Moi smutni umarli
Teraz jest czas, żebyście wrócili. Nie było was już wystarczająco długo.
Lydia Davis
Can't and Won't
Myślę, że najpierw powinnam opisać dzielnicę. Bo tam jest mój dom, a w nim jest moja matka. Jednej rzeczy nie da się zrozumieć bez drugiej. Nie
da się zrozumieć, dlaczego nie wyjadę. Bo mogę wyjechać. Mogę wyjechać
choćby jutro.
To już nie jest ta sama dzielnica co w czasach mojego dzieciństwa.
Wcześniej stały tu domy dla robotników wybudowane w latach trzydziestych
w wąskich uliczkach; murowane, z pięknymi ogródkami i wysokimi oknami z metalowymi żaluzjami. Można powiedzieć, że sami mieszkańcy zepsuli ją
swoimi innowacjami: klimatyzacją, dachami wyłożonymi dachówką, jakimś
dodatkowym piętrem dobudowanym z innych materiałów, okładzinami i farbami do elewacji w idiotycznych kolorach albo zamianą starych
drewnianych drzwi na nowsze i tańsze. Ale nie chodzi tylko o zły gust,
ale też i o to, że dzielnica zmieniła się w wyspę. Z jednej strony
ogranicza nas aleja: jest jak brzydka rzeka, przekraczasz ją, ale na
brzegach nie ma zbyt wiele. Na południu z kolei mamy bloki, które robiły
się coraz bardziej niebezpieczne, z chłopcami sprzedającymi na schodach
pastę kokainową, a czasem strzelającymi do siebie po jakiejś awanturze
albo po prostu dlatego, że są w złym humorze, bo przegrali w piłkę. Na
północy znajdował się kiedyś park, miał tam powstać jakiś obiekt
sportowy, ale nigdy do tego nie doszło i teraz działkę zajmują skrajnie
biedne chatki; najlepsze z pustaków, najnędzniejsze z blachy i kartonu.
Bloki i te slumsy są połączone. Rozumiem, co się dzieje: kiedy nędza
osacza, tak jak osacza w moim kraju i w moim mieście, i jedynym wyjściem
jest jakaś nielegalna działalność, to człowiek to robi. Zarabia się
więcej niż na legalnej pracy. Poza tym nie ma tyle legalnej pracy, nie
wystarczy dla wszystkich. A skoro lepsze życie wymaga ryzyka, wielu je
podejmuje.
Większość moich sąsiadów, tych z wyspy domków wybudowanych, gdy świat
był inny, nie zgodziłaby się ze mną. Żeby było jasne: ja też się boję.
Też nie chcę, by jakaś zbłąkana kula dosięgła mnie albo moją córkę,
kiedy przyjeżdża z wizytą (rzadko), ani by systematycznie mnie okradano
na przystanku autobusowym albo za każdym razem, kiedy muszę zatrzymać
samochód na czerwonym świetle w okolicy bloków. Też wracam do domu
zapłakana, ilekroć jakiś nastolatek grozi mi nożem, żeby zabrać telefon.
Ale nie chcę pozabijać ich wszystkich. Nie uważam, że to patologia,
czarni, migranci, margines, że nie ma dla nich ratunku. Mój były mąż,
który mieszka w Patagonii i pracuje w firmie paliwowej, mówi mi, że
sąsiedzi się boją. Ja odpowiadam, że faszyzm zwykle zaczyna się od
strachu, a kończy nienawiścią. On mówi, żebym sprzedała dom i przeprowadziła się na południe, zamieszkała blisko niego. Rozstaliśmy
się, ale nadal jesteśmy przyjaciółmi. Zawsze byliśmy przyjaciółmi. Jego
nowa żona jest urocza. Ja zwykle tłumaczę się Caroliną, naszą córką, ale
to tylko wymówka. Carolina mieszka daleko ode mnie i od tego domu i pracuje jako producentka modowa w czasopiśmie o satynowych kartkach. Nie
potrzebuje mnie.
Zostałam tu, bo żyje tu moja matka. Czy umarła może gdzieś żyć? Może
raczej jest obecna. Odkąd ją odkryłam, lepiej rozumiem to słowo.
Najpierw ją wyczułam, dopiero potem zobaczyłam.
Moja matka była szczęśliwą kobietą, póki nie zachorowała na raka i nie
wprowadziła się do mnie, żeby umrzeć. Agonia była długa, bolesna i odarta z godności. Nie zawsze tak jest. Mądry chory, który z łóżka, już
bez włosów i z pożółkłą skórą, udziela lekcji życia, to idiotyczna
romantyzacja, ale prawdą jest, że zdarzają się osoby, które cierpią
mniej. To kwestia fizjologii, ale również temperamentu. Moja mama miała
alergię na morfinę. Nie mogła jej brać. Musiałyśmy stosować bezużyteczne
środki przeciwbólowe. Umarła, krzycząc. Opiekowałyśmy się nią ja i pielęgniarka, najlepiej jak tylko się dało. Ale nie dało się zrobić zbyt
wiele. Jestem lekarką, lecz od dawna nie przyjmuję pacjentów, wolę
pracować w administracji w prywatnej firmie medycznej. W wieku
sześćdziesięciu lat brakuje mi już energii, cierpliwości i pasji. Prawdą
jest również, że przez długi czas zaprzeczałam (zaprzeczenie to potężny
narkotyk) temu, co musiałam przyjąć do wiadomości po śmierci matki.
Istnieją duchy i one mnie nawiedzają. Szukają mnie. Nie widzę ich
jedynie ja, w szpitalu pielęgniarki uciekały z krzykiem. Ja je
uspokajałam, mówiłam: "dziewczyny, zbyt łatwo ulegacie sugestii".
Usłyszałam jej krzyk pewnego ranka, krzyk mojej matki. Nie nad ranem,
nie w nocy, tylko w tej pełnej światła godzinie, nietypowej dla ducha.
Domy w dzielnicy, chociaż ładne, stoją bardzo blisko siebie, jak
brytyjskie domy w zabudowie bliźniaczej, semi-detached: wybudowali je
angielscy przedsiębiorcy kolejowi dla swoich pracowników. Moja sąsiadka
Mari, która nigdy nie wychodzi z domu, bo panicznie boi się, że ją
okradną, zabiją i kto wie, co jeszcze, wychyliła się przerażona przez
okno wychodzące na mój ogródek przed domem dokładnie wtedy, kiedy ja
wyszłam, żeby sprawdzić, czy nie ma nikogo na ulicy, głupi odruch
bezwarunkowy wywołany moim własnym przerażeniem: nie mogłam uwierzyć, że
słyszę krzyki zmarłej matki. Pomyślałam, że może to ktoś na ulicy. Jakiś
wypadek, bójka. Mari też pamiętała prawdziwe krzyki mojej matki i była
zdumiona, sparaliżowana strachem.
-?To telewizor, Mari, wracaj do środka.
-?Ale zauważyłaś podobieństwo, prawda?
-?Tak. To niewiarygodne.
I weszłam z powrotem do domu.
Zdezorientowana zaczęłam szukać po domu źródła krzyków i błagać matkę -
takim głosem, jakbym się modliła -?by ściszyła nadajnik. Nie prosiłam,
żeby przestała wyć, tylko żeby była bardziej dyskretna, jedynie tego
chciałam. Już wcześniej zdarzało mi się to z innymi duchami, najpierw w szpitalu, potem w klinice. Mama zawsze miała poczucie humoru, więc
prośba o ściszenie nadajnika ją rozśmieszyła. Nie znalazłam jej tego
dnia, chociaż wzięłam wolne w pracy; udało mi się to w nocy, siedziała
na podłodze w pokoju, w którym umarła, zmienionym teraz w składzik
mebli, bo zawsze brakuje mi czasu, by je wyrzucić albo rozdać. Była
chuda, ale tak jak na początku swojej choroby nowotworowej; nie była to
ta wysuszona, żylasta kobieta z ostatnich miesięcy. Nie chciałam się do
niej zbliżać; oparłam się o drzwi i, z trzęsącymi się kolanami,
zaśpiewałam. A kiedy jej śpiewałam, opadłam na podłogę i znalazłyśmy się
naprzeciwko, ja usiadłam ze skrzyżowanymi nogami, ona klęczała.
Śpiewałam piosenkę, która ją uspokajała, gdy ból był nie do zniesienia,
przynajmniej chciałam w to wierzyć. Tamtej nocy nie krzyczała.
Ale duchy, zdążyłam się już tego nauczyć, potrafią się wkurzyć. Nie
wiem, co myślą, o ile w ogóle myślą, bo one raczej powtarzają, a ich
powtórzenia wydają się bezmyślnymi odruchami, ale na pewno mówią i na
pewno mają swoje zdanie oraz napady złego humoru. Mama chodzi po domu,
niekiedy czuje moją obecność, a niekiedy nie. I od czasu do czasu mam
wrażenie, że wraca do niej wściekłość. Wściekłość na swoje zdegradowane
ciało, sztuczny odbyt, poniżenie; przedtem taka elegancka, pamiętam, jak
płakała: "smród, ten smród". Bywał gorszy niż fizyczne cierpienie. Wtedy
krzyczy. Często to krzyki czystej wściekłości. Mam wiele sposobów, żeby
ją uspokoić, nie ma jednak sensu ich tu wyliczać.
Interesujące jest natomiast to, co zaczęło dziać się w dzielnicy. Wtedy
uświadomiłam sobie, że ani ja nie oszalałam -?tak pomyślałam, każdy na
widok swojej zmarłej matki wchodzącej po schodach pomyślałby tak samo -
ani ona nie była jedyną zjawą.
Moi sąsiedzi robią zebrania dotyczące bezpieczeństwa. Nie osiągnęli zbyt
wiele. W dzielnicy zdarzały się włamania, kradzieże z użyciem przemocy,
raz pobito staruszkę. To okropne, co się dzieje. Ale oni są jeszcze
okropniejsi. Na zebraniach krzyczą, że płacą podatki (co tylko po części
jest prawdą: większość, kiedy tylko może, stara się ich unikać jak każdy
Argentyńczyk z klasy średniej); nakupowali broni i chodzą na kursy, żeby
nauczyć się jej używać, i opowiadają, jak powinna zachować się policja:
zawsze proponują zabicie przestępcy, znieważanie go, średniowieczne
metody, oko za oko i tym podobne rzeczy. Jeden starszy mężczyzna -
trochę starszy ode mnie -?którego nie znam, mówi, że trzeba powbijać
głowy tych "czarnych" na piki, jak w epoce kolonialnej. Nikt go nie
cenzuruje, nikt nawet nie przewraca oczyma. Wszystkie zebrania kończą
się wspominaniem dobrych dziadków moich sąsiadów, imigrantów z Europy,
którzy przybyli tu z pustymi rękami, żeby uczciwie pracować; byli
wprawdzie biedni, ale mieli swoją godność. Kolejny mit. Wśród imigrantów
z tamtej epoki zdarzali się biedacy i drobne złodziejaszki, ale też
anarchiści poszukiwani przez policję, a lwia ich część została
nieuczciwymi kupcami, którzy woleli zarabiać pieniądze, niż zawracać
sobie głowę dylematami etycznymi. Ale już się o to nie kłócę, o ile w ogóle kiedyś się kłóciłam. Pogodziłam się z tym zdrowym rozsądkiem,
który współdzielą. Zdrowy rozsądek to kłamstwo, ale kwestionowanie
wiarygodnego kłamstwa to wyzwanie dla tytanów.
Chodzę na te zebrania, bo chcę znać ich plany. Jeśli któregoś dnia
chcieliby zamknąć ulicę, wolałabym dowiedzieć się o tym z wyprzedzeniem.
