Słońce o północy - Amy McCulloch

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Pa­trzę, jak truchta po tra­pie z za­ci­śnię­tymi po bo­kach pię­ściami. Unika spoj­rze­nia za­afe­ro­wa­nego ofi­cera sto­ją­cego przy wej­ściu na sta­tek i pę­dzi wzdłuż ko­lejki pa­sa­że­rów cze­ka­ją­cych do od­prawy na po­dróż ży­cia.

Przez lor­netkę wy­daje się taki mały. Mi­ni­czło­wie­czek. Cze­kam, ale tamta ko­bieta za nim nie bie­gnie. Nie­ważne. Moje plany uwzględ­niały taką moż­li­wość. Zresztą tak jest na­wet pro­ściej.

Wy­star­czyło ich ob­ser­wo­wać, uzbroić się w cier­pli­wość i po­cze­kać, aż nada­rzy się oka­zja. Każda chwila tylko po­twier­dzała to, co dla mnie od po­czątku było ja­sne: ta dwójka za­słu­guje na wszystko, co ich czeka.

Spo­glą­dam na te­le­fon i otwie­ram wą­tek wia­do­mo­ści sprzed kilku mi­nut.

MU­SIMY PO­GA­DAĆ.

Nie da rady, od­pi­sał.

BĄDŹ W HO­TELU ZA PIĘT­NA­ŚCIE MI­NUT, BO INA­CZEJ WSZY­SCY OBEJ­RZĄ TO NA­GRA­NIE.

Zro­zu­miał, że le­piej mnie nie igno­ro­wać. Zwłasz­cza gdy zo­ba­czył do­łą­czony do ese­mesa zrzut z ekranu. Na pewno zmro­ziło mu to krew.

Od­kła­dam lor­netkę. Te­raz, kiedy wiem, że na pewno jest w dro­dze, mam jesz­cze kilka mi­nut, żeby się przy­go­to­wać do ko­lej­nego etapu. Wyj­muję pu­dełko ze strzy­kawką, upew­niam się, że jest na­peł­niona i go­towa do zro­bie­nia za­strzyku. Ba­gaże są spa­ko­wane, cze­kają przy drzwiach na moją ucieczkę.

Per­so­nel ho­te­lowy prze­każe mu moją wia­do­mość i ode­śle do są­sied­niego po­koju, spraw­dzam więc, czy na pewno drzwi mię­dzy nimi są otwarte i lekko uchy­lone. W tym dru­gim po­koju na sto­liku stoi już przy­go­to­wany lap­top, z ekra­nem zwró­co­nym ty­łem do drzwi.

Cze­kam i w końcu sły­szę, jak wcho­dzi. Dzwo­nię.

Od­biera po pierw­szym dzwonku, tak wście­kły, że pra­wie pluje do te­le­fonu.

- Speł­ni­łem wszyst­kie twoje żą­da­nia. Na tym miało się skoń­czyć.

- To za mało. Daj mi to, czego chcę, bo ina­czej na­gra­nie, które znaj­dziesz na tym lap­to­pie, po­leci na żywo.

- Po­wie­dzia­łem ci, że mo­żesz o tym za­po­mnieć. Sta­tek od­pływa za go­dzinę. Masz już pie­nią­dze. Nie mo­żesz wciąż żą­dać wię­cej. Chyba pora dać nam spo­kój.

- Ja tak nie uwa­żam. Włącz lap­topa, a zo­ba­czysz, jak bar­dzo was to za­boli.

Cze­kam, aż usią­dzie przy sto­liku. Ale to tylko wy­bieg. Gdyby ist­niał ja­kiś do­wód, to wszystko nie by­łoby ko­nieczne. Ko­rzy­sta­jąc z jego nie­uwagi, wcho­dzę do po­koju.

- Co, do kurwy? - sły­szę, jak mam­ro­cze, kiedy klika na plik vi­deo i nic się nie od­twa­rza.

Skrzyp­nię­cie pod­łogi pod ho­te­lo­wym dy­wa­nem zdra­dza moją obec­ność. On zrywa się gwał­tow­nie na nogi.

Ale jest już za późno. Rzu­cam się na niego i wbi­jam mu igłę w szyję. Nie ma czasu, żeby na­wet pró­bo­wać wal­czyć. Mój atak był na­gły i nie­spo­dzie­wany. A wstrzyk­nięty śro­dek działa na­prawdę szybko.

