Słońce i cień. Komisarz Erik Winter. Tom III - Ake Edwardson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

ZACZĘŁO PADAĆ. Simon More­lius nasta­wił radio. Nic nie sły­szeli przez pięć minut. Docho­dziła dzie­siąta i pano­wał spo­kój. Gre­ger Bar­tram zatrzy­mał się na czer­wo­nym świe­tle. Dwie kobiety prze­szły przez ulicę, jedna z uśmie­chem odwró­ciła się w stronę radio­wozu. Gre­ger Bar­tram uniósł dłoń w geście pozdro­wie­nia.

- Dwa­dzie­ścia sie­dem, ładna - powie­dział. - I to samo myśli o mnie.

- Ona się uśmiech­nęła do mnie. Nie do cie­bie - zapro­te­sto­wał More­lius.

- Patrzyła mi pro­sto w oczy - odparł Bar­tram. - To ze mną szu­kała kon­taktu.

Świa­tła się zmie­niły i Bar­tram wje­chał na rondo Korsvägen.

- I stwier­dziła, że nikogo nie ma w domu - powie­dział More­lius.

- Ha, ha.

- Popa­trzyła ci głę­boko w oczy i zoba­czyła, że nikogo tam nie ma. Tylko glina w śred­nim wieku za kół­kiem dziw­nie poma­lo­wa­nego samo­chodu, a ona...

Usły­szeli przez radio kobiecy głos:

- Dzie­więć jeden dwa­dzie­ścia. Dzie­więć jeden dwa­dzie­ścia, odbiór. - Potem padła nie­wy­raźna odpo­wiedź gdzieś z daleka. Znów ode­zwała się kobieta: - Ktoś leży na ulicy przed Focu­sem przy Lise­bergu, pijany albo chory. Jest tam grupka nasto­lat­ków.

Odpo­wie­dział jakiś patrol:

- Sły­sze­li­śmy. Jeste­śmy na Prins­ga­tan i jedziemy do Focusa.

More­lius się­gnął po mikro­fon.

- Tu jede­na­ście dzie­sięć. Jeste­śmy bli­żej, jedziemy wła­śnie Korsvägen, możemy to prze­jąć.

- Dobrze, jede­na­ście dzie­sięć.

Radio­wóz z dys­tryktu Lorens­berg wyje­chał z ronda i zatrzy­mał się przed cen­trum han­dlo­wym. Na par­kingu sie­działo kilka sku­lo­nych osób. Kiedy samo­chód się zatrzy­mał, jedna z nich pod­bie­gła do otwie­ra­nych przez Bar­trama drzwi.

- To ja tele­fo­no­wa­łam - powie­działa dziew­czyna, na oko szes­na­sto­let­nia. Poma­chała komórką, jakby ta miała się wła­śnie roz­dzwo­nić, żeby potwier­dzić słowa wła­ści­cielki. Dziew­czyna miała pro­ste włosy, gładko przy­kle­jone do głowy przez deszcz. W jej wiel­kich oczach malo­wało się prze­ra­że­nie. Bił od niej zapach alko­holu i tyto­niu. Żywo gesty­ku­lo­wała. - Ona tam leży. Maria tam leży, ale już tro­chę lepiej się czuje.

- Zadzwo­nię po karetkę - rzu­cił Bar­tram.

More­lius poszedł za dziew­czyną. Od grupki mło­dzieży dzie­liło ich kilka kro­ków. Ota­czali pół­ko­lem dziew­czynę, która wła­śnie pró­bo­wała się pod­nieść. Zachwiała się, ale More­lius, który wła­śnie zna­lazł się przy niej, podał jej ramię i uchro­nił przed upad­kiem. Ważyła tyle co nic. Wyglą­dała jak bliź­niaczka tam­tej, która dzwo­niła, ale patrzyła nie­obec­nym wzro­kiem. Tu naprawdę nikogo nie ma w domu, pomy­ślał More­lius.

Czuć było od niej alko­hol i wymio­ciny. More­lius poczuł coś lep­kiego pod pode­szwami butów. Powi­nien uwa­żać, żeby się nie pośli­znąć. Po kilku sekun­dach dziew­czyna spoj­rzała na poli­cjanta, nie­spo­dzie­wa­nie przy­tom­nie.

- Chcę do domu - powie­działa.

- Co zaży­wa­łaś? - zapy­tał More­lius.

- Nni... nic - odparła. - Tylko kilka piw.

- Kilka piw, jasne. - More­lius spoj­rzał na grupkę pię­ciu czy sze­ściu mło­dych ludzi. - Co brała? To ważne. Jeśli coś wie­cie, mów­cie natych­miast, w tej chwili, NATYCH­MIAST. - Pod­niósł głos, tro­chę ich nastra­szył.

- Tak jak mówiła - ode­zwał się chło­pak w robio­nej na dru­tach czapce i blu­zie od dresu. - Kilka piw... i tro­chę wódki.

- Wódki? Jakiej wódki? Czy ktoś ma butelkę?

Mło­dzi ludzie popa­trzyli po sobie.

- BUTELKĘ - powtó­rzył More­lius.

Chło­pak w robio­nej na dru­tach czapce się­gnął pod obszerną bluzę i wyjął butelkę. Bar­tram wziął ją od niego i obej­rzał, trzy­ma­jąc pod świa­tło neo­no­wych reklam.

- Nie ma ety­kiety - powie­dział.

- Nieee... nie ma.

- Co to jest? - zapy­tał Bar­tram. W tej samej chwili wszy­scy usły­szeli syrenę pogo­to­wia po dru­giej stro­nie wie­żowca Gothii. - Co to za gówno? Samo­gon?

- Tak... chyba tak - przy­znał jeden z chłop­ców. - Kupi­łem od kum­pla. - Wyglą­dał, jakby zaraz miał się roz­pła­kać. - Mówił, że to cał­ko­wi­cie w porządku.

- Nie jest w porządku - powie­dział More­lius. Czuł, że dziew­czyna wisząca mu na ramie­niu robi się coraz cięż­sza, znów traci przy­tom­ność. - Gdzie ta cho­lerna karetka?! - krzyk­nął. W tej samej chwili auto zatrzy­mało się dwa metry od niego, zazgrzy­tały wyta­czane nosze.

Sie­dzieli w pocze­kalni pogo­to­wia. Dziew­czyna była w gabi­ne­cie zabie­go­wym. Po dwu­dzie­stu minu­tach wyszedł lekarz. Wyraz jego twa­rzy powie­dział More­liu­sowi, że jesz­cze żyje.

Młody chło­pak prze­cha­dzał się ner­wowo po pocze­kalni. Może on też był przed Focu­sem. More­liu­sowi wyda­wał się zna­jomy. Jak zdą­żył tu doje­chać?

- Alko­hol w mło­dym orga­ni­zmie, no cóż... to nie jest dobra kom­bi­na­cja - powie­dział lekarz.

- Jak ona się czuje?

- Bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, nie­źle, jak to się mówi. Musi oczy­wi­ście zostać u nas na noc.

- Więc ten alko­hol... był w porządku? - zapy­tał Bar­tram.

Lekarz rzu­cił mu wymowne spoj­rze­nie.

- Cho­dzi panu o ten samo­gon?

- Chyba pan, do cho­lery jasnej, rozu­mie, co mam na myśli?!

Dok­tor spoj­rzał na niego ponow­nie.

- Nie ma powodu do gniewu - powie­dział. Otrze­pał far­tuch, jakby chciał go oczy­ścić z prze­kleń­stwa Bar­trama. - Naj­mniej­szego powodu.

- Prze­pra­szam - odparł potul­nie poli­cjant. - Po pro­stu mar­twimy się o nią. Nie­któ­rzy gli­nia­rze już tacy są.

- Chcemy tylko wie­dzieć, czy ma jakieś inne... obra­że­nia... niż te, co nor­mal­nie... jeśli ten samo­gon był moc­niej­szy niż zwy­kły alko­hol - wyja­śnił More­lius.

Lekarz popa­trzył na nich z powąt­pie­wa­niem, jakby myślał, że chcą go nabrać.

- W tej chwili wszystko wygląda nor­mal­nie - powie­dział. - Ale nie zosta­wiamy niczego przy­pad­kowi. Czy zawia­do­miono rodzinę?

- Tak - przy­znał More­lius. - Matka powinna tu być lada chwila.

- No więc, w takim razie... - powie­dział lekarz i wyszedł.

- Dzię­ku­jemy, dok­to­rze - rzu­cił Bar­tram.

Patrzyli jesz­cze, jak wycho­dzi przez waha­dłowe drzwi.

- Aro­gancki dupek - powie­dział Bar­tram.

- Chyba myśli to samo o tobie.

Bar­tram mruk­nął coś nie­zro­zu­mia­łego i spoj­rzał na kolegę. Było tuż po jede­na­stej, twarz More­liusa od ostrego świa­tła pocze­kalni była cała w pla­mach.

- Ach tak, więc to córka naszej pastor. Jesteś pewien? Hanne Östergaard? Która leczy nasze obo­lałe dusze?

- Tu nie ma co iro­ni­zo­wać. - More­lius wziął do ręki port­fel dziew­czyny. Prze­czy­tał dane z legi­ty­ma­cji. - Maria Östergaard. Ulica w Örgryte. Nasza pastor nazywa się Hanne Östergaard i mieszka w Örgryte, ma też córkę o imie­niu Maria.

- A skąd ty wła­ści­wie to wszystko wiesz?

- A czy to ma jakieś zna­cze­nie?

- Nie, nie.

- Ale nie jestem do końca pewien. - Przez otwie­ra­jące się na noc drzwi wpa­dła kobieta. - Teraz jestem pewien - powie­dział More­lius i ruszył ku Hanne Östergaard.

- Gdzie Maria? - zapy­tała. - Gdzie ona jest, Simon?

- Jesz­cze w zabie­go­wym, czy jak to się nazywa - odparł More­lius. - Ale wygląda na to, że wszystko jest dobrze.

- DOBRZE? Wszystko jest dobrze? - Hanne Östergaard wyglą­dała, jakby za chwilę miała się roze­śmiać. - Czy ktoś może mi powie­dzieć, gdzie mam iść?

Ktoś z pra­cow­ni­ków szpi­tala wyszedł przez waha­dłowe drzwi. Poli­cjanci zoba­czyli, jak Hanne Östergaard bie­gnie na oddział ratun­kowy.

Chło­piec, który krą­żył po pocze­kalni, poszedł za nią. Obej­rzał się jesz­cze raz za sie­bie i znik­nął w kory­ta­rzu.

- Ja cię kręcę - rzu­cił Bar­tram. - I nawet wie­działa, jak masz na imię.

More­lius nie odpo­wie­dział.

- Nawet pasto­rom nie zostaje to oszczę­dzone - powie­dział Bar­tram.

- Co oszczę­dzone?

- Trudne sytu­acje, kiedy coś się dzieje z ich bli­skimi, uko­cha­nymi. Ale ty chyba nie masz dzieci?

- Odpo­wiedź brzmi: nie. Ale to tutaj chyba skoń­czy się... szczę­śli­wie.

- Dzięki nam.

- E tam. Dzie­ciak, który chla za dużo i rzyga. Pew­nie sama by oprzy­tom­niała za jakiś czas, tamci by jej pomo­gli. Hap­pens all the time. Czy tobie nic takiego się nie zda­rzyło?

- Mnie? Nie przy­po­mi­nam sobie.

- No wła­śnie, to jesz­cze o niczym nie świad­czy.

- Jedziemy? - zapy­tał Bar­tram.

