1
Dwadzieścia cztery godziny wcześniej
Za miasteczkiem wznosiły się wielkie ośnieżone góry, których poszarpane szczyty wzbijają się w jasnobłękitne niebo. Łańcuch górski Martial otulał Ushuaię, najbardziej wysunięte na południe miasto na świecie, będące tym samym bramą do Antarktydy.
Mroźna bryza owiewała jej ciało, kiedy Olivia wpatrywała się w ciemnoszare morze. W porcie cumowało z pół tuzina jachtów, a ptaki taplały się w morskiej pianie, wyrywając sobie z dziobów srebrzystą rybę capniętą tuż pod powierzchnią. Fale były spokojne, chlupotały delikatnie o kamienne mury przystani. Na razie nic nie zapowiadało srogiej, burzliwej pogody, z której słynęły te zakątki świata.
Olivia wiedziała, że niektórym ludziom bliskość wody przynosi pociechę. Ale nie jej. W niej woda wzbudzała tylko strach, który ściskał ją za gardło, grożąc uduszeniem.
Chwyciła się mocno metalowej poręczy, wzięła głęboki wdech i objęła wzrokiem wielki statek zadokowany w porcie. MS Vigil. Jutro zabierze ją jednym z najniebezpieczniejszych wodnych szlaków - przez Cieśninę Drake'a - na ostatni kontynent. Ten przerobiony na wycieczkowiec norweski lodołamacz był zaprojektowany tak, aby z łatwością przedzierać się przez skute lodem wody i polarne burze. Wcześniej zapoznała się z jego specyfikacją techniczną, a także z nienaganną reputacją kapitana, jeśli chodzi o kwestie związane z bezpieczeństwem. Wiedziała, że nie ma się czego obawiać.
Ale strach jej nie opuścił.
Jej wzrok przykuł jakiś ruch w doku. Z pokładu MS Vigil po trapie schodziło dwóch mężczyzn. Kiedy się upewniła, że jednym z nich jest jej chłopak Aaron, pomachała do niego, ciesząc się, że odwrócił jej uwagę. Puściła zimny metal i poczuła pieczenie w dłoniach.
Nie była pewna, czy Aaron ją widział. Jeśli tak, to nie zareagował. Mniej więcej w połowie drogi mężczyźni się zatrzymali, nachylili ku sobie i wymienili parę słów. Następnie uścisnęli sobie dłonie i się rozstali; Olivia patrzyła, jak ten drugi oddala się w przeciwnym kierunku. Nie pamiętała go z porannego spotkania, ale nic w tym dziwnego - poznała wówczas wiele osób, a twarz tego mężczyzny zasłaniał kaptur kurtki obszyty futrem. To mógł być każdy.
Zmarszczyła brwi, lecz nagle Aaron odwrócił się do niej. Policzki miał zaczerwienione od mroźnego wiatru, jego zwykle perfekcyjnie ułożone brązowe loki były potargane. Na jej widok rozciągnął usta w szerokim uśmiechu.
- Lepiej się czujesz, Livi? - zapytał, kiedy przeszedł przez bramki bezpieczeństwa odgradzające dok od parku. Zanim zdążyła odpowiedzieć, pocałował ją gorąco.
Nie, chciała odpowiedzieć. Nie jestem na to gotowa. Poczekam tu na ciebie, bezpieczna na lądzie. Ale jakoś przemogła lęk. Wiedziała, że to dla nich decydujący moment - zarówno dla ich związku, jak i dla biznesu. Aaron znowu jej zaufał, chociaż w dniu jego wielkiej aukcji bardzo go zawiodła.
Mimo to nie dał się oszukać.
- Jak już ruszymy, na pewno ci się spodoba. Ten statek jest niesamowity, trochę jak kołyszący się butikowy hotel. Nawet się nie zorientujesz, że jesteś na wodzie.
