2
Powiedzmy sobie szczerze: od frontu na pierwszy rzut oka nie jest to najatrakcyjniejsza nieruchomość na rynku.
Ale proszę wziąć pod uwagę jej potencjał.
Dogodnie usytuowana nad chińską restauracją i kioskiem na parterze, obejmuje trzy górne poziomy, które oferują wyjątkową szansę na zdobycie przyczółka na tym obiecującym obszarze. (Niedawno była o nim sympatyczna wzmianka w dzienniku Mail. Co prawda, nie w dziale nieruchomości, ale jednak). Okna budynku wychodzą na wschód, ale przed jaskrawym porannym słońcem chroni go imponujący, ikoniczny gmach Barbican Centre; sprzyjające warunki zapewnia również lokalizacja przy Aldersgate Street w londyńskiej dzielnicy Finsbury, słynącej z umiarkowanego klimatu. Ruch uliczny regulują pobliskie światła; regularnie kursują tędy autobusy. Zaletą jest też bliskość metra: stacje popularnych linii Hammersmith & City, Circle i Metropolitan znajdują się dosłownie minutę drogi stąd.
Drzwi frontowe są wyłączone z użytku, ale to nic. Wejdziemy od tyłu.
Oto przyjemnie łatwe w utrzymaniu podwórze z mnóstwem miejsca na pojemniki na śmieci oraz połamane meble. Proszę nie zwracać uwagi na ten odór, to chwilowa niedrożność rur. Zapraszam do środka tylnymi drzwiami, które dziś trochę ciężko chodzą - zwykle tak nie jest - ale wystarczy potraktować je lekko łokciem i po krzyku. Wejdziemy po schodach, tylko lepiej nie opierać się na tej poręczy. Pełni funkcję raczej ozdobną niż praktyczną. Zauważmy jednak, że to oryginalny element wystroju.
I tak docieramy na pierwsze piętro z dwoma identycznymi biurami z widokiem na wspomnianą już zabytkową ceglaną konstrukcję naprzeciwko. Wszystko w nienaruszonym stanie, zgodnie z pierwotnym projektem. Zwracam uwagę na instalację i wyposażenie. To autentyczne detale z epoki, a lata siedemdziesiąte znów modne, nieprawdaż? Zamieszki, recesja, rasizm - ha! To taki nasz żarcik. A mówiąc poważnie: trzeba tylko odmalować ściany, nadać wnętrzu własny styl. Odrobina żółci, odrobina szarości. Nic tak nie wydobywa naturalnego ciepła pomieszczenia jak odpowiedni dobór barw.
Ale skrzydlaty rydwan czasu wciąż się zbliża, co? Gna coraz dalej i coraz wyżej, coraz dalej i coraz wyżej.
Co oznacza wspinaczkę schodami na następne piętro, krótki trening cardio. Na tynku widać nie wilgoć, tylko przebarwienia pojawiające się z upływem lat. Mamy tu kolejne biura oraz niewielką kuchnię: kawałek blatu na czajnik i mikrofalówkę, szafkę na naczynia i tak dalej. W kranie trzeba wymienić uszczelkę, ale to nic trudnego. Tam mamy ubikację i - och. Poprzedni użytkownik dba o ekologię. Wystarczy spuścić wodę.
Wyżej mamy ostatnie dwa biura. Naszym zdaniem aż się proszą o przerobienie ich na sypialnie. Spadzisty dach dodaje im charakteru, ale pozostawia wiele miejsca na umeblowanie zapewniające maksymalny komfort. Wystarczy wyobrazić je sobie bez tych wszystkich książek telefonicznych, przepełnionych popielniczek i śmieci na wykładzinie. Gruntowne sprzątanie załatwi sprawę. Powinniśmy byli uporządkować lokal przed dniem otwartym, ale mieliśmy problem z dostępem do budynku. Najmocniej przepraszam.
Najwyraźniej okno też się zacięło. Ale można się z tym raz dwa uporać, majstrując chwilę śrubokrętem.
W każdym razie - tak to wygląda. Miejsce jest osobliwe - nieco inne od reszty - i przemawia za nim jego barwna historia. To siedziba jednego z wydziałów tajnych służb, choć niezbyt prężnego. O ile się orientujemy, papierkowa robota. Obecni lokatorzy zajmują go całą wieczność, choć pewnie im się wydaje, że dłużej. Człowiek spodziewałby się, że szpiedzy mają lepsze rzeczy do roboty; zachodzi jednak podejrzenie, że nie należeli do najlepszych w swoim fachu. Może właśnie dlatego tu tkwią.
Widzę, że nie jesteście przekonani - to przez tę toaletę, prawda? - więc może powinniśmy udać się na zachód, do Regent's Park. Tam dostępne są bardziej tradycyjne lokale. Nie, proszę sobie nie zawracać głowy zamykaniem drzwi. Nikt nie przywiązywał tu większej wagi do zasad bezpieczeństwa, co trochę dziwi, kiedy się nad tym zastanowić.
To jednak nie moja sprawa - liczy się tylko znalezienie kupca na tę nieruchomość. Co prędzej czy później nastąpi. Tak to już jest w tej branży; dam głowę, że w waszej również. Ta zasada obowiązuje na całym świecie. Kiedy coś jest na sprzedaż, ktoś to w końcu kupi.
Tak naprawdę to tylko kwestia czasu.
Tylko kwestia czasu.
"Potrzebujesz nasienia od dawcy?" Takie pytanie widniało na ogłoszeniu nad jej głową.
Zdecydowanie nie, chociaż w godzinach szczytu w linii Central Line nie było wykluczone, że i tak je otrzyma.
Chwilowo jednak Louisa Guy miała nadzieję, że jej to nie grozi. Fakt, stała w rogu wagonu, ale odwrócona plecami do otaczającej ją ludzkiej masy, całą uwagę skupiając na drzwiach, w które była wciśnięta. Odbicie w szybie straciło ostrość jak film 3D oglądany bez okularów, wciąż dostrzegała w niej jednak rysy twarzy współpasażerów: rozmazane wargi, poruszające się bezgłośnie do słów piosenek z iPodów, powieki zaciśnięte dla ochrony przed kontaktem wzrokowym. Wprawdzie prawdopodobieństwo, że spotkanie z nieznajomym przybierze nieprzyjemny obrót, było niewielkie - według statystyk na milion przejazdów przypadał pojedynczy incydent - ale nikt nie chciał przełamać tego trendu. Oddychaj głęboko. Nie myśl o potencjalnych nieprzyjemnościach, które mogą cię spotkać. W końcu metro wjechało na stację Oxford Circus, gdzie tłum rozdzielił się niczym wirujące stado szpaków; połowa wylała się na peron i skierowała w stronę wyjść.
