Rozdział 1
Amara wpatrywała się z uśmiechem w jezioro. Księżniczce absolutnie nie wypadało stać boso w wodzie sięgającej niemal do kolan, ale właśnie dlatego to uwielbiała. Podniosła głowę, by wystawić twarz do słońca, i okręciła się wokół własnej osi. W takich chwilach była naprawdę wolna. Na krótki czas tytuł przestawał mieć znaczenie, a ona mogła robić, co dusza zapragnie. Odetchnęła głęboko, czując, jak promienie łaskoczą jej skórę.
Jezioro Świetlistej Wody plasowało się nader wysoko na liście ulubionych miejsc Amary. Delikatny szum wody, którą budził taniec wiatru, wyciszał emocje. Niekiedy do uszu księżniczki docierały rechotanie żab i dźwięki wydawane przez koniki polne. Kolorowe ptaki ćwierkały, dołączając się do tego zaczarowanego chóru. Razem brzmiało to jak niesamowita, harmonijna symfonia przyrody.
Wysokie drzewa bez wątpienia rosły tu od zarania dziejów i musiały słyszeć wiele fascynujących, jak i tragicznych historii. Kiedyś podobno same były żywymi istotami, tak przynajmniej powiadała jej mama. Amara, zainspirowana tymi podaniami, w szumie liści zawsze doszukiwała się sensownych słów... Ale może tych opowieści nie przeznaczono dla niej...
W powietrzu unosił się zapach kwiatów: tulipanów, stokrotek i lilii wodnych. W tym miejscu była obecna magia - co do tego Amara nie miała wątpliwości. Nie zdziwiłoby jej odkrycie, że pod pobliskimi grzybami mieszkają chochliki, a w barwnych płatkach rzadkie stworzenia nazywane iskierkami.
Niespodziewanie usłyszała tętent kopyt. Zbladła. Jednak gdy ujrzała dobrze znanego mężczyznę dosiadającego konia, na jej twarz powrócił uśmiech. Wyszła na brzeg i wycisnęła z sukni tyle wody, ile zdołała, lecz z marnym skutkiem. Wkładając buty, zastanawiała się, dlaczego pantofle księżniczek są tak niewygodne. Prędko przerwała te błahe rozważania, czując na sobie spojrzenie brata. Skrzywiła się.
- Nie patrz na mnie w ten sposób. Wiesz, że tego nie znoszę.
Aster jedynie westchnął, kręcąc głową.
- Jesteś niereformowalna, Amara. Cały pałac cię szuka, a ty się włóczysz nie wiadomo gdzie. - Aster skrzyżował ręce na piersi i zmarszczył brwi. - Wymykanie się z pałacu to jedno, lecz znikanie tuż przed Świętem Słońca jest skrajnie nieodpowiedzialne, nawet jak na ciebie.
Amara wydęła wargi i powstrzymała się przed tupnięciem nogą, wiedząc, że wówczas zachowa się jak dziecko. A właśnie tak postrzegał i traktował ją brat.
- Och, niech zgadnę, co zaraz powiesz. - Uniosła brew. - Amaro, czasem zachowujesz się strasznie głupio. Nie myślisz o innych, a rodziców kiedyś wpędzisz do grobu. O! I moje ulubione: czy ty choć niekiedy pamiętasz o tym, kim jesteś? - przedrzeźniała go, wyliczając na palcach.
- Dobrze wiesz, że nie powinnaś tu być. Szczególnie sama. Granica wcale nie jest tak daleko, jak mogłoby się wydawać, a Ildur to kraina barbarzyńców.
- Skąd ta twoja pewność? - zapytała spokojnie, lecz w jej umyśle narastał sprzeciw.
Od dawien dawna ludzie karmili się plotkami o sąsiednim państwie, ale Amara nie miała pojęcia, które z nich zawierały choćby ziarno prawdy. A musiały, bo w końcu nawet w bezsensownym gadaniu wieśniaków znajdzie się coś, co pokrywa się z rzeczywistością. Ildur, zwane również Królestwem Gwiazd, ciekawiło Amarę właściwie od zawsze. W ojczyźnie dziewczyny, czyli w Królestwie Słońca noszącym także miano Allire, mało kto myślał o przyjaźni z tą wrogą krainą.
Aster zacisnął wargi w wąską kreskę i zamilkł. Widząc to, Amara przewróciła oczyma. Odnosiła nieprzyjemne wrażenie, że wszyscy wokół nadal traktowali ją jak małą dziewczynkę, której trudno przyswoić najprostsze informacje.
- Jesteś okrutnie uparta, mówił ci to już ktoś? - Aster pokręcił głową, śmiejąc się cicho.
Amara wzruszyła ramionami. Jak mogła dowiedzieć się czegokolwiek, kiedy nawet brat zbywał ją w ten sposób? Założyła ręce na piersi, nie przejmując się już tym, że wygląda jak obrażone dziecko. Wszak niedługo miała wkroczyć w dorosłość, a wówczas rodzina będzie musiała powiedzieć jej dokładnie, co wydarzyło się lata temu między Królestwem Słońca a Królestwem Księżyca.
Odrzuciła te myśli, świadoma, że nie zdoła przekonać Astera do zwierzeń. Wzięła głęboki oddech i starała się ponad wszystko skierować umysł na przyjemniejsze tory. Podeszła do swojej klaczy, która podczas jej kąpieli wiernie czekała, pasąc się na trawie i poklepała ją po pysku. Usta Amary wykrzywił szelmowski uśmieszek. Wsiadła na konia, usadowiła się w siodle i ruszyła, zostawiając brata ze sobą. Nie miała ochoty na jego zrzędzenie, więc stęp prędko przerodził się w galop.
Roześmiała się głośno i złośliwie, gdy Aster wydał z siebie okrzyk pełen oburzenia. Niesforny kok rozpadł się zupełnie, gdy wiatr uderzył w policzki Amary, lecz ta nic sobie z tego nie robiła.
- Szybciej, kochana, szybciej! Musimy być w pałacu przed tym jęczyduszą! - zawołała pełna entuzjazmu i spięła łydkami bok zwierzęcia, na co koń wyraźnie przyspieszył.
Pędziła tak, jakby gonili ją umarli, póki na horyzoncie nie pojawił się ogromny pałac, z wieżami pnącymi się wysoko do nieba. Zbudowany z marmuru, stał tam od wielu, wielu wieków. Szyby wprawiono w długie, strzelisty ramy, a gdzieniegdzie dało się dostrzec także barwne witraże. Wejścia strzegła bogato zdobiona złota brama. Całą budowlę otaczały słynne na pół świata ogrody kryjące nader rzadkie gatunki roślin. Na Amarze nie robiła jednak szczególnego wrażenia - mieszkała tu od urodzenia. Za to każdy z gości zdawał się oszołomiony jej przepychem i wielkością.
Uśmiechnęła się, dotarłszy do stajni jako pierwsza, lecz uśmiech ten zaraz zgasł niczym świeca. Nie miała wątpliwości, że przyjdzie jej słono zapłacić za swój występek. Zacisnęła wargi, nie rozumiejąc, jak pragnienie wolności może być czymś niewłaściwym.
Przekazała konia stajennemu i skinęła głową w podzięce. Spojrzała smętnie na ogród świadoma, że powinna udać się do rodziców, by pokazać, że nie przydarzyło się jej nic złego.
Przemierzała zatem wybrukowaną drogę prowadzącą prosto do zamku. Liczyła, że brat jej nie dogoni, ale były to płonne nadzieje - po chwili usłyszała jego kroki.
- Sama do nich pójdę. Nie musisz mnie pilnować. - Zatrzymała się, obruszona.
- Amaro, wiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej. To wszystko z troski o moją młodszą siostrę.
Oczy Amary złagodniały jak na zawołanie. Oczywiście, że to wiedziała, i to od zawsze. Troszczył się o nią, był przy niej i bronił jej. Nie mogła wymarzyć sobie wspanialszego brata. Znajome jej dziewczęta narzekały na swoich braci, bo ci zabierali im lalki, ciągnęli za włosy. Ale nie Aster. Pokiwała głową.
- Wiem. I jestem ci za to wdzięczna. - Objęła się ramionami, kiedy przeszył ją dreszcz. - Tylko nie chcę się zmienić. Znasz mnie, powinieneś chociaż spróbować mnie zrozumieć. Potrzebuję świata, czegoś więcej niż pałac. A cały czas napotykam jedynie zamknięte drzwi. - Odwróciła wzrok. - Pójdę już, niech się dłużej nie zamartwiają.
Mężczyzna chyba zamierzał coś jeszcze dodać, bo otworzył usta, ale Amara nie chciała już słuchać i ruszyła przed siebie. Wiedziała, że jej zachowanie było egoistyczne, to wszystko przecież nie działo się z winy Astera. Westchnęła i postanowiła go potem przeprosić.
Straż bez słowa otworzyła przed nią wysokie wrota pałacu. Czuła na sobie spojrzenia wyrażające zdziwienie, ale nie przejmowała się nimi. To tylko mokra suknia. Wyschnie.
Szła korytarzami tak prędko, jak mogła, mając nadzieję nie wpaść na rodziców. Na spotkania z nimi zawsze wkładała coś odpowiedniego, coś, co konwenanse pochwalały, a przemoczone odzienie i włosy w nieładzie z pewnością na takie miano nie zasługiwały. Wpadła do swych komnat i z ulgą zatrzasnęła drzwi.
Te piękne wnętrza otrzymała w prezencie od rodziców, gdy skończyła piętnaście wiosen. Pokoje urządzono w jasnych, ciepłych barwach, a przez wysokie okna wpadało mnóstwo naturalnego światła. Drewniane meble, elegancki kominek i wyściełające niemal każdy kąt poduszki tworzyły przytulną atmosferę, tak przez Amarę uwielbianą. W złotych, ozdobnych ramach wisiały obrazy przedstawiające boginię słońca, samo słońce oraz galaktykę - wszystkie oczywiście stworzone przez najbardziej cenionych w królestwie malarzy i szkicowników.
Amara przeszła do części sypialnej, gdzie najwięcej miejsca zajmowało ogromne łoże starannie zaścielone muślinami. Dzwoneczkiem wezwała do siebie garderobianą. Na czas oczekiwania usiadła przed toaletką i pieczołowicie rozczesała włosy. Tak lepiej, wreszcie wyglądała niemal godnie. Splotła dłonie na podołku, a chwilę później usłyszała, że ktoś wchodzi i zamyka za sobą drzwi. Tak jak się spodziewała, próg pomieszczenia przekroczyła Saga, niska, urocza dziewczyna, za którą Amara przepadała.
- Wasza Wysokość. - Skłoniła się, co w ojczyźnie Amary przypominało taneczny krok.
- Pomóż mi, Sago, proszę. Dobierz odpowiednią suknię i uczesz mnie. - Amara spojrzała w lustrze na falujące włosy. - Albo nie. Wystarczy nałożyć diadem, nie chcę ich upinać.
Saga potaknęła, po czym przeszła do garderoby. Amara zaczęła nucić pieśń o kochankach, którzy nie mogli być razem, gdyż ich rody od dawien dawna żywiły do siebie jedynie nienawiść. Niski, głęboki głos księżniczki brzmiał czysto, wręcz doskonale. Od kiedy pamiętała, muzyka sprawiała jej mnóstwo radości, a dzięki lekcjom z najlepszymi nauczycielami śpiewała pięknie niczym słowik.
Służka wróciła, niosąc wybrany strój, ale zatrzymała się w pół kroku, widocznie zasłuchana w tęskną melodię. Westchnęła cicho, gdy ta się skończyła. Amara popatrzyła na Sagę i delikatnie się uśmiechnęła.
- To było wspaniałe - rzekła Saga ze szczerym zachwytem lśniącym także w jej oczach. - Wiem, że wiele razy to już słyszałaś, pani, wybacz.
- Nic się nie stało. Bardzo dziękuję za komplement. - Skinęła głową.
- Proszę, suknia dla Waszej Wysokości.
Amara zdjęła przemoczone odzienie, które, co prawda, zdążyło niemal wyschnąć, lecz materiał stał się ciężki i sztywny. Z ulgą pozwoliła włożyć na siebie lekką suknię w żółtym, subtelnym odcieniu, zachwycająco podkreślającym brąz jej skóry. Kiedy wybrała pasujący złoty diadem wysadzany perłami, spojrzała ponownie w zwierciadło. Sięgające do bioder brązowe włosy układały się w fale. W złotych, otoczonych długimi rzęsami oczach widniały wesołe iskry. Pełne usta w kształcie serca Saga ubarwiła różem. Długa do ziemi suknia odsłaniała ramiona, a pas zdobiony prawdziwymi kwiatami podkreślał talię. Skrzywiła się jedynie na widok piegów pokrywających ręce, policzki i nos.
- Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła, Sago. Możesz iść, dziękuję.
Służka pożegnała się, a następnie wyszła, zostawiając księżniczkę samą. Amara skierowała się do oficjalnych komnat ojca, pewna, że to tam czekają na nią rodzice. Przemierzała labirynt korytarzy niespiesznie i z uniesioną głową, tak jak nauczyła ją matka. Mimo że Amara nie potrafiła odnaleźć w tym sensu, etykieta i konwenanse stanowiły nader ważną część życia dworskiego. Dziewczyna nie zawahałaby się nawet przed stwierdzeniem, że one tym życiem kierowały.
Stanęła przed rzeczonym pomieszczeniem i zapukała. Usłyszała krótkie: "wejść", i to właśnie uczyniła. W środku panował zaduch, ledwo było czym oddychać. Od podłogi do sufitu ciągnęły się wypełnione tysiącami ksiąg regały. Znajdowały się tu również wygodne, pikowane fotele barwy szkarłatu - to na nich spoczywała para królewska. Amara natychmiast się wyprostowała, czując na sobie wzrok rodzicieli. Uśmiechnęła się lekko, mając nadzieję, że zdoła ich udobruchać.
- Mamo, tato. - Dygnęła.
Amara nie po raz pierwszy pomyślała, że jej rodzice wyglądają razem przepięknie. Pasowali do siebie jak dwie połówki jednego owocu. Księżniczka uniosła kąciki ust, dostrzegając ich złączone dłonie.
Królowa Elwen uosabiała wdzięk i grację. Czarne jak heban włosy zapleciono w warkocz, a następnie ułożono w koronę. Wetknięta w nie złota tiara wysadzana bursztynami zdradzała jej pozycję społeczną. Oczy w kolorze ciemnej czekolady patrzyły ciepło na córkę, a na wargach gościł uśmiech. Czerwona suknia przywodziła na myśl zachód słońca, a jej rękawy rozszerzały się od łokcia w dół.
Dopiero potem Amara spojrzała na ojca. Król zacisnął usta w wąską kreskę i zmarszczył brwi. Miał jaśniejszy odcień skóry niż Amara i Elwen. Nawet wtedy, gdy był w codziennym stroju, czyli w białej koszuli i bez korony, rozmówca z łatwością wyczuwał, że obcuje z kimś o szlachetnym pochodzeniu. Księżniczka celowo unikała patrzenia mu w oczy, takie same jak jej własne - złociste z jaśniejszymi gdzieniegdzie plamkami.
- Usiądź. - Ojciec wskazał najbliższy fotel.
Amara uczyniła to, co nakazał, i splotła dłonie na podołku. Wbiła wzrok w punkt na ścianie za rodzicami. Milczenie przerwało chrząknięcie Elwen.
- Amaro, zapewne wiesz, dlaczego chcieliśmy się z tobą rozmówić.
Dziewczyna spuściła głowę. Była przygotowana na wyrzuty, a przynajmniej tak jej się zdawało. Wszak tyle już razy przeprowadzano z nią takie pogadanki. W jej umyśle pojawiały się kolejne możliwe usprawiedliwienia, lecz nie umiała zdecydować się na jedno, które brzmiałoby najbardziej racjonalnie. Uniosła wzrok i przeniosła go na rodziców.
- Mam wrażenie, że się tego domyślam.
- Na początek oboje z tatą chcemy zapewnić, że w ciebie wierzymy i że masz nasze wsparcie. Zawsze cię wysłuchamy i doradzimy ci - obwieściła Elwen z powagą, chwytając dłoń córki.
Amara przekrzywiła głowę, starając się odnaleźć sens w słowach matki.
- Cokolwiek by się działo, postąpię tak, jak należy - odparła powoli, postanawiając wybadać grunt.
- Jestem dumny, słysząc to, córeczko. - Dopiero wówczas mężczyzna się uśmiechnął.
- A wątpiłeś. Wiedziałam od początku, że tym razem się mylisz, mój drogi.
Przez moment rozmawiali ze sobą tak, jakby Amara im nie towarzyszyła. Zacisnęła wargi, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje.
- Mamo, tato, czy możemy przejść do sedna sprawy?
- Naturalnie. Jak wiesz, Aster zrzeka się tronu, by móc poślubić księżniczkę Odette i zostać cesarzem Havren. Tym samym jesteś naszą jedyną następczynią. Ty obejmiesz władzę, nie ma bowiem możliwości, żebyśmy przekazali państwo oraz poddanych w obce ręce.
Amara odniosła wrażenie, że zgubiła się w zawiłym labiryncie i nie może chwycić nici, która by ją z niego wywiodła. Słyszała poszczególne słowa, lecz te znajdowały się jak gdyby obok niej i wcale nie układały w całość.
Gdy jej umysł zaczął się rozjaśniać, z trudem przełknęła ślinę. To Aster miał być władcą, a nie ona. Czuła, jak jej ciało pochłania fala gorąca, a policzki oblewają rumieńce. A zatem to tak. Aster usuwał się w cień, a przez to ją wtrącał w otchłań, której tak bardzo się obawiała. On zdecydował o sobie sam, na nią zaś spadł ciężar jego wyboru.
Dlatego tak się o mnie martwił. Niewiarygodne.
Już otwierała usta, by zaprzeczyć i wyjaśnić, że Aster jej o niczym nie poinformował, a ona przenigdy się na to nie zgodzi, ujrzała jednak rozświetlone dumą twarze rodziców. Kochała ich za bardzo, by powiedzieć im prawdę i tym samym ich rozczarować. Ktoś inny przesądził właśnie o jej losie, lecz uśmiechnęła się i wyprostowała, mimo że jej barki uginały się pod niewidzialnym brzemieniem.
- Nie zawiodę was, przysięgam - rzekła uroczyście, nie mając pojęcia, jakim cudem jej głos nie załamał się ani razu.
W głębi serca wzbierał krzyk, ale przecież dama nie zwykła okazywać negatywnych emocji. Musiała zdusić je w sobie i udawać, że wszystko jest dobrze - tyle pamiętała z lekcji etykiety. Jej twarz stała się więc maską, gdy w rzeczywistości Amara miała ochotę płakać i wrzeszczeć. Jak Aster mógł potraktować ją w taki sposób? Jak mógł być tak obłudny?