Słoneczniki - Sheramy Bundrick

-
Proszę czekać

Dedykacja

Mojej rodzinie i Vincentowi

Cytat

Człowiek, który się szczerze zakocha, tak naprawdę

odkrywa nową sferę swego życia.

Vincent van Gogh

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Malarz

Arles, lipiec 1888

Wolę malować ludzkie oczy niż katedry, bo w oczach jest to coś, czego katedry nie mają... ludzka dusza, czy to żebrzącego nędzarza, czy ulicznicy, jest dla mnie bardziej interesująca.

List Vincenta do brata Thea, Antwerpia, grudzień 1885 r.

Słyszałam o nim, ale nigdy go nie widziałam, cudzoziemca o śmiesznym nazwisku, włóczącego się po wsi i malującego obrazy. Ludzie mówili, że spędza całe godziny na prażącym słońcu, paląc fajkę i mamrocząc pod nosem jak wariat. Wieczorami przesiadywał w kawiarniach, stłoczonych przy stacji kolejowej, a dziewczyny widywały go na Rue du Bout d'Arles, choć naszego maison nigdy nie odwiedził. Podobno był biedny. Pewnie nie było go stać.

W dniu, w którym poznałam malarza, natura wezwała mnie tak, jak zawsze wzywała i jego. Po obu stronach drogi wyjazdowej z miasta ciągnęły się pola i podupadające chaty; po półgodzinnym marszu zobaczyłam chłopów, wrzucających snopy zboża na strychy cabanon,odetchnęłam głęboko powietrzem pachnącym dojrzałym ziarnem, nie tanimi papierosami i równie tanimi perfumami. Przez chwilę mogłam udawać, że mieszkam w chatce wśród cyprysów, a nie w maison de tolérance madame Virginie. Tego dnia życie dławiło mnie jak upał.

Inne dziewczyny drzemały za zamkniętymi drzwiami i okiennicami, a ja wymknęłam się wąską uliczką, biegnącą pod średniowiecznymi murami, a potem między wieżami średniowiecznej bramy, Porte de la Cavalerie. Tu, na obrzeżach Arles, znajdował się Place Lamartine, z miejskim parkiem otoczonym sklepami i hotelami, a zaraz za nim - droga, której szukałam. Minęło mnie z turkotem parę wozów, wiozących resztki towarów z targu. Przed Café du Prado paru spóźnionych przekupniów popijało wino, wachlując się kapeluszami. Zeszłam z drogi jednemu z wozów i właśnie przecinałam ogród, kiedy zatrzymał mnie donośny głos:

- Co ona tu robi?

Dwie damy w sukniach z wysokimi kołnierzami wyglądały jak wrony, a gdakały jak kwoki.

- Luc, chodź do maman - zawołała jedna do chłopczyka. - Gdzie gendarmes? Nie powinni chronić przyzwoitych ludzi przed takimi mętami?

Ktoś odważniejszy pewnie by się roześmiał i poszedł dalej, ale ja zatrzymałam się jak idiotka na środku ścieżki, patrząc to na zacne damy, to na posterunek żandarmerii po drugiej stronie Place Lamartine. Filles de maison miały pozostawać w quartier reservé, zakątku miasta, w którym umieszczono burdele - jeśli żandarmi mnie złapią, odprowadzą prosto do madame Virginie. Dlaczego nie upięłam włosów, nie włożyłam kapelusza, nie zrobiłam czegoś, żeby mnie nie rozpoznano, jak każda rozsądna fille?

Żandarm!

Wyszedł z posterunku żandarmerii i szedł z wolna w naszą stronę. Damy zamachały parasolkami, żeby zwrócić jego uwagę, ale ja poderwałam się do ucieczki, zanim mnie dostrzegł, i dałam nura za żywopłot w innej części parku. Znałam tu każde drzewo, każdą akację, każdą sosnę. Ruszyłam krętą trasą przez trawnik na brzeg kanału, gdzie ukryłam się za krzakiem i zaczęłam nasłuchiwać zbliżających się kroków. Nie usłyszałam niczego oprócz dzwonów Saint-Trophime, wybijających czwartą, i rozmów praczek, kończących nieopodal swoją pracę.