Louisa zwykle nie wracała do miasta po pracy. Czasy chodzenia po barach miała w zasadzie za sobą, czego w zasadzie nie żałowała; na zakupy wybierała się w weekendy, a na wydarzenia kulturalne - spektakle, wystawy, koncerty - powiedzmy to sobie szczerze: nigdy; była Londynką, a nie jakąś cholerną turystką. Ale potrzebowała nowych adidasów po tym, jak w zeszłym tygodniu przebiegła w deszczu siedem kilometrów. To był głupi pomysł, ale miała zły dzień; nie potrafiła przestać myśleć o Emmie Flyte. Przed wspomnieniami nie dało się uciec, ale można było zmęczyć się do tego stopnia, że szczegóły zaczynały się zacierać. W każdym razie jej buty albo się skurczyły, albo kompletnie odkształciły i teraz pasowały na stopy kogoś innego i właśnie dlatego jechała do miasta po pracy; od zmiany czasu na letni wieczory stały się jaśniejsze, ale w powietrzu wciąż wisiała zimowa szarzyzna. Emitowane wzdłuż schodów ruchomych reklamy zachęcały ją do zrewidowania spraw fundamentalnych: zmiany banku, zmiany telefonu, zmiany pracy. W idealnym świecie uporałaby się ze wszystkimi trzema jeszcze przed wynurzeniem się na poziom ulicy.
I mokrych od deszczu chodników. Louisa lawirowała między grupkami przechodniów, truchtem pokonała przejście dla pieszych przez Regent's Street, gdzie ledowy sygnalizator odliczał ostrzegawczo 3-2-1, i weszła do sklepu z artykułami sportowymi, którego neonowe logo w mglistym świetle stanowiło bladą imitację samego siebie. Kafelki były śliskie od naniesionego błota. Żółty potykacz nawoływał ją do zachowania ostrożności. Gdyby zachowała ostrożność, Emma Flyte wciąż by żyła. Ale takie myśli nie miały sensu; od tamtej pory zegary przesunięto w przód, a i tak nie dałoby się ich cofnąć o więcej niż godzinę. Dział z butami znajdował się w piwnicy. Znów weszła na schody ruchome; miała wrażenie, że ciągle jeździ w górę i w dół. W górę i w dół.
Wyeksponowane na ścianie w głębi pomieszczenia buty do biegania przypominały rzędy głów z Gry o tron. Jak zwykle trwały promocje, bo sprzedaż w sklepach stacjonarnych szorowała o dno od czasu Wiadomo Czego, ale nawet po obniżkach ceny adidasów były niebotyczne. Przynajmniej tych, które dobrze wyglądały. A chociaż podstawową cechą butów biegowych miało być to, jak leżą na stopie, a nie, jak wyglądają, to mimo wszystko musiały dobrze wyglądać. Dlatego Louisa wybrała te, które sprawiały najlepsze wrażenie na ścianie - co o niczym nie świadczyło, ale stanowiło rozsądny punkt wyjścia - po czym usiadła i je przymierzyła.
Nieźle się w nich czuła. Gdy przeszła się tam i z powrotem, zaczęły lekko uciskać, ale nie potrafiła ocenić, czy wynikało to z ich kroju, czy z faktu, że są nowe. W takich miejscach powinni udostępniać bieżnie. Zgięła kolano i oparła stopę na palcach, żeby sprawdzić, czy to coś da, i zauważyła faceta, który to zauważył - stał przy drugim końcu wystawy i oglądał Nike'i - więc powtórzyła ten ruch, a on dalej ją zauważał, chociaż usiłował sprawiać wrażenie, że jest inaczej. Ukucnęła i nacisnęła czubek każdego z butów, chcąc ocenić, dokąd sięgają palce. Facet odłożył but i cofnął się o krok; jego twarz wyrażała udawaną obojętność. Ta, jasne, pomyślała Louisa, przybijając sobie w myślach piątkę.
Nadal miała to coś.
Znów usiadła, tym razem, żeby zdjąć adidasy. Kosztowały więcej, niż zamierzała wydać; wprawdzie w przeszłości rzadko ją to powstrzymywało, ale może dobrym pomysłem byłoby przymierzyć najpierw kilka innych par. Komórka zawibrowała jej w kieszeni, jakby zgadzała się z tym planem działania, i dokładnie w tym samym momencie Louisa usłyszała w pobliżu sygnał powiadomienia - inny telefon też dał znać o przychodzącym SMS-ie. Należał do faceta, który ją obserwował, a raczej udawał, że tego nie robi; gość wsunął dłoń do kieszeni i zniknął jej z pola widzenia za stoiskiem ze skarpetkami i frotkami na nadgarstki. To mógłby być uroczy początek znajomości, pomyślała autoironicznie. Wow, SMS-y w tym samym momencie - jak często się to zdarza? Równocześnie sięgnęła po własną komórkę, żeby odczytać wiadomość.
Kurwa!
Louisa poderwała się i podbiegła do ściany z wystawą, ślizgając się bez butów. Przytrzymała się stojaka, żeby nie stracić równowagi, ale nie znalazła tam faceta od Nike'ów - czyżby ten typ na schodach ruchomych to on? Przeskakiwał po dwa stopnie naraz, jakby coś go nagle zaalarmowało - jasne, pomyślała. To jest nas dwoje. Nie było sensu go gonić, nie miała butów. A teraz i tak straciła go z oczu; na pewno wyszedł na ulicę i wybrał najbardziej zatłoczony kierunek, żeby rozpłynąć się w tłumie.
Sukinsyn, powiedziała sobie w duchu. Cwany sukinsyn.
A potem, gdy wracała po swoje buty, z każdym krokiem czując, jak wilgoć przesącza się jej przez skarpetki, pomyślała: co tu się, do cholery, dzieje?
Nie licząc sygnału SMS-a, który rozległ się pięć minut wcześniej, była to pierwsza aktywność telefonu Rivera Cartwrighta od wielu dni. Naprawdę powinien zadbać o swoje życie towarzyskie.
- ...Pan Cartwright?
- Mhm.
- Tu Jennifer Knox?