Już mi się to zdarzyło z alarmem, który włączyłam niechcący, opierając
się o czyjeś drzwi, żeby sprawdzić wiadomości w telefonie. Bez mojej
zgody umieścili też kamerę na moim domu, ale muszę przyznać, że
urządzenie mi się przydaje. Gdy ktoś spróbuje się włamać, mogę to
zobaczyć. W rzeczywistości próbowali już ze dwa razy. Teraz kamera się
popsuła, a ja wciąż nie znajduję czasu, by ją naprawić. Ciągle słyszę w głowie słowa mojej córki: "Mamo, przez twój upór kiedyś cię zabiją i to
ja znajdę twoje ciało, i mam nadzieję, że odłożyłaś pieniądze na moją
terapię, bo ja się nie wypłacę".
Na zebraniu zwołanym w połowie lipca rozpętało się piekło.
To, co się wydarzyło, było potworne i w całej dzielnicy zaroiło się od
kamer z telewizyjnych wiadomości, darmowych kanałów, kablówki i innych
mediów. Trzy dziewczyny, nastolatki, wracały nad ranem z imprezy.
Musiały przejść przez naszą dzielnicę, żeby dojść do bloków. Ktoś
strzelał do nich z samochodu. Nie miały czasu, żeby uciec. Zmarły na
ulicy. Były bardzo młode -?wszystkie trzy miały po piętnaście lat -?więc
szły za ręce i blisko siebie, żeby czytać wiadomości na ekranie
telefonu. Tak ukazane są na zdjęciu: blisko siebie, ale na ziemi, jedna
na drugiej, w krótkich koszulkach ukazujących ich płaskie brzuchy, w zakrwawionych legginsach i nowych adidasach. Jedna miała twarz
zmasakrowaną od kul i patrzyła na koronę drzewa tym, co zostało jej z oczu. Dwie pod nią wykrwawiły się na miejscu. Kiedy zwołano zebranie
mieszkańców, wciąż nie ustalono, kim są mordercy, ale to, co się stało,
wydawało się oczywiste: dziewczynki musiały być córkami albo krewnymi, w każdym razie kimś ważnym dla średnio potężnego kryminalisty: pirata
drogowego, mininarco, alfonsa. Ta osoba albo nie oddała komuś pieniędzy,
albo kogoś obraziła, i to była zemsta. Czas przyznał rację mieszkańcom.
Na rogu, na którym zabito dziewczynki, rozpięto żółtą taśmę policyjną,
ale wokół zaczęły się pojawiać bukiety kwiatów, serduszka z kartonu i pluszowe misie, uliczny ołtarzyk z ofiarami odpowiedniejszymi raczej dla
małych dzieci niż nastolatek.
Zobaczyłam je któregoś wieczora, gdy wracałam z pracy. Wysiadam z taksówki na ulicy zabójstwa pełnej taśm policyjnych i podarków mających
przypominać dziewczyny. "Lu, zostaniesz w naszych sercach na
zaaaaaaawsze". "Sprawiedliwość dla Natalii". "Aniołku, odeszłaś zbyt
szybko". Szły, robiąc sobie zdjęcia: trzy głowy obok siebie, żeby się
zmieścić w kadrze, języki z piercingiem wysunięte (czemu dziewczyny tak
bardzo lubią wystawiać język?), kolejna seria zdjęć z ustami w dzióbek,
ta przedwczesna sensualność, która wygląda sztucznie, a na prawdziwych
zdjęciach dziewczyn wykorzystanych w gazetach robiła szczególnie
szokujące wrażenie; zdjęcia ukradziono z Instagrama albo TikToka, jak
wyjaśniła mi córka: nie rozumiałam tych obrazków z mordką pieska albo
uszami króliczka i wtedy dowiedziałam się, że to "filtry".
Widmowe dziewczynki szły i się śmiały. O tej godzinie, była już prawie
noc, moja dzielnica się wyludnia. Noc jest ciemna i pełna potworności,
mawia kapłanka w epickim serialu, który moja córka ogląda jak szalona
fanatyczka, a który mnie nie wciąga, bo za dużo w nim postaci
(brutalność serialu, nie do przyjęcia dla wielu osób, mnie nie
przeszkadza). Widmowe dziewczyny nie mogły włączyć flesza i to
rozśmieszało je jeszcze bardziej. Były niesamowicie kompaktowe, nie
potrafię opisać tego inaczej. Sprawiały wrażenie żywych dziewczyn
robiących rzeczy typowe dla piętnastolatek: nieświadome, co dzieje się
dookoła, ubrane w ciuchy rozmiar albo dwa za małe, z włosami
pofarbowanymi na różne kolory, wir kosmyków, niebieskich, zielonych,
kruczoczarnych. Okna dzielnicy zaczęły nieśmiało się otwierać i cisza
zadudniła jak wystrzał. Ktoś z domu, obok którego dziewczyny akurat
przechodziły, krzyknął. Mnie dzieliło od nich pięćdziesiąt metrów, ale
widziałam je dobrze i zrozumiałam: jednej z szyi leciała krew. Sączyła
się powoli, strumyczkiem, a ona ścierała ją machinalnie, jakby
pochlapała się wodą albo jakiś chłopak oblał ją na imprezie piwem. Inna,
ta ze zmasakrowaną twarzą, beztrosko robiła zdjęcia; a ta
najdrobniejsza, wręcz chorobliwie szczupła, miała czerwone plamy na
brzuchu. Nie chciałam dłużej patrzeć, przypominała mi moją matkę, jej
raka, jej przedśmiertne wychodzenie.