*

Jechali do cen­trum, minęli budy­nek Chal­mers i szpi­tal Vasa. Deszcz padał coraz moc­niej. Latar­nie świe­ciły jakby sła­biej, otu­lone w noc. Bar­tram zatrzy­mał się na czer­wo­nym świe­tle. Dwie kobiety prze­cho­dziły przez ulicę, ale żadna się nie odwró­ciła, żeby się uśmiech­nąć do radio­wozu. More­lius nasta­wił radio. Słu­chali komu­ni­ka­tów. Psy­chicz­nie chory sta­ru­szek zagi­nął w Ängg?rden kilka godzin temu i wła­śnie się odna­lazł. Gorąca dys­ku­sja w miesz­ka­niu w Kore­ta­dali zakoń­czyła się, kiedy na miej­scu zja­wili się funk­cjo­na­riu­sze. Pija­czyna, który oparł się o sto­jący tram­waj przy Brun­n­spar­ken, upadł, kiedy tram­waj ruszył. Czy można to uznać za wypa­dek komu­ni­ka­cyjny? - zasta­na­wiał się Bar­tram.

More­lius myślał o Hanne Östergaard i o tym, o czym roz­ma­wiali dwa tygo­dnie wcze­śniej. Był wdzięczny Gre­ge­rowi, że o nic wię­cej nie pytał.

Erik Win­ter zga­sił świa­tło w swoim pokoju i wyszedł. Deszcz prze­stał padać. Poje­chał do domu rowe­rem, przez Heden, ustą­pił pierw­szeń­stwa komuś, kto nie uwa­żał na Vasa­ga­tan. Nogawki ochla­pała mu woda, a może jesz­cze jakiś inny syf. Było za ciemno, żeby się dało cokol­wiek zoba­czyć. Zasta­na­wiał się, czy nie prze­je­chać koło Salu­hal­len, ale zre­zy­gno­wał. Zadzwo­niła jego komórka. Zatrzy­mał się i wyjął tele­fon z wewnętrz­nej kie­szeni prze­ciw­desz­czo­wego płasz­cza.

- Nie mogę się zde­cy­do­wać w spra­wie sofy - powie­działa Angela, kiedy się zgło­sił. - Muszę cię pro­sić o radę, natych­miast.

- Chyba nie dźwi­gasz?

- Nie, nie.

- Możemy ją zabrać, jeśli nie możesz się zde­cy­do­wać. Mam prze­cież miej­sce.

- Ale gdzie będzie stała?

- Czy to nie może zacze­kać do wie­czora?

- Chcia­łam przyjść przy­go­to­wana jak naj­le­piej.

- Hm...

- To poważna decy­zja.

- Wiem.

- Czy ty naprawdę to prze­my­śla­łeś? Może powin­ni­śmy kupić do...

- Angelo, daj spo­kój...

- Wiem, wiem. Ale to takie osza­ła­mia­jące. To wszystko.

To chyba naj­od­po­wied­niej­sze słowo, pomy­ślał Win­ter, strze­pu­jąc kilka kro­pli z ramie­nia. Osza­ła­mia­jące. Pierw­szy raz w doro­słym życiu miał zamiesz­kać z dru­gim czło­wie­kiem. Po latach dość luź­nego związku mieli z Angelą zamiesz­kać razem. Czuł się tak, jakby to ona pod­jęła tę decy­zję. Nie. To było nie­spra­wie­dliwe. Prze­cież on też musi brać na sie­bie odpo­wie­dzial­ność.

Nie mieli wyboru. Albo zamiesz­kają razem, albo... wszystko się skoń­czy. Choć tego nie mógł już sobie wyobra­zić. Nie odwa­żyłby się zerwać. Samot­ność byłaby zbyt straszna, czyż nie? Byłaby jesz­cze gor­sza. Samot­nie wejść w nowe tysiąc­le­cie. Syl­we­ster: płyta w odtwa­rza­czu i kie­li­szek wina. To byłoby wszystko. Nędza roz­świe­tlona fajer­wer­kami.

Wkrótce do prze­łomu wie­ków zostaną już tylko trzy mie­siące, będzie miał czter­dzie­ści lat i nie­długo prze­sta­nie być naj­młod­szym komi­sa­rzem w Szwe­cji.

Przy­go­to­wał się do naci­śnię­cia peda­łów.

- Zoba­czymy się o ósmej - powie­działa Angela, a on wyłą­czył komórkę.

W miesz­ka­niu zapa­dła noc, nic już się nie świe­ciło. Lampa sto­jąca na pod­ło­dze paliła się przez jakąś dobę, ale spa­liła się w niej żarówka. Kiedy zaczęło świ­tać, jesień wle­wała się mię­dzy żalu­zjami, a opusz­czona roleta w sypialni prze­pusz­czała plamy świa­tła.

Lodówka szem­rała. Na kuchen­nym stole stały kie­liszki do wina i pusta butelka. Na bla­cie przy kuchence stał podłużny pół­mi­sek z reszt­kami zeschnię­tych taglia­telli. Mały ron­del z sosem grzy­bo­wym stał obok. Sos już poczer­niał. Na desce do kro­je­nia kilka pla­ster­ków pomi­dora powoli wsią­kało w drewno.

W zmy­warce stały trzy tale­rze i kilka tale­rzy­ków, kie­liszki, sztućce i jesz­cze jeden ron­del.

Z kranu ryt­micz­nie kapała woda, kiep­ska uszczelka. Ten dźwięk było sły­chać w dzień i w nocy w całym miesz­ka­niu, ale para, która sie­działa na sofie w salo­nie, nic nie sły­szała.

Wokół nich leżały poroz­rzu­cane ubra­nia, two­rzyły też linię pro­wa­dzącą z kuchni, przez przed­po­kój, do salonu: męskie skar­pety, para spodni, spód­nica, poń­czo­cha, bluzka z cien­kiego mate­riału. Wokół sofy bluzka, majtki, koszula, slipy. Przez okno wpa­dały różne odgłosy. Tram­waje. Kilka samo­cho­dów. Nagły powiew wia­tru. Śmiech kilku osób wycho­dzą­cych z restau­ra­cji.

Kobieta i męż­czy­zna byli nadzy. Trzy­mali się za ręce. Sie­dzieli zwró­ceni do sie­bie twa­rzami. Tylko ich głowy wyglą­dały dziw­nie.

Czy tak było? Czy tak miało być? Czy to ten obraz? Pró­bo­wał o nim pomy­śleć, zoba­czyć go.

Był w kuchni. Prze­szedł przez przed­po­kój. Ubra­nia leżały na pod­ło­dze. Zasła­niał dło­nią oczy, kiedy pod­cho­dził do sofy. Spoj­rzał. Na sofie było pusto. Popa­trzył jesz­cze raz i zoba­czył, że tam sie­dzą, zwró­ceni do sie­bie. Jej twarz tak dobrze znana.

Ich głowy. Ich GŁOWY.

Prze­tarł mocno oczy. Sły­szał odgłosy z ulicy, otwo­rzył drzwi auta. Czuł deszcz na twa­rzy, kiedy wysiadł, a potem stał na ulicy przed domem.

Marzył, żeby się cof­nąć w cza­sie. Ludzie, któ­rzy prze­cho­dzili obok, nie wie­dzieli, nie wie­dzieli nic. Zupeł­nie nic. Nie wie­dzieli, że żyją w raju.

Rozdział 2

2

WIN­TER STAŁ W PRZED­PO­KOJU, ale nie zapa­lał świa­tła. Angela miała się zja­wić za godzinę, może nawet wcze­śniej.

Jak długo tu miesz­kał? Dzie­sięć lat? Czy to było dzie­sięć lat? Coś koło tego. Ile lasek tu zacią­gnął przez te lata? Wolał o tym nie myśleć. Mógłby wycią­gnąć przed sie­bie ręce i poli­czyć na pal­cach, może by wystar­czyło.

Prze­szedł przez miesz­ka­nie, roz­ja­śnione świa­tłami mia­sta roz­cią­ga­ją­cego się za oknem. Jedna z ostat­nich takich prze­cha­dzek w bło­giej samot­no­ści. Uśmiech­nął się do sie­bie. Wkrótce w przed­po­koju będzie musiał bro­dzić w roz­rzu­co­nych ciu­chach. Skar­peta na opar­ciu sofy. Znał Angelę. Potrze­bu­jesz tro­chę nie­po­rządku w życiu, mówiła. A ty wno­sisz chaos, odpo­wia­dał. Naresz­cie, mówiła.

Będzie musiał prze­su­nąć przy­bory do gole­nia na półeczce w łazience. Może do kącika, obok tych wszyst­kich tajem­ni­czych sło­icz­ków i bute­le­czek, które ona tam ustawi.

A gdyby jed­nak powie­działa: nie?, pomy­ślał wcale nie tak dawno. Gdyby się tym po pro­stu zmę­czyła?

Na dole, na Vasa­plat­sen, jeź­dziły tam i z powro­tem tram­waje. Ściana za dużymi oknami była biała w świe­tle wie­czoru. Tro­chę dalej jarzył się czer­wony punk­cik na sprzę­cie ste­reo. Win­ter ruszył w tamtą stronę i się­gnął po box Spring­ste­ena, który jego przy­ja­ciel, komi­sarz poli­cji kry­mi­nal­nej z Lon­dynu Steve Mac­do­nald, przy­słał mu zeszłej jesieni, nie zwa­ża­jąc na koszty. Zro­bił to po to, żeby Win­ter musiał myśleć o tym, ile kosz­to­wała prze­syłka, a przez to słu­chał z powagą i sku­pie­niem. Win­ter lubił jazz i Mac­do­nald uwa­żał, że to w porządku, ale wycho­dził ze skóry, żeby uzu­peł­nić jego edu­ka­cję o rze­czy, które Win­ter prze­ga­pił, dora­sta­jąc pod klo­szem przy Joh­nie Col­tra­nie.

Naj­cie­kaw­sze było to, że teraz, od kiedy zaczął pozna­wać rocka, słu­chał jesz­cze wię­cej jazzu. Sły­szał nowe niu­anse u Col­trane'a, nowe odcie­nie czerni. Ku wła­snemu zdzi­wie­niu odkrył też, że w pro­stej muzyce roc­ko­wej też są rze­czy, które mu się podo­bają. Może wła­śnie to było naj­waż­niej­sze. Pro­stota.

Kiedy czło­wiek jest star­szy, zaczyna dążyć do pro­stoty. Ja się sta­rzeję. Cał­kiem nie­długo skoń­czę czter­dzie­ści lat. To pod pew­nymi wzglę­dami poważny wiek. Może nie jestem łatwym czło­wiekiem, ale mogę się jesz­cze uczyć, na­dal. Albo po pro­stu zawsze byłem pro­stą duszą. Angela to dostrze­gła. To dla­tego wybrała mnie z dzie­sią­tek tysięcy innych face­tów.

Wybrał z pudełka czwartą płytę i puścił utwór dzie­wiąty, swój ulu­biony kawa­łek od kilku mie­sięcy albo raczej od czasu pod­ję­cia decy­zji. Decy­zja. I'm happy with you in my arms, I'm happy with you in my heart, happy when I taste your kiss, I'm happy in love like this. Zwy­kłe życie. Angela to zro­zu­miała. Może i on znaj­dzie w tym szczę­ście.

Bal­lada roz­cho­dziła się po pokoju, kiedy się roz­bie­rał, happy baby, come the dark, nagle prze­stał myśleć o czym­kol­wiek, sta­nął pod prysz­ni­cem. Sły­szał muzykę przez plusk wody, a także dzwo­nek do drzwi i trza­śnię­cie, kiedy Angela otwo­rzyła drzwi wła­snym klu­czem.

