Słoneczny mąż - Brandon Sanderson

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (42,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podziękowania

Uff! Co za rok! To była nie­zła jazda, która wyma­gała mnó­stwa pracy wielu zain­te­re­so­wa­nych osób. Posta­ram się wymie­nić ich w tym dziale, ale na początku chcia­łem po pro­stu ogrom­nie wszyst­kim podzię­ko­wać. Zre­da­go­wa­nie, zilu­stro­wa­nie i dostar­cze­nie ksią­żek czy­tel­ni­kom było ogrom­nym wysił­kiem.

Redak­to­rem tej książki był Moshe Feder, mój dłu­go­letni wspól­nik - i czło­wiek, który mnie odkrył. Byli­śmy zachwy­ceni, że znów mogli­śmy z nim współ­pra­co­wać, a ja cie­szę się, że pomógł mi na kolej­nym eta­pie podróży Nomada. Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia kie­ruję do dr. Jose­pha Jen­sena za jego pomoc z astro­fi­zyką, bo w tej kwe­stii ta książka to coś wyjąt­ko­wego. Jak rów­nież dzię­kuję eki­pie Cosmere Arca­nist - jeste­ście wielcy.

Repre­zen­tuje mnie nie­zwy­kły zespół agen­cji JAB­ber­wocky, któ­rym kie­ruje Joshua Bil­mes. Dzię­kuję rów­nież Susan Vela­zquez i Chri­sti­nie Zobel.

Ta książka jest inna od pozo­sta­łych taj­nych pro­jek­tów, bo mamy troje ilu­stra­to­rów. Chcie­li­śmy spraw­dzić nowych ludzi i zna­leź­li­śmy osoby, które nada­wały się do tej powie­ści. Dzię­kuję im wszyst­kim za nie­sa­mo­wite dzieła. Te pro­jekty stały się naprawdę wyjąt­kowe dzięki ich udzia­łowi. Ernanda Souza zapro­jek­to­wała wyklejki, kolo­rowe ilu­stra­cje i gra­fiki kon­cep­cyjne. Nabetse Zitro stwo­rzył rysunki w tek­ście - dołą­czył do nas ponow­nie po tym, jak przy­go­to­wał nie­wia­ry­godne nowe plan­sze do wyda­nia zbior­czego komiksu "Biały pia­sek". Nie­sa­mo­wita okładka zaś to dzieło kudria­ken.

Bill Wearne z Ame­ri­can Print and Bin­dery czy­nił cuda z każ­dym z taj­nych pro­jek­tów. Doce­niamy jego, dru­kar­nię, intro­li­ga­tor­nię i wszyst­kich, któ­rzy pomo­gli z wypro­du­ko­wa­niem tej książki. Debi Ber­ger­son ode­grała klu­czową rolę po stro­nie dru­karni, a Chad Dil­lon dał z sie­bie wszystko, by zapew­nić wyso­kiej jako­ści oprawę.

Przejdźmy teraz do Dra­gon­steel. Mam naj­lep­szy zespół w branży, który wkłada mnó­stwo pracy w te tajne pro­jekty.

Isaac St?art to nasz wice­pre­zes do spraw roz­woju arty­stycz­nego. Do jego zespołu należą Ben McSwe­eney (który wło­żył mnó­stwo pracy kon­cep­cyj­nej, by ten pro­jekt zacho­wał spój­ność), Rachael Lynn Bucha­nan (która bar­dzo pomo­gła Isa­acowi we współ­pracy z arty­stami, wybie­rała sceny do zilu­stro­wa­nia i pil­no­wała szcze­gó­łów), Jen­ni­fer Neal, Hay­ley Lazo, Pri­scilla Spen­cer i Anna Ear­ley.

Poucza­jący Peter Ahl­strom jest wice­pre­ze­sem działu wydaw­ni­czego. Do jego zespołu należą Karen Ahl­strom, Kri­sty S. Gil­bert, Jen­nie Ste­vens (nasza redak­torka tej książki), Bet­sey Ahl­strom i Emily Shaw-Higham. Korektą zaj­mo­wała się Kri­sty Kugler.

Dział nar­ra­cyjny składa się wyłącz­nie z Dana Wel­lsa, który rów­nież jest wice­pre­ze­sem. Ale żeby mu to wyna­gro­dzić, pozwa­lamy mu wyda­wać pole­ce­nia Benowi.

Naszym dyrek­to­rem do spraw ope­ra­cyj­nych jest Emily San­der­son, a w dziale tym pra­cują Matt "Matt" Hatch, Emma Tan-Sto­ker, Jane Horne, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Makena Salu­one, Hazel Cum­mings i Becky Wil­son.

Adam Horne, znany rów­nież jako Wielki Mistrz Cor­gich, jest naszym wice­pre­ze­sem do spraw reklamy i mar­ke­tingu. W jego zespole pra­cują Jeremy Pal­mer, Tay­lor D. Hatch i Octa­via Esca­milla.

Kara Ste­wart to nasza wice­pre­ze­ska do spraw reali­za­cji zamó­wień i wyda­rzeń - to ona upew­nia się, że wszy­scy dosta­je­cie swoje paczki. Do jej zespołu należą: Emma Tan-Sto­ker, Chri­sti Jacob­sen, Kel­lyn Neu­mann, Lex Wil­l­hite, Mem Grange, Michael Bate­man, Joy Allen, Ally Reep, Richard Rubert, Katy Ives, Brett Moore, Dal­lin Hol­den, Daniel Phipps, Jacob Chri­sman, Alex Lyon, Matt Hamp­ton, Camilla Cutler, Quin­ton Mar­tin, Esther Grange, Logan Reep, Laura Love­ridge, Amanda But­ter­field, Gwen Hick­man, Donald Mustard III, Zoe Hatch, Pablo Mooney, Bray­donn Moore, Avery Mor­gan, Nathan Mor­ten­sen, Chri­stian Fair­banks, Dal Hill, Geo­rge Kaler, Kath­leen Bar­low, Kale­igh Arnold, Kitty Allen, Rachel Jacob­sen, Syd­ney Wil­son, Kate­lyn Hatch i Judy Tor­sak.

Chciał­bym podzię­ko­wać Oria­nie Lec­kert z Kick­star­tera, jak rów­nież Annie Gal­la­gher, Pal­me­rowi John­so­nowi i McKyn­zee Wig­gins (główna twór­czyni przy­pi­nek) z Bac­ker­Kit.

Do mojej grupy pisar­skiej nale­żeli: Emily San­der­son, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Peter Ahl­strom, Karen Ahl­strom, Darci Stone, Eric James Stone, Alan Lay­ton, Ethan Skar­stedt, Ben Olsen i Dan Wells.

Czy­tel­ni­kami alfa tej książki byli Karen Ahl­strom, Joy Allen, Chri­sti Jacob­sen, Brett Moore, Brad Neu­mann, Kel­lyn Neu­mann, Ally Reep, Emma Tan-Sto­ker, Sean Van­Black i Dan Wells.

Czy­tel­ni­kami beta byli Ravi Per­saud, Ian McNatt, Bran­don Cole, Shan­non Nel­son, Ben Mar­row, Jen­ni­fer Neal, Poonam Desai, Chris McGrath, Sumejja Mura­ta­gić-Tadić, Ken­dra Ale­xan­der, Zenef Mark Lind­berg, Paige Phil­lips, Rose­mary Wil­liams, Eric Lake, David Beh­rens, Wil­liam Juan i Erika Kuta Mar­ler. Na szcze­gólne podzię­ko­wa­nia zasłu­guje Mikah Kil­gore, za infor­ma­cje zwrotne na temat opi­sów ilu­stra­cji, które można zna­leźć w ebo­oku i audio­bo­oku.

Wśród czy­tel­ni­ków gamma znaj­do­wała się duża część czy­tel­ni­ków beta, jak rów­nież Evgeni "Argent" Kiri­lov, Joshua Har­key, Ross New­berry, Tim Chal­le­ner, Jes­sica Ash­craft, Ted Her­man, Brian T. Hill, Rob West, Paige Vest, Gary Sin­ger, Darci Cole, Kaly­ani Poluri, Jay­den King, Ling­ting "Bota­nica" Xu, Glen Voge­laar, Bob Kluttz, Billy Todd, Megan Kanne, Eliy­ahu Bere­lo­witz Levin, Aaron Ford, Jes­sie Lake i Sam Baskin.

Do zespołu Arca­nist należą Eric Lake, Evgeni "Argent" Kiri­lov, Ben Mar­row, David Beh­rens, Ian McNatt i Joshua Har­key.

Jako że to ostatni z taj­nych pro­jek­tów z Kick­star­tera, chcia­łem wyko­rzy­stać tę ostat­nią oka­zję, by podzię­ko­wać Wam wszyst­kim. Ow­szem, to ja napi­sa­łem te książki, ale to Wy stwo­rzy­li­ście wyda­rze­nie, któ­rym się stały. Dzięki Wam ten rok był wyjąt­kowy. Po prze­czy­ta­niu książki zaj­rzyj­cie do Post­scrip­tum, żeby dowie­dzieć się wię­cej.

Bran­don San­der­son

Rozdział 1

Nomad obu­dził się wśród ska­za­nych na śmierć.

Zamru­gał i zorien­to­wał się, że leży przy­ci­śnięty pra­wym policz­kiem do ziemi. Póź­niej sku­pił się na oso­bli­wym widoku rośliny wyra­sta­ją­cej w przy­spie­szo­nym tem­pie na jego oczach. Śnił? Kru­cha siewka drżała i zwi­jała się, pod­no­sząc się z gruntu. Wyda­wało się, że prze­ciąga się z rado­ścią, jej liście­nie roz­ło­żyły się jak ramiona po głę­bo­kim śnie. Ze środka wyło­nił się pęd, sma­ku­jący powie­trze jak język węża. Póź­niej wycią­gnął się w lewo w stronę sła­bego bla­sku docho­dzą­cego z tam­tej strony.

Nomad jęk­nął i uniósł głowę, nie mógł myśleć i wszystko go bolało. Dokąd Prze­sko­czył tym razem? I czy zna­lazł się wystar­cza­jąco daleko, by ukryć się przed Nocną Bry­gadą?

Oczy­wi­ście, że nie. Przed nimi nie dało się ukryć. Nie mógł się zatrzy­my­wać. Musiał...

Na burze. Dobrze mu się tu leżało. Nie mógłby choć przez chwilę odpo­cząć? Choć raz prze­stać ucie­kać?

Ktoś szarp­nął go bru­tal­nie i pod­niósł na kolana, wyry­wa­jąc go z otę­pie­nia. Stał się bar­dziej świa­domy oto­cze­nia - krzy­ków, jęków. Dźwię­ków, na które nie zwra­cał uwagi, kiedy był pół­przy­tomny po Prze­skoku.

Tutejsi ludzie, włą­cza­jąc tego, który go zła­pał, nosili nie­ty­powe ubra­nia. Dłu­gie spodnie z cia­snymi man­kie­tami, koszule z wyso­kimi koł­nie­rzami koń­czą­cymi się pod brodą. Męż­czy­zna potrzą­snął nim i mówił coś w języku, któ­rego Nomad nie rozu­miał.

- Tłu... tłu­ma­cze­nie? - wychry­piał Nomad.

"Przy­kro mi" powie­dział głę­boki, mono­tonny głos w jego gło­wie. "Nie mamy na to dość Napeł­nie­nia".

Racja. Led­wie się­gnął progu ostat­niego Prze­skoku, co ozna­czało, że był wła­ści­wie wyczer­pany. Jego umie­jęt­no­ści zale­żały od osią­gnię­cia lub utrzy­ma­nia pew­nych pozio­mów Napeł­nie­nia, mistycz­nego źró­dła mocy, dzięki któ­remu na więk­szo­ści z odwie­dzo­nych przez niego pla­net działy się rze­czy nie­sa­mo­wite.

- Ile? - wychry­piał. - Ile nam zostało?

"Jakieś tysiąc pięć­set JEO. Innymi słowy, nie­całe osiem pro­cent Prze­skoku".

Potę­pie­nie. Jak się oba­wiał, koszt przy­by­cia tutaj go zruj­no­wał. Dopóki zacho­wy­wał pewne okre­ślone poziomy, jego ciało było zdolne do rze­czy nie­zwy­kłych. Każda kosz­to­wała odro­binę Napeł­nie­nia, ale ta cena była mini­malna - póki trzy­mał się pro­gów.

Kiedy miał ponad dwa tysiące Jed­no­stek Ekwi­wa­lent­nych Odde­chu, mógł maj­stro­wać przy Związku. Co pozwa­lało mu wyko­rzy­stać swoje umie­jęt­no­ści i Zwią­zać się z pla­netą, a wobec tego rów­nież posłu­gi­wać się miej­sco­wym języ­kiem. A to zna­czyło, że Nomad nie mógł się poro­zu­mie­wać z miej­sco­wymi, dopóki nie znaj­dzie źró­dła mocy, którą mógłby wchło­nąć.

Skrzy­wił się, czu­jąc oddech krzy­czą­cego męż­czy­zny, który miał na gło­wie kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem, zawią­zany pod brodą, i grube ręka­wice. Pano­wał pół­mrok, choć hory­zont roz­świe­tlała pło­nąca korona. Tuż przed świ­tem, jak domy­ślał się Nomad. I nawet w tym świe­tle na całym polu wyra­stały siewki. Te rośliny... ich poru­sze­nia przy­po­mi­nały mu dom, miej­sce pozba­wione gleby, ale z rośli­nami, które zacho­wy­wały się o wiele bar­dziej ener­gicz­nie niż na innych świa­tach.

Te jed­nak były inne. Nie uchy­lały się, żeby unik­nąć nadep­nię­cia. Te rośliny jedy­nie szybko rosły. Dla­czego?

W pobliżu osoby w dłu­gich bia­łych płasz­czach wbi­jały w zie­mię kołki - a póź­niej inne przy­ku­wały do nich ludzi, któ­rzy nie mieli płasz­czy. Do obu tych grup nale­żały jed­nostki o róż­nych odcie­niach skóry, nato­miast wszy­scy nosili podobne ubra­nia.

Nomad nie rozu­miał słów, które wykrzy­ki­wali, ale roz­po­zna­wał zacho­wa­nie ska­za­nych. Krzyki roz­pa­czy nie­któ­rych, bła­galne tony innych, cał­ko­wita rezy­gna­cja więk­szo­ści, kiedy przy­ku­wano ich do ziemi.

To była egze­ku­cja.

Męż­czy­zna trzy­ma­jący Nomada znów na niego krzyk­nął i spoj­rzał nań ze zło­ścią wod­ni­stymi bia­łymi oczami. Nomad tylko pokrę­cił głową. Ten oddech mógłby zwa­rzyć kwiaty. Towa­rzysz męż­czy­zny - ubrany w jeden z tych dłu­gich bia­łych płasz­czy - wska­zał Nomada i coś powie­dział. Wkrótce dwaj męż­czyźni pod­jęli decy­zję. Jeden wycią­gnął zza pasa kaj­dany i pod­szedł do Nomada, by go zakuć.

- Nie sądzę. - Nomad zła­pał męż­czy­znę za nad­gar­stek, przy­go­to­wu­jąc się, żeby go szarp­nąć i prze­wró­cić.

Ale jego mię­śnie stę­żały - jak maszyna, któ­rej skoń­czył się smar. Zesztyw­niał, a męż­czyźni cof­nęli się zasko­czeni jego nagłym wybu­chem.

Mię­śnie Nomada się roz­luź­niły. Prze­cią­gnął ręce i poczuł nagły, ostry ból.

- Potę­pie­nie! - Jego Udręka robiła się coraz gor­sza. Spoj­rzał na prze­stra­szo­nych męż­czyzn. Przy­naj­mniej nie wyglą­dali na uzbro­jo­nych.

Z tłumu wyło­niła się postać. Wszyst­kich innych spo­wi­jały ubra­nia - nie­za­leż­nie od płci odsła­niali jedy­nie twa­rze. Ale ten nowo przy­były miał odkrytą pierś - był ubrany w prze­świ­tu­jącą szatę z roz­cię­ciem z przodu - i grube czarne spodnie. Jako jedyny na polu nie nosił ręka­wi­czek - za to jego przed­ra­miona ota­czały sze­ro­kie zło­ci­ste bran­so­lety.

Bra­ko­wało mu spo­rej czę­ści torsu.

Więk­szość jego mię­śni pier­sio­wych i żeber oraz serce usu­nięto - wypa­lono, bo pozo­sta­ło­ści skóry były zwę­glone i poczer­niałe. We wnę­trzu jamy serce męż­czy­zny zastę­po­wał żarzący się węgiel. Kiedy wiatr go pod­sy­cał, pul­so­wał czer­wie­nią - podob­nie jak to się działo z punk­ci­kami szkar­łat­nego świa­tła wśród popio­łów. Skórę wokół otworu pokry­wały czarne wypa­lone ślady, kilka z nich się­gnęło nawet twa­rzy męż­czy­zny - i w nich rów­nież cza­sami migo­tały znacz­nie mniej­sze iskry. Wyglą­dało to tak, jakby męż­czy­znę przy­wią­zano do sil­nika rakie­to­wego tuż przed uru­cho­mie­niem - a on nie tylko to prze­żył, ale też cią­gle pło­nął.

- Pew­nie nie jeste­ście gośćmi, któ­rzy dobrze się bawią, oglą­da­jąc komiczne pomyłki popeł­niane przez kogoś, kto nie zna waszej kul­tury? - Nomad uniósł ręce, by poka­zać, że nie jest groźny, igno­ru­jąc instynkty, które pod­po­wia­dały mu... jak zawsze... że powi­nien ucie­kać.

Roz­ża­rzony męż­czy­zna zdjął z ple­ców duży kij. Przy­po­mi­nał tro­chę poli­cyjną pałkę, ale z nieco mniej­szym naci­skiem na uni­ka­nie śmier­tel­nych obra­żeń.

- Tak myśla­łem. - Nomad się cof­nął.

Kilku z przy­ku­tych ludzi przy­glą­dało mu się z tą dziwną, choć zna­jomą nadzieją więź­nia - cie­szyło ich, że ktoś inny zwró­cił na sie­bie uwagę.

Roz­ża­rzony pod­szedł do niego, nad­na­tu­ral­nie szybko, a pło­mień jego serca się roz­ja­rzył. Był Napeł­niony. Cudow­nie.

Nomad z tru­dem uchy­lił się przed potęż­nym cio­sem.

- Potrze­buję broni, Pom! - wark­nął Nomad.

"To ją przy­wo­łaj, mój drogi giermku" powie­dział głos w jego gło­wie. "Ja cię nie powstrzy­muję".

Nomad chrząk­nął i zanur­ko­wał w kępę wyso­kiej trawy, która wyro­sła w ciągu kilku minut od kiedy się obu­dził. Pró­bo­wał spra­wić, by poja­wiła się broń, ale nic się nie stało.

"To twoja Udręka, wyja­śnia uprzej­mie rycerz swo­jemu prze­cięt­nie kom­pe­tent­nemu gierm­kowi. Stała się na tyle silna, że odma­wia ci broni". Jak zwy­kle głos Poma brzmiał abso­lut­nie mono­ton­nie. Był tego świa­domy, więc doda­wał komen­ta­rze.

Nomad znów usko­czył, kiedy roz­ża­rzony opu­ścił pałkę i po raz kolejny minął go o włos, a zie­mia aż zatrzę­sła się od siły ciosu. Na burze. To świa­tło robiło się coraz jaśniej­sze. Przy­kry­wało cały hory­zont w spo­sób, który wyda­wał się zbyt rów­no­mierny. Jak... jak duże było słońce na tej pla­ne­cie?

- Myśla­łem, że moje przy­sięgi wygry­wają z tym aspek­tem Udręki! - krzyk­nął Nomad.

"Prze­pra­szam, Noma­dzie. Ale jakie przy­sięgi?".

Roz­ża­rzony przy­go­to­wał się do zada­nia ciosu, a wtedy Nomad ode­tchnął głę­boko, uchy­lił się przed ata­kiem i całym cia­łem runął na prze­ciw­nika. Jed­nakże w chwili, gdy się do tego przy­go­to­wał, jego ciało ponow­nie stę­żało.

"Tak, rozu­miem, zauważa rycerz swo­bod­nym tonem. Twoja Udręka pró­buje powstrzy­mać teraz nawet naj­drob­niej­sze fizyczne star­cia".

Nie mógł nawet kogoś prze­wró­cić? Robiło się źle. Roz­ża­rzony ude­rzył Nomada w twarz i oba­lił go na zie­mię. Noma­dowi udało się prze­to­czyć i uchy­lić przed pałką, a po chwili pod­niósł się z jękiem.

Pałka znów opa­dła, a wtedy Nomad odru­chowo uniósł obie ręce i ją zła­pał. Zatrzy­mał cios w miej­scu.

Roz­ża­rzony otwo­rzył sze­rzej oczy. W pobliżu kilku więź­niów zaczęło wykrzy­ki­wać. Inni odwra­cali się w jego stronę. Naj­wy­raź­niej w tych oko­li­cach ludzie nie byli przy­zwy­cza­jeni do tego, że ktoś mógł dorów­nać jed­nemu z tych Napeł­nio­nych wojow­ni­ków. Roz­ża­rzony wyba­łu­szył oczy jesz­cze bar­dziej, kiedy Nomad zaci­snął zęby, zro­bił krok do przodu i wytrą­cił go z rów­no­wagi, aż męż­czy­zna zato­czył się do tyłu.

Za dziw­nym wojow­ni­kiem pło­nące świa­tło znie­kształ­cało sto­piony hory­zont i przy­nio­sło ze sobą nagłe ude­rze­nie gorąca. Wokół nich rośliny, które uro­sły tak szybko, zaczy­nały więd­nąć. Sze­regi przy­ku­tych ludzi jęczały i krzy­czały.

"Ucie­kaj!" - krzy­czało coś we wnę­trzu Nomada. "Ucie­kaj!".

Tak postę­po­wał.

Ostat­nimi czasy nie robił nic innego.

Kiedy odwró­cił się do ucieczki, inny roz­ża­rzony za jego ple­cami uniósł pałkę. Nomad pró­bo­wał zatrzy­mać rów­nież ten cios, ale jego burzowe ciało stę­żało po raz kolejny.

- Daj spo­kój! - krzyk­nął, kiedy pałka ude­rzyła go w bok. Zato­czył się. Roz­ża­rzony ude­rzył go pię­ścią w twarz.

Upa­da­jąc, Nomad sap­nął i jęk­nął. Poczuł na skó­rze zie­mię i kamyki. I gorąco. Strasz­liwe, osza­ła­mia­jące gorąco od strony hory­zontu, wciąż nara­sta­jące.

Obaj roz­ża­rzeni odwró­cili się i pierw­szy wska­zał ponad ramie­niem Nomada. Dwaj spło­szeni ofi­ce­ro­wie w bia­łych płasz­czach pode­szli pospiesz­nie i - kiedy Nomad był oszo­ło­miony z bólu i fru­stra­cji - skuli jego ręce. Wyda­wało się, że roz­wa­żali wbi­cie kołka w zie­mię i przy­ku­cie go do niego, ale cał­kiem słusz­nie zga­dy­wali, że męż­czy­zna, który zła­pał w locie pałkę Napeł­nio­nego wojow­nika, mógłby go wyrwać. Zamiast tego pocią­gnęli go do pier­ście­nia przy­mo­co­wa­nego do skały i tam go unie­ru­cho­mili.

Nomad padł na kolana w sze­regu więź­niów, z czoła pły­nął mu pot, kiedy gorąco nara­stało. Instynkty kazały mu ucie­kać.

Jed­nakże inna część jego osoby... po pro­stu chciała, żeby wszystko się skoń­czyło. Jak długo trwał pościg? Ile czasu minęło, od kiedy stał dum­nie wypro­sto­wany?

Może po pro­stu pozwolę, żeby to się skoń­czyło, pomy­ślał. Cios łaski. Jak zadany śmier­tel­nie ran­nemu na polu bitwy.

Osu­nął się, ból w jego boku pul­so­wał, choć wąt­pił, by coś było zła­mane. Jak długo utrzy­my­wał około pię­ciu pro­cent zdol­no­ści do Prze­skoku - około tysiąca JEO - jego ciało było potęż­niej­sze, bar­dziej wytrzy­małe. Tam, gdzie inni łamali kości, on miał tylko sińce. Ogień, który innych palił, jego tylko osma­lał.

"Uzdra­wia­nie uru­cho­mione, mówi boha­ter pew­nym sie­bie gło­sem do upo­ko­rzo­nego lokaja. Masz poni­żej dzie­się­ciu pro­cent zdol­no­ści do Prze­skoku, więc twoje uzdra­wia­nie nie będzie tak sku­teczne jak zazwy­czaj".

Cza­sami zasta­na­wiał się, czy jego wzmoc­nie­nia były bło­go­sła­wień­stwem, czy kolej­nym ele­men­tem Udręki. Wraz z gorą­cem nara­stało też świa­tło, sta­wało się ośle­pia­jące. Ten dym na hory­zon­cie... Czy to zie­mia sta­wała w ogniu? Od świa­tła sło­necz­nego?

Potę­pie­nie. Samo Potę­pie­nie wsta­wało na hory­zon­cie.

"To świa­tło" powie­dział Pom. "Jest zbyt potężne, by było to zwy­kłe świa­tło sło­neczne... przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o zamiesz­kane pla­nety."

- Myślisz, że świa­tło jest Napeł­nione? - szep­nął Nomad. - Jak na Tal­da­inie?

"Wia­ry­godna teo­ria, mówi rycerz z zacie­ka­wie­niem."

- Możesz je wchło­nąć?

"Moż­liwe. Naj­pew­niej wkrótce zoba­czymy...".

Gdyby udało mu się wchło­nąć wystar­cza­jąco dużo, mógłby Prze­sko­czyć pro­sto z tej pla­nety i jesz­cze bar­dziej odda­lić się od Noc­nej Bry­gady. To by było miłe, czyż nie? Choć raz się wysfo­ro­wać? Mimo to coś w inten­syw­no­ści tego świa­tła znie­chę­cało Nomada. Mar­twiło go. Wpa­try­wał się w nie, kiedy pobli­scy ofi­ce­ro­wie - w tym roz­ża­rzeni - koń­czyli zaku­wać więź­niów. Póź­niej pobie­gli do sze­regu maszyn. Dłu­gie i wąskie miały po sześć sie­dzeń. Były otwarte, z szybą z przodu i urzą­dze­niami ste­ru­ją­cymi z przodu po lewej.

Wyglą­dały tro­chę jak... Sze­ścio­miej­scowe lata­jące moto­cy­kle? Dziwna kon­struk­cja, ale nie wie­dział, jak ina­czej je nazwać. Wyglą­dało to tak, że każdy sia­dał okra­kiem na osob­nym sie­dze­niu - było nawet miej­sce na nogę - ale wszyst­kie łączyły się ze sobą wzdłuż cen­tral­nego kadłuba. Całość nie miała zewnętrz­nych ścian i drzwi. W każ­dym razie nie zasko­czyło go, kiedy pod pierw­szym z nich zapło­nął ogień, który pozwo­lił mu wznieść się w powie­trze na wyso­kość kilku stóp.

Jakie to miało zna­cze­nie? Odwró­cił się w stronę coraz sil­niej­szego świa­tła, a rośliny - jesz­cze przed kil­koma minu­tami pełne życia - brą­zo­wiały i wię­dły. Wyda­wało mu się, że w z pew­nej odle­gło­ści dobiega go ryk pło­mieni, gdy świa­tło słońca przy­bli­żało się jak front nie­gdyś zna­jo­mej burzy.

Wpa­tru­jąc się w moc tego świa­tła, zga­dy­wał, że nie uda mu się go wchło­nąć. Podob­nie jak zwy­kły prze­wód i wtyczka nie pora­dzi­łyby sobie z surową mocą reak­tora jądro­wego. To było coś nie­wia­ry­god­nego, siła, która go usmaży, zanim zdąży wyko­rzy­stać jej moc.

"Uch, Noma­dzie" powie­dział Pom swoim mono­ton­nym gło­sem. "Mam prze­czu­cie, że próba wchło­nię­cia i uży­cia Napeł­nie­nia z tego przy­po­mi­na­łaby próbę wydo­by­cia płatka śniegu z lawiny. Ja... sądzę, że nie powin­ni­śmy pozwo­lić, by cię dotknęło".

- Zabije mnie, jeśli tak się sta­nie... - szep­nął Nomad.

"Czy... tego pra­gniesz?".

Nie.

Nie, bo choć nie­na­wi­dził spo­rej czę­ści swo­jego życia, nie chciał umie­rać. Nawet jeśli z każ­dym dniem coraz bar­dziej dzi­czał... cóż, dzi­kie istoty umiały wal­czyć o życie.

Nagle opa­no­wała go gorącz­kowa despe­ra­cja. Zaczął cią­gnąć i szar­pać się w łań­cu­chach. Drugi z czte­rech lata­ją­cych moto­cy­kli odle­ciał, a on wie­dział - oce­nia­jąc pręd­kość zbli­ża­ją­cego się sło­necz­nego świa­tła - że były jego jedyną nadzieją na ucieczkę. Krzy­czał ochry­ple, napie­ra­jąc na stal, roz­cią­ga­jąc ją - ale nie mógł się uwol­nić.

- Pom! - krzyk­nął. - Potrze­buję Ostrza! Prze­obraź się!

"Nie ja to unie­moż­li­wiam, Noma­dzie".

- To świa­tło nas zabije.

"Cała kwe­stia w tym, że zabije cie­bie, mój biedny lokaju. Ja już jestem mar­twy".

Nomad ryk­nął, kiedy trzeci lata­jący moto­cykl wystar­to­wał, choć ostatni miał pewne pro­blemy. Może...

Chwi­leczkę.

- Mam zakaz korzy­sta­nia z broni. A co z narzę­dziami?

"Dla­czego miał­byś mieć zakaz korzy­sta­nia z nich?".

Nomad był idiotą! Pomoc­nik był zmien­no­kształt­nym meta­lo­wym narzę­dziem, które w tym przy­padku mogło obja­wić się fizycz­nie jako łom. Powstało w jego dłoni jakby z bia­łej mgiełki, wyło­niło się z niczego. Nomad zacze­pił nim o pier­ścień w skale, a póź­niej naparł na niego całym cię­ża­rem ciała.

TRZASK.

Wyrwał się z szarp­nię­ciem, wciąż był zakuty w kaj­dany, ale mię­dzy nimi miał dwie stopy luź­nego łań­cu­cha. Pod­niósł się nie­zgrab­nie i pobiegł w stronę ostat­niego lata­ją­cego moto­cy­kla, pod któ­rym w końcu zapło­nął ogień.

Przy­wo­łał Pomoc­nika jako hak z łań­cu­chem, któ­rymi natych­miast rzu­cił w stronę moto­cy­kla. Ude­rzył w maszynę w chwili, kiedy się pod­nio­sła. Na roz­kaz Nomada, kiedy Pomoc­nik się zacze­pił, hak roz­mył się na chwilę i zmie­nił w pier­ścień wokół występu na końcu pojazdu. Drugi koniec łań­cu­cha zaci­snął się wokół kaj­dan Nomada.

Dotarł do niego blask słońca. Nie­wia­ry­godne, inten­sywne, palące świa­tło. Więź­nio­wie z wrza­skiem sta­wali w pło­mie­niach.

"Och, na burze, krzy­czy rycerz."

W tej wła­śnie chwili łań­cuch się nacią­gnął. Nomad został gwał­tow­nie wyrwany ze słońca, jego skórę prze­szy­wał ból, ubra­nie pło­nęło.

Został odcią­gnięty od pew­nej śmierci. Ale nie miał poję­cia ku czemu.

Rozdział 2

Nomad ude­rzył bokiem w zie­mię. Lata­jący moto­cykl cią­gnął go za sobą z prze­ra­ża­jącą pręd­ko­ścią.

"Uru­cho­miono uzdra­wia­nie" powie­dział Pom. "Twoje ciało dosto­so­wało się do niż­szego ciśnie­nia w miej­sco­wym śro­do­wi­sku. Ale, Noma­dzie, zostało ci tak mało Napeł­nie­nia. Spró­buj nie dać się za bar­dzo potur­bo­wać, dobrze?".

W cza­sie, kiedy Pom to mówił, Nomad prze­bi­jał się przez bariery uschnię­tych roślin i co chwila ude­rzał o kamie­nie, a brud wni­kał w jego skórę. Z dru­giej strony Nomad był twardy. Pod­sta­wowy poziom Napeł­nie­nia go wzmac­niał. Choć uzdra­wia­nie zuży­wało Napeł­nie­nie szyb­ciej niż inne zdol­no­ści, jak długo utrzy­my­wał mini­malny poziom pod­sta­wowy, nie potrze­bo­wał dużo uzdra­wia­nia.

Nie był nie­śmier­telny. Więk­szość roz­wi­nię­tych broni od razu by go zabiła - na burze, nawet wiele z pry­mi­tyw­nych mogło go zabić, gdyby uży­wano ich bez prze­rwy, zmu­sza­jąc go do wyczer­pa­nia Napeł­nie­nia. Jed­nak pod­czas gdy ramiona zwy­kłego czło­wieka zosta­łyby wyrwane ze sta­wów - a jego skóra roz­szar­pana, bo resztki roślin przy takiej pręd­ko­ści sta­wały się ostre jak brzy­twy - on pozo­stał w jed­nym kawałku. I nawet udało mu się wyle­czyć opa­rze­nia.

"Zeszło do sze­ściu pro­cent" poin­for­mo­wał go Pom. "Nie­źle, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści. Ale... czu­łeś to gorąco? Było nie­re­alne. Z całą pew­no­ścią jest w to zamie­szane Napeł­nie­nie, ale nie udało mi się zła­pać ani tro­chę. Gdy­bym się otwo­rzył, żeby je wchło­nąć, znisz­czy­łoby mnie. Potrze­bu­jemy bez­piecz­niej­szego spo­sobu, by je zebrać".

Nomad chrząk­nął, kiedy znów ude­rzył o zie­mię. Z wysił­kiem udało mu się prze­krę­cić, żeby więk­szość dal­szych uszko­dzeń przyj­mo­wać na udo i bark. Choć wiatr zga­sił jego pło­nące ubra­nie, impet, z jakim ude­rzał o różne rze­czy, roz­szar­pał resztki jego kurtki i koszuli.

Ale skóra wytrzy­mała. Nie prze­szka­dzał mu bru­talny cha­rak­ter ucieczki. To i tak lep­sze niż pozo­sta­nie na słońcu.

Zamknął oczy, pró­bu­jąc pozbyć się więk­szego bólu. Wspo­mnie­nia krzy­ków nie­szczę­snych więź­niów, kiedy ude­rzył w nich wschód słońca, w ciągu kilku sekund zmie­nia­jący ich w popiół. Był pewien, że nie­któ­rzy z nich wołali do niego, pro­sząc go o pomoc.

Nie­gdyś nie umiałby tego zigno­ro­wać. Ale każ­dego dnia w cosmere umie­rały miliony, może miliardy ludzi. Nie mógł tego powstrzy­mać. Led­wie uda­wało mu się utrzy­mać przy życiu sie­bie.

I tak bolało. Nawet po latach męki na­dal nie mógł patrzeć, jak ludzie umie­rają.

Przy­ci­snął brodę do mostka, chro­niąc twarz przed prze­cią­gnię­ciem po nie­rów­nej powierzchni tego suro­wego świata. Widział, jak niebo ciem­nieje. Prze­ra­ża­jący blask słońca znik­nął za hory­zon­tem, jakby zapadł zmierzch, choć to Nomad się poru­szał. Lata­jący moto­cykl był na tyle szybki, że okrą­żał pla­netę przed wscho­dzą­cym słoń­cem, trzy­ma­jąc się poza zasię­giem jego palą­cych szpo­nów.

"Ta pla­neta musi powoli się obra­cać, mówi boha­ter do swo­jego nie­prze­wi­dy­wal­nego lokaja. Zauważ, że te pojazdy bez trudu prze­ga­niają słońce".

Przed nimi, po dru­giej stro­nie słońca, wscho­dził ogromny pier­ścień - sze­roki łuk, który odbi­jał blask słońca.

Nomad nie mógł nacie­szyć się powro­tem do bez­piecz­nego pół­mroku. Kilku ludzi na moto­cy­klu pró­bo­wało ode­rwać jego łań­cuch, ale przy takiej pręd­ko­ści - i z nim samym jako obcią­że­niem na końcu - byłoby to trudne, nawet gdyby nie zaci­snął pier­ście­nia. Zasta­na­wiał się, czy może się zatrzy­mają, żeby się nim zająć, ale lecieli dalej za innymi moto­cy­klami i ni­gdy nie wzno­sili się bar­dziej niż kilka stóp nad zie­mię.

W końcu zwol­nili i się zatrzy­mali. Nomad wylą­do­wał na wil­got­nej ziemi - doce­nił uczu­cie, że dotyka cze­goś mięk­kiego. Prze­to­czył się z jękiem. Jego spodnie były podarte, świeżo uzdro­wioną skórę miał posi­nia­czoną, ręce wciąż skute. Po chwili cier­pie­nia - w cza­sie któ­rej pró­bo­wał doce­nić fakt, że przy­naj­mniej nie doda­wano do niej nowego bólu - odwró­cił głowę, żeby spraw­dzić, dla­czego się zatrzy­mali.

Nie widział powodu. Może cho­dziło o to, żeby kie­rowcy się rozej­rzeli - bo po krót­kiej roz­mo­wie lata­jące moto­cy­kle znów wystar­to­wały. Tym razem wznio­sły się wyżej, a Nomad wisiał. To było lep­sze, bo przy­naj­mniej w locie o nic nie ude­rzał. Zało­żył, że wcze­śniej trzy­mali się nisko, bo woleli nie ryzy­ko­wać, że wzniosą się za wysoko w blask słońca.

Lecieli około godziny, aż w końcu dotarli do cze­goś inte­re­su­ją­cego - lata­ją­cego mia­sta. Wyglą­dało jak ogromna płyta i poru­szało się nad kra­jo­bra­zem, uno­szone przez pło­nące pod nim setki sil­ni­ków. Nomad odwie­dzał wcze­śniej lata­jące mia­sta, w tym jedno na pla­ne­cie w pobliżu jego ojczy­stego świata, ale rzadko zda­rzało mu się widzieć coś tak... pro­wi­zo­rycz­nego. Bez­ładna zbie­ra­nina par­te­ro­wych budyn­ków, jak ogromny slums, jakimś cudem uno­sząca się nad zie­mią - ale na wyso­ko­ści zale­d­wie trzy­dzie­stu, może czter­dzie­stu stóp. Zaiste, wyda­wało się, że nawet wznie­sie­nie się na tak skromną wyso­kość było wysił­kiem dla sil­ni­ków mia­sta, które z tru­dem omi­jało prze­szkody.

To nie była szy­bu­jąca metro­po­lia pełna tech­nicz­nej chwały. To była roz­pacz­liwa próba prze­trwa­nia. Obej­rzał się - blask na hory­zon­cie był już wła­ści­wie nie­wi­dzialny. Jed­nak Nomad wie­dział, że słońce tam jest. Nie­ubła­gane. Jak data egze­ku­cji.

- Musi­cie utrzy­mać się przed nim, prawda? - szep­nął. - Żyje­cie w cie­niach, bo tutej­sze słońce by was zabiło.

Na burze. Całe spo­łe­czeń­stwo, które musiało się poru­szać, żeby prze­go­nić słońce? Impli­ka­cje tego faktu popy­chały jego umysł do dzia­ła­nia, a stare wyszko­le­nie - męż­czy­zny, któ­rym kie­dyś był - zaczęło prze­bi­jać się przez trupa, któ­rym się stał. Dla­czego pogoda na tej pla­ne­cie, nawet w ciem­no­ści, nie była burz­liwa? Jeśli słońce przez cały czas prze­grze­wało jedną stronę, prze­trwa­nie na dru­giej byłoby nie­moż­liwe. Fakt, że im się to udało, był oczy­wi­sty, musiał więc coś prze­ga­pić.

Czym się odży­wiali? Jakie paliwo wyko­rzy­sty­wali w tych sil­ni­kach i jakim cudem mieli czas je wydo­by­wać, skoro się poru­szali? A skoro mowa o kopal­niach, czemu nie miesz­kali w jaski­niach? Wyraź­nie mieli dość metalu. Wyko­rzy­stali go do przy­ku­cia tych bie­da­ków do ziemi.

Zawsze był docie­kliwy. Nawet po tym, jak został żoł­nie­rzem - osten­ta­cyj­nie odwró­ciw­szy się od życia uczo­nego - zada­wał pyta­nia. Teraz drę­czyły go, aż sta­now­czo je odpę­dził. Tylko jedno się liczyło. Czy źró­dło mocy tych sil­ni­ków wystar­czy, by napę­dzić jego kolejny Prze­skok i zabrać go z tej pla­nety, zanim odnaj­dzie go Nocna Bry­gada?

Lata­jący moto­cykl zary­czał, wzno­sząc się ku mia­stu. Wisiał za ostat­nim z czte­rech, obcią­ża­jąc go, a sil­niki poni­żej wyrzu­cały ogień w jego stronę i pod­grze­wały łań­cuch. Całe szczę­ście Pomoc­nik mógł się tym zająć. Co cie­kawe, ta nie­wielka róż­nica wyso­ko­ści spra­wiła, że Nomad poczuł nacisk w uszach.

Kiedy moto­cy­kle dotarły do poziomu mia­sta, nie zapar­ko­wały w tra­dy­cyjny spo­sób. Skrę­ciły w bok i przy­cze­piły się do skraju kon­struk­cji, a ich sil­niki pozo­stały włą­czone, doda­jąc swoją moc do głów­nych sil­ni­ków.

Nomad wisiał na rękach i łań­cu­chu, jego ból zani­kał, kiedy znów się uzdra­wiał, choć to uzdra­wia­nie było mini­malne w sto­sunku do tego, czego potrze­bo­wał, by wró­cić do sie­bie po kon­tak­cie ze słoń­cem. Z tego miej­sca widział nagie wzgó­rza i błot­ni­ste jamy poni­żej, koja­rzące mu się z bagnami i wrzo­so­wi­skami. Mia­sto pozo­sta­wiało za sobą sze­roki ślad wypa­lo­nej, wysu­szo­nej ziemi. Oczy­wi­ście dzięki takiej bliź­nie lata­jące moto­cy­kle nie miały pro­ble­mów ze zna­le­zie­niem drogi do domu.

Zasko­czyło go, jak dobrze wszystko widział. Zamru­gał, żeby pozbyć się potu i błot­ni­stej wody, które wpa­dały mu do oczu, i znów pod­niósł wzrok na ten pier­ścień. Jak więk­szość tego rodzaju ciał nie­bie­skich, tak naprawdę skła­dał się z więk­szej liczby pier­ścieni. Jaskrawe, nie­bie­skie i złote, okrą­ża­jące pla­netę - wzno­szące się wysoko w powie­trze, się­ga­jące jakby w nie­skoń­czo­ność. Skie­ro­wane w stronę słońca i prze­chy­lone pod nie­wiel­kim kątem, odbi­jały jego pro­mie­nie na powierzch­nię. Teraz, kiedy mógł się mu przyj­rzeć, czę­ściowo musiał przy­znać, że to osza­ła­mia­jący widok. Odwie­dził dzie­siątki pla­net i ni­gdy nie widział cze­goś tak sto­icko wspa­nia­łego. Błoto i ogień poni­żej, ale w powie­trzu... to był maje­stat. To była pla­neta, która nosiła koronę.

Jego łań­cuch zadrżał, kiedy ktoś zaczął cią­gnąć go do góry. Wkrótce został zła­pany za ramiona i wcią­gnięty na meta­lową powierzch­nię mia­sta, w wąską uliczkę mię­dzy przy­sa­dzi­stymi budyn­kami. Wokół zebrała się grupka osób, który roz­ma­wiały i wska­zy­wały na niego. Igno­ru­jąc je, sku­pił się na pię­ciu cha­rak­te­ry­stycz­nych syl­wet­kach za nimi - ludziach z żarem w piersi.

Stali z pochy­lo­nymi gło­wami i zamknię­tymi oczami - ich żar ostygł. Dwoje było kobie­tami, tak sądził, choć ogień, który pochło­nął ich torsy nie pozo­sta­wił śla­dów piersi, jedy­nie sze­roki na dwie dło­nie otwór z kawał­kami żeber wysta­ją­cymi przez zwę­gloną skórę. I żar w miej­scu serca.

Reszta ludzi była ubrana tak, jak widział to na dole - wyso­kie koł­nie­rze się­ga­jące aż pod brodę, ubra­nia zakry­wa­jące całe ciała, ręka­wiczki. Nie­któ­rzy mieli na sobie białe płasz­cze, ofi­cjalne, otwarte z przodu, ale z emble­ma­tami na ramio­nach. Ofi­ce­ro­wie lub urzęd­nicy. Pozo­stali nosili ubra­nia w przy­ga­szo­nych kolo­rach i wyglą­dali na cywi­lów. Widział kilka kobiet w spód­ni­cach, choć więk­szość pre­fe­ro­wała dłu­gie, przy­po­mi­na­jące sukienki kurty ze spodniami widocz­nymi przez roz­cię­cie z przodu. Na gło­wach wielu z nich - zarówno męż­czyzn, jak i kobiet - dostrzegł kape­lu­sze z sze­ro­kim ron­dem. Czemu, skoro pra­wie nie było świa­tła?

"Nie myśl o tym", powie­dział sam sobie. Czuł się wyczer­pany. "A kogo to obcho­dzi? Nie spę­dzisz tu dość czasu, by dowie­dzieć się cze­go­kol­wiek o ich kul­tu­rze".

W jego oto­cze­niu prze­wa­żali ludzie albo bla­dzi, albo podobni do niego, o ciem­nej kar­na­cji. Tych o skó­rze w róż­nych pośred­nich odcie­niach było znacz­nie mniej. Wszy­scy wkrótce się uci­szyli, a póź­niej spu­ścili wzrok i się wyco­fali, roz­stę­pu­jąc się przed jakimś nowo przy­by­łym. Nomad usiadł na pię­tach i oddy­chał głę­boko. Przy­bysz oka­zał się wyso­kim męż­czy­zną w czar­nym płasz­czu - a jego oczy pło­nęły.

Żarzyły się ciem­no­czer­wono, jakby pod­świe­tlane od tyłu. Efekt przy­po­mi­nał Noma­dowi coś z prze­szło­ści, dawno temu - ale to nie były czer­wone oczy zepsu­tej duszy, lecz raczej jakby wewnątrz męż­czy­zny coś pło­nęło. Kra­wę­dzie jego czar­nego płasz­cza rów­nież ema­no­wały w podob­nym czer­wono-poma­rań­czo­wym odcie­niu. Nomad pomy­ślał, że męż­czy­zna też ma żar w piersi, choć przy­kry­wało ją cien­kie ubra­nie. Wyda­wało się, że nie zagłę­bił się tak głę­boko pod skórą jak u pozo­sta­łych, bo wciąż było widać zarys mię­śni pier­sio­wych.

Jego blask naśla­do­wało wiele z budyn­ków, kra­wę­dzie ścian wyglą­dały, jakby oświe­tlał je ogień. Jakby mia­sto nie­dawno spło­nęło, a to były jego popioły.

Męż­czy­zna o świe­cą­cych oczach uniósł dłoń w gru­bej ręka­wicy, by uci­szyć tłum. Przyj­rzał się Noma­dowi, a póź­niej ski­nął na dwóch ofi­ce­rów i wark­nął roz­ka­zu­jąco. Ofi­ce­ro­wie poty­kali się o wła­sne nogi, by wypeł­nić jego pole­ce­nie, i pospiesz­nie zdjęli kaj­dany Nomada.

Wyco­fali się ner­wowo w chwili, kiedy kaj­dany spa­dły z jego rąk. Nomad pod­niósł się - na ten widok wielu cywi­lów wes­tchnęło - ale nie wyko­ny­wał żad­nych gwał­tow­nych ruchów. Ode­tchnął głę­boko, bo drę­czący go ból zła­god­niał. Kazał Pomoc­ni­kowi, by pozo­stał na miej­scu jako łań­cuch - nie chciał, by uświa­do­mili sobie, że ma dostęp do zmien­no­kształt­nego narzę­dzia.

Męż­czy­zna o świe­cą­cych oczach wark­nął coś do niego, głos miał szorstki.

Nomad pokrę­cił głową.

Świe­cące Oczy powtó­rzył pyta­nie, gło­śniej, wol­niej, z więk­szą zło­ścią.

- Nie znam waszego języka - powie­dział chra­pli­wie Nomad. - Daj­cie mi źró­dło ener­gii, jak w sil­ni­kach tych moto­cy­kli. Jeśli je wchłonę, to powinno pomóc.

Zale­żało to od tego, czego uży­wali jako paliwa - ale ponie­waż utrzy­my­wali całe mia­sto w powie­trzu, wąt­pił, by to było kon­wen­cjo­nalne źró­dło. Idea napę­dza­nia takiego mia­sta węglem była śmieszna. Wyko­rzy­sty­wali jakiś Napeł­niony mate­riał, może łado­wany na słońcu.

Ich przy­wódca, który w końcu uświa­do­mił sobie, że Nomad nie zamie­rza odpo­wie­dzieć, uniósł rękę w bok - i ostroż­nie zdjął ręka­wiczkę, palec po palcu. Ludzie wzdy­chali, choć uka­zał zwy­czajną, nawet jeśli dość bladą, dłoń.

Męż­czy­zna pod­szedł do Nomada i zła­pał go za twarz.

Nic się nie stało.

Męż­czy­zna wyda­wał się tym zasko­czony. Zmie­nił uchwyt.

- Jeśli zamie­rzasz mnie poca­ło­wać, to odgryzę ci burzową wargę - mruk­nął Nomad.

Czuł się dobrze, mogąc tak żar­to­wać. Jego były mistrz byłby z niego dumny. W mło­do­ści Nomad zacho­wy­wał się sta­now­czo za poważ­nie i rzadko pozwa­lał sobie na weso­łość. Głów­nie dla­tego, że czuł się zbyt zawsty­dzony i prze­stra­szony wizją, że powie coś żenu­ją­cego.

Jeśli czło­wiek został wiele razy prze­cią­gnięty po ziemi - pobity pra­wie na śmierć, do momentu, w któ­rym nie pamię­tał, jak się nazywa - cóż, to dosko­nale wpły­wało na poczu­cie humoru. Wtedy pozo­sta­wało już tylko śmiać się z żartu, jakim stało się jego życie.

Widzo­wie byli naprawdę zdzi­wieni fak­tem, że nic się nie stało, kiedy Świe­cące Oczy go dotknął. Męż­czy­zna jesz­cze raz zła­pał Nomada za brodę, po czym puścił go, wytarł rękę o płaszcz i znów zało­żył ręka­wiczkę, a jego oczy - jak blask ogniom­chu - pod­świe­tlały z przodu rondo kape­lu­sza i zbyt gład­kie rysy twa­rzy. Mógł mieć około pięć­dzie­się­ciu lat, ale trudno to było oce­nić, bo jego skóry nie zna­czyły żadne zmarszczki. Życie w cią­głym pół­mroku miało swoje zalety.

Jeden z ofi­ce­rów, któ­rzy zdjęli mu kaj­dany, pod­szedł bli­żej i wska­zał Nomada, mówiąc przy­ci­szo­nym gło­sem. Na jego twa­rzy odma­lo­wał się wyraz nie­do­wie­rza­nia i męż­czy­zna wska­zał hory­zont.

Inny z ofi­ce­rów poki­wał głową, wpa­tru­jąc się w Nomada.

- Sess Nassith Tor - szep­nął.

"Inte­re­su­jące, mówi rycerz. Pra­wie to zro­zu­mia­łem. Bar­dzo przy­po­mina inny język, z któ­rym wciąż mam słaby Zwią­zek".

- Jakieś poję­cie, który? - wark­nął Nomad.

"Nie. Ale... Myślę... Sess Nassith Tor... To zna­czy coś w rodzaju... Ten, Który Uciekł Słońcu".

Inni z tyłu powta­rzali tę frazę, pod­jęli ją, aż Świe­cące Oczy ryk­nął na nich. Znów spoj­rzał na Nomada, po czym kop­nął go w pierś. Bolało, szcze­gól­nie w sta­nie, w któ­rym był teraz Nomad. Męż­czy­zna bez wąt­pie­nia musiał być Napeł­niony, żeby kop­nąć tak mocno.

Nomad chrząk­nął i zgiął się wpół, z tru­dem łapiąc oddech. Męż­czy­zna pod­trzy­mał go i uśmiech­nął się, uświa­da­mia­jąc sobie, że Nomad nie zamie­rza odpo­wie­dzieć cio­sem na cios. Męż­czyź­nie się to podo­bało. Rzu­cił Noma­dem w bok, po czym znów kop­nął go w pierś i uśmiech­nął się sze­rzej.

Nomad chęt­nie zerwałby mu uśmiech z tej twa­rzy, naj­le­piej z dołą­czoną skórą. Ale skoro próba obrony dopro­wa­dzi­łaby go do stę­że­nia mię­śni, naj­lep­szym roz­wią­za­niem było uda­wa­nie pokor­nego.

Świe­cące Oczy wska­zał Nomada.

- Kor Sess Nassith Tor - powie­dział z szy­der­czym uśmie­chem i kop­nął Nomada raz jesz­cze, na dokładkę.

Kilku ofi­ce­rów pode­szło bli­żej i zła­pało go pod pachami, żeby go odcią­gnąć. Odkrył, że ma nadzieję na miłą celę - gdzieś, gdzie byłoby zimno i twardo, ale przy­naj­mniej mógłby usnąć i na kilka godzin zapo­mnieć, kim jest.

Te skromne nadzieje zostały roz­wiane, kiedy mia­sto zaczęło się roz­pa­dać.

Rozdział 3

Wcze­śniej widział, jak lata­jące moto­cy­kle zacze­piają się na kra­wę­dzi, doda­jąc swoje sil­niki do mia­sta. Teraz z kon­ster­na­cją uświa­do­mił sobie, że każdy ele­ment plat­formy był podobny. To nie było jedno wiel­kie lata­jące mia­sto, lecz setki połą­czo­nych stat­ków.

Więk­szość z nich była śred­nich roz­mia­rów - lata­jący sta­tek w wer­sji dom jed­no­ro­dzinny. Nie­które, jesz­cze mniej­sze, przy­po­mi­nały holow­niki, z sze­ro­kimi pokła­dami i kabiną na górze. Nie­liczne, więk­sze, dźwi­gały sze­ro­kie budynki, mogące słu­żyć jako sale narad albo maga­zyny. Wszyst­kie ota­czały sze­ro­kie, pła­skie pokłady, które można było połą­czyć, by stwo­rzyć ulice. W miarę jak kolejne statki odla­ty­wały, na skra­jach pokła­dów pod­no­siły się relingi, a ściany roz­su­wały się, uka­zu­jąc przed­nie szyby i kok­pity.

Odno­sił wra­że­nie, że to mia­sto nie zostało stwo­rzone jako spójna całość, którą można było roz­dzie­lić na ele­menty skła­dowe, lecz raczej, że był to misz­masz poje­dyn­czych pojaz­dów, mogą­cych ze sobą współ­dzia­łać. To wyja­śniało eklek­tyczny cha­rak­ter mia­sta. Przy­po­mi­nało kara­wanę, która mogła - dla wygody lub obrony - połą­czyć swoje frag­menty w tym­cza­sowe mia­sto.

Zadzi­wia­jące, że wszystko dzia­łało ze sobą tak dobrze. W odpo­wie­dzi na okrzyki i pole­ce­nia, któ­rych Nomad nie rozu­miał, wiele ze stat­ków odle­ciało i zajęło się czymś. Kiedy Nomad przy­mru­żył powieki, zoba­czył, że nie­które posy­py­wały czymś zie­mię.

Nasiona, uświa­do­mił sobie. Roz­sie­wają nasiona. Kawa­łek ukła­danki tego dzi­wacz­nego świata zna­lazł się na swoim miej­scu. Napeł­nione świa­tło słońca wyja­śniało szybki wzrost roślin, które nie­mal bły­ska­wicz­nie doj­rze­wały, kiedy wchła­niały potężny blask świtu. Już udo­wod­nił, że nie może samo­dziel­nie pochło­nąć tej ener­gii, ale rośliny szep­tały, że ist­niał spo­sób - nawet jeśli znaj­do­wał się poza jego zasię­giem.

Tak czy ina­czej, to spo­łe­czeń­stwo zbie­rało plony każ­dego dnia. Musieli wysiać rośliny i zale­d­wie kilka godzin póź­niej je zebrać, po czym uciec w ciem­ność. Czy świa­tło pier­ścieni wystar­czało, czy musieli podejść bli­żej, ryzy­ko­wać na kra­wę­dzi zabój­czego świa­tła słońca?

Musiał zatłuc swoją cie­ka­wość.

Jest z cie­bie, pomy­ślał, bar­dzo kiep­ski cynik.

Sta­tek, na któ­rym się znaj­do­wał, nie podą­żył za tymi pro­wa­dzą­cymi zasiew, lecz dołą­czył do innej grupy, która opa­dła na zie­mię. Na nie­któ­rych wzno­siły się pię­trowe lub dwupię­trowe budynki, naj­więk­sze, jakie widział. Wylą­do­wali w sze­ro­kim kręgu na błot­ni­stej ziemi. Jego sta­tek opadł i przy­łą­czył się do innego, potęż­nego, z rzę­dami bal­ko­nów na fron­cie.

Świe­cące Oczy wszedł na jeden z nich i zajął miej­sce. Nomad przy­glą­dał się błot­ni­stemu krę­gowi, kiedy mniej­sze statki zatrzy­my­wały się jeden na dru­gim, two­rząc wzno­szącą się rzę­dami kon­struk­cję wysoką na cztery do pię­ciu stat­ków. Spo­chmur­niał, roz­po­znaw­szy ten układ. To była arena. Pod­czas gdy rol­nicy szli do pracy, uprzy­wi­le­jo­wani zebrali się na pokła­dach swo­ich stat­ków, by obej­rzeć przed­sta­wie­nie.

Jęk­nął, kiedy ci, któ­rzy go poj­mali, zało­żyli mu parę sze­ro­kich zło­ci­stych bran­so­let na ramiona - wyglą­dały zupeł­nie jak te, które nosili roz­ża­rzeni. Po tym, jak zna­la­zły się na swoim miej­scu, został zacią­gnięty na pokład dzio­bowy statku. Kiedy spró­bo­wał sta­wić opór - i odru­chowo się zamach­nął - stę­żał. Póź­niej bez trudu zrzu­cili go jakieś dwa­na­ście stóp w dół na śmier­dzącą, błot­ni­stą zie­mię.

To nie była pierw­sza arena, na któ­rej się zna­lazł, ale kiedy wydo­był twarz z błocka, uznał, że z całą pew­no­ścią jest naj­brud­niej­sza. Kilka więk­szych stat­ków, przy­po­mi­na­ją­cych kon­te­nery, wylą­do­wało i otwo­rzyło przed­nie drzwi. Urzęd­nicy w bia­łych płasz­czach zmu­sili do wyj­ścia jakieś trzy dzie­siątki ludzi w poszar­pa­nych ubra­niach i zapę­dzili ich do kręgu. Nomad wes­tchnął i pod­niósł się, pró­bu­jąc zigno­ro­wać smród błocka. Bio­rąc pod uwagę to, co prze­szedł przez ostat­nie tygo­dnie, uznał, że błoto pew­nie robiło to samo.

Więź­nio­wie zmu­szeni do wej­ścia na arenę nie przy­po­mi­nali wojow­ni­ków. Bie­dacy wyglą­dali na nie­mal rów­nie obszar­pa­nych i zuży­tych, jak on. Poty­kali się i prze­wra­cali, usi­łu­jąc poru­szać się w gęstej mazi, która bru­dziła ich ubra­nia.

Nie dostali broni. Raczej więc nie arena gla­dia­to­rów, pomy­ślał Nomad. Nie mieli tutaj wal­czyć... ale mogli umrzeć. I w rze­czy samej otwo­rzyły się inne drzwi, przez które wyszła trójka roz­ża­rzo­nych, z bro­nią w ręku. Z góry opadł sta­tek - gorąco jego sil­ni­ków było nie­przy­jemne - i upu­ścił kilka dużych meta­lo­wych skrzyń, które z chlu­po­tem wylą­do­wały w bło­cie. Prze­szkody, róż­nych roz­mia­rów.

Roz­ża­rzeni ruszyli bie­giem. Tłum wiwa­to­wał. Bez­bronni chłopi roz­pro­szyli się jak prze­ra­żone wie­prze przed bia­ło­grz­bie­tem.

Cudow­nie.

Nomad biegł przez błoto. Się­gało mu zale­d­wie do kostek, ale było zdra­dziecko śli­skie i zadzi­wia­jąco mocno wcią­gało jego stopy. Prze­śli­zgnął się w stronę jed­nej z więk­szych skrzyń, wyso­kiej na osiem stóp, zła­pał ją czub­kami pal­ców i wcią­gnął się na górę.

Uznał, że jeśli uczyni się naj­trud­niej­szym celem ze wszyst­kich, roz­ża­rzeni naj­pierw zapo­lują na łatwiej­szą zwie­rzynę. Dzięki temu mógłby zyskać tro­chę czasu, by wymy­ślić burzowy spo­sób na wydo­sta­nie się z tej sytu­acji. Ale w chwili, kiedy wszedł na skrzy­nię, poja­wiła się para rąk okry­tych czar­nymi ręka­wicz­kami i ktoś wspiął się za nim.

W miej­scu jej serca pło­nął żar, jasno­zie­lone oczy wpa­try­wały się w niego, a jej wargi wygięły się w gry­ma­sie. Miała krót­kie czarne włosy prze­ty­kane siwi­zną, a jej lewy poli­czek prze­ci­nała czarna żyła ze świe­cącą linią pośrodku.

Pod­czas gdy pozo­stali dwaj roz­ża­rzeni nosili bicze, ta miała długą maczetę o paskud­nym ostrzu. Dla­czego ruszyła za nim? Nomad spoj­rzał w stronę tronu, z któ­rego Świe­cące Oczy przy­glą­dał się z zain­te­re­so­wa­niem.

"Myślisz, pyta rycerz swo­jego wier­nego giermka, że on chce zoba­czyć, co potra­fisz?".

- Nie - szep­nął Nomad, cofa­jąc się przed roz­ża­rzoną. - Pamię­tasz złość, którą oka­zał przy­wódca? Inni trak­to­wali mnie z pew­nym sza­cun­kiem, bo udało mi się uciec przed słoń­cem. To go zło­ściło.

To nie była próba. Świe­cące Oczy chciał, by Nomad zgi­nął na widoku. Chciał, by został upo­ko­rzony i poko­nany na oczach wszyst­kich.

Roz­ża­rzona zamach­nęła się w stronę Nomada, więc odwró­cił się i zesko­czył z wiel­kiej skrzyni w stronę mniej­szej. Tam celowo sto­czył się w błoto, udał, że się potyka i pró­buje zna­leźć coś innego. Kiedy roz­ża­rzona pobie­gła w jego stronę, pod­niósł się z wła­śnie stwo­rzo­nym łomem - celowo nie pró­bo­wał ude­rzyć kobiety, lecz jedy­nie zablo­ko­wać cios maczetą.

Jego ciało nie stę­żało. Dopóki sku­piał się wyłącz­nie na obro­nie, wyda­wało się, że może sta­wiać opór. Ode­pchnął roz­ża­rzoną na bok, a ona stra­ciła rów­no­wagę i się prze­wró­ciła. Po chwili się pod­nio­sła, twarz miała czę­ściowo uma­zaną bło­tem i patrzyła na niego z wście­kło­ścią. Nie wyglą­dała na zasko­czoną nagłym poja­wie­niem się jego broni, a on swoim manew­rem spró­bo­wał ukryć, skąd ją wziął. Miał nadzieję, że patrzący z góry uznają, że wydo­był ją z błocka, że to był odpad pozo­sta­wiony przez inną prze­mie­rza­jącą te tereny grupę.

Kobieta wark­nęła i rzu­ciła się na niego. Za nim jedna z bied­nych chło­pek została przy­parta do muru. Jeden z roz­ża­rzo­nych chwy­cił ją i jedną ręką wyrzu­cił w powie­trze. Tłum wiwa­to­wał, a kobieta krzy­czała prze­ra­żona, choć wyda­wało się, że nie stała jej się krzywda.

Nomad uchy­lił się raz, drugi, trzeci - o włos uni­ka­jąc cio­sów maczety roz­ża­rzo­nej, która poru­szała się z nad­na­tu­ralną szyb­ko­ścią i zwin­no­ścią. Miał wię­cej pro­ble­mów z bło­tem niż ona. Mimo że ucie­kał od wielu lat, gleba wciąż wyda­wała mu się nie­na­tu­ralna. To było nie­wła­ściwe nie czuć pod sto­pami sta­bil­nego kamie­nia.

W chwili gdy pochwy­cono drugą osobę, Nomad zablo­ko­wał kolejny cios maczety - a póź­niej z tru­dem powstrzy­mał się przed ude­rze­niem kobiety. Na burze, trudno mu się było opa­no­wać. Ale nie mógł też cią­gle robić uni­ków. W końcu ci dwaj pozo­stali roz­ża­rzeni po niego przyjdą.

Przy następ­nym zwar­ciu wyjąt­kowo mocno ude­rzył w maczetę kobiety i wytrą­cił jej broń ze spo­co­nej ręki. Kiedy zawyła, odwró­cił się i uciekł, zaty­ka­jąc łom za pas - ukrad­kiem stwo­rzył nie­dużą pętelkę, by go zamo­co­wać. Nie oglą­dał się, żeby spraw­dzić, czy za nim podą­żyła, tylko wsko­czył na kilka mniej­szych skrzyń, a póź­niej rzu­cił się w stronę naj­więk­szej, wyso­kiej na jakieś pięt­na­ście stóp.

Led­wie zła­pał za kra­wędź i pró­bo­wał się pod­cią­gnąć. Nie­stety, ręce miał śli­skie od błota i zaczął się zsu­wać.

Aż ktoś zła­pał go za nad­gar­stek. Na skrzyni stał już męż­czy­zna, jeden z chło­pów - dość krępy, o bla­dej skó­rze, brą­zo­wych oczach, z doł­kiem w bro­dzie. Męż­czy­zna szarp­nął z deter­mi­na­cją i wycią­gnął Nomada na górę.

Nomad ski­nął głową brud­nemu męż­czyź­nie, który w odpo­wie­dzi uśmiech­nął się, uka­zu­jąc braki w uzę­bie­niu. Wska­zał broń Nomada i zadał pyta­nie, a w jego gło­sie brzmiał nie­pew­ność.

"Coś o... zabi­ja­niu przez cie­bie?" - powie­dział Pom. "Prze­pra­szam. Led­wie to wszystko rozu­miem. Musisz zdo­być tro­chę Napeł­nie­nia".

- Przy­kro mi, przy­ja­cielu. - Nomad zwró­cił się do męż­czy­zny. - Nie rozu­miem. Ale dzię­kuję.

Męż­czy­zna razem z nim obser­wo­wał arenę. Kolejna z więź­niów spra­wiała roz­ża­rzo­nym pewne pro­blemy, dobrze robiła uniki i krę­ciła się w bło­cie. Żeby ją zła­pać, potrzebni byli w końcu dwaj roz­ża­rzeni.

Roz­ża­rzona wal­cząca z Noma­dem na­dal igno­ro­wała inną zwie­rzynę. Ostroż­nie okrą­żała dużą skrzy­nię, pla­nu­jąc wej­ście. Kiedy zła­pano kolejną osobę, pozo­stali chłopi prze­stali ucie­kać, osu­nęli się na kolana lub opie­rali o ściany, dysząc z wyczer­pa­nia.

Tych, któ­rzy zostali zła­pani, zapę­dzono w stronę innego statku. Krzy­czeli i pła­kali - ale nie pró­bo­wali sta­wiać oporu. Inte­re­su­jące. Ich zacho­wa­nie wska­zy­wało Noma­dowi, że...

- Ta banda, która została zła­pana na początku, to kolejna grupa ska­za­nych, Pom. Zostaną wysta­wieni na słońce.

"Więc..." - powie­dział Pom w jego gło­wie. "To jakaś skom­pli­ko­wana odmiana zabawy w berka? Która decy­duje, kto zosta­nie stra­cony jako następny?".

- Tak się domy­ślam. Popatrz, jaką ulgę oka­zują ci, któ­rzy nie zostali zła­pani.

"Ulga, tak, mówi rycerz z ponurą melan­cho­lią. Ale też... smu­tek".

Pomoc­nik miał rację. Wielu z oca­la­łych patrzyło z bólem w oczach w stronę tych, któ­rych zabie­rano. Jeden z męż­czyzn nawet osu­nął się bła­gal­nie na kolana i krzy­czał, wska­zu­jąc na sie­bie, jakby pro­po­no­wał wymianę. Ci jeńcy znali się nawza­jem. Zabrani byli przy­ja­ciółmi, może człon­kami rodziny tych, któ­rzy oca­leli.

Sojusz­nik Nomada zaczął scho­dzić ze skrzyni, ale walka się nie skoń­czyła. Jesz­cze nie. Choć dwaj pozo­stali roz­ża­rzeni ode­szli po tym, jak odpro­wa­dzili ska­za­nych, trze­cia - kobieta o siwie­ją­cych wło­sach - rzu­ciła się mię­dzy skrzy­niami w stronę Nomada.

Nie prze­sta­nie, dopóki go nie zabije, tego był pewien. Cóż. Czas zoba­czyć, czy uda mu się oszu­kać Udrękę. Cze­kał w napię­ciu na zbli­ża­jącą się roz­ża­rzoną.

"Noma­dzie?" - spy­tał Pomoc­nik. "Co robisz?".

- Jak cięż­kim przed­mio­tem możesz się stać? Nie zuży­wa­jąc wię­cej naszych JEO?

"Każde moje prze­obra­że­nie zużywa odro­binę Napeł­nie­nia, ale w więk­szo­ści wypad­ków to pomi­jalna ilość. Zakła­dam więc, że pytasz, czym się mogę stać, nie się­ga­jąc do naszych rezerw i nie zmniej­sza­jąc ich zna­cząco. Przy takich ogra­ni­cze­niach mogę stać się masą metalu ważącą około stu fun­tów. Czemu pytasz?".

Nomad zacze­kał, aż roz­ża­rzona pra­wie do niego dotrze - sko­czyła w stronę jego skrzyni z sąsied­niej. W tej wła­śnie chwili rzu­cił się w jej stronę. Uniósł Pomoc­nika nad głową - mar­twiąc się, że musi zdra­dzić swoją tajem­nicę - i stwo­rzył sztangę o mak­sy­mal­nej wadze. Trzy­mał ją wycią­gniętą przed sobą, jakby był gotów się nią zamach­nąć.

W odpo­wie­dzi Udręka wyczuła, że chce zro­bić krzywdę. Jego ręce stę­żały. Ale roz­ża­rzona i tak ude­rzyła pro­sto w kawał metalu i sap­nęła, kiedy zde­rzyli się w powie­trzu.

Zasad­ni­czo był mar­twym bala­stem. Oboje ude­rzyli w błoto, a on wylą­do­wał na górze. Sztanga ude­rzyła w pierś kobiety, a łokieć Nomada zmiaż­dżył jej szyję. Połą­czony cię­żar wbił ją w miękką zie­mię.

Kiedy Nomad pod­niósł się z tru­dem, pozo­stała na ziemi - przy­tomna, ale ogłu­szona. Jej żar zadrżał jak oko mru­ga­jące z wyczer­pa­nia.

Ryki tłumu zmie­niły się w mar­twą ciszę.

- Nie zda­rza się czę­sto, co?! - krzyk­nął Nomad w stronę Świe­cą­cych Oczu, który sie­dział na bal­ko­nie nad areną. - Że ktoś pokona two­ich żoł­nie­rzy? Ale czemu mia­łoby tak się stać? To są Napeł­nieni wojow­nicy, a wysta­wiasz ich prze­ciwko bez­bron­nym chło­pom!

Świe­cące Oczy, rzecz jasna, nie odpo­wie­dział. Na burze, Nomad nie­na­wi­dził drę­czy­cieli. Zro­bił krok do przodu, jakby chciał rzu­cić wyzwa­nie męż­czyź­nie. Wtedy jed­nak prze­szyło go zimno, zaczy­na­jące się od nad­garst­ków.

Spoj­rzał na bran­so­lety, które mu zało­żono. Wysy­sały z niego cie­pło, zamra­ża­jąc go i unie­ru­cha­mia­jąc mię­śnie. Wypu­ścił powie­trze i wokół jego ust poja­wiła się chmurka pary. Spio­ru­no­wał wzro­kiem Świe­cące Oczy - który trzy­mał w ręku urzą­dze­nie z przy­ci­skami.

- S-sukin­syn - powie­dział Nomad, szczę­ka­jąc zębami. I padł nie­przy­tomny twa­rzą w błoto.

Rozdział 4

Kiedy Nomad obu­dził się tym razem, odkrył, że został przy­kuty do ściany. Nie... to była zewnętrzna strona przy­sa­dzi­stego statku, jed­nego z tych, które two­rzyły arenę. Został przy­kuty do jego boku, roz­krzy­żo­wany na pła­skim kawałku metalu o wymia­rach dzie­sięć na dzie­sięć stóp.

Wyda­wało mu się, że nie był długo nie­przy­tomny, choć nie mógł mieć pew­no­ści, bo nie widział słońca na nie­bie. Jedy­nie te malow­ni­cze, ogromne pier­ście­nie.

Pró­bo­wał się poru­szyć, ale jego nad­garstki i kostki były mocno przy­ci­śnięte do statku. Hała­śliwy tłum nie znik­nął, choć pośrodku areny wylą­do­wał nie­duży sta­tek z podium oto­czo­nym czte­rema zdo­bio­nymi kolum­nami. Nie miał ścian i wyda­wało się, że służy jedy­nie jako mów­nica - przedni pokład statku zapew­niał impo­nu­jące miej­sce, z któ­rego przy­wódca mógł prze­ma­wiać do swo­ich pod­da­nych. Świe­cące Oczy stał na nim i zwra­cał się do tłumu, pod­sy­ca­jąc ich entu­zjazm.

- Pomoc­niku - wark­nął Nomad. - Prze­ga­pi­łem coś waż­nego?

"Zabrali te skrzy­nie. Póź­niej przy­wią­zali cię tutaj. Pró­buję zro­zu­mieć tę prze­mowę, ale wyła­pa­łem tylko kilka słów. Część z tego odnosi się do cie­bie. I... "przy­kładu"?".

- Wspa­niale. - Nomad szar­pał się z łań­cu­chami.

"Wydaje mi się, że nie zorien­to­wali się i nie widzieli, co zro­bi­łeś ze mną", mówił dalej Pomoc­nik. "To zna­czy ze sztangą. Kąt był nie­wła­ściwy. Dla­tego, kiedy wyjęli cię z błota, zmie­ni­łem się znowu w łom. Zba­dali mnie i odrzu­cili na bok, zakła­da­jąc, że nie jestem niczym waż­nym. Wciąż leżę w bło­cie, na lewo od cie­bie".

To już coś. Nomad mógł przy­wo­łać broń w dowol­nej chwili, spra­wić, żeby znik­nęła i poja­wiła się ponow­nie w jego dło­niach. Więzy na jego nad­garst­kach były cia­sne, ale Pomoc­nik mógł przy­bie­rać różne dziwne kształty. Jeden z nich mógł zadzia­łać i uwol­nić Nomada. Ale jeśli nie znaj­do­wał się w bez­po­śred­nim nie­bez­pie­czeń­stwie, nie było powodu, by ujaw­niał swoje zdol­no­ści. Na razie więc roz­wa­żał inne metody. Może gdyby zła­mał sobie kciuk, mógłby wysu­nąć rękę, a póź­niej go uzdro­wić. Nie­stety, zła­ma­nia uzdra­wiał znacz­nie wol­niej niż sińce.

Jego spoj­rze­nie przy­cią­gnęło poru­sze­nie po lewej. Prze­krę­cił głowę naj­da­lej, jak mógł, i zoba­czył obra­ca­jące się czarne pudełko z miga­ją­cym świa­teł­kiem. Kamera moni­to­ringu? Przy­glą­dała mu się przez chwilę i skie­ro­wała się w stronę podium.

Głos Świe­cą­cych Oczu wzniósł się, kiedy męż­czy­zna wska­zał Nomada. Potę­pie­nie. Nawet gdyby udało mu się uwol­nić, na­dal miał na sobie bran­so­lety, które go zamro­ziły. I wciąż ota­czali go wro­go­wie, z któ­rymi nie mógł wal­czyć, i kamery, które mogły go śle­dzić. Co by mu dało uwol­nie­nie ręki w takiej sytu­acji?

"Tym razem chyba wpa­ko­wa­łeś się w praw­dziwe tara­paty", powie­dział Pomoc­nik.

- Tak myślisz?

"Czy ja myślę? Nie jestem pewien. Zależy od two­jej defi­ni­cji".

- Wiesz, bar­dziej cię lubi­łem, kiedy byłeś żywy.

"A czyja to wina?".

Nomad wark­nął i szarp­nął się w łań­cu­chach. Prze­stał się jed­nak sku­piać na swoim trud­nym poło­że­niu, kiedy grupa urzęd­ni­ków przy­pro­wa­dziła kilku obszar­pa­nych jeń­ców do statku-podium. Świe­cące Oczy łapał każde z nich po kolei za szyję, a oni jakby wię­dli, ich skóra nabie­rała sza­rego odcie­nia. Kiedy odrzu­cał ich na bok, byli mar­twi, a żar w jego piersi pło­nął jaśniej.

Tłum wiwa­to­wał, a to wiwa­to­wa­nie stało się jesz­cze gło­śniej­sze, kiedy do podium zacią­gnięto kolejną więź­niarkę. Towa­rzy­szyli jej dwaj straż­nicy w bia­łych płasz­czach, jeden niósł długą włócz­nię, a drugi trzy­mał kara­bin. Świe­cące Oczy nie zła­pał tej kobiety, lecz uniósł dło­nie i pozwa­lał, by tłum krzy­czał.

Nomad sku­pił wzrok na kara­bi­nie. To była pierw­sza nowo­cze­sna broń, którą tu zoba­czył. Czy były rzad­ko­ścią? Przyj­rzał się uwię­zio­nej i zorien­to­wał się, że to kobieta, która tak spryt­nie uni­kała zła­pa­nia. Ta, którą poj­mało dopiero dwóch roz­ża­rzo­nych.

- Ta kobieta... - powie­dział Nomad. - Była jedną z lepiej wal­czą­cych... a przy­naj­mniej uchy­la­ją­cych się... na are­nie. Może, ponie­waż dobrze wal­czyła, nagro­dzą ją?

Świe­cące Oczy wska­zał na kobietę i tłum zary­czał. Ude­rzył ją w ramię w spo­sób, który koja­rzył się wręcz z gra­tu­la­cjami. Ale wtedy kobieta zaczęła się szar­pać jesz­cze bar­dziej, a Nomad poczuł ści­ska­nie w żołądku.

To nie mój pro­blem, pomy­ślał.

Świe­cące Oczy mach­nął w bok i jeden ze straż­ni­ków podał mu włócz­nię. Przy­wódca zdjął osłonę i oka­zało się, że sama włócz­nia miała na gro­cie świe­cący żar - tak jaskrawy, że zosta­wił powi­doki w oczach Nomada.

Uwię­ziona kobieta krzyk­nęła.

Świe­cące Oczy wbił włócz­nię w jej pierś.

Nomad dosko­nale widział, co wyda­rzyło się póź­niej. Świe­cące Oczy wyrwał włócz­nię, pozo­sta­wia­jąc żar. Urzęd­nicy roz­bie­gli się w panice, ale Świe­cące Oczy został i nie wyglą­dał na poru­szo­nego. Udrę­czona kobieta osu­nęła się na kolana i krzy­czała coraz gło­śniej, gdy gorąco zapło­nęło w jej wnę­trzu. Na zewnątrz wystrze­liły iskry i pło­mie­nie, jakby ktoś dorzu­cił do ogni­ska, a poje­dyn­cze węgielki zna­czyły skórę na jej ramio­nach i twa­rzy - zosta­wiały za sobą pasma, które wciąż ema­no­wały bla­skiem, nawet kiedy ogień w jej piersi przy­gasł.

Kobieta w końcu osu­nęła się na bok, ale nie zamknęła oczu. Leżała i patrzyła nie­wi­dzą­cym wzro­kiem, a cichy pło­mień w jej piersi roz­świe­tlał podium.

"Cóż", ode­zwał się Pomoc­nik. "Pew­nie wiemy już, skąd się biorą ci roz­ża­rzeni ludzie".

- Zgoda. - Noma­dowi zro­biło się nie­do­brze. - Domy­ślam się, że wybiera naj­spraw­niej­szych jeń­ców, by zostali wynie­sieni. W końcu ci, któ­rymi się poży­wił, byli słabsi.

"To być może tro­chę nacią­gane, ale logiczne".

Nomad ode­tchnął głę­boko.

- To może dać nam szansę. Myślisz, że uda­łoby nam się wchło­nąć to, co daje moc tym włócz­niom? Może uzy­skać dość JEO, żeby uciec z tej pla­nety?

"Nie, nie sądzę, by były dość silne, by napę­dzić Prze­skok. Trudno oce­nić bez dodat­ko­wych infor­ma­cji, ale domy­ślam się, że taka włócz­nia ma parę tysięcy JEO - dzie­sięć, naj­wy­żej dwa­dzie­ścia pro­cent mocy Prze­skoku. Ale to wię­cej, niż potrze­bo­wał­byś, by uzy­skać Zwią­zek z tą pla­netą. W końcu rozu­miał­byś, co mówią ludzie, i miał­byś rezerwy do uzdra­wia­nia albo doda­wa­nia mi mocy".

Kiedy straż­nicy wró­cili, żeby odcią­gnąć nową roz­ża­rzoną, Świe­cące Oczy wró­cił na podium i ktoś przy­niósł mu dwie nowe włócz­nie. Świe­cące Oczy wziął jedną i zdjął osłonę, uka­zu­jąc kolejny ema­nu­jący bla­skiem grot - jak roz­grzany do bia­ło­ści metal, ale taki, który ni­gdy nie stygł. Tłum krzy­czał i wiwa­to­wał jesz­cze gło­śniej.

- Założę się, że użyje jed­nego z nich na mnie - powie­dział Nomad. - Pró­bo­wał mnie zabić, ale jego ludzie zawie­dli. Teraz więc spró­buje cze­goś innego.

"Ach, mówi boha­ter ze zro­zu­mie­niem. Tak, to roz­sądne. Dla­czego nie mar­twi się, że zwró­cisz się prze­ciwko niemu, kiedy dosta­niesz moce?".

- Podej­rze­wam, że polega na zamra­ża­ją­cych bran­so­le­tach, żeby kon­tro­lo­wać pozo­sta­łych, a przed chwilą udo­wod­nił, że na mnie dzia­łają.

"To się wydaje nie­bez­pieczne".

- Zgoda.

W tym przy­padku sytu­acja nie roze­gra­łaby się tak, jak spo­dzie­wał się Świe­cące Oczy. Gdyby dotknął Nomada czub­kiem włóczni, on byłby w sta­nie wchło­nąć jej moc. Był to jeden z nie­licz­nych uży­tecz­nych aspek­tów Udręki. Nomad uzy­skał nie­zwy­kłą zdol­ność meta­bo­li­zo­wa­nia nie­mal każ­dego rodzaju Napeł­nie­nia, choć cza­sem potrze­bo­wał do tego Pomoc­nika.

"W porządku. Ale czemu dwie włócz­nie?".

- Ja będę ostatni. Wiel­kie zwień­cze­nie. Zakła­dam więc, że jest inny biedny jeniec...

Urwał, kiedy na podium wcią­gnięto drugą osobę - szczer­ba­tego męż­czy­znę, który wcze­śniej pomógł Noma­dowi. Kiedy Nomad zoba­czył bie­daka, dotarło do niego, że to ma sens. Przed chwilą teo­re­ty­zo­wał, że zmie­niali naj­lep­szych wojow­ni­ków w roz­ża­rzo­nych. Ten osob­nik miał może nie­wielką nad­wagę, ale udało mu się unik­nąć poj­ma­nia - a nawet pomógł Noma­dowi, który był celem tam­tych.

Dzięki swej deter­mi­na­cji męż­czy­zna zdo­był strasz­liwą nagrodę. Tłum wiwa­to­wał, kiedy Świe­cące Oczy uniósł drugą włócz­nię. Biedny jeniec krzyk­nął żało­śnie i szar­pał się ze straż­ni­kami.

"Nie mój pro­blem", powie­dział sobie Nomad i zamknął oczy.

Ale wciąż sły­szał. I, z jakie­goś powodu, kiedy odciął świa­tło - wewnątrz ciem­no­ści, którą sam stwo­rzył - poczuł coś. Coś z osoby, którą kie­dyś był.

Słowa nie­gdyś wypo­wie­dziane. W chwili osza­ła­mia­ją­cej świe­tli­sto­ści.

Potę­pie­nie, pomy­ślał, kiedy prze­ra­żone krzyki męż­czy­zny wstrzą­snęły nim do szpiku kości.

Nomad zmu­sił się do otwar­cia oczu i wyrwał prawą rękę z kaj­dan. Jego nad­na­tu­ralna siła zmiaż­dżyła mu kciuk i zerwała skórę z boków dłoni. Uniósł krwa­wiącą rękę nad głowę i przy­wo­łał Pomoc­nika z błota.

Zła­pał za ręko­jeść samymi pal­cami przy­ci­śnię­tymi do dłoni i szarp­nął rękę do przodu, rzu­ca­jąc Pomoc­nika, który zawi­ro­wał w powie­trzu - błysz­czący i wspa­niały. Pom ude­rzył w jedną z kolumn na podium tuż obok głowy Świe­cą­cych Oczu - długi na sześć stóp, świe­tli­sty miecz, naj­praw­dziw­sza z postaci Pomoc­nika. Wbił się głę­boko w kolumnę i zawisł tam, drżąc.

Tłum ucichł.

"Hm", powie­dział Pomoc­nik w jego gło­wie. "Myśla­łem, że już nie możesz tego zro­bić".

Świa­do­mie wyce­lo­wał z dala od Świe­cą­cych Oczu. Jeśli nikomu nie zagra­żał, mógł unik­nąć prze­bu­dze­nia Udręki. Mimo wszystko minęło dużo czasu, od kiedy widział pełne Ostrze i mógł się­gnąć po nie w całej jego chwale. Jak miał nadzieję, to nagłe poja­wie­nie się oszo­ło­miło Świe­cące Oczy. Wpa­try­wał się nie­pew­nie w miecz i zapo­mniał o jeńcu. Szczer­baty męż­czy­zna cof­nął się w uści­sku straż­ni­ków, ale jesz­cze nie został dotknięty przez włócz­nię.

Nomad ponow­nie przy­wo­łał Pomoc­nika i pró­bo­wał znów przy­wo­łać Ostrze. Nie udało mu się. Udręka raz popeł­niła błąd, ale teraz była czujna. Żad­nych broni. Nomad uniósł Pomoc­nika wysoko w postaci dłu­giego pręta. Jego kciuk prze­szy­wał ból, ale bran­so­leta przy­trzy­my­wała go u nasady, dzięki czemu mógł chwy­cić pręt zdro­wymi pal­cami. Następ­nie stwo­rzył klucz nastawny, a póź­niej łom.

Świe­cące Oczy wpa­try­wał się w broń jak urze­czony, a w jego sze­roko otwar­tych oczach widać było pożą­da­nie. Z włócz­nią w ręku zszedł z pod­wyż­sze­nia. Sku­piony na Noma­dzie.

- Dobrze - szep­nął Nomad. Spoj­rzał w te świe­cące oczy, rzu­ca­jąc wyzwa­nie. - Dobrze. Chcesz tego. Chodź, spró­buj uczy­nić mnie jed­nym ze swo­ich nie­wol­ni­ków. Póź­niej będziesz mógł mi wydać roz­kaz, bym ci to oddał, prawda?

Męż­czy­zna zatrzy­mał się, zawa­hał, po czym uniósł włócz­nię przed sobą.

- Nie mam ochoty zostać dźgnięty, kiedy będę wchła­niał Napeł­nie­nie - powie­dział Nomad do Pomoc­nika. - Chcesz się tym zająć?

"Tak. Nadaj mi postać naczy­nia - albo nawet zwy­kłej tar­czy - na piersi, kiedy cię dźgnie, a ja wyko­rzy­stam ener­gię".

Świe­cące Oczy zawa­hał się kilka stóp od Nomada.

- No dalej! - krzyk­nął Nomad. - Dźgnij mnie!

Męż­czy­zna uniósł roz­grzany do bia­ło­ści grot włóczni na wyso­kość oka Nomada i zażą­dał cze­goś.

- Nie mówię w twoim języku, idioto. Po pro­stu mnie dźgnij.

Męż­czy­zna wska­zał ręce Nomada i znów się ode­zwał, bar­dziej surowo.

"Chce, żebyś mu poka­zał, wyja­śnia rycerz swo­jemu cza­sem tępemu gierm­kowi, jak przy­wo­łu­jesz narzę­dzia".

W zamian Nomad przy­wo­łał ślinę - dopra­wioną bło­tem, które wciąż miał na war­gach - i dostar­czył ją pro­sto w oko tego sukin­syna. Plwo­cina zasy­czała, jak na roz­grza­nej pły­cie, a męż­czy­zna cof­nął się wście­kły.

Wymie­rzył włócz­nię w pierś Nomada i zawar­czał, a tłum wiwa­to­wał.

I się zaczyna, pomy­ślał Nomad.

W tej wła­śnie chwili jeden z pobli­skich stat­ków wybuchł.