Kiedy osuwa się na pod­łogę, spraw­dzam jego kie­sze­nie, szu­ka­jąc cze­go­kol­wiek, co może mi się przy­dać. Za­cią­gam jego ciało do dru­giego po­koju, za­re­zer­wo­wa­nego na cały przy­szły ty­dzień. Po­tem upew­niam się, że na drzwiach wej­ścio­wych wisi za­wieszka z na­pi­sem "Nie prze­szka­dzać". Wy­cho­dzę, za­my­kam za sobą drzwi i się od­da­lam. Spo­dzie­wam się, że długo nikt go nie znaj­dzie.

Do tego czasu mnie dawno już tu nie bę­dzie.

Bądź co bądź, śpie­szę się na sta­tek.

1

Dwa­dzie­ścia cztery go­dziny wcze­śniej

Za mia­stecz­kiem wzno­siły się wiel­kie ośnie­żone góry, któ­rych po­szar­pane szczyty wzbi­jają się w ja­sno­błę­kitne niebo. Łań­cuch gór­ski Mar­tial otu­lał Ushu­aię, naj­bar­dziej wy­su­nięte na po­łu­dnie mia­sto na świe­cie, bę­dące tym sa­mym bramą do An­tark­tydy.

Mroźna bryza owie­wała jej ciało, kiedy Oli­via wpa­try­wała się w ciem­no­szare mo­rze. W por­cie cu­mo­wało z pół tu­zina jach­tów, a ptaki ta­plały się w mor­skiej pia­nie, wy­ry­wa­jąc so­bie z dzio­bów sre­brzy­stą rybę cap­niętą tuż pod po­wierzch­nią. Fale były spo­kojne, chlu­po­tały de­li­kat­nie o ka­mienne mury przy­stani. Na ra­zie nic nie za­po­wia­dało sro­giej, burz­li­wej po­gody, z któ­rej sły­nęły te za­kątki świata.

Oli­via wie­działa, że nie­któ­rym lu­dziom bli­skość wody przy­nosi po­cie­chę. Ale nie jej. W niej woda wzbu­dzała tylko strach, który ści­skał ją za gar­dło, gro­żąc udu­sze­niem.

Chwy­ciła się mocno me­ta­lo­wej po­rę­czy, wzięła głę­boki wdech i ob­jęła wzro­kiem wielki sta­tek za­do­ko­wany w por­cie. MS Vi­gil. Ju­tro za­bie­rze ją jed­nym z naj­nie­bez­piecz­niej­szych wod­nych szla­ków - przez Cie­śninę Drake'a - na ostatni kon­ty­nent. Ten prze­ro­biony na wy­ciecz­ko­wiec nor­we­ski lo­do­ła­macz był za­pro­jek­to­wany tak, aby z ła­two­ścią prze­dzie­rać się przez skute lo­dem wody i po­larne bu­rze. Wcze­śniej za­po­znała się z jego spe­cy­fi­ka­cją tech­niczną, a także z nie­na­ganną re­pu­ta­cją ka­pi­tana, je­śli cho­dzi o kwe­stie zwią­zane z bez­pie­czeń­stwem. Wie­działa, że nie ma się czego oba­wiać.

Ale strach jej nie opu­ścił.

Jej wzrok przy­kuł ja­kiś ruch w doku. Z po­kładu MS Vi­gil po tra­pie scho­dziło dwóch męż­czyzn. Kiedy się upew­niła, że jed­nym z nich jest jej chło­pak Aaron, po­ma­chała do niego, cie­sząc się, że od­wró­cił jej uwagę. Pu­ściła zimny me­tal i po­czuła pie­cze­nie w dło­niach.

Nie była pewna, czy Aaron ją wi­dział. Je­śli tak, to nie za­re­ago­wał. Mniej wię­cej w po­ło­wie drogi męż­czyźni się za­trzy­mali, na­chy­lili ku so­bie i wy­mie­nili parę słów. Na­stęp­nie uści­snęli so­bie dło­nie i się roz­stali; Oli­via pa­trzyła, jak ten drugi od­dala się w prze­ciw­nym kie­runku. Nie pa­mię­tała go z po­ran­nego spo­tka­nia, ale nic w tym dziw­nego - po­znała wów­czas wiele osób, a twarz tego męż­czy­zny za­sła­niał kap­tur kurtki ob­szyty fu­trem. To mógł być każdy.

Zmarsz­czyła brwi, lecz na­gle Aaron od­wró­cił się do niej. Po­liczki miał za­czer­wie­nione od mroź­nego wia­tru, jego zwy­kle per­fek­cyj­nie uło­żone brą­zowe loki były po­tar­gane. Na jej wi­dok roz­cią­gnął usta w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Le­piej się czu­jesz, Livi? - za­py­tał, kiedy prze­szedł przez bramki bez­pie­czeń­stwa od­gra­dza­jące dok od parku. Za­nim zdą­żyła od­po­wie­dzieć, po­ca­ło­wał ją go­rąco.

Nie, chciała od­po­wie­dzieć. Nie je­stem na to go­towa. Po­cze­kam tu na cie­bie, bez­pieczna na lą­dzie. Ale ja­koś prze­mo­gła lęk. Wie­działa, że to dla nich de­cy­du­jący mo­ment - za­równo dla ich związku, jak i dla biz­nesu. Aaron znowu jej za­ufał, cho­ciaż w dniu jego wiel­kiej au­kcji bar­dzo go za­wio­dła.

Mimo to nie dał się oszu­kać.

- Jak już ru­szymy, na pewno ci się spodoba. Ten sta­tek jest nie­sa­mo­wity, tro­chę jak ko­ły­szący się bu­ti­kowy ho­tel. Na­wet się nie zo­rien­tu­jesz, że je­steś na wo­dzie.

- Wszystko już za­ła­twione? - spy­tała, ła­piąc go pod ra­mię, kiedy od­da­lali się od przy­stani.

- Mu­szę jesz­cze do­piąć parę rze­czy. - Aaron nad­zo­ro­wał na statku przy­go­to­wa­nia do wy­jąt­ko­wego po­kazu dzieł wy­bit­nego ar­ty­sty Ko­stasa Yen­nina. Re­pre­zen­to­wał go od lat, po­mału bu­du­jąc jego po­zy­cję, ale Yen­nin przez długi czas nie był w sta­nie się wy­bić w świe­cie sztuki. Jego ka­riera roz­wi­nęła się bły­ska­wicz­nie do­piero po tra­ge­dii, którą była przed­wcze­sna śmierć ma­la­rza: jego ob­razy sprze­da­wały się na au­kcjach za mi­liony fun­tów, ga­le­rie i mu­zea za­częły się o nie za­bi­jać, a liczba fa­nów w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych gwał­tow­nie wzro­sła. Aaron wo­lał być jed­nak ostrożny. Wi­dział wielu uta­len­to­wa­nych ar­ty­stów, któ­rzy wzbu­dzili wielką sen­sa­cję, ale nie osią­gnęli sta­tusu "blue chip", czyli nie wy­ro­bili so­bie marki gwiazd z gór­nej półki, któ­rych ob­razy wciąż zy­ski­wały na war­to­ści.

Pra­gnął stwo­rzyć trwałe dzie­dzic­two Yen­nina, a to wy­ma­gało dzia­łań, które wy­róż­ni­łyby go spo­śród reszty. Po­nie­waż wszyst­kie jego dzieła były in­spi­ro­wane pięk­nem re­jo­nów pod­bie­gu­no­wych, Aaron wy­ne­go­cjo­wał układ po­zwa­la­jący po­łą­czyć sztukę z przy­godą. Prace Yen­nina miały być pre­zen­to­wane wy­łącz­nie na po­kła­dzie statku MS Vi­gil, któ­rego pa­sa­że­ro­wie zy­ska­liby wy­jąt­kową oka­zję uczest­ni­cze­nia w eks­klu­zyw­nej au­kcji na mo­rzu.

Gdyby ten po­mysł oka­zał się suk­ce­sem, for­mat wy­staw zo­stałby wpro­wa­dzony na wszyst­kich stat­kach wy­ciecz­ko­wych na­le­żą­cych do firmy Pio­neer Ad­ven­tu­res, dzięki czemu na­zwi­sko Yen­nina sta­łoby się znane na ca­łym świe­cie, a cena jego prac wzro­słaby nie­wy­obra­żal­nie. Nie mó­wiąc o tym, że Aaron zy­skałby re­pu­ta­cję jed­nego z czo­ło­wych świa­to­wych mar­szan­dów.