Lars Ber­gen­hem jechał przez Älvsborgsbron. Samo­chód bujał się na wie­trze. Ber­gen­hem miał wolne. Jadąc przez tunel, nagle zadał sobie pyta­nie, co on tam, u dia­bła, robi. W tunelu. W aucie. Mógł sie­dzieć w domu i patrzeć, jak jego dwu­let­nia córeczka śpi. Już to robił. Ada spała, a on się jej przy­glą­dał. Mógł się przy­glą­dać, jak Mar­tina sprząta kuch­nię po kola­cji Ady. Mógł sam sprzą­tać.

To się zaczęło jak zwy­kle. Jakieś słowo, któ­rego żadne z nich nie rozu­miało. Kiedy Ada zasnęła, zro­biło się tak cicho, że nie był w sta­nie nawet szu­kać słów, które nie pogar­sza­łyby sprawy. Był śled­czym, ale tutaj zawiódł na całej linii. Był detek­ty­wem, ale nie detec­tive of love. Czy to z jakiejś pio­senki? Detec­tive of love? Elvis Costello? Wat­ching the Detec­ti­ves. Śle­dzić detek­ty­wów.

Zawró­cił na wyso­ko­ści Frölunda Torg i ruszył na pół­noc, z powro­tem. Zro­bił już kie­dyś taką wycieczkę, ale to było dawno temu.

Wszystko ukła­dało się dobrze. Ten nie­po­kój znik­nął tak dawno. Czyżby wró­cił? Czy to jego wina? Czy to coś było w nim, czy w Mar­ti­nie? Te słowa, do któ­rych nikt nie chciał się przy­znać. Skąd się brały? Poja­wiały się jak ból głowy.

Sze­re­gowy domek wyglą­dał przy­tul­nie, kiedy wysiadł z samo­chodu. Domowo przy­tul­nie. Świe­ciło się wię­cej lamp, niż było trzeba.

Mar­tina sie­działa w kuchni z kub­kiem her­baty. Pła­kała, a on poczuł się winny. Musiał coś powie­dzieć.

- Ada śpi?

- Tak.

- To dobrze.

- Ale co?

- Że ona śpi, Ada.

- Co ty gadasz? Po pro­stu wycho­dzisz z domu i gdzieś sobie jedziesz, a potem wra­casz i uda­jesz, że nic się nie stało.

- Ale czy coś się stało? Co się tak naprawdę stało?

- Jesz­cze pytasz?

- Czy to ja zaczą­łem?

Nie odpo­wie­działa. Sie­działa ze spusz­czoną głową, wie­dział, że znowu pła­cze. Miał do wyboru dwie rze­czy: albo powie coś sen­sow­nego, albo wsta­nie, pój­dzie do samo­chodu i znów prze­je­dzie przez most.

- Mar­tino...

Pod­nio­sła głowę i spoj­rzała na niego.

- Oboje jeste­śmy zmę­czeni - spró­bo­wał.

- Zmę­czeni? Naprawdę? Prze­cież powin­ni­śmy być wypo­częci i rado­śni, cie­szyć się na Boże Naro­dze­nie. Ada zaczęła już... - Znów pochy­liła głowę nad bla­tem.

Ber­gen­hem roz­pacz­li­wie szu­kał słów. Zegar na ścia­nie tykał gło­śniej niż zwy­kle.

- I tak ma być, póki znów mi nie odbije? - zapy­tał.

Wymam­ro­tała coś w odpo­wie­dzi, ale nie dosły­szał.

- Co powie­dzia­łaś?

- Nie zawsze cho­dzi tylko o to, żeby ci znów nie odbiło - powie­działa. - Czy to zna­czy, że ma być cicho i spo­koj­nie, żebyś był w sta­nie być poli­cjan­tem kry­mi­nal­nym?

- Wiesz, o co mi cho­dziło.

- Nie­długo już nic nie będę wie­działa.

Wstał i poszedł do Ady. Popa­trzył na śpiącą z kciu­kiem w buzi dziew­czynkę. Nie sły­szał żad­nego dźwięku. Nachy­lił się nad jej twa­rzyczką, nasłu­chu­jąc odde­chów, aż usły­szał słaby świst wcią­ga­nego nosem powie­trza.

Pozwo­lili opaść na dno złym sło­wom na tyle, na ile się dało. Pił kawę w salo­nie, kiedy Mar­tina wyszła z kuchni.

- Win­ter zamieszka z Angelą - powie­dział.

- Dla­czego nazy­wasz go Win­ter, prze­cież ma na imię Erik? Chyba o nas nie mówią Ber­gen­hem i Mar­tina?

- Nie, jasne, że nie... ale prze­waż­nie używa się nazwi­ska. My tak robimy - wyja­śnił Ber­gen­hem.

- Wtedy jest mniej oso­bi­ście, tak? Czy to łatwiej­sze? To o to cho­dzi?

- Sam... nie wiem - przy­znał.

Mar­tina poznała Angelę przed pra­wie dwoma laty, kiedy miała się uro­dzić Ada. Było dra­ma­tycz­nie. Ber­gen­hem prze­padł bez śladu, był ranny, więc Win­ter popro­sił Angelę, żeby poje­chała z Mar­tiną do szpi­tala, pod­czas gdy on szu­kał kolegi.

- Mam nadzieję, że dobrze im się będzie ukła­dało - powie­działa Mar­tina do pogrą­żo­nego w myślach Ber­gen­hema. - Myślę, że wszystko się uda.

- Co?

- Prze­pro­wadzka. Wspólne miesz­ka­nie. Erik i Angela. Że będzie dobrze.

- Tak.

- A gdzie będą miesz­kać?

- Nawet nie pyta­łem. Ale myślę... chyba oczy­wi­stym wybo­rem jest jego miesz­ka­nie. Jest więk­sze.

- Skąd wiesz?

Spoj­rzał na nią. Uśmie­chała się. To pyta­nie nie miało żad­nego pod­tek­stu.

- Wła­ści­wie nie wiem - odparł. - To dziwne. Po pro­stu uzna­łem to za oczy­wi­ste.

- Może kupią dom.

- Nie mogę sobie wyobra­zić Win­tera w domu.

- Dla­czego nie?

- No nie wiem... w jakiś spo­sób należy do mia­sta. Wyso­kie domy, place, tak­sówki.

- Nie sądzę. Na pewno kupi wielki dom gdzieś w L?ngedrag i wypełni go rodziną.

- Dla mnie to brzmi nie­re­al­nie.

- Wkrótce będzie rok dwu­ty­sięczny - odparła Mar­tina. - Wszystko się może zda­rzyć.

Nie do końca wszystko, pomy­ślał. Nie wszystko powinno się zda­rzyć. Wszystko powinno zostać tak, jak jest wła­śnie w tej chwili.

- Może zro­bią para­pe­tówkę? - rzu­ciła Mar­tina. - A kiedy to ma być?

- Ale co?

- Kiedy razem zamiesz­kają, wszystko jedno gdzie?

- Przed Bożym Naro­dze­niem, tak mi się wydaje.

- To wspa­niale. Cie­szy mnie ta wia­do­mość.

Rozdział 3

3

ANGELA PRZY­SZŁA PRZED ÓSMĄ. Znów zro­bił się wie­czór. Miała roz­pusz­czone włosy, mie­niły się kolo­rami w pada­ją­cym przez uchy­lone drzwi świe­tle. Może w jej oczach był jakiś nowy wyraz, coś, czego wcze­śniej nie widział: wiara, że mimo wszystko mają jakąś przy­szłość. Ale było w nich też coś innego. To dru­gie. Jakieś szcze­gólne świa­tło w oczach, jak gdyby w tyle jej głowy jarzyła się mocna lampa, jakby nada­wała jej źre­ni­com ten szcze­gólny blask.

Kiedy zdjęła trze­wiki, na par­kie­cie została brudna woda. Win­ter spoj­rzał na ślady, ale nic nie powie­dział. Angela śle­dziła jego wzrok. Pod­nio­sła ręce nad głowę.

- To się wię­cej nie powtó­rzy - powie­działa.

- Co takiego? - zapy­tał.

- Widzia­łam, jak spoj­rza­łeś.

- I co?

- Pomy­śla­łeś wła­śnie: jak to wszystko, na litość boską, może się udać? Co się sta­nie z moją pod­łogą, kiedy ona tu zamieszka?

- Ech...

- To są sprawy, które musisz prze­pra­co­wać - dodała.

- Tym­cza­sem mogę iść do cie­bie w zabło­co­nych bucio­rach, pospa­ce­ruję po twoim miesz­ka­niu, wejdę do łóżka, poska­czę po fote­lach. Żeby odre­ago­wać, że tak powiem.

- Wła­śnie o tym mówi­łam. Prze­pra­co­wać to.

Wziął ją za rękę i poszli do kuchni. Pach­niało kawą i pod­grza­nym w pie­kar­niku chle­bem. Na stole stała masel­niczka, leżał kawa­łek sera, rzod­kiewki, pasz­tet, kor­ni­szony.

- O, będzie impreza.

- Rusty­kalny urok i pro­stota. A mimo to ele­gancko.

- Masz na myśli pasz­tet?

- To część rusty­kalna. A tu masz ele­gan­cję - powie­dział Win­ter i poszedł do kre­densu po szklaną sala­terkę.

- Co to takiego? - zapy­tała, pod­cho­dząc do stołu. - A, mary­no­wany śledź. Kiedy zdą­ży­łeś to zro­bić? Bo chyba sam to zro­bi­łeś? We wła­sno­ręcz­nie ugo­to­wa­nej zale­wie?

- Nie obra­żaj mnie.

- Kiedy to zro­bi­łeś?

- Wczo­raj w nocy. Tuż przed drugą. Teraz są ide­alne.

- Są ide­alne - powtó­rzyła. - Bra­kuje tylko wódki, ale chyba się napi­jemy, co?

- Ty się nie napi­jesz - powie­dział. - Ja mógł­bym strze­lić setę, ale będę soli­darny. Przy­naj­mniej dzi­siaj.

- To raczej nor­malne, że męż­czyźni soli­da­ry­zują się z kobie­tami w takiej... sytu­acji.

- Ach tak?

- Nie­któ­rzy nawet przy­bie­rają na wadze.

- Tu raczej na mnie nie licz.

More­lius czuł się sztywny. Przy­niósł w sobie tę sztyw­ność z domu, nie odpu­ściła cał­kiem, nawet kiedy tre­no­wał przed wie­czorną służbą.

Potem sie­dział na ławce przed szafką i maso­wał sobie kark, przy­glą­da­jąc się zdję­ciom roze­bra­nych lasek przy­kle­jo­nym do wewnętrz­nej strony drzwi szafki Bar­trama. Dość nie­winne zdję­cia, jakby wycięte z jakie­goś świersz­czyka z lat sześć­dzie­sią­tych. Nie na dzi­siej­sze czasy. Bar­tram lubił się trzy­mać prze­szło­ści. Cza­sami twier­dził, że te zdję­cia przed­sta­wiają jego żonę, ale prze­cież nie był żonaty.

To był ostatni tydzień sze­ścio­ty­go­dnio­wego gra­fiku. Dla niego ozna­czało to dodat­kowy piąt­kowy wie­czór i dwa wie­czory week­en­dowe. Cze­kały już jak strach przy­cza­jony w ciem­no­ściach. Dzień wypłaty. Wie­dział, że na mie­ście ludzie zaczęli już świę­to­wać swoje bogac­two. Było tuż przed ósmą, komi­sa­riat był już zamknięty.

- Masz kręcz karku? - zapy­tał Bar­tram, zajęty służ­bową bro­nią. Ruty­no­wymi ruchami spraw­dzał wszyst­kie mecha­ni­zmy. Jego SIG sauer 225 miał jesz­cze ory­gi­nalną drew­nianą kolbę. Mógł opo­wie­dzieć o tym, jak stra­cił wal­thera, ale nie teraz. Był spo­kojny, poważny, przy­go­to­wany na wie­czór i na cały week­end.

- Tylko tro­chę jest sztywny - odparł More­lius.

- Uwa­żaj na prze­ciągi.

- Dobrze.

- Będziesz chyba musiał zostać dzi­siaj w budynku.

- Co mówisz?

- Prze­ciągi. Masy ludzi będą wie­czo­rem prze­cią­gały przez mia­sto.

- Ech. Będzie jak zwy­kle.

- To dzień wypłaty, Simo­nie.

More­lius i Bar­tram szli w dół Ave­nyn. Nie­któ­rzy poli­cjanci woleli patro­lo­wać poje­dyn­czo, More­lius do nich nale­żał, ale od pół roku było ina­czej. Wystra­szył się raz czy dwa. Widział rze­czy, które go prze­ra­żały.

Raz spo­tkał śmierć w tunelu Gnistäng, kiedy para mło­dych ludzi wje­chała pro­sto w beto­nową ścianę. Sie­dział w samo­cho­dzie tuż za nimi i wszystko widział. Jak na fil­mie. Patrzył na to, jakby to był jakiś cho­lerny film. Wszystko było rze­czy­wi­ste, choć rów­no­cze­śnie nierze­czy­wi­ste. Jadąca przed nim mazda nagle skrę­ciła w lewo i wal­nęła w ścianę z kosz­mar­nym hukiem tłu­czo­nego szkła i gię­tych blach. Nawet nie był na służ­bie, jeź­dził tylko obwod­ni­cami. Robił tak cza­sami, kiedy nie pra­co­wał. Udało mu się zaha­mo­wać w miej­scu, potem wysko­czył z auta i pod­biegł do wraku. Dziew­czyna wisiała z... z... i kosz­mar­nie go zemdliło, tuż przy niej, jak zwy­kły... zwy­kły... a potem zadzwo­nił, ale kiedy wybie­rał numer, sły­szał już syreny nad­jeż­dża­ją­cych kole­gów i karetki pogo­to­wia.

Wła­śnie sobie to przy­po­mniał, kiedy po raz drugi mijali Park. Za oknami błysz­czeli piękni i mło­dzi ludzie w barach i restau­ra­cjach. Kobiety. Bar­tram odwró­cił głowę w lewo.

- Uwa­żaj, bo znowu będziesz miał sztywny kark.

- Ha, ha.

- A może to jest tego warte.

- Należy sobie to zre­kom­pen­so­wać patrze­niem w drugą stronę.

More­lius spoj­rzał w drugą stronę, na Ave­nyn. Grupka mło­dych ludzi zbli­żała się od Götaplatsen. Jedna z pięć­dzie­się­ciu, jakie ścią­gały do mia­sta w każdy piąt­kowy wie­czór. Ave­nyn sta­no­wiła dziwną mie­szankę ele­gan­cji wieku śred­niego, zde­spe­ro­wa­nych trzy­dzie­sto­lat­ków w kry­zy­sie i zde­spe­ro­wa­nych pięt­na­sto­lat­ków w kry­zy­sie.

Naj­bar­dziej pijani szu­kali nowych zna­jo­mo­ści, pro­wo­ko­wali innych. Bandy wysy­łały naj­młod­szego członka, cze­kały, przy­pusz­czały atak.

Bar­tram spoj­rzał w prawo, on też.

- Tę dziew­czynę poznaję.

- Co?

- Tamtą jasno­włosą dziew­czynkę, która tam idzie, w gru­pie. Pierw­sza od naszej strony.

- Tak.

- Córka pastorki.

- Wła­śnie. Maria Östergaard.

- Szybko sta­nęła na nogi.

- To było tydzień temu. I już wtedy mówi­łem, że to nie było nic groź­nego.

- Ale ona znów się szlaja po mie­ście... po tym wszyst­kim. Co na to powie nasza pastor?

- Możesz ją sam zapy­tać. Wła­śnie idzie.

Tak było. Hanne Östergaard szła szyb­kim kro­kiem, nie­mal bie­gła. Prze­cięła Ave­nyn od strony teatru. Obser­wo­wali, jak pod­cho­dzi do grupki mło­dzieży. Zła­pała za ramię jasno­włosą dziew­czynę, swoją córkę. More­lius sły­szał ich głosy, ale nie rozu­miał, co mówią.

- Idziesz ze mną do domu!

- Ty za mnie nie decy­du­jesz.

- Pro­si­łam cię, żebyś dziś wie­czo­rem została w domu.

- Chcesz, żebym cią­gle sie­działa w domu. - Wyrwała się z rąk matki. - Puść mnie! - Popa­trzyła na sto­ją­cych dookoła kole­gów.

- Chcę tylko, żebyś teraz poszła ze mną do domu - powie­działa Hanne Östergaard. Puściła rękaw jej kurtki. - Bar­dzo się nie­po­koję. Pomyśl, co będzie, jeśli... jeśli znów się sta­nie coś takiego.

- Nic się nie sta­nie - odparła dziew­czyna. - Nawet się nie napi­łam piwa. - Chuch­nęła matce w twarz. - Czu­jesz jakiś alko­hol, co?

Hanne Östergaard zaczęła pła­kać.

- Mario, pro­szę, chcę tylko, żebyś poszła ze mną do domu. Ja się tak... strasz­nie mar­twię.

- Nie masz się czym mar­twić, mamo. Jestem z przy­ja­ciółmi. Wrócę o pierw­szej, jak mówi­łam.

Hanne Östergaard popa­trzyła na nią, na grupę nasto­lat­ków, potem na drugą stronę ulicy, na dwóch poli­cjan­tów. Zro­biła ruch, jakby chciała do nich pod­biec i zażą­dać, żeby zabrali jej córkę i odwieźli do domu, do Örgryte.

Żeby tylko tu nie pode­szła, pro­sił w myślach More­lius. Ale jeśli coś pój­dzie nie tak, będziemy musieli do nich podejść. Potem usły­szał krzyk: NIE! Zoba­czył jesz­cze, jak dziew­czyna odwraca się znie­nacka i pusz­cza bie­giem w dół ulicy. Jej kole­dzy się zawa­hali. Jeden chło­pak po chwili ruszył jej śla­dem. Był podobny do tam­tego z kory­ta­rza na pogo­to­wiu, tego, który ner­wowo prze­cha­dzał się wzdłuż ścian. Grupka się roz­pro­szyła, jakby coś ich cią­gnęło w dół sze­ro­kiego chod­nika, byle dalej od kobiety, która stała tam teraz samot­nie.

*

- Myślisz dużo o tym, jak to będzie zostać ojcem?

Zasko­czyło go to pyta­nie. Jak pod­czas prze­słu­cha­nia. Zasko­cze­nie. Żeby nie było czasu na zasta­no­wie­nie.

- Natu­ral­nie - odparł.

- Kła­miesz.

- Dla­czego miał­bym kła­mać? To będzie naj­waż­niej­sze wyda­rze­nie w moim życiu, na równi z moimi naro­dzi­nami. - Popa­trzył na nią. Włosy odgar­nęła do tyłu. Lekko zaokrą­glony brzuch. - I chwilą, kiedy spo­tka­łem cie­bie, kocha­nie.

- To była wła­ściwa odpo­wiedź. Ale wydaje mi się, że już zaczy­nasz się mar­twić o wszystko, co może pójść źle.

- Mylisz się, Angelo. Jestem opty­mi­stą, jak wiesz.

Wybuch­nęła śmie­chem.

- W tym przy­padku jestem - dodał.

- Mam wra­że­nie, że już zaczą­łeś roz­my­ślać, jak to będzie, kiedy... kiedy nasze dziecko będzie nasto­lat­kiem i pój­dzie się włó­czyć ze swoją paczką na Ave­nyn.

- Prze­stań.

- A nie jest tak? Na pewno o tym myślisz.

- Wtedy nie będzie już Ave­nyn.

- Nie będzie już w mie­ście repre­zen­ta­cyj­nej ulicy? Czy teraz prze­ma­wia przez cie­bie opty­mizm?

Zadzwo­niła leżąca na noc­nym sto­liku komórka. Pięć minut po pół­nocy. Nie­liczne osoby, które miały ten numer, dzwo­niły w spra­wach służ­bo­wych, poza Angelą, która wła­śnie leżała obok niego, naga, jesz­cze odprę­żona i lekko zaró­żo­wiona, z trzema kro­pel­kami potu u nasady wło­sów.

I poza jego matką. Albo mor­der­stwo, albo matka, pomy­ślał Win­ter, ale się nie uśmiech­nął. Wycią­gnął się nad drugą połową łóżka i ode­brał.

- Eriku! Dzięki Bogu, że ode­bra­łeś. - Matka była zdy­szana, jakby wbie­gła na dwa czy trzy pagórki w Nueva Andalucía. Win­ter sły­szał trza­ski na linii z Costa del Sol.

- Co się stało, mamo?

- Tata, znowu. Tym razem to poważne, Eriku.

Win­ter przy­po­mniał sobie poprzedni raz, w zeszłym roku. Ojciec został prze­wie­ziony do szpi­tala w Mar­belli z podej­rze­niem zawału serca, ale to było tylko zapa­le­nie mię­śnia ser­co­wego. Przy­mie­rzał się, żeby tam poje­chać, ale oka­zało się, że to nie­po­trzebne.

Nie widział się z ojcem od czasu, kiedy jego rodzice prak­tycz­nie ucie­kli ze swo­imi pie­niędzmi przed szwedz­kim sys­te­mem podat­ko­wym. Nie miał na to ochoty w zeszłym roku i teraz też wolałby tego unik­nąć, jeśli tylko się da.

- Czy to znowu mię­sień ser­cowy?

- Och, Eriku. On miał zawał. Zale­d­wie kilka godzin temu. Dzwo­nię ze szpi­tala. Leży na oddziale inten­syw­nej opieki, Eriku. ERIKU? Sły­szysz mnie?

- Tak, jestem, mamo.

- On umiera, Eriku.

Win­ter zamknął oczy, wziął głę­boki oddech. Spo­kój. Spo­kój.

- Jest przy­tomny?

- Co... nie, jest nie­przy­tomny. Dopiero co go ope­ro­wali.

- Ope­ro­wali go?

- No prze­cież mówię. Zro­bili tacie długą ope­ra­cję. Wyczy­ścili naczy­nia, tak myślę.

Angela nacią­gnęła prze­ście­ra­dło na piersi i usia­dła na łóżku. Patrzyła na niego z poważ­nym wyra­zem twa­rzy. Rozu­miała.

- Roz­ma­wia­łaś z Lottą? - zapy­tał Win­ter. Jego sio­stra była leka­rzem. Znała tro­chę hisz­pań­ski. Angela też była leka­rzem, ale nie mówiła po hisz­pań­sku. Jego matka potra­fiła coś powie­dzieć w tym języku, ale Win­ter nie był pewien, czy rozu­mie, co się do niej mówi. Naj­le­piej znała się na gatun­kach win i moc­niej­szych alko­holi. Nawet gdyby leka­rze mówili po angiel­sku, i tak była zbyt wzbu­rzona, żeby ich wysłu­chać. Zresztą gdyby mówili po szwedzku, też.

- Zadzwo­ni­łam naj­pierw do cie­bie, Eriku.

- Czy leka­rze coś mówili?

- Tylko tyle, że na­dal jest pod nar­kozą. - Szlo­chała mu do ucha. - A co będzie, jeśli on się nie obu­dzi, Eriku?

Win­ter zamknął oczy. Widział już sie­bie w samo­cho­dzie jadą­cym na Lan­dvet­ter, a potem w fotelu w samo­lo­cie. Błę­kitne niebo nad chmu­rami. Spoj­rzał na swoją dłoń. Drżała. Może to ostat­nie godziny, pomy­ślał.