River prowadził w głowie rejestr kobiet, z którymi miał kontakt przez kilka ostatnich lat. Przeszukanie go nie trwało długo - od B do K był pusty.
- Mieszkam obok pana dziadka...?
To wyjaśniało drżenie jej głosu, świadczące o podeszłym wieku. Co za ulga. Bez względu na to, jak widzieli go inni, nie był aż tak zdesperowany.
Dlatego z jego ust padło teraz: "Oczywiście". Jennifer Knox. Sąsiadka, która odwiedzała S.D.; dostawczyni zapiekanek i lokalnych plotek, której wizyty stawały się coraz rzadsze w miarę, jak Stary Drań tracił umiejętność trawienia informacji i pokarmów stałych oraz zaprzątania sobie głowy takimi błahostkami jak to, kim jest ta tak naprawdę znana mu od lat kobieta. Miała numer Rivera, bo to do niego należało zadzwonić, kiedy S.D. potrzebował pilnej pomocy; teraz jednak taka ewentualność nie wchodziła już w grę. O czym Jennifer Knox dobrze wiedziała, ponieważ była na jego pogrzebie.
- Oczywiście - powiedział. - Pani Knox. W czym mogę pomóc?
- W domu ktoś jest.
Miała na myśli dom jego dziadka, który od pewnego czasu stał pusty. Formalnie rzecz biorąc, należał teraz do Rivera - "formalnie rzecz biorąc", jak podkreślała wciąż jego matka, najwyraźniej oznaczało: w każdym możliwym aspekcie, łącznie z prawnym, z wyjątkiem jej osobistego poczucia, że zaburzono naturalny porządek rzeczy - i, również formalnie rzecz biorąc, został wystawiony na sprzedaż, choć za cenę, którą agent uznał za "zdecydowanie, zdecydowanie zbyt optymistyczną" jak na czasy po Wiadomo Czym. Brak zainteresowania nabywców chwilowo odpowiadał Riverowi. Wychował się u dziadków, gdyż porzuciła go tam matka, która na ówczesnym etapie życia nie zastanawiała się, komu przypadnie w spadku nieruchomość. River miał wtedy siedem lat. Razem z domem S.D. miał pozbyć się wielu wspomnień.
Jennifer Knox mówiła dalej.
- Zastanawiałam się, czy nie wezwać policji, ale potem pomyślałam, że może to pana znajomi? Albo, wie pan, potencjalni kupcy?
- Dziękuję, pani Knox. Powinienem był panią uprzedzić. Tak, to starzy znajomi. Są akurat w okolicy i potrzebują noclegu. Wiem, że nie ma tam już mebli, ale...
- Cztery ściany i dach nad głową to już coś, prawda?
- Właśnie. To tańsza opcja niż hotel. Znajomi są tu przejazdem i...
- Każdy robi, co może, prawda? Żeby niepotrzebnie nie przepłacać.
Sam wynajmował dwupokojowe mieszkanie "przyjemnie oddalone od tras turystycznych", jak to kiedyś określił jakiś przemądrzały dupek. Może i odziedziczył wiejską posiadłość, ale na co dzień mieszkał w czymś, co plasowało się raczej w kategorii miejskich hemoroidów. W środku przez większość roku było zimno i nawet w dzień panował mrok. W klubie nocnym po drugiej stronie ulicy dwa razy w tygodniu odbywały się koncerty, a pobliska studzienka kanalizacyjna miała poluzowany właz, więc za każdym razem, gdy przejeżdżał po nim samochód, dało się słyszeć głośne ka-czang ka-czang, wywołujące u Rivera szczękościsk. Rozległo się i teraz, gdy wsuwał telefon do kieszeni. Był to nie tyle dźwięk, co słyszalny ból zęba.
River wystawił środkowy palec w nieokreślonym kierunku obejmującym cały świat. A potem pojechał do domu zmarłego dziadka, żeby sprawdzić, kto się tam włamał.
Tymczasem Roddy Ho robił to, w czym Roddy Ho był najlepszy.
A Roddy Ho był najlepszy we wszystkim, co robił.
Przez co w takich momentach jak ten miał urwanie głowy, ale umówmy się: gdyby bycie Roddym Ho nie nastręczało trudności, każdy by na to poszedł - świat zaroiłby się od Roddych Ho, którzy grubymi paluchami niezdarnie wciskają nie te klawisze na klawiaturze; Roddych Ho z tragicznymi fryzurami, a nawet Roddych Ho działających na laski jak środek odstraszający. W jego alternatywnych wersjach krył się potężny potencjał komediowy, ale Roddy Ho nie mógł sobie pozwolić na to, by go teraz zgłębiać, bo przyciągający laski jak magnes Roddy Ho o fantastycznej fryzurze miał ręce o smukłych palcach pełne roboty.
A owo wszystko, nad którym obecnie ślęczał, wiązało się z uratowaniem Slough House przed zbliżającą się falą gówna masowego rażenia.
Jak zwykle.
To, że nadciąga fala gówna, nie ulegało wątpliwości: w końcu chodziło o Slough House. Tak czy owak, to właśnie Rodster we własnej osobie powiadomił Jacksona Lamba o Podtarciu do Czysta, jak nazwał ów proceder. Podtarcie do Czysta wskazywało jednoznacznie na nadciągające gówno, i to gówno masowego rażenia; nie trzeba było geniusza, żeby to rozpracować. Tak to działało na Ulicy Szpiegów: kiedy coś idzie nie tak, potem nie ma czego zbierać. Dlatego Roddy badał teraz rozmiary i gęstość owej fali gówna; próbował ustalić, w jakim dokładnie kierunku zmierza, a jeśli na tym etapie owa metafora przestała już być przydatna, to przynajmniej udało mu się przebić ze swoim komunikatem. Nadciągała fala gówna, a wszyscy mieli nadzieję, że to właśnie Roddy Ho skombinuje rolkę dwuwarstwowego papieru toaletowego.
Chociaż właściwie to oznaczałoby, że sam Roddy ma się zająć podcieraniem tego i owego.
Zbity na moment z tropu sięgnął po kawałek pizzy. Roddy był w swoim biurze; wprawdzie pora sayonary dawno już minęła, ale kiedy ElektRod miał misję do wypełnienia, nie patrzył na zegarek. Poza tym lepiej, żeby niektóre rzeczy nie zostawiły śladów na prywatnym dysku twardym, na przykład gmeranie w danych tajnych służb. Bo rozwiązanie pierwszego problemu, który zidentyfikował Roddy, czyli namierzenie, skąd spływają odchody, okazało się oczywiste: za każdym razem, kiedy Slough House znajdował się na celowniku, można było iść o zakład, że odpowiada za to Regent's Park. A w tym konkretnym przypadku, w operacji Podtarcie do Czysta, czystce poddano sam Slough House.
Mówiąc "czystka", Roddy miał na myśli wymazanie z rejestrów tajnych służb. I to nie tylko Slough House, lecz także samych koni, począwszy od nowego kulawca Wicinskiego aż po Jacksona Lamba; wszyscy zniknęli bez śladu. To znaczy nadal figurowali w strukturach głębokich baz danych; tych obejmujących wynagrodzenia i konta bankowe, gdzie - po paskudnym włamaniu sprzed kilku lat - korzystano z numerów pracowniczych zamiast z nazwisk; dzięki temu wciąż dostawali wypłatę i mieli pracę; ale ich kartoteki osobiste i karty zatrudnienia? Amba Fatima, było i ni ma. Każdy, kto chciałby sprawdzić Roddy'ego Ho w bazie danych służb, znalazłby o nim okrągłe zero informacji. Nada. Nic. Jakby Af-Rod-yzjak przestał istnieć.
Wszystko się kiedyś kończy, wiedział o tym. Weźmy na przykład te ogromne posągi Rycerzy Jedi, obrócone przez Talibów w pył. Sądził jednak, że jego legenda jeszcze przez jakiś czas pozostanie żywa.
Dlatego zastanawiał się, czy nie wpisać się do bazy na nowo - nie nastręczało to zbytnich trudności komuś o wachlarzu talentów Rodinatora: gdyby miał ochotę, mógłby ustawić służbom kutafotkę jako wygaszacz ekranu - ale lepiej było tego nie robić. W Parku musieli zdawać sobie sprawę, z kim zadarli, więc na bank odpalili dodatkowe zabezpieczenia, na wypadek gdyby Wolny Rodnik wkroczył naprawiać wyrządzone przez nich krzywdy. A to wymagało kunsztu wojownika ninja: ostrożności i przebiegłości, czyli wypisz, wymaluj, skilli użytkownika Roddy'ego. Prawdę mówiąc, był niemal niewidzialny. W połowie przypadków ludzie nie zauważali nawet, że jest w pokoju. Dlatego na razie skradał się niczym pantera wśród pikseli, stapiając się z matrycą. Gromadzenie informacji to nie to samo co gromadzenie braku informacji - to drugie wymagało zimnej krwi. A krew Roddy'ego Ho była bardziej lodowata niż miska lodów.
Roddy przerwał pracę, żeby wytrzeć sos do pizzy z klawiatury, i w myślach podsumował poczynione dotąd postępy.
Odkrył przede wszystkim, że ten, kto wymazał ich dane, zrobił to imponująco dokładnie.
Przyszło mu do głowy, że nowicjusze - świeżo upieczeni szpiedzy, dopiero zaczynający pracę w Parku - nie mieliby pojęcia, że Slough House w ogóle istnieje.
Przed oczami stanęła mu wizja pustej przestrzeni na ich ulicy, ignorowanej przez przechodniów luki w zabudowie. Roderick Ho przez ułamek sekundy mimowolnie zastanawiał się, czy kogokolwiek by to obeszło.
Tańcz, jakby nikt na ciebie nie patrzył, pomyślała Shirley Dander.
Co za złamas wymyślił ten tekst?
Przecież w tańcu chodzi właśnie o to, żeby wszyscy na ciebie patrzyli - i jeśli tańczysz jak trzeba, to patrzą. Podpierające ściany zamulacze, żłopiące gin smakowy z żalu, że nie mają takich ruchów. Podrabiany elegant w muszce i okularach na balkonie. Pożerająca się wzrokiem para dzieciaków w rogu. Ej, serio, pomyślała. Marsz na parkiet, zanim rzucę monetą, żeby zdecydować, kogo z was zabiorę do domu.
Co było możliwe, zapewniła siebie w duchu. Ogarnęłaby to z taką łatwością, że powinna nosić na szyi tabliczkę z ostrzeżeniem: "Nie dotykać. Kobieta pod napięciem". Uprzedzić te żałosne pokraki, z kim mają do czynienia.
Ale na razie mogą podziwiać jej ruchy. Nic nie mogło się równać z naturalnym hajem, bo była prawie pewna, że koks przestał już działać. Teraz w żyłach pulsowała jej czysta esencja Shirley.
To popołudnie spędziła w Slough House. Spójrzmy prawdzie w oczy, spędzała tam wszystkie popołudnia, bo nawet gdy była gdzieś indziej, czuła się tak, jakby tkwiła w Slough House. Cień tego budynku rozciągał się jak guma: można było pokonać pieszo połowę drogi do Watford i wciąż czuć go na swoich plecach. To dlatego, że Slough House wysysał z człowieka całą energię, a przynajmniej próbował to zrobić. Sekret polegał na tym, żeby mieć jej więcej, niż Slough House podejrzewał. W każdym razie: ble. To popołudnie spędziła w Slough House, pracując nad jednym z ukochanych projektów Jacksona Lamba. Nazywał go zapleczem zabijaków. Wychodził bowiem z założenia, że nikt nie wkłada pasa szahida i nie wałęsa się w nim po lokalnej ulicy handlowej, nie zdradziwszy się ze swoimi tendencjami antyspołecznymi znacznie wcześniej, na przykład w formie niepłacenia mandatów za nieprawidłowe parkowanie lub korzystania z komórki w strefie ciszy w pociągu. Shirley nie miała co do tego pewności, ale nie w tym rzecz: rzecz w tym, że kiedy pracowało się w Slough House, robiło się to, co kazał Jackson Lamb. Alternatywą było pogodzenie się z faktem, że twoja kariera w tajnych służbach dobiegła końca, a jak każdy kulawy koń przed nią, i każdy kulawy koń, który miał pojawić się po niej, Shirley Dander uważała się za wyjątek od reguły, że Regent's Park nikogo nie przyjmuje z powrotem. Wierzyła, że tak naprawdę tam na nią czekają. Że gdzieś w szafce z dekoracjami mają już przygotowany transparent na jej powitanie.
Tamtego dnia też zamierzała tańczyć.
Tu i teraz, przed nastaniem tej wyśnionej przyszłości, jakaś kobieta ciągle nawiązywała z nią kontakt wzrokowy, udając, że robi to przez przypadek. Niewykluczone, że później szczęście się do niej uśmiechnie, ale w tym momencie pozostało jej tylko gapić się na Shirley jak wszyscy wokół, bo to było You Can Dander, więc cała reszta frajerów powinna wziąć dupy w troki. Poza parkietem Shirley mogła przypominać - jak ujął to jeden z byłych kolegów z pracy - arogancki betonowy słup, ale to nie była cała prawda na jej temat: owszem, nie imponowała wzrostem i miała bardziej walcowatą sylwetkę, niż nakazywały tradycyjne kanony piękna, ale, jak głoszą ogólne prawa fizyki, każde ciało oddziałuje grawitacyjnie na inne ciała, a kiedy Shirley tańczyła, sam Newton byłby pod wrażeniem jej siły przyciągania. A co do byłego kolegi z pracy, to gdyby chwilę później został poproszony o powtórzenie tegoż opisu, nic by nie odpowiedział, zaprzątnięty pytaniem, co wydarzyło się właśnie z jego płucami. Shirley umiała przyjąć konstruktywną krytykę, ale odpowiadała na nią destruktywnie.
Tamta kobieta wciąż się jej przyglądała i wciąż udawała, że tego nie robi. Shirley uznała, że taka konsekwencja zasługuje na podziw. I że taki podziw dla Shirley też zasługuje na podziw. Może należało się zlitować nad biedaczką, wyciągnąć ją z tłumu i rozkręcić na parkiecie; istniało jednak ryzyko, że skończy się to niezręcznie, bo tym, co łączyło partnerów Shirley - zasadniczo miała na myśli partnerów zawodowych, ale efekt ten mógł się przecież rozszerzać na inne dziedziny życia - tym, co łączyło partnerów Shirley Dander, była tendencja do umierania; ich mózgi rozbryzgiwały się na ścianie biura, a wnętrzności rozlewały po zaśnieżonych walijskich wzgórzach... Shirley nie sądziła, że przyniosła im pecha, ale to nie miało większego znaczenia, prawda? Znaczenie miało to, że wszyscy inni tak sądzili, a teraz - z dwoma martwymi partnerami na koncie - próba zmiany reputacji byłaby walką z wiatrakami. Jeśli dołączysz do Shirley, twoje dni są policzone. Nie brzmiałoby to zbyt kusząco dla tych, którzy obserwują ją z bezpiecznej odległości, udając, że tego nie robią.
Światła zawirowały, na parkiecie zadudniło, a ciało Shirley zawibrowało rytmem elektrycznej gitary basowej. Wszystkie oczy skupiły się na niej, a jej to nie przeszkadzało.
Pod warunkiem że ludzie nie zaczną znów umierać.
Miał teraz pieniądze, bo dziadek zapisał mu niewielką kwotę w testamencie - rachunki za leczenie wchłonęły większość oszczędności S.D. jak odkurzacz, ale to, co z nich zostało, wystarczyło Riverowi na własne cztery kółka, pierwsze od lat. Wszystko dokładnie przeanalizował: sprawdzał stan techniczny używanych samochodów, wysłuchał z uwagą wskazówki Louisy, że w ciągu pierwszych trzech lat żółte pojazdy tracą na wartości zaledwie 22 procent, podczas gdy inne kolory aż 30, po czym kupił auto z naklejką "na sprzedaż", które zobaczył na ulicy. Ale to była prawdziwa okazja. I jak dotąd sprawdzało się nieźle, pomyślał, gdy wieczorny Londyn rozpadał się przed nim na salony dywanów i sklepy z łóżkami, garaże i magazyny samoobsługowe. River zostawił za sobą egzystencję pieszego. Mógł to być nawet symbol nowego początku. Trzymał rękę na gałce u drzwi, gotów przejść na następny etap życia. Najpierw musiał jednak ogarnąć sytuację w Kent.
Dom, w którym dorastał, znajdował się pod Tonbridge. Jennifer Knox była sąsiadką S.D., ale tylko według wiejskich standardów. W centrum Londynu między ich domami zmieściłoby się piętnaście mieszkań, których lokatorzy nigdy by się nie widywali. Za miastem nieznajomi bardziej rzucają się w oczy, a światła w domach, w których powinno być ciemno, zostają od razu zauważone. Dlatego River nie miał powodu wątpić w jej słowa: ktoś był - teraz lub wcześniej - w domu jego dziadka.
Mogło chodzić o zwykłe oportunistyczne włamanie. Gazety informowały o śmierci S.D., a złodzieje potrafili zbierać informacje. Istniały jednak również inne opcje. Dziadek Rivera był szpiegiem, legendą tajnych służb. W nekrologu trzymano się wersji oficjalnej, że S.D. pracował w Ministerstwie Transportu; prowadził jednak drugie życie i nie dało się wykluczyć, że niektóre z jego sekretów go przeżyły. Dom stał teraz niemal pusty; większość mebli już wywieziono. Zadbała o to matka Rivera: "Pozwól, że cię trochę odciążę". W pierwszej chwili pomyślał - i Chryste, jak to o nim świadczy? - że chciała przetrząsnąć rzeczy ojca w poszukiwaniu gotówki, więc w kwestii gabinetu był nieprzejednany.
- Książki zostają - oświadczył. - Zatrzymam je.
Matka weszła w swój domyślny tryb, czyli uznała, że oszalał.
- Ty nie czytasz, River.
- Czytam.
- Ale nie aż tyle.
A kto czytał aż tyle? Gabinet dziadka był jaskinią zastawioną regałami, jakby na starość S.D. zamienił się po części w hobbita. Niestety, w ostatnim roku życia nie przeczytał już nic, bo słowa rozmywały mu się przed oczami. Podczas jednej z ostatnich składnych rozmów z wnukiem przyznał: "Tracę kotwicę". Jego spojrzenie przypominało studnię bez dna.
I dlatego gabinet wyglądał teraz jak pokazowe wnętrze nieruchomości na sprzedaż. Książki, krzesła, zasłony; półka z kolekcją osobliwych trofeów: szklaną kulą, bryłą betonu, kawałkiem metalu, który kiedyś był pistoletem parabellum; biurko z arkuszem bibuły wyjęte żywcem z powieści Dickensa, oraz nożyk do otwierania listów - prawdziwy sztylet, który kiedyś należał do Berii. Jeżeli David Cartwright zostawił po sobie jakiekolwiek sekrety, to znajdowały się one gdzieś w tym pomieszczeniu, na tych półkach, ukryte wśród miliarda innych słów. River nie miał pewności, czy naprawdę w to wierzy; nie mógł jednak powiedzieć z niezachwianym przekonaniem, że w to nie wierzy, a skoro on tak myślał, to inni mogli pójść tym samym tropem i wziąć sprawy we własne ręce. Sekrety szpiegów były niebezpieczne zarówno dla ich przyjaciół, jak i dla wrogów, a staruszek przez lata dorobił się jednych i drugich w dużych ilościach. River był sobie w stanie wyobrazić, że członek dowolnej z tych grup wyłamuje zamek w drzwiach lub zręcznie uchyla okno; oczyma duszy widział, jak intruz krząta się po gabinecie, szukając wskazówek. River nie zamierzał na to pozwolić. Tylko on mógł podążyć śladami przeszłości swojego zmarłego dziadka, nikt inny.
Zapadał zmierzch, a ruch na ulicach zelżał, więc River szybko dojechał na miejsce. Zaparkował przy ścieżce prowadzącej do domu S.D. i resztę drogi pokonał pieszo. Z zewnątrz budynek sprawiał wrażenie pustego, okna były ciemne. Staruszka mogła się pomylić. Równie dobrze mogła jednak mieć rację, dlatego River, kryjąc się w cieniu drzew, okrążył dom i najciszej, jak potrafił, wszedł do środka tylnymi drzwiami.
Lech Wicinski robił ciasto z przepisu, który znał na pamięć.
Najpierw odmierz mąkę albo weź na oko tyle, ile potrzebujesz.
Potem dodaj drożdże i szczyptę soli. Wymieszaj je z mąką.
Dolej trochę ciepłej wody i parę łyżek oliwy.
I na koniec spuść powstałej masie taki wpierdol, żeby jej się, kurwa, odechciało.
Przy tym kroku na chwilę stracił wątek.
Dzień, który właśnie mijał, był kiepski, co oznaczało, że niczym nie różnił się od większości pozostałych. Jackson Lamb nabrał zwyczaju podpytywać Lecha, kiedy zamierza umyć okna w biurze, jakby miał wrodzoną potrzebę sprzątania, a pozostałe kulawe konie nie tyle zaczęły patrzeć na niego łaskawiej, co przestały mrozić go wzrokiem; mimo to w Slough House wciąż panowała atmosfera jak na toczącym się niemrawo pogrzebie. Zadanie, które otrzymał po miesiącach gapienia się w ścianę, wymagało nieco mniej energii niż gapienie się w ścianę: Lamb zobaczył w telewizji, przeczytał w gazecie albo wyssał z palca informację o zradykalizowanych nastolatkach, którzy odchodzą z mediów społecznościowych, i uznał, że Lech powinien przyjrzeć się temu zjawisku.
- ...chcesz listę dzieciaków, które odeszły z mediów społecznościowych?
- Tak, z Szajsbuka, Szittera i całej reszty.
- Jakieś pomysły, jak mam się do tego zabrać?
Lamb przez chwilę udawał, że się nad tym zastanawia.
- Mógłbym odwalić twoją robotę za ciebie, jeśli o to pytasz - stwierdził w końcu. - Tyle że wtedy byłbyś tu jeszcze bardziej bez-kurwa-użyteczny niż teraz.
Co stanowiło stosunkowo typowy przebieg interakcji z Lambem.
W każdym razie dni Lecha ginęły w gąszczu hasztagów, podobnie jak twarz, która patrzyła na niego z każdej powierzchni, w której dało się przejrzeć. A prezentowała się koszmarnie. Z daleka można było uznać, że stoczył nierówną walkę z trądzikiem; z bliska widziało się ślady cięć żyletką, mających zasłonić to, co znajdowało się pod spodem. Jakby przejechał sobie po policzkach tarką do sera. Wyglądało to źle, ale mogło być gorzej: blizny skrywały słowo PEDO, wyryte Lechowi na twarzy przez faceta, który ściągnął mu na laptop nielegalną pornografię.
Na myśl o tym Lech zaczął znów napieprzać pięściami w ciasto.
Tamten gość był już poza zasięgiem Lecha - tak się składało, że dzięki Lambowi - podobnie jak kariera Wicinskiego i całe wcześniejsze życie. Ci z Regent's Park za nic nie przyznaliby, że został wrobiony. Oczyszczenie go z zarzutów oznaczałoby, że popełnili błąd, a im się to nie zdarzało. I dlatego nie było powrotu w światła reflektorów ani żadnych oczywistych opcji w razie odejścia z Ulicy Szpiegów: gdyby teraz rzucił robotę, zostałby bez referencji, za to z facjatą statysty z horroru. Pracodawcy raczej by się o niego nie zabijali. Wprawdzie nie mogli skreślić kandydata za starość, homoseksualizm, pochodzenie etniczne, niepełnosprawność, płeć męską, płeć żeńską ani głupotę, ale jeśli wyglądał jak ofiara spowodowanego przez samego siebie wypadku, mogli obrzucić go pogardliwym spojrzeniem i stwierdzić: "Dziękujemy, następny". Dlatego w dającej się przewidzieć przyszłości nie miał alternatywy dla Slough House.
Od tego wszystkiego można się było nabawić paranoi. Tego wieczora wracając autobusem do domu, miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Poczucie to stało się tak irytująco przemożne, że wysiadł wcześniej i poczekał, aż autobus odjedzie, po czym pokonał resztę drogi na piechotę. Wiedział, że to mało prawdopodobne; jeśli status kulawego konia miał jakąkolwiek zaletę, to taką, że nikt się tobą nie interesował. Ale instynktu nie da się wyłączyć.
Przykrył miskę ściereczką. Kiedy ciasto wyrośnie, znów się na nim wyżyje, a potem rozpłaszczy na blasze, poleje oliwą, wysmaruje pastą utartą z czosnku i poszatkowanych listków bazylii, odstawi na godzinę, po czym włoży do piekarnika. I tak powstanie focaccia.
I powiedzcie mi jedno, pomyślał. Powiedzcie mi, jak można mieć zjebane życie, jeśli jego częścią jest pieczenie pieprzonej focaccii?
Musiał uruchomić wszelkie dostępne rezerwy silnej woli, żeby powstrzymać się od ciśnięcia miską o ścianę, ale jakoś podołał.
Popatrzcie tylko.
Catherine Standish niedawno zaczęła znów kupować alkohol; świadomie odtwarzała swoje zwyczaje z czasów pijaństwa, z jedną istotną różnicą: teraz go nie piła. Celowo igrała z ogniem: wcielała się w rolę alkoholiczki, która pragnie utopić troski w butelce, ale ostatecznie robiła to, co należy, i opróżniała ją nad zlewem, rezygnując z groty Aladyna, którą stworzyła. Później czuła się jak w dzieciństwie, gdy po przerwie bożonarodzeniowej dekoracje trafiały znów do swoich pudełek, a życie wracało do zwykłego, nudnego rytmu. Równocześnie rozumiała jednak, jakiego niebezpieczeństwa uniknęła, a żal, że nie stawiła mu czoła, był echem uzależnienia. Nałóg kocha wyzwania; to one stwarzają dogodną okazję do poniesienia porażki. Chociaż w Slough House takich okazji zazwyczaj nie brakowało.
A gdyby komuś groziło, że o tym zapomni, Jackson Lamb zwykle był na miejscu, żeby przywołać go do rzeczywistości.
Dziś jednak opuścił biuro przed Catherine, żeby zająć się jakąś sprawą osobistą; ona też wyszła wcześnie. Wieczór był chłodny; pierwsze dni po przejściu na czas letni przyniosły ze sobą gradobicia i szare chmury, dlatego miała na sobie zimowy płaszcz. Czekała na przystanku - nie swoim, oddalonym od trasy, którą zwykle wracała do domu. Minęło ją już kilka autobusów, ale nie zatrzymała żadnego z nich. Dopiero gdy zza najbliższego rogu wyjechał wózek inwalidzki, który przetoczył się obok niej, ruszyła za nim miarowym krokiem. Zajmująca go osoba nie zdradziła się w żaden sposób z tym, że zauważyła Catherine, tylko dojechała do następnego skrzyżowania; przed przejściem dla pieszych elektryczny warkot silnika na moment ustał. Chociaż Catherine zatrzymała się poza zasięgiem wzroku kobiety na wózku, ta mimo wszystko się do niej odezwała.
- Czy my się znamy?
- Mogę spytać o to samo.
- Proszę dać mi chwilę.
Na odpowiedź potrzebowała tyle samo czasu, co światła na zmianę. Po sygnale do startu wózek znów ruszył przed siebie. Gdy przekraczały ulicę ku bezsilnej wściekłości londyńskich pojazdów, siedząca w nim kobieta ponownie przerwała milczenie.
- Catherine Standish - stwierdziła. - Kiedyś asystentka nieżyjącego już i odżałowanego Charlesa Partnera. A teraz jakiego tytułu należałoby użyć? Sekretarzyni? Pani na zamku? Dziewczyna na posyłki wciąż żyjącego, lecz już godnego pożałowania Jacksona Lamba?
- Który przesyła wyrazy szacunku.
- Naprawdę?
- Właściwie to nie.
- To byłoby do niego niepodobne. Zatem nie zamierza pani udawać, że to przypadkowe spotkanie?
- Czekałam od dziesięciu minut.
- Aż dziw, że nikt pani nie zgarnął. Ta okolica nie lubi wałęsających się bez celu.
Okolicą, o której mówiła, był Regent's Park, bliskie sąsiedztwo siedziby tajnych służb.
- To jedna z zalet bycia kobietą w średnim wieku - powiedziała Catherine. - Metryka działa jak peleryna niewidka.
- Proszę mówić za siebie.
Była to celna riposta. Molly Doran dało się przypisać wiele cech, ale niewidzialność do nich nie należała.
- Zwykle biorę taksówkę - ciągnęła. - Cud, że pani na mnie trafiła. - Wózek zatrzymał się raptownie. - Przykro mi z powodu pani kolegi.
- Dziękuję.
- Jackson nie lubi tracić swoich ludzi.
- Jego ludzie też za tym nie przepadają.
- No proszę, cięty język. - Wózek znów ruszył. - Pani Standish, nie jadę dziś do domu taksówką dlatego, że muszę coś załatwić w mieście. Daję pani dwie minuty na wyjaśnienie, o co chodzi, a potem obie możemy zająć się swoimi sprawami.
- Mamy pewne obawy - zaczęła Catherine.
- To tragiczne, doprawdy.
- I zastanawialiśmy się, czy mogłaby pani nam pomóc.
- A kogo w tym kontekście obejmuje zaimek "my"?
- W zasadzie tylko mnie.
- Rozumiem. - Makijaż Molly uodparniał ją na kpiny: jej twarz była trupio blada, a policzki absurdalnie czerwone. Tak umalowana mogłaby ubiegać się o posadę w innego rodzaju cyrku w charakterze clowna albo akrobatki, choć w tym drugim wypadku miałaby wyjątkowo utrudnione zadanie. Chociażby przez fakt, że jej nogi kończyły się na wysokości kolan.
- Czyli Lamb nie ma pojęcia, że pani ze mną rozmawia? - upewniła się.
Catherine zdawała sobie sprawę, jak łatwo może popełnić błąd, stwierdzając kategorycznie, o czym Lamb ma pojęcie lub nie ma pojęcia w dowolnej chwili, również podczas snu. Najprościej było jednak trzymać się tego założenia.
- Nie ma.
- Szkoda. Kiedy Lamb prosi o przysługę, słono sobie za to liczę.
- Naprawdę?
- Nie chodzi o pieniądze, tylko o informacje. - Molly uśmiechnęła się nieprzyjemnie. - Walutę szpiegów. Można powiedzieć, że gromadzę je kompulsywnie.
- I właśnie z tego powodu chciałam się z panią spotkać.
- To jedyny powód, dla którego ludzie chcą się ze mną spotykać. Mój wyróżnik rynkowy. Mój raison d'?tre. - Molly Doran znów się zatrzymała, a Catherine wyczuła, że towarzyszka uraczy ją przemową. - Jestem archiwistką, pani Standish. Obracam się wśród papierów. Moje małe królestwo wypełniają teczki wypchane sekretami z czasów, gdy ludzie wystukiwali raporty na maszynach do pisania. Jakieś piętnaście lat temu ciągle słyszałam, jak to cyfryzacja wyeliminuje konieczność magazynowania informacji w ten sposób. To było, zanim wszyscy zaczęli trząść gaciami z powodu ryzyka, na jakie narażony jest świat online. - Molly wykonała gest, jakby włączała światło. - Gdy kota nie ma w domu, myszy harcują. Wystarczy jeden cwaniak w Pekinie, żeby dane trafiły do internetu, gdzie każdy ma do nich dostęp. Dlatego zachowałam pracę do dziś i nadal trzymam wydruki w moim archiwum. Może i nie sprawuję pieczy nad przyszłością, ale proszę mi wierzyć, przeszłość wciąż jest w moich rękach. - Molly umilkła na chwilę. - Nawiasem mówiąc, z tymi myszami to była gra słów. Wie pani, mysz, komputer.
- Tak, kojarzę.
- Proszę opowiedzieć o tych swoich obawach. Czyżby w Slough House doszło do trzęsienia ziemi? Czy cały wydział drży w posadach?
Zanim Catherine zdążyła odpowiedzieć, od strony pobliskiego zoo rozległo się wycie.
- Słyszała to pani? - zapytała.
- Owszem. Zły wilk - stwierdziła Molly. - Może przyszedł zdmuchnąć wasz domek?
- Chyba ktoś go w tym ubiegł - odparła Catherine.
Tylne drzwi otwierały się na przedsionek, w którym wieszało się płaszcze i zrzucało kalosze; przynajmniej do tego służył dawniej. Teraz stanowił jedynie pustą i zimną przestrzeń między światem zewnętrznym a kuchnią. River przemknął przez nią cicho. Tak to już jest ze znajomymi domami: człowiek pamięta, w którym miejscu skrzypi podłoga i które zawiasy skrzypią; wie, na których deskach może stanąć całym ciężarem ciała. Na futrynie widniała pojedyncza kreska zrobiona ołówkiem na wysokości jego talii. Była dziełem Rose. "Proszę. Dotąd sięgasz". A później David wyjaśnił mu obowiązujące w życiu zasady: nie zostawiasz informacji o sobie na widoku; nie zaznaczasz nigdzie swojego wzrostu ani wieku, żeby tych danych nie poznały jakieś gnidy. Wtedy River pierwszy raz zetknął się z sekretnym światem dziadka i odtąd już nigdy nie poprosił Rose, żeby go zmierzyła.
Panowała cisza. Gabinet znajdował się na parterze, na tyłach domu: po wyjściu z kuchni wystarczyło skręcić w lewo. Mógłby pokonać tę trasę z zamkniętymi oczami. Drzwi pokoju były odrobinę uchylone. Czy tak je zostawił? Odczekał, aż oczy przyzwyczają mu się do ciemności. Był boleśnie świadomy otaczającej go pustki. Zniknął nawet zegar podłogowy, który pojawił się w korytarzu na długo przed narodzinami Rivera. Brak spodziewanego tykania odczuwał jak miarowe stukanie w ramię.
Za to w gabinecie wciąż powinien zastać półki pełne książek, dywaniki na swoich miejscach, biurko i fotele. Przy kominku będzie stał kosz z polanami, a na stoliku kawowym - radio tranzystorowe. Nie byłby szczególnie zaskoczony, gdyby zobaczył tam również S.D. z kieliszkiem brandy w dłoni. Ale jego dziadek przeszedł już do krainy agentów, a poza tym w powietrzu unosił się zapach spalonego kurzu.
River położył dłoń płasko na drzwiach gabinetu i popchnął je, a one zakołysały się na zawiasach i otworzyły.
Wiekowy grzejnik elektryczny, zwykle wsunięty za fotel S.D., emanował łagodnym blaskiem. W jego poświacie gabinet zaczął przypominać dzieło holenderskiego mistrza: precyzyjnie oddane szczegóły na środku obrazu, które bliżej krawędzi rozmywają się w cieniu. A w najlepiej wyeksponowanym miejscu stał fotel dziadka, znajomy kształt, który odcisnął się w pamięci Rivera równie mocno jak mężczyzna, który go kiedyś zajmował. Siedząca na nim obecnie postać obserwowała nadejście przybysza w całkowitym bezruchu; zdawała się nawet nie oddychać. Równie dobrze mogła być duchem.
- Jezu - rzucił cicho. Wszedł dwa kroki głębiej do pokoju. - ...Sid?
- Cześć, River - odpowiedziała.
Dokładnie w tym samym momencie wiele kilometrów dalej karetka pośpiesznie skręca w Beech Street, a jej pulsujące niebieskie światło najpierw pada na wejście na stację metra Barbican, a potem na lokale przy następnej przecznicy: chińską restaurację i kiosk, oraz na drzwi między nimi, które nigdy się nie otwierają ani nie zamykają. Przez tę krótką chwilę Slough House jest skąpany w świetle: jego okna odbijają blask, jakby w pełni uczestniczył w życiu Londynu; jakby oddychał tym samym powietrzem co wszyscy wokół i żywił te same nadzieje i aspiracje. Nie trwa to długo. Chwilę później karetka pędzi dalej Aldersgate Street, a wycie syreny unosi się ponad dachami; okna Slough House znów stają się ciemnymi kałużami, więc gdyby ktoś podszedł i zajrzał do środka - zakładając oczywiście, że zdołałby zawisnąć tak wysoko nad chodnikiem - nic by tam nie dostrzegł. I nie byłoby to zwyczajne "nic" wynikające z chwilowej nieobecności, lecz głęboka nicość, która pojawia się, gdy wszystko się skończy.
Nikt jednak nigdy nie podchodzi i nikt nie zagląda. Slough House tak rzadko przyciąga uwagę, że równie dobrze mógłby nie istnieć, co wprawdzie nie wydaje się zaskakujące - siedziby szpiegów zasadniczo nie są szczególnie oznakowane - ale sugeruje, że to miejsce jest niepotrzebne. W Londynie bowiem budynek, który najlepiej szybko minąć, to budynek, który nie ma racji bytu. Dni takiego budynku mogą być policzone; może się okazać, że nie jest już konstrukcją z cegieł i zaprawy, lecz okazją inwestycyjną; pustą przestrzenią, która czeka na to, by nadały jej kształt szkło i stal. Historia, którą mieści w sobie ów budynek, nie ma żadnego znaczenia. Dla tych, którzy kupują, sprzedają, posiadają i budują, przeszłość to zaledwie skrót do tego, co dopiero nadejdzie, a to, co dopiero nadejdzie, może przynieść potężny zysk ludziom gotowym zaakceptować zmiany, których to wymaga. Tak przynajmniej głoszą obietnice.
Miasto jest bowiem tworem nietrwałym; jego powierzchnia nieustannie się zmienia, podobnie jak morze.
A w morzu, jak wiadomo, grasują rekiny.