Wtedy dziewczyny zaczęły oglądać zrobione przed chwilą zdjęcia. I po
tym, co zobaczyły, wybuchnęły płaczem. "Nie, nie, nie", jęczały i kręciły głowami, patrzyły na siebie nawzajem, patrzyły na zdjęcia i widziały brunatną zieleń zgnilizny, krew, rany postrzałowe odsłaniające
kości, ślepe oczy. Zdjęcia sprawiały, że ulotniło się ich
piętnastoletnie przekonanie o tym, że przyjaźń jest piękna, a życie trwa
wiecznie. Po szlochu przyszedł czas na szalony bieg w kółko. Widmowe
dziewczyny biegały zrozpaczone, ich wycie było naprawdę przerażające.
Wycie rozpaczy wynikającej z dezorientacji. Czy dowiedziały się, że nie
żyją, dopiero w tej chwili? Jakie to niesprawiedliwe: umarli mają
szczęście, że nie widzą, jak się rozkładają. Nawet duchy. Moja matka, na
przykład: jej obraz się nie rozkłada. Są różne typy duchów. Zastanawiam
się, czy ich obraz emanuje z nich, czy z nas, którzy je widzimy. Czy są,
czy nie są wytworem zbiorowym.
Sąsiedzi również zaczęli krzyczeć. To było szaleństwo. Dwieście metrów
szaleństwa. Usłyszałam, że ktoś zemdlał, a ktoś inny błagał o karetkę,
ale kto miałby po nią zadzwonić z tymi dziewczynami wokół,
rozkładającymi się w pięknym, złotym świetle zmierzchu? Jedna z nich, ta
z zakrwawioną szyją -?kula rozerwała jej tętnicę -?przypominała mi
Carolinę. Nie wiem dlaczego. Nie ze względu na ubranie: dziewczyna miała
na sobie koszulkę i tanie legginsy, które można kupić w dzielnicy, nawet
w supermarkecie. Ale coś w sposobie noszenia tych zwyczajnych ciuchów
przypominało mi niezwykłą elegancję mojej córki (mówię "niezwykłą", bo
ja nie mam daru pozwalającego zrozumieć, który kolor pasuje do którego
albo jakie spodnie sprawią, że moje nogi wydadzą się dłuższe). Tak, jej
legginsy były tanie, z czarnej lycry, ale włożyła do nich białą bluzkę,
bardzo ładną, zasłaniającą pośladki i wielkie adidasy, chyba męskie,
całość miała swój styl -?urban chic, powiedziałaby moja córka, bardzo
specyficzny. Adidasy były w jaskrawym kolorze indygo, a na zakrwawionej
szyi miała łańcuszek z zawieszką w wiktoriańskim stylu, ten ironiczny
akcent przełamywał sportowy look. Opisując ją, naśladuję, tak mi się
zdaje, styl mojej córki, która do swoich modowych stylizacji zawsze
dołącza notkę ob. Wyjaśniającą. Może właśnie dlatego do nich podeszłam,
że przypominała mi Carolinę. Oczywiście, że się bałam, serce waliło mi
jak oszalałe, czułam je jakby w żołądku, jakby przesunęło się ze swojego
miejsca. Jestem już za stara, żeby mnie tak straszyć, ryzykuję tym, że
arytmia wymknie się spod kontroli albo dostanę zawału serca. Poza tym
sąsiedzi patrzyli. Ale nie mogłam ich tak zostawić. Czy wiedziałam, że
potrafię je uspokoić? Tak, wiedziałam o tym. Takie rzeczy się wie. W szpitalu, kiedy uspokoiłam moje pierwsze duchy już ponad dziesięć lat
temu, też o tym wiedziałam. Ale w szpitalu nieszczególnie się
uspokajały. Było ich zbyt wiele i nakręcały się wzajemnie. Histeria jest
zaraźliwa także pośród duchów, to bardzo ciekawe. Oczywiście nikt nigdy
tego nie zbada, bo nikt w to nie uwierzy. Mnie samej jest wstyd. Myślę o tym i przypomina mi się program z kablówki, żałosny przez swoją
fałszywość i swoją strukturę, o spirytystach z Hollywood i poszukiwaczach duchów, na przykład. Programy telewizyjne kryzysu idei i kryzysu gospodarczego, zrealizowane z udziałem złych aktorów według
jeszcze gorszych scenariuszy, wszystkie identyczne, wszystkie
ignoranckie, nawet nie zabawne. Nie jestem taka, powtarzam sobie, ale
jednocześnie w jakiś sposób właśnie taka jestem.
Zawołałam dziewczyny po imieniu i to wystarczyło, by na mnie spojrzały.
Ale nie, żeby przestały krzyczeć. Do tego musiałam z nimi porozmawiać.
Poprosić, żeby skasowały zdjęcia. Z początku nie chciały słuchać, zawsze
tak jest. A potem skłonić je, by poszły dalej. Trochę rozśmieszyć.
Pogadać o ciuchach. Zapytać, z jakiej imprezy wracają. Nie wspominać
słowem o zabójstwie. Krzyknęły jeszcze raz, kiedy zobaczyły miejsce
zbrodni i taśmę policyjną, ale szybko krzyki umilkły, przeszły w szloch
i uściski, łzy użalania się nad sobą, aż w końcu dziewczyny zniknęły, a raczej rozpłynęły się, ich sylwetki wyparowały, jakby namalowano je
akwarelami albo jak paruje alkohol.
Musiałam usiąść na chwilę na krawężniku. Wkrótce zjawił się sąsiad
Julio, bardzo miły; kiedyś miał uroczy bar w dzielnicy, ale nie mógł
dłużej wynajmować lokalu, był za drogi, za drogie były napoje i jedzenie, miał za mało klientów, jednym słowem: stara historia o bankrutujących barach i restauracjach, która przyprawia mnie o bezgraniczny smutek, i chyba mam dla Julia więcej sympatii, niż na to
zasługuje.
-?Co pani zrobiła, pani doktor?
-?Mów mi Emma, Julio, proszę, mów mi Emma.
-?Co zrobiłaś, Emmo?
