Słoneczny dom. Prawdziwe historie wesołej rodziny - Anny Wienbruch


Reflow text when sidebars are open.
Mówi się powszechnie, że pogodne dzieciństwo opromienia całe dalsze życie człowieka. Jeśli o mnie chodzi, wychowałam się w małej rodzinie i zawsze tego żałowałam. Byłam jedynaczką. Do swoich najpiękniejszych, niezapomnianych chwil zaliczałam godziny zmierzchu, kiedy to siadałam na niskim stołeczku pod oknem, przy którym zawsze królowała mama, i prosiłam: "Mamusiu, opowiedz mi, jak to było u was w domu!".
Wtedy mama opowiadała mi o swoim dzieciństwie, które wraz z dziewięciorgiem rodzeństwa spędziła w starym domu położonym na zboczu góry. Choć niezamożnym rodzicom zapewne nie zawsze łatwo było nakarmić tuzin zgłodniałych brzuszków i przyodziać tuzin nagich ciałek, to wszyscy chowali się zdrowo i nosili schludnie, nie słysząc nigdy żadnej skargi z ust swojej mamy. Dla mnie, jedynaczki, ten pełen dzieci dom wydawał się istnym przedsionkiem nieba. Nic innego tak nie budziło mojej ciekawości i wciąż na nowo prosiłam: "Mamusiu. opowiedz mi, jak to było u was w domu!".
Któregoś dnia, zapewne mając w pamięci te prośby, moja mama poleciła mi:
- Kup parę zeszytów i ołówków!
Już od wielu lat chorowała i przeczuwała bliską śmierć. Dopiero kiedy odeszła do wieczności, odkryłam, że pozostawiła mi w tych zeszytach szczególny spadek. W chwilach, kiedy zostawała sama, a ja udawałam się do pracy - na ile sił jej starczyło - spisała ponad 50 historii o tym "jak to było u nich w domu". Niektóre z tych opowiadań chciałabym przekazać czytelnikom - ku wspólnej radości i na miłą pamiątkę.
Tak opowiadała moja mama:
Był to w naszym starym domu szczególny dzień. Otrzymaliśmy dwa upominki. Jeden był zawinięty w chustę i mama powiedziała, że był z owych dwóch cenniejszy. Nasza Augusta miała inne zdanie. Mruczała:
- Przecież mamy już dosyć takich!
Ale mama ze swoim miłym uśmiechem odpowiedziała:
- Dziecko jest zawsze cennym darem Bożym, a tam, gdzie dwanaścioro się naje, zawsze zostanie coś i dla trzynastego.
Domyślacie się z pewnością, że mama przyniosła do domu dziecko i to tym razem nie własne, lecz synka naszej cioci, która wkrótce po jego narodzinach umarła.
A więc to był pierwszy dar. Nie wzbudził w nas wielkiego zainteresowania. Położono go do starego wiklinowego wózka i w piękne letnie dni stawiano w zacisznym kąciku za domem, tam gdzie kiedyś kładziono każdego z nas.
Drugi dar był innej natury. Nam, dzieciom, wydawał się cenniejszy i cudowniejszy niż ów mały chłopiec, których mieliśmy rzeczywiście pod dostatkiem. Nasz kochany dziadek, ojciec mamy, który już nie raz zrobił dla nas wiele dobrego, pewnego wieczoru sprezentował mamie sto talarów.
Sto talarów było w tamtych czasach olbrzymią sumą, a zwłaszcza w naszych dziecięcych oczach. Mój brat Karol powiedział:
- To tak, jakby te pieniądze przyszły z Ameryki! A może dziadek dostał je z Ameryki, tylko nie chce nam tego powiedzieć!
Ameryka była dla Karola uosobieniem czegoś nadzwyczajnego. Nasza najstarsza Emma wyśmiała go i zapytała:
- Dlaczego nie miałby powiedzieć? Myślisz, że bał się, iż wzbudzi w tobie ochotę, by wywędrować w tamte strony?
- Kto wie, co będzie kiedyś - mruknął Karol tajemniczo, wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą do ogrodu. Karol i ja zawsze byliśmy szczególnym przyjaciółmi. Jednomyślnie zastanawialiśmy się więc, co też nam za te sto talarów kupią. Dziadek oznajmił mianowicie z naciskiem, że tym razem suma ta nie ma zostać odłożona na czarną godzinę - bo tak zwykle robiła mama - lecz że pieniądze mają być spożytkowane na różne mniej lub bardziej palące potrzeby. Dobry stary człowiek wiedział z pewnością, że mamy ich wiele. Tak więc i my z Karolem nie zostalibyśmy pominięci. Tymczasem jednak owe "pieniądze z Ameryki", jak je Karol nazywał, sprawiły właśnie nam dwojgu wielkie kłopoty.
Najpierw zamówiono robotników do naprawy domu. W naszym dużym pokoju i w obu sypialniach dziecięcych było sporo roboty dla murarzy i malarzy. Mama przygotowała dla nas na strychu dwie komórki, gdzie mieliśmy przez ten czas spać wraz z Karolem, Wilhelmem i Alwiną. Obaj chłopcy, choć mocni w gębie, nie byli bohaterami. Alwina i ja, jako małe dziewczynki, tym bardziej nie grzeszyłyśmy odwagą.
- Czy możemy zabrać ze sobą Czarka? - poprosiła żałośnie Alwina (Czarek był naszym psem). Mama zgodziła się na to, co cała nasza czwórka powitała z wielkim zadowoleniem. Czarek był za to mniej szczęśliwy, bo mama postanowiła, że ma leżeć na wycieraczce przed naszymi drzwiami, a to się mu absolutnie nie podobało. Chciał natychmiast uciec na dół, ale Wilhelm przytrzymał go za obrożę. Po paru jednak chwilach zaczął się skarżyć:
- Mam tu stać całą noc i trzymać Czarka, kiedy wy będziecie sobie spali?
- Coś wymyślimy! - oświadczył wspaniałomyślnie Karol i rozejrzał się.
- Hej, Karolu, tam w kącie stoi stara konew! - zawołałam.
- Bierzemy ją! - podchwycił Karol i już za chwilę przywiązaliśmy Czarka do konwi. Sami oceńcie, czy było mu z tym wygodnie. Co prawda, z początku potulnie pozwolił się ułożyć na starym worku pod drzwiami. Ale nie muszę chyba opowiadać, co się stało wkrótce potem. Była to burzliwa noc. Wiatr wył wokół starego domu. Do jego wycia po chwili dołączył się skowyt, a potem szuranie, turkotanie, łomotanie, jeszcze dziksze szczekanie, wrzaski dzieci dobiegające z góry, a na końcu krzyki i wrzaski z dołu.
Co to było? Kiedy ojciec, uzbrojony w stary pistolet, zapalił światło, źródło niesamowitych odgłosów się wyjaśniło: Czarek zatęsknił za budą i wraz z konewką sturlał się po schodach wiodących ze strychu na dół. Przez niego wszyscy w domu byli na nogach.
- Na pewno już całą noc nie zmrużę oka - narzekała nasza wątła, delikatna Minna.
- Teraz ja będę spała na górze z tymi tchórzami! - zaoferowała się nasza krzepka Augusta.
Mama uśmiechnęła się.
- Ja pójdę z wami na górę - pocieszyła nas. - To właściwie moja wina.
- Ty, mamo? - zapytała nasza szóstka czy siódemka ze zdziwieniem. - Oczywiście, jak zwykle bierzesz winę na siebie!
- To nie o to chodzi - zaprzeczyła mama. - Wstyd mi po prostu, że moje dzieci jeszcze nie przyswoiły sobie tego wierszyka:
Gdy Pan jest ze mną, Nie lękam się wcale! Cóż może uczynić mi człowiek?
Słowa mamy zawstydziły nas jeszcze bardziej niż surowy wzrok ojca, poparty ostrzeżeniem:
- Jeśli coś takiego jeszcze się zdarzy w najbliższych dniach, dostaniecie solidną karę.
Na szczęście nazajutrz zapomnieliśmy o nocnych strachach. Myśl o nich przyprawiała nas jedynie o śmiech. Następnej niedzieli śmiało się też słoneczko, nie tylko na dworze, ale i w naszych sercach. Dla mnie i dla Karola to niedzielne słońce miało tym razem bardziej przyziemne znaczenie, bo sto talarów wystarczyło również na zakup czegoś pięknego dla nas obojga. Karol dostał nowy garnitur i lakierowane kozaki, a ja - buty z błyszczącymi noskami. Oboje byliśmy bardzo dumni. Niestety musiałam na własnej skórze doświadczyć, że pycha chodzi przed upadkiem. Powinnam właściwie powiedzieć "przed zderzeniem", bo idąc do kościoła tak pilnie przypatrywałam się moim błyszczącym noskom, że nagle - bum! - wpadłam na skrzynkę na listy. Płakałam żałośnie, a Augusta pocieszała mnie:
- Lepiej, że pycha poszła przed zderzeniem, niż przed upadkiem. Gdybyś upadła, twoja niedzielna sukienka by się pobrudziła albo podarła. A twojej głowie guz nie zaszkodzi.
- Tak, tak, ta pycha! - powiedziała mama, a ja postanowiłam sobie, że od teraz, nawet mimo butów z cudownymi błyszczącymi noskami, pozostanę skromna.
Stałam też skromnie z tyłu, kiedy starsze rodzeństwo po kościele podziwiało Karola. Najstarsi poszli z ojcem na główne nabożeństwo, a Karol, Augusta i ja wraz z mamą i Emmą byliśmy na porannym. Teraz one we trzy zajęły się kuchnią i domem, a nam z Karolem wolno było jeszcze pobyć na dworze.
- Karolu - powiedziała mama - najpierw zdejmij nowy garnitur! Dziś po południu, kiedy pójdziemy do dziadka, będziesz mógł znowu go włożyć.
Ale Karol błagał, żeby mógł pokazać się w garniturze u sąsiadów.
- Mamo, pozwól mu! - wstawiłam się. - Dopilnuję, żeby uważał. On jeszcze nigdy, ale to nigdy nie miał całkiem nowego ubrania, którego nikt z nas przed nim nie nosił.
Mama uśmiechnęła się znów swoim miłym uśmiechem i kiwnęła przyzwalająco głową. Wypadliśmy więc z pośpiechem na dwór, biegnąc w kierunku domu sąsiada.
Dzieci sąsiadów już na nas czekały.
- W bukowym lasku dojrzała buczyna. Wybieramy się tam. Idziecie z nami? - zawołał do nas Frycek. Spojrzałam z wahaniem na Karola. Nie po to tu przyszliśmy.
- Och, jaki piękny garnitur! - podziwiała już sąsiadka. Dotknęła materiału. Ale Karolowi przestało zależeć na podziwie.
- Pewnie, że idziemy - powiedział.
- Ale, Karol...- ostrzegłam. - Nowy garnitur!
- Przecież nie muszę wspinać się po drzewach - uspokoił mnie. Tak więc oboje poszliśmy.
Nie ma chyba potrzeby pisać, co było dalej. Karol musiałby nie być chłopcem, żeby mimo wszystko nie wdrapać się na drzewo. Trach! Już na siedzeniu spodni pojawiło się piękne rozdarcie. Dzieci sąsiadów beztrosko pobiegły dalej w las, a my z Karolem staliśmy i patrzeliśmy na siebie z przerażeniem w oczach. Co robić? Pobiec natychmiast do domu i ze skruchą się wyspowiadać - to nie wchodziło w rachubę. Już od dziecka byliśmy potomkami Ewy. Ukryć, zataić to, co się stało - oto, co zamierzaliśmy. Ale jak? Wpadłam na pomysł: Niedaleko owego lasku bukowego mieszkał nasz mleczarz. Pobiegłam tam w te pędy. Żona mleczarza była w kościele. Mąż, mimo wszelkich poszukiwań, mógł mi zaoferować jedynie igłę do cerowania i białą nić. Karol położył się w lesie na brzuchu, a ja niezręcznie zaszyłam mu rozdarcie. Pozostał zwisający kawałek nici, bo nie miałam nożyczek.
Niepostrzeżenie wkradliśmy się do domu. Pewnie, gdyby nie było nas tylu wokół stołu, wydałoby się podejrzane, że oboje tak mało jedliśmy. Tej niedzieli jednak wszyscy byli tak szczęśliwi, że nikt nie zwracał na nas uwagi. Dziś była bowiem szczególna uroczystość. Dziadek zaprosił nas na święto mirabelek. Miał on w ogrodzie dwa mirabelkowe drzewa. Co roku, kiedy owoce dojrzały, zapraszał nas na wielką werandę na kawę, a potem wolno nam było plądrować drzewka. Dziś więc dziadek nas oczekiwał. Szliśmy wszyscy wypucowani, dziewczynki w świeżych, białych fartuszkach, chłopcy czyściutcy, aż lśnili. Raptem mama powiedziała:
- Karolu, zatrzymaj się! Masz białą nitkę na spodniach!
Jakżeż się poczuliśmy! Karol stanął sztywno, jak kij, a ja zamieniłam się w posąg. Nasz postępek się wydał. Mama nie krzyczała jednak. Miała łzy w oczach, a to była dla nas największa kara. Tato zakomenderował:
- Marsz z powrotem!
Minna zaprowadziła nas do domu. Karol musiał założyć najstarsze ubranie, a ja - okropny, znienawidzony roboczy fartuszek. Był to czarny fartuch z rękawami, taki, jakie my, dziewczynki, nosiłyśmy, jeśli nasze szkolne fartuszki zabrudziły się przed upływem tygodnia.
Kiedy już się przebraliśmy, Minna zaprowadziła nas do komórki w tyle kuchni, położyła nam dwie kromki chleba obok dzbanuszka z wodą i powiedziała ironicznie:
- Smacznego! - zamykając drzwi za nami.
Przez chwilę nie mówiliśmy nic. Ja tylko chlipałam pod nosem. Nie można jednak wiecznie płakać. Rozejrzałam się.
- Na górze wisi woreczek z suszem owocowym - powiedziałam.
Karol wahał się przez chwilę. Potem przysunął stołek do ściany, wszedł nań i zdjął woreczek. Usiedliśmy na stołeczku obok siebie, a Karol otworzył woreczek.
- Masz, zjedz trochę! - zachęcał.
Byliśmy porządnie głodni. Jedliśmy przecież mało na obiad. Może zresztą płacz pobudził nasz apetyt. Jedliśmy w milczeniu. Nagle zaczęłam głośno płakać.
- Karolu - szlochałam - teraz znowu narozrabialiśmy! Zjedliśmy susz. Ukradliśmy go! Co zrobić?
Karol spojrzał na mnie z przerażeniem. Tak, miałam rację. Byliśmy jeszcze gorszymi złoczyńcami. Znowu milczeliśmy przez chwilę, po czym Karol zdecydowany podniósł głowę i poważnie powiedział:
- Nie pozostaje nam nic innego, jak wywędrować do Ameryki.
- A to dlaczego? - zapytałam przestraszona.
- Tam zarobimy dużo pieniędzy - wyjaśnił Karol. - Stary Mathis powiedział, że pieniądze leżą tam na ulicy. Wystarczy je tylko pozbierać. Kiedy nazbieramy dosyć, wyślemy do domu sto albo i więcej talarów. Zapłacimy w ten sposób za susz i porwane ubranie, i wszystko naprawimy.
Zaczęło mi się rozjaśniać w głowie.
- Czy Ameryka jest bardzo daleko? - zapytałam z drżeniem.
- Bardzo daleko - potwierdził Karol. - Kiedy się ściemni i nikt nas nie będzie widział, wyjdziemy przez okno i wyruszymy.
- A znasz drogę? - zapytałam.
- Znaaam - odpowiedział przeciągle. - Z początku pójdziemy wzdłuż torów kolejowych, potem w stronę morza, a potem musimy się zabrać na statek.
- Ale nie mamy przecież pieniędzy! - westchnęłam.
- A więc będziemy musieli żebrać u dobrych ludzi, którzy tak jak nasza mama zawsze mają się czym podzielić. Będziemy zbierać jagody, spać w lesie albo w rowie, a na statku będziemy obierać ziemniaki i wykonywać różne prace, żeby nas zabrali.
Zaczęłam żałośnie płakać. Przytuliłam się mocniej do Karola, który objął mnie po bratersku ramieniem. Ale i on był bliski płaczu.
- Uspokój się! - pocieszał mnie. - Kiedy wzbogacimy się w Ameryce, będzie nam lepiej.
- Nie chcę mieć lepiej! - zaczęłam płakać - W Ameryce nie ma mamy ani taty, ani innych, Augusty, Emmy, Alwiny...
Płacz odebrał mi mowę. W końcu i Karol zapłakał zgodnie ze mną.
- Nigdzie, nigdzie nie jest tak dobrze, jak w domu - narzekałam dalej. - Wolę tu dostać lanie, niż w Ameryce dużo talarów.
Po chwili jednak nie szlochałam już tak gwałtownie. Poczułam się zmęczona. Na dworze zmierzchało. Kiedy ściemniło się, mieliśmy uciec. Ale Karol już o tym nie wspominał. Widziałam w wieczornym blasku, jak dwie wielkie łzy stoczyły się po jego chłopięcych policzkach. Z głębokim westchnieniem położyłam głowę na jego ramię.
Myśl o nas, przestępcach, nie pozwoliła mamie wytrzymać długo u dziadka. Kiedy weszła do komórki, spaliśmy na stołku, mocno przytuleni do siebie. Przed nami leżał pusty woreczek. Matka jednak nie krzyczała. Podniosła mnie w górę.
- Och, mamo - mruknęłam sennie. - Jak dobrze, że jesteś! Wyobraź sobie, że byliśmy w Ameryce i staliśmy się bogaci. Ale ja tak tęskniłam! Nigdzie nie jest tak dobrze, jak w domu.
Mama pogładziła mnie po głowie i powiedziała:
- I tak powinno być. Kiedy ktoś całym sercem kocha swój dom rodzinny, to i później będzie odczuwał właściwą tęsknotę za niebiańskim domem Ojca.
Tak to właśnie zapisała moja mama.
Oddaję głos mamie, aby opowiadała dalej:
Nigdy nie słyszałam, by z ust mamusi padały narzekania. A tym bardziej my, dzieci, nie narzekałyśmy. Pamiętam, jak kiedyś, kiedy była mowa o biednych i bogatych, zapytałam z dumą:
- Mamo, prawda, że jesteśmy bogaci?
Mama przytuliła mnie mocno do siebie, potem objęła małego Hermana, Alwinę, Karola - jedno po drugim, tak, jak stali - i powiedziała z podobną dumą:
- O tak, jesteśmy bogaci!
Nasz Karol zrobił przy tym zamyśloną minę, pełną wątpliwości. Kiedy potem, jak co dzień o szarej godzinie, usiedliśmy wokół mamy, by zaśpiewać naszą wieczorną pieśń, zapytał:
- Mamo, jeśli jesteśmy tacy bogaci, to czy nie mógłby na nas napaść Schinderhannes i obrabować nas, skoro mieszkamy na takim odludziu?
W tamtych czasach dużo mówiło się o owym Schinderhannesie[1]. Nie chodziło przy tym o prawdziwego Schinderhannesa, który już w Mainz odpokutował życiem za swoje przewinienia. Imię to nadano innemu hersztowi bandy, który uprawiał w naszej okolicy swoje niecne rzemiosło. Mimo to, bano się go nie mniej, niż tego prawdziwego, a nam, dzieciom, przy słowach brata spoważniały buzie. Mama jednak roześmiała się i pogładziła Karola po głowie.
- Nie martw się o to - pocieszyła go. - Nasze skarby są zabezpieczone przed Schinderhannesem. One są tego rodzaju, że mole ich nie zjedzą, a złodzieje nie wykopią i nie ukradną!
Słuchałam z bogobojną czcią, bo przypomniałam sobie, że ojciec czytał o czymś podobnym w grubej Biblii, a skoro posiadaliśmy tak szczególne skarby, to istotnie musieliśmy być nadzwyczaj bogaci. Oczywiście miałam na myśli skarby natury ziemskiej i nikt nie może mi mieć tego za złe. Miałam wtedy zaledwie siedem lat, a przecież nawet pierwsi uczniowie Jezusa przez długi czas oczekiwali ziemskiego królestwa, zamiast niebiańskiego, i kierowali się ludzkim myśleniem.
Najbogatsza czułam się wtedy, gdy w sobotnie południe mogłam towarzyszyć mamie przy robieniu zakupów. Najczęściej zabierała dwoje lub troje z nas najmłodszych. Tymczasem starsze dziewczęta pomagały w świątecznym sprzątaniu, a duzi chłopcy zamiatali podwórze, skopywali grządki i w ten sposób nasze domostwo nabierało niedzielnego oblicza. Kiedy potem wracaliśmy z mamą z miasta, zawsze mieliśmy pełne ręce, tak, że nasze bogactwo zdawało mi się jeszcze bardziej widoczne i namacalne.
Tego wieczora, który do dzisiaj mam przed oczami, mama musiała często przystawać. Co chwilę stawiała swój koszyk na ziemi, tak był ciężki, a my, maluchy, podążający za nią, dźwigaliśmy - niczym krasnoludki - każdy po bochnie chleba. Karolowi, jako najstarszemu, pozwolono nieść woreczek pełen bułek z rodzynkami. Był to znak, że mama była przy kasie, a gdy u sklepikarza dojrzałam w zniszczonej maminej portmonetce jeszcze trzy talary, nasze bogactwo wydało mi się szczególnie wyraźne. Poczułam się przez to szczęśliwa i dumna. Kiedy jednak sapiąc wdrapywaliśmy się po opuszczonej, obrośniętej żywopłotem ścieżce, a światła miasteczka nikły wśród wieczornej mgły, kiedy samotne światło naszego domu widniało jeszcze równie daleko, owładnęła mną przerażająca myśl, która wymiotła z mojego serca wszelką pogodę i dumę z posiadania.
Zawołałam za mamą żałosnym głosem:
- Mamo, a jeśli teraz zjawi się Schinderhannes?!
Mama znowu odstawiła swój ciężki koszyk, odwróciła się do mnie i, śmiejąc się, odpowiedziała słowami starej dziecięcej zabawy:
A jeśli przyjdzie, to przyjdzie.
- I co byście wtedy zrobili? - zapytał ochrypły męski głos.
Nagle wyrosła przed nami, jak spod ziemi, wysoka, ciemna postać. My, dzieci, krzyknęłyśmy, tłocząc się wokół mamy. Jeszcze teraz mam wrażenie, że czuję szorstką wełnę jej wielkiej chusty, do której się przytuliłam. Mój brat Karol, choć był chłopcem, nigdy nie należał do odważnych, schował więc nawet głowę pod chustę. Ja sama, pomimo strachu, byłam na to zbyt ciekawska. Chciałam przynajmniej zobaczyć, co się stanie.
I co ujrzałam? Obcy mężczyzna już podnosił koszyk mamy.
- Mamo! - krzyknęłam przestraszona. - On ci zabierze ten kosz!
Ale mama, wciąż się śmiejąc, skarciła mnie:
- Ty głuptasku, czy nie widzisz, że ten dobry człowiek chce pomóc mi wnieść ten ciężar na górę? A teraz powiemy mu najpierw to, co powiedzielibyśmy nawet do Schinderhannesa: Dobry wieczór, drogi przyjacielu!
Mężczyzna mruknął coś niezrozumiale i podążył za matką, która z pośpiechem ruszyła naprzód. Za chwilę zapytał głośno:
- Naprawdę nie boicie się Schinderhannesa?
Mama śmiała się:
- A czemuż mielibyśmy się bać?! - odpowiedziała. - Czy myśli pan, że Schinderhannes zrobiłby krzywdę matce jedenaściorga dzieci i pozbawił ją jedzenia dla tylu głodnych brzuszków? Dotychczas słyszałam, że rabował tylko bogatym, a biedakom nawet od czasu do czasu coś darowywał.
Obcy spoglądał na matkę z ukosa.
- Tak więc myślicie, że i wam by coś dał? - zapytał.
Mama potrząsnęła głową.
- Nie - odrzuciła - nie chciałabym, aby Schinderhannes mi cokolwiek dawał, gdyż jego pieniądze parzyłyby mi serce.
Obcy stanął w rozkroku na drodze. Tak się przestraszyłam, kiedy tam stał przed nami w ciemnym, listopadowym mroku, że jeszcze mocniej wtuliłam się w fałdy maminej spódnicy.
- Nienawidzicie tego Schinderhannesa? - badał obcy, a głos jego wydał mi się tak zły, że schowałam i głowę pod maminą chustę. Oczekiwałam, że za chwilę stanie się coś strasznego.
Nic się jednak nie stało. Głos matki brzmiał wciąż pogodnie, kiedy odrzekła:
- Jakżebym mogła do tego dopuścić, aby go nienawidzić! Mój ojciec uczył nas, że należy nienawidzić grzech, ale nie grzesznika. A mój chrzestny, uczony człowiek, napisał mi w pamiętniku: Nie istnieję po to, by wraz z innymi nienawidzić, ale by wraz z innymi miłować. Zawsze starałam się tego trzymać.
Na to roześmiał się także i obcy. Jego śmiech nie miał jednak takiego jasnego brzmienia, jak śmiech mamy.
- Nie chcecie przecież twierdzić, że kochacie Schinderhannesa? - powiedział.
- Tego nie twierdzę - oświadczyła matka - nie rozmyślałam o nim aż tyle; przy mojej dwunastce nie mam na to zbyt wiele czasu. Kiedy jednak się nad tym zastanawiam, to mogę powiedzieć jedno: Serdecznie mu współczuję. Myślę, że gdyby był jednym z moich dzieci, nie upadłby tak nisko.
Obcy śmiał się jeszcze głośniej i straszniej.
- Wasze dzieci to oczywiście same aniołki - drwił.
- A skądże! - zawołała matka. - Nie są z pewnością lepsze, niż był Schinderhannes w młodości. Czy jednak myślicie, że miał on matkę, która modliła się o niego?
Niesamowity człowiek milczał. Odważyłam się znów zerknąć spod maminej chusty. I tak musiałam się spod niej wygramolić i otworzyć oczy, bo poczułam, że mama ruszyła dalej wyboistą ścieżką, a ja musiałam iść za nią. Obcy znów podniósł mamy kosz i szedł obok niej ze spuszczoną głową. Mama, jak zawsze, kroczyła wyprostowana. My, dzieci skradałyśmy się za nią jednak tak nieśmiało i lękliwie, niczym zastraszone psiaki. O, jaka byłam szczęśliwa, ujrzawszy przed nami jasne światło naszego kuchennego okna.
Zdawało mi się, że mama także głęboko odetchnęła, kiedy odezwała się do tajemniczego towarzysza:
- Oto nasz dom. Czy wejdziecie i zjecie z nami talerz zupy? Nasze starsze dziewczęta przygotowały kolację.
Obcy roześmiał się znowu tak brzydko, że skuliłam się ze strachu.
- A wy tymczasem wyślecie kilkoro waszych maluchów do doliny, aby sprowadziły policję i dostanie się wam nagroda! - odrzekł.
Matka położyła mu na ramieniu swą rękę, odzianą w pocerowaną czarną rękawiczkę.
- Na nagrodę zasłużyliście wy, nie ja - powiedziała spokojnie - ale więcej niż talerz zupy nie mogę za waszą pomoc zaoferować.
Obcy gwałtownie postawił koszyk pod nogami matki.
- Możecie się więc chlubić, że jesteście pierwszą kobietą, której Schinderhannes niósł koszyk - oświadczył i, nim otrząsnęliśmy się ze strachu, zniknął w ciemności, a noc pochłonęła go, niczym kiedyś Judasza.
- Co ci jest? - zawołały starsze siostry przestraszone, kiedy wkroczyliśmy do kuchni. Mama natychmiast opadła ciężko na krzesło. Jej twarz, zwykle tak rześka, była straszliwie blada. Na dodatek wielkie łzy stoczyły się po jej policzkach.
- Co tobie? - ponownie zapytała nasza Emma.
- Lepiej przynieś mamie szklankę wody, zamiast męczyć ją pytaniami - poleciła Gusta.
- Mama spotkała Schinderhannesa - wykrztusiłam.
- Nie opowiadaj bajek! - skarciła mnie Gusta.
Wtedy to położyłam na stole pieniądz, który mi wcisnął do ręki obcy, nim zniknął.
- Złota moneta! - zawołała zdumiona Emma.
- Co za to kupimy? - zapytał zaraz Karol.
- Jutro rano natychmiast zaniesiecie to do domu sierot, dla dzieci, które chowają się bez matek - postanowiła mama. - Albo nie - zawahała się. - To niemożliwe. Zapytają was, skąd macie tyle pieniędzy, a nie chcę, żebyście komukolwiek opowiadali o tym spotkaniu. Jutro Anusia położy te pieniądze w kopercie jako dar na tacę w kościele.
Tak więc doszło do tego, że raz w życiu mogłam położyć prawdziwą złotą monetę na tacę ofiarną. Byłam z tego bardzo dumna i żałowałam, że nikt nie widział, co było w kopercie, i że nie mogłam nikomu tego opowiedzieć.
Tylko ojciec, kiedy wrócił do domu, dowiedział się o całym wydarzeniu.
- Mama poradziła sobie nawet z Schinderhannesem! - wykrzyknął z dumą Karol na jego widok.
- Ach tak - zdziwiony tata śmiał się z niedowierzaniem. - Zmusiła go do ucieczki starym pistoletem, czy szablą?
- Dzięki Bogu, my kobiety mamy jeszcze inną broń - odpowiedziała mama. - A największą jest miłość.
[1] postać legendarna, odpowiednik naszego polskiego Janosika (przyp. tłum.)
Jakże często czerpałam pociechę i zachętę ze wspomnień mojej mamy, które zostawiła mi w spadku! A ileż razy mogłam tę pociechę i zachętę przekazywać dalej!
Tym razem w pamięci odszukałam opowiadanie mamy o naszej Guście:
Jako rodzina obfitowaliśmy w dzieci, ale nie w dobra materialne. Za to byliśmy pogodną gromadką. Świadczyły o tym nasze przezwiska. W księgach parafialnych figurowaliśmy pod krótkimi, skromnymi imionami, jakie były popularne w tamtych czasach: Karol, Emma, Minna, Anna itd. Poza tym nadaliśmy sobie nawzajem dodatkowe przydomki. Jeszcze dziś, kiedy spotykam się ze swoją siostrą Alwiną i jesteśmy obie w dobrych humorach, ona na mój widok woła jak najniższym głosem: "Panna!", a jej ciemne oczy rzucają spod śnieżnobiałych włosów podobnie filuterne blaski, jak ongiś spod czarnych loków. Ja na to piszczę, jak dawniej: "Picka!". Żadna z nas nie potrafi już sobie przypomnieć, co oznaczają te przezwiska. Natomiast utkwiło mi w pamięci, dlaczego naszego Karola nazwano Maksiem. Zawdzięczał to naszemu kochanemu pastorowi. Ten starszy człowiek przechodził kiedyś koło naszego domu, położonego na zboczu góry. Mama właśnie płukała w sadzawce pranie, kiedy pastor zawołał na widok Karola: "A, to jest właśnie ów mały Mars!".
Ten uczony człowiek miał dużą wiedzę o dawnych Rzymianach, którzy swojego boga wojny zwali Marsem. Tym też imieniem przezwał naszego Karola, który urodził się podczas wojny, w roku 1864. Na dodatek, wkrótce nastąpiły dalsze lata wojenne: 1866 i 1870.
My, dzieci, o rzymskich bogach nie miałyśmy pojęcia, a mamusia opowiadała nam tylko o Bogu chrześcijańskim i o Jego ukochanym Synu. Tak więc przerobiliśmy Marsa na Maksa, a z Maksa powstał Maksio.
Zrozumiałe jest, dlaczego wątłą Minnę nazwaliśmy Damulką. W jaki sposób Herman zyskał przydomek Dingesken, to historia sama w sobie, którą opiszę później. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o naszej Raptusińskiej - lub Choler-Guście.
Kto raz spotkał Augustę, kto choć raz ją usłyszał, wiedział, skąd wzięło się określenie Raptusińskiej: Wszystko, czym się zajmowała, robiła raptownie - z szumem i rozmachem. Mama czasem próbowała to usprawiedliwić, dodając: "Z zapałem, z mocą, z miłością". A Gusta spoglądała na mamę tak, jak nasz pies Czarek, gdy podnosił swoje wierne psie oczy, patrząc z podziwem na ojca. Mama gładziła ją po gładko zaczesanych włosach, które czasami wcale nie były gładkie, a robiła to w taki sposób, że po cichu byłam trochę zazdrosna.
Bez wątpienia mamusia traktowała wszystkie swoje dzieci tak samo. A jednak między nią a Gustą istniała szczególna więź. Dla osób niewtajemniczonych wydawało się to tym dziwniejsze, że z naszej dziesiątki Gusta była najbardziej szorstka, nieokrzesana, ba! - nawet najbrzydsza.
A jak bardzo była do mamy przywiązana! Przyciskała ją do siebie z podobną gwałtownością, z jaką czyniła wszystko. Krzyczeliśmy wtedy zgodnie z obawy, że połamie jej żebra, a mama sama z uśmiechem uwalniała się z jej objęć z cichym "Au!".
Z jakim pędem Gusta wbiegała w sobotnie południa pod górę! Kiedy bez tchu wpadała do naszego domu, tornister leciał łukiem w kąt sionki, ona zaś z podobnym rozmachem wyrywała mamie szmatę z ręki.
- Daj, mamo, ja to zrobię lepiej! - wołała przy tym. I zaczynała szorować kamienną posadzkę rozpryskując krople wody naokoło.
Miało to miejsce przez cztery albo pięć sobót pod rząd. Pewnej niedzieli przy wejściu do kościoła zaczepił ojca nauczyciel rysunku. Zapytał on, jakie to dolegliwości trapią Augustę. Okazało się, że zawsze na zajęciach rysunku dziewczynka skarży się na bóle brzucha. Wtedy wyszło na jaw, iż symulowała silne kolki, aby móc być odesłana do domu. Odbyła się oczywiście surowa rozprawa celem wymierzenia sprawiedliwości. Na nic się zdały tłumaczenia, że jej kłamstwa były konieczne i że co prawda nie potrafi rysować, ale za to doskonale szoruje.
Następnej soboty jednak Gusta znowu pojawiła się zziajana na górze. Znów tornister wylądował w kącie, a ścierka została wyrwana z rąk mamy.
- Dziecko - zapytała przerażona mama - czyżbyś znowu skłamała?
- O, nie - zapewniła Gusta, promieniejąc - tylko strasznie płakałam. Nauczyciel zapytał mnie, czy płaczę z powodu bólów brzucha. Odpowiedziałam mu więc, że płaczę, bo mnie brzuch nie boli. Na to on roześmiał się i po prostu pokazał mi drzwi, więc pędem przybiegłam. Nauczyciel wie, że jestem tu bardziej potrzebna niż na lekcjach rysunku.
Kiedy mama opowiadała o tym tacie, nawet on musiał się roześmiać, mimo iż zazwyczaj surowo rządził swą czeredą. Usłyszałam tylko, jak cicho rzekł do mamy:
- Tak, tak, to twoja Choler-Gusta!
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego od czasu do czasu rodzice zamiast Raptusińska mówili Choler-Gusta. Jedno jednak wiedziałam: W tym przezwisku było coś szczególnego. Nie wolno było się zeń śmiać ani rozmawiać o nim żartobliwie.
Z pewnością nie miało to nic wspólnego z małymi żółtymi śliwkami. Zwano je "cholerkami", gdyż nadmierne ich spożycie powodowało często niemiły skutek. W każdym razie, właśnie Guście zdarzyło się kiedyś o tym przekonać.
Ponieważ nasz dom leżał na zboczu góry, mogliśmy wygodnie wyskakiwać z okna naszej dziecięcej sypialni do ogrodu. Gusta robiła to ze szczególnym zapałem, a pewnego lata przyniosła nam wszystkim woreczki pełne żółtych owoców, którymi była obsypana nasza stara śliwa za domem. "Żeby mama nie zaharowała się na śmierć przez te całe zaprawy i żeby przypadkiem nie zbiedniała od kupowania cukru" - wyjaśniała przy tym Gusta, starając się usprawiedliwić swoje nocne wypady.
W niedzielne popołudnia tato wraz z mamą i z nami, dziećmi, miał zwyczaj dokładnie zwiedzać nasz duży ogród. Był przy tym bardzo skrupulatny i jego jedno przenikliwe spojrzenie wystarczyło, aby mały przestępca, który w minionym tygodniu zaniedbał swą grządkę, pragnął po prostu zapaść się pod ziemię.
Pewnej niedzieli tato stwierdził, że ilość żółtych śliwek dziwnie się zmniejszyła. Wszyscy milczeliśmy.
- To pewnie ptaki - stwierdził matka.
- Tak, to jakiś wielki ptak - odrzekł ojciec, wpatrując się swoimi bystrymi oczyma w koronę drzewa.
Ze strachu serce w nas zamarło. Wszyscy gapiliśmy się przerażeni w górę. Do dziś mam przed oczyma półotwarte usta Alwiny. Czy to nie Gusta narobiła dziś rano wiele hałasu, szukając przed wyjściem do kościoła swojej siateczki na włosy? Była to siateczka z aksamitną wstążką, jedna z tych, jakie dziewczęta zwykły wtedy nosić. I oto właśnie tam, wysoko, wisiała ona zaczepiona o najwyższy konar drzewa!
Nad Gustą zawisła znowu kara i znów - jak to często bywało - mama stanęła w obronie winowajczyni, mówiąc łagodząco:
- Och, Karolu, to przecież tylko "cholerki"! - A tak mocno zaakcentowała "cholerki", że w oku taty coś mignęło. Nagle uśmiechnął się i oświadczył:
- No tak! I to twoja Choler-Gusta!
Po czym odwróciwszy się, wszedł do domu, wracając do swoich ukochanych książek.
Mama powoli podążyła za nim. Najstarsza z nas, Emma - jej wierna podpora - również skierowała się ku domowi. Zbliżała się pora kolacji. Spoglądaliśmy za nimi w zdziwieniu. Mimo że nasza pogodna mama stanowiła przeciwieństwo surowego, poważnego taty, nie miała w zwyczaju stawać mu na drodze, gdy chodziło o sprawiedliwy wymiar kary. Wyjątek stanowiła Gusta, jej Choler-Gusta!
Również narzeczony Mineczki, który towarzyszył nam podczas przechadzki po ogrodzie, spoglądał z zaskoczeniem. Twarz tego niezbyt przez nas lubianego, przemądrzałego szwagra nie miała bystrego wyrazu. Wkrótce potem usłyszeliśmy jednak, jak w jaśminowej altance wygłaszał swojej narzeczonej jeden z tych mądrych wykładów, które zawsze zaczynały się słowami "Muszę ci to powiedzieć, Mineczko".
- Przezwisko Choler-Gusta - wyjaśniał - stanowi kolejny przykład tego, jak prosty lud przekręca słowa i określenia, których nie rozumie. Twój drogi ojciec wie, że jego córka Augusta ma choleryczny temperament. Tak bowiem określa się tego rodzaju głośne, hałaśliwe natury. Kiedy twój drogi ojciec powiedział o tym twojej drogiej matce, ona nie zrozumiała jego wypowiedzi, bo jest mniej obeznana z książkami - co oczywiście nie jest żadnym zarzutem. I tak z cholerycznej Gusty zrobiła Choler-Gustę.
- Co za bzdura - mruczała Gusta. - I nasza Damulka słucha z nabożną czcią tego przemądrzałego narzeczonego! Przy tym dokładnie wie, dlaczego rodzice od czasu do czasu nazywają mnie Choler-Gustą. Dzisiaj, gdy się zbierzemy o szarej godzinie, mama musi wam zaraz o tym opowiedzieć, maluchy. To jest historia, którą trzeba zachować i rozważać głęboko w sercu. Biblia mówi, że tak właśnie postąpiła Maria. Dlatego mama nigdy do tej pory wam o tym nie mówiła. Ale w końcu musicie się o tym dowiedzieć. Natychmiast mamę o to poproszę.
I Gusta pobiegła do domu. A my, maluchy, dalej dziwiłyśmy się. Takiej Gusty jeszcze nie znaliśmy. Tak uroczyście poważnych słów nigdy jeszcze od naszej Raptusińskiej nie słyszeliśmy.
Wieczorem mama nam opowiedziała, jak powstało przezwisko CholerGusta.
Mama była wtedy jeszcze młoda. W mojej wyobraźni, co prawda, zawsze była młoda, nawet wtedy, gdy później wokół jej pogodnych oczu pojawiło się parę małych zmarszczek - tak zwanych kurzych łapek. Tych pewnie jeszcze wtedy nie miała. Również nie było nas wtedy dziesięcioro, ale dopiero czwórka najstarszych: Emma, Minna, Lenka i Gusta.
Mieszkaliśmy już za to w domu na zboczu góry, o dachu krytym łupkiem. Już wtedy jedną z najmilszych rozrywek mamy było spoglądanie wieczorami w dół, na miasteczko, i obserwowanie, jak w rozciągniętej dolinie jedno po drugim zapalały się światła.
Jeszcze przyjemniej było wsłuchiwać się w wieczorne i niedzielne bicie dzwonów, których dźwięki rozbrzmiewały z licznych kościołów miasteczka. Było to tak, jakby wszystkie miłe dźwięki gromadziły się w ciasnej dolinie, by razem unieść się wibrując i hucząc ku niebu - jakby dolina wznosiła na rękach modły do Najwyższego.
Od czasu do czasu rozlegał się pojedynczy dźwięk dzwonu. Był to dzwon śmierci. Mama uczyła nas, żebyśmy składali wtedy na chwilę ręce, gdyż wówczas jakaś dusza powracała do Boga.
W tamtych dniach dzwon śmierci słychać było tak często, że nie dało się wciąż składać rąk. Wreszcie przestał nawet rozbrzmiewać. Być może kościelni byli przeciążeni, albo też sami znaleźli się wśród tych, którzy codziennie, co godzina umierali.
W mieście wybuchła epidemia cholery.
Już za młodu dziadek nazywał matkę aniołem pocieszenia. Przypominam sobie, że czasami nawet w nocy rozbrzmiewał u nas odgłos kołatki, gdy cierpiący i uciśnieni przychodzili po mamę, by uzyskać pociechę i wsparcie.
Tym razem nikt do niej nie przychodził. Czyżby zrozpaczeni i zgnębieni nie potrafili już znaleźć drogi na górę? A może brak im było odwagi, by prośbami narażać ją na straszliwe niebezpieczeństwo? Pomoc była wtedy tak potrzebna! Potrzebniejsza niż w dzisiejszych czasach, kiedy to do walki z zarazą obok lekarzy stają również pełne poświęcenia, wykształcone pielęgniarki.
Setki ginęły, umierały bez pomocy - bez opieki.
Kiedy pewnego dnia syn piekarza nie przyszedł z chlebem, jak to czynił zazwyczaj, a nam już zabrakło pieczywa, tata wybrał się do miasta. Cała rodzina piekarza leżała pokotem w łóżku, złożona chorobą. Lekarz był z wizytą i zostawił na stole receptę. Nie było jednak nikogo, kto by poszedł do apteki. Tata zabrał więc receptę i wyruszył. Z powodu braku personelu, w aptece pełnił dyżur jakiś staruszek. Ojciec przyniósł lek i podał go chorej rodzinie. Kiedy jednak następnego ranka znów do nich zajrzał, łóżka były puste, podobnie jak cały dom.
- Puste? - zapytała przerażona matka, kiedy ojciec jej to oznajmił. - Puste? Nie rozumiem. Tak nagle... Dokąd poszli?
- Zabrała ich karetka cmentarna - wyjaśnił tata - to jedyny środek, na jaki miasto było jeszcze stać. Od paru dni karetki pędzą ulicami, a kto je słyszy, tego przeszywa dreszcz. Nawet takie nędzne istotki jak opuszczone dzieci, błąkające się tu i ówdzie lub siedzące na stopniu jakichś schodów, czekające na śmierć, która zabrała im już rodziców, zdobywają się na wysiłek i z przerażeniem uciekają lub drżąc szukają kryjówki.
- Karetki cmentarne? Co to takiego? - wyjąkała mama.
- One zabierają chorych - mówił tata. - To znaczy, jedne biorą umarłych, drugie tych jeszcze żywych. Ale to wychodzi na jedno. Dlatego ci, którzy jeszcze mogą krzyczeć, rozpaczliwie krzyczą, kiedy się ich bezwzględnie zabiera. Wiedzą, że dla nich również to oznacza śmierć, bo któż tam zatroszczy się o nich w tych barakach dla chorych! Chodzi jednak o to, aby uchronić zdrowych od zarażenia się.
Mama, wstrząśnięta, spojrzała na drzwi i zrobiła krok w ich kierunku.
- Muszę tam pójść, przecież ja muszę tam pójść! - wymamrotała.
Ojciec uchwycił jej ramię, jakby potrząśnięciem chciał wybudzić ją ze snu.
- Nie! - zakazał surowo. - Nie możesz tam iść! Zostaniesz tu!
Wyrwała się i spojrzała na niego.
- I ty chcesz być chrześcijaninem, Karolu? - rzuciła. - A tamto miasto w dole uważa się za superchrześcijańskie! Gdzie są więc ci chrześcijanie, którzy mają nieść pomoc?
- Większość z nich powaliła choroba, albo umarli - zaoponował ojciec.
- Ale ja nie jestem chora - zawołała matka - i muszę pomóc! To mój obowiązek! Muszę iść na dół! Czy nie jest napisane: Kto chce swoje życie zachować, utraci je?
- Nie wolno ci myśleć tylko o własnym życiu - odpowiedział ojciec. - Masz rodzinę, czworo dzieci, które mogłabyś zarazić. Dziękuj lepiej Bogu, że cholera jeszcze do nas nie dotarła. I nie przynoś jej tutaj!
Matka załamała ręce i spojrzała przez okno na leżącą przed nią dolinę. Potem spojrzała znów błagalnie na męża; ale jego surowe oczy pozostały nieugięte, a znała go na tyle, aby wiedzieć, że jego nie oznaczało nie.
Parę dni później, mama usłyszała od naszej sąsiadki, która dowiedziała się o tym od kogoś innego, że jej najlepsza przyjaciółka Augusta, matka chrzestna Gusty, mieszkająca w dolinie, również zachorowała.
- Ale ktoś do niej przecież musi pójść! Muszę tam iść! - Wciąż mamrotała mama, po czym załamywała ręce zrozpaczona i bezradna. Wstrząśnięta, wychodziła stale przed dom, spoglądając w dół na nieszczęsne miasto. Nie mogła przecież po prostu zostać tu, na górze, kiedy jej najlepsza przyjaciółka, która dopiero parę tygodni temu owdowiała, tam w dolinie umierała bez pomocy. Nie mogła, nie wolno jej było opuścić tej kobiety i pozwolić jej zginąć. Ale mąż zabronił zejścia na dół, a w tych czasach słowa Biblii: On (mąż) będzie nad tobą panował znaczyły więcej niż dziś.
Przy obiedzie obserwowała go ukradkiem nieśmiało. Zmusiła się, aby przełknąć kilka kęsów. Czy też wiedział o tym, że jej przyjaciółka leżała na łożu śmierci? Może sam zacznie o tym mówić? Czy miała rozpocząć rozmowę i prosić go jeszcze raz o pozwolenie, by pójść do zapowietrzonego miasta? Gdyby jednak przekroczyła ponowny zakaz, pogorszyłaby jeszcze sprawę, dopiero pobudzając go do gniewu.
Kiedy tak się zastanawiała, stwierdziła z przerażeniem, że decyzja o nieposłuszeństwie już w niej zapadła. Sprzątnęła więc bez słowa ze stołu i zajęła się swoimi pracami domowymi, nie mówiąc z mężem o niczym, co poruszało jej serce. Przez całe popołudnie dręczył ją straszliwy niepokój. Szukała pociechy w wersetach Biblii i powiedzeniach znanych jej od dzieciństwa: Nie ma większej miłości nad tę, jak gdy ktoś życie kładzie za przyjaciół swoich. - Trzeba więcej słuchać Boga niż ludzi. W międzyczasie tłoczyły się inne myśli, których nie mogła stłumić: Posłuszeństwo jest lepsze, niż ofiara. - Czyż matka może zapomnieć o swym dzieciątku?
Przypomniała sobie też historię o tym, jak Jezus poszedł do swojego przyjaciela Łazarza, mimo ostrzeżeń uczniów, którzy w końcu powiedzieli tylko: Chodźmy, abyśmy z nim pomarli!
Czyż nie uczono jej w domu rodzinnym, by wobec trudnych decyzji zadawać sobie pytanie: "Co by na to rzekł Jezus?" - On z pewnością zszedłby na dół.
Ale potem znowu myślała o tym, co jej powiedział mąż, przestrzegając przed taką decyzją: Nie chodziło tylko o jej własne życie, które by chętnie poświęciła, lecz także o życie ich dzieci.
W końcu - kiedy położyła maluchy do łóżka, a mąż zniknął w swej izdebce, zatapiając się w książkach - nie wytrzymała.
Często krzywo patrzyła na te trudne dla niej lub wręcz niezrozumiałe księgi, od których jej mąż nie mógł się oderwać i którym poświęcał niejedną wolną godzinę. Nieraz wolałaby spędzić z nim ten czas, albo też życzyłaby sobie, aby poświęcił go dzieciom. Tego jednak wieczoru była wdzięczna książkom, w których się zagrzebał. Pierwszy raz. Miała teraz swobodę i nikt jej nie obserwował, a mąż nie będzie się nią interesował zapewne przez kilka godzin.
Porwała płaszcz z wieszaka, pośpiesznie zawiązała chustę na głowie i ruszyła - nie, pobiegła, ku drzwiom, a potem po zboczu góry w dół - naprzeciw miastu, naprzeciw cholerze.
Ruchliwe zwykle ulice teraz były puste. Kroki matki rozlegały się na nich głośno, jakby tylko ona pozostała przy życiu w tym mieście śmierci. Ze strachem i lękiem śpieszyła naprzód. Zdawało jej się, że tu i ówdzie spoza zaryglowanych drzwi słyszy pojękiwanie i wzdychania. Czyżby czuła na piersiach ucisk jakiegoś dławiącego powietrza - zaduchu śmierci?
Odetchnęła, kiedy dotarła do domu przyjaciółki. Panowała tu śmiertelna cisza. Poprzez znajome izby pośpieszyła do sypialni. Serce biło jej tak mocno, że bicie to zdało jej się obcym brzmieniem. Jednak nie - nic się nie ruszało. Obejrzała się oszołomiona. Pomieszczenie było puste, łóżko rozgrzebane. Przybyła za późno. Ze szlochem wsparła się o futrynę drzwi.
- Nie dane mi było nawet zamknąć jej oczu! - jęknęła.
A może żyła jeszcze? Może leżała gdzieś w którymś z baraków dla chorych? Może trzeba udać się na poszukiwanie? Dziś jednak było już za późno. Nie mogła błąkać się nocą, na chybił trafił, po opustoszałych ulicach miasta. A jutro - jutro będzie za późno!
Naraz poczuła się taka wyczerpana, taka zmęczona! Cały jej niepokój i potajemne przekroczenie surowego zakazu spełzły na niczym. Na próżno przezwyciężyła strach, na próżno naraziła się na niebezpieczeństwo. Czy teraz będzie musiała wyspowiadać się przed mężem? A może po prostu spróbuje wrócić niepostrzeżenie, zakraść się do domu jak złodziej, jak przestępca? Wszystko to wydało się jej nagle tak trudne, tak przytłaczające. O, gdybyż go posłuchała! Gdyby pozostała w domu! Ale czy kiedykolwiek znalazłaby wtedy pokój? Czy nie robiłaby sobie do końca życia wyrzutów, że zostawiła przyjaciółkę w potrzebie?
Ale cóż to? Podniosła głowę - nadsłuchiwała. Tym razem to nie złudzenie, tym razem to nie bicie jej własnego serca. Wytężała słuch. Mocne, pewne, świadome celu kroki zbliżały się coraz bardziej i bardziej. Silnym pchnięciem ktoś otworzył sąsiednie drzwi kuchenne.
- Mamo, gdzie ciocia Gusta? - zawołał za nią dziecinny głos.
Przestraszona, odwróciła się. Za nią stała rześka, różowa, krzepka i silna mała Gusta.
Mama wydała okrzyk grozy i objęła dziecko, jakby chciała je ochronić ramionami.
- Gusteczko, jak mogłaś! - jęknęła.
- Przecież zawsze mnie zabierałaś do cioci Gusty! - odpowiedziała z wyrzutem. - Widziałam z okna, jak zbiegałaś w dół. Szybciutko się więc ubrałam i pobiegłam za tobą. Zaraz sobie pomyślałam, że poszłaś do cioci.
- A jeśli zarazisz się cholerą! - biadała mama.
- Ona mnie nie weźmie - pocieszyła ją Gusta. - Potrafię biegać szybciej niż stara ciotka Cholera. Czy ona zabrała ciocię Gustę, czy to ciocia Gusta uciekła od cholery?
- Nie wiem tego - odpowiedziała matka i pociągnęła dziecko gwałtownie za sobą z pokoju. - Chodź szybko! Szybko do domu!
Guście tak się nie śpieszyło. Obejrzała się zamyślona.
- Nawet nie pościeliła łóżka, zanim pobiegła - powiedziała karcąco. Potem pokazała swoim grubym małym palcem na kuchnię i powiedziała: - Słyszysz, nawet zapomniała o małym Willim. On płacze już zupełnie cichutko. Pewnie jest wykończony. Jeśli ciocia Gusta nie wróci, musimy go zabrać. Inaczej zagłodzi się, a stara ciotka Cholera go zabierze.
- Kogo? - zapytała matka, wzburzona. Czuła zamęt w głowie i mdłości, tak że nie mogła zebrać myśli.
- No, słyszysz przecież. To Willi, któż by inny? - wyjaśniła Gusta. - Całkiem o nim zapomniałaś? A przecież to twój synek chrzestny! Kiedy tylko weszłam do kuchni, zaraz go zobaczyłam.
Matka pośpieszyła do kuchni. Rzeczywiście, w kącie pomiędzy szafą a oknem stało wsunięte łóżeczko dziecięce. Pochyliła się nad nim. Nie ulegało wątpliwości, mały jeszcze żył! Nie wyglądał też na chorego, tylko na wyczerpanego płaczem, głodem i pragnieniem.
Zawahała się. Co miała robić? Co powie jej mąż, jeśli przyniesie dziecko z zapowietrzonego miasta, z domu zarazy? Czy nie wniesie zalążka choroby do domu?
Mimo to, czy było w ogóle nad czym rozmyślać? Czyż miałaby na całe życie obciążyć swe sumienie uzasadnionym poczuciem winy? Czy kiedykolwiek byłaby szczęśliwa, jeśli zostawiłaby to dziecko na pewną śmierć głodową?
Gusta energicznie ciągnęła matkę za spódnicę.
- No chodź, mamo - nagliła. - Będzie całkiem ciemno i w końcu zła cholera nas dopadnie. Ona pewnie skrada się teraz nocą i szuka, kogo mogłaby zabrać.
- Tak, tak - odpowiedziała matka, zawinęła nerwowo małego w chustę i pośpieszyła do drzwi, trzymając go w ramionach, z Gustą uczepioną rąbka spódnicy.
Przybyła do domu z bijącym sercem - drżąca ze strachu i wzruszenia, zdyszana od szybkiego marszu pod górę. Za drzwiami czekał ojciec. Jego surowe ciemne oczy patrzyły wymownie. Z trudem hamował gniew. Zapewne obecność Gusty zmuszała go do panowania nad sobą. Jego głos drżał jednak, kiedy krzyknął:
- Skąd wracasz? Co tam niesiesz?
Matka opadła na stopień ze szlochem.
- Nie krzycz, Karolu - odpowiedziała z płaczem. - Albo dobrze, krzycz! Masz rację. Ale nie mogłam inaczej. Idę od Augusty i przynoszę jej dziecko. Jej samej już nie zastałam.
- I zabrałaś jeszcze ze sobą naszą Gustę? - grzmiał. - Nie dosyć, że przynosisz zarażone dziecko, jeszcze prowadzisz nasze własne w objęcia śmierci.
- Sama za nią pobiegłam! - zawołała Gusta i stanęła przed matką, jakby chciała jej bronić. - I nic mi się nie stało.
- Nie mogłam inaczej, uwierz mi, Karolu, nie mogłam inaczej - zapewniała matka we łzach.
Ojciec pomógł jej wstać ze schodów i wprowadził ją do domu.
- Ale to, co z tego wyniknie, spadnie na ciebie - rzekł dużo łagodniej. - Ty ponosisz odpowiedzialność.
- Tak - zgodziła się matka i przeszedł ją dreszcz, ponieważ na myśl przyszły jej słowa: Jego krew na nas i na dzieci nasze.
- Tak, Karolu, ja ponoszę odpowiedzialność.
Za chwilę jednak jej oczy się rozpromieniły, bo pomyślała o Tym, którego krwi dotyczą te słowa.
- Nie - zawołała. - Nie, Ktoś inny ponosi odpowiedzialność zamiast mnie. Musimy mieć więcej zaufania, Karolu. Jest Ktoś mocniejszy od cholery!
Gdyby ta historia była zmyślona, zakończyłabym na tym, że nie tylko mały Willi szybko odzyskał siły i pozostał przy życiu, ale także mama i wszyscy jej bliscy zostali ocaleni, tak że jej zaufanie zostało nagrodzone i usprawiedliwione.
Jakże usilnie modliła się o to w dniach, które nadeszły! Ze zdwojoną troskliwością czuwała nad cudzym dzieckiem i nad swoimi własnymi. Nie wolno im było oddalać się od domu, ani pić choćby kropli nieprzegotowanej wody.
Jakież przerażenie ogarnęło ją, kiedy pewnego razu Gusta, pijąc pod jej czujnym okiem przegotowaną wodę, od niechcenia wspomniała, że w kuchni u cioci Gusty była woda o wiele smaczniejsza. Po szybkiej pogoni za mamą, strasznie jej się chciało pić.
Jeszcze większy strach padł na nią, kiedy zazwyczaj krzepka, odporna pięciolatka, po dwóch dniach zaczęła uskarżać się na ból głowy i - co nie zdarzyłoby się, gdyby była zdrowa - sama zapragnęła pójść do łóżka.
Po paru godzinach pojawiły się u niej wymioty i biegunka. Matka stała przy łóżku Gusty jak sparaliżowana. Czyż nie słyszała od sąsiadki, że u chorych na cholerę najczęściej dochodzi w piorunującym tempie do wyniszczenia i że umierają oni w ciągu kilku godzin? Czyż miała mieć przy sobie to ukochane dziecko tylko przez tak krótki czas? Ojciec - to należy mu przyznać - nie robił matce żadnych wyrzutów. Stał razem z nią przy łóżku Gusty. Ale i on nie wiedział, co począć. Kto w ogóle wiedział, co począć wobec cholery?
- Jak ja się modliłam! Jak się modliłam! - mówiła matka, wstrząśnięta, do samej siebie. - Jak ufałam!
Uporczywie wpatrywała się tępym spojrzeniem w chore dziecko, którego wygląd pogarszał się w oczach. Zwykle świeża twarz nabrała szarosinej barwy, a nieco wypukłe niebieskie oczy były zapadnięte i zamglone.
- To nie potrwa długo - mruknął ojciec po chwili, która wydawała się wiecznością. Wyprostował się i obejrzał szukającym spojrzeniem.
- Gdzie pozostałe dzieci? - zapytał.
- W ogrodzie - odpowiedziała matka cicho. - Wożą małego w wózeczku. On nie zachorował, a przecież był w mieście zarazy, nawet w zarażonym domu.
- Niemowlęta i małe dzieci prawie nigdy nie zapadają na cholerę. Powiedział mi o tym nasz lekarz na ostatnim spotkaniu dla mężczyzn, kiedy słuchaliśmy raportu o pierwszych zachorowaniach na cholerę - wyjaśnił ojciec.
- Może mówił, jak można pomóc chorym? - zapytała matka. - Pewnie sam tego nie wiedział - dodała gorzko.
- Czy mam postarać się go gdzieś odnaleźć? - zaproponował mąż.
Zrezygnowana machnęła ręką.
- Czy zdołał kogokolwiek uratować? - szepnęła.
- Wtedy mówił coś o pobudzeniu krążenia i zapewnieniu dużej ilości płynów - mamrotał przybity ojciec.
Jego żona zdawała się go w ogóle nie słyszeć.
Gusta stęknęła i wyciągnęła kurczowo rękę. Matka ujęła małe dłonie, które uspokoiły się pod jej dotknięciem. Chwyciła za przegub Gusty.
- Puls jest ledwie wyczuwalny - stwierdziła. Mocno trzymała małe dłonie i dalej wpatrywała się w dziecko.
- Mamo! Pić! - zawołała Gusta dziwnie zachrypniętym głosem.
- Tak, moje dziecko - odrzekła matka i pochyliła się nad Gustą.
- Ta cholera, ta niedobra cholera! - mruczała Gusta niewyraźnie, po czym wyprostowała się i zawołała tym zatrważająco ochrypłym głosem: - Mama mówi, że jest ktoś mocniejszy niż cholera!
Matka drgnęła. I naraz wstąpiło w nią życie. Jej oczy rozjaśniły się.
- Jest Ktoś mocniejszy! - powtórzyła, dodając jeden z tych wierszy, które znała od dziecka: - Nie porzucajcie ufności waszej, która ma wielką zapłatę.
Pobiegła do pokoju, otworzyła szafkę, wyjęła szkatułkę z napisem "Jeruzalem", w której przechowywała swe skromne oszczędności na święta i urodziny.
- Weź to, weź! - jąkała się, wysypując zawartość szkatułki w dłonie męża, które ten otworzył przed nią oszołomiony i zdumiony.
- A teraz biegnij, biegnij najszybciej, jak potrafisz! - poleciła mu i pchnęła ku drzwiom. - Biegnij i przynieś za te pieniądze kawy! Kawy!
Jeszcze zwlekał. Ale ona wypchnęła go, więc jak ogłuszony pośpieszył posłusznie w dół.
Kawa była wówczas jeszcze rzadkością w prostych domach mieszczańskich. Po co była jej potrzebna? Zastanawiał się, schodząc w dół zbocza. Z pewnością pomyślała, że kawa pobudzi pracę serca, a tym samym krążenie. Na pewno nie zaszkodzi umierającemu dziecku. Może pomóc. Nadzieja była nikła, ale należało wszystkiego spróbować. Przyśpieszył więc kroku.
W małym kramiku, który znajdował się nieco za miastem, najbliżej jego domu, był jedynym klientem. Obsługiwała go pochylona staruszka z zamglonymi oczyma bez wyrazu i z drżącymi rękoma.
Kiedy opuścił sklepik, dostrzegł w oddali, na ulicy biegnącej w dół od jego domu u stóp góry, karetkę cmentarną. Nigdy wcześniej jej tu nie widział. Czyżby tym razem zmierzała także do obu domów na wzgórzu? Wtedy - wtedy cała troska, cały wysiłek pójdzie na próżno. Wtedy nawet ta kawa nie pomoże. Załadują i zabiorą Gustę bez miłosierdzia.
Wydłużył gwałtownie kroki. Pragnął znaleźć się w domu chociaż przed nadejściem karetki, pragnął przygotować swoją żonę, stanąć u jej boku, kiedy będą jej wyrywać dziecko; och, musiał ją chronić przed nieprzemyślanymi czynami. Walczyłaby jak lwica o swe małe, jak przystało na dzielną matkę. Nic by to jednak nie pomogło.
Może, wyglądając jego powrotu, zobaczyła już z góry karetkę? Tak, już ją ujrzała. W pierwszej chwili zastygła przy oknie, kurczowo splatając ręce.
Lecz szybko zebrała się w sobie, chwyciła w ramiona Gustę wraz z poduszkami i kołdrami, i wypadła z nią na zewnątrz. Miała jeszcze dość czasu, póki tam w dole nie odwiedzą i nie przeszukają domu za domem, każdego ze stojących przy ulicy u stóp góry.
Być może też znajdą tam chorych i będą musieli zawrócić z pełną karetką, po czym dopiero po jej opróżnieniu zawrócą. A może wcale nie wrócą. Dotąd nigdy nie byli aż tu na górze. Ale nigdy też nie przeszukiwali tej ulicy w dole. A jeśli otrzymali nakaz, aby dotrzeć też do obu domów na wzgórzu?
Nie wolno było pocieszać się, że niebezpieczeństwo minie, że do nich nie dotrze. Chciała i musiała wykorzystać czas, który jej pozostał.
Kiedy ojciec wszedł do domu, usłyszał w kuchni szuranie i trzaskanie. Zajrzał do środka. Była tam tylko Emma.
- Co robisz? - zapytał.
- Mam pilnować ognia i zagotować wodę - odpowiedziała. - Mama chce zaparzyć kawę.
Skierował się do komórki, w której leżała Gusta. W progu stanął zaskoczony. Łóżko było puste. Rozejrzał się. Matki też tu nie było.
Co się stało? Co się wydarzyło podczas jego nieobecności? Czyżby karetka już tu była? Czyżby zabrali Gustę? To było niemożliwe. Nie mogli tu dotrzeć. Spotkał by ich przecież po drodze. A gdzie podziała się matka? Nie zabraliby jej przecież zdrowej. Wrócił do kuchni.
- Gdzie mama? - zapytał Emmy.
Ona jednak nie umiała mu odpowiedzieć. Poszedł więc do ogrodu. Lenka i Minna plotły wianki ze stokrotek. Mały spał w wózeczku. Nie chciał niepokoić dzieci pytaniami i zwracać ich uwagi na niezwykłe zniknięcie mamy. Opuścił ogród i skierował kroki w stronę małego lasku naprzeciw. W połowie drogi zatrzymał się.
Może znajdzie ją w gęstych zaroślach? Ale jak? Wołaniem i poszukiwaniami tylko by ją zdradził, jeśli rzeczywiście znalazła jakąś odpowiednią kryjówkę.
Wrócił do domu. Nie zajrzał jeszcze przecież na piętro. Wszedł na górę po stromych schodach. Tu jednak wszystkie pomieszczenia były puste i nietknięte. Nikogo tu nie było, ani teraz, ani przedtem. Było widać, że już od dłuższego czasu nikt tu nie przychodził.
Stał jeszcze w oknie korytarza na górze i zastanawiał się. Wtem ujrzał karetkę skręcającą w stronę jego domu. Zszedł na dół, aby przyjąć tych ludzi. Nie wiedział, co ma im powiedzieć i jak się zachować. Temu silnemu mężczyźnie tak drżały kolana, że prawie się potykał. Z trudem otworzył ciężkie drzwi, które zazwyczaj tak szybko i lekko otwierały się pod jego silną ręką.
Towarzyszący karetce byli prawymi obywatelami, którym niełatwo było spełniać takie trudne zadanie. Zazwyczaj przyjmowały ich przerażone okrzyki i pełen zgrozy opór. Bano się ich, odnoszono do nich ze wstrętem i nienawiścią!
- O, pan Wächter jest rozsądnym człowiekiem. Pan nie będzie nam robił trudności - zawołał jeden z nich na widok ojca. - Jak mają się u was sprawy? Wszyscy w domu jeszcze zdrowi? A może macie kogoś do zabrania?
- Dzieci są w ogrodzie, a najstarsza w kuchni - odrzekł ojciec wymijająco.
Jeden z mężczyzn zajrzał do ogrodu.
- Pan ma czworo dzieci, panie Wächter? - zapytał dociekliwie. - Widzę w ogrodzie tylko trójkę. Czy możemy zobaczyć, gdzie jest czwarte? Ach! Racja, w kuchni, powiedział pan.
Obaj mężczyźni weszli w głąb korytarza. Emma wyjrzała z kuchni oszołomiona i śmiertelnie blada.
- Wracaj! - uspokoił ją ojciec. - Oni nic ci nie zrobią i niczego od ciebie nie chcą.
Mężczyźni rozglądali się dalej badawczo. Byli przyzwyczajeni, że ukrywano przed nimi chorych na cholerę, których nie chciano wydać.
- Hm, czworo dzieci - powtórzył jeden. - A gdzie matka?
Ojciec zmieszał się. Właśnie, gdzie była matka? Co miał odpowiedzieć? Wpatrywał się tępo w kamienną posadzkę przed sobą. Mężczyźni zaczęli coś podejrzewać. Obserwowali go, spoglądali na siebie porozumiewawczo. Co miał im odpowiedzieć? Co?
Wtedy rozległy się za nim lekkie, zręczne kroki na schodach piwnicy. Twarz matki wyłoniła się z głębi z miłym uśmiechem. Z wesołym "Uff" postawiła przed sobą na podłodze wiadro wypełnione po brzegi ziemniakami.
- Dzień dobry, moi panowie! - pozdrowiła ich rześko. - Prawda, że mamy ładne ziemniaki? W sam raz na placki. Zapraszam was, kiedy wreszcie szczęśliwie zakończą się wszystkie troski. Z pewnością na to zasłużyliście. Nie macie łatwej służby, wy biedacy!
- Macie zupełną rację - przytaknął jeden z mężczyzn kiwając głową. - Wreszcie jakaś rozsądna dusza, która rozumie człowieka! No, już widać, że nie ma u was nikogo do zabrania.
- Nie, nie ma u nas nikogo do wzięcia! - potwierdziła matka pogodnie.
- No, to do zobaczenia - rzekł drugi. - Miejmy nadzieję, że wtedy też wszyscy będziecie zdrowi i pełni sił. Człowiek może wreszcie odetchnąć, kiedy wchodzi do takiego domu.
Matka życzliwie skinęła głową. Ledwie jednak zamknęły się za nimi drzwi, twarz jej poszarzała od napięcia i podniecenia.
- Prędko, prędko, idź do kuchni i ugotuj kawy, mocnej kawy! - szepnęła do męża.
- Gdzie...? - wyjąkał, nic nie pojmując.
- Nie pytaj, ugotuj kawy, prędko, prędko! - ponaglała.
- Ile mam wziąć? - pytał, wciąż zbity z tropu.
- Weź wszystko, co kupiłeś! - poleciła. - Kawa ma być jak najmocniejsza i niech jej będzie jak najwięcej, pełen duży dzbanek! Śpiesz się! Śpiesz się! Muszę iść na dół. Przynieś kawę na dół!
- Dokąd? - zapytał.
Pokazała drzwi do piwnicy i schodząc jeszcze szepnęła:
- Dopilnuj, żeby nikt z dzieci nie poszedł za tobą czy za mną! Dzieci nie przekroczą tak łatwo twojego zakazu. Niech Emma na nie uważa. Emma jest rozumna. Pośpiesz się!
Kiedy ojciec po chwili zszedł do piwnicy z dużym cynowym dzbankiem w jednej ręce i kubkiem w drugiej, z początku nie mógł znaleźć matki. Nawet, gdy jego wzrok oswoił się z półmrokiem, na próżno rozglądał się dookoła.
- Tutaj! - usłyszał nagle ciche wołanie.
Obrócił się i spostrzegł we wgłębieniu pod schodami piwnicznymi coś jasnego. Tak, tam matka przygotowała posłanie dla Gusty. Zamaskowała je paroma deskami.
- Jeśli ci mężczyźni znowu przyjdą, postawię tu jeszcze te stare drzwi. Ale wątpię, żeby chcieli tu schodzić, jeśli na górze zobaczą matkę, ojca i czworo dzieci - wyjaśniła szeptem, nalewając kawę do kubka.
- Przynieś z góry niemowlęcą butelkę ze smoczkiem! - poleciła znowu. - Będę jej potrzebować, jeśli nie uda mi się jej napoić z kubka takim gorzkim napojem.
Było to niesamowite, że kobieta, która dotąd poważała swojego męża jako głowę domu i rodziny, która do tej pory ulegała mu bez sprzeciwu, nagle zaczęła wydawać rozkazy, a on tak samo bez sprzeciwu je wypełniał.
- Pilnuj, żeby żadne z dzieci za tobą nie poszło! - upomniała go jeszcze raz, kiedy szedł na górę.
- Zamknij za sobą drzwi od piwnicy, kiedy wrócisz! - wołała za nim.
- Od teraz będziemy wychodzić przez tylne drzwi. Niech dzieci myślą, że wracamy z ogrodu.
Kiedy ojciec wrócił do piwnicy, matce udało się już podać dziecku pół kubka kawy. Klęczała obok Gusty i szeptała:
- Ma duże pragnienie. Dlatego pije nawet gorzki płyn.
Ojciec stał z opuszczonymi ramionami, przypatrując się, jak napełnia kawą butelkę, aby dalej i skuteczniej poić dziecko.
- Czy mogę ci jakoś pomóc? - zapytał po chwili skromnie.
Podniosła nań wzrok.
- O, tak - odpowiedziała. - Ale nie tu! Idź na górę, żeby dzieci nie zauważyły twojej nieobecności i nie zaczęły cię szukać! Musimy wtajemniczyć Emmę. Ona jest już na tyle rozsądna, że musi się czegoś domyślać. Mogłaby wtedy uważać na dzieci, na sąsiadów, w razie potrzeby trzymać na odległość ewentualnych gości, a przede wszystkim być zawsze na straży, na wypadek, gdyby karetka cmentarna znowu się pojawiła.
- Oczywiście, ja pozostanę w domu - obiecał. - Kto to w takich czasach chodzi do pracy! Czy mogę jeszcze coś dla ciebie zrobić?
- Oczywiście - odpowiedziała i spojrzała na niego tak przenikliwie, jak zwykle on patrzał. - Zrób to, co najważniejsze!
- Najważniejsze? - powtórzył, nie rozumiejąc.
- Tak, najważniejsze - potwierdziła. - Idź do swojej komórki!
- Teraz, do moich książek? - dziwił się - Nie...
- Musisz - przerwała mu. - Idź do swojej komórki! Ale nie do książek! Teraz jest pora nie na pracę głowy, ani rąk - teraz masz działać na kolanach!
Ciągle się dziwił, nie rozumiejąc jej. Wtedy ona położyła mu rękę na ramieniu.
- Karolu - powiedziała z naciskiem. - Pora, by przekonać się, że wersety, których uczyliśmy się od dziecka i które powtarzamy, są czymś więcej niż pobożnymi frazesami. Modlitwa uzdrowi chorego - Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego. O to mi chodzi. Zabiegam o to, by Bóg stał się dla mnie rzeczywistością. To Ktoś, kto jest mocniejszy, niż cholera! Pchnęła go łagodnie w stronę schodów piwnicznych.
Na górze, w mieszkaniu, ojciec zaraz zawołał Emmę do siebie, do owej małej komórki, którą urządził na swoje osobiste potrzeby, gdy potrzebował odosobnić się od reszty tego hałaśliwego domu.
- Ojej, co też ona zbroiła? - dopytywała ciekawie Minna, która boleśnie pamiętała, że przy szczególnych przestępstwach otrzymywano wezwanie do pustelni ojca.
Emma nie przypominała sobie, co prawda, żadnego przewinienia, ale czuła się dosyć niepewnie, kiedy surowy tata zażądał rozmowy z nią w cztery oczy.
A jeszcze mocniej waliło jej serce, kiedy zobaczyła go przed sobą tak poważnego i gdy niemal uroczyście, niczym dorosłą, zaprosił ją, aby usiadła. To, co jej wtedy wolno i dobitnie powiedział, dotknęło i poruszyło ją do tego stopnia, że po latach mogła powtórzyć tę rozmowę prawie dosłownie. Nie tylko zaprosił ją, niczym dorosłą, aby usiadła, ale też potraktował ją jak dorosłą pomocniczkę i przyjaciółkę.
Zaufanie, którym w tamtej godzinie obdarzyli ją ojciec i matka, stworzyło mocną więź między nią a rodzicami. Mówiła później wręcz, że ono zmieniło całe jej życie i nadało mu kształt. Od tamtej pory Emma nie była już bezmyślnym dzieckiem, ale pełnym poczucia odpowiedzialności dorosłym i tą odpowiedzialnością wyróżniało się całe jej postępowanie.
Tak, to zaufanie było dla niej wyróżnieniem, zadała więc sobie wiele trudu, aby okazać się go godną. Prawdopodobnie dlatego od tamtej pory mama nazywała najstarszą córkę swoją podporą i powiernicą, omawiając z nią wszystkie wydarzenia rodzinne i troski. A kiedy Emma, będąc jeszcze młodą narzeczoną misjonarza, odważnie, ale i z radością od nas odchodziła, mama narzekała: "Oto opuściła mnie moja najlepsza przyjaciółka!".
Tego dnia, wieczorem, matka powiedziała do ojca:
- Cieszę się, że Emma wie o wszystkim. Będzie ona dla nas wielką pomocą. Kiedy tylko spoglądam w te jej rozumne oczy, już czuję się pocieszona. Jakim darem Bożym są nasze dzieci!
Wciąż jeszcze klęczała przy jednym z tych dzieci na zimnej, brudnej, kamiennej posadzce, kiedy ojciec przyszedł ponownie do piwnicy. Gusta żyła jeszcze. Jej twarzyczka była jednak wymizerowana i pomarszczona jak u staruszki.
- Idź na górę i połóż dzieci spać! - poleciła matka ojcu. - Emma może zająć się małym. Ona już to umie.
- Będą pytać o ciebie, kiedy nie przyjdziesz z nimi się pomodlić - zaoponował.
- Nie mogę do nich iść. To niemożliwe! - oświadczyła z westchnieniem. - Nie mogę ich zarazić. To byłoby zbyt straszne, gdyby jeszcze któreś zachorowało. Powiedz im, że poszłam do pewnej ciężko chorej. To dla nich nic niezwykłego, a nie jest też kłamstwem. I pozostań na górze, słyszysz! - Żebym miała jeszcze kawy na noc! - dodała z wahaniem. - Wydaje mi się, że puls się po niej wzmocnił.
- Pójdę jeszcze szybko kupić, nim zamkną sklepy. W razie potrzeby wywołam kogoś z zaplecza - zaproponował ojciec skwapliwie. - Przyniosę ci ją potem tu na dół. Zostanę też z tobą w nocy, kiedy dzieci zasną.
- Nie! - zaprotestowała zdecydowanie. - Nie wiadomo, co by się tam mogło w nocy dziać, gdyby zaczęły ciebie poszukiwać! Zostań na górze! Możesz przecież od czasu do czasu do nas zaglądać. Ale nie za często, żeby dzieci nie usłyszały hałasu i nie obudziły się. Możesz mnie spokojnie tu zostawić z Gustą!
- Przez całą długą, ciemną noc? - zapytał zdziwiony.
- Tak! - potwierdziła. - Przez całą, długą, ciemną noc. Wiesz, że nie jestem sama.
Dla mamy była to długa, ciemna noc. Workami po ziemniakach i deskami uszczelniła okna piwnicy, aby nikły blask lampki oliwnej nie zdradził jej na zewnątrz.
Gusta jęczała od czasu do czasu. Biegunka jednak ustąpiła. Czyżby dziecko było już zbyt osłabione? Ale puls bił mocniej i regularniej.
W końcu zapadła w niespokojny półsen. Mama, która godzinami się nią opiekowała i do końca trzymała rękę małej, gotowa do podpierania jej, gdy kurczowo drgała, wypuściła teraz tę dłoń, aby swoje ręce złożyć do modlitwy.
"Dosłownie starłam sobie do krwi kolana i do bólu wykręciłam palce" - opowiadała później. "Stanęłam przed Bogiem jako namacalną rzeczywistością i walczyłam z Nim jak ongiś Jakub, aż do wschodu słońca. Powiedziałam Mu, że teraz On musi stać się lekarzem, jak to kiedyś obiecał. Przypominałam Mu Jego obietnice, jedną po drugiej. Prosiłam o życie Gusty, jak prosił Luter o życie swego przyjaciela Melanchtona, czy o życie córki Magdaleny. Nie zaszłam jednak tak daleko, jak on doszedł, błagając o swoje dziecko. Nie byłam w stanie powiedzieć: "Jeśli taka jest Twoja wola, zabierz ją. - Bądź wola Twoja!". Jedyne, co mogłam, to modlić się: "Jeśli jest Twoją wolą, aby Gusta zmarła na cholerę, to wypożycz mi ją choć na parę lat, abym z powodu mojej ufności nie zaznała wstydu przed samą sobą, przed moim mężem, przed moimi dziećmi i przed wszystkimi innymi ludźmi!".
Po tym całym wysiłku i przeżytym napięciu, mamę także zmorzył sen. We śnie wszystko jej się gmatwało: Jakaś ciemna postać kobieca siedziała na Guście i całkowicie pokryła dziecko swoim szarym welonem i skrzydłami. Po chwili jednak zjawa zaczęła powoli oddalać się od Gusty, aż ta była całkiem od niej wolna. Odchodząc pokazała jeszcze matce swoje ohydne, wykrzywione oblicze i syknęła: "Muszę ustąpić! Muszę ci ją wypożyczyć. Jest Ktoś mocniejszy!".
Kiedy mama obudziła się, miała pewność, że Gusta pozostanie przy życiu. Nie myliła się. Serce Gusty biło spokojniej i mocniej. Biegunka minęła. Trzeciego dnia Gusta mogła przyjąć kleik ryżowy.
Nastąpiły jeszcze ciężkie dni i noce. Kiedy wreszcie mama odważyła się wynieść Gustę z ciemnej piwnicy, trzymała ją nadal w oddzieleniu od pozostałych dzieci w komórce ojca.
Za każdym razem, kiedy czujna Emma dojrzała w oddali mężczyzn zajmujących się ewakuacją chorych, zanoszono Gustę znowu do jej kryjówki. Mężczyźni ci nigdy jednak nie nabrali podejrzeń, zadowalając się sprawdzeniem obecności matki, ojca i czwórki dzieci. To, że jedno z nich nie należało do rodziny, nie przyszło im do głowy. Na szczęście, Gusta odzyskawszy świadomość była na tyle rozsądna, że rozumiała, iż musi przebywać w ukryciu i zachowywać się cicho, jak mysz. W końcu epidemia w dolinie wygasła. Ciężko doświadczane miasto zaznało odpoczynku, odetchnęło - i oprzytomniało. Ojciec był jednym z mężczyzn, którzy założyli dom opieki. Mogły tam znaleźć schronienie osierocone, błąkające się po okolicy dzieci.
Wreszcie wolno było Guście swobodnie biegać.
Szybko doszła do siebie i wkrótce była znowu tą rześką, rumianą i głośną Gustą. Od tego czasu matka spoglądała szczególnym okiem już nie tylko na Emmę, ale również na Gustę. Była ona żywym świadectwem i codziennym dowodem istnienia Tego, który jest mocniejszy od cholery.
Oboje z ojcem, karząc Gustę - często łagodniej, niż na to naprawdę zasługiwała - myśleli nie tylko o modlitwach matki, ale również o jej dziwnym śnie. Traktowali dziewczynkę jako tylko wypożyczoną, mimo iż właściwie każde dziecko stanowi dar wypożyczony przez Boga.
Nie stało się jednak tak, jak to bywa w pięknie zmyślonych historiach i jak mama być może w duchu się spodziewała: Gusta nie oddała swego "wypożyczonego" życia na służbę na polu misyjnym. Stosunkowo młodo wyszła za pewnego właściciela dóbr i wiodła życie na wsi, w dużym gospodarstwie. Było to życie, które odpowiadało jej naturze. Od rana do nocy pracowała z całą swą mocą i energią twórczą, będąc przy tym często istną "Raptusińską". Jej wielką troską było to, że nie miała własnych dzieci. Stała się jednak ukochaną ciocią licznych siostrzenic, siostrzeńców, bratanic i bratanków, którzy gromadami spędzali swoje wakacje u cioci Gusty na gospodarstwie. Drugim wielkim bólem jej życia było to, że już w wieku pięćdziesięciu lat owdowiała.
W pierwszych miesiącach po zdaniu gospodarstwa nie wiedziała, czym właściwie wypełnić swoje dni. Odpowiadając na nasze zaproszenia i propozycje, odbyła parę podróży, odwiedzając licznych krewnych.
Kiedy w sierpniu 1914 roku wyruszyła właśnie w swą najdalszą podróż, odwiedzając nas w strefie przygranicznej, wybuchła pierwsza wojna światowa. Nasze miejsce zamieszkania leżało wtedy tuż poza linią frontu. Prosiliśmy Gustę usilnie, aby wróciła do Niemiec ostatnim pociągiem, który był do dyspozycji osób cywilnych. Zdecydowanie jednak odmówiła. Miała przy tym taki blask w swych błękitnych oczach, że ujęło mnie to za serce. Nagle przypomniała mi matkę.
- Jestem już dosyć starą kobietą - rzekła Gusta. - Ale, dzięki Bogu, mam jeszcze zdrowie i siły. Zawsze dbałam o to, aby nie mieć długów. Wciąż jeszcze jednak mam jeden niewyrównany dług. Teraz muszę koniecznie nadrobić to zaniedbanie. Jestem wdzięczna, że dano mi okazję uczynić to jeszcze przed moim końcem. To dla mnie szczególna łaska i dar. Mam wrażenie, jakby mama ją dla mnie wymodliła. Ona też była przecież winna temu, że się zapożyczyłyśmy. Do mnie jednak należy zwrócenie długu.
Spoglądałam na Gustę, nic nie pojmując.
- Czyżbyś nie wiedziała, że moje życie zostało użyczone w odpowiedzi na błaganie mamy? - zapytała tak cicho, jak to nie było w jej zwyczaju.
Odtąd nie naciskałam już na jej powrót. Zgłosiła się na sanitariuszkę. Na tym etapie każda pomoc była mile widziana. Stary lekarz sztabowy zajął się kształceniem kobiet i dziewcząt, które też od razu pełniły służbę w lazaretach.
Po paru tygodniach ciocia Gusta dała się tam już poznać. Jej rubaszny, ale pogodny sposób bycia były prawdziwym orzeźwieniem dla rannych.
Wojna jednak przysparza nie tylko rannych.
W kilka miesięcy po rozpoczęciu wojny odnowiono stary, na wpół rozwalający się klasztor dominikanów w naszym mieście i urządzono w nim szpital zakaźny.
- Zgłoszę się tam - zawołała od razu Gusta, kiedy o tym usłyszała. - Tam jest moje miejsce!
Chcieliśmy wyperswadować jej ten zamiar.
- Wtedy nie będziesz mogła już wieczorami i w wolnym czasie do nas przychodzić - ostrzegałam. - Wraz z chorymi będziesz musiała być odizolowana, aby nie roznosić zarazy.
- A nie boisz się, że sama zachorujesz? - zapytał mój mąż.
- Ależ skąd - zapewniła Gusta - właśnie to miejsce mi odpowiada. Jestem przecież Choler-Gustą!
I rzeczywiście tam się odnalazła. Ze swoją rześką i energiczną naturą była odpowiednią pomocą.
- Choler-Gusta? Anioł-Gusta, to byłoby odpowiednie imię - powiedział kiedyś stary lekarz sztabowy, kiedy opowiedziałam mu o jej przezwisku.
A potem, pewnego dnia, otrzymałam wiadomość, że sama Augusta leży w lazarecie, ciężko chora i umierająca.
Pośpieszyłam tam oczywiście, nie bacząc na niebezpieczeństwo zarażenia się. Kiedy weszłam do skromnej, ciasnej izdebki, zobaczyłam natychmiast, że śmierć położyła już na niej swe piętno. Rozpoznała mnie jednak i nawet uśmiechnęła się na mój widok.
- To było całkiem przyzwoite ze strony cholery, że wypożyczyło mnie na tak długo - zażartowała zachrypniętym głosem.
Potem lekko uderzyła dłonią o kołdrę, a jej oczy rozpromieniły się, tak że znowu przypomniały mi oczy mamy.
- Prawda i tak się nie zmienia - szepnęła. - Jest Ktoś mocniejszy niż cholera. On nadal jest mocniejszy!
B.J. van Wijk
Unikalna pozycja na polskim rynku. Nie ogranicza się do prezentacji kilkudziesięciu najbardziej znanych historii, ale w barwny sposób przedstawia wszystkie główne wydarzenia i postacie Pisma Świętego - od pierwszej księgi, po ostatnią. Zawiera 365 opowiadań, po jednym na każdy dzień. Doskonale nadaje się do indywidualnego czytania, ale może również stanowić wspaniałą przygodę dla całej rodziny.
Na kartach "Biblii dla dzieci" młodzi czytelnicy spotkają prawdziwych ludzi i poznają prawdziwe historie. Zobaczą miłość, wierność i troskę, ale także nieposłuszeństwo, nienawiść, bunt. Znajdą ostrzeżenia przed złymi życiowymi wyborami, ale także zachęcające przykłady, godne naśladowania. Przede wszystkim jednak, spotkają Boga, który troszczy się o ludzi i daje się poznać każdemu, kto Go szuka.
LOGOS MEDIA
Każdy z nas ma na głowie wiele ważnych spraw. Pilne zadania i ważne obowiązki praktycznie nigdy się nie kończą. Brakuje nam czasu na odpoczynek, na refleksję nad życiem, a nawet na chorobę. Z drugiej strony, jedno wydarzenie - na przykład, brzmiąca jak wyrok diagnoza lekarska - potrafi całkowicie zburzyć naszą dotychczasową hierarchię wartości. To, co wydawało się bardzo istotne, nagle przestaje się liczyć. Co jest więc naprawdę ważne?
Autorzy publikacji sięgają do Biblii i przedstawiają odpowiedź, która może zmienić ludzkie życie.
Ewangeliczny Instytut Biblijny
Nowy, literacki przekład Pisma Świętego Nowego Testamentu oraz Psalmów opracowany przez Ewangeliczny Instytut Biblijny. Wydanie trzecie Nowego Testamentu oraz wydanie pierwsze Księgi Psalmów.
Nowe Przymierze i Psalmy to:
Współczesny język, pozbawiony archaizmów oraz niezrozumiałych terminów teologicznych, Bogate przypisy zawierające uwagi translatorskie oraz informacje dotyczące tła historyczno-kulturowego, Przyjazna nawigacja - łatwe przechodzenie do poszczególnych ksiąg i rozdziałów ebooka.