- Wsia­dam w pierw­szy samo­lot do Hisz­pa­nii.

- A będą teraz miej­sca? Pra­wie zawsze jest pełno w tej... o tej porze.

- Jakoś to zała­twię.

Angela przy­glą­dała mu się. Wszystko sły­szała. Musi to zała­twić. Będzie sie­dział w samo­lo­cie odla­tu­ją­cym o siód­mej czy któ­rejś tam. Ktoś inny będzie sie­dział oparty o swoje kije gol­fowe i cze­kał na następny samo­lot, żeby na Sło­necz­nym Wybrzeżu zagrać w golfa.

Rozdział 4

4

ZAMKNĄŁ ZA SOBĄ DRZWI. A może wyszedł i zamknął je póź­niej, zanim to się zaczęło. Ten, kto zechce wyjść, będzie musiał poświę­cić kilka cen­nych sekund, które i tak nie wystar­czą.

Jedli, ale nie pamię­tał co. Nawet nie myślał o tym, co wkłada do ust. Ona się zaśmiała, raz czy dwa. Tam­ten, ten drugi, się nie śmiał. Jakby wie­dział...

Jakby wie­dział, kim on jest. Dla­czego tu przy­szedł.

Że też potra­fię tak sie­dzieć, pomy­ślał. A teraz mówię. Powie­dzia­łem coś, co nic nie zna­czy. Zresztą nie wiem, czy oni słu­chają.

Sły­szał muzykę w gło­wie, naj­pierw cicho, potem nara­stała i przy­ci­chała. Zupeł­nie jakby sie­dział w domu i słu­chał, albo w samo­cho­dzie, ale w samo­cho­dzie rzadko to robił, nie chciał wje­chać w skalną ścianę w tunelu.

Słu­chał, jesz­cze zanim to się zaczęło. A może tamto zaczęło się od słu­cha­nia. Usi­ło­wał nie słu­chać i jakiś czas mu się uda­wało, ale teraz to było nie­moż­liwe. Teraz to nie miało żad­nego zna­cze­nia, teraz, kiedy tu sie­dział. Rozej­rzał się po kuchni. Pytali go, czy chce zostać w kuchni, a on wzru­szył ramio­nami. Potem się prze­nie­siemy do salonu, powie­działa takim tonem, że poczuł lodo­waty chłód w gło­wie, a muzyka nara­stała i cichła. Był cie­kaw, czy oni to widzą, czy w końcu też będą w sta­nie to usły­szeć, może chwilę przed­tem, zanim to się sta­nie.

Gitary ryczały mu w gło­wie. Głos wrzesz­czał, chry­piał, syczał w samym środku muzyki, która nie chciała go opu­ścić: lying in the black field, memo­ries start to move into my mind, visions of the red room, my blo­odied face, her blo­odied head.

Wizja czer­wo­nego pokoju. Zamknął oczy. Pod­nie­ce­nie nara­stało. Ona to zauwa­żyła i uśmiech­nęła się. Nic nie wie­działa. Ten drugi tro­chę się wier­cił, ale powoli zaczął się roz­pły­wać, sta­wać cie­niem. Kiedy spo­glą­dał na nią, też sta­wała się cie­niem. Nad­szedł czas.

Powie­działa coś.

- Co?

- Halo? Czy ktoś tam jest?

- Co... tak...

- Wyglą­dasz, jak­byś był gdzieś daleko.

- Nie... jestem tutaj.

- Rusza­łeś głową, jak­byś cze­goś słu­chał. W środku, w gło­wie.

- No.

- Może my też mogli­by­śmy posłu­chać - powie­działa z uśmie­chem. Ten drugi się nie śmiał. Patrzył wprost na niego, jakby widział tych, co sie­dzieli w jego gło­wie i grali. - Jaka to muzyka? - zapy­tała i pode­szła do niego, nachy­liła się do jego ucha. Poczuł jej cię­żar i woń alko­holu w odde­chu. Pili, zanim się zja­wił. On nie pił. Przed­tem nie i teraz też nie. - Nic nie sły­szę - powie­działa i jesz­cze moc­niej oparła się o niego, a potem go poca­ło­wała. Czuł ją w ustach. Nie ruszał się. - Co z tobą? - zapy­tała. - Nie masz ochoty? - Zwró­ciła się do dru­giego męż­czy­zny. - Naj­wi­docz­niej nie jest napa­lony. A myśla­łam, że jest swin­ger­sem.

Tam­ten nic nie powie­dział. Na­dal mu się przy­glą­dał. Może to nic nie zna­czyło.

Kobieta wyszła z kuchni, nie było jej chwilę, potem wró­ciła. Z dru­giego pokoju dole­ciała muzyka. Nie chciał na nią patrzeć. Widział kawa­łek jej skóry.

- A co myślisz o tym? - zapy­tała.

- Co takiego? O czym?

- O muzyce - odparła. - Pomy­śla­łam, że posłu­chamy cze­goś razem!

Pró­bo­wał słu­chać, ale nie sły­szał nic, nic się nie prze­dzie­rało przez metal wrzesz­czący w jego mózgu.

Ona coś zawo­łała, poru­sza­jąc się tanecz­nym kro­kiem.

Pode­rwała tam­tego. Przy­cią­gnęła go do sie­bie, poca­ło­wała. Zer­kała w jego stronę. Zaczęła odpi­nać tam­temu koszulę i poło­żyła dłoń na jego lewej piersi. Poru­szała się w rytm muzyki. Znów się zaśmiała.

- Elton John! - krzyk­nęła. - Nie­źle buja!

Nagle poczuł napad mdło­ści, a rów­no­cze­śnie ogromne pod­nie­ce­nie. Spo­glą­dali na niego, oboje. Tam­ten ski­nął mu głową, z ręką pod jej bluzką.

Zro­bili przed nim dwa czy trzy taneczne kroki.

Pod­niósł się z krze­sła.

Rozdział 5

5

WIN­TER ZDJĄŁ WALIZKĘ Z TAŚMY, prze­szedł przez odprawę i ode­brał samo­chód z wypo­ży­czalni. Zdjął mary­narkę i usiadł za kół­kiem. Samo­chód stał w cie­niu przed ter­mi­na­lem. W samo­lo­cie kapi­tan poda­wał tem­pe­ra­turę w Mala­dze, która w postaci sza­rych skał ster­czała ze spa­lo­nej ziemi trzy tysiące metrów niżej. Łuk wokół spo­koj­nego morza. Trzy­dzie­ści dwa stop­nie w cie­niu. Upał jesz­cze nie chciał opu­ścić Anda­lu­zji. Win­ter jesz­cze ni­gdy tu nie był.

Był zmę­czony, lekko łupało go w gło­wie. Uru­cho­mił sil­nik. Było mu smutno, upał jesz­cze potę­go­wał to uczu­cie. Jakby gorąco coś zapo­wia­dało.

Roz­ło­żył mapę Sło­necz­nego Wybrzeża, którą dostał od firmy wynaj­mu­ją­cej samo­chody, i spraw­dził drogę do Mar­belli. Nie powi­nien mieć kło­po­tów z doje­cha­niem. E15 przez całą drogę. Auto­strada cie­szy się sławą naj­nie­bez­piecz­niej­szej w świe­cie, ale takie rze­czy sły­szy się też o innych, pomy­ślał, wyjeż­dża­jąc z par­kingu.

Ruszył na zachód. Włą­czył radio. Jakiś Hisz­pan śpie­wał swoją wer­sję My way, seple­niąc po kasty­lij­sku. Śpie­wowi towa­rzy­szyło instru­men­talne fla­menco, które dla Win­tera brzmiało rado­śnie i fał­szy­wie. Fla­menco prze­szło w mek­sy­kań­ską rumbę z tysią­cem trą­bek. Hisz­pan powró­cił za chwilę z Green, green grass of home.

Trawa za szybą była sucha, jakby nie­żywa, pra­wie pozba­wiona koloru.

Jechał przez przed­mie­ścia. Kiedy patrzył pod słońce, wie­żowce wyda­wały się czarne. Beton był jak plama z pra­niem zwie­sza­ją­cym się z krzy­wych okien. Prze­strze­nie mię­dzy domami były puste, pomi­ja­jąc małe grupki zdzi­cza­łych psów uga­nia­ją­cych się mię­dzy ster­tami śmieci. Wokół domów nie było widać ludzi, wła­śnie zaczęła się sje­sta. Tylko wście­kłe psy.

Zje­chał na bok, żeby prze­pu­ścić cię­ża­rówkę, która wypa­dła zza zakrętu. Kie­rowca opie­rał się łok­ciem o szybę i palił. Na sie­dze­niu obok kobieta bawiła się z dwójką małych dzieci, jedno z nich mu poma­chało. On też mu poma­chał. Wytarł twarz. Zaczął się mocno pocić. Kli­ma­ty­za­cja nie dzia­łała - The very best, se?or! - a pęd powie­trza nie był w sta­nie ochło­dzić mu głowy.

Po lewej stro­nie zoba­czył to, co zwano Tor­re­mo­li­nos, Tor­rie, jak kie­dyś powie­działa jego matka, jak mówili Anglicy: beto­nowe bloki w pół drogi mię­dzy nie­bem a oce­anem. To mógł być albo raj, albo pie­kło - zależy, kogo zapy­tać. Ale Win­ter nie chciał nikogo pytać, nie zamie­rzał się też zatrzy­my­wać, nie myślał już o Tor­rie, prze­jeż­dża­jąc obok, nie wię­cej niż o murze wzdłuż plaży.

Musiał zwol­nić. Prze­jeż­dżał przez teren, na któ­rym pen­sjo­naty i hotele wypeł­niały każdy frag­ment prze­strzeni. Fla­to­tel Apar­ta­men­tos. Nueva Torre Quebrada. Hotel Costa Azul. Droga bie­gła wzdłuż brzegu. Pala­cio del Mediterráneo zasła­niał niebo, z nazwy na ścia­nie odpa­dło kilka liter. W Benalmádena widział, jak wio­ski po pra­wej stro­nie wspi­nały się w górę zbo­cza Sierra Blanca, jakby chciały uciec przed nędzą na wybrzeżu. Wsie były poma­lo­wane na biało, nie­wiele domów. Nie­winne gór­skie wio­ski, pomy­ślał. Kto może je ura­to­wać przed obłą­ka­nymi archi­tek­tami, któ­rzy sza­leją na całym Costa del Sol?

Przy Cara­cola de Mar samo­chód peł­zał po wybrzu­sze­niach na dro­dze. Dwu­dzie­sto­me­trowy byk ster­czał na szczy­cie urwi­ska nad kamie­nio­ło­mem. Wokół roz­cią­gały się olbrzy­mie kom­pleksy hote­lowe, kilka wyglą­dało jak wariac­kie pod­róbki świą­tyni w Lha­sie. Nagle droga prze­cięła nie­wielką pusty­nię, cze­ka­jącą na eks­plo­ata­cję. Wszę­dzie były tablice. Zaku­rzone palmy two­rzące zagaj­nik pod ostrym słoń­cem. Win­ter zauwa­żył kilka sępów krą­żą­cych nad czymś, co mogło być padłym osłem.

Minął Fuen­gi­rolę. Wie­żowce na lewo od auto­strady wyglą­dały, jakby ktoś je rzu­cił na chy­bił tra­fił z cią­gną­cych się po pra­wej gór. Wzdłuż jarów wyra­stały wille Skan­dy­na­wów, jak prze­rzuty.

- Cho­lera, daj już spo­kój, Win­ter.

Może prze­żyje. Może już zamó­wił swo­jego ulu­bio­nego drinka T&T.

Przy La Costa pasek plaży mię­dzy drogą a morzem był pusty. Samotny auto­bus, zde­mo­lo­wany i zaku­rzony, stał na kawałku stepu.

Głowa bolała go coraz bar­dziej. Przed Myra­mar ze żwi­ro­wego pod­łoża wystrze­lały opusz­czone hotele, zbu­do­wane na pla­nie koła. Wyglą­dały jak upiorne stwory z innych pla­net, ze skórą ze spę­ka­nego cementu w kolo­rze uryny.

Cią­gnęło się to bez końca. Hotel za hote­lem, cień za cie­niem: Cali­for­nia Beach Club, Club La Costa, Los Ami­gos. Szkie­let po Las Faro­las. Przy Sitio de Cala­honda budynki nie­mal doty­kały auto­strady. Zatrzy­mał się na czer­wo­nym świe­tle. Miał przed sobą Guitart Apar­ta­men­tos, koja­rzyły mu się z nagrob­kami. Groby dla tych, któ­rzy chcą umrzeć w słońcu, pomy­ślał.

W Elvi­rii auto­bus zatrzy­mał się przed nim na przy­stanku umiej­sco­wio­nym w nie­bez­piecz­nym miej­scu przy auto­stra­dzie. Poni­żej znaj­do­wał się Punta de los Ladro­nes. Przy­lą­dek Zło­dziei.

Po pra­wej widział góry, na­dal dzi­kie, jakby przy­cza­jone w ocze­ki­wa­niu, aż ta ulotna cywi­li­za­cja roz­sy­pie się w proch i wszystko znów nabie­rze takiego samego koloru jak góry.

Wresz­cie po pra­wej dostrzegł Hospi­tal Costa del Sol, w bieli i zie­leni. Do Mar­belli zostało jesz­cze sześć kilo­me­trów. Skrę­cił przy hotelu Los Mon­te­ros, jechał kawa­łek wzdłuż auto­strady, okrą­żył szpi­tal. Zapar­ko­wał przy przy­stanku auto­bu­so­wym i poszedł za dro­go­wska­zem Entrada Prin­ci­pal. Trawa była zie­lona, rabaty kwia­tów czer­wone. Ogromny budy­nek ota­czały pinie, kak­tusy i krzewy bugen­willi. Z bal­ko­nów zwie­szały się kwiaty.

Sze­ro­kie schody pro­wa­dziły do wej­ścia, które wyglą­dało jak czarna dziura. Wziął głę­boki oddech, prze­cią­gnął dło­nią po krót­kich wło­sach i wszedł.

Simon More­lius zosta­wił Bar­trama przed Park Lane i prze­szedł na drugą stronę Ave­nyn. Pod­szedł do Hanne Östergaard, na­dal stała bez ruchu. Zauwa­żyła go dopiero, gdy sta­nął tuż przy niej:

- Nie możesz tu stać, Hanne.

Popa­trzyła na niego zasko­czona.

- Tu chyba nie jest zamknięte - powie­działa. Może nawet dosły­szał jej sar­ka­styczny śmiech. Pod­nio­sła wzrok i rozej­rzała się za nasto­lat­kami. Już znik­nęli wśród prze­chod­niów. - Ta scena mogła zwa­bić tłumy. Przy­naj­mniej ty jesteś na wła­ści­wym miej­scu o wła­ści­wej porze - powie­działa i popa­trzyła mu w oczy. - Znowu. - Potem poło­żyła mu dłoń na ramie­niu. - Prze­pra­szam, Simon.

- Nie musisz nic mówić - odparł. - Może cię pod­wieźć do domu?

- Nie trzeba, dzię­kuję. Mój samo­chód stoi na Heden. - Miał wra­że­nie, że znów się zaśmiała tym suchym śmie­chem. - O ile nie został przez ten czas skra­dziony. - Spoj­rzała w dół Berze­lii­ga­tan. - Jeden z two­ich młod­szych kole­gów, z któ­rym roz­ma­wia­łam jakiś rok temu, twier­dzi, że wszyst­kie samo­chody par­ku­jące na Heden prę­dzej czy póź­niej zostają skra­dzione.

- To chyba prawda.

- Może wtedy będę potrze­bo­wała pomocy.

- Możemy ci towa­rzy­szyć i rzu­cić okiem - zapro­po­no­wał More­lius.

- Nie jesteś na służ­bie? Masz na sobie mun­dur. Powi­nie­neś chyba patro­lo­wać ulice?

- To też jest służba.

- No dobrze - zgo­dziła się i ruszyła. More­lius dał znak Bar­tra­mowi. Bar­tram mach­nął ręką i dalej szedł w stronę Götaplatsen.

- Czło­wiek jest cał­kiem sko­ło­wany po czymś takim - powie­działa Hanne Östergaard, patrząc pro­sto przed sie­bie. - Kiedy musi ganiać po mie­ście za swoim dziec­kiem. - Pod­nio­sła wzrok na More­liusa. - Zaczy­nam nawet uży­wać słów, któ­rych ni­gdy nie uży­wa­łam. Sko­ło­wany.

More­lius nie odpo­wie­dział.

- To się zaczęło tak nagle - cią­gnęła. - Ni­gdy nie... ni­gdy nie myśla­łam, że będę musiała prze­ży­wać coś takiego. Ni­gdy. Ha! To się nazywa naiw­ność.

More­lius na­dal się nie odzy­wał. Wie­dział, że mieszka sama z córką, ale nie chciał mówić, że to musi być trudne czy cze­goś innego w tym rodzaju, cze­goś, co się zwy­kle w takich sytu­acjach mówi.

- To chyba uwal­nia­nie się - mówiła dalej Hanne. - A kiedy się jest córką pastora, jest jesz­cze bar­dziej burz­li­wie. Wszystko jest ostrzej­sze. - Znów popa­trzyła na More­liusa. Prze­ci­nali Ave­nyn i cze­kali na zie­lone świa­tło przy Södra vägen. - Myślisz, że o to cho­dzi, Simon?

- Nie wiem - odparł, patrząc przed sie­bie. - Nie jestem chyba wła­ściwą osobą, żeby odpo­wia­dać na takie pyta­nia. - Czuł, że zaczyna się pocić pod czapką. Miał nadzieję, że tego nie zauwa­żyła. Potu, który spły­wał mu po twa­rzy.

- Dla­czego nie? - Prze­cięli ulicę, kie­ru­jąc się ku odle­głemu krań­cowi par­kingu. - Chyba możesz mieć na ten temat jakieś zda­nie. Tak mi się wydaje.

- Nie mam dzieci.

- Tym lepiej dla cie­bie. - Znów ten sar­ka­styczny śmiech. - Nie, powin­nam się chyba opa­no­wać. - Zatrzy­mała się i rozej­rzała. - Nie pamię­tam, gdzie dokład­nie go zosta­wi­łam. Samo­chód. - Rozej­rzała się jesz­cze raz. - Nie myśla­łam o tym. Wtedy.

- Jak wygląda?

- Volvo. Star­szy model. Ma dzie­sięć czy jede­na­ście lat.

- Numery?

Znów na niego spoj­rzała.

- W tej chwili sobie nie przy­po­mnę. To strasz­nie głu­pie.

- Dość powszechne - uspo­koił ją More­lius. - Ludzie czę­sto zapo­mi­nają numer reje­stra­cyjny swo­jego samo­chodu.

- Zwłasz­cza w stre­sie, prawda?

- Tak. - Omia­tał wzro­kiem sto­jące na par­kingu samo­chody. Wszę­dzie naj­róż­niej­sze modele volvo. W ciem­no­ściach i przy świe­tle neo­nów kolor był bez zna­cze­nia.

- Tam stoi - powie­działa. Wska­zała ręką i ruszyła w stronę Exer­ci­shu­set. - To tam­ten, z pustym miej­scem obok. Po pra­wej.

Samo­chód był bar­dzo brudny. More­lius widział to już z odle­gło­ści dzie­się­ciu metrów.

- I tak by nie było widać reje­stra­cji.

- Takie rze­czy czło­wiek zawsze odkłada na póź­niej - przy­znała Hanne Östergaard. - Ale to nie­do­brze, ze względu na rdzę i takie rze­czy.

- To prawda.

- Ale w tej chwili wydaje mi się to raczej mało istotne.

Doszli do samo­chodu. Hanne otwo­rzyła i usia­dła za kie­row­nicą.

- No więc... dzię­kuję - powie­działa.

- Nie ma za co.

Popa­trzyła przed sie­bie z klu­czy­kami w dłoni, potem spoj­rzała na More­liusa, stał pochy­lony przy aucie. Włą­czyła sil­nik.

- A ja zawsze myśla­łam, że mamy taki świetny kon­takt - powie­działa, ale nie wszyst­kie słowa dotarły do More­liusa.

Win­ter prze­szedł przez duży hol do tablicy infor­ma­cyj­nej przy recep­cji. Prze­czy­tał: Cuida­dos Inten­si­vos. Cirugía. Traumatología.

Medi­cina Interna. Cardiología. Pierw­sze pię­tro: pri­mera planta. Dostrzegł schody po lewej stro­nie. Wie­dział, że jego ojciec wła­śnie został prze­nie­siony z OIOM-u na oddział poope­ra­cyjny, pię­tro wyżej. Prze­no­siny były chyba dobrym zna­kiem, choć głos matki w tele­fo­nie nie brzmiał zbyt prze­ko­nu­jąco. Cirugía. Cardiología. Po hisz­pań­sku to brzmiało tak... abs­trak­cyj­nie, jak poję­cia oddzie­lone od ciał, krwi i ścię­gien.

Wszedł scho­dami na pię­tro i rozej­rzał się po kory­ta­rzu. Na lewo znaj­do­wał się oddział inten­syw­nej opieki. Na prawo interna, na tablicy numery poko­jów: Habi­ta­tio­nes 1101-1117. Matka mówiła, że ojciec leży w sali 1108. Win­ter wszedł na oddział. Ból roz­sa­dzał mu czaszkę. Nie roz­ma­wiał z ojcem od sze­ściu lat. To było sza­leń­stwo. Wcze­śniej tego nie rozu­miał, ale teraz uświa­do­mił sobie, że tamto wszystko... było bez­sen­sowne i głu­pie. Pomy­ślał: do dia­bła, niech ojciec robi, co chce, ze swo­imi pie­niędzmi, byle tylko prze­żył.

Mijał po kolei sale: 1105, 1106, 1107, 1108... drzwi były uchy­lone, uka­zy­wały nie­wielki przed­po­kój i salę, przez okno widział żwi­ro­wany dzie­dzi­niec. W środku było bar­dzo jasno. Z zewnątrz nie docho­dziły żadne dźwięki. Win­ter poczuł zapach chloru i cze­goś jesz­cze, to musiał być płyn do mycia pod­łóg. Wszystko lśniło czy­sto­ścią. Ściany były żół­tawe. Pod­łoga z kamien­nych płyt. Pod sufi­tem po pra­wej przy­mo­co­wano tele­wi­zor. Po lewej stały dwa łóżka, jedno puste. W dru­gim leżała postać pod­łą­czona do rurek i szkla­nych butli ota­cza­ją­cych łóżko. Obok na krze­śle sie­działa star­sza pani, jego matka.

Nie od razu go usły­szała. Po chwili odwró­ciła głowę i drgnęła, pode­rwała się i pode­szła do niego.

- Eriku - powie­działa i natych­miast zaczęła pła­kać. Widział ślady łez na jej chu­dej, mocno opa­lo­nej twa­rzy. Kiedy ją obej­mo­wał, miał wra­że­nie, że nic nie waży, jakby się uno­siła w powie­trzu z tymi swo­imi chu­dymi ramio­nami i nogami.

- Przy­je­cha­łem - powie­dział i znad jej ramie­nia spoj­rzał na ojca.

Bengt Win­ter miał zamknięte oczy, głowę obró­cił na bok. Pod­parto mu ją podusz­kami. Był blady, jakby opa­le­ni­znę wchło­nęła cho­roba.

- Jak jest? - zapy­tał Win­ter, ruchem głowy wska­zu­jąc łóżko. - Jak z tatą?

- Teraz śpi. Dostał silne leki, żeby mógł odpo­cząć, leżeć spo­koj­nie. I coś jesz­cze. Ale myślę, że wezmą go z powro­tem na OIOM.

- To zna­czy, że wcale nie powinni go tu prze­no­sić?

- Nie wiem, Eriku. - Pocią­gała nosem, wsparta na jego ramie­niu. Na­dal ją obej­mo­wał. - Ja już nic nie wiem.

- Ale to zawał?

- Tak. Bar­dzo poważny, tak mówi dok­tor Alcorta.

- Jest tu teraz?

- Nie sądzę. Możemy zapy­tać. Ale poroz­ma­wiam z nim jesz­cze raz jutro przed połu­dniem. - Spoj­rzała na łóżko, jakby mówiła do męża. - Jeste­śmy umó­wieni.

Wypu­ścił ją z objęć i pod­szedł do łóżka. Twarz ojca zapa­dła się tro­chę w poduszkę i była jakby na wpół wyma­zana, jakby wyrów­nana czy­jąś dło­nią. Win­ter patrzył na ojca i widział w nim sie­bie. To także moje życie, myślał. Dzieli nas zale­d­wie dwa­dzie­ścia pięć lat, to nic. Zupeł­nie nic.

Bengt Win­ter oddy­chał, a strużka śliny spły­wała mu z ust na pod­bró­dek i dalej, aż do szyi, która maja­czyła ciemno w całej tej bieli. Win­ter starł ślinę dło­nią. Pod­bró­dek ojca był szorstki od zaro­stu, chłodny. Włosy ster­czały na wszyst­kie strony. Miał ciemne kręgi pod oczami i wokół ust. Powieki pozna­czone żył­kami. Coś char­czało mu w piersi. On umiera, pomy­ślał Win­ter. To dla­tego go tu prze­nie­śli. Już nic nie mogą zro­bić.

Wyj­rzał przez okno, zoba­czył palmy i pinie za dzie­dziń­cem i par­kin­giem. Za koro­nami drzew roz­po­ście­rał się gór­ski kra­jo­braz, brą­zowe pofał­do­wane pola, biała wio­ska. W tle masyw gór­ski ze szczy­tem, który nie­mal doty­kał cien­kich chmur. Zatrzy­mał się na chwilę, utkwił wzrok w gór­skim szczy­cie.

- Tę samą górę widzimy z domu - powie­działa matka. Pode­szła do łóżka i sta­nęła obok syna. - Sierra Blanca.

- Co? - Nie dosły­szał. - Co powie­dzia­łaś?

- Kiedy wygląda przez okno, widzi tam­ten szczyt. Widać go też z naszego salonu - powtó­rzyła matka. - Oczy­wi­ście z innej strony.

- To może dobrze.

- Takie mam... wra­że­nie.

- Kiedy się obu­dzi?

- Nie tak szybko - odparła. Spoj­rzała na męża, a potem pod­nio­sła wzrok na syna. - Jesteś głodny? Napi­jesz się cze­goś?

- Może coś do picia.

- Możemy zejść do kafe­te­rii - zapro­po­no­wała. - Mają tam pra­wie wszystko. - Spoj­rzała na niego. - Zdą­ży­łam spraw­dzić.

Ale chyba nie dżin z toni­kiem, pomy­ślał Win­ter, a sekundę póź­niej się tego zawsty­dził. Jeśli kie­dyś wypiła o jed­nego drinka za dużo, to teraz zdą­żyła wytrzeź­wieć.

- Możemy tak... pójść? Po pro­stu... go zosta­wić?

- Powiemy w recep­cji na kory­ta­rzu. Mogą nas wezwać w pół minuty.

Kafe­te­ria była wielka, pełna świa­tła wpa­da­ją­cego przez liczne okna. Za kon­tu­arami wysta­wiono zdję­cia gorą­cych dań. W szkla­nych gablo­tach stały dłu­gie rzędy tale­rzy z tapas. Win­ter poczuł ciężki zapach sma­żo­nej w głę­bo­kim tłusz­czu ośmior­nicy i dopiero wtedy dotarło do niego, że naprawdę jest w innym kraju. Nagle poczuł, że jest bar­dzo głodny. Widział, jak krążki ośmior­nicy smażą się w kociołku za barem. Kobieta w beżo­wej bluzce i czar­nej spód­nicy wyj­mo­wała je poje­dyn­czo z oleju.

- Zaj­mij sto­lik, a ja zamó­wię, co chcesz - powie­działa matka. - Mają...

- Ośmior­nicę - rzu­cił Win­ter i kiw­nął głową w stronę garnka. - Do tego ćwiartki ziem­nia­ków. I jesz­cze dużą wodę mine­ralną.

Usiadł przy sto­liku gdzieś przy naj­dal­szych oknach. Po kilku minu­tach zoba­czył matkę z tacą.

Nie widział jej od... trzech lat. Wtedy przy­je­chała na parę dni, żeby upo­rząd­ko­wać jakieś papier­kowe sprawy. Co podat­kowi ucie­ki­nie­rzy mogli mieć do zała­twie­nia w Szwe­cji? Lotta z cór­kami odwie­dzała rodzi­ców w Hisz­pa­nii kilka razy. Ale jego sio­stra miała inne podej­ście do moral­no­ści eko­no­micz­nej. A teraz sie­dział tutaj. Matka zbli­żała się z jedze­niem, znisz­czona twarz nad czer­woną pla­sti­kową tacą. Gdyby się nie widzieli jesz­cze tro­chę, mógłby jej nie poznać na ulicy. A teraz sie­dzę tutaj, pomy­ślał znowu. Nic już nie ma zna­cze­nia. Możemy być tacy dzielni, jak tylko chcemy, a w końcu i tak tu sie­dzimy.

- Przy­niosę tylko ser­wetki i wodę - powie­działa matka i posta­wiła tacę na stole. Win­ter poczuł zapach jedze­nia i w jed­nej chwili głód minął tak nagle, jak się poja­wił.

Matka wró­ciła i usia­dła. Win­ter jesz­cze nie tknął jedze­nia. Zaczęła roz­sta­wiać tale­rze i szklanki, pół­mi­ski z potra­wami.

- Nie zapy­ta­łam, jak ci minęła podróż.

- Ty nie chcesz jeść? - zapy­tał Win­ter, spo­glą­da­jąc na pusty blat po jej stro­nie.

- Mogę skub­nąć tro­chę ośmior­nicy od cie­bie - odparła. - Zja­dłam, zanim przy­sze­dłeś.

Wie­dział, że to nie­prawda. Nało­żył na talerz kilka krąż­ków ośmior­nicy i ćwiartki ziem­nia­ków.

- Dobrze ci minęła podróż?

- Jasne.

- A co u Angeli?

- Wszystko dobrze.

- To fan­ta­stycz­nie, że będzie­cie mieli... maleń­stwo - powie­działa, się­ga­jąc po chu­s­teczkę. - Roz­pła­ka­łam się, kiedy nam o tym powie­dzia­łeś. - Zaczęła pła­kać. - A tata... wycią­gnął butelkę szam...

Win­ter nie usły­szał, bo jej twarz znik­nęła w chu­stce. Nie wie­dział, co powie­dzieć. Matka się wysmar­kała i pod­nio­sła na niego wzrok.

- Musi­cie przy­je­chać do nas... wszy­scy, kiedy tata wyzdro­wieje.

- Oczy­wi­ście.

- Będzie cudow­nie.

- Tak.

- Dam ci potem klu­cze.

- Klu­cze?

- Od domu. Ja będę spała tutaj, ale ty możesz noco­wać w domu. Dopil­no­wać go.

- Wyna­ją­łem pokój w hotelu. Na miej­scu. W Mar­belli.

- Nie­po­trzeb­nie.

- Ale to chyba kawa­łek drogi, do... Nueva Andalucía? To chyba po dru­giej stro­nie mia­sta?

- Wcale nie tak daleko.

- Mimo wszystko. Lepiej, żebym był bli­żej szpi­tala.

- Tak, może masz rację. Zrób, jak uwa­żasz. Ale mam nadzieję, że jutro poje­dziemy tam razem. - Wyda­wało mu się, że w jej oczach na chwilę zapa­liło się blade świa­tełko. - Prze­cież ni­gdy nie widzia­łeś naszego domu.

Win­ter nie odpo­wie­dział. Sie­dzieli w mil­cze­niu. Pró­bo­wał jeść, ale ape­tyt na­dal nie wra­cał.

- Chcia­łam ci tylko powie­dzieć, że tata ni­gdy nic nie powie­dział o tym, że... nie chcia­łeś go widzieć przez te lata - powie­działa nagle. Wyj­rzała przez okno, jakby śle­dziła poczy­na­nia gorą­cego wia­tru mię­dzy pal­mami za par­kin­giem. Może patrzyła na biały gór­ski szczyt, na Sierra Blanca, który łączył życie na zewnątrz z... tym tutaj, pomy­ślał Win­ter, z tą wypro­sto­waną, leżącą na boku syl­wetką. - Nie powie­dział ani słowa, a kiedy ja pró­bo­wa­łam o tym mówić, nie odpo­wia­dał.

- Przy­kro mi z tego powodu.

- Nie dla­tego to mówię, Eriku. Nie powi­nie­neś tak myśleć. Chcę tylko, żebyś wie­dział, że on ni­gdy nie miał do cie­bie pre­ten­sji.

Na Boga, pomy­ślał Win­ter. Czy on bie­rze na sie­bie całą winę?

- Naprawdę mi przy­kro, że wyszło tak, jak wyszło - powie­dział. - Musimy się posta­rać to zmie­nić.

- Wła­śnie - przy­znała, ale wie­dział, że ona wie, że on wie, że jest za późno.

Wró­cili na oddział. W pocze­kalni, wypo­sa­żo­nej w białe żalu­zje i czarno-zie­lone krze­sła sto­jące pod ścia­nami, matka zapa­liła papie­rosa. Win­ter poli­czył krze­sła: trzy­na­ście. Pod oknem stał czarny kosz na śmieci. Zapa­lił i od razu poczuł się spo­koj­niej­szy. Dym z cyga­retki wsą­czał się mię­dzy paski żalu­zji.

Poszli do ojca. Nic się nie zmie­niło pod ich nie­obec­ność, tylko słońce zmie­niło poło­że­nie i cień się prze­su­nął. Słońce i cień, pomy­ślał Win­ter. Sol y som­bra. To z grub­sza cały mój hisz­pań­ski. Słońce i cień. To prze­cież o to zawsze cho­dzi, ale nie tutaj, nie w tej sali. Tutaj jest tylko cień, w całej tej bieli. Biel to kolor śmierci.

Matka wyszła na kory­tarz. Sły­szał, jak z kimś roz­ma­wia. To było dziwne uczu­cie, pierw­szy raz sły­szał, jak dobrze mu znany głos mówi w obcym języku.

- Nie obu­dzi się jesz­cze przez kilka godzin - powie­działa.

- Skąd oni to wie­dzą?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Jeśli chcesz, możesz się przejść - powie­działa, wska­zu­jąc ręką na okno. - Tam.

- Może tak zro­bię. - Czuł, że musi się tro­chę poru­szać. - Tro­chę zesztyw­nia­łem.

- To po podróży - stwier­dziła.