Pytanie powtarzało się przez kolejne tygodnie. Odbyły się półsekretne
zebrania tych, którzy widzieli, co zaszło. Potem zebrania stawały się
coraz liczniejsze, przychodzili także ci, którzy nie byli świadkami
zdarzenia. Oczywiście wzbudziło ono ogromną nieufność i niedowierzanie.
Byłam wykończona. Opowiedziałam im o swojej matce. Moja sąsiadka Mari
potwierdziła autentyczność historii, ale miała do mnie pretensję, że
wtedy ją okłamałam, mówiąc, że krzyki dochodziły z telewizora.
-?A co miałam powiedzieć, Mari? Sama się bałam. Myślałam, że
zwariowałam.
To nie była prawda, przynajmniej nie całkiem. Człowiek wie, kiedy
wariuje, i nie dzieje się to z dnia na dzień, nawet w konsekwencji
traumy. Wszystko, wszystko w naszym ciele jest procesem. Również śmierć.
Sąsiedzi zaczęli szukać mojej pomocy. W sekrecie. Zawstydzeni. Epidemia
duchów -?bo z tym mieliśmy do czynienia -?zbiegła się z najgorszym
momentem naszej dzielnicy. Ten, kto zlecił zbrodnię na trzech
nastolatkach, zawiadował teraz interesami w blokach i jako że ludzie
byli przerażeni, kradzieże ustąpiły miejsca porwaniom. Specyficznym
porwaniom nazywanym "ekspresowymi". Ofiarę zmuszano, żeby wsiadła do
samochodu, a potem zabierano na rajd po bankomatach, aż wypłaciła kwotę,
która zadowalała porywaczy. Czasem ekspresowe porwania kończyły się
przemocą, pobiciami, gwałtami, czasem strzelaniną, wszystko z powodu
niewiarygodnego nieporozumienia: złodzieje, w większości przypadków
bardzo młodzi, nie byli obeznani z funkcjonowaniem banków. Dlatego nie
rozumieli zasad wypłacania pieniędzy z bankomatów w Argentynie. Ze
względów bezpieczeństwa dozwolona kwota wypłaty jest bardzo niewielka.
Jakieś 25 tysięcy peso dziennie, dwa razy więcej, jeśli właściciel karty
ma konto w banku, do którego należy bankomat. Jeśli ktoś ma więcej niż
jedno konto, może zwiększyć kwotę, wypłacając z różnych banków. Ale
jeśli nie, no cóż, kwota nie jest imponująca. A złodzieje, podniecone i wystraszone chłopaki, chcą więcej. Jako że nie wiedzą, jak się wypłaca
pieniądze, bo nigdy tego nie robili, sądzą, że ofiara ich okłamuje. Że
nimi gardzi i chce ich oszukać. "Myślisz, że jestem debilem? No to
zobacz". I wtedy następuje cios, uderzenie lufą, panika. Mnie jeszcze
coś podobnego nie spotkało, ale to przytrafia się ciągle, także
mieszkańcom bloków, podkreślam, bo nie chcę być niesprawiedliwa, w żadnym wypadku wszyscy mieszkańcy bloków nie są przestępcami, wiele osób
ma mieszkanie tam tak samo, jak ja mam dom tutaj, i nie chce albo nie
może się przeprowadzić, i tyle.
Pierwszy sąsiad przyszedł akurat w momencie, kiedy gawędziłam z mamą.
Czasem z nią rozmawiam. W końcu ona tam jest, i chociaż się nie odzywa,
to patrzy na mnie i czasem przytakuje. Jeśli nie jest wściekła, śmieje
się. Szkoda, że nie mówi, bo bawiłybyśmy się lepiej. Nie zapraszam
przyjaciółek do domu w obawie, że pokaże się mama. Moja córka przychodzi
coraz rzadziej, ale to nie jej wina, ma dużo pracy. W tym kraju lepiej,
żeby korzystała z tego, że w ogóle ma pracę, u nas nigdy nie wiadomo,
kiedy ją stracisz, czy już jesteś na wylocie (polecenie zwolnienia
personelu może nadejść znienacka), a zdobycie kolejnego etatu może
potrwać parę lat. Lepiej więc mieć oszczędności na czarną godzinę.
Rozmawiamy przez telefon i na czacie. Ona nie wie o babci.
Powiedziałabym jej, ale po co. Teraz to nie ma sensu.
Pierwszym sąsiadem okazał się Paulo. Ma dwie małe córeczki, chodzą do
podstawówki. Żona "ma zszargane nerwy", to znaczy cierpi na ataki
paniki. Paulo ma brata w Stanach i na zebraniach ciągle opowiada, jak
dobrze się tam żyje, jak bezpiecznie. Nie wyprowadzam go z błędu. Jak
mówiłam, nie lubię się kłócić. Paulo długo nie miał odwagi opowiedzieć
mi o swoim problemie. Zapytał mnie nawet, czy może zapalić, i zdziwił
się, kiedy mu pozwoliłam. Dla rozluźnienia atmosfery powiedziałam: "Sam
pan wie, że większość lekarzy pali. Zbyt dużo stresu".
Problem Paula był następujący: mniej więcej trzy miesiące wcześniej
złodziej próbował włamać się mu do domu. Przez dach. Paulo wiedział, że
to złodziej, bo przyszedł z małym pistoletem. Dwudziestką dwójką.