Po­sta­no­wił za­ło­żyć agen­cję Hunt Ad­vi­sory z za­mia­rem zna­le­zie­nia ko­lej­nego Yen­nina. I, ku jej zdzi­wie­niu, chciał, żeby Oli­via do­łą­czyła do tego przed­się­wzię­cia.

- Z twoją głową do fi­nan­sów i moją kre­atywną wi­zją by­li­by­śmy nie do po­bi­cia - oznaj­mił.

Oli­via nie wie­działa, co po­wie­dzieć. My­ślała, że tam­tego wie­czoru wszystko spie­przyła. Swoją ka­rierę. Swój zwią­zek. Swoje zdro­wie psy­chiczne. Tym­cza­sem on rzu­cił jej koło ra­tun­kowe, a ona ucze­piła się go obiema rę­kami. To była jej szansa, żeby za­cząć wszystko od nowa.

- O co cho­dzi? - spy­tała te­raz.

- Au­kcjo­ner z Art Abo­ard wpę­dzi mnie do grobu. To Ste­fan Gre­nville. Szkoda, że nie mo­gli­śmy sami ko­goś wy­brać.

To był fru­stru­jący, ale ko­nieczny kom­pro­mis: firma Art Abo­ard miała do­świad­cze­nie w pro­wa­dze­niu au­kcji na stat­kach, więc Aaron, chcąc nie chcąc, przy­stał na tę współ­pracę.

- Na­stęp­nym ra­zem tak zro­bimy. Po­win­nam tam być i cię wes­przeć.

Aaron lekko ści­snął jej rękę.

- Mu­sia­łaś od­po­cząć. Poza tym, je­śli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, bę­dziesz mieć mnó­stwo ro­boty na po­kła­dzie... i po na­szym po­wro­cie. Chcę, że­byś była wtedy w szczy­to­wej for­mie.

Po­ki­wała głową i oparła się o jego ra­mię, żeby nie wi­dział jej po­wąt­pie­wa­ją­cej miny. Kiedy po raz ostatni czuła, że jest w szczy­to­wej for­mie? Tamta jej wer­sja była już od­le­głym wspo­mnie­niem; Oli­via nie miała na­wet pew­no­ści, czy jesz­cze ist­nieje. Czy w ogóle chcia­łaby znów być tamtą osobą? Za­nim po­znała Aarona, przy­świe­cał jej tylko je­den cel: jak naj­szyb­ciej zdo­być upraw­nie­nia ak­tu­arialne, zo­stać wspól­niczką w fir­mie i wresz­cie za­ra­biać tyle, żeby móc utrzy­mać matkę, która po­trze­bo­wała ca­ło­do­bo­wej opieki. Co mie­siąc, ma­jąc na gło­wie wła­sny czynsz i pła­cąc za jej ośro­dek, le­dwo wią­zała ko­niec z koń­cem. Z każ­dym zda­nym eg­za­mi­nem do­sta­wała wpraw­dzie małą pod­wyżkę, ale to ni­gdy nie wy­star­czało.

Stąd też po­budki o pią­tej nad ra­nem, sześć­dzie­się­cio­go­dzinny ty­dzień pracy oraz na­uka do póź­nych go­dzin wie­czor­nych... które stały się dla niej normą. Oli­via nie do­pusz­czała do sie­bie my­śli, że mo­głaby zwol­nić i nie trzy­mać się tak kur­czowo szcze­bli ka­riery, po któ­rych nie­prze­rwa­nie się wspi­nała. Na­wet kiedy po­znała Aarona, ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, że mo­głaby sku­piać się nieco mniej na ob­ra­nym celu. Co wię­cej, dą­żyła do niego jesz­cze za­cie­klej niż kie­dy­kol­wiek. Aaron żył w świe­cie peł­nym splen­doru i wy­ra­fi­no­wa­nia. Oli­via uwiel­biała być jego czę­ścią, ale nie chciała tylko po­le­gać na swoim chło­paku - chciała mu do­rów­nać.

Z ze­wnątrz mo­gło się wy­da­wać, że wiodą ży­cie jak z ma­rzeń.

Tak na­prawdę utrzy­ma­nie ta­kiego stylu było nie­mal nie­moż­liwe.

Tam­tego wie­czoru to wszystko ją prze­ro­sło. Kom­plet­nie się za­ła­mała, co osta­tecz­nie miało ka­ta­stro­falne kon­se­kwen­cje.

My­ślała, że Aaron ni­gdy już jej nie za­ufa.

Mu­siała przy­znać, że się­gnęła dna. Gdy za­dzwo­niła do swo­jego le­ka­rza, w od­po­wie­dzi usły­szała: atak pa­niki i syn­drom wy­pa­le­nia za­wo­do­wego. Z jed­nej strony ucie­szyła się, że ktoś to po­twier­dził. Z dru­giej jed­nak po­czuła się bez­radna. Wie­działa, że nie może wró­cić do swo­jego wcze­śniej­szego ży­cia, ale in­nego nie znała. Na­wet gdyby wzięła urlop w pracy, po­szła na te­ra­pię, spró­bo­wała wy­lu­zo­wać i na­ła­do­wać ba­te­rie, to i tak by­łoby za mało.

W tym sa­mym cza­sie ka­riera Aarona na­bie­rała roz­ma­chu. Kiedy przed­sta­wił jej swój plan do­ty­czący Hunt Ad­vi­sory, to jakby rzu­cił jej koło ra­tun­kowe. Dał jej moż­li­wość wy­ko­rzy­sta­nia umie­jęt­no­ści i za­ro­bie­nia na lep­sze ży­cie, może na­wet po­zwo­le­nia so­bie na to, żeby tro­chę się nim na­cie­szyć.

Wszystko jed­nak za­le­żało od suk­cesu au­kcji, która miała się od­być na an­tark­tycz­nych wo­dach. A to zna­czyło, że Oli­via mu­siała się zmie­rzyć z ko­lej­nym ze swo­ich lę­ków.

Tym, który - jak są­dziła - za­ko­pała tak głę­boko, że już ni­gdy nie bę­dzie jej nę­kał.

Dla­czego? Dla­czego to wszystko mu­siało się od­by­wać aku­rat na statku?

Te­ra­peuta po­mógł jej to ja­koś prze­two­rzyć.

Nie bę­dziesz za nic od­po­wia­dać - tak jej po­wie­dział, kiedy mu wy­ja­śniła, jak bar­dzo boi się tej wy­prawy.

I miał ra­cję. Na statku była cała za­łoga. Do­świad­czony ka­pi­tan. Naj­wyż­szej klasy sprzęt na­wi­ga­cyjny.

Nie bę­dziesz mu­siała trzy­mać wachty.

Bę­dzie tylko pa­sa­żerką, bę­dzie się mo­gła zre­lak­so­wać i cie­szyć po­dróżą. Bę­dzie zu­peł­nie ina­czej niż ostat­nio.

Nie bę­dziesz za nic od­po­wia­dać.

Pro­ble­mem był jesz­cze sam cel owej po­dróży: An­tark­tyda. Kiedy wy­po­wie­działa to słowo na głos, my­ślała, że po­grąży się w głę­bo­kiej ot­chłani żalu. Gdy do­ra­stała, to miej­sce było dla jej ro­dziny czymś nie­mal mi­tycz­nym - je­dy­nym kon­ty­nen­tem, który zo­stał jej ojcu do zo­ba­cze­nia przed śmier­cią. Tym­cza­sem Oli­via zła­pała się na tym, że się uśmie­cha. W jed­nej chwili wró­ciły dawno za­po­mniane wspo­mnie­nia: to, jak jej tata roz­kła­dał mapy na stole ku­chen­nym, po­ka­zu­jąc różne trasy na Bie­gun Po­łu­dniowy, jak sia­dał po ciemku na skraju jej łóżka i opo­wia­dał o swoim ma­rze­niu, ja­kim było że­glo­wa­nie wśród gór lo­do­wych po ostat­nich na­prawdę dzie­wi­czych ostę­pach, uj­rze­nie hum­ba­ków oraz lam­par­tów mor­skich, spo­tka­nie z pin­gwi­nami i prze­pły­nię­cie koła pod­bie­gu­no­wego, żeby na wła­sne oczy zo­ba­czyć dzień po­larny i słońce świe­cące o pół­nocy. Jego półki na książki wręcz ugi­nały się pod cię­ża­rem bio­gra­fii Shac­kle­tona i Scotta. Oli­via była pewna, że gdyby uro­dził się w tam­tej epoce, sam rów­nież na­le­żałby do grona nie­ustra­szo­nych od­kryw­ców. Mu­siała też przy­znać, że za­ra­ził ją swoim en­tu­zja­zmem: jako dziecko za­sy­piała przy­tu­lona do plu­szo­wego pin­gwinka i śniła o tym, że któ­re­goś dnia od­wie­dzi Kra­inę Lodu.

Kiedy zmarł, Oli­via miała szes­na­ście lat. Póź­niej jej matka wy­rzu­ciła całą prze­pastną bi­blio­teczkę ojca do śmieci i za­bro­niła wspo­mi­nać o że­glo­wa­niu, ło­dziach czy eks­plo­ra­cjach. Oli­via ni­gdy tego nie kwe­stio­no­wała. Bo niby czemu? W końcu to ona była winna jego śmierci.

Po­krę­ciła gwał­tow­nie głową.

Tym ra­zem nie będę za nic od­po­wie­dzialna, po­wie­działa w my­ślach i wzięła głę­boki wdech. Naj­wyż­sza pora, żeby się z tym po­go­dzić i żyć da­lej.

Poza tym miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wali, było wręcz ide­alne do tego, żeby za­cząć od nowa. Wszystko w Ushuai wy­da­wało się ta­kie nowe i świeże. To małe mia­steczko le­żało na skraju urwi­stego i sma­ga­nego wia­trem ar­chi­pe­lagu zło­żo­nego z ty­sięcy słabo za­lud­nio­nych wy­se­pek, zwa­nego Tierra del Fu­ego, czyli Zie­mią Ogni­stą - co w pew­nym sen­sie za­kra­wało na iro­nię, po­nie­waż było tam nie­sa­mo­wi­cie zimno. Ushu­aia z ko­lei to uro­czy port ry­backi, pe­łen do­mów o ko­lo­ro­wych da­chach i stro­mych uli­czek scho­dzą­cych wprost nad wodę. Akwa­re­lowa smuga ciem­no­zie­lo­nego lasu pro­wa­dziła w głąb ośnie­żo­nych gór, które ota­czały mia­sto, kreu­jąc ka­me­ralną at­mos­ferę po­mimo kli­matu ro­dem z po­gra­ni­cza.

- Do ko­la­cji zo­stało jesz­cze kilka go­dzin - po­wie­dział Aaron. Zła­pał ją za rękę i mocno ści­snął. - Może wró­cimy do ho­telu?

- Po­cze­kaj. Chcę uwiecz­nić tę chwilę. - Oli­via za­trzy­mała się przy drew­nia­nym znaku, kilka kro­ków od wody. Ro­zej­rzała się za kimś, kogo mo­głaby za­cze­pić i po­pro­sić o zro­bie­nie zdję­cia. Ale wo­kół wiało pustką. Dziwne. Kiedy wcze­śniej tędy prze­cho­dziła, wręcz ro­iło się tu od tu­ry­stów za­bie­ga­ją­cych o fotkę.

W parku do­strze­gła tylko jed­nego męż­czy­znę, który opie­rał się o ra­chi­tyczne i tar­gane po­dmu­chami wia­tru drzewo. Miał na so­bie czarną kurtkę za­piętą pod samą szyję i czapkę na­cią­gniętą ni­sko na czoło. Kiedy po­chwy­cił jej spoj­rze­nie, Oli­via po­czuła, jak serce pod­cho­dzi jej do gar­dła. Zmro­ziło ją to, jak na nią pa­trzył, czy ra­czej na nich.

Zła­pała Aarona za ra­mię, lecz on w tej sa­mej chwili wziął od niej te­le­fon i uniósł go w wy­cią­gnię­tej ręce.

- Zróbmy so­bie sel­fie. - Usta­wił te­le­fon pod ta­kim ką­tem, żeby obiek­tyw ob­jął ich twa­rze.

Oli­via przy­tu­liła się do niego i uśmiech­nęła, spy­cha­jąc my­śli o dziw­nym fa­ce­cie w naj­dal­szy za­ka­ma­rek umy­słu.

Aaron prze­czy­tał na­pis na znaku:

- Ushu­aia: el fin del Mundo.

Sły­sząc te słowa, Oli­via aż się wzdry­gnęła. Ko­niec świata.

I oby po­czą­tek no­wego roz­działu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki