Słonie w ogrodzie - Meral Kureyshi

Reflow text when sidebars are open.
Twoją trumnę złożyli w ziemi. Chciałeś być pochowany w Prizren. Od miesiąca w każdy piątek z rana zasłaniam włosy białą chustą i odmawiam za ciebie Ja Sin, modlitwę za umarłych.
Z okna ósmego piętra widzę Anne, mamę, wychodzącą z domu. Wiem, że do jej warg przyklejone jest marlboro. W torbie, która na pewno ma więcej lat niż ja, nosi zawsze przynajmniej jedno czerwono-białe pudełko papierosów. Gdy tylko Anne wychodzi z domu, od razu zapala papierosa ogrzaną wcześniej w dłoni zapalniczką. Zaciąga się przy tym, lekko mrużąc oczy, jakby raziło ją światło. Jej pierś faluje. Gdy wydmuchuje dym, znika na krótko w papierosowym obłoku. Nie lubi palić samotnie, nigdy nie lubiła, i teraz stoi na dole jak piec zbędny w lecie.
Baba, mój tata, chciał oduczyć ją palenia. Anne dmuchnęła mu dymem w twarz i odparła, że dobre wino potrzebuje dobrego papierosa, a od kiedy przestała pić alkohol, zaczęła mawiać, że dobra kawa potrzebuje dobrego papierosa.
Torba Anne uszyta jest z czarnej, taniej, świńskiej skóry. Jest to duża torba z długim paskiem, żeby w zimie można ją było zarzucić na ramię okutane paltem. Kiedy szukam w niej pęsetki, zauważam małą wewnętrzną przegrodę. Zamknięcie torby na zamek błyskawiczny wygląda jak rana, rana, która została wprawdzie zaszyta, lecz z której nigdy nie wyciągnięto nici. Ząbek za ząbkiem otwieram torbę i znajduję w niej drewniany grzebień, który należał do ciebie.
Anne wyjmuje z torby składaną laskę. Widzę, jak ją rozsuwa, zawsze z lewej do prawej. Dziś przysłano pocztą dwie nowe laski, stara się z przodu zużyła.
Podobałoby ci się nasze nowe mieszkanie. Podłóg nie wyścielają dywany, a z balkonu ósmego piętra daleko ponad dachami można zaglądać do innych mieszkań. Zawsze lubiłeś Bümpliz. Przychodziłeś tu na zakupy, tu mieszkało wielu twoich przyjaciół, a w meczecie urządzonym w piwnicy wieżowca świętowałeś Bajram z dużą grupą mężczyzn z Albanii.
Przez pięć lat szukaliśmy tego mieszkania. Po twojej śmierci znaleźliśmy je na obrzeżach Berna w budynku, w którym mieszka dwadzieścia siedem rodzin obcokrajowców i trzy rodziny szwajcarskie.
- Ależ pani dobrze mówi po niemiecku - zauważyła głośno i wyraźnie wynajmująca.
- Mieszkamy w Szwajcarii, odkąd skończyłam dziesięć lat - powiedziałam.
Kiedy się tu wprowadzaliśmy, postanowiliśmy powiesić na ścianach obrazy. Do dziś ściany są puste.
Anne sama chodzi do szkoły dla niewidomych, a także do Alimy, tureckiego sklepu, poza tym jeździ pociągiem do Biel w odwiedziny do swojej przyjaciółki Eminy. Raz w miesiącu przychodzi do niej Franz, żeby przećwiczyć z nią nowe trasy, po których ona potem z dumą nas prowadzi - Anne przodem, my za nią. "Kacza rodzina", woła za nami Maria z piątego piętra. Maria wie, kto z kim pokłócił się w bloku, kto nie oczyścił pralki we wspólnej pralni i kto nie wytarł kurzu z suszarki.
Mój brat skończył dwadzieścia dwa lata, jest ode mnie młodszy o dwa lata. Chciałby zostać grafikiem, pół dnia przesypia, w jego pokoju jest zawsze ciemno i brudno. Moja siostra, której ja bardziej matkuję niż mama - moja mama, nasza mama - jest młodsza ode mnie o dziesięć lat. Anne strzeże jej jak kruchego klejnotu. Nas nigdy tak nie traktowała. Mój brat często obrywał pokrzywami w tyłek, kiedy jako dziecko zsikał się do łóżka.
Szukam innych przedmiotów w ranie torby Anne i natykam się na złożoną kartkę papieru. To list, który przysłałeś nam w lecie 1991 roku z Istambułu. Od tego czasu minęło piętnaście lat. W liście donosisz, że chcesz dostać się do Szwajcarii, i prosisz, żebyśmy za tobą przyjechali, zaufali ci. Piszesz drukowanymi literami.
Papier złożony jest w kwadrat, w miejscach złożenia trochę już zbrązowiał, twoje pismo jest staranne. Słyszę, jak mówisz "lekarskie pismo". Nie byłeś lekarzem, tylko sprzątałeś przychodnie lekarskie, a kiedy przychodziliśmy odwiedzić cię w pracy, wdziewałeś biały fartuch, który wisiał za drzwiami, a my sadowiliśmy się na leżance, przykrytej wcześniej białym papierem, i głęboko nabieraliśmy w płuca powietrza, żebyś mógł nas zbadać.
Kiedy przyszedł ten list, Anne siedziała na sofie w naszym małym mieszkaniu w Prizren w dzielnicy Kurila i płakała. Mój brat spał pod stołem na poduszce. Stałam w otwartych drzwiach wejściowych. Wiatr wwiewał do mieszkania żółte liście. Był to ciepły wiatr, który łaskotał mnie pod pachami. Kiedy Anne wstała i mijając mnie, przeszła przez próg, mechanicznie obróciłam za nią głowę, a gdy moja głowa wróciła na poprzednie miejsce, spod stołu patrzyło na mnie brązowe oko. Jak z oddali usłyszałam głos Anne:
- Baba nie wróci do domu.
Przejechałam językiem po ustach i poczułam smak soli.
- Ludzie są słoni - powiedział raz Dede, mój dziadek.
- Gdzie jest Baba?
- Nie wiem, nie wiem, nie wiem!
Anne ukryła twarz w dłoniach. Przeczytała nam list od Baby i odpisała mu. Dziś jej słowa wpadają nam jednym, a wypadają drugim uchem, a oczy Anne widzą ponad naszymi słowami.
Anne chodzi, jakby widziała. Więc kiedy nagle gwałtownie się zatrzymuje, wychylam się przez okno:
- Coś się stało? Zejść na dół?
Anne śmieje się, odwraca i znika w holu wejściowym naszego budynku. Zaniepokojona biegnę do windy.
- Zapomniałaś mnie umalować.
Anne "redukuje laskę", jak nazywa tę czynność. W mieszkaniu nie potrzebuje laski. Idzie do łazienki, zamyka klapę ubikacji, siada na niej i zamyka oczy. Palcami rozprowadzam po jej twarzy puder, próbując pokryć zaczerwienione miejsca na policzkach. Skóra Anne jest w dotyku trochę szorstka.
- Zamknij oczy.
- Jak wyglądam? Nie widziałam się od dziesięciu lat.
- Wyglądasz jak Fatma Girik.
Anne narzuca białą chustę na swoje czarne loki.
Wstydziłam się tej jej chusty. Nikt w naszej rodzinie nie nosił chusty; dlaczego właśnie teraz, tu, w Szwajcarii, Anne musi nosić tę chustę! Zapytałam ją o to. Anne odparła, że najpierw powinnam się zastanowić, a dopiero potem pytać. Dlatego właśnie zaczęłam pisać. Mogę pisać, co myślę, i nikt mi nie wytknie, że najpierw powinnam pomyśleć, co mówię.
Wstydziłam się już nawet tego, że nie mogliśmy sobie kupić niczego nowego do ubrania, że strzygliśmy sobie nawzajem włosy, że byliśmy jedyni, którzy nie mieli auta ani telefonu, a do tego wszystkiego jeszcze Anne z tą chustą! Już wcześniej byliśmy inni od wszystkich, potem staliśmy się obcy.
W kuchni Anne wyjmuje z lodówki butelkę coli. Mówi, że przybiera na wadze, choć niczego nie je, kilogramy na jej biodrach podwajają się chyba od samego patrzenia.
Myślę o zdjęciach, które nosi ze sobą w torebce. Nie muszę się przed nią kryć, kiedy w niej grzebię, mogę to robić na jej oczach, które mnie nie widzą, kiedy Anne się śmieje i popija colę z butelki. Wstydzę się tego.
Zdjęcia pokazują Anne w tańcu, w ciasnym objęciu, na stole stoi sporo butelek wina, pod jednym okiem Anne widać rozmazaną mascarę. Anne. Czerwone usta. Czerwone paznokcie. Na jednym zdjęciu całujesz się z nią. Na innym Anne siedzi na twoich kolanach i śmieje się z głową przechyloną w tył, jedną ręką obejmuje cię za szyję. Teraz policzki Anne się nadymają. Z jej lekko uchylonych ust wydobywa się odgłos czkawki.
- To okropne, nie rób tak więcej - mówię.
Idę do swojego pokoju i zamykam drzwi. Słyszę za sobą jej śmiech.
Po chwili dochodzi do mnie odgłos zatrzaskiwanych drzwi wejściowych. Od razu wstaję i podchodzę do okna. Zima prowadzi właśnie swoją coroczną walkę z jesienią, wkrótce ją wygra. Czekam, aż Anne wyjdzie z budynku, zapali papierosa, znajdzie w torebce laskę. I rozłoży ją - z lewej na prawą, z lewej na prawą. Przed ostatnim zakrętem Anne ogląda się i szeroko się uśmiecha. Wie, że do niej macham.
Projekt okładki
Agnieszka Kucharz-Gulis
Fotografia na okładce
Zhelya, Depositphotos
Konsultant terminologii islamskiej
dr Marcin Rzepka
Tytuł oryginału: Elefanten im Garten
? Copyright by Limmat Verlag, Zurich, Switzerland
? Copyright for the Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Wydanie I, Kraków 2018
All rights reserved
Publikacja dofinansowana z funduszy The Swiss Arts Council Pro Helvetia
Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.
ISBN 978-83-233-4412-4
ISBN 978-83-8179-529-6 (e-book)www.wuj.pl
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków
tel. 12-663-23-80, 12-663-23-82, tel./fax 12-663-23-83
Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98
tel. kom. 506-006-674, e-mail: sprzedaz@wuj.pl
Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325