- Niepokoję się o... wiesz - dobiegł mnie przez chlupot młody głos. - Co właściwie mam zrobić?

- Leż i myśl o dzieciach, które urodzisz - odpowiedziała starsza praczka. - Jak się przyzwyczaisz, nie jest tak źle.

- Mój chłop stęka jak świnia, nigdy się do tego nie przyzwyczaję! - wtrąciła trzecia wśród chichotów i żartobliwych plusków.

Żołnierz, którego zabawiałam wczorajszej nocy, ten, który wrócił z Afryki Północnej i miał w oczach błysk pustynnego szaleństwa, też stękał, jak dzik ryjący w ziemi w poszukiwaniu grzybów. Mamrotał mi do ucha, jak to jest zabić człowieka, a kiedy skończył, rzucił kpiąco:

- Co z tobą, dziewczyno? Nie podobało ci się?

Zmusiłam się, żeby przytaknąć, żeby mnie nie uderzył, a kiedy odszedł, nie mogłam się rozpłakać. Przykucnęłam w blaszanej balii, żeby zmyć z siebie jego pot, i wróciłam cicho do pokoju, do niespokojnej nocy na krześle przy oknie.

W ciszy parku łzy popłynęły swobodnie. Co z tobą, dziewczyno? Słowa żołnierza brzmiały mi w głowie, tak jak głosy dam na ławeczce. Przyzwoici ludzie. Przyzwoici ludzie. Dopiero kiedy się wypłakałam i rąbkiem sukni otarłam oczy, zaczęłam nasłuchiwać ćwierkania cykad. Zostań jeszcze, brzęczały monotonnie, zostań jeszcze. Trawa była miękka i wonna, cień cedrowych zarośli chłodny i kojący. Dopiero za parę godzin madame Virginie będzie się mnie spodziewać na kolacji, a Raoul zapali latarnię na znak, że zaczynamy urzędowanie. Śpij, szemrały cykady. Śpij.

Obudziło mnie pięć uderzeń dzwonów Saint-Trophime. Otworzyłam oczy i przekonałam się, że nie jestem już sama. Pod bukiem nieopodal siedział mężczyzna z ołówkiem i szkicownikiem. Twarz zasłaniał mu chłopski słomkowy kapelusz.

Mężczyzna szkicował mnie.

Podniósł głowę, kiedy się poderwałam na nogi, i także wstał, zrzucając swoje rzeczy na ziemię.

- Nie podchodź, bo!... - krzyknęłam.

- Proszę, pozwól mi wyjaśnić. Nie zrobię ci krzywdy. Nazywam się...

- Znam cię. Jesteś tym cudzoziemcem, tym malarzem i nie masz prawa... Za kogo ty mnie uważasz?

- Za kogoś, kto sypia w parku - odpowiedział, tłumiąc śmiech.

Prychnęłam i cofnęłam się ku ścieżce.

- Czekaj, przepraszam - dodał. - Jak ci na imię? - Przechylił głowę i przyjrzał mi się. - Chyba mieszkasz na la rue des bonnes petites femmes, na ulicy dobrych kobietek, jak ją nazywam.

Nie wydawał mi się wariatem, ale i tak założyłam ręce na piersi i nie zdradziłam mu mojego imienia.

- Głupi ten kapelusz - oznajmiłam w zamian.

Malarz zdjął kapelusz z żółtej słomki, ukazując zmierzwioną rudą czuprynę w tym samym kolorze co jego rozwichrzona broda. Nasze południowe słońce wzięło się za niego rzetelnie, zapaliło w jego włosach złoty blask, a na nosie wyczarowało piegi. Jego twarz miała charakter - trochę surowa, ze zmarszczkami na czole i opadającymi kącikami ust - lecz nie była niesympatyczna. Ale jego ubranie! Obryzgana farbą niebieska robociarska kurtka, wyświechtane białe portki z dziurami na kolanach, oblepione błotem buty...

