Rozdział 1
1
ZACZĘŁO PADAĆ. Simon Morelius nastawił radio. Nic nie słyszeli przez
pięć minut. Dochodziła dziesiąta i panował spokój. Greger Bartram
zatrzymał się na czerwonym świetle. Dwie kobiety przeszły przez ulicę,
jedna z uśmiechem odwróciła się w stronę radiowozu. Greger Bartram
uniósł dłoń w geście pozdrowienia.
- Dwadzieścia siedem, ładna - powiedział. - I to samo myśli o mnie.
- Ona się uśmiechnęła do mnie. Nie do ciebie - zaprotestował Morelius.
- Patrzyła mi prosto w oczy - odparł Bartram. - To ze mną szukała
kontaktu.
Światła się zmieniły i Bartram wjechał na rondo Korsvägen.
- I stwierdziła, że nikogo nie ma w domu - powiedział Morelius.
- Ha, ha.
- Popatrzyła ci głęboko w oczy i zobaczyła, że nikogo tam nie ma. Tylko
glina w średnim wieku za kółkiem dziwnie pomalowanego samochodu, a ona...
Usłyszeli przez radio kobiecy głos:
- Dziewięć jeden dwadzieścia. Dziewięć jeden dwadzieścia, odbiór. -
Potem padła niewyraźna odpowiedź gdzieś z daleka. Znów odezwała się
kobieta: - Ktoś leży na ulicy przed Focusem przy Lisebergu, pijany albo
chory. Jest tam grupka nastolatków.
Odpowiedział jakiś patrol:
- Słyszeliśmy. Jesteśmy na Prinsgatan i jedziemy do Focusa.
Morelius sięgnął po mikrofon.
- Tu jedenaście dziesięć. Jesteśmy bliżej, jedziemy właśnie Korsvägen,
możemy to przejąć.
- Dobrze, jedenaście dziesięć.
Radiowóz z dystryktu Lorensberg wyjechał z ronda i zatrzymał się przed
centrum handlowym. Na parkingu siedziało kilka skulonych osób. Kiedy
samochód się zatrzymał, jedna z nich podbiegła do otwieranych przez
Bartrama drzwi.
- To ja telefonowałam - powiedziała dziewczyna, na oko szesnastoletnia.
Pomachała komórką, jakby ta miała się właśnie rozdzwonić, żeby
potwierdzić słowa właścicielki. Dziewczyna miała proste włosy, gładko
przyklejone do głowy przez deszcz. W jej wielkich oczach malowało się
przerażenie. Bił od niej zapach alkoholu i tytoniu. Żywo gestykulowała.
- Ona tam leży. Maria tam leży, ale już trochę lepiej się czuje.
- Zadzwonię po karetkę - rzucił Bartram.
Morelius poszedł za dziewczyną. Od grupki młodzieży dzieliło ich kilka
kroków. Otaczali półkolem dziewczynę, która właśnie próbowała się
podnieść. Zachwiała się, ale Morelius, który właśnie znalazł się przy
niej, podał jej ramię i uchronił przed upadkiem. Ważyła tyle co nic.
Wyglądała jak bliźniaczka tamtej, która dzwoniła, ale patrzyła
nieobecnym wzrokiem. Tu naprawdę nikogo nie ma w domu, pomyślał
Morelius.
Czuć było od niej alkohol i wymiociny. Morelius poczuł coś lepkiego pod
podeszwami butów. Powinien uważać, żeby się nie pośliznąć. Po kilku
sekundach dziewczyna spojrzała na policjanta, niespodziewanie
przytomnie.
- Chcę do domu - powiedziała.
- Co zażywałaś? - zapytał Morelius.
- Nni... nic - odparła. - Tylko kilka piw.
- Kilka piw, jasne. - Morelius spojrzał na grupkę pięciu czy sześciu
młodych ludzi. - Co brała? To ważne. Jeśli coś wiecie, mówcie
natychmiast, w tej chwili, NATYCHMIAST. - Podniósł głos, trochę ich
nastraszył.
- Tak jak mówiła - odezwał się chłopak w robionej na drutach czapce i bluzie od dresu. - Kilka piw... i trochę wódki.
- Wódki? Jakiej wódki? Czy ktoś ma butelkę?
Młodzi ludzie popatrzyli po sobie.
- BUTELKĘ - powtórzył Morelius.
Chłopak w robionej na drutach czapce sięgnął pod obszerną bluzę i wyjął
butelkę. Bartram wziął ją od niego i obejrzał, trzymając pod światło
neonowych reklam.
- Nie ma etykiety - powiedział.
- Nieee... nie ma.
- Co to jest? - zapytał Bartram. W tej samej chwili wszyscy usłyszeli
syrenę pogotowia po drugiej stronie wieżowca Gothii. - Co to za gówno?
Samogon?
- Tak... chyba tak - przyznał jeden z chłopców. - Kupiłem od kumpla. -
Wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać. - Mówił, że to całkowicie w porządku.
- Nie jest w porządku - powiedział Morelius. Czuł, że dziewczyna wisząca
mu na ramieniu robi się coraz cięższa, znów traci przytomność. - Gdzie
ta cholerna karetka?! - krzyknął. W tej samej chwili auto zatrzymało się
dwa metry od niego, zazgrzytały wytaczane nosze.
Siedzieli w poczekalni pogotowia. Dziewczyna była w gabinecie
zabiegowym. Po dwudziestu minutach wyszedł lekarz. Wyraz jego twarzy
powiedział Moreliusowi, że jeszcze żyje.
Młody chłopak przechadzał się nerwowo po poczekalni. Może on też był
przed Focusem. Moreliusowi wydawał się znajomy. Jak zdążył tu dojechać?
- Alkohol w młodym organizmie, no cóż... to nie jest dobra kombinacja -
powiedział lekarz.
- Jak ona się czuje?
- Biorąc pod uwagę okoliczności, nieźle, jak to się mówi. Musi
oczywiście zostać u nas na noc.
- Więc ten alkohol... był w porządku? - zapytał Bartram.
Lekarz rzucił mu wymowne spojrzenie.
- Chodzi panu o ten samogon?
- Chyba pan, do cholery jasnej, rozumie, co mam na myśli?!
Doktor spojrzał na niego ponownie.
- Nie ma powodu do gniewu - powiedział. Otrzepał fartuch, jakby chciał
go oczyścić z przekleństwa Bartrama. - Najmniejszego powodu.
- Przepraszam - odparł potulnie policjant. - Po prostu martwimy się o nią. Niektórzy gliniarze już tacy są.
- Chcemy tylko wiedzieć, czy ma jakieś inne... obrażenia... niż te, co
normalnie... jeśli ten samogon był mocniejszy niż zwykły alkohol -
wyjaśnił Morelius.
Lekarz popatrzył na nich z powątpiewaniem, jakby myślał, że chcą go
nabrać.
- W tej chwili wszystko wygląda normalnie - powiedział. - Ale nie
zostawiamy niczego przypadkowi. Czy zawiadomiono rodzinę?
- Tak - przyznał Morelius. - Matka powinna tu być lada chwila.
- No więc, w takim razie... - powiedział lekarz i wyszedł.
- Dziękujemy, doktorze - rzucił Bartram.
Patrzyli jeszcze, jak wychodzi przez wahadłowe drzwi.
- Arogancki dupek - powiedział Bartram.
- Chyba myśli to samo o tobie.
Bartram mruknął coś niezrozumiałego i spojrzał na kolegę. Było tuż po
jedenastej, twarz Moreliusa od ostrego światła poczekalni była cała w plamach.
- Ach tak, więc to córka naszej pastor. Jesteś pewien? Hanne Östergaard?
Która leczy nasze obolałe dusze?
- Tu nie ma co ironizować. - Morelius wziął do ręki portfel dziewczyny.
Przeczytał dane z legitymacji. - Maria Östergaard. Ulica w Örgryte.
Nasza pastor nazywa się Hanne Östergaard i mieszka w Örgryte, ma też
córkę o imieniu Maria.
- A skąd ty właściwie to wszystko wiesz?
- A czy to ma jakieś znaczenie?
- Nie, nie.
- Ale nie jestem do końca pewien. - Przez otwierające się na noc drzwi
wpadła kobieta. - Teraz jestem pewien - powiedział Morelius i ruszył ku
Hanne Östergaard.
- Gdzie Maria? - zapytała. - Gdzie ona jest, Simon?
- Jeszcze w zabiegowym, czy jak to się nazywa - odparł Morelius. - Ale
wygląda na to, że wszystko jest dobrze.
- DOBRZE? Wszystko jest dobrze? - Hanne Östergaard wyglądała, jakby za
chwilę miała się roześmiać. - Czy ktoś może mi powiedzieć, gdzie mam
iść?
Ktoś z pracowników szpitala wyszedł przez wahadłowe drzwi. Policjanci
zobaczyli, jak Hanne Östergaard biegnie na oddział ratunkowy.
Chłopiec, który krążył po poczekalni, poszedł za nią. Obejrzał się
jeszcze raz za siebie i zniknął w korytarzu.
- Ja cię kręcę - rzucił Bartram. - I nawet wiedziała, jak masz na imię.
Morelius nie odpowiedział.
- Nawet pastorom nie zostaje to oszczędzone - powiedział Bartram.
- Co oszczędzone?
- Trudne sytuacje, kiedy coś się dzieje z ich bliskimi, ukochanymi. Ale
ty chyba nie masz dzieci?
- Odpowiedź brzmi: nie. Ale to tutaj chyba skończy się... szczęśliwie.
- Dzięki nam.
- E tam. Dzieciak, który chla za dużo i rzyga. Pewnie sama by
oprzytomniała za jakiś czas, tamci by jej pomogli. Happens all the
time. Czy tobie nic takiego się nie zdarzyło?
- Mnie? Nie przypominam sobie.
- No właśnie, to jeszcze o niczym nie świadczy.
- Jedziemy? - zapytał Bartram.
*
Jechali do centrum, minęli budynek Chalmers i szpital Vasa. Deszcz padał
coraz mocniej. Latarnie świeciły jakby słabiej, otulone w noc. Bartram
zatrzymał się na czerwonym świetle. Dwie kobiety przechodziły przez
ulicę, ale żadna się nie odwróciła, żeby się uśmiechnąć do radiowozu.
Morelius nastawił radio. Słuchali komunikatów. Psychicznie chory
staruszek zaginął w Ängg?rden kilka godzin temu i właśnie się odnalazł.
Gorąca dyskusja w mieszkaniu w Koretadali zakończyła się, kiedy na
miejscu zjawili się funkcjonariusze. Pijaczyna, który oparł się o stojący tramwaj przy Brunnsparken, upadł, kiedy tramwaj ruszył. Czy
można to uznać za wypadek komunikacyjny? - zastanawiał się Bartram.
Morelius myślał o Hanne Östergaard i o tym, o czym rozmawiali dwa
tygodnie wcześniej. Był wdzięczny Gregerowi, że o nic więcej nie pytał.
Erik Winter zgasił światło w swoim pokoju i wyszedł. Deszcz przestał
padać. Pojechał do domu rowerem, przez Heden, ustąpił pierwszeństwa
komuś, kto nie uważał na Vasagatan. Nogawki ochlapała mu woda, a może
jeszcze jakiś inny syf. Było za ciemno, żeby się dało cokolwiek
zobaczyć. Zastanawiał się, czy nie przejechać koło Saluhallen, ale
zrezygnował. Zadzwoniła jego komórka. Zatrzymał się i wyjął telefon z wewnętrznej kieszeni przeciwdeszczowego płaszcza.
- Nie mogę się zdecydować w sprawie sofy - powiedziała Angela, kiedy się
zgłosił. - Muszę cię prosić o radę, natychmiast.
- Chyba nie dźwigasz?
- Nie, nie.
- Możemy ją zabrać, jeśli nie możesz się zdecydować. Mam przecież
miejsce.
- Ale gdzie będzie stała?
- Czy to nie może zaczekać do wieczora?
- Chciałam przyjść przygotowana jak najlepiej.
- Hm...
- To poważna decyzja.
- Wiem.
- Czy ty naprawdę to przemyślałeś? Może powinniśmy kupić do...
- Angelo, daj spokój...
- Wiem, wiem. Ale to takie oszałamiające. To wszystko.
To chyba najodpowiedniejsze słowo, pomyślał Winter, strzepując kilka
kropli z ramienia. Oszałamiające. Pierwszy raz w dorosłym życiu miał
zamieszkać z drugim człowiekiem. Po latach dość luźnego związku mieli z Angelą zamieszkać razem. Czuł się tak, jakby to ona podjęła tę decyzję.
Nie. To było niesprawiedliwe. Przecież on też musi brać na siebie
odpowiedzialność.
Nie mieli wyboru. Albo zamieszkają razem, albo... wszystko się skończy.
Choć tego nie mógł już sobie wyobrazić. Nie odważyłby się zerwać.
Samotność byłaby zbyt straszna, czyż nie? Byłaby jeszcze gorsza.
Samotnie wejść w nowe tysiąclecie. Sylwester: płyta w odtwarzaczu i kieliszek wina. To byłoby wszystko. Nędza rozświetlona fajerwerkami.
Wkrótce do przełomu wieków zostaną już tylko trzy miesiące, będzie miał
czterdzieści lat i niedługo przestanie być najmłodszym komisarzem w Szwecji.
Przygotował się do naciśnięcia pedałów.
- Zobaczymy się o ósmej - powiedziała Angela, a on wyłączył komórkę.
W mieszkaniu zapadła noc, nic już się nie świeciło. Lampa stojąca na
podłodze paliła się przez jakąś dobę, ale spaliła się w niej żarówka.
Kiedy zaczęło świtać, jesień wlewała się między żaluzjami, a opuszczona
roleta w sypialni przepuszczała plamy światła.
Lodówka szemrała. Na kuchennym stole stały kieliszki do wina i pusta
butelka. Na blacie przy kuchence stał podłużny półmisek z resztkami
zeschniętych tagliatelli. Mały rondel z sosem grzybowym stał obok. Sos
już poczerniał. Na desce do krojenia kilka plasterków pomidora powoli
wsiąkało w drewno.
W zmywarce stały trzy talerze i kilka talerzyków, kieliszki, sztućce i jeszcze jeden rondel.
Z kranu rytmicznie kapała woda, kiepska uszczelka. Ten dźwięk było
słychać w dzień i w nocy w całym mieszkaniu, ale para, która siedziała
na sofie w salonie, nic nie słyszała.
Wokół nich leżały porozrzucane ubrania, tworzyły też linię prowadzącą z kuchni, przez przedpokój, do salonu: męskie skarpety, para spodni,
spódnica, pończocha, bluzka z cienkiego materiału. Wokół sofy bluzka,
majtki, koszula, slipy. Przez okno wpadały różne odgłosy. Tramwaje.
Kilka samochodów. Nagły powiew wiatru. Śmiech kilku osób wychodzących z restauracji.
Kobieta i mężczyzna byli nadzy. Trzymali się za ręce. Siedzieli zwróceni
do siebie twarzami. Tylko ich głowy wyglądały dziwnie.
Czy tak było? Czy tak miało być? Czy to ten obraz? Próbował o nim
pomyśleć, zobaczyć go.
Był w kuchni. Przeszedł przez przedpokój. Ubrania leżały na podłodze.
Zasłaniał dłonią oczy, kiedy podchodził do sofy. Spojrzał. Na sofie było
pusto. Popatrzył jeszcze raz i zobaczył, że tam siedzą, zwróceni do
siebie. Jej twarz tak dobrze znana.
Ich głowy. Ich GŁOWY.
Przetarł mocno oczy. Słyszał odgłosy z ulicy, otworzył drzwi auta. Czuł
deszcz na twarzy, kiedy wysiadł, a potem stał na ulicy przed domem.
Marzył, żeby się cofnąć w czasie. Ludzie, którzy przechodzili obok, nie
wiedzieli, nie wiedzieli nic. Zupełnie nic. Nie wiedzieli, że żyją w raju.
Rozdział 2
2
WINTER STAŁ W PRZEDPOKOJU, ale nie zapalał światła. Angela miała się
zjawić za godzinę, może nawet wcześniej.
Jak długo tu mieszkał? Dziesięć lat? Czy to było dziesięć lat? Coś koło
tego. Ile lasek tu zaciągnął przez te lata? Wolał o tym nie myśleć.
Mógłby wyciągnąć przed siebie ręce i policzyć na palcach, może by
wystarczyło.
Przeszedł przez mieszkanie, rozjaśnione światłami miasta rozciągającego
się za oknem. Jedna z ostatnich takich przechadzek w błogiej samotności.
Uśmiechnął się do siebie. Wkrótce w przedpokoju będzie musiał brodzić w rozrzuconych ciuchach. Skarpeta na oparciu sofy. Znał Angelę.
Potrzebujesz trochę nieporządku w życiu, mówiła. A ty wnosisz chaos,
odpowiadał. Nareszcie, mówiła.
Będzie musiał przesunąć przybory do golenia na półeczce w łazience. Może
do kącika, obok tych wszystkich tajemniczych słoiczków i buteleczek,
które ona tam ustawi.
A gdyby jednak powiedziała: nie?, pomyślał wcale nie tak dawno. Gdyby
się tym po prostu zmęczyła?
Na dole, na Vasaplatsen, jeździły tam i z powrotem tramwaje. Ściana za
dużymi oknami była biała w świetle wieczoru. Trochę dalej jarzył się
czerwony punkcik na sprzęcie stereo. Winter ruszył w tamtą stronę i sięgnął po box Springsteena, który jego przyjaciel, komisarz policji
kryminalnej z Londynu Steve Macdonald, przysłał mu zeszłej jesieni, nie
zważając na koszty. Zrobił to po to, żeby Winter musiał myśleć o tym,
ile kosztowała przesyłka, a przez to słuchał z powagą i skupieniem.
Winter lubił jazz i Macdonald uważał, że to w porządku, ale wychodził ze
skóry, żeby uzupełnić jego edukację o rzeczy, które Winter przegapił,
dorastając pod kloszem przy Johnie Coltranie.
Najciekawsze było to, że teraz, od kiedy zaczął poznawać rocka, słuchał
jeszcze więcej jazzu. Słyszał nowe niuanse u Coltrane'a, nowe odcienie
czerni. Ku własnemu zdziwieniu odkrył też, że w prostej muzyce rockowej
też są rzeczy, które mu się podobają. Może właśnie to było
najważniejsze. Prostota.
Kiedy człowiek jest starszy, zaczyna dążyć do prostoty. Ja się starzeję.
Całkiem niedługo skończę czterdzieści lat. To pod pewnymi względami
poważny wiek. Może nie jestem łatwym człowiekiem, ale mogę się jeszcze
uczyć, nadal. Albo po prostu zawsze byłem prostą duszą. Angela to
dostrzegła. To dlatego wybrała mnie z dziesiątek tysięcy innych facetów.
Wybrał z pudełka czwartą płytę i puścił utwór dziewiąty, swój ulubiony
kawałek od kilku miesięcy albo raczej od czasu podjęcia decyzji.
Decyzja. I'm happy with you in my arms, I'm happy with you in my heart,
happy when I taste your kiss, I'm happy in love like this. Zwykłe
życie. Angela to zrozumiała. Może i on znajdzie w tym szczęście.
Ballada rozchodziła się po pokoju, kiedy się rozbierał, happy baby,
come the dark, nagle przestał myśleć o czymkolwiek, stanął pod
prysznicem. Słyszał muzykę przez plusk wody, a także dzwonek do drzwi i trzaśnięcie, kiedy Angela otworzyła drzwi własnym kluczem.
Lars Bergenhem jechał przez Älvsborgsbron. Samochód bujał się na
wietrze. Bergenhem miał wolne. Jadąc przez tunel, nagle zadał sobie
pytanie, co on tam, u diabła, robi. W tunelu. W aucie. Mógł siedzieć w domu i patrzeć, jak jego dwuletnia córeczka śpi. Już to robił. Ada
spała, a on się jej przyglądał. Mógł się przyglądać, jak Martina sprząta
kuchnię po kolacji Ady. Mógł sam sprzątać.
To się zaczęło jak zwykle. Jakieś słowo, którego żadne z nich nie
rozumiało. Kiedy Ada zasnęła, zrobiło się tak cicho, że nie był w stanie
nawet szukać słów, które nie pogarszałyby sprawy. Był śledczym, ale
tutaj zawiódł na całej linii. Był detektywem, ale nie detective of
love. Czy to z jakiejś piosenki? Detective of love? Elvis Costello?
Watching the Detectives. Śledzić detektywów.
Zawrócił na wysokości Frölunda Torg i ruszył na północ, z powrotem.
Zrobił już kiedyś taką wycieczkę, ale to było dawno temu.
Wszystko układało się dobrze. Ten niepokój zniknął tak dawno. Czyżby
wrócił? Czy to jego wina? Czy to coś było w nim, czy w Martinie? Te
słowa, do których nikt nie chciał się przyznać. Skąd się brały?
Pojawiały się jak ból głowy.
Szeregowy domek wyglądał przytulnie, kiedy wysiadł z samochodu. Domowo
przytulnie. Świeciło się więcej lamp, niż było trzeba.
Martina siedziała w kuchni z kubkiem herbaty. Płakała, a on poczuł się
winny. Musiał coś powiedzieć.
- Ada śpi?
- Tak.
- To dobrze.
- Ale co?
- Że ona śpi, Ada.
- Co ty gadasz? Po prostu wychodzisz z domu i gdzieś sobie jedziesz, a potem wracasz i udajesz, że nic się nie stało.
- Ale czy coś się stało? Co się tak naprawdę stało?
- Jeszcze pytasz?
- Czy to ja zacząłem?
Nie odpowiedziała. Siedziała ze spuszczoną głową, wiedział, że znowu
płacze. Miał do wyboru dwie rzeczy: albo powie coś sensownego, albo
wstanie, pójdzie do samochodu i znów przejedzie przez most.
- Martino...
Podniosła głowę i spojrzała na niego.
- Oboje jesteśmy zmęczeni - spróbował.
- Zmęczeni? Naprawdę? Przecież powinniśmy być wypoczęci i radośni,
cieszyć się na Boże Narodzenie. Ada zaczęła już... - Znów pochyliła głowę
nad blatem.
Bergenhem rozpaczliwie szukał słów. Zegar na ścianie tykał głośniej niż
zwykle.
- I tak ma być, póki znów mi nie odbije? - zapytał.
Wymamrotała coś w odpowiedzi, ale nie dosłyszał.
- Co powiedziałaś?
- Nie zawsze chodzi tylko o to, żeby ci znów nie odbiło - powiedziała. -
Czy to znaczy, że ma być cicho i spokojnie, żebyś był w stanie być
policjantem kryminalnym?
- Wiesz, o co mi chodziło.
- Niedługo już nic nie będę wiedziała.
Wstał i poszedł do Ady. Popatrzył na śpiącą z kciukiem w buzi
dziewczynkę. Nie słyszał żadnego dźwięku. Nachylił się nad jej
twarzyczką, nasłuchując oddechów, aż usłyszał słaby świst wciąganego
nosem powietrza.
Pozwolili opaść na dno złym słowom na tyle, na ile się dało. Pił kawę w salonie, kiedy Martina wyszła z kuchni.
- Winter zamieszka z Angelą - powiedział.
- Dlaczego nazywasz go Winter, przecież ma na imię Erik? Chyba o nas nie
mówią Bergenhem i Martina?
- Nie, jasne, że nie... ale przeważnie używa się nazwiska. My tak robimy -
wyjaśnił Bergenhem.
- Wtedy jest mniej osobiście, tak? Czy to łatwiejsze? To o to chodzi?
- Sam... nie wiem - przyznał.
Martina poznała Angelę przed prawie dwoma laty, kiedy miała się urodzić
Ada. Było dramatycznie. Bergenhem przepadł bez śladu, był ranny, więc
Winter poprosił Angelę, żeby pojechała z Martiną do szpitala, podczas
gdy on szukał kolegi.
- Mam nadzieję, że dobrze im się będzie układało - powiedziała Martina
do pogrążonego w myślach Bergenhema. - Myślę, że wszystko się uda.
- Co?
- Przeprowadzka. Wspólne mieszkanie. Erik i Angela. Że będzie dobrze.
- Tak.
- A gdzie będą mieszkać?
- Nawet nie pytałem. Ale myślę... chyba oczywistym wyborem jest jego
mieszkanie. Jest większe.
- Skąd wiesz?
Spojrzał na nią. Uśmiechała się. To pytanie nie miało żadnego podtekstu.
- Właściwie nie wiem - odparł. - To dziwne. Po prostu uznałem to za
oczywiste.
- Może kupią dom.
- Nie mogę sobie wyobrazić Wintera w domu.
- Dlaczego nie?
- No nie wiem... w jakiś sposób należy do miasta. Wysokie domy, place,
taksówki.
- Nie sądzę. Na pewno kupi wielki dom gdzieś w L?ngedrag i wypełni go
rodziną.
- Dla mnie to brzmi nierealnie.
- Wkrótce będzie rok dwutysięczny - odparła Martina. - Wszystko się może
zdarzyć.
Nie do końca wszystko, pomyślał. Nie wszystko powinno się zdarzyć.
Wszystko powinno zostać tak, jak jest właśnie w tej chwili.
- Może zrobią parapetówkę? - rzuciła Martina. - A kiedy to ma być?
- Ale co?
- Kiedy razem zamieszkają, wszystko jedno gdzie?
- Przed Bożym Narodzeniem, tak mi się wydaje.
- To wspaniale. Cieszy mnie ta wiadomość.
Rozdział 3
3
ANGELA PRZYSZŁA PRZED ÓSMĄ. Znów zrobił się wieczór. Miała rozpuszczone
włosy, mieniły się kolorami w padającym przez uchylone drzwi świetle.
Może w jej oczach był jakiś nowy wyraz, coś, czego wcześniej nie
widział: wiara, że mimo wszystko mają jakąś przyszłość. Ale było w nich
też coś innego. To drugie. Jakieś szczególne światło w oczach, jak gdyby
w tyle jej głowy jarzyła się mocna lampa, jakby nadawała jej źrenicom
ten szczególny blask.
Kiedy zdjęła trzewiki, na parkiecie została brudna woda. Winter spojrzał
na ślady, ale nic nie powiedział. Angela śledziła jego wzrok. Podniosła
ręce nad głowę.
- To się więcej nie powtórzy - powiedziała.
- Co takiego? - zapytał.
- Widziałam, jak spojrzałeś.
- I co?
- Pomyślałeś właśnie: jak to wszystko, na litość boską, może się udać?
Co się stanie z moją podłogą, kiedy ona tu zamieszka?
- Ech...
- To są sprawy, które musisz przepracować - dodała.
- Tymczasem mogę iść do ciebie w zabłoconych buciorach, pospaceruję po
twoim mieszkaniu, wejdę do łóżka, poskaczę po fotelach. Żeby odreagować,
że tak powiem.
- Właśnie o tym mówiłam. Przepracować to.
Wziął ją za rękę i poszli do kuchni. Pachniało kawą i podgrzanym w piekarniku chlebem. Na stole stała maselniczka, leżał kawałek sera,
rzodkiewki, pasztet, korniszony.
- O, będzie impreza.
- Rustykalny urok i prostota. A mimo to elegancko.
- Masz na myśli pasztet?
- To część rustykalna. A tu masz elegancję - powiedział Winter i poszedł
do kredensu po szklaną salaterkę.
- Co to takiego? - zapytała, podchodząc do stołu. - A, marynowany śledź.
Kiedy zdążyłeś to zrobić? Bo chyba sam to zrobiłeś? We własnoręcznie
ugotowanej zalewie?
- Nie obrażaj mnie.
- Kiedy to zrobiłeś?
- Wczoraj w nocy. Tuż przed drugą. Teraz są idealne.
- Są idealne - powtórzyła. - Brakuje tylko wódki, ale chyba się
napijemy, co?
- Ty się nie napijesz - powiedział. - Ja mógłbym strzelić setę, ale będę
solidarny. Przynajmniej dzisiaj.
- To raczej normalne, że mężczyźni solidaryzują się z kobietami w takiej... sytuacji.
- Ach tak?
- Niektórzy nawet przybierają na wadze.
- Tu raczej na mnie nie licz.
Morelius czuł się sztywny. Przyniósł w sobie tę sztywność z domu, nie
odpuściła całkiem, nawet kiedy trenował przed wieczorną służbą.
Potem siedział na ławce przed szafką i masował sobie kark, przyglądając
się zdjęciom rozebranych lasek przyklejonym do wewnętrznej strony drzwi
szafki Bartrama. Dość niewinne zdjęcia, jakby wycięte z jakiegoś
świerszczyka z lat sześćdziesiątych. Nie na dzisiejsze czasy. Bartram
lubił się trzymać przeszłości. Czasami twierdził, że te zdjęcia
przedstawiają jego żonę, ale przecież nie był żonaty.
To był ostatni tydzień sześciotygodniowego grafiku. Dla niego oznaczało
to dodatkowy piątkowy wieczór i dwa wieczory weekendowe. Czekały już jak
strach przyczajony w ciemnościach. Dzień wypłaty. Wiedział, że na
mieście ludzie zaczęli już świętować swoje bogactwo. Było tuż przed
ósmą, komisariat był już zamknięty.
- Masz kręcz karku? - zapytał Bartram, zajęty służbową bronią.
Rutynowymi ruchami sprawdzał wszystkie mechanizmy. Jego SIG sauer 225
miał jeszcze oryginalną drewnianą kolbę. Mógł opowiedzieć o tym, jak
stracił walthera, ale nie teraz. Był spokojny, poważny, przygotowany na
wieczór i na cały weekend.
- Tylko trochę jest sztywny - odparł Morelius.
- Uważaj na przeciągi.
- Dobrze.
- Będziesz chyba musiał zostać dzisiaj w budynku.
- Co mówisz?
- Przeciągi. Masy ludzi będą wieczorem przeciągały przez miasto.
- Ech. Będzie jak zwykle.
- To dzień wypłaty, Simonie.
Morelius i Bartram szli w dół Avenyn. Niektórzy policjanci woleli
patrolować pojedynczo, Morelius do nich należał, ale od pół roku było
inaczej. Wystraszył się raz czy dwa. Widział rzeczy, które go
przerażały.
Raz spotkał śmierć w tunelu Gnistäng, kiedy para młodych ludzi wjechała
prosto w betonową ścianę. Siedział w samochodzie tuż za nimi i wszystko
widział. Jak na filmie. Patrzył na to, jakby to był jakiś cholerny film.
Wszystko było rzeczywiste, choć równocześnie nierzeczywiste. Jadąca
przed nim mazda nagle skręciła w lewo i walnęła w ścianę z koszmarnym
hukiem tłuczonego szkła i giętych blach. Nawet nie był na służbie,
jeździł tylko obwodnicami. Robił tak czasami, kiedy nie pracował. Udało
mu się zahamować w miejscu, potem wyskoczył z auta i podbiegł do wraku.
Dziewczyna wisiała z... z... i koszmarnie go zemdliło, tuż przy niej, jak
zwykły... zwykły... a potem zadzwonił, ale kiedy wybierał numer, słyszał już
syreny nadjeżdżających kolegów i karetki pogotowia.
Właśnie sobie to przypomniał, kiedy po raz drugi mijali Park. Za oknami
błyszczeli piękni i młodzi ludzie w barach i restauracjach. Kobiety.
Bartram odwrócił głowę w lewo.
- Uważaj, bo znowu będziesz miał sztywny kark.
- Ha, ha.
- A może to jest tego warte.
- Należy sobie to zrekompensować patrzeniem w drugą stronę.
Morelius spojrzał w drugą stronę, na Avenyn. Grupka młodych ludzi
zbliżała się od Götaplatsen. Jedna z pięćdziesięciu, jakie ściągały do
miasta w każdy piątkowy wieczór. Avenyn stanowiła dziwną mieszankę
elegancji wieku średniego, zdesperowanych trzydziestolatków w kryzysie i zdesperowanych piętnastolatków w kryzysie.
Najbardziej pijani szukali nowych znajomości, prowokowali innych. Bandy
wysyłały najmłodszego członka, czekały, przypuszczały atak.
Bartram spojrzał w prawo, on też.
- Tę dziewczynę poznaję.
- Co?
- Tamtą jasnowłosą dziewczynkę, która tam idzie, w grupie. Pierwsza od
naszej strony.
- Tak.
- Córka pastorki.
- Właśnie. Maria Östergaard.
- Szybko stanęła na nogi.
- To było tydzień temu. I już wtedy mówiłem, że to nie było nic
groźnego.
- Ale ona znów się szlaja po mieście... po tym wszystkim. Co na to powie
nasza pastor?
- Możesz ją sam zapytać. Właśnie idzie.
Tak było. Hanne Östergaard szła szybkim krokiem, niemal biegła.
Przecięła Avenyn od strony teatru. Obserwowali, jak podchodzi do grupki
młodzieży. Złapała za ramię jasnowłosą dziewczynę, swoją córkę. Morelius
słyszał ich głosy, ale nie rozumiał, co mówią.
- Idziesz ze mną do domu!
- Ty za mnie nie decydujesz.
- Prosiłam cię, żebyś dziś wieczorem została w domu.
- Chcesz, żebym ciągle siedziała w domu. - Wyrwała się z rąk matki. -
Puść mnie! - Popatrzyła na stojących dookoła kolegów.
- Chcę tylko, żebyś teraz poszła ze mną do domu - powiedziała Hanne
Östergaard. Puściła rękaw jej kurtki. - Bardzo się niepokoję. Pomyśl, co
będzie, jeśli... jeśli znów się stanie coś takiego.
- Nic się nie stanie - odparła dziewczyna. - Nawet się nie napiłam piwa.
- Chuchnęła matce w twarz. - Czujesz jakiś alkohol, co?
Hanne Östergaard zaczęła płakać.
- Mario, proszę, chcę tylko, żebyś poszła ze mną do domu. Ja się tak...
strasznie martwię.
- Nie masz się czym martwić, mamo. Jestem z przyjaciółmi. Wrócę o pierwszej, jak mówiłam.
Hanne Östergaard popatrzyła na nią, na grupę nastolatków, potem na drugą
stronę ulicy, na dwóch policjantów. Zrobiła ruch, jakby chciała do nich
podbiec i zażądać, żeby zabrali jej córkę i odwieźli do domu, do
Örgryte.
Żeby tylko tu nie podeszła, prosił w myślach Morelius. Ale jeśli coś
pójdzie nie tak, będziemy musieli do nich podejść. Potem usłyszał krzyk:
NIE! Zobaczył jeszcze, jak dziewczyna odwraca się znienacka i puszcza
biegiem w dół ulicy. Jej koledzy się zawahali. Jeden chłopak po chwili
ruszył jej śladem. Był podobny do tamtego z korytarza na pogotowiu,
tego, który nerwowo przechadzał się wzdłuż ścian. Grupka się
rozproszyła, jakby coś ich ciągnęło w dół szerokiego chodnika, byle
dalej od kobiety, która stała tam teraz samotnie.
*
- Myślisz dużo o tym, jak to będzie zostać ojcem?
Zaskoczyło go to pytanie. Jak podczas przesłuchania. Zaskoczenie. Żeby
nie było czasu na zastanowienie.
- Naturalnie - odparł.
- Kłamiesz.
- Dlaczego miałbym kłamać? To będzie najważniejsze wydarzenie w moim
życiu, na równi z moimi narodzinami. - Popatrzył na nią. Włosy odgarnęła
do tyłu. Lekko zaokrąglony brzuch. - I chwilą, kiedy spotkałem ciebie,
kochanie.
- To była właściwa odpowiedź. Ale wydaje mi się, że już zaczynasz się
martwić o wszystko, co może pójść źle.
- Mylisz się, Angelo. Jestem optymistą, jak wiesz.
Wybuchnęła śmiechem.
- W tym przypadku jestem - dodał.
- Mam wrażenie, że już zacząłeś rozmyślać, jak to będzie, kiedy... kiedy
nasze dziecko będzie nastolatkiem i pójdzie się włóczyć ze swoją paczką
na Avenyn.
- Przestań.
- A nie jest tak? Na pewno o tym myślisz.
- Wtedy nie będzie już Avenyn.
- Nie będzie już w mieście reprezentacyjnej ulicy? Czy teraz przemawia
przez ciebie optymizm?
Zadzwoniła leżąca na nocnym stoliku komórka. Pięć minut po północy.
Nieliczne osoby, które miały ten numer, dzwoniły w sprawach służbowych,
poza Angelą, która właśnie leżała obok niego, naga, jeszcze odprężona i lekko zaróżowiona, z trzema kropelkami potu u nasady włosów.
I poza jego matką. Albo morderstwo, albo matka, pomyślał Winter, ale się
nie uśmiechnął. Wyciągnął się nad drugą połową łóżka i odebrał.
- Eriku! Dzięki Bogu, że odebrałeś. - Matka była zdyszana, jakby wbiegła
na dwa czy trzy pagórki w Nueva Andalucía. Winter słyszał trzaski na
linii z Costa del Sol.
- Co się stało, mamo?
- Tata, znowu. Tym razem to poważne, Eriku.
Winter przypomniał sobie poprzedni raz, w zeszłym roku. Ojciec został
przewieziony do szpitala w Marbelli z podejrzeniem zawału serca, ale to
było tylko zapalenie mięśnia sercowego. Przymierzał się, żeby tam
pojechać, ale okazało się, że to niepotrzebne.
Nie widział się z ojcem od czasu, kiedy jego rodzice praktycznie uciekli
ze swoimi pieniędzmi przed szwedzkim systemem podatkowym. Nie miał na to
ochoty w zeszłym roku i teraz też wolałby tego uniknąć, jeśli tylko się
da.
- Czy to znowu mięsień sercowy?
- Och, Eriku. On miał zawał. Zaledwie kilka godzin temu. Dzwonię ze
szpitala. Leży na oddziale intensywnej opieki, Eriku. ERIKU? Słyszysz
mnie?
- Tak, jestem, mamo.
- On umiera, Eriku.
Winter zamknął oczy, wziął głęboki oddech. Spokój. Spokój.
- Jest przytomny?
- Co... nie, jest nieprzytomny. Dopiero co go operowali.
- Operowali go?
- No przecież mówię. Zrobili tacie długą operację. Wyczyścili naczynia,
tak myślę.
Angela naciągnęła prześcieradło na piersi i usiadła na łóżku. Patrzyła
na niego z poważnym wyrazem twarzy. Rozumiała.
- Rozmawiałaś z Lottą? - zapytał Winter. Jego siostra była lekarzem.
Znała trochę hiszpański. Angela też była lekarzem, ale nie mówiła po
hiszpańsku. Jego matka potrafiła coś powiedzieć w tym języku, ale Winter
nie był pewien, czy rozumie, co się do niej mówi. Najlepiej znała się na
gatunkach win i mocniejszych alkoholi. Nawet gdyby lekarze mówili po
angielsku, i tak była zbyt wzburzona, żeby ich wysłuchać. Zresztą gdyby
mówili po szwedzku, też.
- Zadzwoniłam najpierw do ciebie, Eriku.
- Czy lekarze coś mówili?
- Tylko tyle, że nadal jest pod narkozą. - Szlochała mu do ucha. - A co
będzie, jeśli on się nie obudzi, Eriku?
Winter zamknął oczy. Widział już siebie w samochodzie jadącym na
Landvetter, a potem w fotelu w samolocie. Błękitne niebo nad chmurami.
Spojrzał na swoją dłoń. Drżała. Może to ostatnie godziny, pomyślał.
- Wsiadam w pierwszy samolot do Hiszpanii.
- A będą teraz miejsca? Prawie zawsze jest pełno w tej... o tej porze.
- Jakoś to załatwię.
Angela przyglądała mu się. Wszystko słyszała. Musi to załatwić. Będzie
siedział w samolocie odlatującym o siódmej czy którejś tam. Ktoś inny
będzie siedział oparty o swoje kije golfowe i czekał na następny
samolot, żeby na Słonecznym Wybrzeżu zagrać w golfa.
Rozdział 4
4
ZAMKNĄŁ ZA SOBĄ DRZWI. A może wyszedł i zamknął je później, zanim to się
zaczęło. Ten, kto zechce wyjść, będzie musiał poświęcić kilka cennych
sekund, które i tak nie wystarczą.
Jedli, ale nie pamiętał co. Nawet nie myślał o tym, co wkłada do ust.
Ona się zaśmiała, raz czy dwa. Tamten, ten drugi, się nie śmiał. Jakby
wiedział...
Jakby wiedział, kim on jest. Dlaczego tu przyszedł.
Że też potrafię tak siedzieć, pomyślał. A teraz mówię. Powiedziałem coś,
co nic nie znaczy. Zresztą nie wiem, czy oni słuchają.
Słyszał muzykę w głowie, najpierw cicho, potem narastała i przycichała.
Zupełnie jakby siedział w domu i słuchał, albo w samochodzie, ale w samochodzie rzadko to robił, nie chciał wjechać w skalną ścianę w tunelu.
Słuchał, jeszcze zanim to się zaczęło. A może tamto zaczęło się od
słuchania. Usiłował nie słuchać i jakiś czas mu się udawało, ale teraz
to było niemożliwe. Teraz to nie miało żadnego znaczenia, teraz, kiedy
tu siedział. Rozejrzał się po kuchni. Pytali go, czy chce zostać w kuchni, a on wzruszył ramionami. Potem się przeniesiemy do salonu,
powiedziała takim tonem, że poczuł lodowaty chłód w głowie, a muzyka
narastała i cichła. Był ciekaw, czy oni to widzą, czy w końcu też będą w stanie to usłyszeć, może chwilę przedtem, zanim to się stanie.
Gitary ryczały mu w głowie. Głos wrzeszczał, chrypiał, syczał w samym
środku muzyki, która nie chciała go opuścić: lying in the black field,
memories start to move into my mind, visions of the red room, my
bloodied face, her bloodied head.
Wizja czerwonego pokoju. Zamknął oczy. Podniecenie narastało. Ona to
zauważyła i uśmiechnęła się. Nic nie wiedziała. Ten drugi trochę się
wiercił, ale powoli zaczął się rozpływać, stawać cieniem. Kiedy
spoglądał na nią, też stawała się cieniem. Nadszedł czas.
Powiedziała coś.
- Co?
- Halo? Czy ktoś tam jest?
- Co... tak...
- Wyglądasz, jakbyś był gdzieś daleko.
- Nie... jestem tutaj.
- Ruszałeś głową, jakbyś czegoś słuchał. W środku, w głowie.
- No.
- Może my też moglibyśmy posłuchać - powiedziała z uśmiechem. Ten drugi
się nie śmiał. Patrzył wprost na niego, jakby widział tych, co siedzieli
w jego głowie i grali. - Jaka to muzyka? - zapytała i podeszła do niego,
nachyliła się do jego ucha. Poczuł jej ciężar i woń alkoholu w oddechu.
Pili, zanim się zjawił. On nie pił. Przedtem nie i teraz też nie. - Nic
nie słyszę - powiedziała i jeszcze mocniej oparła się o niego, a potem
go pocałowała. Czuł ją w ustach. Nie ruszał się. - Co z tobą? -
zapytała. - Nie masz ochoty? - Zwróciła się do drugiego mężczyzny. -
Najwidoczniej nie jest napalony. A myślałam, że jest swingersem.
Tamten nic nie powiedział. Nadal mu się przyglądał. Może to nic nie
znaczyło.
Kobieta wyszła z kuchni, nie było jej chwilę, potem wróciła. Z drugiego
pokoju doleciała muzyka. Nie chciał na nią patrzeć. Widział kawałek jej
skóry.
- A co myślisz o tym? - zapytała.
- Co takiego? O czym?
- O muzyce - odparła. - Pomyślałam, że posłuchamy czegoś razem!
Próbował słuchać, ale nie słyszał nic, nic się nie przedzierało przez
metal wrzeszczący w jego mózgu.
Ona coś zawołała, poruszając się tanecznym krokiem.
Poderwała tamtego. Przyciągnęła go do siebie, pocałowała. Zerkała w jego
stronę. Zaczęła odpinać tamtemu koszulę i położyła dłoń na jego lewej
piersi. Poruszała się w rytm muzyki. Znów się zaśmiała.
- Elton John! - krzyknęła. - Nieźle buja!
Nagle poczuł napad mdłości, a równocześnie ogromne podniecenie.
Spoglądali na niego, oboje. Tamten skinął mu głową, z ręką pod jej
bluzką.
Zrobili przed nim dwa czy trzy taneczne kroki.
Podniósł się z krzesła.
Rozdział 5
5
WINTER ZDJĄŁ WALIZKĘ Z TAŚMY, przeszedł przez odprawę i odebrał samochód
z wypożyczalni. Zdjął marynarkę i usiadł za kółkiem. Samochód stał w cieniu przed terminalem. W samolocie kapitan podawał temperaturę w Maladze, która w postaci szarych skał sterczała ze spalonej ziemi trzy
tysiące metrów niżej. Łuk wokół spokojnego morza. Trzydzieści dwa
stopnie w cieniu. Upał jeszcze nie chciał opuścić Andaluzji. Winter
jeszcze nigdy tu nie był.
Był zmęczony, lekko łupało go w głowie. Uruchomił silnik. Było mu
smutno, upał jeszcze potęgował to uczucie. Jakby gorąco coś zapowiadało.
Rozłożył mapę Słonecznego Wybrzeża, którą dostał od firmy wynajmującej
samochody, i sprawdził drogę do Marbelli. Nie powinien mieć kłopotów z dojechaniem. E15 przez całą drogę. Autostrada cieszy się sławą
najniebezpieczniejszej w świecie, ale takie rzeczy słyszy się też o innych, pomyślał, wyjeżdżając z parkingu.
Ruszył na zachód. Włączył radio. Jakiś Hiszpan śpiewał swoją wersję My
way, sepleniąc po kastylijsku. Śpiewowi towarzyszyło instrumentalne
flamenco, które dla Wintera brzmiało radośnie i fałszywie. Flamenco
przeszło w meksykańską rumbę z tysiącem trąbek. Hiszpan powrócił za
chwilę z Green, green grass of home.
Trawa za szybą była sucha, jakby nieżywa, prawie pozbawiona koloru.
Jechał przez przedmieścia. Kiedy patrzył pod słońce, wieżowce wydawały
się czarne. Beton był jak plama z praniem zwieszającym się z krzywych
okien. Przestrzenie między domami były puste, pomijając małe grupki
zdziczałych psów uganiających się między stertami śmieci. Wokół domów
nie było widać ludzi, właśnie zaczęła się sjesta. Tylko wściekłe psy.
Zjechał na bok, żeby przepuścić ciężarówkę, która wypadła zza zakrętu.
Kierowca opierał się łokciem o szybę i palił. Na siedzeniu obok kobieta
bawiła się z dwójką małych dzieci, jedno z nich mu pomachało. On też mu
pomachał. Wytarł twarz. Zaczął się mocno pocić. Klimatyzacja nie
działała - The very best, se?or! - a pęd powietrza nie był w stanie
ochłodzić mu głowy.
Po lewej stronie zobaczył to, co zwano Torremolinos, Torrie, jak kiedyś
powiedziała jego matka, jak mówili Anglicy: betonowe bloki w pół drogi
między niebem a oceanem. To mógł być albo raj, albo piekło - zależy,
kogo zapytać. Ale Winter nie chciał nikogo pytać, nie zamierzał się też
zatrzymywać, nie myślał już o Torrie, przejeżdżając obok, nie więcej niż
o murze wzdłuż plaży.
Musiał zwolnić. Przejeżdżał przez teren, na którym pensjonaty i hotele
wypełniały każdy fragment przestrzeni. Flatotel Apartamentos. Nueva
Torre Quebrada. Hotel Costa Azul. Droga biegła wzdłuż brzegu. Palacio
del Mediterráneo zasłaniał niebo, z nazwy na ścianie odpadło kilka
liter. W Benalmádena widział, jak wioski po prawej stronie wspinały się
w górę zbocza Sierra Blanca, jakby chciały uciec przed nędzą na
wybrzeżu. Wsie były pomalowane na biało, niewiele domów. Niewinne
górskie wioski, pomyślał. Kto może je uratować przed obłąkanymi
architektami, którzy szaleją na całym Costa del Sol?
Przy Caracola de Mar samochód pełzał po wybrzuszeniach na drodze.
Dwudziestometrowy byk sterczał na szczycie urwiska nad kamieniołomem.
Wokół rozciągały się olbrzymie kompleksy hotelowe, kilka wyglądało jak
wariackie podróbki świątyni w Lhasie. Nagle droga przecięła niewielką
pustynię, czekającą na eksploatację. Wszędzie były tablice. Zakurzone
palmy tworzące zagajnik pod ostrym słońcem. Winter zauważył kilka sępów
krążących nad czymś, co mogło być padłym osłem.
Minął Fuengirolę. Wieżowce na lewo od autostrady wyglądały, jakby ktoś
je rzucił na chybił trafił z ciągnących się po prawej gór. Wzdłuż jarów
wyrastały wille Skandynawów, jak przerzuty.
- Cholera, daj już spokój, Winter.
Może przeżyje. Może już zamówił swojego ulubionego drinka T&T.
Przy La Costa pasek plaży między drogą a morzem był pusty. Samotny
autobus, zdemolowany i zakurzony, stał na kawałku stepu.
Głowa bolała go coraz bardziej. Przed Myramar ze żwirowego podłoża
wystrzelały opuszczone hotele, zbudowane na planie koła. Wyglądały jak
upiorne stwory z innych planet, ze skórą ze spękanego cementu w kolorze
uryny.
Ciągnęło się to bez końca. Hotel za hotelem, cień za cieniem: California
Beach Club, Club La Costa, Los Amigos. Szkielet po Las Farolas. Przy
Sitio de Calahonda budynki niemal dotykały autostrady. Zatrzymał się na
czerwonym świetle. Miał przed sobą Guitart Apartamentos, kojarzyły mu
się z nagrobkami. Groby dla tych, którzy chcą umrzeć w słońcu, pomyślał.
W Elvirii autobus zatrzymał się przed nim na przystanku umiejscowionym w niebezpiecznym miejscu przy autostradzie. Poniżej znajdował się Punta de
los Ladrones. Przylądek Złodziei.
Po prawej widział góry, nadal dzikie, jakby przyczajone w oczekiwaniu,
aż ta ulotna cywilizacja rozsypie się w proch i wszystko znów nabierze
takiego samego koloru jak góry.
Wreszcie po prawej dostrzegł Hospital Costa del Sol, w bieli i zieleni.
Do Marbelli zostało jeszcze sześć kilometrów. Skręcił przy hotelu Los
Monteros, jechał kawałek wzdłuż autostrady, okrążył szpital. Zaparkował
przy przystanku autobusowym i poszedł za drogowskazem Entrada
Principal. Trawa była zielona, rabaty kwiatów czerwone. Ogromny budynek
otaczały pinie, kaktusy i krzewy bugenwilli. Z balkonów zwieszały się
kwiaty.
Szerokie schody prowadziły do wejścia, które wyglądało jak czarna
dziura. Wziął głęboki oddech, przeciągnął dłonią po krótkich włosach i wszedł.
Simon Morelius zostawił Bartrama przed Park Lane i przeszedł na drugą
stronę Avenyn. Podszedł do Hanne Östergaard, nadal stała bez ruchu.
Zauważyła go dopiero, gdy stanął tuż przy niej:
- Nie możesz tu stać, Hanne.
Popatrzyła na niego zaskoczona.
- Tu chyba nie jest zamknięte - powiedziała. Może nawet dosłyszał jej
sarkastyczny śmiech. Podniosła wzrok i rozejrzała się za nastolatkami.
Już zniknęli wśród przechodniów. - Ta scena mogła zwabić tłumy.
Przynajmniej ty jesteś na właściwym miejscu o właściwej porze -
powiedziała i popatrzyła mu w oczy. - Znowu. - Potem położyła mu dłoń na
ramieniu. - Przepraszam, Simon.
- Nie musisz nic mówić - odparł. - Może cię podwieźć do domu?
- Nie trzeba, dziękuję. Mój samochód stoi na Heden. - Miał wrażenie, że
znów się zaśmiała tym suchym śmiechem. - O ile nie został przez ten czas
skradziony. - Spojrzała w dół Berzeliigatan. - Jeden z twoich młodszych
kolegów, z którym rozmawiałam jakiś rok temu, twierdzi, że wszystkie
samochody parkujące na Heden prędzej czy później zostają skradzione.
- To chyba prawda.
- Może wtedy będę potrzebowała pomocy.
- Możemy ci towarzyszyć i rzucić okiem - zaproponował Morelius.
- Nie jesteś na służbie? Masz na sobie mundur. Powinieneś chyba
patrolować ulice?
- To też jest służba.
- No dobrze - zgodziła się i ruszyła. Morelius dał znak Bartramowi.
Bartram machnął ręką i dalej szedł w stronę Götaplatsen.
- Człowiek jest całkiem skołowany po czymś takim - powiedziała Hanne
Östergaard, patrząc prosto przed siebie. - Kiedy musi ganiać po mieście
za swoim dzieckiem. - Podniosła wzrok na Moreliusa. - Zaczynam nawet
używać słów, których nigdy nie używałam. Skołowany.
Morelius nie odpowiedział.
- To się zaczęło tak nagle - ciągnęła. - Nigdy nie... nigdy nie myślałam,
że będę musiała przeżywać coś takiego. Nigdy. Ha! To się nazywa
naiwność.
Morelius nadal się nie odzywał. Wiedział, że mieszka sama z córką, ale
nie chciał mówić, że to musi być trudne czy czegoś innego w tym rodzaju,
czegoś, co się zwykle w takich sytuacjach mówi.
- To chyba uwalnianie się - mówiła dalej Hanne. - A kiedy się jest córką
pastora, jest jeszcze bardziej burzliwie. Wszystko jest ostrzejsze. -
Znów popatrzyła na Moreliusa. Przecinali Avenyn i czekali na zielone
światło przy Södra vägen. - Myślisz, że o to chodzi, Simon?
- Nie wiem - odparł, patrząc przed siebie. - Nie jestem chyba właściwą
osobą, żeby odpowiadać na takie pytania. - Czuł, że zaczyna się pocić
pod czapką. Miał nadzieję, że tego nie zauważyła. Potu, który spływał mu
po twarzy.
- Dlaczego nie? - Przecięli ulicę, kierując się ku odległemu krańcowi
parkingu. - Chyba możesz mieć na ten temat jakieś zdanie. Tak mi się
wydaje.
- Nie mam dzieci.
- Tym lepiej dla ciebie. - Znów ten sarkastyczny śmiech. - Nie, powinnam
się chyba opanować. - Zatrzymała się i rozejrzała. - Nie pamiętam, gdzie
dokładnie go zostawiłam. Samochód. - Rozejrzała się jeszcze raz. - Nie
myślałam o tym. Wtedy.
- Jak wygląda?
- Volvo. Starszy model. Ma dziesięć czy jedenaście lat.
- Numery?
Znów na niego spojrzała.
- W tej chwili sobie nie przypomnę. To strasznie głupie.
- Dość powszechne - uspokoił ją Morelius. - Ludzie często zapominają
numer rejestracyjny swojego samochodu.
- Zwłaszcza w stresie, prawda?
- Tak. - Omiatał wzrokiem stojące na parkingu samochody. Wszędzie
najróżniejsze modele volvo. W ciemnościach i przy świetle neonów kolor
był bez znaczenia.
- Tam stoi - powiedziała. Wskazała ręką i ruszyła w stronę Exercishuset.
- To tamten, z pustym miejscem obok. Po prawej.
Samochód był bardzo brudny. Morelius widział to już z odległości
dziesięciu metrów.
- I tak by nie było widać rejestracji.
- Takie rzeczy człowiek zawsze odkłada na później - przyznała Hanne
Östergaard. - Ale to niedobrze, ze względu na rdzę i takie rzeczy.
- To prawda.
- Ale w tej chwili wydaje mi się to raczej mało istotne.
Doszli do samochodu. Hanne otworzyła i usiadła za kierownicą.
- No więc... dziękuję - powiedziała.
- Nie ma za co.
Popatrzyła przed siebie z kluczykami w dłoni, potem spojrzała na
Moreliusa, stał pochylony przy aucie. Włączyła silnik.
- A ja zawsze myślałam, że mamy taki świetny kontakt - powiedziała, ale
nie wszystkie słowa dotarły do Moreliusa.
Winter przeszedł przez duży hol do tablicy informacyjnej przy recepcji.
Przeczytał: Cuidados Intensivos. Cirugía. Traumatología.
Medicina Interna. Cardiología. Pierwsze piętro: primera planta.
Dostrzegł schody po lewej stronie. Wiedział, że jego ojciec właśnie
został przeniesiony z OIOM-u na oddział pooperacyjny, piętro wyżej.
Przenosiny były chyba dobrym znakiem, choć głos matki w telefonie nie
brzmiał zbyt przekonująco. Cirugía. Cardiología. Po hiszpańsku to
brzmiało tak... abstrakcyjnie, jak pojęcia oddzielone od ciał, krwi i ścięgien.
Wszedł schodami na piętro i rozejrzał się po korytarzu. Na lewo
znajdował się oddział intensywnej opieki. Na prawo interna, na tablicy
numery pokojów: Habitationes 1101-1117. Matka mówiła, że ojciec leży w sali 1108. Winter wszedł na oddział. Ból rozsadzał mu czaszkę. Nie
rozmawiał z ojcem od sześciu lat. To było szaleństwo. Wcześniej tego nie
rozumiał, ale teraz uświadomił sobie, że tamto wszystko... było
bezsensowne i głupie. Pomyślał: do diabła, niech ojciec robi, co chce,
ze swoimi pieniędzmi, byle tylko przeżył.
Mijał po kolei sale: 1105, 1106, 1107, 1108... drzwi były uchylone,
ukazywały niewielki przedpokój i salę, przez okno widział żwirowany
dziedziniec. W środku było bardzo jasno. Z zewnątrz nie dochodziły żadne
dźwięki. Winter poczuł zapach chloru i czegoś jeszcze, to musiał być
płyn do mycia podłóg. Wszystko lśniło czystością. Ściany były żółtawe.
Podłoga z kamiennych płyt. Pod sufitem po prawej przymocowano telewizor.
Po lewej stały dwa łóżka, jedno puste. W drugim leżała postać podłączona
do rurek i szklanych butli otaczających łóżko. Obok na krześle siedziała
starsza pani, jego matka.
Nie od razu go usłyszała. Po chwili odwróciła głowę i drgnęła, poderwała
się i podeszła do niego.
- Eriku - powiedziała i natychmiast zaczęła płakać. Widział ślady łez na
jej chudej, mocno opalonej twarzy. Kiedy ją obejmował, miał wrażenie, że
nic nie waży, jakby się unosiła w powietrzu z tymi swoimi chudymi
ramionami i nogami.
- Przyjechałem - powiedział i znad jej ramienia spojrzał na ojca.
Bengt Winter miał zamknięte oczy, głowę obrócił na bok. Podparto mu ją
poduszkami. Był blady, jakby opaleniznę wchłonęła choroba.
- Jak jest? - zapytał Winter, ruchem głowy wskazując łóżko. - Jak z tatą?
- Teraz śpi. Dostał silne leki, żeby mógł odpocząć, leżeć spokojnie. I coś jeszcze. Ale myślę, że wezmą go z powrotem na OIOM.
- To znaczy, że wcale nie powinni go tu przenosić?
- Nie wiem, Eriku. - Pociągała nosem, wsparta na jego ramieniu. Nadal ją
obejmował. - Ja już nic nie wiem.
- Ale to zawał?
- Tak. Bardzo poważny, tak mówi doktor Alcorta.
- Jest tu teraz?
- Nie sądzę. Możemy zapytać. Ale porozmawiam z nim jeszcze raz jutro
przed południem. - Spojrzała na łóżko, jakby mówiła do męża. - Jesteśmy
umówieni.
Wypuścił ją z objęć i podszedł do łóżka. Twarz ojca zapadła się trochę w poduszkę i była jakby na wpół wymazana, jakby wyrównana czyjąś dłonią.
Winter patrzył na ojca i widział w nim siebie. To także moje życie,
myślał. Dzieli nas zaledwie dwadzieścia pięć lat, to nic. Zupełnie nic.
Bengt Winter oddychał, a strużka śliny spływała mu z ust na podbródek i dalej, aż do szyi, która majaczyła ciemno w całej tej bieli. Winter
starł ślinę dłonią. Podbródek ojca był szorstki od zarostu, chłodny.
Włosy sterczały na wszystkie strony. Miał ciemne kręgi pod oczami i wokół ust. Powieki poznaczone żyłkami. Coś charczało mu w piersi. On
umiera, pomyślał Winter. To dlatego go tu przenieśli. Już nic nie mogą
zrobić.
Wyjrzał przez okno, zobaczył palmy i pinie za dziedzińcem i parkingiem.
Za koronami drzew rozpościerał się górski krajobraz, brązowe pofałdowane
pola, biała wioska. W tle masyw górski ze szczytem, który niemal dotykał
cienkich chmur. Zatrzymał się na chwilę, utkwił wzrok w górskim
szczycie.
- Tę samą górę widzimy z domu - powiedziała matka. Podeszła do łóżka i stanęła obok syna. - Sierra Blanca.
- Co? - Nie dosłyszał. - Co powiedziałaś?
- Kiedy wygląda przez okno, widzi tamten szczyt. Widać go też z naszego
salonu - powtórzyła matka. - Oczywiście z innej strony.
- To może dobrze.
- Takie mam... wrażenie.
- Kiedy się obudzi?
- Nie tak szybko - odparła. Spojrzała na męża, a potem podniosła wzrok
na syna. - Jesteś głodny? Napijesz się czegoś?
- Może coś do picia.
- Możemy zejść do kafeterii - zaproponowała. - Mają tam prawie wszystko.
- Spojrzała na niego. - Zdążyłam sprawdzić.
Ale chyba nie dżin z tonikiem, pomyślał Winter, a sekundę później się
tego zawstydził. Jeśli kiedyś wypiła o jednego drinka za dużo, to teraz
zdążyła wytrzeźwieć.
- Możemy tak... pójść? Po prostu... go zostawić?
- Powiemy w recepcji na korytarzu. Mogą nas wezwać w pół minuty.
Kafeteria była wielka, pełna światła wpadającego przez liczne okna. Za
kontuarami wystawiono zdjęcia gorących dań. W szklanych gablotach stały
długie rzędy talerzy z tapas. Winter poczuł ciężki zapach smażonej w głębokim tłuszczu ośmiornicy i dopiero wtedy dotarło do niego, że
naprawdę jest w innym kraju. Nagle poczuł, że jest bardzo głodny.
Widział, jak krążki ośmiornicy smażą się w kociołku za barem. Kobieta w beżowej bluzce i czarnej spódnicy wyjmowała je pojedynczo z oleju.
- Zajmij stolik, a ja zamówię, co chcesz - powiedziała matka. - Mają...
- Ośmiornicę - rzucił Winter i kiwnął głową w stronę garnka. - Do tego
ćwiartki ziemniaków. I jeszcze dużą wodę mineralną.
Usiadł przy stoliku gdzieś przy najdalszych oknach. Po kilku minutach
zobaczył matkę z tacą.
Nie widział jej od... trzech lat. Wtedy przyjechała na parę dni, żeby
uporządkować jakieś papierkowe sprawy. Co podatkowi uciekinierzy mogli
mieć do załatwienia w Szwecji? Lotta z córkami odwiedzała rodziców w Hiszpanii kilka razy. Ale jego siostra miała inne podejście do
moralności ekonomicznej. A teraz siedział tutaj. Matka zbliżała się z jedzeniem, zniszczona twarz nad czerwoną plastikową tacą. Gdyby się nie
widzieli jeszcze trochę, mógłby jej nie poznać na ulicy. A teraz siedzę
tutaj, pomyślał znowu. Nic już nie ma znaczenia. Możemy być tacy
dzielni, jak tylko chcemy, a w końcu i tak tu siedzimy.
- Przyniosę tylko serwetki i wodę - powiedziała matka i postawiła tacę
na stole. Winter poczuł zapach jedzenia i w jednej chwili głód minął tak
nagle, jak się pojawił.
Matka wróciła i usiadła. Winter jeszcze nie tknął jedzenia. Zaczęła
rozstawiać talerze i szklanki, półmiski z potrawami.
- Nie zapytałam, jak ci minęła podróż.
- Ty nie chcesz jeść? - zapytał Winter, spoglądając na pusty blat po jej
stronie.
- Mogę skubnąć trochę ośmiornicy od ciebie - odparła. - Zjadłam, zanim
przyszedłeś.
Wiedział, że to nieprawda. Nałożył na talerz kilka krążków ośmiornicy i ćwiartki ziemniaków.
- Dobrze ci minęła podróż?
- Jasne.
- A co u Angeli?
- Wszystko dobrze.
- To fantastycznie, że będziecie mieli... maleństwo - powiedziała,
sięgając po chusteczkę. - Rozpłakałam się, kiedy nam o tym powiedziałeś.
- Zaczęła płakać. - A tata... wyciągnął butelkę szam...
Winter nie usłyszał, bo jej twarz zniknęła w chustce. Nie wiedział, co
powiedzieć. Matka się wysmarkała i podniosła na niego wzrok.
- Musicie przyjechać do nas... wszyscy, kiedy tata wyzdrowieje.
- Oczywiście.
- Będzie cudownie.
- Tak.
- Dam ci potem klucze.
- Klucze?
- Od domu. Ja będę spała tutaj, ale ty możesz nocować w domu. Dopilnować
go.
- Wynająłem pokój w hotelu. Na miejscu. W Marbelli.
- Niepotrzebnie.
- Ale to chyba kawałek drogi, do... Nueva Andalucía? To chyba po drugiej
stronie miasta?
- Wcale nie tak daleko.
- Mimo wszystko. Lepiej, żebym był bliżej szpitala.
- Tak, może masz rację. Zrób, jak uważasz. Ale mam nadzieję, że jutro
pojedziemy tam razem. - Wydawało mu się, że w jej oczach na chwilę
zapaliło się blade światełko. - Przecież nigdy nie widziałeś naszego
domu.
Winter nie odpowiedział. Siedzieli w milczeniu. Próbował jeść, ale
apetyt nadal nie wracał.
- Chciałam ci tylko powiedzieć, że tata nigdy nic nie powiedział o tym,
że... nie chciałeś go widzieć przez te lata - powiedziała nagle. Wyjrzała
przez okno, jakby śledziła poczynania gorącego wiatru między palmami za
parkingiem. Może patrzyła na biały górski szczyt, na Sierra Blanca,
który łączył życie na zewnątrz z... tym tutaj, pomyślał Winter, z tą
wyprostowaną, leżącą na boku sylwetką. - Nie powiedział ani słowa, a kiedy ja próbowałam o tym mówić, nie odpowiadał.
- Przykro mi z tego powodu.
- Nie dlatego to mówię, Eriku. Nie powinieneś tak myśleć. Chcę tylko,
żebyś wiedział, że on nigdy nie miał do ciebie pretensji.
Na Boga, pomyślał Winter. Czy on bierze na siebie całą winę?
- Naprawdę mi przykro, że wyszło tak, jak wyszło - powiedział. - Musimy
się postarać to zmienić.
- Właśnie - przyznała, ale wiedział, że ona wie, że on wie, że jest za
późno.
Wrócili na oddział. W poczekalni, wyposażonej w białe żaluzje i czarno-zielone krzesła stojące pod ścianami, matka zapaliła papierosa.
Winter policzył krzesła: trzynaście. Pod oknem stał czarny kosz na
śmieci. Zapalił i od razu poczuł się spokojniejszy. Dym z cygaretki
wsączał się między paski żaluzji.
Poszli do ojca. Nic się nie zmieniło pod ich nieobecność, tylko słońce
zmieniło położenie i cień się przesunął. Słońce i cień, pomyślał Winter.
Sol y sombra. To z grubsza cały mój hiszpański. Słońce i cień. To
przecież o to zawsze chodzi, ale nie tutaj, nie w tej sali. Tutaj jest
tylko cień, w całej tej bieli. Biel to kolor śmierci.
Matka wyszła na korytarz. Słyszał, jak z kimś rozmawia. To było dziwne
uczucie, pierwszy raz słyszał, jak dobrze mu znany głos mówi w obcym
języku.
- Nie obudzi się jeszcze przez kilka godzin - powiedziała.
- Skąd oni to wiedzą?
Wzruszyła ramionami.
- Jeśli chcesz, możesz się przejść - powiedziała, wskazując ręką na
okno. - Tam.
- Może tak zrobię. - Czuł, że musi się trochę poruszać. - Trochę
zesztywniałem.
- To po podróży - stwierdziła.
Na korytarzu przy oknie stała kobieta. Płakała do telefonu. Winter
zszedł po schodach opatrzonych tabliczką Salida de Emergencia. Duży
hol był pusty i cichy tak samo jak przedtem. Spodziewał się nabitej po
brzegi przychodni, pełnej zdesperowanych ludzi, krzyczących caramba i pachnących czos... chłodna i wyciszona elegancja Hospital Costa del Sol
zaskoczyła go.
Kiedy wszedł na schody, upał natychmiast przypomniał o sobie. Zobaczył
swój samochód na czarnym parkingu. Jak bułeczka na blasze do pieczenia,
pomyślał. Wyszedł na słońce, skręcił w lewo i kładką doszedł do
autostrady. Po lewej widział Marbellę: wieżowiec i grupka średnio
wysokich domów okalających zatokę. Wściekły ryk silników w dole. Pięćset
metrów dalej wznosiła się ogromna tablica: Urbanización Bahia de
Marbella. Za tablicą niebo i morze zlewały się w jedno. Tu jego rodzice
byli u siebie.
Znów przeszedł przez kładkę, potem ruszył na wschód, minął budynek
szpitala. Przeszedł tę samą drogę, którą wcześniej pokonał samochodem.
Przy zjeździe z autostrady na chwilę przystanął w cieniu wiaty
przystanku autobusowego. Czekający na autobus ludzie wyryli znaki w drewnianej ławce: imiona, daty. Ktoś kogoś kochał. Ktoś życzył drugiemu
wiecznych mąk i śmierci. Ktoś tu był!
Winter was here.
Przeszedł wiaduktem na drugą stronę. Zniszczony hotel Los Monteros
przechodził właśnie gruntowny i powolny remont. Sorry for the trovles,
głosił napis na tablicy. Robotnicy podawali sobie cegły, stali w pięciu
w rzędzie. I wszyscy popatrzyli, kiedy obok nich przechodził Skandynaw z jasnymi, krótko obciętymi włosami. Ktoś coś powiedział, potem Winter
usłyszał śmiechy.
Za hotelem, na zboczu schodzącym ku morzu migoczącemu między zielonymi
zaroślami, stały zadbane wille. Avenida del Tunis. Winter słyszał, że
za jego plecami pośród białych murów toczy się mecz. Drogi samochód
jechał ulicą pod górę, kierowca pomachał mu, kiedy go mijał.
Postanowił wrócić i skręcił w lewo, na wysokości robotników z cegłami.
Znów komentarze i znów śmiech. Podszedł do zrujnowanej stacji
transformatorowej hotelu i innych budynków gospodarczych... Za wielkim
barakiem rozciągało się co najmniej dwadzieścia boisk do tenisa,
niszczały w słońcu. Niesione wiatrem strzępy suchej trawy przelatywały
nad popękanym tartanem. Siatki zwisały bezwładnie jak szmaty. Na jednym
z boisk leżało mnóstwo krzeseł, porozrzucanych na wszystkie strony, jak
gdyby coś się nagle stało i przerwało to, co się tam działo.
Rozdział 6
6
OJCIEC OBUDZIŁ SIĘ, kiedy Winter wrócił do pokoju numer 1108. Podszedł
do łóżka. To była trudna chwila. Winter poczuł ściskanie w gardle.
Ojciec wyciągnął dłoń. Winter ją ujął. Miał wrażenie, że jest sucha i mocna, prawie jak u zdrowego mężczyzny, ale wyczuwał kości i ścięgna.
Chciał coś powiedzieć, ale ojciec go uprzedził.
- Dobrze, że jesteś, Eriku.
- Tak. - Widział, że walczy z bólem. Ten ruch musiał go kosztować dużo
wysiłku. - Nie możesz się teraz przemęczać. - Ostrożnie ścisnął jego
dłoń. - To w tej chwili ważne.
- Coś innego... inne rzeczy się już nie liczą. - Bengt Winter spojrzał na
syna. - Nie tak zamierzałem cię przyjąć, kiedy się tu wreszcie
pofatygujesz, na słońce.
- To nieważne. Postaraj się wyzdrowieć, potem będziesz mógł mnie
przyjmować, jak chcesz.
- Tego mo... możesz być pewny. Do dia... czy mógłbyś trochę poprawić tę
poduszkę?
Winter przesunął jedną z poduszek pod głową ojca. Poczuł ostry zapach i coś jeszcze. Wystarczyła sekunda czy dwie, żeby sobie przypomniał, jak
pachnie jego woda po goleniu. Potem znów rozbolała go głowa. Smutek
tkwił w niej jak kamienny kawałek pamięci.
Trochę uklepał poduszkę.
- Tak jest dobrze - powiedział ojciec.
- Na pewno?
- Doskonale - przyznała matka. Ciągle siedziała na krześle. Winter nie
chciał na nią patrzeć.
- Jak ci minęła podróż? - zapytał ojciec.
- Dobrze.
- Jakimi liniami leciałeś?
- Jakiś lot czarterowy. Nie pamiętam nazwy.
- To niepodobne do ciebie.
- Hm...
- Było tak mało czasu. Ale znaleźli miejsce dla ciebie?
- Tak.
- Jakiś golfista musiał zaczekać jeszcze kilka godzin?
- Nie wiem.
- To bardzo dobrze. I tak jest ich tu już za dużo. Powinni się zająć
czymś sensowniejszym. - Ojciec spojrzał na Wintera. - Widzisz, co się
może stać? W jednej chwili człowiek jest na polu golfowym, a w następnej
leży tutaj.
- Tak, to niedobrze.
- To niebezpieczny sport.
- Ale wkrótce wrócisz do gry.
- Na pole golfowe?
- Tak. I... wszędzie.
- Diabli wiedzą. Wydaje mi się, że tym razem to jest the big one.
- Hm...
- Wydaje mi się... - Winter nie zrozumiał dalszego ciągu. Nagle ojcu
zaczął się plątać język. Winter czekał, ale nic więcej nie usłyszał.
Patrzył na ojca: powieki mu opadły, podniosły się, znów opadły. Nagle
jego dłoń zwiotczała i opadła. Dopiero wtedy Winter zauważył, że nadal
ją trzyma.
- Musi odpocząć - powiedziała matka, wstając z krzesła i podchodząc do
łóżka. - Tak się ucieszył, że jesteś. - Objęła syna. - Był taki
rozgorączkowany, kiedy się o tym dowiedział.
- Hm...
- Obudził się jakiś kwadrans przed twoim powrotem.
- A jednak sprawiał wrażenie... silnego - powiedział Winter, spoglądając
na nieprzytomnego ojca. Czy mógł go słyszeć? Zresztą czy to miało jakieś
znaczenie? - Wszystko będzie dobrze.
- Piękna była ta wasza rozmowa - powiedziała matka.
To była bezpieczna rozmowa, pomyślał Winter, żadnych ryzykownych
tematów. Zataczali wielkie kręgi wokół wielkiej pieprzonej dziury.
Usłyszał szum klimatyzacji. Po raz pierwszy dotarł do niego ten dźwięk.
Może zdenerwowanie powoli puszczało. Następnym razem spróbuje zapytać o parę rzeczy, może sam też usłyszy kilka pytań.
Weszli do pokoju. Kobieta włączyła wideo i ich ciała zaczęły się
poruszać. W pokoju nie było innego światła oprócz niebieskawego blasku
telewizora, cienie jak żywe przesuwały się po ścianach.
Dźwięk narastał i przycichał. Nie znosił tego. Chciał podejść do
telewizora i go wyłączyć, ale nie mógł zakłócić jej rytuału. Był pewien,
że już postanowiła, co się ma stać.
- Dlaczego tak stoisz? Chodź tu i siadaj. Z nami.
Kiwnęła na niego ze stojącej przed telewizorem sofy. Siedzieli tam
oboje. Ten drugi trzymał rękę pod jej bluzką. Na stoliku przed nimi
stały kieliszki i butelki. On nie pił, ale ta dwójka na sofie była
wstawiona.
Zamknął oczy i poczuł się tak, jakby to było kiedy indziej, kiedy wrócił
do domu, a ona siedziała na sofie, jak ta tutaj, a on po prostu wszedł
do pokoju, po prostu wszedł, jakby znalazł się nagle na innym
kontynencie. Miało go nie być. Byli zaskoczeni. Odwrócił się i wyszedł.
Nie pierwszy raz coś takiego się stało.
To było coś w nim. Myślał, że to była ich wina, ale zrozumiał, że to
było coś w nim.
Próbował to przełamać. Teraz był tutaj.
- Nie śmiejcie się - powiedział. - Proszę, nie śmiejcie się.
Spojrzeli na niego, oboje. Ich twarze pokrywały plamy niebieskiego
światła. Wyglądali, jakby mieli wytatuowane czoła.
- Przecież się nie śmialiśmy - powiedziała kobieta. - Nikt się nie
śmiał.
- Proszę, nie śmiejcie się ze mnie - powtórzył.
- Co z tobą, do jasnej cholery? - powiedział mężczyzna i zaczął się
podnosić z sofy.
- Nic.
- Wydaje mi się, że źle trafiłeś.
Tamten wstał i chciał do niego podejść. Ona nadal siedziała z kieliszkiem w dłoni i śledziła ruchy ciał na ekranie.
- Przyniosłem ze sobą muzykę.
- Co?
- Mam ze sobą muzykę, której moglibyśmy posłuchać.
- Muzykę? - Mężczyzna stanął obok sofy i wskazał na telewizor. - My tu
już czegoś słuchamy. Może nie zauważyłeś?
- Macie jakiś magnetofon kasetowy? To coś specjalnego. - Widział
wcześniej wieżę stereo po prawej stronie, urządzenia poustawiane jedno
nad drugim w wysokiej czarnej szafce z półkami. Ruszył w tamtą stronę, z kieszonki na piersi wyjął kasetę. Przez sekundę widział przed sobą inną
twarz, głowę unoszącą się w powietrzu. Rozpoznał ją. Wiedział, że to coś
znaczy. Teraz głowa zniknęła. Brakowało ciała. Piosenka już huczała mu w głowie, nie wiedział, czy wydobywa się też z jego gardła, czy oni ją
słyszą. Jego własna głowa unosiła się w powietrzu, zbliżała się do ich
głów. Wszystko się zlało w jedno. Zobaczył twarz jeszcze raz. Potem
muzyka zabrzmiała naprawdę.
Zaczęło się zmierzchać, ale nadal było gorąco. Winter dojechał do
Marbelli. Jakiś pieśniarz flamenco wykrzykiwał swój ból w radiu. Winter
podkręcił dźwięk i opuścił szybę. Doleciał go zapach benzyny i oceanu.
Kiedy parkował przy przecznicy nadmorskiego bulwaru, pachniało smażoną
na oliwie ośmiornicą i jajkiem. Wysiadł z samochodu i zamykając drzwi,
poczuł, że ma całkiem mokre plecy.
Hotel stał przy Avenida Duque de Ahumeda, blisko plaży. Winter musiał
zaczekać kwadrans w holu, potem wjechał z walizką na dwunaste piętro.
Chciał obejrzeć pokój, zanim go wynajmie. Taki miał zwyczaj.
Zamek w drzwiach był obluzowany. Apartament składał się z dwóch pokoi i kuchni. Okna balkonowe były częściowo otwarte, wiatr szarpał
biało-niebieską markizą. Była podarta, cała w wypłowiałych plamach od
słońca i cienia, i morskiej soli. Jedna z płacht waliła w okno. Winter
podszedł bliżej i zobaczył, że balkon wychodzi na wschód, na inny hotel.
Rozejrzał się po większym pokoju. Meble z imitacji skóry kiedyś były
białe.
Poszedł do łazienki. Na wannie od kranów spływał rdzawy zaciek. W umywalce zauważył ślady mydła. Spojrzał w lustro. Schudł przez te
ostatnie kilka godzin, zbladł.
W windzie jadącej na dół miał towarzystwo pary czterdziestolatków.
Unikali spoglądania na mężczyznę w swoim wieku. Pięciodniowa opalenizna.
Sądząc po strojach, wybierali się na drinka o zachodzie słońca.
- I don't like that room - oświadczył Winter recepcjoniście i pokazał
mu klucz. Dlaczego zawsze ląduję w czymś takim?, pomyślał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki