejącej głowie Drehy'ego. Powietrze
pachniało wilgocią, a zalane wodą zagłębienie ogniska było jedynym
śladem, jaki pozostał po potrawce, którą spożyli poprzedniego wieczoru.
W wielu aspektach to miejsce nie różniło się zbytnio od składu
drzewnego, który jego ludzie niedawno opuścili. Długie, prostokątne
koszary wyglądały podobnie - Dusznikowane, nie wybudowane, przypominały
ogromne kamienne kłody. Po bokach miały jednak kilka mniejszych
pomieszczeń dla sierżantów, z drzwiami wychodzącymi bezpośrednio na
zewnątrz. Wymalowano je symbolami plutonów, które wcześniej je
zamieszkiwały - ludzie Kaladina musieli je zamalować.
- Moash! - zawołał Kaladin. - Blizna, Teft!
Wszyscy trzej podbiegli do niego, rozchlapując wodę w kałużach. Mieli na
sobie strój mostowych - proste spodnie odcięte pod kolanami i skórzane
kamizele na nagich piersiach. Blizna chodził mimo rany stopy i bardzo
starał się nie utykać. Kaladin nie kazał mu odpoczywać. Rana nie była
poważna, a on go potrzebował.
- Chcę, żebyście się rozejrzeli, co dostaliśmy - powiedział Kaladin,
odprowadzając ich na bok.
W koszarach mieściło się pięćdziesięciu żołnierzy i pół tuzina
sierżantów. Po bokach znajdowały się kolejne koszary. Kaladin dostał
cały kompleks - dwadzieścia budynków - by pomieścić nowy batalion
składający się z dawnych mostowych.
Dwadzieścia budynków. Fakt, że Dalinar bez trudu znalazł kompleks
dwudziestu budynków dla mostowych, świadczył o straszliwej prawdzie -
cenie zdrady Sadeasa. Tysiące zabitych. W pobliżu niektórych koszar
pracowały skryby, nadzorując parshmenów, którzy wynosili sterty ubrań i innych rzeczy osobistych. Własność zmarłych.
Część z tych kobiet miała zaczerwienione oczy i wydawała się wyczerpana. Sadeas uczynił tysiące kobiet w obozie Dalinara wdowami, a pewnie tyle samo dzieci sierotami. Gdyby Kaladin potrzebował kolejnego powodu, by nienawidzić tego człowieka, znalazł go tutaj, w widocznym cierpieniu tych, których mężowie zaufali mu na polu bitwy. W oczach Kaladina nie było większego grzechu od zdrady sojuszników w bitwie. Być może poza zdradą własnych ludzi - zamordowaniu ich po tym,
jak w bitwie ryzykowali życie. Natychmiast poczuł gniew na myśl o Amaramie i tym, co zrobił. Piętno niewolnika znów zapłonęło na jego
czole.
Amaram i Sadeas. Dwaj ludzie w życiu Kaladina, którzy prędzej czy
później musieli zapłacić za to, co zrobili. Wolałby, żeby zapłacili z odsetkami.
Kaladin wciąż szedł z Teftem, Moashem i Blizną. W tych koszarach, powoli
opróżnianych z rzeczy osobistych, również tłoczyli się mostowi.
Wyglądali zupełnie jak mężczyźni z mostu czwartego - takie same kamizele
i długie do kolan spodnie. A jednak w innych aspektach zupełnie nie
przypominali drużyny mostu numer cztery. Rozczochrani, z brodami, które
od wielu miesięcy nie widziały brzytwy, mieli puste spojrzenia.
Zgarbione plecy. Twarze bez wyrazu.
Każdy z nich był samotny, nawet w otoczeniu towarzyszy.
- Pamiętam to uczucie - powiedział cicho Blizna. Niski, żylasty
mężczyzna miał ostre rysy i ślady siwizny na skroniach, choć dopiero
niedawno skończył trzydzieści lat. - Nie chcę, ale pamiętam.
- Mamy tych tutaj zmienić w armię? - spytał Moash.
- Kaladin zrobił to z mostem czwartym, prawda? - spytał Teft, unosząc
palec. - Znów to zrobi.
- Przemiana kilku tuzinów ludzi to coś zupełnie innego niż przemiana
setek - powiedział Moash i kopniakiem odrzucił z drogi gałąź.
Moash, wysoki i masywny, miał bliznę na brodzie, ale żadnego piętna
niewolnika na czole. Chodził wyprostowany, z uniesioną głową. Pomijając
ciemnobrązowe oczy, mógłby uchodzić za oficera.
Kaladin prowadził ich obok kolejnych koszar i szybko przeliczał. Prawie
tysiąc mężczyzn, a choć poprzedniego dnia powiedział im, że byli wolni -
i mogli wrócić do poprzedniego życia, jeśli chcieli - nieliczni wydawali
się skłonni robić coś poza siedzeniem. Pierwotnie było czterdzieści
drużyn mostowych, ale wielu zginęło podczas ostatniego natarcia, a w innych drużynach już wcześniej brakowało ludzi.
- Podzielimy ich na dwadzieścia drużyn - powiedział Kaladin - po około
pięćdziesięciu.
Syl sfrunęła z nieba w postaci świetlistej wstęgi i zaczęła krążyć wokół
niego. Mężczyźni nie pokazywali po sobie, że ją zobaczyli - dla nich
była niewidzialna.
- Nie możemy osobiście szkolić każdego z tego tysiąca, a w każdym razie na początku. Wyszkolimy tych spośród nich, którzy będą chętni, a później odeślemy ich, by dowodzili i szkolili swoje własne drużyny. - To możliwe - powiedział Teft, drapiąc się po brodzie.
Najstarszy z mostowych, jako jeden z niewielu zachował brodę. Większość
pozostałych zgoliła swoje jako oznakę dumy, coś, co odróżniało most
czwarty od zwykłych niewolników. Teft z tego samego powodu bardzo dbał o swoją. Była jasnobrązowa, przetykana siwizną, a przycinał ją krótko,
prawie jak żarliwiec.
Moash skrzywił się, spoglądając na mostowych.
- Zakładasz, że wśród nich będą jacyś "chętni", Kaladinie. Wszyscy
wydają mi się równie przybici.
- Niektórzy wciąż mają w sobie wolę walki - sprzeciwił się Kaladin,
ruszając z powrotem w stronę koszar mostu czwartego. - Na początek ci,
którzy wczoraj dołączyli do nas przy ognisku. Teft, musisz wybrać
pozostałych. Zorganizuj i połącz drużyny, później wybierz czterdziestu
mężczyzn, po dwóch z każdej drużyny, którzy jako pierwsi zostaną
wyszkoleni. Będziesz dowodził tym szkoleniem. Ta czterdziestka będzie
zaczynem, który wykorzystamy, by pomóc pozostałym.
- Pewnie mogę to zrobić.
- Dobrze. Dam ci kilku ludzi do pomocy.
- Kilku? - powtórzył Teft. - Przydałoby mi się więcej niż kilku...
- Kilku musi ci wystarczyć - powiedział Kaladin.
Wszedł na ścieżkę i skręcił na zachód, w stronę królewskiego kompleksu,
który wznosił się na wzgórzu ponad pozostałymi obozami.
- Większość z nas będzie potrzebna, by utrzymać przy życiu Dalinara
Kholina.
Moash i pozostali zatrzymali się obok niego. Kaladin patrzył na pałac. Z pewnością nie wyglądał na mieszkanie króla - tutaj wszystko budowano z kamienia.
- Jesteś skłonny zaufać Dalinarowi? - spytał Moash.
- Dla nas oddał swoje Ostrze Odprysku - zauważył Kaladin.
- Był nam to winny - powiedział Blizna i chrząknął. - Uratowaliśmy jego
burzowe życie.
- To mogła być tylko poza - stwierdził Moash, zakładając ręce na piersi.
- Gra polityczna, on i Sadeas próbujący się wzajemnie zmanipulować.
Syl wylądowała na ramieniu Kaladina, przyjmując postać młodej kobiety w cienkiej, zwiewnej sukni, błękitno-białej. Uniosła złożone ręce i spojrzała na królewski kompleks, gdzie udał się Dalinar.
Powiedział Kaladinowi, że zamierzał zrobić coś, co rozzłości wielu
ludzi. "Zabiorę im ich gierki...".
- Musimy utrzymać go przy życiu - powiedział Kaladin, spoglądając na
pozostałych. - Nie wiem, czy mu ufam, ale jako jedyny na całych
Równinach okazał choć odrobinę współczucia mostowym. Jeśli zginie, jak
myślicie, ile czasu minie, zanim jego następca postanowi sprzedać nas z powrotem Sadeasowi?
Blizna prychnął pogardliwie.
- Niech spróbuje, w końcu przewodzi nam Świetlisty Rycerz.
- Nie jestem Świetlistym.
- W porządku, nieważne - powiedział Blizna. - Czymkolwiek jesteś, będą
mieli problem, by nas zabrać.
- Myślisz, że pokonam ich wszystkich, Blizno? - spytał Kaladin, patrząc
starszemu mężczyźnie w oczy. - Tuziny Odpryskowych? Dziesiątki tysięcy
żołnierzy? Myślisz, że jeden człowiek tego dokona?
- Nie jeden człowiek - upierał się Blizna. - Ty.
- Nie jestem bogiem, Blizno - powiedział Kaladin. - Nie powstrzymam
dziesięciu armii. - Odwrócił się do pozostałej dwójki. - Postanowiliśmy
zostać tutaj, na Strzaskanych Równinach. Dlaczego?
- A co by nam dała ucieczka? - spytał Teft, wzruszając ramionami. -
Nawet jako wolni ludzie i tak skończylibyśmy zwerbowani do takiej czy
innej armii na tych wzgórzach. Albo umarlibyśmy z głodu.
Moash pokiwał głową.
- To miejsce jest równie dobre, jak wszystkie inne, tak długo, jak długo
jesteśmy wolni.
- Dalinar Kholin to nasza największa szansa na prawdziwe życie -
powiedział Kaladin. - Jako jego strażnicy, nie siła robocza wcielona do
wojska. Wolni ludzie, mimo piętna na naszych czołach. Nikt inny nam tego
nie da. Jeśli chcemy wolności, musimy utrzymać przy życiu Dalinara
Kholina.
- A Skrytobójca w Bieli? - spytał cicho Blizna.
Słyszeli, co ten człowiek wyprawiał na całym świecie, zabijając królów i arcyksiążąt wszystkich nacji. Te wieści rozchodziły się po obozach, od
kiedy zaczęły docierać przez łączotrzciny. Cesarz Aziru, martwy. Zamęt w Jah Keved. Pół tuzina innych narodów pozostawionych bez władcy.
- Już zabił naszego króla - stwierdził Kaladin. - Stary Gavilar był jego
pierwszą ofiarą. Miejmy nadzieję, że tu już skończył. Tak czy inaczej,
musimy chronić Dalinara. Za wszelką cenę.
Kiwali głową jeden po drugim, choć niechętnie. Nie miał do nich
pretensji. Zaufanie do jasnookich niewiele im dało - nawet Moash, który
wcześniej dobrze mówił o Dalinarze, najwyraźniej tracił do niego
sympatię. I w rzeczy samej, do wszystkich jasnookich. Właściwie Kaladina
zaskakiwało jego własne zaufanie. Ale niech to burza, Syl lubiła
Dalinara, i to się liczyło.
- Teraz jesteśmy słabi - powiedział Kaladin, ściszając głos. - Ale jeśli
na jakiś czas przystaniemy na ten układ, i będziemy chronić Kholinów,
dobrze nam zapłacą. Będę mógł was wyszkolić, ale tak porządnie, jako
żołnierzy i oficerów. Poza tym wyszkolimy pozostałych. Jako dwa tuziny
byłych mostowych nigdy byśmy sobie nie poradzili. Ale gdybyśmy byli
doskonale wyszkoloną jednostką najemników liczącą tysiąc żołnierzy, z najlepszym dostępnym wyposażeniem? Gdyby doszło do najgorszego i musielibyśmy opuścić obozy, chciałbym to zrobić jako zwarta jednostka,
zahartowana i trudna do zignorowania. Dajcie mi rok z tym tysiącem, a uda mi się.
- No, i to jest plan, który mi się podoba - stwierdził Moash. - Czy
nauczę się walczyć mieczem?
- Nadal jesteśmy ciemnookimi, Moashu.
- Nie ty - odezwał się stojący po drugiej stronie Blizna. - Widziałem
twoje oczy podczas...
- Przestań! - Kaladin odetchnął głęboko. - Po prostu przestań. Więcej o tym nie mów.
Blizna umilkł.
- Ale zrobię was oficerami - powiedział im Kaladin. - Waszą trójkę oraz
Sigzila i Skałę. Będziecie porucznikami.
- Ciemnoocy porucznicy? - spytał Blizna.
W kompaniach składających się z samych jasnookich ten stopień był często
odpowiednikiem sierżanta.
- Dalinar mianował mnie kapitanem - wyjaśnił Kaladin. - To najwyższy
stopień, jaki odważył się nadać ciemnookiemu. Cóż, ja muszę mieć pełną
hierarchię dowodzenia dla tysiąca ludzi, więc będziemy potrzebować
czegoś między sierżantem a kapitanem. To oznacza, że wasza piątka
zostanie porucznikami. Dalinar mi pewnie na to pozwoli. Jeśli będziemy
potrzebowali innego stopnia, mianujemy starszych sierżantów. Skała
zostanie kwatermistrzem i zajmie się zapewnieniem wyżywienia dla całego
tysiąca. Mianuję Lopena jego zastępcą. Teft, ty się zajmiesz
wyszkoleniem. Sigzil będzie naszym sekretarzem. Jako jedyny umie czytać
glify. Moash i Blizna...
Spojrzał w stronę obu mężczyzn. Jeden niski, drugi wysoki, szli w taki
sam sposób, swobodnym krokiem, niebezpiecznie, z włóczniami zawsze na
ramionach. Nigdy ich nie zostawiali. Ze wszystkich, których szkolił w drużynie mostu czwartego, tylko ci dwaj instynktownie rozumieli. Byli
zabójcami.
Jak sam Kaladin.
- Nasza trójka - powiedział im - skupi się na ochronie Dalinara Kholina.
Kiedy to tylko będzie możliwe, jeden z nas trzech będzie osobiście go
strzegł. Często jeden z pozostałych dwóch będzie pilnował jego synów,
ale nie dajcie się zwieść, to Czarnego Ciernia mamy utrzymać przy życiu.
Za wszelką cenę. On jest jedyną gwarancją wolności dla mostu czwartego.
Pozostali pokiwali głowami.
- Dobrze - stwierdził Kaladin. - Chodźmy po pozostałych. Czas, żeby
świat zobaczył was takimi, jakimi ja was widzę.
* * *
Za zgodą wszystkich, Hobber usiadł jako pierwszy, żeby zrobić sobie
tatuaż. Szczerbaty mężczyzna był jednym z pierwszych, którzy uwierzyli w Kaladina. Kaladin dobrze pamiętał ten dzień - wyczerpany po biegu z mostem, marzył tylko, żeby się położyć i gapić w niebo. Miast tego
zdecydował uratować Hobbera, zamiast pozwolić mu umrzeć. Tamtego dnia
uratował również siebie.
Reszta drużyny mostu czwartego stała w namiocie dookoła Hobbera, przyglądając się w milczeniu, jak tatuażystka pracuje na jego czole, zasłaniając piętno niewolnika glifami, które przygotował Kaladin. Hobber od czasu do czasu krzywił się z bólu, ale cały czas się uśmiechał. Kaladin słyszał kiedyś, że bliznę można zasłonić tatuażem i okazało się,
że rzeczywiście to działa. Po wpuszczeniu tuszu, to glify przyciągały
wzrok i ledwie było widać, że pod spodem jest blizna.
Po zakończeniu pracy tatuażystka wyjęła lustro, by Hobber mógł się
przejrzeć. Mostowy z wahaniem dotknął czoła. Skóra była zaczerwieniona
od ukłuć, ale ciemny tatuaż doskonale zasłaniał piętno niewolnika.
- Co to oznacza? - spytał Hobber ze łzami w oczach.
- Wolność - odpowiedział Sigzil, zanim Kaladin zdążył to zrobić. - Glif
oznacza wolność.
- Te mniejsze na górze - powiedział Kaladin - oznaczają datę, kiedy
zostałeś uwolniony, i tego, kto cię uwolnił. Nawet jeśli zgubisz
potwierdzenie wyzwolenia, ktokolwiek spróbuje uwięzić cię jako
uciekiniera, bez trudu znajdzie dowód, że tak nie jest. Może zwrócić się
do skryb Dalinara Kholina, które zachowają kopię twojego potwierdzenia.
Hobber pokiwał głową.
- Dobrze, ale to za mało. Dodajcie do tego "Most czwarty".
- Chcesz dać do zrozumienia, że zostałeś wyzwolony z mostu czwartego?
- Nie. Nie zostałem uwolniony z mostu czwartego, lecz przez niego. Za
nic nie oddałbym czasu, który tu spędziłem.
Gadał jak szaleniec. Most numer cztery oznaczał śmierć - dziesiątki
mężczyzn zginęło, biegając z tym przeklętym mostem. Nawet kiedy Kaladin
postanowił ich uratować, stracił stanowczo zbyt wielu. Hobber byłby
głupcem, gdyby nie wykorzystał okazji do ucieczki.
A jednak siedział uparcie dopóki Kaladin nie narysował odpowiednich
glifów dla tatuażystki - spokojnej, krępej ciemnookiej kobiety, która
wyglądała, jakby sama jedna mogła podnieść most. Usiadła na zydlu i zaczęła dodawać dwa glify do czoła Hobbera, tuż pod tym oznaczającym
wolność. Przez cały czas wyjaśniała - znowu - że miejsce tatuażu będzie
przez wiele dni obolałe i w jaki sposób Hobber powinien o nie dbać.
Przyjął nowy tatuaż z uśmiechem na twarzy. Czysta głupota, ale inni
tylko pokiwali głowami i ściskali ramię Hobbera. Kiedy on skończył, jego
miejsce pośpiesznie zajął Blizna i zażądał tego samego kompletnego
zestawu tatuaży.
Kaladin cofnął się nieco, założył ręce na piersi i potrząsnął głową. Za
namiotem na ruchliwym targowisku sprzedawano i kupowano. "Obóz" był tak
naprawdę miastem, wybudowanym po wewnętrznej stronie przypominającej
krater olbrzymiej formacji skalnej. Przedłużająca się wojna na
Strzaskanych Równinach przyciągała wszelkiego rodzaju kupców, jak
również rzemieślników, artystów, a nawet rodziny z dziećmi.
W pobliżu stał Moash, na jego twarzy malował się niepokój. Nie był
jedynym z drużyny, który nie miał piętna niewolnika. Teft też go nie
miał. Zostali mostowymi, choć nie byli wcześniej niewolnikami. W obozie
Sadeasa bieganie z mostem było karą za różnego rodzaju wykroczenia.
- Jeśli nie macie piętna niewolnika - powiedział głośno Kaladin - nie
musicie robić sobie tatuażu. I tak jesteście z nami.
- Nie - powiedział Skała - ja sobie to zrobię.
Usiadł po Bliźnie i zrobił sobie tatuaż na czole, choć nie miał piętna.
W rzeczy samej, wszyscy, którzy nie zostali napiętnowani - w tym Beld i Teft - zrobili sobie tatuaże na czołach.
Tylko Moash zdecydował się na tatuaż na ramieniu. Dobrze. W przeciwieństwie do większości z nich nie będzie musiał chodzić ze
znakiem niewolnictwa na czole.
Moash wstał, a jego miejsce zajął kolejny mężczyzna. Miał marmurkową,
czerwono-czarną skórę. Mostowi byli różnorodną gromadką, ale Shen był
wśród nich wyjątkowy. Parshmen.
- Nie mogę go wytatuować - stwierdziła artystka. - To własność.
Kaladin otworzył usta, ale inni mostowi go uprzedzili.
- Został uwolniony, jak my - powiedział Teft.
- Jest jednym z drużyny - dodał Hobber. - Zrób mu tatuaż, bo nie
zobaczysz ani kuli od żadnego z nas.
Od razu się zarumienił i posłał spojrzenie Kaladinowi - który miał
zapłacić za wszystko, wykorzystując kule otrzymane od Dalinara Kholina.
Inni mostowi również się odezwali i tatuażystka w końcu poddała się z westchnieniem. Przyciągnęła zydel i zaczęła pracować na czole Shena.
- I tak go nie będzie widać - mruknęła, choć Sigzil miał niemal równie
ciemną skórę jak Shen, a tatuaż był widoczny.
W końcu Shen popatrzył w lustro i wstał. Spojrzał na Kaladina i skinął
głową. Shen niewiele mówił, a Kaladin nie wiedział co o nim myśleć.
Właściwie, łatwo było o nim zapomnieć, zazwyczaj szedł gdzieś z tyłu
grupy mostowych. Niewidzialny. Parshmeni często tacy byli.
Po zakończeniu pracy nad Shenem pozostał tylko Kaladin. Usiadł i zamknął
oczy. Wbijanie igieł bolało bardziej niż się spodziewał.
Po chwili tatuażystka zaczęła przeklinać pod nosem.
Kaladin otworzył oczy, kiedy przetarła jego czoło.
- Co się dzieje? - spytał.
- Tusz nie chce się trzymać! - powiedziała. - Nigdy nie widziałam czegoś
takiego. Kiedy wycieram ci czoło, ścieram tusz! Tatuaż się nie trzyma.
Kaladin westchnął i zorientował się, że w jego żyłach płynie odrobina
Burzowego Światła. Nawet nie zauważył, kiedy je wciągnął, ale robił się
coraz lepszy w utrzymywaniu go. Ostatnimi czasy, kiedy się poruszał,
często przyjmował odrobinę. Utrzymywanie Burzowego Światła przypominało
napełnianie bukłaka winem. Jeśli napełniło się go do końca, a później
otworzyło, wino wylewało się szybko, a później płynął już tylko cienki
strumyk. Podobnie było ze Światłem.
Pozbył się go i miał nadzieję, że tatuażystka nie zauważyła
wypływającego z jego ust obłoczku świecącego dymu.
- Spróbuj jeszcze raz - powiedział, gdy wyjęła nowy tusz.
Tym razem tatuaż chwycił. Kaladin przesiedział proces, zaciskając z bólu
zęby, po czym podniósł wzrok, gdy tatuażystka podstawiła mu lustro.
Twarz, która patrzyła na Kaladina, wyglądała obco. Starannie ogolony,
włosy związane z tyłu, by odsłonić skórę do tatuażu, piętna niewolnika
zasłonięte i na chwilę zapomniane.
Czy mogę znów stać się tym mężczyzną? - pomyślał, unosząc dłoń do
policzka. On umarł, prawda?
Syl wylądowała na jego ramieniu i również spojrzała w lustro.
- Życie ponad śmiercią, Kaladinie - wyszeptała.
Nieświadomie wciągnął Burzowe Światło. Tylko odrobinę, ułamek zawartości
kuli. Płynęło w jego żyłach jak fala ciśnienia, jak wiatry uwięzione w niewielkiej przestrzeni.
Tatuaż na jego czole się roztopił. Ciało wypchnęło tusz, który zaczął
spływać mu po twarzy. Tatuażystka znów zaklęła i chwyciła ścierkę.
Kaladinowi pozostał w oczach obraz rozpływającego się tatuażu. Znikająca
wolność, a pod spodem blizny uwięzienia. Nad którymi dominowało jedno
piętno.
Shash. Niebezpieczny.
Kobieta wytarła jego twarz.
- Nie wiem czemu tak się dzieje! Myślałam, że tym razem chwyci! Ja...
- Nic się nie stało - powiedział Kaladin, wziął od niej ścierkę i dokończył wycieranie. Odwrócił się do pozostałych, mostowych zmienionych
w żołnierzy. - Wygląda na to, że blizny jeszcze ze mną nie skończyły.
Spróbuję raz jeszcze kiedy indziej.
Pokiwali głowami. Musiał im później wyjaśnić, co się działo - znali jego
zdolności.
- Chodźmy - powiedział Kaladin i rzucił tatuażystce niewielką sakiewkę
kul, po czym wziął włócznię, którą wcześniej ustawił obok wejścia.
Pozostali dołączyli do niego, oparli włócznie o ramiona. W obozie nie
musieli być uzbrojeni, ale chciał, żeby przyzwyczaili się, że mogą już
swobodnie nosić broń.
Targowisko było zatłoczone i pełne życia. Namioty oczywiście zwinięto i schowano na czas burzy poprzedniej nocy, ale już wyrosły ponownie. Być
może dlatego, że myślał o Shenie, zauważył parshmenów. Pobieżne
spojrzenie ukazało mu ich dziesiątki. Pomagali ustawiać ostatnie
namioty, nieśli sprawunki jasnookich, pomagali sklepikarzom ustawiać
towary.
Co oni myślą o wojnie na Strzaskanych Równinach? - zastanawiał się
Kaladin. Wojna, która ma na celu pokonanie i być może podporządkowanie
jedynych wolnych parshmenów na świecie?
Gdyby tylko mógł uzyskać od Shena odpowiedź na takie pytanie. Wydawało
się, że parshmen na wszystko reagował wzruszeniem ramionami.
Kaladin prowadził swoich ludzi przez targowisko, które wydawało się o wiele bardziej przyjazne niż to w obozie Sadeasa. Choć ludzie gapili się
na mostowych, nikt nie szydził, a ci, którzy targowali się przy
pobliskich kramach, choć robili to energicznie, nie zaczynali krzyczeć.
Było nawet mniej uliczników i żebraków.
Chcesz w to wierzyć, pomyślał Kaladin. Chcesz wierzyć, że powszechna
opinia na temat Dalinara jest prawdą. Że to honorowy jasnooki z opowieści. Ale o Amaramie ludzie też mówili takie rzeczy.
Idąc, mijali żołnierzy. Zbyt nielicznych. Mężczyzn, którzy byli na
służbie w obozie, kiedy inni wyruszyli na katastrofalną wyprawę, podczas
której Sadeas zdradził Dalinara. Kiedy mijali jeden oddział patrolujący
targowisko, Kaladin zauważył, że dwaj żołnierze z przodu unoszą przed
siebie dłonie, skrzyżowane w nadgarstkach.
Jak poznali stare pozdrowienie mostu czwartego, i to tak szybko? W ich
wykonaniu nie był to pełen salut, jedynie drobny gest, ale skinęli
głowami Kaladinowi i jego ludziom. Nagle spokój panujący na targowisku
objawił Kaladinowi inne oblicze. Być może nie chodziło o porządek i dobre zorganizowanie armii Dalinara.
W tym obozie panowała atmosfera milczącego przerażenia. Zdrada Sadeasa
kosztowała życie tysięcy. Każdy pewnie znał kogoś, kto zginął na
płaskowyżach. I wszyscy się zastanawiali, czy dojdzie do eskalacji
konfliktu dwóch arcyksiążąt.
- Miło, że widzą w nas bohaterów, prawda? - spytał idący obok Kaladina
Sigzil. Odprowadził wzrokiem inny oddział żołnierzy.
- Jak myślicie, jak długo przetrwa ta życzliwość? - spytał Moash. - Ile
jeszcze, nim zaczną mieć do nas pretensje?
- Ha! - Górujący nad nimi Skała klepnął Moasha w ramię. - Dziś nie
narzekamy! Za często to robisz! Nie zmuszaj mnie, żebym cię kopnął. Nie
lubię kopać. Palce stóp mnie bolą.
- Kopnąć mnie? - prychnął Moash. - Przecież ty nawet nie chcesz nosić
włóczni, Skało.
- Włócznie nie służą do kopania narzekaczy. A wielkie unkalackie stopy
jak moje są do tego wręcz stworzone! Ha! Czyż to nie oczywiste?!
Opuścili targowisko i Kaladin poprowadził ich w stronę dużego
prostokątnego budynku w pobliżu koszar. Ten został zbudowany z obrabianego kamienia, a nie Dusznikowany, co pozwalało na o wiele
większą finezję. Takie budowle coraz częściej pojawiały się w obozach, w miarę jak przybywali kamieniarze.
Dusznikowanie było szybsze, ale też droższe i mniej elastyczne. Na ten
temat wiedział właściwie tyle, że ma ograniczone możliwości. Dlatego
wszystkie koszary wyglądały niemal identycznie.
Wewnątrz kamiennego budynku Kaladin zaprowadził swoich ludzi do lady,
przy której posiwiały brzuchaty mężczyzna nadzorował kilku parshmenów
przenoszących bele niebieskiej tkaniny. Rind, główny kwatermistrz
Kholinów, któremu Kaladin poprzedniego wieczoru posłał instrukcje.
Mężczyzna był co prawda jasnooki, ale tak niskiej rangi, że niewiele
różnił się od ciemnookich. Takich jak on zwano "dziesiątakami".
- Ach! - powiedział Rind wysokim głosem, który kontrastował z jego
brzuszyskiem. - W końcu jesteście! Przygotowałem je dla was, kapitanie.
Wszystko, co mi zostało.
- Zostało? - powtórzył Moash.
- Mundury Kobaltowej Gwardii! Zamówiłem nowe, a tu mam to, co zostało w magazynie. - Rind spochmurniał. - Widzicie, nie spodziewałem się, że tak
szybko będziemy potrzebować tak wielu.
Obejrzał Moasha od stóp do głów, po czym podał mu mundur i wskazał boks,
w którym mógł się przebrać.
Moash go przyjął.
- Będziemy nosić na wierzchu nasze skórzane kamizele?
- Ha! Te naszyte tak grubo kośćmi, że wyglądaliście w nich jak jakieś
dzikusy z zachodu w świąteczny dzień? Słyszałem o tym. Ale nie,
oświecony Dalinar polecił, by wyposażono was w napierśniki, stalowe
hełmy i nowe włócznie. Jeśli potrzebujecie, kolczuga na czas bitwy.
- Jak na razie - stwierdził Kaladin - wystarczą mundury.
- Będę w tym głupio wyglądał - mruknął Moash, ale poszedł się przebrać.
Rind rozdał wszystkim mundury. Posłał zdziwione spojrzenie Shenowi, ale
bez słowa wydał mu mundur.
Mostowi zebrali się w grupce i rozmawiali podekscytowanymi głosami,
rozkładając mundury. Od dawna żaden z nich nie nosił ubrań innych niż
skóry mostowych lub łachmany niewolników. Ucichli, gdy pojawił się
Moash.
To były nowe mundury, bardziej nowoczesne w stylu niż to, co Kaladin
nosił za swoich czasów w wojsku. Sztywne niebieskie spodnie i wypolerowane na wysoki połysk czarne buty. Zapinana na guziki biała
koszula, poza kołnierzykiem i brzegami mankietów w całości przykryta
kurtką, która sięgała do pasa.
- Teraz wyglądasz jak żołnierz! - powiedział ze śmiechem kwatermistrz. -
Nadal uważasz, że wyglądasz głupio?
Gestem wskazał Moashowi lustro na ścianie.
Mężczyzna poprawił mankiety i wręcz się zarumienił. Kaladin rzadko
widywał go tak wytrąconego z równowagi.
- Nie - przyznał.
Pozostali również zaczęli się przebierać. Niektórzy wchodzili do boksów,
ale większość się nie kłopotała. Byli mostowymi i niewolnikami, ostatnio
większość czasu paradowali w przepaskach biodrowych.
Teft ubrał się najszybciej ze wszystkich, wiedział też, gdzie zapinać
guziki.
- Minęło mnóstwo czasu - szepnął, zapinając pas. - Nie wiem, czy
zasługuję na to, żeby znów coś takiego nosić.
- Tym właśnie jesteś, Teft - powiedział Kaladin. - Nie pozwól, by
zawładnął tobą niewolnik.
Teft chrząknął i przypiął nóż we właściwym miejscu u pasa.
- A ty, synu? Kiedy ty przyznasz się, kim jesteś?
- Zrobiłem to.
- Przed nami. Przed nikim innym.
- Nie zaczynaj od nowa.
- Na burzę, zacznę, kiedy będę miał ochotę - warknął Teft. Pochylił się i odezwał przyciszonym głosem. - Przynajmniej mnie udziel prawdziwej odpowiedzi. Jesteś Mocowiązcą. Nie jesteś jeszcze Świetlistym, ale staniesz się nim, zanim to wszystko się skończy. Inni mają rację, że cię naciskają. Dlaczego nie pójdziesz do tego tam Dalinara i nie wciągniesz trochę Burzowego Światła, żeby rozpoznał w tobie jasnookiego? Kaladin spojrzał na kłębiących się mężczyzn, którzy usiłowali włożyć
mundury, i Rinda, który z wyraźną frustracją usiłował wyjaśnić, jak
zapiąć kurtki.
- Wszystko, co kiedykolwiek miałem, Tefcie - szepnął - odebrali mi
jasnoocy. Rodzinę, brata, przyjaciół. Więcej. Więcej niż umiesz sobie
wyobrazić. Widzą, co mam, i zabierają to. - Uniósł dłoń i zobaczył
unoszące się z niej świetliste smużki, ponieważ wiedział, czego szuka. -
Zabiorą to. Jeśli dowiedzą się, co mogę, odbiorą mi to.
- Na oddech Keleka, jak mogliby to zrobić?
- Nie wiem - odparł Kaladin. - Nie wiem, Tefcie, ale nie przestaję czuć
przerażenia za każdym razem, kiedy o tym myślę. Nie mogę pozwolić, by to
mieli, nie mogę pozwolić, by mi to odebrali... albo was. Milczymy na
temat tego, co potrafię. Nie rozmawiajmy o tym więcej.
Teft mamrotał pod nosem, gdy pozostali mężczyźni w końcu się ubrali,
choć Lopen - ze względu na brak jednej ręki wywinął pusty rękaw na drugą
stronę i wepchnął go do środka, żeby nie zwisał - pomacał naszywkę na
ramieniu.
- Co to?
- Insygnia Kobaltowej Gwardii - powiedział Kaladin. - Osobistej straży
Dalinara Kholina.
- Oni nie żyją, gancho - stwierdził Lopen. - A my nimi nie jesteśmy.
- Racja - zgodził się Blizna. Ku przerażeniu Rinda wyciągnął nóż i odciął naszywkę. - Jesteśmy mostem czwartym.
- Most czwarty był waszym więzieniem - zaprotestował Kaladin.
- Nieważne - stwierdził Blizna. - Jesteśmy mostem czwartym.
Pozostali zgodzili się, odcinali naszywki i rzucali je na ziemię.
Teft przytaknął i też to zrobił.
- Będziemy chronić Czarnego Ciernia, ale nie zastąpimy tego, co miał
wcześniej. Jesteśmy samodzielną drużyną.
Kaladin podrapał się po czole, ale to właśnie osiągnął, zbierając ich
razem i czyniąc z nich zwartą jednostkę.
- Narysuję dla ciebie insygnia w postaci pary glifów - powiedział
Rindowi. - Będziesz musiał zamówić nowe naszywki.
Korpulentny mężczyzna pozbierał z westchnieniem porzucone insygnia.
- Pewnie będę musiał. Mam tu twój mundur, kapitanie. Ciemnooki kapitan!
Kto by pomyślał? Będziesz jedynym w całej armii. Jedynym w historii, o ile wiem!
Nie wydawało się, że uważa to za coś obraźliwego. Kaladin miał
niewielkie doświadczenie z jasnookimi z niskich dahnów jak Rind, choć w obozach byli liczni. W jego rodzinnym mieście była jedynie rodzina pana
miasta - wyższy środkowy dahn - i ciemnoocy. Dopiero gdy dotarł do armii
Amarama, zorientował się, że jasnookich był pełen przekrój, a wielu z nich wykonywało pospolite prace i z trudem wiązało koniec z końcem,
zupełnie jak zwykli ludzie.
Kaladin podszedł do ostatniego węzełka na ladzie. Jego mundur wyglądał
inaczej. Składała się na niego również niebieska kamizelka i dwurzędowy
niebieski płaszcz z białą podszewką i srebrnymi guzikami. Długi płaszcz
należało nosić rozpięty, mimo rzędów guzików po obu stronach.
Często widywał takie mundury. Na jasnookich.
- Most czwarty - powiedział, odcinając z ramienia insygnia Kobaltowej
Gwardii i rzucając je na ladę, gdzie leżały pozostałe.
3
Wzór
Żołnierze donosili, że z daleka obserwuje ich niepokojąca liczba
zwiadowców Parshendich. Później zauważyliśmy nowy wzorzec - nocami
przenikali w pobliże obozów, a następnie szybko się wycofywali. Mogę
jedynie przypuszczać, że nasi wrogowie już wtedy przygotowywali
strategię zakończenia tej wojny.
Z osobistego dziennika Navani Kholin, Jeseses roku 1174.
"Badania nad czasami poprzedzającymi Hierokrację są frustrująco
skomplikowane," czytała Shallan. "W czasie rządów Hierokracji, kościół
voriński niemal całkowicie panował nad wschodnim Rosharem. Wymysły,
którym sprzyjali - i które później rozpowszechniali jako prawdę
absolutną - zakorzeniły się w świadomości społecznej. Co bardziej
niepokojące, stworzono zmodyfikowane kopie starożytnych tekstów,
dostosowujące historię do hierokratycznych dogmatów".
Shallan siedziała w kajucie ubrana w koszulę nocną i czytała przy blasku
kielicha kul. W jej ciasnej kajucie brakowało prawdziwego bulaja, miała
jedynie wąskie okienko biegnące u szczytu zewnętrznej ściany. Słyszała
tylko odgłos wody uderzającej o kadłub. Tej nocy statek nie mógł się
schronić w porcie.
"Kościół tamtej epoki z dużą podejrzliwością traktował Świetlistych
Rycerzy", czytała. "Jednak opierał się na autorytecie Heroldów. To
tworzyło dychotomię, przez którą Odstępstwo i zdrada rycerzy były
przesadnie podkreślane. Jednocześnie opiewano starożytnych rycerzy -
tych, którzy żyli u boku Heroldów w cieniodniach.
Dlatego też badania nad Świetlistymi i miejscem zwanym Cieniomorzem są
szczególnie trudne. Czym jest fakt? Które zapiski zostały napisane na
nowo przez kościół w chybionej próbie oczyszczenia przeszłości z dostrzeganych sprzeczności, by pasowały do preferowanej narracji?
Przetrwały jedynie nieliczne dokumenty z tego okresu, które nie przeszły
przez vorińskie ręce podczas kopiowania z oryginalnego pergaminu do
nowoczesnych kodeksów".
Shallan spojrzała na okładkę książki. Tom był jednym z pierwszych
opublikowanych dzieł Jasnah. Kobieta nie kazała jej go przeczytać. W rzeczy samej, wahała się, kiedy Shallan poprosiła o egzemplarz i musiała
wyciągnąć go z jednej z licznych skrzyń pełnych ksiąg, które trzymała w ładowni.
Dlaczego była tak niechętna, skoro ten tom poświęciła właśnie rzeczom,
które badała Shallan? Czy Jashan nie powinna dać go jej od razu? To...
Wzór powrócił.
Shallan zaparło dech w piersi, kiedy zobaczyła go na ścianie kajuty obok
koi, na lewo od niej. Ostrożnie przeniosła spojrzenie na księgę. Wzór
wyglądał tak samo jak wcześniej, jak kształt, który pojawił się na
kartce.
Od tego czasu widywała go kątem oka, pojawiał się na desce, na tkaninie
koszuli marynarza, w blasku wody. Za każdym razem, kiedy spoglądała
prosto na niego, wzór znikał. Jasnah nie powiedziała nic więcej,
stwierdziła jedynie, że prawdopodobnie jest nieszkodliwy.
Shallan przewróciła kartkę i uspokoiła oddech. Już wcześniej
doświadczyła czegoś podobnego z dziwacznymi istotami o głowach z symboli, które pojawiały się nieproszone na jej rysunkach. Pozwoliła, by
jej wzrok zsunął się z kartki na ścianę - nie prosto na wzór, lecz obok
niego, jakby go wcale nie zauważyła.
Tak, był tam. Wypukły i obdarzony niepokojącą symetrią. Cienkie linie
zwijały się i przenikały jego wnętrze, w jakiś sposób podnosząc
powierzchnię drewna, jak żelazna ślimacznica pod mocno naciągniętym
obrusem.
To była jedna z tych istot. Symbologłowych. Wzór przypominał ich
dziwaczne głowy. Znów spojrzała na kartkę, ale nie czytała. Statek
zakołysał się, a świetliste białe kule w kielichu zabrzęczały.
Odetchnęła głęboko.
I spojrzała prostu na wzór.
Natychmiast zaczął znikać, jego krawędzie się rozpływały. Jednakże, zanim to zrobił, przyjrzała mu się uważnie i stworzyła Wspomnienie. - Nie tym razem - mruknęła, gdy zniknął. - Tym razem cię mam.
Odrzuciła książkę i sięgnęła po węglowy ołówek i arkusz papieru do
rysowania. Skuliła się przy świetle, a rude włosy opadały jej na
ramiona.
Pracowała gorączkowo, przepełniona pragnieniem, by wykonać ten rysunek.
Jej palce poruszały się jakby z własnej woli, odsłonięta bezpieczna ręka
unosiła arkusz do kielicha, który zalewał papier promieniami światła.
Odrzuciła ołówek. Potrzebowała czegoś dokładniejszego, zdolnego rysować
cieńsze linie. Tusz. Ołówek był świetny do rysowania miękkich odcieni
życia, ale to coś, co rysowała, nie żyło. To było coś innego,
nierealnego. Wyciągnęła pióro i kałamarz, po czym wróciła do pracy,
odwzorowując delikatne, skomplikowane linie.
Przy pracy nie myślała. Sztuka ją pochłaniała i wszędzie wokół pojawiły
się stworzeniospreny. Wkrótce dziesiątki drobnych kształtów tłoczyły się
na niewielkim stoliku przy koi i podłodze kajuty w miejscu, gdzie
klęczała. Spreny przeobrażały się i wirowały, każdy był nie większy od
łyżki, i stawały się kształtami, które niedawno napotkała. W dużej
mierze je ignorowała, choć nigdy nie widziała tak wielu naraz.
Rysowała skupiona, a one przeobrażały się coraz szybciej. Wzór wydawał
się niemożliwy do oddania. Jego skomplikowane powtórzenia dążyły do
nieskończoności. Nie, pióro nie mogło doskonale oddać tego stwora, ale
Shallan była blisko. Narysowała, jak wyrasta spiralą ze środka, a później odtworzyła wszystkie gałązki poza centrum, z których każda miała
swój własny kłąb malutkich linii. Przypominało to labirynt stworzony, by
doprowadzić więźnia do szaleństwa.
Kiedy skończyła ostatnią linię, odkryła, że oddycha ciężko, jakby po
długim biegu. Zamrugała, znów zauważając otaczające ją stworzeniospreny
- były ich setki. Po chwili zaczęły znikać, jeden po drugim. Shallan
ułożyła pióro obok kałamarza z tuszem, który przymocowała do blatu
woskiem, by nie przesuwał się przy kołysaniu statku. Podniosła arkusz,
czekając, aż ostatnie linie wyschną, i czuła się tak, jakby dokonała
czegoś znaczącego - choć nie wiedziała czego.
W chwili, gdy wyschła ostatnia linia, wzór uniósł się przed nią.
Usłyszała wyraźne westchnienie, jakby ulgi.
Podskoczyła, rzuciła papier i wspięła się na łóżko. W przeciwieństwie do
poprzednich razów, wypukłość nie zniknęła, choć opuściła papier -
wykiełkowała z jej rysunku - i przeszła na podłogę.
Nie mogła inaczej tego opisać. Wzór jakimś sposobem przeszedł z papieru na podłogę. Podszedł do nogi jej posłania i owinął się wokół niej, później wspiął się na koc. Nie wyglądał, jak coś poruszającego się pod kocem, to było jedynie przybliżenie. Linie były na to zbyt precyzyjne, nie pojawiło się też rozciąganie. Coś ukrytego pod kocem byłoby jedynie niewyraźnym wybrzuszeniem, a tu widziała dokładny zarys. Zbliżył się. Nie wydawał się niebezpieczny, ale Shallan i tak zadrżała.
Ten wzór różnił się od symbologłowych na jej rysunkach, ale jednocześnie
był taki sam. Spłaszczona wersja, bez torsu i kończyn. Wyglądał jak
abstrakcyjna wersja jednego z nich, krąg z kilkoma liniami, które mogły
oznaczać na kartce ludzką twarz.
Tamte stwory ją przerażały, nawiedzały jej sny, napełniały ją obawą, że
oszalała. Dlatego też, kiedy ten się zbliżył, zeszła z łóżka i odeszła
najdalej, jak mogła. Później z bijącym sercem otworzyła drzwi, by pójść
po Jasnah.
Odkryła, że kobieta czeka na zewnątrz z ręką uniesioną do gałki drzwi. W jej wyciągniętej lewej dłoni stała malutka postać z atramentowej
ciemności - wyglądała jak mężczyzna w modnym stroju z długim płaszczem.
Na widok Shallan roztopił się w cieniu. Jasnah spojrzała na dziewczynę,
po czym rzuciła okiem na podłogę kajuty, gdzie wzór wędrował po drewnie.
- Ubierz się, dziecko - powiedziała Jasnah. - Musimy porozmawiać.
* * *
- Początkowo miałam nadzieję, że będziemy mieć sprena tego samego typu -
stwierdziła Jasnah, siadając na zydlu w kajucie Shallan.
Wzór pozostał na podłodze między nią a dziewczyną, która leżała
wyciągnięta na koi, w szlafroku narzuconym na koszulę nocną i cienkiej
białej rękawiczce na lewej dłoni.
- Ale oczywiście to by było za proste. Już w Kharbranth podejrzewałam,
że należymy do różnych zakonów.
- Zakonów, jasności? - spytała Shallan i za pomocą ołówka ostrożnie
trąciła wzór na podłodze. Cofnął się jak szturchnięte zwierzę.
Shallan fascynowało, jak podnosił powierzchnię podłogi, choć z drugiej
strony nie chciała mieć nic wspólnego z nim samym i jego nienaturalną,
mącącą umysł geometrią.
- Tak - odpowiedziała Jasnah. Atramentowy spren, który towarzyszył jej
wcześniej, już się nie pojawił. - Każdy zakon podobno miał dostęp do
dwóch Mocy, które częściowo się nakładały. Nazywamy je Wiązaniem Mocy.
Jedną z nich jest Dusznikowanie, i to mamy wspólne, choć nasze zakony
się różnią.
Shallan pokiwała głową. Wiązanie Mocy. Dusznikowanie. To były talenty
Zaginionych Świetlistych, umiejętności - podobno jedynie legendarne -
które były ich błogosławieństwem lub przekleństwem, zależnie od tego,
kto je opisywał. Tak w każdym razie utrzymywały księgi, które Jasnah
dała jej do przeczytania w czasie rejsu.
- Nie jestem jedną ze Świetlistych - powiedziała dziewczyna.
- Oczywiście, że nie - odparła Jasnah - tak samo zresztą jak ja. Zakony
rycerzy były konstruktem, jak i całe społeczeństwo jest konstruktem,
wykorzystywanym przez ludzi, by definiować i wyjaśniać. Nie każdy
mężczyzna, który posługuje się włócznią, jest żołnierzem, i nie każda
kobieta, która piecze chleb, jest piekarzem. A jednak broń albo
pieczenie chleba stały się znakami szczególnymi pewnych określonych
zawodów.
- Mówisz więc, że to, co potrafimy...
- Niegdyś definiowało tych, których przyjmowano w szeregi Świetlistych
Rycerzy - dokończyła Jasnah.
- Ale jesteśmy kobietami!
- Owszem - powiedziała lekkim tonem Jasnah. - Spreny nie podzielają
uprzedzeń ludzkiego społeczeństwa. To dość nowoczesne, nie sądzisz?
Shallan przerwała trącanie wzoru.
- Wśród Świetlistych Rycerzy były kobiety?
- Statystycznie właściwa liczba - powiedziała Jasnah. - Ale nie obawiaj
się, że wkrótce zaczniesz machać mieczem, dziecko. Archetyp Świetlistych
na polu bitwy był przesadzony. Z tego, co czytałam, choć oczywiście
świadectwa historyczne nie są pewne, na każdego Świetlistego, który
poświęcił się bitwie, przypadało trzech innych, zajmujących się
dyplomacją, nauką lub w inny sposób pomagających społeczeństwu.
- Ach. - Czy Shallan to rozczarowało?
Głupia. W jej głowie pojawiło się nieproszone wspomnienie. Srebrzysty
miecz. Wzorzec światła. Prawdy, którym nie umiała stawić czoła.
Odepchnęła je, mocno zaciskając powieki.
Dziesięć uderzeń serca.
- Zajęłam się tymi sprenami, o których mi opowiadałaś - mówiła dalej
Jasnah. - Stworami o głowach z symboli.
Shallan odetchnęła głęboko i otworzyła oczy.
- To jeden z nich - powiedziała, wskazując ołówkiem na wzór.
Istota przybliżyła się do skrzyni i to wchodziła na nią, to z niej
schodziła, zupełnie jak dziecko skaczące na kanapie. Nie wydawał się
groźny, raczej niewinny, nawet swawolny - i niezbyt inteligentny. Bała
się czegoś takiego?
- Tak przypuszczam - stwierdziła Jasnah. - Większość sprenów prezentuje
się tu inaczej niż w Cieniomorzu. Wcześniej rysowałaś ich postać tam.
- Ten tu nie robi wielkiego wrażenia.
- Owszem. Muszę przyznać, że jestem rozczarowana. Wydaje mi się, że
przegapiłyśmy coś bardzo ważnego, co mnie irytuje. Zagadkowi mają
przerażającą reputację, a jednak ten, pierwszy okaz, jaki kiedykolwiek
widziałam, wydaje się...
Spren wspiął się na ścianę, ześlizgnął z powrotem, znów się wspiął i ześlizgnął.
- Tępy? - spytała Shallan.
- Może po prostu potrzebuje więcej czasu - powiedziała Jasnah. - Kiedy
związałam się z Kością Słoniową... - Przerwała gwałtownie.
- O co chodzi? - spytała dziewczyna.
- Przepraszam. On nie lubi, kiedy o nim mówię. Robi się wtedy
niespokojny. Złamanie przysięgi przez rycerzy było bardzo bolesne dla
sprenów. Wiele z nich umarło, tego jestem pewna. Choć Kość Słoniowa o tym nie mówi, wydaje mi się, że jego rodzaj postrzega to, co zrobił,
jako zdradę.
- Ale...
- Ani słowa więcej - przerwała jej Jasnah. - Przepraszam.
- Dobrze. Wspominałaś o Zagadkowych?
- Tak. - Jasnah sięgnęła do rękawa, który ukrywał jej bezpieczną rękę, i wyciągnęła z niego złożony arkusz papieru... jeden z rysunków
symbologłowych, które wykonała Shallan. - Tak sami mówią o sobie, choć
my pewnie nazwalibyśmy je kłamstwosprenami. Nie lubią tego określenia.
Tak czy inaczej, Zagadkowi rządzą jednym z większych miast Cieniomorza.
Możesz ich uznać za jasnookich Krainy Umysłu.
- Czyli to coś - powiedziała Shallan, wskazując na wzór, który kręcił
kółka pośrodku kajuty - jest... księciem po tamtej stronie?
- Coś w tym rodzaju. Pozostają w trudnym do zrozumienia konflikcie z honorsprenami. Polityka sprenów nie jest czymś, czemu mogłam poświęcić
dużo czasu. Ten spren będzie twoim towarzyszem i zapewni ci między
innymi umiejętność Dusznikowania.
- Między innymi?
- To się jeszcze zobaczy - powiedziała Jasnah. - Wszystko zależy od
natury sprena. Czego dowiedziałaś się ze swoich badań?
Przy Jasnah wszystko było sprawdzianem umiejętności. Shallan stłumiła
westchnienie. Dlatego właśnie poszła z Jasnah, zamiast wrócić do domu.
Mimo to czasami chciałaby, by kobieta udzieliła jej odpowiedzi zamiast
zmuszać ją do ciężkiej pracy, by sama do nich dotarła.
- Alai twierdzi, że spreny są fragmentami mocy stworzenia. Wiele
uczonych, których prace czytałam, zgadza się z tym.
- To jedno zdanie. Co ono oznacza?
Shallan próbowała nie patrzeć na sprena na podłodze, który ją
rozpraszał.
- Istnieje dziesięć podstawowych Mocy - sił - dzięki którym działa
świat. Ciążenie, ciśnienie, przeobrażenie, tego rodzaju rzeczy.
Powiedziałaś mi, że spreny są fragmentami Krainy Umysłu, które dzięki
ludzkiej uwadze jakimś sposobem zyskały świadomość. Cóż, wydaje się
rozsądne, że wcześniej też czymś były... jak obraz był płótnem zanim
zyskał życie.
- Życie? - powtórzyła Jasnah, unosząc brew.
- Ależ oczywiście - powiedziała Shallan. Obrazy żyły. Nie tak jak
człowiek albo spren, ale... dla niej w każdym razie było to oczywiste. -
Czyli, zanim spreny ożyły, były czymś. Siłą. Energią. Zen-córka-Vath
rysowała malutkie spreny, które widywała wokół ciężkich przedmiotów.
Ciążeniospreny - fragmenty mocy lub siły, która sprawia, że spadamy.
Wydaje się rozsądne, że każdy spren, zanim stał się sprenem, był siłą.
Spreny można podzielić na dwie kategorie - te, które reagują na uczucia
i te, które reagują na siły w rodzaju ognia czy wiatru.
- Wierzysz więc w teorię kategoryzacji sprenów autorstwa Namar?
- Tak.
- Dobrze - powiedziała Jasnah. - Podobnie jak ja. Osobiście podejrzewam,
że z tego podziału sprenów - spreny uczuć kontra spreny natury - wywodzą
się pierwotne wizje "bogów" ludzkości. Honor, który stał się
Wszechmocnym vorinizmu, został stworzony przez mężczyzn pragnących
uosobienia ideału ludzkich uczuć, jaki postrzegali w sprenach.
Pielęgnacja, bogini, której oddają cześć na zachodzie, to ucieleśnienie
natury i sprenów natury. Różnorakie Pustkospreny oraz ich niewidzialny
pan - którego imię zmienia się zależnie od kultury - przywołują na myśl
wroga lub antagonistę. Oczywiście, Ojciec Burz to dziwaczne następstwo
tego wszystkiego, jego teoretyczna natura zmienia się w zależności od
ery vorinizmu...
Umilkła. Shallan zarumieniła się, kiedy uświadomiła sobie, że odwróciła
wzrok i zaczęła kreślić na kocu glif strzegący, by obronić się przed
złem w słowach Jasnah.
- To była dygresja - powiedziała Jasnah. - Przepraszam.
- Jesteś taka pewna, że on nie jest prawdziwy. To znaczy Wszechmocny -
powiedziała Shallan.
- Nie mam lepszego dowodu na jego istnienie niż na istnienie Pasji
Thaylenów, Nu Ralika z Czystego Jeziora czy jakiejkolwiek innej religii.
- A Heroldowie? Sądzisz, że istnieli?
- Nie wiem - przyznała Jasnah. - Tak wielu rzeczy na tym świecie nie
rozumiem. Na przykład, istnieją pewne dowody, że zarówno Ojciec Burz,
jak i Wszechmocny są realnymi istotami, po prostu potężnymi sprenami,
jak Strażniczka Nocy.
- W takim razie byłby prawdziwy.
- Nigdy nie mówiłam, że nie jest - stwierdziła Jasnah. - Twierdziłam
jedynie, że nie uznaję go za Boga, nie czuję też potrzeby, by oddawać mu
cześć. Ale to znów jest dygresja. - Jasnah wstała. - Jesteś zwolniona z innych obowiązków. Przez następne kilka dni masz się skupiać na jednym.
- Wskazała na podłogę.
- Na wzorze? - spytała Shallan.
- Jesteś pierwszą od wielu stuleci osobą, która ma szansę kontaktu z Zagadkowym - powiedziała Jasnah. - Badaj go i zapisuj swoje
doświadczenia, i to szczegółowo. Najpewniej będzie to pierwsze twoje
znaczące dzieło, może się też okazać niezwykle ważne dla naszej
przyszłości.
Shallan wpatrywała się we wzór, który podszedł bliżej i uderzył ją w stopę - czuła go bardzo słabo - a teraz uderzał w nią co chwila.
- Cudownie - powiedziała.