Malarz znowu się uśmiechnął i jego melancholia nagle znikła.

- Powiesz mi, kim jesteś?

- Mam na imię Rachel - ustąpiłam. - I tak, mieszkam na ulicy dobrych kobietek, jak ją nazywasz.

- Ja jestem Vincent - odpowiedział, skłaniając głowę - i przepraszam, że cię przestraszyłem. Pracowałem nieopodal, potem cię zobaczyłem i zapragnąłem naszkicować.

- Po co?

Wzruszył ramionami.

- Byłaś tu, nie ruszałaś się, a ja muszę ćwiczyć.

Wyciągnęłam rękę.

- Mogę zobaczyć? Chyba mi się należy.

- Nie jest bardzo dobry, to tylko krabbeltje... - zaczął szukać właściwego francuskiego słowa - ...gryzmoł. - Nie dałam się zbyć, nie opuściłam ręki. Zarumienił się pod piegami, po czym podał mi szkicownik z nerwowym: "Uważaj, rozmazuje się".

Rysunek nakreślony był pospiesznie czarnym ołówkiem, ale ta plątanina linii to byłam ja, spódnica i włosy w nieładzie, twarz znieruchomiała we śnie pod gałęziami cedru. Zerknęłam na niego; wycierał but o trawę z miną, której nie rozumiałam.

- Podobna - powiedziałam z grzeczności. - Dobry rysunek.

Uniósł brwi.

- Tak sądzisz?

Przekartkowałam szkicownik; niektóre strony zapełniało pismo, większość - rysunki: mężczyzna pracujący w polu, kobieta z niemowlęciem, bukiet kwiatów, butelka wina. Zauważyłam wyraz jego twarzy i szybko oddałam mu szkicownik.

- Przepraszam, to niegrzeczne...

- Nie szkodzi. - Przechylił głowę i znowu mi się przyjrzał. - Może kiedyś cię namaluję.

- Namalujesz? Po co?

Roześmiał się.

- Bo chcę i tyle. Trudno tu o modelki.

- Zobaczymy - odparłam i zaczęłam się cofać w stronę ścieżki. - Robi się późno, monsieur. Powinnam...

Malarz pochylił się po swoje rozrzucone na ziemi rzeczy i spojrzał na mnie z nadzieją.

- Idziesz do swojego maison? Mogę cię odprowadzić, jeśli pozwolisz.

- To niedaleko, często chodzę sama. Ale dziękuję.

Odkaszlnął, przyciskając szkicownik do piersi.

- A powiesz mi, w którym domu mieszkasz? Skoro mnie znasz, pewnie słyszałaś, że bywam czasem na la rue des bonnes petites femmes, choć twojego przybytku jeszcze nie odwiedziłem. Mam nadzieję, że pozwolisz mi złożyć sobie wizytę.

Zabrzmiało to zabawnie i staroświecko, jakbyśmy umawiali się na herbatkę.

- Chętnie pana zobaczę, monsieur - odpowiedziałam po króciutkiej pauzie. - Rue du Bout d'Arles 1, u madame Virginie. Ostatni dom po prawej od strony Rue des Ricolets.

Skłonił się niezdarnie, z szerokim uśmiechem, przytrzymując swój żółty kapelusz.

- Czekam z niecierpliwością, mademoiselle. Bonne journée.

I ja skłoniłam głowę i ruszyłam przez trawnik w stronę Porte de la Cavalerie. Przed żywopłotem, dzielącym mnie od ogrodowej ścieżki, obejrzałam się przez ramię. Malarz nadal na mnie patrzył.

- Największe miasto rzymskiej Galii - mawiał papa o Arles - w czasach, gdy Paryż był osadą lepianek.

Papa - szanujący historię nauczyciel naszej wioski - chciał mnie zabrać do Arles, żeby mi pokazać starożytne ruiny. Maman się nie zgodziła.

- Wstrętna kolejowa mieścina - prychnęła. - To nie miejsce dla dziewczynki.

- Na pewno w Arles mieszkają inne dziewczynki - zauważył papa z cichym śmiechem, ale maman znowu prychnęła i na tym się skończyło.

Gdy wiele lat później w końcu wysiadłam z pociągu na stacji w Arles, papa mi nie towarzyszył. Straciłam go parę miesięcy wcześniej. Maman odeszła, zanim skończyłam jedenaście lat. Przyjechałam do miasta, żeby zacząć nowe życie, najlepiej jak umiałam. Niespodziewany śnieg polukrował budynki bielą, a ja, jak wszyscy turyści, gapiłam się na rzymski amfiteatr i średniowieczne dzwonnice, żałując, że papa nie ogląda ich razem ze mną. Gapiłam się też na samych turystów, promenujących po Boulevard des Lices w płaszczach i futrach. Oglądałam na Place du Forum wystawy sklepów z rzeczami, na które nie było mnie stać, i zastanawiałam się, kiedy się urządzę.

Ale kiedy dni i tygodnie mijały, a garstka franków w mojej walizce topniała niczym śnieg, przekonałam się, że zarówno maman, jak i papa mieli rację co do Arles. To miasto miało dwie twarze: jedną dla przybyszów i bogaczy, drugą codzienną, z obskurnymi knajpami i zaplutymi uliczkami, których nikt nie sprzątał. Dziewczyna bez rodziny i pieniędzy nie mogła tu zajść daleko - jak się okazało, nie dalej niż do quartier reservé.

Od tego czasu minęło pół roku.

- Rachel, czy ty mnie słuchasz?

Piątkowy wieczór w domu madame Virginie. Wraz z innymi dziewczynami byłam w barze, ustawiając na półkach kieliszki i odkurzając butelki. Pojawiali się pierwsi goście. Françoise, niegdyś najpopularniejsza fille na Rue du Bout d'Arles, zachowała jeszcze resztkę dawnej urody, dzięki której nadal miała wiernych klientów, a także wściekłą skuteczność, którą trzymała w ryzach inne dziewczęta. Zmarszczyła brwi.

- Wiedziałam, że nie słuchasz. Czytałaś dziś wstępniak w "Le Forum Républicain"?

Pokręciłam głową.

- Co napisali?

- To co zawsze. Wrzaski, że w kafejkach przy stacji nocami roi się od ladacznic, i utyskiwania, że żandarmi zaniedbują swoją robotę. Miasto toczy moralna zgnilizna, którą należy wypalić! - Zrobiła śmieszną minę i parsknęła śmiechem, ale szklankę wytarła tak gwałtownie, jakby chciała ją zmiażdżyć. Minął prawie tydzień, a ja nadal słyszałam tamte kobiety z parku: co ona tu robi?

- Ta sprawa z żandarmami nie ma nic wspólnego z nami - dodała Françoise. - Mamy pozwolenie. Madame płaci za nie sporo pieniędzy i dopóki przestrzegamy zasad...

Z westchnieniem odstawiłam kieliszek.

- Nie chcę już tego robić. Mam dość.

- Ciągle się boisz tego żołnierza? Raoul dostał polecenie, żeby go więcej nie wpuszczać. Już go nie zobaczysz.

- Nie chodzi mi o niego, tylko o nich wszystkich.

Françoise wzięła się pod boki i wygłosiła tę samą mowę, którą usłyszałam mojego pierwszego wieczoru w maison,kiedy uciekłam na widok mojego pierwszego klienta. Czy chcę być szwaczką i zmarnować sobie oczy nad szyciem? Praczką o spierzchniętych rękach i zgarbionym grzbiecie? Dużo zarabiamy, przypomniała mi surowo, a praca jest łatwiejsza niż pranie w Roubine du Roi. Powinnam się cieszyć, że mam dach nad głową i jedzenia do syta. Czy wiem, że dziewczyny na ulicy głodują?

- Tak, ale...

- Ale co? - spytała już łagodniej. - Miałaś ostatnio pecha, to wszystko. Musisz zyskać stałych klientów, miłych panów, którzy ci zajmą czas. Ale nie znajdziesz ich, jeśli będziesz się tak dąsać.

- Nie dąsam się, tylko...

Jej uwagę odwrócił wchodzący klient.

- Tiens - powiedziała - mamy kogoś. A, to ten cudzoziemiec. Możesz mieć kogoś lepszego.

Zapomniałam już, że malarz nieśmiało poprosił o pozwolenie odwiedzin i o mojej pospiesznej zgodzie. Nawet nie pamiętałam, jak mu na imię. Dziś zmienił zakurzone ubranie na wymięty czarny garnitur i czarny filcowy kapelusz, który najlepsze lata miał już za sobą. Rozwichrzone włosy zaczesał do tyłu, brodę przystrzygł, a oprócz kapelusza trzymał nieporadnie ułożony bukiet polnych kwiatów, więdnących w upale. Nie wyglądał jak mężczyzna, który chce zapomnieć w łóżku z dziewczyną o tygodniu harówki. Wyglądał jak zalotnik.

Françoise nie zauważyła mojego uśmiechu, gdy malarz rozejrzał się po pokoju, a inna fille podeszła, by się z nim przywitać.

- Ach, ta Jacqui - westchnęła. - Jest tu dłużej od ciebie i cholernie dobrze wie, że to madame Virginie przedstawia nas gościom. Same z nią utrapienia! Mówiłam madame, że nie należy jej zatrudniać, ale zawzięła się, żeby mieć w domu blondynkę, bo stary Louis z naszej ulicy ma dwie.

Śpiewne:"Booonsoir, monsieur"wdzięczącej się Jacqui rozległo się echem w pokoju. Była wysoka, błękitnooka, dziewczyna z północy, inna od niskich prowansalek o czarnych włosach i oczach i oliwkowej cerze. Zawsze się wywyższała, chwaliła się, że mieszkała w Paryżu i pracowała w maison de luxe koło Opery. Françoise i ja nie słyszałyśmy jej rozmowy z malarzem, ale patrzyłyśmy, jak bierze go pod rękę. Pojawiła się madame Virginie, żeby dobić targu. Malarz uprzejmie pokręcił głową, już nie tak uprzejmie uwolnił ramię i powiedział coś, co wywołało brzydki grymas na twarzy Jacqui. Uniósł rękę na wysokość ramienia, jakby mówił "dziewczyna tego wzrostu", po czym poruszył obiema dłońmi, sypiąc płatkami kwiatów z bukietu, jakby opisywał długie włosy dziewczyny i jej sylwetkę klepsydry. Madame Virginie patrzyła na niego, nie rozumiejąc, więc wyjął szkicownik i pokazał jej stronę.

- Chodzi mu o ciebie? - spytała Françoise, kiedy madame skinęła na mnie, a Jacqui odpłynęła. - Znasz go?

Niespiesznie rozwiązałam fartuszek i wygładziłam nową żółtą suknię.

- Poznałam go w zeszłym tygodniu w parku przy Place Lamartine.

- Aleś ty przebiegła! Nie zdradzić się z czymś takim... - Françoise rzuciła malarzowi nieufne spojrzenie. - Tylko niech najpierw zapłaci i nie rób tego, jeśli zacznie się dziwnie zachowywać.

- Nie zacznie. Jest miły. Narysował mój portret.

Zostawiłam ją, stojącą z otwartymi ustami wśród butelek wina, i podeszłam do malarza.

- Ten pan prosi o twoje towarzystwo - oznajmiła madame Virginie wyniosłym tonem, którym posługiwała się przy nowych gościach. - Miłego wieczoru, monsieur.

Podeszła do drzwi, by powitać trzech żuawów, a ja zaprowadziłam malarza do pustego stolika w kącie.

- Quest-ce que je vous sers? - spytałam. - Wino? Absynt?

- Proszę czerwone wino. - Głos miał niższy, niż zapamiętałam. - Niezbyt drogie.

Po prostu musiałam zakołysać biodrami, idąc po dwa kieliszki i karafkę stołowego wina z baru, musiałam się pochylić, postawiwszy tacę, i poprawić bucik. Czy przyglądał mi się przez cały czas? Nie. Kiedy wróciłam i nalałam wina, schował pospiesznie do kieszeni szkicownik, w którym rysował żuawów.

Wcisnął mi w ręce bukiet polnych kwiatów, zanim zdążyłam usiąść.

- Dziękuję - powiedziałam, kładąc je na stole i siadając obok niego. - Więc mnie pan znalazł.

- Doskonale wytłumaczyłaś mi, jak trafić.

Przez chwilę siedzieliśmy nad kieliszkami. Potem malarz zmarszczył brwi.

- Z różem wyglądasz inaczej.

- Mam nadzieję, że ładniej.

- Ładniejsza jesteś bez niego. - Moja mina chyba zdradziła, że czuję się dotknięta, bo zarumienił się i dodał: - Ale ładnie pachniesz, a żółty to mój ulubiony kolor.

- Widzę, że zostawił pan ten słomkowy kapelusz w domu. To dobrze, bo Raoul mógłby pana wziąć za włóczęgę i nie wpuściłby pana do środka.

Malarz także przez chwilę wyglądał na dotkniętego, ale uśmiechnął się, zrozumiawszy, że żartuję. Usiadł wygodniej, rozejrzał się po salonie, wyjmując z kieszeni fajkę i zapałkę. Trzej żuawi wybrali stolik na środku i zajęli się dziewczynami i piciem; Jacqui usiadła jednemu na kolanach i kokieteryjnie przymierzyła jego fez.

- Z tymi bielonymi ścianami i prostymi meblami wygląda tu jak w wiejskiej szkółce - zauważył malarz, pykając fajkę. - Gdzie pluszowe zasłony, gdzie złocone lustra?

Parsknęłam śmiechem.

- Nie znajdzie pan na tej ulicy pluszowych zasłon.

- Ale o wiele tu czyściej niż w domu za rogiem Rue des Ricolets.

- A, u Leona Bataillera? - MaisonLeona było najtańsze i najbrudniejsze w tej dzielnicy. Nie ustrzegłam się tonu pełnego wyższości. - Tam pan zwykle chodzi?

Malarz znowu się zarumienił i nie odpowiedział.

- I mniej ponuro niż w paryskich domach.

- W paryskich!... - szepnęłam. - Zawsze marzyłam o Paryżu. Kafejki, dansingi, te wielkie budynki... to pewnie najbardziej magiczne z miast! I pan tam był? Czy są tam sklepy jak we Wszystko dla pań naprawdę pełne wszystkiego, czego dusza zapragnie?

- Czytasz Zolę?

- Umiem czytać - zjeżyłam się. - Nie jestem jakąś...

- Nie, nie to chciałem powiedzieć... - Urwał i pyknął fajkę. - Mieszkałem w Paryżu dwa lata i nie jest tam tak, jak myślisz. Za dużo hałasu i pokus. O tym właśnie jest Wszystko dla pań, prawda? Jakże łatwo dać się uwieść takim błahostkom.

- Uwieść? To dlatego przyjechał pan na południe? Przez tragiczny romans?

Łypnął na mnie spode łba.

- Zawsze zadajesz tyle pytań?

- Chcę pana tylko lepiej poznać, monsieur. To wszystko.

Na widok mojego uśmiechu drgnęły mu kąciki ust.

- Nie mów do mnie "monsieur". Wystarczy Vincent.

- Ładne imię. A dalej?

- Van Gogh.

Trudno było to wymówić.

- Van Gogue?

- Nie - Gogh. Gogh. To holenderskie nazwisko.

- Gogh. Nigdy nie znałam żadnego Holendra.

Usta znowu mu drgnęły.

- Też tak sądzę... Rachel, prawda? - Skinęłam głową. Wymówił to po parysku, z chrapliwym "r".

Nasze kieliszki były już niemal zupełnie puste. Madame Virginie przyglądała się nam zza baru. Nie lubiła, kiedy dziewczyny zbyt długo przesiadują z klientami w wieczory pracy, zwłaszcza jeśli ci klienci kupują najtańsze wino, i to tylko jeden kieliszek. Kiedy wstałam i skinęłam głową w stronę schodów, malarz rzucił na stół parę centymów za wino i także podniósł się z krzesła. Pamiętałam, żeby zabrać polne kwiaty, i wyciągnęłam do niego rękę. Uścisnął mi palce i rzucił spojrzenie, które uspokoiło moje wewnętrzne drżenie. Jacqui wydęła wargi, gdy ją mijaliśmy, i szepnęła coś do ucha swojemu żuawowi, który wybuchnął śmiechem.

Na górze zapaliłam lampę i przyniosłam flakon na kwiaty, a malarz tymczasem przechadzał się, przyglądając się moim rzeczom. Tapeta w żółte i niebieskie kwiaty, którą madame kupiła okazyjnie, zniszczony niebieski dywan z osmaloną dziurą po papierosie, różowy szal, porządnie złożony i powieszony w nogach łóżka.

- Jesteś bardzo schludna - zauważył, przyglądając się butelkom i pędzlom na umywalce.

- A pan pewnie nie, boby pan nie zauważył. Proszę... - Zdjęłam mu kapelusz i wskazałam krzesło.

- Vincent - poprawił mnie i usiadł, wpatrzony we mnie ze skupieniem, kiedy wyjmowałam szpilki z włosów i rozpuszczałam ich ciemne fale. W jego oczach błysnęła iskra, gdy podeszłam, usiadłam mu okrakiem na kolanach i rozpięłam suknię, ukazując opięte gorsetem piersi.

- Jakiej pragniesz dziś przyjemności? - szepnęłam.

- Jaką zechcesz mi podarować. - Objął mnie w talii i przesunął rękami po moich plecach. Ach, jakie miał piękne oczy. Niebieskozielone; tak wyobrażałam sobie morze...

- Dwa franki.

Skrzywił się - dziewczyny Leona Bataillera brały połowę tego - ale wcisnął mi monety w dłoń. Potem ujął w dłonie moją twarz i chciał mnie pocałować, ale odwróciłam głowę.

- Nawet paryskie dziewczyny dają się pocałować za dwa franki - zauważył z wyrzutem.

- Tu nie Paryż - warknęłam. Zaczęłam znowu zapinać guziki.

- Stawiasz mnie w niezręcznej sytuacji - powiedział z westchnieniem. - Zatem to musi mi wystarczyć. - Przesunął palcem po mojej dolnej wardze i dodał: - To bardzo niedobrze. Pocałunki są wręcz nieodzowne. Bez nich może dojść do poważnych zahamowań.

Françoise pewnie by go za to zrugała, może nawet wyrzuciła, ale tanie wino uderzyło mi do głowy.

- Zatem trzy franki... dla takiego miłego pana.

- Twardo się targujesz - rzucił z cichym śmiechem i sięgnął do kieszeni. Znowu zaczął protestować, gdy wstałam z jego kolan i podeszłam do biurka, ale uciszyłam go, kładąc palec na ustach. Wsunęłam jednego franka do pudełka madame Virginie, a dwa pozostałe - do mojego.

Pół roku w maison, a ja nadal się wstydziłam rozbierać przed nowym klientem. Nie wiadomo, co się stanie, kiedy taki na ciebie spojrzy: będzie miły czy zmieni się w bestię. Na ogół siedzieli i uśmiechali się, kiedy zsuwałam pończochy z nóg i zrzucałam suknię, a czasami nie czekali nawet, aż rozepnę gorset, chwytali mnie i sami kończyli sprawę. Ale Vincent nie uśmiechał się, nie wyciągał do mnie rąk. Przyglądał mi się poważnie, wodząc wzrokiem po moich krągłościach, a kiedy skończyłam, wstał i obszedł mnie dokoła.

- Skóra w kolorze kawy, trzeba by żółtej ochry - wymamrotał i spojrzał na moje włosy. - Karmin i pruski błękit.