Zdrowym stylem życia zajmowałem się praktycznie od "urodzenia", tzn. od pierwszego roku studiów, kiedy to wdrożyłem na kilka lat dietę wegetariańską i zapoznałem się z literaturą dotyczącą medycyny naturalnej. W latach 90. byłem znanym w okolicy "ekologiem" i miałem wielu niejedzących mięsa znajomych. To były pionierskie czasy. O weganizmie nikt wtedy nie słyszał, już sam wegetarianizm uchodził za dietę ekstremalną. 25 lat temu tematyka holistycznego podejścia do zdrowia była zupełna niszowa. Dla zobrazowania poniższa anegdota. Sąsiad prowadzący osiedlowy sklepik postanowił iść z powstającą ekomodą i stworzyć stoisko ze zdrową żywnością. Jako że mieszkaliśmy w letniskowej miejscowości pod Łodzią, a nie było jeszcze dystrybutorów zdrowej żywności, zaś hurtownie tego typu dopiero raczkowały, wyruszył do jedynego wtedy sklepu z żywnością naturalną na Narutowicza, zaopatrzył się w kilka skrzynek produktów i... po kilku tygodniach większość z nich spożył sam wraz ze swoją rodziną. Ale najzabawniejsze w tej historii jest to, że największym zainteresowaniem cieszyła się kasza jaglana, którą systematycznie uzupełniał na półce. Okazało się, że jedna z gospodyń kupowała ją... do karmienia kur, gdyż nigdzie indziej nie była ona dostępna. W tamtym czasie ten najbardziej szlachetny produkt odkwaszający organizm nie był obecny w zwykłych sklepach. I praktycznie nikomu nie był znany. To jest właśnie symbol epokowej zmiany, jaka się dokonała. Aktualnie kasza jaglana jest w każdym sklepie, często w dwóch wersjach i certyfikowana jako produkt BIO, a nawet w postaci ciastek i zdrowych przekąsek. O setkach przepisów na kulinarnych blogach nie wspominając.
SIŁA Z ROŚLIN
Rezygnując ze spożycia mięsa w wieku 21 lat, odkryłem, że mam znacznie więcej energii. Wyregulował mi się zegar biologiczny. Wciąż pamiętam to ekscytujące uczucie, gdy budziłem się z pierwszymi promykami słońca, otoczony poranną ciszą, z dobrym nastawieniem do życia. Ten rytm pozostał mi praktycznie do dzisiaj. Nigdy nie stosowałem modnych diet, ale eksperymentowałem z różnymi sposobami oczyszczania organizmu oraz z medycyną naturalną. Poza drobnymi incydentami w ciągu swojego życia raczej nie chorowałem. Bardzo rzadko zażywałem też jakiekolwiek leki.
Sporo się zmieniło w 2008 roku. W tamtym okresie uświadomiłem sobie, że coraz gorzej się odżywiam, w mojej diecie ponownie pojawiło się mięso, a do tego moja aktywność ograniczała się do spacerów z dziećmi i rodzinnych zabaw. Może dlatego w wieku 38 lat zauważyłem u siebie wyraźne oznaki spadku samopoczucia, nawet jakiejś formy depresji. Poczułem, że coś niedobrego dzieje się z moim organizmem. Moje samopoczucie znacznie się obniżyło, otarłem się o stan depresji. Rozpocząłem karkołomną podróż do zakamarków mojej duszy i mojego ciała. Błądząc - jakbym stąpał po polu minowym - po kilku głębszych procesach terapeutycznych poczułem wyraźną potrzebę aktywności. Zacząłem się stopniowo odradzać.
POCZUŁEM GŁÓD RUCHU
W konsekwencji następujących we mnie przemian na 40. urodziny zakupiłem profesjonalne kije nordic walking oraz markowy komplet odzieży (buty, spodenki, koszulka, bluza). Typowy nuworysz aktywności ruchowej, reprezentant klasy średniej. Lepiej wygląda, niż faktycznie działa. Jednak z dnia na dzień chodzenie z kijami stało się moją ulubioną formą aktywności. Poczułem głód ruchu. Potrafiłem spędzać codziennie od pół do dwóch godzin w okolicznych terenach zielonych. Wciąż czuję ten zapach zieleni, gdy idę przez park, wciąż pamiętam widok łabędzi na stawie. Obrazki, których nie ujrzysz, siedząc zestresowany za biurkiem. Nordic walking stał się moją superaktywnością na kilka lat. Ale muszę tutaj zaznaczyć, że nigdy nie lubiłem intensywnego wysiłku. Choć każdy sympatyk chodzenia z kijkami wie, że i przy nich można się nieźle napocić.
Zainspirowany literaturą dotyczącą długowieczności wchodziłem na kolejne poziomy wtajemniczenia. Po kilku latach regularnej aktywności moje ciało nieco się odrodziło. W konsekwencji "proroczego" snu i swoistego rozruszania się, w 2013 roku poczułem więcej energii i zacząłem również biegać. Od pamiętnych kilkuset metrów z bólem płuc do kilkukilometrowych treningów. Mój najdłuższy bieg liczył ponad 15 kilometrów. Rok później zaliczyłem pierwszy parametryzowany bieg na 10 kilometrów, który poprzedzał łódzki maraton. Od tego czasu kije i bieganie stały się moimi formami rekreacji. Kije dla przyjemności, bieganie z rozsądku. Praktykowałem też chińskie tai-chi oraz chi kung, miałem nieśmiałe podejście do zajęć jogi. I o zgrozo! Uzmysłowiłem sobie, że jeśli mój umysł jest tak sztywny jak moje ciało, to sam sobie szczerze współczuję. Zacząłem też równolegle pracować z różnymi technikami terapeutycznymi. Do najgłębszych przeżyć zaliczam dziesięciodniowe odosobnienie medytacyjne Vipassany. Wisienką na torcie był zarekomendowany przez przyjaciółkę ze Szwecji cykl warsztatów tańca "5Rytmów" oraz certyfikowany kurs technik antystresowych MBSR obejmujący 8 tygodni zajęć.
TURBOWYSZCZUPLANIE
Ponieważ w moim rodzinnym domu panował duch zdrowego odżywiania, w latach 90. przeczytałem kilkanaście książek o prawidłowej diecie i o wegetarianizmie oraz regularnie uzupełniałem swoją wiedzę w tym zakresie i uznawałem się za osobę znającą zasady dbania o prawidłowe żywienie. Jednak utrzymanie optymalnej wagi, czyli brak "brzuszka", zaczynało być dla mnie coraz większym wyzwaniem. O ile w pierwszym roku na diecie bezmięsnej zrzuciłem 10 kilogramów, o tyle później konsekwentnie, z każdy rokiem, nadrabiałem owe kilogramy. Na zdjęciach z podróży poślubnej z greckiej wyspy Thassos - miałem wtedy 32 lata - wyglądam jeszcze całkiem nieźle, ale wraz ze zbliżaniem się do czterdziestki pojawiały się kolejne kilogramy.
Wiosna 2016 - 76 kilogramów
Lato 2017 - 63 kilogramy
Rok 2017 przyniósł nieprawdopodobną i niespodziewaną zmianę. Zanim jednak to nastąpiło, ograniczenie aktywności ruchowej i zaniedbania w diecie sprawiły, że zacząłem "puchnąć" w oczach. Wieczorem 1 stycznia 2017 roku osiągnąłem szczyt swojej życiowej wagi - 76,6 kilograma. Po chwilowym szoku od 2 stycznia miałem już prosty plan: jem uważnie, zgodnie z zasadami mindfulness (nie przejadam się oraz wykluczam szkodliwe produkty) oraz wracam do biegania. By mieć z tego choć trochę radości, założyłem, że w styczniu będę pokonywał po 2 kilometry w formie porannego joggingu, a z każdym miesiącem będę dodawał do tego dystansu pół kilometra. Miało mnie to doprowadzić do regularnych treningów na dystansie 8 kilometrów, jako optymalnych dla zdrowia. Tak wtedy rozumowałem.
Aż do czasu, gdy w kwietniu 2017 roku pojawiłem się na szkoleniu z techniki slow joggingu prowadzonego osobiście przez japońskiego fizjologa sportu prof. Hiroakiego Tanakę. Trudno opisać moją radość, gdy dowiedziałem się, że odpowiednio wykonywany trucht ma wszelkie atrybuty biegania, ale niweluje wszystko to, czego nie cierpiałem w treningach biegowych: nieustanne zmaganie się z własnym ciałem oraz w efekcie stres o dystans i o końcowy wynik, a w konsekwencji nieuniknione kontuzje, które dotykają dwóch z każdej trójki biegających.
Od kwietnia, za sprawą każdego kolejnego spalonego kilograma, zostałem wiernym fanem slow joggingu. Teraz pseudonim, który sam sobie kiedyś nadałem, czyli Mack z Parą - taka gra słów nawiązująca do postaci Jacka Sparrowa - okazał się jeszcze bardziej zasadny. Takie slow joggingowe bieganie jest piracko przewrotne. Regularne, niezbyt intensywne treningi przyniosły rezultaty, o jakich nawet nie śniłem. Przyjeżdżając na kurs, po trzech miesiącach własnego joggingu, byłem już lżejszy o 5 kilogramów. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po codziennych 25-45 minutowych przebieżkach w tempie niko niko zacząłem regularnie "topnieć" w oczach. W ciągu kolejnych 8 miesięcy spaliłem ponad 10 kilogramów. Co razem dawało ponad 16 kilogramów w niespełna 11 miesięcy. I udało się to, choć moja dieta nie była wolna od ulubionych lodów, gorzkiej czekolady, (zdrowszych) przekąsek, regularnych aktów przejadania się i ewidentnych wpadek (jak późne kolacje we Włoszech czy wieczory z lampką wytrawnego wina).
Połączenie porannych ćwiczeń oddechowych opartych o filozofię mindfulness i regularnych sesji truchtania oraz stosowanie uważnej diety odmłodziło mnie wizualnie o ponad 10 lat. A pewnego dnia okazało się, że moja waga spadła o ponad 2 kilogramy poniżej poziomu, który osiągnąłem na diecie wegetariańskiej w wieku 21 lat. Zatem trudno się dziwić, że zostałem najbardziej zmotywowanym i entuzjastycznym instruktorem slow joggingu w Polsce i w Europie. I że każdego pragnę przekonać o tym, że slow jogging jest brakującym ogniwem w utrzymaniu zdrowia i witalności Europejczyków. Jeśli w ten sposób zadziałał na mnie, to najprawdopodobniej zadziała również na Ciebie. Tym bardziej że podobną historię opowiadał nam nasz Nauczyciel i Mistrz, prof. Hiroaki Tanaka, który, zrzucając w wieku 45 lat zbędne kilogramy, dopracował technikę biegu i treningi tak, że był w stanie pokonać maraton w czasie 2 godzin i 38 minut. Nam nie trzeba mierzyć w taki wyczyn. Wystarczy po prostu zadbać o siebie, odnajdując radość z codziennego witalnego truchtu. A naszym celem powinna być wysportowana sylwetka i dobre samopoczucie.
Zapraszam do powstania z kanapy, zza biurka, z samochodowego fotela i do zadbania o dawkę codziennego ruchu, by czerpać radość z życia do setnych urodzin, albo i dłużej.
Zapraszam do Powstania Witalnego!
Całość dostępna w wersji pełnej.