- Wszystko już załatwione? - spytała, łapiąc go pod ramię, kiedy oddalali się od przystani.
- Muszę jeszcze dopiąć parę rzeczy. - Aaron nadzorował na statku przygotowania do wyjątkowego pokazu dzieł wybitnego artysty Kostasa Yennina. Reprezentował go od lat, pomału budując jego pozycję, ale Yennin przez długi czas nie był w stanie się wybić w świecie sztuki. Jego kariera rozwinęła się błyskawicznie dopiero po tragedii, którą była przedwczesna śmierć malarza: jego obrazy sprzedawały się na aukcjach za miliony funtów, galerie i muzea zaczęły się o nie zabijać, a liczba fanów w mediach społecznościowych gwałtownie wzrosła. Aaron wolał być jednak ostrożny. Widział wielu utalentowanych artystów, którzy wzbudzili wielką sensację, ale nie osiągnęli statusu "blue chip", czyli nie wyrobili sobie marki gwiazd z górnej półki, których obrazy wciąż zyskiwały na wartości.
Pragnął stworzyć trwałe dziedzictwo Yennina, a to wymagało działań, które wyróżniłyby go spośród reszty. Ponieważ wszystkie jego dzieła były inspirowane pięknem rejonów podbiegunowych, Aaron wynegocjował układ pozwalający połączyć sztukę z przygodą. Prace Yennina miały być prezentowane wyłącznie na pokładzie statku MS Vigil, którego pasażerowie zyskaliby wyjątkową okazję uczestniczenia w ekskluzywnej aukcji na morzu.
Gdyby ten pomysł okazał się sukcesem, format wystaw zostałby wprowadzony na wszystkich statkach wycieczkowych należących do firmy Pioneer Adventures, dzięki czemu nazwisko Yennina stałoby się znane na całym świecie, a cena jego prac wzrosłaby niewyobrażalnie. Nie mówiąc o tym, że Aaron zyskałby reputację jednego z czołowych światowych marszandów.
Postanowił założyć agencję Hunt Advisory z zamiarem znalezienia kolejnego Yennina. I, ku jej zdziwieniu, chciał, żeby Olivia dołączyła do tego przedsięwzięcia.
- Z twoją głową do finansów i moją kreatywną wizją bylibyśmy nie do pobicia - oznajmił.
Olivia nie wiedziała, co powiedzieć. Myślała, że tamtego wieczoru wszystko spieprzyła. Swoją karierę. Swój związek. Swoje zdrowie psychiczne. Tymczasem on rzucił jej koło ratunkowe, a ona uczepiła się go obiema rękami. To była jej szansa, żeby zacząć wszystko od nowa.
- O co chodzi? - spytała teraz.
- Aukcjoner z Art Aboard wpędzi mnie do grobu. To Stefan Grenville. Szkoda, że nie mogliśmy sami kogoś wybrać.
To był frustrujący, ale konieczny kompromis: firma Art Aboard miała doświadczenie w prowadzeniu aukcji na statkach, więc Aaron, chcąc nie chcąc, przystał na tę współpracę.
- Następnym razem tak zrobimy. Powinnam tam być i cię wesprzeć.
Aaron lekko ścisnął jej rękę.
- Musiałaś odpocząć. Poza tym, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będziesz mieć mnóstwo roboty na pokładzie... i po naszym powrocie. Chcę, żebyś była wtedy w szczytowej formie.
Pokiwała głową i oparła się o jego ramię, żeby nie widział jej powątpiewającej miny. Kiedy po raz ostatni czuła, że jest w szczytowej formie? Tamta jej wersja była już odległym wspomnieniem; Olivia nie miała nawet pewności, czy jeszcze istnieje. Czy w ogóle chciałaby znów być tamtą osobą? Zanim poznała Aarona, przyświecał jej tylko jeden cel: jak najszybciej zdobyć uprawnienia aktuarialne, zostać wspólniczką w firmie i wreszcie zarabiać tyle, żeby móc utrzymać matkę, która potrzebowała całodobowej opieki. Co miesiąc, mając na głowie własny czynsz i płacąc za jej ośrodek, ledwo wiązała koniec z końcem. Z każdym zdanym egzaminem dostawała wprawdzie małą podwyżkę, ale to nigdy nie wystarczało.
Stąd też pobudki o piątej nad ranem, sześćdziesięciogodzinny tydzień pracy oraz nauka do późnych godzin wieczornych... które stały się dla niej normą. Olivia nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby zwolnić i nie trzymać się tak kurczowo szczebli kariery, po których nieprzerwanie się wspinała. Nawet kiedy poznała Aarona, nigdy nie przyszło jej do głowy, że mogłaby skupiać się nieco mniej na obranym celu. Co więcej, dążyła do niego jeszcze zacieklej niż kiedykolwiek. Aaron żył w świecie pełnym splendoru i wyrafinowania. Olivia uwielbiała być jego częścią, ale nie chciała tylko polegać na swoim chłopaku - chciała mu dorównać.
Z zewnątrz mogło się wydawać, że wiodą życie jak z marzeń.
Tak naprawdę utrzymanie takiego stylu było niemal niemożliwe.
Tamtego wieczoru to wszystko ją przerosło. Kompletnie się załamała, co ostatecznie miało katastrofalne konsekwencje.
Myślała, że Aaron nigdy już jej nie zaufa.
Musiała przyznać, że sięgnęła dna. Gdy zadzwoniła do swojego lekarza, w odpowiedzi usłyszała: atak paniki i syndrom wypalenia zawodowego. Z jednej strony ucieszyła się, że ktoś to potwierdził. Z drugiej jednak poczuła się bezradna. Wiedziała, że nie może wrócić do swojego wcześniejszego życia, ale innego nie znała. Nawet gdyby wzięła urlop w pracy, poszła na terapię, spróbowała wyluzować i naładować baterie, to i tak byłoby za mało.
W tym samym czasie kariera Aarona nabierała rozmachu. Kiedy przedstawił jej swój plan dotyczący Hunt Advisory, to jakby rzucił jej koło ratunkowe. Dał jej możliwość wykorzystania umiejętności i zarobienia na lepsze życie, może nawet pozwolenia sobie na to, żeby trochę się nim nacieszyć.
Wszystko jednak zależało od sukcesu aukcji, która miała się odbyć na antarktycznych wodach. A to znaczyło, że Olivia musiała się zmierzyć z kolejnym ze swoich lęków.
Tym, który - jak sądziła - zakopała tak głęboko, że już nigdy nie będzie jej nękał.
Dlaczego? Dlaczego to wszystko musiało się odbywać akurat na statku?
Terapeuta pomógł jej to jakoś przetworzyć.
Nie będziesz za nic odpowiadać - tak jej powiedział, kiedy mu wyjaśniła, jak bardzo boi się tej wyprawy.
I miał rację. Na statku była cała załoga. Doświadczony kapitan. Najwyższej klasy sprzęt nawigacyjny.
Nie będziesz musiała trzymać wachty.
Będzie tylko pasażerką, będzie się mogła zrelaksować i cieszyć podróżą. Będzie zupełnie inaczej niż ostatnio.
Nie będziesz za nic odpowiadać.
Problemem był jeszcze sam cel owej podróży: Antarktyda. Kiedy wypowiedziała to słowo na głos, myślała, że pogrąży się w głębokiej otchłani żalu. Gdy dorastała, to miejsce było dla jej rodziny czymś niemal mitycznym - jedynym kontynentem, który został jej ojcu do zobaczenia przed śmiercią. Tymczasem Olivia złapała się na tym, że się uśmiecha. W jednej chwili wróciły dawno zapomniane wspomnienia: to, jak jej tata rozkładał mapy na stole kuchennym, pokazując różne trasy na Biegun Południowy, jak siadał po ciemku na skraju jej łóżka i opowiadał o swoim marzeniu, jakim było żeglowanie wśród gór lodowych po ostatnich naprawdę dziewiczych ostępach, ujrzenie humbaków oraz lampartów morskich, spotkanie z pingwinami i przepłynięcie koła podbiegunowego, żeby na własne oczy zobaczyć dzień polarny i słońce świecące o północy. Jego półki na książki wręcz uginały się pod ciężarem biografii Shackletona i Scotta. Olivia była pewna, że gdyby urodził się w tamtej epoce, sam również należałby do grona nieustraszonych odkrywców. Musiała też przyznać, że zaraził ją swoim entuzjazmem: jako dziecko zasypiała przytulona do pluszowego pingwinka i śniła o tym, że któregoś dnia odwiedzi Krainę Lodu.
Kiedy zmarł, Olivia miała szesnaście lat. Później jej matka wyrzuciła całą przepastną biblioteczkę ojca do śmieci i zabroniła wspominać o żeglowaniu, łodziach czy eksploracjach. Olivia nigdy tego nie kwestionowała. Bo niby czemu? W końcu to ona była winna jego śmierci.
Pokręciła gwałtownie głową.
Tym razem nie będę za nic odpowiedzialna, powiedziała w myślach i wzięła głęboki wdech. Najwyższa pora, żeby się z tym pogodzić i żyć dalej.
Poza tym miejsce, w którym się znajdowali, było wręcz idealne do tego, żeby zacząć od nowa. Wszystko w Ushuai wydawało się takie nowe i świeże. To małe miasteczko leżało na skraju urwistego i smaganego wiatrem archipelagu złożonego z tysięcy słabo zaludnionych wysepek, zwanego Tierra del Fuego, czyli Ziemią Ognistą - co w pewnym sensie zakrawało na ironię, ponieważ było tam niesamowicie zimno. Ushuaia z kolei to uroczy port rybacki, pełen domów o kolorowych dachach i stromych uliczek schodzących wprost nad wodę. Akwarelowa smuga ciemnozielonego lasu prowadziła w głąb ośnieżonych gór, które otaczały miasto, kreując kameralną atmosferę pomimo klimatu rodem z pogranicza.
- Do kolacji zostało jeszcze kilka godzin - powiedział Aaron. Złapał ją za rękę i mocno ścisnął. - Może wrócimy do hotelu?
- Poczekaj. Chcę uwiecznić tę chwilę. - Olivia zatrzymała się przy drewnianym znaku, kilka kroków od wody. Rozejrzała się za kimś, kogo mogłaby zaczepić i poprosić o zrobienie zdjęcia. Ale wokół wiało pustką. Dziwne. Kiedy wcześniej tędy przechodziła, wręcz roiło się tu od turystów zabiegających o fotkę.
W parku dostrzegła tylko jednego mężczyznę, który opierał się o rachityczne i targane podmuchami wiatru drzewo. Miał na sobie czarną kurtkę zapiętą pod samą szyję i czapkę naciągniętą nisko na czoło. Kiedy pochwycił jej spojrzenie, Olivia poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Zmroziło ją to, jak na nią patrzył, czy raczej na nich.
Złapała Aarona za ramię, lecz on w tej samej chwili wziął od niej telefon i uniósł go w wyciągniętej ręce.
- Zróbmy sobie selfie. - Ustawił telefon pod takim kątem, żeby obiektyw objął ich twarze.
Olivia przytuliła się do niego i uśmiechnęła, spychając myśli o dziwnym facecie w najdalszy zakamarek umysłu.
Aaron przeczytał napis na znaku:
- Ushuaia: el fin del Mundo.
Słysząc te słowa, Olivia aż się wzdrygnęła. Koniec świata.
I oby początek nowego rozdziału.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki