Podziękowania
Uff! Co za rok! To była niezła jazda, która
wymagała mnóstwa pracy wielu zainteresowanych osób. Postaram się
wymienić ich w tym dziale, ale na początku chciałem po prostu ogromnie
wszystkim podziękować. Zredagowanie, zilustrowanie i dostarczenie
książek czytelnikom było ogromnym wysiłkiem.
Redaktorem tej książki był Moshe Feder, mój długoletni wspólnik - i człowiek, który mnie odkrył. Byliśmy zachwyceni, że znów mogliśmy z nim
współpracować, a ja cieszę się, że pomógł mi na kolejnym etapie podróży
Nomada. Szczególne podziękowania kieruję do dr. Josepha Jensena za jego
pomoc z astrofizyką, bo w tej kwestii ta książka to coś wyjątkowego. Jak
również dziękuję ekipie Cosmere Arcanist - jesteście wielcy.
Reprezentuje mnie niezwykły zespół agencji JABberwocky, którym kieruje
Joshua Bilmes. Dziękuję również Susan Velazquez i Christinie Zobel.
Ta książka jest inna od pozostałych tajnych projektów, bo mamy troje
ilustratorów. Chcieliśmy sprawdzić nowych ludzi i znaleźliśmy osoby,
które nadawały się do tej powieści. Dziękuję im wszystkim za niesamowite
dzieła. Te projekty stały się naprawdę wyjątkowe dzięki ich udziałowi.
Ernanda Souza zaprojektowała wyklejki, kolorowe ilustracje i grafiki
koncepcyjne. Nabetse Zitro stworzył rysunki w tekście - dołączył do nas
ponownie po tym, jak przygotował niewiarygodne nowe plansze do wydania
zbiorczego komiksu "Biały piasek". Niesamowita okładka zaś to dzieło
kudriaken.
Bill Wearne z American Print and Bindery czynił cuda z każdym z tajnych
projektów. Doceniamy jego, drukarnię, introligatornię i wszystkich,
którzy pomogli z wyprodukowaniem tej książki. Debi Bergerson odegrała
kluczową rolę po stronie drukarni, a Chad Dillon dał z siebie wszystko,
by zapewnić wysokiej jakości oprawę.
Przejdźmy teraz do Dragonsteel. Mam najlepszy zespół w branży, który
wkłada mnóstwo pracy w te tajne projekty.
Isaac St?art to nasz wiceprezes do spraw rozwoju artystycznego. Do jego
zespołu należą Ben McSweeney (który włożył mnóstwo pracy koncepcyjnej,
by ten projekt zachował spójność), Rachael Lynn Buchanan (która bardzo
pomogła Isaacowi we współpracy z artystami, wybierała sceny do
zilustrowania i pilnowała szczegółów), Jennifer Neal, Hayley Lazo,
Priscilla Spencer i Anna Earley.
Pouczający Peter Ahlstrom jest wiceprezesem działu wydawniczego. Do jego
zespołu należą Karen Ahlstrom, Kristy S. Gilbert, Jennie Stevens (nasza
redaktorka tej książki), Betsey Ahlstrom i Emily Shaw-Higham. Korektą
zajmowała się Kristy Kugler.
Dział narracyjny składa się wyłącznie z Dana Wellsa, który również jest
wiceprezesem. Ale żeby mu to wynagrodzić, pozwalamy mu wydawać polecenia
Benowi.
Naszym dyrektorem do spraw operacyjnych jest Emily Sanderson, a w dziale
tym pracują Matt "Matt" Hatch, Emma Tan-Stoker, Jane Horne, Kathleen
Dorsey Sanderson, Makena Saluone, Hazel Cummings i Becky Wilson.
Adam Horne, znany również jako Wielki Mistrz Corgich, jest naszym
wiceprezesem do spraw reklamy i marketingu. W jego zespole pracują
Jeremy Palmer, Taylor D. Hatch i Octavia Escamilla.
Kara Stewart to nasza wiceprezeska do spraw realizacji zamówień i wydarzeń - to ona upewnia się, że wszyscy dostajecie swoje paczki. Do
jej zespołu należą: Emma Tan-Stoker, Christi Jacobsen, Kellyn Neumann,
Lex Willhite, Mem Grange, Michael Bateman, Joy Allen, Ally Reep, Richard
Rubert, Katy Ives, Brett Moore, Dallin Holden, Daniel Phipps, Jacob
Chrisman, Alex Lyon, Matt Hampton, Camilla Cutler, Quinton Martin,
Esther Grange, Logan Reep, Laura Loveridge, Amanda Butterfield, Gwen
Hickman, Donald Mustard III, Zoe Hatch, Pablo Mooney, Braydonn Moore,
Avery Morgan, Nathan Mortensen, Christian Fairbanks, Dal Hill, George
Kaler, Kathleen Barlow, Kaleigh Arnold, Kitty Allen, Rachel Jacobsen,
Sydney Wilson, Katelyn Hatch i Judy Torsak.
Chciałbym podziękować Orianie Leckert z Kickstartera, jak również Annie
Gallagher, Palmerowi Johnsonowi i McKynzee Wiggins (główna twórczyni
przypinek) z BackerKit.
Do mojej grupy pisarskiej należeli: Emily Sanderson, Kathleen Dorsey
Sanderson, Peter Ahlstrom, Karen Ahlstrom, Darci Stone, Eric James
Stone, Alan Layton, Ethan Skarstedt, Ben Olsen i Dan Wells.
Czytelnikami alfa tej książki byli Karen Ahlstrom, Joy Allen, Christi
Jacobsen, Brett Moore, Brad Neumann, Kellyn Neumann, Ally Reep, Emma
Tan-Stoker, Sean VanBlack i Dan Wells.
Czytelnikami beta byli Ravi Persaud, Ian McNatt, Brandon Cole, Shannon
Nelson, Ben Marrow, Jennifer Neal, Poonam Desai, Chris McGrath, Sumejja
Muratagić-Tadić, Kendra Alexander, Zenef Mark Lindberg, Paige Phillips,
Rosemary Williams, Eric Lake, David Behrens, William Juan i Erika Kuta
Marler. Na szczególne podziękowania zasługuje Mikah Kilgore, za
informacje zwrotne na temat opisów ilustracji, które można znaleźć w ebooku i audiobooku.
Wśród czytelników gamma znajdowała się duża część czytelników beta, jak
również Evgeni "Argent" Kirilov, Joshua Harkey, Ross Newberry, Tim
Challener, Jessica Ashcraft, Ted Herman, Brian T. Hill, Rob West, Paige
Vest, Gary Singer, Darci Cole, Kalyani Poluri, Jayden King, Lingting
"Botanica" Xu, Glen Vogelaar, Bob Kluttz, Billy Todd, Megan Kanne,
Eliyahu Berelowitz Levin, Aaron Ford, Jessie Lake i Sam Baskin.
Do zespołu Arcanist należą Eric Lake, Evgeni "Argent" Kirilov, Ben
Marrow, David Behrens, Ian McNatt i Joshua Harkey.
Jako że to ostatni z tajnych projektów z Kickstartera, chciałem
wykorzystać tę ostatnią okazję, by podziękować Wam wszystkim. Owszem, to
ja napisałem te książki, ale to Wy stworzyliście wydarzenie, którym się
stały. Dzięki Wam ten rok był wyjątkowy. Po przeczytaniu książki
zajrzyjcie do Postscriptum, żeby dowiedzieć się więcej.
Brandon Sanderson
Rozdział 1
Nomad obudził się wśród skazanych na śmierć.
Zamrugał i zorientował się, że leży przyciśnięty prawym policzkiem do
ziemi. Później skupił się na osobliwym widoku rośliny wyrastającej w przyspieszonym tempie na jego oczach. Śnił? Krucha siewka drżała i zwijała się, podnosząc się z gruntu. Wydawało się, że przeciąga się z radością, jej liścienie rozłożyły się jak ramiona po głębokim śnie. Ze
środka wyłonił się pęd, smakujący powietrze jak język węża. Później
wyciągnął się w lewo w stronę słabego blasku dochodzącego z tamtej
strony.
Nomad jęknął i uniósł głowę, nie mógł myśleć i wszystko go bolało. Dokąd
Przeskoczył tym razem? I czy znalazł się wystarczająco daleko, by ukryć
się przed Nocną Brygadą?
Oczywiście, że nie. Przed nimi nie dało się ukryć. Nie mógł się
zatrzymywać. Musiał...
Na burze. Dobrze mu się tu leżało. Nie mógłby choć przez chwilę
odpocząć? Choć raz przestać uciekać?
Ktoś szarpnął go brutalnie i podniósł na kolana, wyrywając go z otępienia. Stał się bardziej świadomy otoczenia - krzyków, jęków.
Dźwięków, na które nie zwracał uwagi, kiedy był półprzytomny po
Przeskoku.
Tutejsi ludzie, włączając tego, który go złapał, nosili nietypowe
ubrania. Długie spodnie z ciasnymi mankietami, koszule z wysokimi
kołnierzami kończącymi się pod brodą. Mężczyzna potrząsnął nim i mówił
coś w języku, którego Nomad nie rozumiał.
- Tłu... tłumaczenie? - wychrypiał Nomad.
"Przykro mi" powiedział głęboki, monotonny głos w jego głowie. "Nie mamy
na to dość Napełnienia".
Racja. Ledwie sięgnął progu ostatniego Przeskoku, co oznaczało, że był
właściwie wyczerpany. Jego umiejętności zależały od osiągnięcia lub
utrzymania pewnych poziomów Napełnienia, mistycznego źródła mocy, dzięki
któremu na większości z odwiedzonych przez niego planet działy się
rzeczy niesamowite.
- Ile? - wychrypiał. - Ile nam zostało?
"Jakieś tysiąc pięćset JEO. Innymi słowy, niecałe osiem procent
Przeskoku".
Potępienie. Jak się obawiał, koszt przybycia tutaj go zrujnował. Dopóki
zachowywał pewne określone poziomy, jego ciało było zdolne do rzeczy
niezwykłych. Każda kosztowała odrobinę Napełnienia, ale ta cena była
minimalna - póki trzymał się progów.
Kiedy miał ponad dwa tysiące Jednostek Ekwiwalentnych Oddechu, mógł
majstrować przy Związku. Co pozwalało mu wykorzystać swoje umiejętności
i Związać się z planetą, a wobec tego również posługiwać się miejscowym
językiem. A to znaczyło, że Nomad nie mógł się porozumiewać z miejscowymi, dopóki nie znajdzie źródła mocy, którą mógłby wchłonąć.
Skrzywił się, czując oddech krzyczącego mężczyzny, który miał na głowie
kapelusz z szerokim rondem, zawiązany pod brodą, i grube rękawice.
Panował półmrok, choć horyzont rozświetlała płonąca korona. Tuż przed
świtem, jak domyślał się Nomad. I nawet w tym świetle na całym polu
wyrastały siewki. Te rośliny... ich poruszenia przypominały mu dom,
miejsce pozbawione gleby, ale z roślinami, które zachowywały się o wiele
bardziej energicznie niż na innych światach.
Te jednak były inne. Nie uchylały się, żeby uniknąć nadepnięcia. Te
rośliny jedynie szybko rosły. Dlaczego?
W pobliżu osoby w długich białych płaszczach wbijały w ziemię kołki - a później inne przykuwały do nich ludzi, którzy nie mieli płaszczy. Do obu
tych grup należały jednostki o różnych odcieniach skóry, natomiast
wszyscy nosili podobne ubrania.
Nomad nie rozumiał słów, które wykrzykiwali, ale rozpoznawał zachowanie
skazanych. Krzyki rozpaczy niektórych, błagalne tony innych, całkowita
rezygnacja większości, kiedy przykuwano ich do ziemi.
To była egzekucja.
Mężczyzna trzymający Nomada znów na niego krzyknął i spojrzał nań ze
złością wodnistymi białymi oczami. Nomad tylko pokręcił głową. Ten
oddech mógłby zwarzyć kwiaty. Towarzysz mężczyzny - ubrany w jeden z tych długich białych płaszczy - wskazał Nomada i coś powiedział. Wkrótce
dwaj mężczyźni podjęli decyzję. Jeden wyciągnął zza pasa kajdany i podszedł do Nomada, by go zakuć.
- Nie sądzę. - Nomad złapał mężczyznę za nadgarstek, przygotowując się,
żeby go szarpnąć i przewrócić.
Ale jego mięśnie stężały - jak maszyna, której skończył się smar.
Zesztywniał, a mężczyźni cofnęli się zaskoczeni jego nagłym wybuchem.
Mięśnie Nomada się rozluźniły. Przeciągnął ręce i poczuł nagły, ostry
ból.
- Potępienie! - Jego Udręka robiła się coraz gorsza. Spojrzał na
przestraszonych mężczyzn. Przynajmniej nie wyglądali na uzbrojonych.
Z tłumu wyłoniła się postać. Wszystkich innych spowijały ubrania -
niezależnie od płci odsłaniali jedynie twarze. Ale ten nowo przybyły
miał odkrytą pierś - był ubrany w prześwitującą szatę z rozcięciem z przodu - i grube czarne spodnie. Jako jedyny na polu nie nosił
rękawiczek - za to jego przedramiona otaczały szerokie złociste
bransolety.
Brakowało mu sporej części torsu.
Większość jego mięśni piersiowych i żeber oraz serce usunięto -
wypalono, bo pozostałości skóry były zwęglone i poczerniałe. We wnętrzu
jamy serce mężczyzny zastępował żarzący się węgiel. Kiedy wiatr go
podsycał, pulsował czerwienią - podobnie jak to się działo z punkcikami
szkarłatnego światła wśród popiołów. Skórę wokół otworu pokrywały czarne
wypalone ślady, kilka z nich sięgnęło nawet twarzy mężczyzny - i w nich
również czasami migotały znacznie mniejsze iskry. Wyglądało to tak,
jakby mężczyznę przywiązano do silnika rakietowego tuż przed
uruchomieniem - a on nie tylko to przeżył, ale też ciągle płonął.
- Pewnie nie jesteście gośćmi, którzy dobrze się bawią, oglądając
komiczne pomyłki popełniane przez kogoś, kto nie zna waszej kultury? -
Nomad uniósł ręce, by pokazać, że nie jest groźny, ignorując instynkty,
które podpowiadały mu... jak zawsze... że powinien uciekać.
Rozżarzony mężczyzna zdjął z pleców duży kij. Przypominał trochę
policyjną pałkę, ale z nieco mniejszym naciskiem na unikanie
śmiertelnych obrażeń.
- Tak myślałem. - Nomad się cofnął.
Kilku z przykutych ludzi przyglądało mu się z tą dziwną, choć znajomą
nadzieją więźnia - cieszyło ich, że ktoś inny zwrócił na siebie uwagę.
Rozżarzony podszedł do niego, nadnaturalnie szybko, a płomień jego serca
się rozjarzył. Był Napełniony. Cudownie.
Nomad z trudem uchylił się przed potężnym ciosem.
- Potrzebuję broni, Pom! - warknął Nomad.
"To ją przywołaj, mój drogi giermku" powiedział głos w jego głowie. "Ja
cię nie powstrzymuję".
Nomad chrząknął i zanurkował w kępę wysokiej trawy, która wyrosła w ciągu kilku minut od kiedy się obudził. Próbował sprawić, by pojawiła
się broń, ale nic się nie stało.
"To twoja Udręka, wyjaśnia uprzejmie rycerz swojemu przeciętnie
kompetentnemu giermkowi. Stała się na tyle silna, że odmawia ci broni".
Jak zwykle głos Poma brzmiał absolutnie monotonnie. Był tego świadomy,
więc dodawał komentarze.
Nomad znów uskoczył, kiedy rozżarzony opuścił pałkę i po raz kolejny
minął go o włos, a ziemia aż zatrzęsła się od siły ciosu. Na burze. To
światło robiło się coraz jaśniejsze. Przykrywało cały horyzont w sposób,
który wydawał się zbyt równomierny. Jak... jak duże było słońce na tej
planecie?
- Myślałem, że moje przysięgi wygrywają z tym aspektem Udręki! -
krzyknął Nomad.
"Przepraszam, Nomadzie. Ale jakie przysięgi?".
Rozżarzony przygotował się do zadania ciosu, a wtedy Nomad odetchnął
głęboko, uchylił się przed atakiem i całym ciałem runął na przeciwnika.
Jednakże w chwili, gdy się do tego przygotował, jego ciało ponownie
stężało.
"Tak, rozumiem, zauważa rycerz swobodnym tonem. Twoja Udręka próbuje
powstrzymać teraz nawet najdrobniejsze fizyczne starcia".
Nie mógł nawet kogoś przewrócić? Robiło się źle. Rozżarzony uderzył
Nomada w twarz i obalił go na ziemię. Nomadowi udało się przetoczyć i uchylić przed pałką, a po chwili podniósł się z jękiem.
Pałka znów opadła, a wtedy Nomad odruchowo uniósł obie ręce i ją złapał.
Zatrzymał cios w miejscu.
Rozżarzony otworzył szerzej oczy. W pobliżu kilku więźniów zaczęło
wykrzykiwać. Inni odwracali się w jego stronę. Najwyraźniej w tych
okolicach ludzie nie byli przyzwyczajeni do tego, że ktoś mógł dorównać
jednemu z tych Napełnionych wojowników. Rozżarzony wybałuszył oczy
jeszcze bardziej, kiedy Nomad zacisnął zęby, zrobił krok do przodu i wytrącił go z równowagi, aż mężczyzna zatoczył się do tyłu.
Za dziwnym wojownikiem płonące światło zniekształcało stopiony horyzont
i przyniosło ze sobą nagłe uderzenie gorąca. Wokół nich rośliny, które
urosły tak szybko, zaczynały więdnąć. Szeregi przykutych ludzi jęczały i krzyczały.
"Uciekaj!" - krzyczało coś we wnętrzu Nomada. "Uciekaj!".
Tak postępował.
Ostatnimi czasy nie robił nic innego.
Kiedy odwrócił się do ucieczki, inny rozżarzony za jego plecami uniósł
pałkę. Nomad próbował zatrzymać również ten cios, ale jego burzowe ciało
stężało po raz kolejny.
- Daj spokój! - krzyknął, kiedy pałka uderzyła go w bok. Zatoczył się.
Rozżarzony uderzył go pięścią w twarz.
Upadając, Nomad sapnął i jęknął. Poczuł na skórze ziemię i kamyki. I gorąco. Straszliwe, oszałamiające gorąco od strony horyzontu, wciąż
narastające.
Obaj rozżarzeni odwrócili się i pierwszy wskazał ponad ramieniem Nomada.
Dwaj spłoszeni oficerowie w białych płaszczach podeszli pospiesznie i -
kiedy Nomad był oszołomiony z bólu i frustracji - skuli jego ręce.
Wydawało się, że rozważali wbicie kołka w ziemię i przykucie go do
niego, ale całkiem słusznie zgadywali, że mężczyzna, który złapał w locie pałkę Napełnionego wojownika, mógłby go wyrwać. Zamiast tego
pociągnęli go do pierścienia przymocowanego do skały i tam go
unieruchomili.
Nomad padł na kolana w szeregu więźniów, z czoła płynął mu pot, kiedy
gorąco narastało. Instynkty kazały mu uciekać.
Jednakże inna część jego osoby... po prostu chciała, żeby wszystko się
skończyło. Jak długo trwał pościg? Ile czasu minęło, od kiedy stał
dumnie wyprostowany?
Może po prostu pozwolę, żeby to się skończyło, pomyślał. Cios łaski. Jak
zadany śmiertelnie rannemu na polu bitwy.
Osunął się, ból w jego boku pulsował, choć wątpił, by coś było złamane.
Jak długo utrzymywał około pięciu procent zdolności do Przeskoku - około
tysiąca JEO - jego ciało było potężniejsze, bardziej wytrzymałe. Tam,
gdzie inni łamali kości, on miał tylko sińce. Ogień, który innych palił,
jego tylko osmalał.
"Uzdrawianie uruchomione, mówi bohater pewnym siebie głosem do
upokorzonego lokaja. Masz poniżej dziesięciu procent zdolności do
Przeskoku, więc twoje uzdrawianie nie będzie tak skuteczne jak
zazwyczaj".
Czasami zastanawiał się, czy jego wzmocnienia były błogosławieństwem,
czy kolejnym elementem Udręki. Wraz z gorącem narastało też światło,
stawało się oślepiające. Ten dym na horyzoncie... Czy to ziemia stawała w ogniu? Od światła słonecznego?
Potępienie. Samo Potępienie wstawało na horyzoncie.
"To światło" powiedział Pom. "Jest zbyt potężne, by było to zwykłe
światło słoneczne... przynajmniej jeśli chodzi o zamieszkane planety."
- Myślisz, że światło jest Napełnione? - szepnął Nomad. - Jak na
Taldainie?
"Wiarygodna teoria, mówi rycerz z zaciekawieniem."
- Możesz je wchłonąć?
"Możliwe. Najpewniej wkrótce zobaczymy...".
Gdyby udało mu się wchłonąć wystarczająco dużo, mógłby Przeskoczyć
prosto z tej planety i jeszcze bardziej oddalić się od Nocnej Brygady.
To by było miłe, czyż nie? Choć raz się wysforować? Mimo to coś w intensywności tego światła zniechęcało Nomada. Martwiło go. Wpatrywał
się w nie, kiedy pobliscy oficerowie - w tym rozżarzeni - kończyli
zakuwać więźniów. Później pobiegli do szeregu maszyn. Długie i wąskie
miały po sześć siedzeń. Były otwarte, z szybą z przodu i urządzeniami
sterującymi z przodu po lewej.
Wyglądały trochę jak... Sześciomiejscowe latające motocykle? Dziwna
konstrukcja, ale nie wiedział, jak inaczej je nazwać. Wyglądało to tak,
że każdy siadał okrakiem na osobnym siedzeniu - było nawet miejsce na
nogę - ale wszystkie łączyły się ze sobą wzdłuż centralnego kadłuba.
Całość nie miała zewnętrznych ścian i drzwi. W każdym razie nie
zaskoczyło go, kiedy pod pierwszym z nich zapłonął ogień, który pozwolił
mu wznieść się w powietrze na wysokość kilku stóp.
Jakie to miało znaczenie? Odwrócił się w stronę coraz silniejszego
światła, a rośliny - jeszcze przed kilkoma minutami pełne życia -
brązowiały i więdły. Wydawało mu się, że w z pewnej odległości dobiega
go ryk płomieni, gdy światło słońca przybliżało się jak front niegdyś
znajomej burzy.
Wpatrując się w moc tego światła, zgadywał, że nie uda mu się go
wchłonąć. Podobnie jak zwykły przewód i wtyczka nie poradziłyby sobie z surową mocą reaktora jądrowego. To było coś niewiarygodnego, siła, która
go usmaży, zanim zdąży wykorzystać jej moc.
"Uch, Nomadzie" powiedział Pom swoim monotonnym głosem. "Mam przeczucie,
że próba wchłonięcia i użycia Napełnienia z tego przypominałaby próbę
wydobycia płatka śniegu z lawiny. Ja... sądzę, że nie powinniśmy pozwolić,
by cię dotknęło".
- Zabije mnie, jeśli tak się stanie... - szepnął Nomad.
"Czy... tego pragniesz?".
Nie.
Nie, bo choć nienawidził sporej części swojego życia, nie chciał
umierać. Nawet jeśli z każdym dniem coraz bardziej dziczał... cóż, dzikie
istoty umiały walczyć o życie.
Nagle opanowała go gorączkowa desperacja. Zaczął ciągnąć i szarpać się w łańcuchach. Drugi z czterech latających motocykli odleciał, a on
wiedział - oceniając prędkość zbliżającego się słonecznego światła - że
były jego jedyną nadzieją na ucieczkę. Krzyczał ochryple, napierając na
stal, rozciągając ją - ale nie mógł się uwolnić.
- Pom! - krzyknął. - Potrzebuję Ostrza! Przeobraź się!
"Nie ja to uniemożliwiam, Nomadzie".
- To światło nas zabije.
"Cała kwestia w tym, że zabije ciebie, mój biedny lokaju. Ja już jestem
martwy".
Nomad ryknął, kiedy trzeci latający motocykl wystartował, choć ostatni
miał pewne problemy. Może...
Chwileczkę.
- Mam zakaz korzystania z broni. A co z narzędziami?
"Dlaczego miałbyś mieć zakaz korzystania z nich?".
Nomad był idiotą! Pomocnik był zmiennokształtnym metalowym narzędziem,
które w tym przypadku mogło objawić się fizycznie jako łom. Powstało w jego dłoni jakby z białej mgiełki, wyłoniło się z niczego. Nomad
zaczepił nim o pierścień w skale, a później naparł na niego całym
ciężarem ciała.
TRZASK.
Wyrwał się z szarpnięciem, wciąż był zakuty w kajdany, ale między nimi
miał dwie stopy luźnego łańcucha. Podniósł się niezgrabnie i pobiegł w stronę ostatniego latającego motocykla, pod którym w końcu zapłonął
ogień.
Przywołał Pomocnika jako hak z łańcuchem, którymi natychmiast rzucił w stronę motocykla. Uderzył w maszynę w chwili, kiedy się podniosła. Na
rozkaz Nomada, kiedy Pomocnik się zaczepił, hak rozmył się na chwilę i zmienił w pierścień wokół występu na końcu pojazdu. Drugi koniec
łańcucha zacisnął się wokół kajdan Nomada.
Dotarł do niego blask słońca. Niewiarygodne, intensywne, palące światło.
Więźniowie z wrzaskiem stawali w płomieniach.
"Och, na burze, krzyczy rycerz."
W tej właśnie chwili łańcuch się naciągnął. Nomad został gwałtownie
wyrwany ze słońca, jego skórę przeszywał ból, ubranie płonęło.
Został odciągnięty od pewnej śmierci. Ale nie miał pojęcia ku czemu.
Rozdział 2
Nomad uderzył bokiem w ziemię. Latający
motocykl ciągnął go za sobą z przerażającą prędkością.
"Uruchomiono uzdrawianie" powiedział Pom. "Twoje ciało dostosowało się
do niższego ciśnienia w miejscowym środowisku. Ale, Nomadzie, zostało ci
tak mało Napełnienia. Spróbuj nie dać się za bardzo poturbować,
dobrze?".
W czasie, kiedy Pom to mówił, Nomad przebijał się przez bariery
uschniętych roślin i co chwila uderzał o kamienie, a brud wnikał w jego
skórę. Z drugiej strony Nomad był twardy. Podstawowy poziom Napełnienia
go wzmacniał. Choć uzdrawianie zużywało Napełnienie szybciej niż inne
zdolności, jak długo utrzymywał minimalny poziom podstawowy, nie
potrzebował dużo uzdrawiania.
Nie był nieśmiertelny. Większość rozwiniętych broni od razu by go zabiła
- na burze, nawet wiele z prymitywnych mogło go zabić, gdyby używano ich
bez przerwy, zmuszając go do wyczerpania Napełnienia. Jednak podczas gdy
ramiona zwykłego człowieka zostałyby wyrwane ze stawów - a jego skóra
rozszarpana, bo resztki roślin przy takiej prędkości stawały się ostre
jak brzytwy - on pozostał w jednym kawałku. I nawet udało mu się
wyleczyć oparzenia.
"Zeszło do sześciu procent" poinformował go Pom. "Nieźle, biorąc pod
uwagę okoliczności. Ale... czułeś to gorąco? Było nierealne. Z całą
pewnością jest w to zamieszane Napełnienie, ale nie udało mi się złapać
ani trochę. Gdybym się otworzył, żeby je wchłonąć, zniszczyłoby mnie.
Potrzebujemy bezpieczniejszego sposobu, by je zebrać".
Nomad chrząknął, kiedy znów uderzył o ziemię. Z wysiłkiem udało mu się
przekręcić, żeby większość dalszych uszkodzeń przyjmować na udo i bark.
Choć wiatr zgasił jego płonące ubranie, impet, z jakim uderzał o różne
rzeczy, rozszarpał resztki jego kurtki i koszuli.
Ale skóra wytrzymała. Nie przeszkadzał mu brutalny charakter ucieczki.
To i tak lepsze niż pozostanie na słońcu.
Zamknął oczy, próbując pozbyć się większego bólu. Wspomnienia krzyków
nieszczęsnych więźniów, kiedy uderzył w nich wschód słońca, w ciągu
kilku sekund zmieniający ich w popiół. Był pewien, że niektórzy z nich
wołali do niego, prosząc go o pomoc.
Niegdyś nie umiałby tego zignorować. Ale każdego dnia w cosmere umierały
miliony, może miliardy ludzi. Nie mógł tego powstrzymać. Ledwie udawało
mu się utrzymać przy życiu siebie.
I tak bolało. Nawet po latach męki nadal nie mógł patrzeć, jak ludzie
umierają.
Przycisnął brodę do mostka, chroniąc twarz przed przeciągnięciem po
nierównej powierzchni tego surowego świata. Widział, jak niebo
ciemnieje. Przerażający blask słońca zniknął za horyzontem, jakby zapadł
zmierzch, choć to Nomad się poruszał. Latający motocykl był na tyle
szybki, że okrążał planetę przed wschodzącym słońcem, trzymając się poza
zasięgiem jego palących szponów.
"Ta planeta musi powoli się obracać, mówi bohater do swojego
nieprzewidywalnego lokaja. Zauważ, że te pojazdy bez trudu przeganiają
słońce".
Przed nimi, po drugiej stronie słońca, wschodził ogromny pierścień -
szeroki łuk, który odbijał blask słońca.
Nomad nie mógł nacieszyć się powrotem do bezpiecznego półmroku. Kilku
ludzi na motocyklu próbowało oderwać jego łańcuch, ale przy takiej
prędkości - i z nim samym jako obciążeniem na końcu - byłoby to trudne,
nawet gdyby nie zacisnął pierścienia. Zastanawiał się, czy może się
zatrzymają, żeby się nim zająć, ale lecieli dalej za innymi motocyklami
i nigdy nie wznosili się bardziej niż kilka stóp nad ziemię.
W końcu zwolnili i się zatrzymali. Nomad wylądował na wilgotnej ziemi -
docenił uczucie, że dotyka czegoś miękkiego. Przetoczył się z jękiem.
Jego spodnie były podarte, świeżo uzdrowioną skórę miał posiniaczoną,
ręce wciąż skute. Po chwili cierpienia - w czasie której próbował
docenić fakt, że przynajmniej nie dodawano do niej nowego bólu -
odwrócił głowę, żeby sprawdzić, dlaczego się zatrzymali.
Nie widział powodu. Może chodziło o to, żeby kierowcy się rozejrzeli -
bo po krótkiej rozmowie latające motocykle znów wystartowały. Tym razem
wzniosły się wyżej, a Nomad wisiał. To było lepsze, bo przynajmniej w locie o nic nie uderzał. Założył, że wcześniej trzymali się nisko, bo
woleli nie ryzykować, że wzniosą się za wysoko w blask słońca.
Lecieli około godziny, aż w końcu dotarli do czegoś interesującego -
latającego miasta. Wyglądało jak ogromna płyta i poruszało się nad
krajobrazem, unoszone przez płonące pod nim setki silników. Nomad
odwiedzał wcześniej latające miasta, w tym jedno na planecie w pobliżu
jego ojczystego świata, ale rzadko zdarzało mu się widzieć coś tak...
prowizorycznego. Bezładna zbieranina parterowych budynków, jak ogromny
slums, jakimś cudem unosząca się nad ziemią - ale na wysokości zaledwie
trzydziestu, może czterdziestu stóp. Zaiste, wydawało się, że nawet
wzniesienie się na tak skromną wysokość było wysiłkiem dla silników
miasta, które z trudem omijało przeszkody.
To nie była szybująca metropolia pełna technicznej chwały. To była
rozpaczliwa próba przetrwania. Obejrzał się - blask na horyzoncie był
już właściwie niewidzialny. Jednak Nomad wiedział, że słońce tam jest.
Nieubłagane. Jak data egzekucji.
- Musicie utrzymać się przed nim, prawda? - szepnął. - Żyjecie w cieniach, bo tutejsze słońce by was zabiło.
Na burze. Całe społeczeństwo, które musiało się poruszać, żeby przegonić
słońce? Implikacje tego faktu popychały jego umysł do działania, a stare
wyszkolenie - mężczyzny, którym kiedyś był - zaczęło przebijać się przez
trupa, którym się stał. Dlaczego pogoda na tej planecie, nawet w ciemności, nie była burzliwa? Jeśli słońce przez cały czas przegrzewało
jedną stronę, przetrwanie na drugiej byłoby niemożliwe. Fakt, że im się
to udało, był oczywisty, musiał więc coś przegapić.
Czym się odżywiali? Jakie paliwo wykorzystywali w tych silnikach i jakim
cudem mieli czas je wydobywać, skoro się poruszali? A skoro mowa o kopalniach, czemu nie mieszkali w jaskiniach? Wyraźnie mieli dość
metalu. Wykorzystali go do przykucia tych biedaków do ziemi.
Zawsze był dociekliwy. Nawet po tym, jak został żołnierzem -
ostentacyjnie odwróciwszy się od życia uczonego - zadawał pytania. Teraz
dręczyły go, aż stanowczo je odpędził. Tylko jedno się liczyło. Czy
źródło mocy tych silników wystarczy, by napędzić jego kolejny Przeskok i zabrać go z tej planety, zanim odnajdzie go Nocna Brygada?
Latający motocykl zaryczał, wznosząc się ku miastu. Wisiał za ostatnim z czterech, obciążając go, a silniki poniżej wyrzucały ogień w jego stronę
i podgrzewały łańcuch. Całe szczęście Pomocnik mógł się tym zająć. Co
ciekawe, ta niewielka różnica wysokości sprawiła, że Nomad poczuł nacisk
w uszach.
Kiedy motocykle dotarły do poziomu miasta, nie zaparkowały w tradycyjny
sposób. Skręciły w bok i przyczepiły się do skraju konstrukcji, a ich
silniki pozostały włączone, dodając swoją moc do głównych silników.
Nomad wisiał na rękach i łańcuchu, jego ból zanikał, kiedy znów się
uzdrawiał, choć to uzdrawianie było minimalne w stosunku do tego, czego
potrzebował, by wrócić do siebie po kontakcie ze słońcem. Z tego miejsca
widział nagie wzgórza i błotniste jamy poniżej, kojarzące mu się z bagnami i wrzosowiskami. Miasto pozostawiało za sobą szeroki ślad
wypalonej, wysuszonej ziemi. Oczywiście dzięki takiej bliźnie latające
motocykle nie miały problemów ze znalezieniem drogi do domu.
Zaskoczyło go, jak dobrze wszystko widział. Zamrugał, żeby pozbyć się
potu i błotnistej wody, które wpadały mu do oczu, i znów podniósł wzrok
na ten pierścień. Jak większość tego rodzaju ciał niebieskich, tak
naprawdę składał się z większej liczby pierścieni. Jaskrawe, niebieskie
i złote, okrążające planetę - wznoszące się wysoko w powietrze,
sięgające jakby w nieskończoność. Skierowane w stronę słońca i przechylone pod niewielkim kątem, odbijały jego promienie na
powierzchnię. Teraz, kiedy mógł się mu przyjrzeć, częściowo musiał
przyznać, że to oszałamiający widok. Odwiedził dziesiątki planet i nigdy
nie widział czegoś tak stoicko wspaniałego. Błoto i ogień poniżej, ale w powietrzu... to był majestat. To była planeta, która nosiła koronę.
Jego łańcuch zadrżał, kiedy ktoś zaczął ciągnąć go do góry. Wkrótce
został złapany za ramiona i wciągnięty na metalową powierzchnię miasta,
w wąską uliczkę między przysadzistymi budynkami. Wokół zebrała się
grupka osób, który rozmawiały i wskazywały na niego. Ignorując je,
skupił się na pięciu charakterystycznych sylwetkach za nimi - ludziach z żarem w piersi.
Stali z pochylonymi głowami i zamkniętymi oczami - ich żar ostygł. Dwoje
było kobietami, tak sądził, choć ogień, który pochłonął ich torsy nie
pozostawił śladów piersi, jedynie szeroki na dwie dłonie otwór z kawałkami żeber wystającymi przez zwęgloną skórę. I żar w miejscu serca.
Reszta ludzi była ubrana tak, jak widział to na dole - wysokie kołnierze
sięgające aż pod brodę, ubrania zakrywające całe ciała, rękawiczki.
Niektórzy mieli na sobie białe płaszcze, oficjalne, otwarte z przodu,
ale z emblematami na ramionach. Oficerowie lub urzędnicy. Pozostali
nosili ubrania w przygaszonych kolorach i wyglądali na cywilów. Widział
kilka kobiet w spódnicach, choć większość preferowała długie,
przypominające sukienki kurty ze spodniami widocznymi przez rozcięcie z przodu. Na głowach wielu z nich - zarówno mężczyzn, jak i kobiet -
dostrzegł kapelusze z szerokim rondem. Czemu, skoro prawie nie było
światła?
"Nie myśl o tym", powiedział sam sobie. Czuł się wyczerpany. "A kogo to
obchodzi? Nie spędzisz tu dość czasu, by dowiedzieć się czegokolwiek o ich kulturze".
W jego otoczeniu przeważali ludzie albo bladzi, albo podobni do niego, o ciemnej karnacji. Tych o skórze w różnych pośrednich odcieniach było
znacznie mniej. Wszyscy wkrótce się uciszyli, a później spuścili wzrok i się wycofali, rozstępując się przed jakimś nowo przybyłym. Nomad usiadł
na piętach i oddychał głęboko. Przybysz okazał się wysokim mężczyzną w czarnym płaszczu - a jego oczy płonęły.
Żarzyły się ciemnoczerwono, jakby podświetlane od tyłu. Efekt
przypominał Nomadowi coś z przeszłości, dawno temu - ale to nie były
czerwone oczy zepsutej duszy, lecz raczej jakby wewnątrz mężczyzny coś
płonęło. Krawędzie jego czarnego płaszcza również emanowały w podobnym
czerwono-pomarańczowym odcieniu. Nomad pomyślał, że mężczyzna też ma żar
w piersi, choć przykrywało ją cienkie ubranie. Wydawało się, że nie
zagłębił się tak głęboko pod skórą jak u pozostałych, bo wciąż było
widać zarys mięśni piersiowych.
Jego blask naśladowało wiele z budynków, krawędzie ścian wyglądały,
jakby oświetlał je ogień. Jakby miasto niedawno spłonęło, a to były jego
popioły.
Mężczyzna o świecących oczach uniósł dłoń w grubej rękawicy, by uciszyć
tłum. Przyjrzał się Nomadowi, a później skinął na dwóch oficerów i warknął rozkazująco. Oficerowie potykali się o własne nogi, by wypełnić
jego polecenie, i pospiesznie zdjęli kajdany Nomada.
Wycofali się nerwowo w chwili, kiedy kajdany spadły z jego rąk. Nomad
podniósł się - na ten widok wielu cywilów westchnęło - ale nie wykonywał
żadnych gwałtownych ruchów. Odetchnął głęboko, bo dręczący go ból
złagodniał. Kazał Pomocnikowi, by pozostał na miejscu jako łańcuch - nie
chciał, by uświadomili sobie, że ma dostęp do zmiennokształtnego
narzędzia.
Mężczyzna o świecących oczach warknął coś do niego, głos miał szorstki.
Nomad pokręcił głową.
Świecące Oczy powtórzył pytanie, głośniej, wolniej, z większą złością.
- Nie znam waszego języka - powiedział chrapliwie Nomad. - Dajcie mi
źródło energii, jak w silnikach tych motocykli. Jeśli je wchłonę, to
powinno pomóc.
Zależało to od tego, czego używali jako paliwa - ale ponieważ
utrzymywali całe miasto w powietrzu, wątpił, by to było konwencjonalne
źródło. Idea napędzania takiego miasta węglem była śmieszna.
Wykorzystywali jakiś Napełniony materiał, może ładowany na słońcu.
Ich przywódca, który w końcu uświadomił sobie, że Nomad nie zamierza
odpowiedzieć, uniósł rękę w bok - i ostrożnie zdjął rękawiczkę, palec po
palcu. Ludzie wzdychali, choć ukazał zwyczajną, nawet jeśli dość bladą,
dłoń.
Mężczyzna podszedł do Nomada i złapał go za twarz.
Nic się nie stało.
Mężczyzna wydawał się tym zaskoczony. Zmienił uchwyt.
- Jeśli zamierzasz mnie pocałować, to odgryzę ci burzową wargę - mruknął
Nomad.
Czuł się dobrze, mogąc tak żartować. Jego były mistrz byłby z niego
dumny. W młodości Nomad zachowywał się stanowczo za poważnie i rzadko
pozwalał sobie na wesołość. Głównie dlatego, że czuł się zbyt
zawstydzony i przestraszony wizją, że powie coś żenującego.
Jeśli człowiek został wiele razy przeciągnięty po ziemi - pobity prawie
na śmierć, do momentu, w którym nie pamiętał, jak się nazywa - cóż, to
doskonale wpływało na poczucie humoru. Wtedy pozostawało już tylko śmiać
się z żartu, jakim stało się jego życie.
Widzowie byli naprawdę zdziwieni faktem, że nic się nie stało, kiedy
Świecące Oczy go dotknął. Mężczyzna jeszcze raz złapał Nomada za brodę,
po czym puścił go, wytarł rękę o płaszcz i znów założył rękawiczkę, a jego oczy - jak blask ogniomchu - podświetlały z przodu rondo kapelusza
i zbyt gładkie rysy twarzy. Mógł mieć około pięćdziesięciu lat, ale
trudno to było ocenić, bo jego skóry nie znaczyły żadne zmarszczki.
Życie w ciągłym półmroku miało swoje zalety.
Jeden z oficerów, którzy zdjęli mu kajdany, podszedł bliżej i wskazał
Nomada, mówiąc przyciszonym głosem. Na jego twarzy odmalował się wyraz
niedowierzania i mężczyzna wskazał horyzont.
Inny z oficerów pokiwał głową, wpatrując się w Nomada.
- Sess Nassith Tor - szepnął.
"Interesujące, mówi rycerz. Prawie to zrozumiałem. Bardzo przypomina
inny język, z którym wciąż mam słaby Związek".
- Jakieś pojęcie, który? - warknął Nomad.
"Nie. Ale... Myślę... Sess Nassith Tor... To znaczy coś w rodzaju... Ten, Który
Uciekł Słońcu".
Inni z tyłu powtarzali tę frazę, podjęli ją, aż Świecące Oczy ryknął na
nich. Znów spojrzał na Nomada, po czym kopnął go w pierś. Bolało,
szczególnie w stanie, w którym był teraz Nomad. Mężczyzna bez wątpienia
musiał być Napełniony, żeby kopnąć tak mocno.
Nomad chrząknął i zgiął się wpół, z trudem łapiąc oddech. Mężczyzna
podtrzymał go i uśmiechnął się, uświadamiając sobie, że Nomad nie
zamierza odpowiedzieć ciosem na cios. Mężczyźnie się to podobało. Rzucił
Nomadem w bok, po czym znów kopnął go w pierś i uśmiechnął się szerzej.
Nomad chętnie zerwałby mu uśmiech z tej twarzy, najlepiej z dołączoną
skórą. Ale skoro próba obrony doprowadziłaby go do stężenia mięśni,
najlepszym rozwiązaniem było udawanie pokornego.
Świecące Oczy wskazał Nomada.
- Kor Sess Nassith Tor - powiedział z szyderczym uśmiechem i kopnął
Nomada raz jeszcze, na dokładkę.
Kilku oficerów podeszło bliżej i złapało go pod pachami, żeby go
odciągnąć. Odkrył, że ma nadzieję na miłą celę - gdzieś, gdzie byłoby
zimno i twardo, ale przynajmniej mógłby usnąć i na kilka godzin
zapomnieć, kim jest.
Te skromne nadzieje zostały rozwiane, kiedy miasto zaczęło się rozpadać.
Rozdział 3
Wcześniej widział, jak latające motocykle
zaczepiają się na krawędzi, dodając swoje silniki do miasta. Teraz z konsternacją uświadomił sobie, że każdy element platformy był podobny.
To nie było jedno wielkie latające miasto, lecz setki połączonych
statków.
Większość z nich była średnich rozmiarów - latający statek w wersji dom
jednorodzinny. Niektóre, jeszcze mniejsze, przypominały holowniki, z szerokimi pokładami i kabiną na górze. Nieliczne, większe, dźwigały
szerokie budynki, mogące służyć jako sale narad albo magazyny. Wszystkie
otaczały szerokie, płaskie pokłady, które można było połączyć, by
stworzyć ulice. W miarę jak kolejne statki odlatywały, na skrajach
pokładów podnosiły się relingi, a ściany rozsuwały się, ukazując
przednie szyby i kokpity.
Odnosił wrażenie, że to miasto nie zostało stworzone jako spójna całość,
którą można było rozdzielić na elementy składowe, lecz raczej, że był to
miszmasz pojedynczych pojazdów, mogących ze sobą współdziałać. To
wyjaśniało eklektyczny charakter miasta. Przypominało karawanę, która
mogła - dla wygody lub obrony - połączyć swoje fragmenty w tymczasowe
miasto.
Zadziwiające, że wszystko działało ze sobą tak dobrze. W odpowiedzi na
okrzyki i polecenia, których Nomad nie rozumiał, wiele ze statków
odleciało i zajęło się czymś. Kiedy Nomad przymrużył powieki, zobaczył,
że niektóre posypywały czymś ziemię.
Nasiona, uświadomił sobie. Rozsiewają nasiona. Kawałek układanki tego
dziwacznego świata znalazł się na swoim miejscu. Napełnione światło
słońca wyjaśniało szybki wzrost roślin, które niemal błyskawicznie
dojrzewały, kiedy wchłaniały potężny blask świtu. Już udowodnił, że nie
może samodzielnie pochłonąć tej energii, ale rośliny szeptały, że
istniał sposób - nawet jeśli znajdował się poza jego zasięgiem.
Tak czy inaczej, to społeczeństwo zbierało plony każdego dnia. Musieli
wysiać rośliny i zaledwie kilka godzin później je zebrać, po czym uciec
w ciemność. Czy światło pierścieni wystarczało, czy musieli podejść
bliżej, ryzykować na krawędzi zabójczego światła słońca?
Musiał zatłuc swoją ciekawość.
Jest z ciebie, pomyślał, bardzo kiepski cynik.
Statek, na którym się znajdował, nie podążył za tymi prowadzącymi
zasiew, lecz dołączył do innej grupy, która opadła na ziemię. Na
niektórych wznosiły się piętrowe lub dwupiętrowe budynki, największe,
jakie widział. Wylądowali w szerokim kręgu na błotnistej ziemi. Jego
statek opadł i przyłączył się do innego, potężnego, z rzędami balkonów
na froncie.
Świecące Oczy wszedł na jeden z nich i zajął miejsce. Nomad przyglądał
się błotnistemu kręgowi, kiedy mniejsze statki zatrzymywały się jeden na
drugim, tworząc wznoszącą się rzędami konstrukcję wysoką na cztery do
pięciu statków. Spochmurniał, rozpoznawszy ten układ. To była arena.
Podczas gdy rolnicy szli do pracy, uprzywilejowani zebrali się na
pokładach swoich statków, by obejrzeć przedstawienie.
Jęknął, kiedy ci, którzy go pojmali, założyli mu parę szerokich
złocistych bransolet na ramiona - wyglądały zupełnie jak te, które
nosili rozżarzeni. Po tym, jak znalazły się na swoim miejscu, został
zaciągnięty na pokład dziobowy statku. Kiedy spróbował stawić opór - i odruchowo się zamachnął - stężał. Później bez trudu zrzucili go jakieś
dwanaście stóp w dół na śmierdzącą, błotnistą ziemię.
To nie była pierwsza arena, na której się znalazł, ale kiedy wydobył
twarz z błocka, uznał, że z całą pewnością jest najbrudniejsza. Kilka
większych statków, przypominających kontenery, wylądowało i otworzyło
przednie drzwi. Urzędnicy w białych płaszczach zmusili do wyjścia jakieś
trzy dziesiątki ludzi w poszarpanych ubraniach i zapędzili ich do kręgu.
Nomad westchnął i podniósł się, próbując zignorować smród błocka. Biorąc
pod uwagę to, co przeszedł przez ostatnie tygodnie, uznał, że błoto
pewnie robiło to samo.
Więźniowie zmuszeni do wejścia na arenę nie przypominali wojowników.
Biedacy wyglądali na niemal równie obszarpanych i zużytych, jak on.
Potykali się i przewracali, usiłując poruszać się w gęstej mazi, która
brudziła ich ubrania.
Nie dostali broni. Raczej więc nie arena gladiatorów, pomyślał Nomad.
Nie mieli tutaj walczyć... ale mogli umrzeć. I w rzeczy samej otworzyły
się inne drzwi, przez które wyszła trójka rozżarzonych, z bronią w ręku.
Z góry opadł statek - gorąco jego silników było nieprzyjemne - i upuścił
kilka dużych metalowych skrzyń, które z chlupotem wylądowały w błocie.
Przeszkody, różnych rozmiarów.
Rozżarzeni ruszyli biegiem. Tłum wiwatował. Bezbronni chłopi rozproszyli
się jak przerażone wieprze przed białogrzbietem.
Cudownie.
Nomad biegł przez błoto. Sięgało mu zaledwie do kostek, ale było
zdradziecko śliskie i zadziwiająco mocno wciągało jego stopy.
Prześlizgnął się w stronę jednej z większych skrzyń, wysokiej na osiem
stóp, złapał ją czubkami palców i wciągnął się na górę.
Uznał, że jeśli uczyni się najtrudniejszym celem ze wszystkich,
rozżarzeni najpierw zapolują na łatwiejszą zwierzynę. Dzięki temu mógłby
zyskać trochę czasu, by wymyślić burzowy sposób na wydostanie się z tej
sytuacji. Ale w chwili, kiedy wszedł na skrzynię, pojawiła się para rąk
okrytych czarnymi rękawiczkami i ktoś wspiął się za nim.
W miejscu jej serca płonął żar, jasnozielone oczy wpatrywały się w niego, a jej wargi wygięły się w grymasie. Miała krótkie czarne włosy
przetykane siwizną, a jej lewy policzek przecinała czarna żyła ze
świecącą linią pośrodku.
Podczas gdy pozostali dwaj rozżarzeni nosili bicze, ta miała długą
maczetę o paskudnym ostrzu. Dlaczego ruszyła za nim? Nomad spojrzał w stronę tronu, z którego Świecące Oczy przyglądał się z zainteresowaniem.
"Myślisz, pyta rycerz swojego wiernego giermka, że on chce zobaczyć, co
potrafisz?".
- Nie - szepnął Nomad, cofając się przed rozżarzoną. - Pamiętasz złość,
którą okazał przywódca? Inni traktowali mnie z pewnym szacunkiem, bo
udało mi się uciec przed słońcem. To go złościło.
To nie była próba. Świecące Oczy chciał, by Nomad zginął na widoku.
Chciał, by został upokorzony i pokonany na oczach wszystkich.
Rozżarzona zamachnęła się w stronę Nomada, więc odwrócił się i zeskoczył
z wielkiej skrzyni w stronę mniejszej. Tam celowo stoczył się w błoto,
udał, że się potyka i próbuje znaleźć coś innego. Kiedy rozżarzona
pobiegła w jego stronę, podniósł się z właśnie stworzonym łomem - celowo
nie próbował uderzyć kobiety, lecz jedynie zablokować cios maczetą.
Jego ciało nie stężało. Dopóki skupiał się wyłącznie na obronie,
wydawało się, że może stawiać opór. Odepchnął rozżarzoną na bok, a ona
straciła równowagę i się przewróciła. Po chwili się podniosła, twarz
miała częściowo umazaną błotem i patrzyła na niego z wściekłością. Nie
wyglądała na zaskoczoną nagłym pojawieniem się jego broni, a on swoim
manewrem spróbował ukryć, skąd ją wziął. Miał nadzieję, że patrzący z góry uznają, że wydobył ją z błocka, że to był odpad pozostawiony przez
inną przemierzającą te tereny grupę.
Kobieta warknęła i rzuciła się na niego. Za nim jedna z biednych chłopek
została przyparta do muru. Jeden z rozżarzonych chwycił ją i jedną ręką
wyrzucił w powietrze. Tłum wiwatował, a kobieta krzyczała przerażona,
choć wydawało się, że nie stała jej się krzywda.
Nomad uchylił się raz, drugi, trzeci - o włos unikając ciosów maczety
rozżarzonej, która poruszała się z nadnaturalną szybkością i zwinnością.
Miał więcej problemów z błotem niż ona. Mimo że uciekał od wielu lat,
gleba wciąż wydawała mu się nienaturalna. To było niewłaściwe nie czuć
pod stopami stabilnego kamienia.
W chwili gdy pochwycono drugą osobę, Nomad zablokował kolejny cios
maczety - a później z trudem powstrzymał się przed uderzeniem kobiety.
Na burze, trudno mu się było opanować. Ale nie mógł też ciągle robić
uników. W końcu ci dwaj pozostali rozżarzeni po niego przyjdą.
Przy następnym zwarciu wyjątkowo mocno uderzył w maczetę kobiety i wytrącił jej broń ze spoconej ręki. Kiedy zawyła, odwrócił się i uciekł,
zatykając łom za pas - ukradkiem stworzył niedużą pętelkę, by go
zamocować. Nie oglądał się, żeby sprawdzić, czy za nim podążyła, tylko
wskoczył na kilka mniejszych skrzyń, a później rzucił się w stronę
największej, wysokiej na jakieś piętnaście stóp.
Ledwie złapał za krawędź i próbował się podciągnąć. Niestety, ręce miał
śliskie od błota i zaczął się zsuwać.
Aż ktoś złapał go za nadgarstek. Na skrzyni stał już mężczyzna, jeden z chłopów - dość krępy, o bladej skórze, brązowych oczach, z dołkiem w brodzie. Mężczyzna szarpnął z determinacją i wyciągnął Nomada na górę.
Nomad skinął głową brudnemu mężczyźnie, który w odpowiedzi uśmiechnął
się, ukazując braki w uzębieniu. Wskazał broń Nomada i zadał pytanie, a w jego głosie brzmiał niepewność.
"Coś o... zabijaniu przez ciebie?" - powiedział Pom. "Przepraszam. Ledwie
to wszystko rozumiem. Musisz zdobyć trochę Napełnienia".
- Przykro mi, przyjacielu. - Nomad zwrócił się do mężczyzny. - Nie
rozumiem. Ale dziękuję.
Mężczyzna razem z nim obserwował arenę. Kolejna z więźniów sprawiała
rozżarzonym pewne problemy, dobrze robiła uniki i kręciła się w błocie.
Żeby ją złapać, potrzebni byli w końcu dwaj rozżarzeni.
Rozżarzona walcząca z Nomadem nadal ignorowała inną zwierzynę. Ostrożnie
okrążała dużą skrzynię, planując wejście. Kiedy złapano kolejną osobę,
pozostali chłopi przestali uciekać, osunęli się na kolana lub opierali o ściany, dysząc z wyczerpania.
Tych, którzy zostali złapani, zapędzono w stronę innego statku.
Krzyczeli i płakali - ale nie próbowali stawiać oporu. Interesujące. Ich
zachowanie wskazywało Nomadowi, że...
- Ta banda, która została złapana na początku, to kolejna grupa
skazanych, Pom. Zostaną wystawieni na słońce.
"Więc..." - powiedział Pom w jego głowie. "To jakaś skomplikowana odmiana
zabawy w berka? Która decyduje, kto zostanie stracony jako następny?".
- Tak się domyślam. Popatrz, jaką ulgę okazują ci, którzy nie zostali
złapani.
"Ulga, tak, mówi rycerz z ponurą melancholią. Ale też... smutek".
Pomocnik miał rację. Wielu z ocalałych patrzyło z bólem w oczach w stronę tych, których zabierano. Jeden z mężczyzn nawet osunął się
błagalnie na kolana i krzyczał, wskazując na siebie, jakby proponował
wymianę. Ci jeńcy znali się nawzajem. Zabrani byli przyjaciółmi, może
członkami rodziny tych, którzy ocaleli.
Sojusznik Nomada zaczął schodzić ze skrzyni, ale walka się nie
skończyła. Jeszcze nie. Choć dwaj pozostali rozżarzeni odeszli po tym,
jak odprowadzili skazanych, trzecia - kobieta o siwiejących włosach -
rzuciła się między skrzyniami w stronę Nomada.
Nie przestanie, dopóki go nie zabije, tego był pewien. Cóż. Czas
zobaczyć, czy uda mu się oszukać Udrękę. Czekał w napięciu na zbliżającą
się rozżarzoną.
"Nomadzie?" - spytał Pomocnik. "Co robisz?".
- Jak ciężkim przedmiotem możesz się stać? Nie zużywając więcej naszych
JEO?
"Każde moje przeobrażenie zużywa odrobinę Napełnienia, ale w większości
wypadków to pomijalna ilość. Zakładam więc, że pytasz, czym się mogę
stać, nie sięgając do naszych rezerw i nie zmniejszając ich znacząco.
Przy takich ograniczeniach mogę stać się masą metalu ważącą około stu
funtów. Czemu pytasz?".
Nomad zaczekał, aż rozżarzona prawie do niego dotrze - skoczyła w stronę
jego skrzyni z sąsiedniej. W tej właśnie chwili rzucił się w jej stronę.
Uniósł Pomocnika nad głową - martwiąc się, że musi zdradzić swoją
tajemnicę - i stworzył sztangę o maksymalnej wadze. Trzymał ją
wyciągniętą przed sobą, jakby był gotów się nią zamachnąć.
W odpowiedzi Udręka wyczuła, że chce zrobić krzywdę. Jego ręce stężały.
Ale rozżarzona i tak uderzyła prosto w kawał metalu i sapnęła, kiedy
zderzyli się w powietrzu.
Zasadniczo był martwym balastem. Oboje uderzyli w błoto, a on wylądował
na górze. Sztanga uderzyła w pierś kobiety, a łokieć Nomada zmiażdżył
jej szyję. Połączony ciężar wbił ją w miękką ziemię.
Kiedy Nomad podniósł się z trudem, pozostała na ziemi - przytomna, ale
ogłuszona. Jej żar zadrżał jak oko mrugające z wyczerpania.
Ryki tłumu zmieniły się w martwą ciszę.
- Nie zdarza się często, co?! - krzyknął Nomad w stronę Świecących Oczu,
który siedział na balkonie nad areną. - Że ktoś pokona twoich żołnierzy?
Ale czemu miałoby tak się stać? To są Napełnieni wojownicy, a wystawiasz
ich przeciwko bezbronnym chłopom!
Świecące Oczy, rzecz jasna, nie odpowiedział. Na burze, Nomad
nienawidził dręczycieli. Zrobił krok do przodu, jakby chciał rzucić
wyzwanie mężczyźnie. Wtedy jednak przeszyło go zimno, zaczynające się od
nadgarstków.
Spojrzał na bransolety, które mu założono. Wysysały z niego ciepło,
zamrażając go i unieruchamiając mięśnie. Wypuścił powietrze i wokół jego
ust pojawiła się chmurka pary. Spiorunował wzrokiem Świecące Oczy -
który trzymał w ręku urządzenie z przyciskami.
- S-sukinsyn - powiedział Nomad, szczękając zębami. I padł nieprzytomny
twarzą w błoto.
Rozdział 4
Kiedy Nomad obudził się tym razem, odkrył, że
został przykuty do ściany. Nie... to była zewnętrzna strona przysadzistego
statku, jednego z tych, które tworzyły arenę. Został przykuty do jego
boku, rozkrzyżowany na płaskim kawałku metalu o wymiarach dziesięć na
dziesięć stóp.
Wydawało mu się, że nie był długo nieprzytomny, choć nie mógł mieć
pewności, bo nie widział słońca na niebie. Jedynie te malownicze,
ogromne pierścienie.
Próbował się poruszyć, ale jego nadgarstki i kostki były mocno
przyciśnięte do statku. Hałaśliwy tłum nie zniknął, choć pośrodku areny
wylądował nieduży statek z podium otoczonym czterema zdobionymi
kolumnami. Nie miał ścian i wydawało się, że służy jedynie jako mównica
- przedni pokład statku zapewniał imponujące miejsce, z którego
przywódca mógł przemawiać do swoich poddanych. Świecące Oczy stał na nim
i zwracał się do tłumu, podsycając ich entuzjazm.
- Pomocniku - warknął Nomad. - Przegapiłem coś ważnego?
"Zabrali te skrzynie. Później przywiązali cię tutaj. Próbuję zrozumieć
tę przemowę, ale wyłapałem tylko kilka słów. Część z tego odnosi się do
ciebie. I... "przykładu"?".
- Wspaniale. - Nomad szarpał się z łańcuchami.
"Wydaje mi się, że nie zorientowali się i nie widzieli, co zrobiłeś ze
mną", mówił dalej Pomocnik. "To znaczy ze sztangą. Kąt był niewłaściwy.
Dlatego, kiedy wyjęli cię z błota, zmieniłem się znowu w łom. Zbadali
mnie i odrzucili na bok, zakładając, że nie jestem niczym ważnym. Wciąż
leżę w błocie, na lewo od ciebie".
To już coś. Nomad mógł przywołać broń w dowolnej chwili, sprawić, żeby
zniknęła i pojawiła się ponownie w jego dłoniach. Więzy na jego
nadgarstkach były ciasne, ale Pomocnik mógł przybierać różne dziwne
kształty. Jeden z nich mógł zadziałać i uwolnić Nomada. Ale jeśli nie
znajdował się w bezpośrednim niebezpieczeństwie, nie było powodu, by
ujawniał swoje zdolności. Na razie więc rozważał inne metody. Może gdyby
złamał sobie kciuk, mógłby wysunąć rękę, a później go uzdrowić.
Niestety, złamania uzdrawiał znacznie wolniej niż sińce.
Jego spojrzenie przyciągnęło poruszenie po lewej. Przekręcił głowę
najdalej, jak mógł, i zobaczył obracające się czarne pudełko z migającym
światełkiem. Kamera monitoringu? Przyglądała mu się przez chwilę i skierowała się w stronę podium.
Głos Świecących Oczu wzniósł się, kiedy mężczyzna wskazał Nomada.
Potępienie. Nawet gdyby udało mu się uwolnić, nadal miał na sobie
bransolety, które go zamroziły. I wciąż otaczali go wrogowie, z którymi
nie mógł walczyć, i kamery, które mogły go śledzić. Co by mu dało
uwolnienie ręki w takiej sytuacji?
"Tym razem chyba wpakowałeś się w prawdziwe tarapaty", powiedział
Pomocnik.
- Tak myślisz?
"Czy ja myślę? Nie jestem pewien. Zależy od twojej definicji".
- Wiesz, bardziej cię lubiłem, kiedy byłeś żywy.
"A czyja to wina?".
Nomad warknął i szarpnął się w łańcuchach. Przestał się jednak skupiać
na swoim trudnym położeniu, kiedy grupa urzędników przyprowadziła kilku
obszarpanych jeńców do statku-podium. Świecące Oczy łapał każde z nich
po kolei za szyję, a oni jakby więdli, ich skóra nabierała szarego
odcienia. Kiedy odrzucał ich na bok, byli martwi, a żar w jego piersi
płonął jaśniej.
Tłum wiwatował, a to wiwatowanie stało się jeszcze głośniejsze, kiedy do
podium zaciągnięto kolejną więźniarkę. Towarzyszyli jej dwaj strażnicy w białych płaszczach, jeden niósł długą włócznię, a drugi trzymał karabin.
Świecące Oczy nie złapał tej kobiety, lecz uniósł dłonie i pozwalał, by
tłum krzyczał.
Nomad skupił wzrok na karabinie. To była pierwsza nowoczesna broń, którą
tu zobaczył. Czy były rzadkością? Przyjrzał się uwięzionej i zorientował
się, że to kobieta, która tak sprytnie unikała złapania. Ta, którą
pojmało dopiero dwóch rozżarzonych.
- Ta kobieta... - powiedział Nomad. - Była jedną z lepiej walczących... a przynajmniej uchylających się... na arenie. Może, ponieważ dobrze
walczyła, nagrodzą ją?
Świecące Oczy wskazał na kobietę i tłum zaryczał. Uderzył ją w ramię w sposób, który kojarzył się wręcz z gratulacjami. Ale wtedy kobieta
zaczęła się szarpać jeszcze bardziej, a Nomad poczuł ściskanie w żołądku.
To nie mój problem, pomyślał.
Świecące Oczy machnął w bok i jeden ze strażników podał mu włócznię.
Przywódca zdjął osłonę i okazało się, że sama włócznia miała na grocie
świecący żar - tak jaskrawy, że zostawił powidoki w oczach Nomada.
Uwięziona kobieta krzyknęła.
Świecące Oczy wbił włócznię w jej pierś.
Nomad doskonale widział, co wydarzyło się później. Świecące Oczy wyrwał
włócznię, pozostawiając żar. Urzędnicy rozbiegli się w panice, ale
Świecące Oczy został i nie wyglądał na poruszonego. Udręczona kobieta
osunęła się na kolana i krzyczała coraz głośniej, gdy gorąco zapłonęło w jej wnętrzu. Na zewnątrz wystrzeliły iskry i płomienie, jakby ktoś
dorzucił do ogniska, a pojedyncze węgielki znaczyły skórę na jej
ramionach i twarzy - zostawiały za sobą pasma, które wciąż emanowały
blaskiem, nawet kiedy ogień w jej piersi przygasł.
Kobieta w końcu osunęła się na bok, ale nie zamknęła oczu. Leżała i patrzyła niewidzącym wzrokiem, a cichy płomień w jej piersi rozświetlał
podium.
"Cóż", odezwał się Pomocnik. "Pewnie wiemy już, skąd się biorą ci
rozżarzeni ludzie".
- Zgoda. - Nomadowi zrobiło się niedobrze. - Domyślam się, że wybiera
najsprawniejszych jeńców, by zostali wyniesieni. W końcu ci, którymi się
pożywił, byli słabsi.
"To być może trochę naciągane, ale logiczne".
Nomad odetchnął głęboko.
- To może dać nam szansę. Myślisz, że udałoby nam się wchłonąć to, co
daje moc tym włóczniom? Może uzyskać dość JEO, żeby uciec z tej planety?
"Nie, nie sądzę, by były dość silne, by napędzić Przeskok. Trudno ocenić
bez dodatkowych informacji, ale domyślam się, że taka włócznia ma parę
tysięcy JEO - dziesięć, najwyżej dwadzieścia procent mocy Przeskoku. Ale
to więcej, niż potrzebowałbyś, by uzyskać Związek z tą planetą. W końcu
rozumiałbyś, co mówią ludzie, i miałbyś rezerwy do uzdrawiania albo
dodawania mi mocy".
Kiedy strażnicy wrócili, żeby odciągnąć nową rozżarzoną, Świecące Oczy
wrócił na podium i ktoś przyniósł mu dwie nowe włócznie. Świecące Oczy
wziął jedną i zdjął osłonę, ukazując kolejny emanujący blaskiem grot -
jak rozgrzany do białości metal, ale taki, który nigdy nie stygł. Tłum
krzyczał i wiwatował jeszcze głośniej.
- Założę się, że użyje jednego z nich na mnie - powiedział Nomad. -
Próbował mnie zabić, ale jego ludzie zawiedli. Teraz więc spróbuje
czegoś innego.
"Ach, mówi bohater ze zrozumieniem. Tak, to rozsądne. Dlaczego nie
martwi się, że zwrócisz się przeciwko niemu, kiedy dostaniesz moce?".
- Podejrzewam, że polega na zamrażających bransoletach, żeby kontrolować
pozostałych, a przed chwilą udowodnił, że na mnie działają.
"To się wydaje niebezpieczne".
- Zgoda.
W tym przypadku sytuacja nie rozegrałaby się tak, jak spodziewał się
Świecące Oczy. Gdyby dotknął Nomada czubkiem włóczni, on byłby w stanie
wchłonąć jej moc. Był to jeden z nielicznych użytecznych aspektów
Udręki. Nomad uzyskał niezwykłą zdolność metabolizowania niemal każdego
rodzaju Napełnienia, choć czasem potrzebował do tego Pomocnika.
"W porządku. Ale czemu dwie włócznie?".
- Ja będę ostatni. Wielkie zwieńczenie. Zakładam więc, że jest inny
biedny jeniec...
Urwał, kiedy na podium wciągnięto drugą osobę - szczerbatego mężczyznę,
który wcześniej pomógł Nomadowi. Kiedy Nomad zobaczył biedaka, dotarło
do niego, że to ma sens. Przed chwilą teoretyzował, że zmieniali
najlepszych wojowników w rozżarzonych. Ten osobnik miał może niewielką
nadwagę, ale udało mu się uniknąć pojmania - a nawet pomógł Nomadowi,
który był celem tamtych.
Dzięki swej determinacji mężczyzna zdobył straszliwą nagrodę. Tłum
wiwatował, kiedy Świecące Oczy uniósł drugą włócznię. Biedny jeniec
krzyknął żałośnie i szarpał się ze strażnikami.
"Nie mój problem", powiedział sobie Nomad i zamknął oczy.
Ale wciąż słyszał. I, z jakiegoś powodu, kiedy odciął światło - wewnątrz
ciemności, którą sam stworzył - poczuł coś. Coś z osoby, którą kiedyś
był.
Słowa niegdyś wypowiedziane. W chwili oszałamiającej świetlistości.
Potępienie, pomyślał, kiedy przerażone krzyki mężczyzny wstrząsnęły nim
do szpiku kości.
Nomad zmusił się do otwarcia oczu i wyrwał prawą rękę z kajdan. Jego
nadnaturalna siła zmiażdżyła mu kciuk i zerwała skórę z boków dłoni.
Uniósł krwawiącą rękę nad głowę i przywołał Pomocnika z błota.
Złapał za rękojeść samymi palcami przyciśniętymi do dłoni i szarpnął
rękę do przodu, rzucając Pomocnika, który zawirował w powietrzu -
błyszczący i wspaniały. Pom uderzył w jedną z kolumn na podium tuż obok
głowy Świecących Oczu - długi na sześć stóp, świetlisty miecz,
najprawdziwsza z postaci Pomocnika. Wbił się głęboko w kolumnę i zawisł
tam, drżąc.
Tłum ucichł.
"Hm", powiedział Pomocnik w jego głowie. "Myślałem, że już nie możesz
tego zrobić".
Świadomie wycelował z dala od Świecących Oczu. Jeśli nikomu nie
zagrażał, mógł uniknąć przebudzenia Udręki. Mimo wszystko minęło dużo
czasu, od kiedy widział pełne Ostrze i mógł sięgnąć po nie w całej jego
chwale. Jak miał nadzieję, to nagłe pojawienie się oszołomiło Świecące
Oczy. Wpatrywał się niepewnie w miecz i zapomniał o jeńcu. Szczerbaty
mężczyzna cofnął się w uścisku strażników, ale jeszcze nie został
dotknięty przez włócznię.
Nomad ponownie przywołał Pomocnika i próbował znów przywołać Ostrze. Nie
udało mu się. Udręka raz popełniła błąd, ale teraz była czujna. Żadnych
broni. Nomad uniósł Pomocnika wysoko w postaci długiego pręta. Jego
kciuk przeszywał ból, ale bransoleta przytrzymywała go u nasady, dzięki
czemu mógł chwycić pręt zdrowymi palcami. Następnie stworzył klucz
nastawny, a później łom.
Świecące Oczy wpatrywał się w broń jak urzeczony, a w jego szeroko
otwartych oczach widać było pożądanie. Z włócznią w ręku zszedł z podwyższenia. Skupiony na Nomadzie.
- Dobrze - szepnął Nomad. Spojrzał w te świecące oczy, rzucając
wyzwanie. - Dobrze. Chcesz tego. Chodź, spróbuj uczynić mnie jednym ze
swoich niewolników. Później będziesz mógł mi wydać rozkaz, bym ci to
oddał, prawda?
Mężczyzna zatrzymał się, zawahał, po czym uniósł włócznię przed sobą.
- Nie mam ochoty zostać dźgnięty, kiedy będę wchłaniał Napełnienie -
powiedział Nomad do Pomocnika. - Chcesz się tym zająć?
"Tak. Nadaj mi postać naczynia - albo nawet zwykłej tarczy - na piersi,
kiedy cię dźgnie, a ja wykorzystam energię".
Świecące Oczy zawahał się kilka stóp od Nomada.
- No dalej! - krzyknął Nomad. - Dźgnij mnie!
Mężczyzna uniósł rozgrzany do białości grot włóczni na wysokość oka
Nomada i zażądał czegoś.
- Nie mówię w twoim języku, idioto. Po prostu mnie dźgnij.
Mężczyzna wskazał ręce Nomada i znów się odezwał, bardziej surowo.
"Chce, żebyś mu pokazał, wyjaśnia rycerz swojemu czasem tępemu
giermkowi, jak przywołujesz narzędzia".
W zamian Nomad przywołał ślinę - doprawioną błotem, które wciąż miał na
wargach - i dostarczył ją prosto w oko tego sukinsyna. Plwocina
zasyczała, jak na rozgrzanej płycie, a mężczyzna cofnął się wściekły.
Wymierzył włócznię w pierś Nomada i zawarczał, a tłum wiwatował.
I się zaczyna, pomyślał Nomad.
W tej właśnie chwili jeden z pobliskich statków wybuchł.