Zobaczyli go: Paulo zamknął żonę i dziewczynki, złapał młotek -?nie
należał do tych, którzy kupili broń -?i miał dzwonić po policję. Ale
nagle zobaczył, z okna parteru, na którym się znajdował, jak złodziej
ślizga się i spada z dachu na patio. Wtedy przypomniałam sobie to
zdarzenie, rozmawialiśmy o nim na jednym z sąsiedzkich zebrań:
poprosiliśmy nasz rejonowy posterunek numer 9 o więcej patroli. Złodziej
umarł od obrażeń. Nie pytałam Paula, czy pozwolił mu umrzeć, ale sądzę,
że tak było. Jestem pewna, że mężczyzna spadł z dachu i może by przeżył,
gdyby karetka przyjechała na czas. Mogę wyobrazić sobie Paula
przyglądającego się z okna, jak włamywacz umiera, stojącego z młotkiem w ręku, niczym lokalny bóg mogący decydować o czyjejś śmierci. Czy
zrobiłabym to samo, żeby ocalić rodzinę? Możliwe. Łatwo jest mówić o etyce, gdy temu, co kochamy, nie zagraża niebezpieczeństwo. Lubię jednak
myśleć, że postąpiłabym inaczej. Jestem osobą myślącą pozytywnie. Wolę
naiwność i paternalizm niż nienawiść.
Tak czy owak, włamywacz wracał. Słyszeli, jak chodzi po dachu. Żona
usłyszała go pierwsza, ale Paulo jej nie uwierzył. W końcu miała
zszargane nerwy, biedaczka. Aż sam usłyszał kroki. I wtedy zobaczył go
jeszcze raz, jak spada na patio. Bezszelestnie. To właśnie robi duch
tamtego złodzieja, chodzi i spada, chodzi i spada. Już na ziemi,
opowiedział mi Paulo, "tarza się ze śmiechu".
Zgodziłam się tam pójść którejś nocy. Żona o zszarganych nerwach
skorzystała z okazji, by pokazać mi przepisane leki. Tak z grubsza dawki
wydały mi się za duże, ale wiem, że teraz lekarze wolą przepisać za dużo
leków, niż zlecić gruntowną terapię. Zaprosili mnie na kolację,
kiełbaski z purée ("to ze względu na dziewczynki", wyjaśniła matka, "nie
chcą jeść nic innego"), ale ja już jadłam w domu. Czekałam. Odgłos
kroków rozległ się, kiedy dziewczynki były już w łóżkach, na szczęście.
Uznałam, że moje zadanie zacznie się po upadku z dachu, kiedy duch
zakończy już nocną rundę.
Kilka minut spędzonych z nim wystarczyło, nieważne, co mu powiedziałam,
co zrobiłam: przychodzi moment, kiedy wszystko staje się zupełnie
mechaniczne. To było moje trzecie spotkanie ze zbuntowanymi duchami,
chociaż tak naprawdę uspokajałam tamte, to znaczy moją matkę i nastolatki, wiele razy. Ja nie wysyłam duchów w żadne miejsce, dobre ani
złe. Nie ma spokoju, ostatecznego zamknięcia. Nie ma wybaczenia. Nie ma
przejścia. To wszystko fikcje. Uspokajam je tylko i przekonuję, by nie
ukazywały się z częstością nieznośną dla żywych, co działa przez jakiś
czas. Ale potem wracają, jakby o wszystkim zapominały, i trzeba zaczynać
od nowa. Dlaczego? Pamiętam, że tuż po ślubie z moim mężem wzięliśmy
śliczną kotkę, z czarnym noskiem, całą białą, która zdawała się ciągle
zapominać, że w każdy weekend rozpieszczaliśmy ją specjalnym tuńczykiem,
z tych droższych, za którym przepadała. Kiedy zastanawiałam się, czy nie
ma jakichś problemów z pamięcią, mąż mówił: "Nie, po prostu ma maleńki
móżdżek. Nie widzisz, jaką ma małą główkę?". A przecież jej pyszczek był
taki inteligentny. I duchy też trochę takie są. Wydają się ludzkie,
wydają się inteligentne, ale są tylko filamentem zmuszonym do
powtarzania. Nie mają mózgu, choć mają coś, co moglibyśmy nazwać
"myślącym". Sęk w tym, że jest to równie małe co u mojej kotki, która
nazywała się Florencia i każdej nocy przed snem mruczała, leżąc między
moim mężem i mną. Tęsknię za moim mężem, ale nie jako za partnerem
życiowym. Tęsknię za jego przyjaźnią, pogawędkami z nim, za jego
jedzeniem (doskonale gotuje). Ale on chce być zakochany i opiekować się
kimś, a ja chcę być sama.
Po duchu złodzieja pojawiły się następne. Skąd ta inwazja, zapytałam
matkę, a ona sprawiała wrażenie, jakby słuchała z uwagą. Nie
odpowiedziała mi, bo nie może, ale ja znałam odpowiedź: to nie dzielnica
sprowokowała inwazję. To byłam ja. Ja je przyciągałam. Dlatego nie miało
sensu, bym się wyprowadzała, chyba że odkryłabym, jak pozbyć się
magnesu. Ale magnes mi nie przeszkadzał. Strach szybko zmienił się w adrenalinę. Kiedy upływało zbyt wiele dni, a żaden sąsiad nie pukał do
mnie, zaczynałam się niecierpliwić.
Ale ta historia ma znaczenie tylko ze względu na jednego ducha, z którym
postąpiłam inaczej. Któremu nie mogłam albo nie chciałam pomóc. A może
to sąsiadom pomagałam? Wszystko mi się miesza.
Moja córka ma urodziny 23 grudnia. W tym roku, może dlatego, że
widywałyśmy się rzadko, zaprosiła mnie na swoją bardziej "prywatną"
imprezę (urządziła inną, dla przyjaciół, we wcześniejszy weekend: nie
jest przesądna, nie przeszkadza jej świętowanie przed właściwą datą) i zaproponowała, żebym została na święta aż do Nowego Roku, oczywiście
jeśli mam ochotę, w jej mieszkaniu w dzielnicy Palermo. Wiedziałam, że
na pewno ktoś zaprosił ją na sylwestra, więc odmówiłam spędzania go z nią, ale zgodziłam się na wspólne Boże Narodzenie i na kilka dni po nim.
Opuściłam dom z torbą podróżną i wzięłam taksówkę: jakiś czas temu
sprzedałam auto. Nie byłam jeszcze stara, ale już nie tak młoda, żeby
prowadzić z uwagą niezbędną w takim mieście jak Buenos Aires. Spędziłam
z córką miłe dni. Kłóciłyśmy się mało, śmiałyśmy się dużo. Obejrzałyśmy
wspaniały serial i prawie zakochałam się w Nedzie Starku, okazie
mężczyzny z gatunku, z którym nigdy się nie wiązałam, z kwadratową
szczęką i plecami bestii. Poza tym aktor nie jest o wiele młodszy ode
mnie. Jakieś dziesięć lat, policzyłam. Któregoś wieczoru chciałam
opowiedzieć jej o swoich zdolnościach spirytystycznych, które objawiły
się na starość. Otworzyłyśmy właśnie dobrze schłodzonego szampana i wypiłyśmy go z sorbetem cytrynowym, idealnym na przytłaczający, wilgotny
miejski upał. Ale przestraszyłam się, że zrujnuję ten prawie perfekcyjny
czas. Ona miałaby prawo uznać, że mam demencję. Wróciłam więc do siebie
dwudziestego dziewiątego po południu, metrem, bo próba przejechania
przez miasto byłaby szaleństwem: do typowych protestów na koniec roku
doszło kilka dodatkowych: urzędników państwowych żądających podwyżki,
pikietujących blokujących ruch uliczny (postulat: zasiłki), zwolnionych
przed Ministerstwem Pracy (postulat: przywrócenie do pracy) oraz marsz
domagający się większego bezpieczeństwa przed Kongresem. Zamordowano
szesnastolatka, Matíasa o jakimś włoskim nazwisku. Podobno został
porwany. Porwanie ekspresowe, tyle że chłopak był niepełnoletni i nie
miał karty do bankomatu, więc porywacze zmienili plany i postanowili
zażądać od rodziny okupu. Rodzina nie miała kasy. Tej samej nocy, kiedy
wciąż siedzieli w samochodzie -?pewnie nie wiedzieli, dokąd go zawieźć -
chłopak im zwiał. Nie zdołał uciec zbyt daleko, zastrzelili go w slumsach blisko mojego domu, otaczających nas od północy, tam gdzie miał
powstać kompleks sportowy, ale teren stał odłogiem, aż zmienił się w dzielnicę nędzy; ciągle mówi się o wysiedleniu jej mieszkańców, ale nikt
tego nie robi. Dokąd mają wysłać tych ludzi? Niektóre domki zbudowano
nawet z przyzwoitych cegieł i mają górne piętro. Niedawno idąc po
zakupy, zobaczyłam, że otwarto tam nowy kiosk i lodziarnię. W slumsach
zatrzymano parę osób, ale podobno porywacze nie byli stamtąd. W telewizji domagano się kary śmierci, jak zawsze w podobnych przypadkach.
Niespodziewanie, mimo że do morderstwa doszło tak blisko, mieszkańcy
mojej dzielnicy nie zwołali pilnego zebrania. Czekałam kilka dni (na
esemesa albo wiadomość na kartce przyklejonej skotchem do drzwi), ale
była tylko cisza, opuszczany wzrok w warzywniaku, pośpiech przy kupnie
papierosów w kiosku. Przypisywałam to zdenerwowaniu, choć moi sąsiedzi
nie reagują zwykle podobnym napięciem, lecz wyolbrzymionym i krzykliwym
lękiem.
Obudziło mnie stukanie do drzwi. Było późno, zrozumiałam to, zanim
spojrzałam na zegarek: od wczesnej młodości kładę się spać nad ranem, to
zwyczaj z nocnych dyżurów w szpitalu, którego nigdy nie potrafiłam się
pozbyć. Uderzenia były ciche. Postanowiłam je zignorować. Ale powtarzały
się, rytmiczne, nieustępliwe, coraz bardziej stanowcze, aż zdałam sobie
sprawę, że teraz ktoś dobija się obiema pięściami, jakby chciał wywalić
drzwi. Przestraszyłam się. Pomyślałam, żeby zamknąć drzwi do sypialni,
ale oczywiście nie miały klucza. Czym mogłam zagrodzić drogę temu komuś,
kto chciał dostać się do środka? Powinnam zadzwonić do swojej sąsiadki
Mari? Na policję? Usiadłam na łóżku, a kiedy usłyszałam szepty, pot
zamarzł mi na dłoniach, ale jednocześnie się uspokoiłam: do drzwi nie
dobijała się prawdziwa osoba. Jej cichy głos, jej błaganie nie mogłyby
dotrzeć do mnie spod drzwi wejściowych. "Proszę mi otworzyć, błagam
panią", mówił. Zwracał się do mnie per pani. Z szacunkiem. "Proszę,
właśnie uciekłem. Nie chcę pani okraść, nie jestem złodziejem, zostałem
porwany. Proszę mi otworzyć, bo mnie zabiją, zabiją mnie".
Zbiegłam po schodach i wyjrzałam przez okno. Chłopak stał na ścieżce.
Wysoki nastolatek, dobrze widoczny w świetle latarni. Był blady, jak
wszyscy umarli, ale nie mogłam dostrzec ran, choć miał na sobie letnie
ubrania, białą koszulkę, spodenki piłkarskie, buty sportowe. Jak go
zabili? Nie mogłam sobie przypomnieć. Dni z córką spędziłam na szczęście
z dala od wiadomości i telewizji. Więc zjawił się przed moim domem
Matías o włoskim nazwisku, zabity kilka przecznic stąd, a ja nie
wiedziałam, dlaczego puka do drzwi, jeszcze wtedy nie miałam też
pojęcia, że zamordowano go tak blisko.
Chociaż można było się tego domyślić. Czy milczenie moich sąsiadów miało
związek z tą zjawą? Oczywiście, że tak, pomyślałam. I to nie tylko w jeden sposób.
Nastoletni Matías przestał pukać do drzwi. Podszedł do okna, a w jego
oczach, żywych, całkiem żywych, mających w sobie coś owadziego, ten
bzyczący blask chrząszczy, dojrzałam żądzę zemsty i furię. Nie bałam się
go, bo wiedziałam, że nie może skonkretyzować tej zemsty w świecie
materialnym, ale frustracja związana z bezsilnością dodawała kolejnych
warstw jego wściekłości, nieskończonych warstw. Zamierzał spędzić cały
swój czas (a podejrzewam, że Matías o włoskim nazwisku dysponował czasem
nieskończonym), przemierzając tę ulicę. Jeśli będzie to konieczne, do
końca istnienia tej ulicy. Nie da spać tym, którzy dopomogli w jego
zamordowaniu. Nigdy. Przenigdy.
-?Nie otworzysz mi? -?zapytał. Miał przezroczysty głos, bardzo różny od
głosu żywego człowieka. Już nie zwracał się do mnie z szacunkiem.
Zbliżyłam się do drzwi, przekręciłam klucz, otworzyłam. Matías został w progu. Wtedy zobaczyłam ranę na jego skroni. Subtelną, podobną do
pieprzyka. Nie krwawiła. Przypominał mi samobójców przywożonych do
szpitala. W większości byli to mężczyźni, w większości w jego wieku,
może o kilka lat starsi, nie wszyscy strzelali tak precyzyjnie, zwykle
masakrowali sobie twarz albo wsuwali lufę do ust.
-?Teraz już za późno -?stwierdził Matías.
Wiedziałam, że nie potrafię go uspokoić. Nie jego. Powiedziałam mu dość
głośno:
-?Tamtej nocy nie było mnie w domu! Wiesz o tym. Otworzyłabym ci.
-?Tak? Nie wierzę ci.
Rozmowa, nie tylko odpowiedź na pytanie. Matías o włoskim nazwisku mógł
rozmawiać. Czym różnił się od innych? Stałam na progu, światło było
zapalone, drzwi otwarte, i przyglądałam mu się. Krążył dalej. Biegał od
domu do domu i walił we wszystkie drzwi. Najpierw po cichu, potem
pięściami, na końcu kopniakami. Najpierw prosił, by go wpuścili,
uprzejmie i z szacunkiem, a na koniec wyzywał, przerażony, ale też
zdumiony swoją złością, desperacją. Moi sąsiedzi zapalali światła, ale
nikt nie otwierał. Słyszałam, jak niektórzy jęczą.
Matías o włoskim nazwisku dobijał się do drzwi aż do wschodu słońca.
Dopiero wtedy zamknęłam swoje drzwi. Nie pominął żadnego domu. Wszyscy
dostali to, na co zasłużyli.
Znalazłam jego włoskie nazwisko w internecie. Cremonesi. Matías
Cremonesi. Szesnaście lat, chodził do szkoły średniej, grał w kosza -
jasne, z takim wzrostem -?i zastrzelono go na małym boisku do piłki
nożnej w slumsach. Jednego z zabójców złapano. Oczywiście zeznał, że
broń należała do tego drugiego, tego, który strzelał, i zrobili to tylko
dlatego, bo chłopak, uciekając, zobaczył ich twarze. I znali się. Ten,
którego złapano, mieszkał w blokach, podobnie jak Matías. Po co porywać
sąsiada? Porywacz, zaledwie dziewiętnastoletni, powiedział, że nie mieli
takiego zamiaru, chcieli tylko, żeby wyjął kasę z bankomatu, "ale
powiedział, że nie ma karty, okłamał nas, i wtedy się wściekliśmy,
byliśmy za bardzo wkurzeni".
Naprawdę nie miał karty. W jego wieku nikt nie ma konta w banku, a rodzice pewnie nie mieli pieniędzy ani czasu, by wyrobić mu kartę do
swojego rachunku. Płacił gotówką, jak wszystkie dzieciaki, jak jego
zabójcy. Tamci, amatorzy, o tym nie wiedzieli.
Tego popołudnia odwiedził mnie sąsiad, Julio, ten od restauracji, która
zbankrutowała. Inni sąsiedzi przysłali Julia, bo wiedzieli, że go lubię.
Julio nie owijał w bawełnę jak Paulo, który widział śmierć złodzieja.
Mówił konkretnie. Nie czuł się winny. Tak, wszyscy słyszeli pukanie
chłopaka tamtej nocy. Tak, wszyscy pomyśleli, że to kłamstwo, podstęp
inteligentnego złodzieja, który udawał ofiarę, żeby dostać się do domu.
Tak, kiedy wyjrzeli ukradkiem przez okno i zobaczyli nastolatka, uznali,
że ich przypuszczenia są słuszne: czy wszyscy złodzieje nie byli młodzi?
I nie zaczynaj mi bredzić, że też są ofiarami, powiedział. Bo tak
myślisz. Wszyscy są ofiarami tego społeczeństwa. Przestań pierdolić,
Emma. Ja nie otworzyłam nawet ust. To dlatego, że ciebie nigdy nie
okradli, nie są żadnymi ofiarami. Wciąż nie otwierałam ust. Zrozumiałam,
że próbuje uporać się z własnym poczuciem winy.
-?Jak długo pukał do drzwi? -?zapytałam. -?Jak długo prosił, by go
wpuścić?
Nienawiść w spojrzeniu widma podszyta była strachem, aż buzowała w nim
adrenalina ostatniej nocy, kiedy nie tylko zginął, ale też zrozumiał, że
jest sam, że nikt mu nie pomoże, nawet sięgając po telefon, że otaczają
go kaci bez kaptura, ukrywający się za maskami klasy średniej i przyzwoitych sąsiadów.
Julio nie chciał odpowiedzieć. Twierdził, że nie wie. Dużo czasu. Czy to
ma znaczenie?
Ma znaczenie, odpowiedziałam. Bo chłopak jest wściekły. I co mam mu
powiedzieć, żeby zostawił nas w spokoju? Że się pomyliliśmy? To nie
wystarczy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki