Słonimski. Heretyk na ambonie - Joanna Kuciel-Frydryszak

Reflow text when sidebars are open.
Pamięci moich Rodziców
- Barbary i Andrzeja Kuciel
Tadeusz Konwicki, któremu Antoni Słonimski zapisał w spadku telewizor Sony, nie był zdziwiony, gdy trumna z ciałem przyjaciela nie zmieściła się do grobu i trzeba było poszerzać dół.
- Był większy, niż przewidywały normy. Ale ja o tym wiedziałem - zapisał.
Słonimski nie tylko nie zmieścił się w grobie, ale od zawsze wykraczał też poza wszelkie próby sklasyfikowania go i etykietowania, a było tych prób mnóstwo.
Liberał, pacyfista, antyklerykał, Żyd i mason, wychowawca liberalnej inteligencji, ikona opozycji, guru różowego salonu... On sam lubił myśleć o sobie, że jest "heretykiem na ambonie", pieniaczem, ale w słusznych sprawach. Przykrym w polemikach, jednak w życiu - optymistą, ulegającym licznym złudzeniom.
Nie próbuję zdemaskować mojego bohatera, nie ma takiej potrzeby. Jest czytelny, także wtedy, kiedy czasem wstępuje na drogę wiodącą na manowce. Staram się zajrzeć w te karty jego biografii, które pozwalają zrozumieć jego życiowe decyzje i uwikłania. Jednak Antoni Słonimski, którego losy próbowałam zrekonstruować, to nie tylko homo politicus, nawet nie przede wszystkim. To szukający dla siebie miejsca w świecie poeta, pełen pasji i wiary w swoją misję felietonista, ale też zakochany nieszczęśliwie młodzieniec, a nade wszystko fascynująca osobowość, jak nikt inny dowcipny, a czasem bardzo boleśnie złośliwy.
Książka nie jest szczegółowym zapisem zdarzeń z życia Słonimskiego ani próbą oceny jego politycznych i ideologicznych uwikłań. To raczej reporterska bezstronna opowieść o życiu jednej z ciekawszych postaci, mającej spory wpływ na życie umysłowe Polski XX wieku.
Ta opowieść byłaby dużo uboższa bez udziału wielu osób, które pomogły mi zrozumieć i lepiej poznać mojego bohatera. Szczególne podziękowania kieruję do Anny Trzeciakowskiej, znakomitej tłumaczki, która zawsze znajdowała dla mnie czas, aby opowiedzieć o przyjacielu z czasów młodości. Dziękuję za opowieść Adamowi Michnikowi, którego fascynacja "szefem" nigdy nie wygasła. Wielkie podziękowania za rozmowę należą się też Julii Hartwig, poetce, której przyjaźń była dla Antoniego Słonimskiego jedną z ważniejszych w ostatnich dwudziestu latach życia.
Katarzynie Herbert dziękuję nie tylko za wspomnienie spotkań u poety, ale też za zgodę na publikację listów męża; Marii Iwaszkiewicz za to, że zechciała opowiedzieć mi o przyjacielu swoich rodziców z czasów ich młodości i o trudnej relacji jej ojca ze Słonimskim.
Za cenne informacje i opinie składam podziękowania profesor Alinie Kowalczykowej, Ricie Marianowicz, Józefowi Tejchmie i Krzysztofowi Muszkowskiemu. Dziękuję profesor Halinie Woyke-Urbanowicz, profesorowi Januszowi Maciejewskiemu, Ryszardowi Matuszewskiemu, Andrzejowi Zalewskiemu i Wojciechowi Siemionowi, którzy nie mogli już zobaczyć tej książki. Bardzo wiele zawdzięczam wysiłkom Karola Estreichera, wiernego przyjaciela Antoniego Słonimskiego, który planował napisać jego biografię i dlatego zapisywał każdą ważniejszą z nim rozmowę, co stanowi bardzo cenne źródło informacji o życiu poety.
Prezesowi Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie Zbigniewowi Witkowi składam gorące podziękowania za udostępnienie mi archiwum Karola Estreichera, które zawiera interesujące materiały dotyczące mojego bohatera.
W kwerendach wsparli mnie: Anna Milewicz i Magdalena Bocheńska z Biblioteki Narodowej w Warszawie, Lidia Bakensztos z archiwum Instytutu Badań Literackich PAN, Adele Torrance z archiwum UNESCO w Paryżu, Danuta Bondaryk z Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, Joanna Krasnodębska z Muzeum Emigracji w Toruniu, a także Tomasz Konieczny z wrocławskiego oddziału IPN, za co jestem im bardzo wdzięczna. Za konsultację jednego z rozdziałów bardzo dziękuję profesorowi Andrzejowi Friszke, a Pawłowi Kądzieli za cenne uwagi i spostrzeżenia. Podziękowania należą się Ministerstwu Kultury za półroczne stypendium z Funduszu Twórczości, które umożliwiło mi spokojniejszą pracę przez pewien czas.
Słowa wdzięczności kieruję do swoich przyjaciółek: Beaty Gigiel za dużą pomoc przy pisaniu, Magdy Skawińskiej i Angeliki Kuźniak za wszelkie wsparcie i rady. Nade wszystko dziękuję mej życiowej podporze, Andrzejowi Frydryszakowi, który był także dobrym duchem tej książki.
Dzieci są zakałą ludzkości. Jest to klasa nie produkująca, pasożytnicza, uprzywilejowana, chorowita, samolubna, pozbawiona wychowania i wykształcenia, niegrzeczna i brudna.
Antoni Słonimski, O dzieciach
Gdy pięćdziesięcioletni Słonimski przyjechał z Londynu tuż po wojnie do Warszawy, najpierw poszedł sprawdzić, czy stoi kamienica przy Niecałej, w której się urodził. Potem szukał śladów kawiarni Ziemiańska, w której spędził młodość. Z rodzinnego domu pozostała tylko fasada, a Ziemiańską rozpoznał po zgniecionej balustradzie. Ukochane miasto nie istniało.
Kiedy się rodził na Niecałej, ta niedługa ulica prowadząca do Ogrodu Saskiego w niczym nie przypominała dzisiejszego spokojnego zaułka. Tętniła życiem, rejwachem kupców i klientów mnóstwa sklepików, wytwórni i magazynów. Pod jedynką działała wytwórnia lamp z brązu Karola Burkego, pod piątką laboratorium kosmetyczne, obok zakład wyrobu kapeluszy słomkowych i filcowych, a pod szóstką, gdzie na drugim piętrze mieszkał doktor Słonimski z rodziną, parter zajmowała "Fabryka piór strusich i fantazyjnych oraz kwiatów sztucznych" M. Ciechanowa.
Rodzina Słonimskich: doktor Stanisław, jego żona Eugenia Maria z Goldmanów i dzieci - Halina i Piotr - zajmowała czteropokojowe mieszkanie z ogromną kuchnią. Gdy 15 listopada 1895 roku przyszedł tu na świat Antoni Władysław Słonimski, jego matka miała dwadzieścia sześć lat, ojciec był od żony starszy o lat szesnaście.1
Kiedy pięć miesięcy później rodzice wieźli Antoniego Władysława dorożką do kościoła św. Antoniego przy ulicy Senatorskiej, aby go ochrzcić (ojcem chrzestnym był radca prawny Ludwik Odrowąż-Wilkoński), jego dziad Chaim Zelig Słonimski, ubrany w tradycyjny strój żydowski, modlił się w synagodze. Nie było w tym nic nadzwyczajnego: pod koniec XIX wieku mieszczaństwo żydowskie, a zwłaszcza inteligencja, masowo przechodziło na katolicyzm, zrywając z żydowską tradycją swych ojców, a także manifestując w ten sposób przynależność do polskiego społeczeństwa.
Rodzinę Słonimskich trudno jednak uznać za zwyczajną - Chaim Zelig Słonimski był Żydem wybitnym, założycielem pierwszej gazety naukowej w języku hebrajskim "Ha-Cefira", dyrektorem Szkoły Rabinów w Żytomierzu, a przede wszystkim przedstawicielem haskali - żydowskiego oświecenia. Jego wnuk lubił w nim widzieć buntownika zwalczającego żydowską ciemnotę i zabobon, bardziej od religii ceniącego naukę, a przez to wyklętego przez ortodoksyjne gminy. Ale rzeczywistość wyglądała nieco inaczej: Chaim Zelig był Żydem umiarkowanie postępowym, propagował naukę, ale starał się nie drażnić uczuć religijnych i nie walczył z żydowską ortodoksją. Obracał się chętnie wśród Polaków, ale nie tolerował ateizmu i sprzeciwiał się zawieraniu małżeństw mieszanych.2
Mimo to dwaj z trzech jego synów zmienią wyznanie: Stanisław, ojciec Antoniego, ochrzci się w dojrzałym wieku, drugi syn, Ludwik, ożeni się z Rosjanką i przyjmie prawosławie. Jedynie stryj Józef, zwany przez Antoniego Wujagą, pozostanie wierny religii swego ojca.
Odejście Stanisława Słonimskiego od wiary nie spowodowało w rodzinie rozłamu - Chaim Zelig pojawiał się często we wspomnieniach wnuka, który z właściwym sobie poczuciem humoru chwalił się, że jego dziadek pamiętał jeszcze wojska napoleońskie, ale dodawał, że niestety mgliste to były wspomnienia. "Pamiętam - mówił dziadek - że mieli takie wielkie czapy"3.
Chaim Zelig Słonimski urodził się w Białymstoku. Wcześnie się ożenił i przeniósł do małego białostockiego miasteczka Zabłudów, gdzie z upodobaniem zgłębiał astronomię i matematykę i gdzie zaskoczył niemieckich astronomów, którzy właśnie do Zabłudowa przyjechali obserwować zaćmienie słońca. Młody Chaim w chałacie nie odstępował ich na krok, a gdy zapytali, co go interesuje, odpowiedział, że teleskop, i wygłosił naukowy wykład na temat zaćmienia słońca. Niemiecki uczony bardzo się zdziwił i zapytał: "A skąd pan to wie?". "To wszystko wie każdy Żyd w Zabłudowie"4 - odpowiedział spokojnie Chaim Zelig Słonimski.
Zmarł 15 maja 1904 roku, mając dziewięćdziesiąt cztery lata. Antoni napisze po latach: "Umarł w fotelu, jedząc winogrona i babkę. Chciałbym tak umrzeć"5.
Ale tak się nie stanie.
Najgenialniejszy w rodzie był pradziad Antoniego, a teść Chaima Zeliga Słonimskiego - Abraham Stern. Talent tego skromnego zegarmistrza z Hrubieszowa odkrył ksiądz Stanisław Staszic, właściciel tamtejszych dóbr. Gdy tylko Stern dał się poznać jako człowiek genialny, Staszic natychmiast sprowadził go do Warszawy i wystąpił dla niego o pomoc finansową do cara Aleksandra. Car przyznał Sternowi roczne stypendium - tysiąc dwieście złotych polskich - i jednorazową zapomogę w wysokości tysiąca ośmiuset złotych na udoskonalenie maszyny, nad którą Stern przez wiele lat pracował.6 Była to machina arytmetyczna wykonująca cztery działania z ułamkami.
Kolejna, którą skonstruował po czterech latach, potrafiła wyciągać pierwiastki i była prototypem komputera, jednak nie weszła do powszechnego użycia. Wprawdzie zięć Sterna, Chaim Zelig Słonimski, kontynuował prace nad nią i za jej ulepszony model otrzymał w 1844 roku nagrodę Petersburskiej Akademii Nauk, ale to Szwed Willgott T. Odhner dopiero trzydzieści lat później opatentował w Niemczech maszynę niemal identyczną, i to na jego pomyśle oparta była większość powstałych później arytmometrów.7
Stern pracował równocześnie nad innymi wynalazkami: opracował model żniwiarki, która zastępowała pracę ośmiu osób, i wózek topograficzny do tworzenia map terenowych.8
Stanisław Staszic postanowił zarekomendować zdolnego wynalazcę Towarzystwu Przyjaciół Nauk, co na początku wywołało sprzeciw jego członków. Nie chcieli w swoim gronie Żyda. Dopiero kiedy Staszic zagroził dymisją i kiedy interweniował generał Aleksander Chodkiewicz, sytuacja została opanowana i 30 kwietnia 1817 roku Abraham Stern, w stroju polskiego izraelity, z długą czarno-rudawą brodą, wygłosił swój pierwszy odczyt na temat maszyny do liczenia i wyciągania pierwiastków.
Pismo Stanisława Staszica rekomendujące Abrahama Sterna do Towarzystwa Przyjaciół Nauk.
Zmarł 2 lutego 1842 roku w wieku siedemdziesięciu lat i został pochowany na najstarszym w Warszawie cmentarzu żydowskim na Bródnie. Dziś nie sposób znaleźć jego grobu. Cmentarz został zdewastowany w czasie wojny, a macewy posłużyły do budowy chodników.
Antoni Słonimski był bardzo dumny ze swego pradziada. Po antysemickiej nagonce w 1968 roku napisał list do Władysława Gomułki, gdy ten na oczach całej Polski wypominał mu, że nie wie, kim jest: Polakiem czy Żydem.
W liście do pierwszego sekretarza Słonimski wspomniał o swoim pradziadku, który - zawsze lojalny wobec rodzinnego kraju - nigdy nie skorzystał z licznych propozycji wyjazdu za granicę i pracy na rzecz innego społeczeństwa niż polskie.
List zakończył mocnymi słowami:
Mówię o moim pochodzeniu nie bez pewnej dumy i satysfakcji snobistycznej, ale pragnę tu podkreślić z całą stanowczością, że gdybym był potomkiem żydowskiego bankiera czy śmieciarza, takie samo miałbym prawo uważać się za Polaka, bo Polska nie uznała nigdy terminologii norymberskiej Niemiec hitlerowskich.9
Gdy po Marcu nie mógł publikować i zaczęły mu się kończyć oszczędności, postanowił sprzedać Muzeum Narodowemu swoją najcenniejszą pamiątkę rodzinną: pismo Stanisława Staszica rekomendujące jego pradziada Towarzystwu Przyjaciół Nauk:
Stern, znany dobrze Towarzystwu, ma nadzwyczajną biegłość w mechanice. Wynalazca machiny arytmetycznej czterech działań z ułomkami. Wynalazca machiny do wyciągania pierwiastków kwadratowych z ułomkami. Podaję go za przybranego. Staszic.
Najstarsze ślady rodu Słonimskich odnajdziemy na cmentarzu żydowskim w Warszawie przy ulicy Okopowej, gdzie pochowani są: Chaim Zelig Słonimski, jego żona, a córka Sterna, Sara, oraz stryj Józef.
Babcia Sara była silną, twórczą osobowością, jedną z bardziej ekscentrycznych w rodzinie. Zasłynęła wystawieniem sztuki w jidysz z udziałem uczniów szkoły rabinackiej w Żytomierzu, której Chaim Zelig był wówczas kuratorem. Amerykański kuzyn Antoniego, Nicolas Slonimsky, przytacza rodzinną anegdotę o babce, która była wyjątkową bałaganiarą, i kiedy chciała wyjść za mąż za niezbyt zamożnego mężczyznę, przeciwny temu Abraham Stern podczas proszonego obiadu wrzucił do wazy z zupą niedoprane skarpetki córki, czym skutecznie spłoszył adoratora. Nicolas zastrzega jednak, że tę opowieść zasłyszał od swej matki, która niezbyt lubiła Słonimskich, uważając ich za bardzo niepraktycznych.10
Nicolas Slonimsky także był postacią nietuzinkową. Pochodził z rosyjskiej gałęzi rodu: jego ojciec, Ludwik Słonimski, ożenił się z Rosjanką i wyjechał z Warszawy do Petersburga. Tu był redaktorem czasopisma "Wiestnik Jewropy" i jako pierwszy przybliżył rosyjskim czytelnikom idee Karola Marksa w książce Doktryna ekonomiczna Karola Marksa.
Musiał ją czytać także dwudziestoletni wówczas Lenin. Mój kuzyn, polski poeta Antoni Słonimski zauważył półżartem, że moja rodzina ponosi częściową odpowiedzialność za przewrót bolszewicki, gdyż to z książki mojego ojca Lenin dowiedział się o marksowskiej doktrynie rewolucji proletariackiej.11
Brat Nicolasa, Michaił, zyskał sławę jako radziecki pisarz (autor między innymi wydanej w Polsce powieści Inżynierowie, opiewającej sowiecki system). Sam Nicolas wyemigrował do Ameryki, gdzie poświęcił się muzyce i leksykografii. Przeżył sto jeden lat, a kiedy miał lat osiemdziesiąt siedem, wystąpił na koncercie Franka Zappy w Santa Monica. Ten genialny muzyk bardzo cenił dorobek Słonimskiego, odnalazł go więc w Los Angeles i zaproponował mu, aby zagrał na jego koncercie. Kiedy Słonimski wyszedł na scenę, Zappa powiedział: "To jest nasz narodowy skarb"12.
Nicolas, starszy o rok od swego polskiego kuzyna, podziwiał Antoniego, ale największe wrażenie zrobiła na nim informacja, że pracował dla niego Adam Michnik.
- Teraz więc, kiedy mnie nękają wydawcy z powodu moich wiecznych spóźnień, mówię im: "Tak, przyznaję, spóźniłem się; przyznaję się do wszystkiego, ale mój kuzyn był jak ojciec chrzestny dla "Solidarności". To się na pewno musi jakoś liczyć!"13.
Kolejnym utalentowanym Słonimskim, który rozsławił w świecie to nazwisko, jest rosyjski kompozytor muzyki awangardowej Siergiej Słonimski, syn Michaiła. (Rosyjską gałąź rodziny, jak i w ogóle losy rodu Słonimskich, opisała obszernie Janina Kumaniecka w książce Saga rodu Słonimskich.)
Kiedy w czasach głębokiego PRL-u Siergiej odwiedził swego stryja Antoniego w Warszawie, nie mógł się nadziwić, że tyle czasu można swobodnie spędzać w kawiarniach. Był początkującym kompozytorem i stryj wspomógł go nowymi krawatami, prawdopodobnie przywiezionymi z Anglii, bo w takich gustował najbardziej.
Antoni, zwany w domu Tolkiem, fizycznie podobny był do matki - dorodnej, mało urodziwej kobiety. On sam mówił, że odziedziczył po niej dłonie i szczupłe palce. Ale na ogół niewiele o niej mówił i jeszcze mniej pisał. Matka - dawał do zrozumienia - należała do innego świata niż ojciec, a to świat ojca pociągał go i kształtował.
Eugenia Maria Goldman była neofitką, gorliwą katoliczką pamiętającą z dzieciństwa jidysz. Jej rodzina pochodziła z okolic Radomska, gdzie miała swój majątek. Spokrewniona była z Poznańskimi i właśnie pod nazwiskiem Poznańska występuje w dokumentach po 1945 roku. Natomiast brat matki, Daniel, przyjął nazwisko Iwanow, przeszedł na prawosławie i został pułkownikiem petersburskiej gwardii.14 W związku z tym Stanisław Słonimski - zapamiętał Antoni - nie akceptował szwagra i wyrzucał go z domu, gdy ten chciał się widzieć z siostrą.
W rodzinie matki także nie brakowało ludzi wybitnych. Jej krewnym był Alfred Poznański, który pod pseudonimem Savoir pisał komedie, bardzo popularne szczególnie we Francji, dokąd wyemigrował.
Eugenia Goldman była druga żoną doktora Stanisława Słonimskiego. Z pierwszą, Idą Korngold, miał Stanisław Słonimski syna Adama, najtragiczniejszą postać w rodzinie, który popełnił samobójstwo w piotrkowskim getcie.
Matka, Eugenia Słonimska.
W ostatnim roku życia osiemdziesięcioletni Antoni Słonimski, owdowiały, często powracał do swego dzieciństwa i domu przy Niecałej.
Anna Trzeciakowska, wybitna tłumaczka z angielskiego, która w tamtym czasie należała do grona przyjaciół poety opiekujących się nim po stracie żony, często wieczorami słuchała jego wspomnień, gdy otulony pledem siedział w niewielkim pokoiku, który wcześniej był sypialnią Janiny.
- Antoni głównie mówił o ojcu, o mamie rzadko. Właściwie nie rozumiał wyboru swego ojca, uważał, że rodzice nie pasowali do siebie. Z jego opowiadań wynikało, że ojca drażniła jej bigoteria, i być może Antoni od niego przejął stosunek do matki. Opowiadał mi, że on i jego brat Piotr dostali imiona po dozorcach w kamienicy, bo tak zdecydował ojciec wbrew matce, która chciała nadać synom imiona bardziej wyrafinowane, mniej pospolite niż "Antoni" i "Piotr" - mówi Anna Trzeciakowska.
W archiwum Słonimskiego znajdujemy kartkę z napisanym przez niego zdaniem: "Portret Matki - b. pospolita"15. To prawdopodobnie część szkicu do wspomnień, które nie powstały, więc nie opisał nigdy swej matki. Poświęcił jej zaledwie jeden wiersz - Hiacynty, ale jest to raczej westchnienie do dzieciństwa niż tęsknota za matką, prawie nieobecną duchowo w jego życiu. "To nieprawda, że latem pachną hiacynty / Najpiękniej pachną w zimie, w imieniny matki / Wtulone między torty słodkie i pomadki / Na oknie, na tle szyby siwo zamarzniętej"16. Prawdopodobnie Eugenia z Goldmanów była prototypem pani Zorn, matki głównego bohatera pierwszej powieści Słonimskiego, Teatr w więzieniu. Jest to gruba, krzykliwa kobieta, także otrzymująca hiacynty na imieniny, także zaniedbująca swego syna. Anatol Zorn nie żałuje jednak, że jej przy nim nie było, bo "gdyby pani Zorn chciała się wtedy zajmować wychowaniem Anatola, z pewnością zabiłaby mu jedyne lata beztroski - troską o rzeczy niegodne uwagi"17. To z pewnością autorefleksja, dosyć gorzka.
Jarosław Iwaszkiewicz twierdził, że także bohaterkę komedii Murzyn warszawski obdarzył Słonimski cechami swojej matki. Jeśli tak rzeczywiście było, to i tym razem jej nie oszczędził - Pola, żona subiekta, to chciwa, poczciwa, nierozgarnięta Żydówka, aspirująca do bycia kobietą światową.
Ojciec Antoniego, dermatolog i internista, był w Warszawie postacią bardzo popularną. Bywalec kawiarń - głównie u Semadeniego pod filarami w budynku Teatru Wielkiego - uwielbiał politykować i zabawiać towarzystwo dowcipami. Deklarował się jako sympatyk PPS-u. Był też - co Antoni lubił podkreślać - znajomym Józefa Piłsudskiego jeszcze wtedy, gdy przyszły marszałek działał w konspiracji, a nawet czasem, ukrywając się, sypiał na ceratowej kanapce u doktora Słonimskiego przy Niecałej. Z tą kanapką przeprowadzać się będą Słonimscy do kolejnych swych mieszkań, traktując ją jak najcenniejszy skarb rodowy.
Ojciec, Stanisław Słonimski, słynny warszawski lekarz.
Antoni Słonimski zapamiętał swego ojca jako człowieka dużego formatu, o wielkiej społecznej wrażliwości, lekarza ludzi biednych i potrzebujących. "Był dobrym człowiekiem" - pisał. Przede wszystkim jednak czuł się z nim ogromnie związany. To ojciec - nie matka - będzie się Antoniemu do końca życia kojarzył z poczuciem bezpieczeństwa. To ojciec będzie kształtował jego postawy życiowe, upodobania, gusta literackie. To prawdopodobnie pod jego wpływem na zawsze pozostanie agnostykiem, wbrew matce. Ojciec też rozbudzi jego wyobraźnię, wspólnie będą wymyślać purnonsensowe zabawy, posługiwać się wspólnymi kodami, do których dopuszczony będzie tylko stryj Józef.
Józef, czyli Wujaga, postawny mężczyzna z płowym wąsem, był prawdopodobnie drugą po ojcu osobą, z którą Antoni czuł się w dzieciństwie bardzo związany emocjonalnie. To jeden z większych ekscentryków w rodzinie: twórca uniwersalnego języka, alternatywnego wobec esperanto, który to język bezskutecznie próbował rozpropagować, co pochłaniało całą jego życiową energię i w związku z czym do końca swych dni pozostawał na utrzymaniu ojca. Antoni z wielką czułością wspominał stryja, który miał według niego "specyficzny wdzięk ludzi nieudanych. Była to mieszanina infantylizmu i wiary w szczęśliwy przypadek, prostej ludzkiej mądrości, naiwności i dobroci. Należał do rodziny oryginałów zaludniających stronice powieści Dickensa"18.
Ciekawe, że nieudacznictwo stryja budziło w chłopcu czułość i podziw, a nie złość i pogardę dla słabości czy też zniecierpliwienie jego nieżyciowym marzycielstwem.
Potem tę postawę widać będzie w jego stosunku do słabszych - uważał, że zawsze trzeba być po ich stronie, siła, przewaga, moc nie pociągały go. Chociaż był snobem, do czego się przyznawał, to imponowały mu nie sukces i dominacja, lecz inteligencja i talent - to były cechy, które cenił w innych. I oczywiście poczucie humoru.
Ojciec Antoniego, jak potem on sam, wtopiony był w Warszawę. Brylował w znanych lokalach, znał wszystkich, których znać było warto. Wieczory spędzał w Dolinie Szwajcarskiej, w teatrzykach, ogródkach, na ostrygach u Stępka, a jeszcze częściej u Semadeniego pod filarkami, wśród malarzy i aktorów. Szczupły pan z bródką uwielbiał świat teatru i polityki, a podziwiany był za dowcip nawet przez Bolesława Prusa.
Syna fascynował świat ojca. Otoczenie matki było dla niego zupełnie nieciekawe. Matka miała swoje zajęcia, zajmowała się dobroczynnością, obracała się w kręgach kościelnych i bardzo dbała o religijne wychowanie dzieci. Postarała się nawet, aby Antoniego uczył katechezy słynny w Warszawie ksiądz Jan Siemiec, ale i to nie pomogło. Słonimski twierdził, że pierwsze zwątpienia religijne przeżył już w wieku lat dwunastu.19
Czy stało się wtedy coś szczególnego?
Raczej nie. Dom był pełen księży i koleżanek matki, dewotek. Być może to wystarczyło, aby chłopiec o przekornej naturze zbuntował się przeciw religijnej atmosferze. Z pewnością jednak decydujący wpływ na Antoniego miała postawa ojca, ateisty uznającego prymat nauki, wyznawcy idei pozytywistycznych, myśli Ludwika Krzywickiego.
Po latach Słonimski zapytany, czy wybiera się na pogrzeb Reymonta, odpowie nonszalancko: Nie, bo nie lubię widoku tylu księży na raz.20
A dużo, dużo później stanie się czołowym felietonistą katolickiego "Tygodnika Powszechnego".
Słonimski lubił przedstawiać swoje dzieciństwo jako pasmo zdarzeń niezwykłych: opowiadał na przykład, że gdy jego brat zachorował na odrę, rodzice oddali go na pewien czas do dziadka, ale zapomnieli o nim i spędził tam cały rok. W innym miejscu pisał, że Klimcia, służąca dewotka, zamiast na podwórko prowadziła go codziennie do kościoła św. Antoniego przy Senatorskiej i leżała tam krzyżem, a on musiał odmawiać modlitwy. Kiedy indziej twierdził, że rodzice zapomnieli go zapisać do szkoły i dlatego zaczął naukę dopiero w wieku dziesięciu lat.
Musimy być sceptyczni, czytając te barwne wspomnienia poety. To część legendy o samym sobie, którą od zawsze konsekwentnie tworzył, puszczając w obieg rozmaite anegdoty i opowieści. Nikt nie był pewien, czy i w jakim stopniu są prawdziwe.
Już pobieżna lektura jego wspomnień ujawnia niekonsekwencje i skłonność do ubarwień: raz to siostra chorowała na odrę i dlatego trafił do dziadka, a raz brat; w jednym miejscu pisze, że spędzał całe dnie jako dziecko w kościele, a w innym, że w Ogrodzie Saskim, do którego chodził "jak do biura". Czasem twierdził, że chodził do szkoły krótko, a raz publicznie przedstawił się jako samouk, który naukę pobierał w domu.
Niewiele dowiadujemy się o sześć lat starszej siostrze Antoniego, dużo częściej wspomina brata Piotra, wspólne zabawy w Ogrodzie Saskim, a także jego naukowe zainteresowania, bo to w Piotrze obudziły się geny przodków naukowców. Przyszły lekarz od dzieciństwa pasjonował się przyrodą, dlatego parapety okien przy Niecałej zastawione były terrariami i akwariami pełnymi żab i chrząszczy.
Bracia różnili się bardzo. Podczas gdy starszy o dwa lata Piotr lubił zdobywać wiedzę, Antoni wolał książki i zabawy z ojcem i Wujagą, które polegały na tworzeniu kalamburów, zabawnych wyrażeń i powoływaniu do życia postaci widzianych tylko przez wtajemniczonych.
W naszym umownym świecie był pan Pimper, który mieszkał na suficie, ale znikał, gdy się podnosiło głowę do góry. W kanapach i fotelikach żył Kanapon, który kradł różne drobne przedmioty i umieszczał je między poręcze a siedzenie kanapy. W przedpokoju stało siedmiu braci Polakiewiczów, których funkcja życiowa nie była bliżej określona, ale z którymi wypadało od czasu do czasu porozmawiać.21
Robert Jarocki, biograf Piotra Słonimskiego, przytacza słowa swego bohatera, że "Antoni nie pisze nigdy o Adamie, przyrodnim bracie, synu swojego ojca z pierwszego małżeństwa. Dlaczego?"22.
Adam, jako jedyny z najbliższej rodziny Antoniego, pozostał przy judaizmie. Bardzo zdolny matematyk, po studiach w Getyndze osiadł w Częstochowie, gdzie pracował dla tamtejszej fabryki włókienniczej i zgromadził dość spory majątek. Żenił się dwukrotnie: pierwszą żoną była Niemka, guwernantka zatrudniona przez doktora Słonimskiego, którą Adam uwiódł. Miał z nią córkę Lilkę, niemal rówieśnicę Antoniego, który wprowadził ją w swoje artystyczne kręgi.
Nie wiadomo, jak bardzo Antoni był zżyty z Adamem, bo wiele ich różniło. A Antoni wspomniał o Adamie, lecz tylko raz, jeszcze przed wojną. Taki zapisek znajdziemy w jednym z reportaży opublikowanych po pobycie w Rosji. Słonimski opisuje tam swoją rozmowę z kuzynem. Michaił Slonimski jest marksistą z przekonania i próbuje Antoniego agitować. Rozmowa się nie klei, ale raptem robi się cieplej, rodzinnie. "Oczy Michała są przecież podobne do oczu mego najstarszego brata Adama" - napisze.23
Ale potem Adam nigdy nie pojawi się ani w utworach, ani wspomnieniach Antoniego. O jego istnieniu nie wiedzieli nawet bliscy przyjaciele poety.
W I roczniku statystycznym z roku 1940 Adam Słonimski widnieje jako jeden z przedstawicieli Rady Starszych w Wyznaniowej Gminie Żydowskiej w Częstochowie.24 Skończył tragicznie: trafił do getta w Piotrkowie Trybunalskim, a gdy Niemcy zaczęli je likwidować, zabił swoją żonę, dzieci, a potem siebie.
Kiedy Piotr, bratanek Słonimskiego, zapytał stryja, dlaczego nie napisał o Adamie w Alfabecie wspomnień, swej sentymentalnej książce, w której przywołuje bliskich, Antoni odpowiedział ostro i z bólem, że o Adamie nigdy nic nie napisze.25
Brat, Piotr Słonimski, lekarz, legionista, powstaniec warszawski. W laboratorium, stoi trzeci od lewej.
Do szkoły Antoni Słonimski chodził krótko. Dlaczego? Sprawa jego edukacji jest dosyć zagadkowa. On sam stworzył uroczą legendę o tym, że matka zapomniała zapisać go do szkoły, a ojciec tego nie zauważył, i gdy po pewnym czasie zapytał, do której Antoni chodzi klasy, okazało się, że do żadnej. "I powstała wielka awantura" - pisał.
Bardziej prawdopodobne wydaje się, że doktor Słonimski, który sam ukończył szkołę rosyjską, nie miał zaufania do tej instytucji i zapisał syna dopiero do jednej z polskich szkół, które zaczęły powstawać po 1905 roku.
Antoni rozpoczął naukę w wieku lat dziesięciu w gimnazjum Jana Kreczmara, renomowanej szkole filologicznej, w której uczyło się sporo chłopców żydowskiego pochodzenia, między innymi Władysław Kopaliński, Leopold Tyrmand czy Romain Gary (wtedy Kacew, potem słynny pisarz francuski, znany też jako Émile Ajar).
W tej samej szkole uczyła się siostra Antoniego, Halina. W rodzinnych archiwach zachowało się zaświadczenie podpisane przez Kreczmara, że Halina posiadła dostateczną znajomość łaciny, nie ma natomiast ani jednego świadectwa Antoniego. Podobnie jak inne rodzinne dokumenty, zaginęły podczas wojny.
Słonimski nie lubił szkoły. Od pierwszego dnia czuł się tam nieszczęśliwy. Bał się, że zostanie wyrwany nagle do tablicy i okaże się, że nic nie umie, bo niczego nie zrozumiał, albo że starsi, silniejsi koledzy będą się nad nim pastwić. "Bałem się okazać tchórzem i bałem się gróźb, biorąc dosłownie zapowiedzi w rodzaju: "Te, wypuszczę ci flaki z brzucha tym scyzorykiem" albo bardziej pomysłowych, a zaczerpniętych z sadystycznych opisów sienkiewiczowskich pogróżek wyrwania oka korkociągiem"26.
W piątej klasie przerwał naukę.27 Jak twierdził, zgubiła go, widoczna już wtedy, pasja satyryczna. Pewnego dnia postanowił zrobić gazetkę z karykaturami nauczycieli. Niestety, najgorzej wypadł nauczyciel historii, "niechlujnie ubrany gbur", który wykładał po rosyjsku. Jeśli wierzyć relacji Słonimskiego, owemu nauczycielowi poradził, żeby - jeśli już musi dłubać obsadką pióra w nosie, w uchu i zębach - przynajmniej zmienił kolejność.
I to był koniec nauki w gimnazjum Kreczmara. Kazano ojcu zabrać syna i poszukać mu innej szkoły. Ojciec zabrał Tolka z gimnazjum, ale do innej szkoły już go nie zapisał. Postanowił, że sam przygotuje go do matury, a na pocieszenie kupił synowi prawdziwy duży męski rower.28
Przez następne lata Antoni sam uczy się w domu pod nadzorem ojca. Matury nie zrobił nigdy, co nie stanowiło większego problemu: można było wtedy studiować bez matury, można było bez niej - jak się okaże - zostać najbardziej popularnym felietonistą w Polsce. Nigdy nie tłumaczył, dlaczego nie zdawał egzaminu maturalnego. A może zdawał, lecz nie zdał... Trudno to zweryfikować. W każdym razie nie miał kompleksów z tego powodu.
Julia Hartwig, jedna z najbliższych przyjaciółek Antoniego, wielokrotnie słyszała od niego, że nie ma matury, ale była przekonana, że żartował, jak zawsze ze wszystkiego. "Naprawdę jej nie zrobił? Często się z tego śmiał, ale wydawało mi się, że to niemożliwe, że nie ma matury".
Natomiast Jan Lechoń, wielki przyjaciel z młodości, gdy ich drogi rozeszły się, z satysfakcją wypominał Słonimskiemu braki w edukacji. Uważał, że był to jeden z najbardziej niewykształconych ludzi, jakich w życiu spotkał, i że nie zrobił matury, ponieważ był zarozumiały i nie chciał nikogo słuchać. "Szkoła była dla niego za głupia, już kiedy miał 12 lat. Jego ojciec był taki sam... też złośliwy i zarozumiały..."29 - mówił Estreicherowi. Lechoń nie znał ojca Słonimskiego, więc albo powtarzał plotki, albo zmyślał, nie potrafiąc zapanować nad negatywnymi emocjami wobec byłego przyjaciela.30
Jedyną szkołą, jaką Słonimski ukończył, była Szkoła Sztuk Pięknych, w której studiowała też jego siostra.
Całkiem inaczej wyglądała edukacja jego brata Piotra, który najpierw uczył się w gimnazjach warszawskich: Wojciecha Górskiego i imienia Stanisława Staszica, ale gdy wziął udział w strajku szkolnym w 1905 roku, dostał "wilczy bilet" i nie mógł uczęszczać do żadnej szkoły na terenie rosyjskiego imperium. Ojciec wysłał go wówczas do Lwowa, aby tam zdał maturę. Tam też Piotr Słonimski ukończył medycynę.31
Tym bardziej niejasne - skoro doktorowi Słonimskiemu zależało na edukacji starszego syna - wydają się przyczyny, dla których pozwolił młodszemu przerwać szkołę i nie zrobić matury. Może miało to związek z niezależną, wolną naturą Antoniego, dla którego presja szkoły była nie do zniesienia? Musimy poprzestać na spekulacjach, nie ma żadnych danych, które pozwoliłyby tę sytuację wyjaśnić.
Słonimski jako mały chłopiec nie znał innego świata niż ten, w którym się wychowywał. Dzieci z podwórka przy Niecałej nie zapuszczały się przecież w dzielnice biedoty - na Powiśle czy Wolę.
Na co dzień bawił się w Ogrodzie Saskim. "Chodziłem tam codziennie, jak do biura" - twierdził. W sentymentalnym felietonie napisanym w wieku lat czterdziestu wspominał zabawy w Ogrodzie Saskim, gdzie rywalizowały ze sobą trzy bandy: "Polacy", "Żydzi" i "Wolniacy". Mały Słonimski rzecz jasna należał do "Wolniaków".
Wakacje jako dziecko spędzał w Łomiankach, jeżdżąc konno i pływając w Wiśle, zachwycając się stylem życia przyjaciela ojca, Jakuba Raabego, jednego z braci będących właścicielami miejscowej garbarni. To on na zawsze stanie się dla Antoniego wzorem elegancji. "Tak sobie wyobrażałem Swanna. Nosił kwiat w butonierce i jeździł angielskim kabrioletem"32.
Stanisław Baliński, także syn lekarza, znał Słonimskiego przez niemal całe życie i bardzo sceptycznie odnosił się do jego lewicowych ciągot, twierdząc, że Antoni nie znał świata rzeczywistych problemów społecznych.
Jak moja matka jeździła na wieś na Litwę, brała całą aptekę ze sobą, leczyła całą wieś. Myśmy się bawili z dziećmi białoruskimi, zupełnie na równo traktowanymi, miałem kontakt po prostu w chatach. [...] Jakieś tańce były, zabawy w czworakach - znałem ten świat. Inteligencja lewicowa (którą ja znałem) absolutnie tego świata nie znała. To bardzo jest ważne: Słonimski w ogóle nie znał wsi, nie znał robotników - to wszystko było intelektualne.33
"Brak kompleksów, zawiści i skąpstwa dało mi życie domowe. [...] Nigdy nie byłem karany, ale przywiązanie do ojca powstrzymywało mnie na granicy zbytniej lekkomyślności" - pisał Słonimski pod koniec życia.34
Znowu: to ojciec był busolą Antoniego. Napawał go dumą, zwłaszcza że budził powszechną sympatię. Był lekarzem Bolesława Prusa i prawdopodobnie posłużył Prusowi za pierwowzór przy tworzeniu postaci doktora Szumana z Lalki. Tak przynajmniej twierdzi Stanisław Baliński, którego ojciec był znajomym i Prusa, i Stanisława Słonimskiego. W liście do Antoniego przesłanym w czasie wojny pisze:
20 czerwca 1944 roku
Antoni drogi i najmilszy, jak się czujesz? Jak bardzo chciałbym Cię widzieć. Siedzę tutaj (w Croft Mouse, Sudbury, Suffock) w spokoju w towarzystwie mego ojca, który mi właśnie cytował swe rozmowy z Prusem, jak Prus mu opowiadał o Twoim ojcu i jak z postaci Twego Ojca zaczerpnął wiele do doktora Szumana. Uważał Prus Twego Ojca za niezwykle szlachetnego człowieka.35
Antoni Słonimski nie bardzo w tę wersję Balińskiego wierzył. Doktor Szuman był jego zdaniem zbyt zgorzkniały, aby przypominać Stanisława Słonimskiego. Ojciec pozostał dla niego na zawsze ideałem, uosobieniem dobroci, zdrowego rozsądku, szlachetności.
Widzę go u siebie w saloniku secesyjnym dyskutującego, a potem siedzimy razem w ogromnej kuchni na ogromnym kuferku Frani. Zatroskany, zawsze w kłopotach finansowych, liczy, jak wykupić cudze weksle, pomóc malarzowi i tej rodzinie z oficyny, państwu Sz., którzy od dwóch lat jadają u nas obiady.36
Wspierał to, co uznawał za słuszne, angażował się, dyskutował, protestował. Wierzył w Polskę niepodległą, ale jej nie doczekał.
Dojrzały Słonimski napisze o sobie: "Moje pisarstwo jest pewnego rodzaju pieniactwem. Stale mi na czymś zależało. Kłóciłem się o mnóstwo spraw w różnych ustrojach"37. I w tej postawie należy dostrzec wpływ ojca.