Na kory­ta­rzu przy oknie stała kobieta. Pła­kała do tele­fonu. Win­ter zszedł po scho­dach opa­trzo­nych tabliczką Salida de Emer­gen­cia. Duży hol był pusty i cichy tak samo jak przed­tem. Spo­dzie­wał się nabi­tej po brzegi przy­chodni, peł­nej zde­spe­ro­wa­nych ludzi, krzy­czą­cych caramba i pach­ną­cych czos... chłodna i wyci­szona ele­gan­cja Hospi­tal Costa del Sol zasko­czyła go.

Kiedy wszedł na schody, upał natych­miast przy­po­mniał o sobie. Zoba­czył swój samo­chód na czar­nym par­kingu. Jak bułeczka na bla­sze do pie­cze­nia, pomy­ślał. Wyszedł na słońce, skrę­cił w lewo i kładką doszedł do auto­strady. Po lewej widział Mar­bellę: wie­żo­wiec i grupka śred­nio wyso­kich domów oka­la­ją­cych zatokę. Wście­kły ryk sil­ni­ków w dole. Pięć­set metrów dalej wzno­siła się ogromna tablica: Urba­ni­za­ción Bahia de Mar­bella. Za tablicą niebo i morze zle­wały się w jedno. Tu jego rodzice byli u sie­bie.

Znów prze­szedł przez kładkę, potem ruszył na wschód, minął budy­nek szpi­tala. Prze­szedł tę samą drogę, którą wcze­śniej poko­nał samo­cho­dem. Przy zjeź­dzie z auto­strady na chwilę przy­sta­nął w cie­niu wiaty przy­stanku auto­bu­so­wego. Cze­ka­jący na auto­bus ludzie wyryli znaki w drew­nia­nej ławce: imiona, daty. Ktoś kogoś kochał. Ktoś życzył dru­giemu wiecz­nych mąk i śmierci. Ktoś tu był!

Win­ter was here.

Prze­szedł wia­duk­tem na drugą stronę. Znisz­czony hotel Los Mon­te­ros prze­cho­dził wła­śnie grun­towny i powolny remont. Sorry for the tro­vles, gło­sił napis na tablicy. Robot­nicy poda­wali sobie cegły, stali w pię­ciu w rzę­dzie. I wszy­scy popa­trzyli, kiedy obok nich prze­cho­dził Skan­dy­naw z jasnymi, krótko obcię­tymi wło­sami. Ktoś coś powie­dział, potem Win­ter usły­szał śmie­chy.

Za hote­lem, na zbo­czu scho­dzą­cym ku morzu migo­czą­cemu mię­dzy zie­lo­nymi zaro­ślami, stały zadbane wille. Ave­nida del Tunis. Win­ter sły­szał, że za jego ple­cami pośród bia­łych murów toczy się mecz. Drogi samo­chód jechał ulicą pod górę, kie­rowca poma­chał mu, kiedy go mijał.

Posta­no­wił wró­cić i skrę­cił w lewo, na wyso­ko­ści robot­ni­ków z cegłami. Znów komen­ta­rze i znów śmiech. Pod­szedł do zruj­no­wa­nej sta­cji trans­for­ma­to­ro­wej hotelu i innych budyn­ków gospo­dar­czych... Za wiel­kim bara­kiem roz­cią­gało się co naj­mniej dwa­dzie­ścia boisk do tenisa, nisz­czały w słońcu. Nie­sione wia­trem strzępy suchej trawy prze­la­ty­wały nad popę­ka­nym tar­ta­nem. Siatki zwi­sały bez­wład­nie jak szmaty. Na jed­nym z boisk leżało mnó­stwo krze­seł, poroz­rzu­ca­nych na wszyst­kie strony, jak gdyby coś się nagle stało i prze­rwało to, co się tam działo.

Rozdział 6

6

OJCIEC OBU­DZIŁ SIĘ, kiedy Win­ter wró­cił do pokoju numer 1108. Pod­szedł do łóżka. To była trudna chwila. Win­ter poczuł ści­ska­nie w gar­dle. Ojciec wycią­gnął dłoń. Win­ter ją ujął. Miał wra­że­nie, że jest sucha i mocna, pra­wie jak u zdro­wego męż­czy­zny, ale wyczu­wał kości i ścię­gna. Chciał coś powie­dzieć, ale ojciec go uprze­dził.

- Dobrze, że jesteś, Eriku.

- Tak. - Widział, że wal­czy z bólem. Ten ruch musiał go kosz­to­wać dużo wysiłku. - Nie możesz się teraz prze­mę­czać. - Ostroż­nie ści­snął jego dłoń. - To w tej chwili ważne.

- Coś innego... inne rze­czy się już nie liczą. - Bengt Win­ter spoj­rzał na syna. - Nie tak zamie­rza­łem cię przy­jąć, kiedy się tu wresz­cie pofa­ty­gu­jesz, na słońce.

- To nie­ważne. Posta­raj się wyzdro­wieć, potem będziesz mógł mnie przyj­mo­wać, jak chcesz.

- Tego mo... możesz być pewny. Do dia... czy mógł­byś tro­chę popra­wić tę poduszkę?

Win­ter prze­su­nął jedną z podu­szek pod głową ojca. Poczuł ostry zapach i coś jesz­cze. Wystar­czyła sekunda czy dwie, żeby sobie przy­po­mniał, jak pach­nie jego woda po gole­niu. Potem znów roz­bo­lała go głowa. Smu­tek tkwił w niej jak kamienny kawa­łek pamięci.

Tro­chę ukle­pał poduszkę.

- Tak jest dobrze - powie­dział ojciec.

- Na pewno?

- Dosko­nale - przy­znała matka. Cią­gle sie­działa na krze­śle. Win­ter nie chciał na nią patrzeć.

- Jak ci minęła podróż? - zapy­tał ojciec.

- Dobrze.

- Jakimi liniami lecia­łeś?

- Jakiś lot czar­te­rowy. Nie pamię­tam nazwy.

- To nie­po­dobne do cie­bie.

- Hm...

- Było tak mało czasu. Ale zna­leźli miej­sce dla cie­bie?

- Tak.

- Jakiś gol­fi­sta musiał zacze­kać jesz­cze kilka godzin?

- Nie wiem.

- To bar­dzo dobrze. I tak jest ich tu już za dużo. Powinni się zająć czymś sen­sow­niej­szym. - Ojciec spoj­rzał na Win­tera. - Widzisz, co się może stać? W jed­nej chwili czło­wiek jest na polu gol­fo­wym, a w następ­nej leży tutaj.

- Tak, to nie­do­brze.

- To nie­bez­pieczny sport.

- Ale wkrótce wró­cisz do gry.

- Na pole gol­fowe?

- Tak. I... wszę­dzie.

- Dia­bli wie­dzą. Wydaje mi się, że tym razem to jest the big one.

- Hm...

- Wydaje mi się... - Win­ter nie zro­zu­miał dal­szego ciągu. Nagle ojcu zaczął się plą­tać język. Win­ter cze­kał, ale nic wię­cej nie usły­szał. Patrzył na ojca: powieki mu opa­dły, pod­nio­sły się, znów opa­dły. Nagle jego dłoń zwiot­czała i opa­dła. Dopiero wtedy Win­ter zauwa­żył, że na­dal ją trzyma.

- Musi odpo­cząć - powie­działa matka, wsta­jąc z krze­sła i pod­cho­dząc do łóżka. - Tak się ucie­szył, że jesteś. - Objęła syna. - Był taki roz­go­rącz­ko­wany, kiedy się o tym dowie­dział.

- Hm...

- Obu­dził się jakiś kwa­drans przed twoim powro­tem.

- A jed­nak spra­wiał wra­że­nie... sil­nego - powie­dział Win­ter, spo­glą­da­jąc na nie­przy­tom­nego ojca. Czy mógł go sły­szeć? Zresztą czy to miało jakieś zna­cze­nie? - Wszystko będzie dobrze.

- Piękna była ta wasza roz­mowa - powie­działa matka.

To była bez­pieczna roz­mowa, pomy­ślał Win­ter, żad­nych ryzy­kow­nych tema­tów. Zata­czali wiel­kie kręgi wokół wiel­kiej pie­przo­nej dziury.

Usły­szał szum kli­ma­ty­za­cji. Po raz pierw­szy dotarł do niego ten dźwięk. Może zde­ner­wo­wa­nie powoli pusz­czało. Następ­nym razem spró­buje zapy­tać o parę rze­czy, może sam też usły­szy kilka pytań.

Weszli do pokoju. Kobieta włą­czyła wideo i ich ciała zaczęły się poru­szać. W pokoju nie było innego świa­tła oprócz nie­bie­ska­wego bla­sku tele­wi­zora, cie­nie jak żywe prze­su­wały się po ścia­nach.

Dźwięk nara­stał i przy­ci­chał. Nie zno­sił tego. Chciał podejść do tele­wi­zora i go wyłą­czyć, ale nie mógł zakłó­cić jej rytu­ału. Był pewien, że już posta­no­wiła, co się ma stać.

- Dla­czego tak sto­isz? Chodź tu i sia­daj. Z nami.

Kiw­nęła na niego ze sto­ją­cej przed tele­wi­zo­rem sofy. Sie­dzieli tam oboje. Ten drugi trzy­mał rękę pod jej bluzką. Na sto­liku przed nimi stały kie­liszki i butelki. On nie pił, ale ta dwójka na sofie była wsta­wiona.

Zamknął oczy i poczuł się tak, jakby to było kiedy indziej, kiedy wró­cił do domu, a ona sie­działa na sofie, jak ta tutaj, a on po pro­stu wszedł do pokoju, po pro­stu wszedł, jakby zna­lazł się nagle na innym kon­ty­nen­cie. Miało go nie być. Byli zasko­czeni. Odwró­cił się i wyszedł.

Nie pierw­szy raz coś takiego się stało.

To było coś w nim. Myślał, że to była ich wina, ale zro­zu­miał, że to było coś w nim.

Pró­bo­wał to prze­ła­mać. Teraz był tutaj.

- Nie śmiej­cie się - powie­dział. - Pro­szę, nie śmiej­cie się.

Spoj­rzeli na niego, oboje. Ich twa­rze pokry­wały plamy nie­bie­skiego świa­tła. Wyglą­dali, jakby mieli wyta­tu­owane czoła.

- Prze­cież się nie śmia­li­śmy - powie­działa kobieta. - Nikt się nie śmiał.

- Pro­szę, nie śmiej­cie się ze mnie - powtó­rzył.

- Co z tobą, do jasnej cho­lery? - powie­dział męż­czy­zna i zaczął się pod­no­sić z sofy.

- Nic.

- Wydaje mi się, że źle tra­fi­łeś.

Tam­ten wstał i chciał do niego podejść. Ona na­dal sie­działa z kie­lisz­kiem w dłoni i śle­dziła ruchy ciał na ekra­nie.

- Przy­nio­słem ze sobą muzykę.

- Co?

- Mam ze sobą muzykę, któ­rej mogli­by­śmy posłu­chać.

- Muzykę? - Męż­czy­zna sta­nął obok sofy i wska­zał na tele­wi­zor. - My tu już cze­goś słu­chamy. Może nie zauwa­ży­łeś?

- Macie jakiś magne­to­fon kase­towy? To coś spe­cjal­nego. - Widział wcze­śniej wieżę ste­reo po pra­wej stro­nie, urzą­dze­nia pousta­wiane jedno nad dru­gim w wyso­kiej czar­nej szafce z pół­kami. Ruszył w tamtą stronę, z kie­szonki na piersi wyjął kasetę. Przez sekundę widział przed sobą inną twarz, głowę uno­szącą się w powie­trzu. Roz­po­znał ją. Wie­dział, że to coś zna­czy. Teraz głowa znik­nęła. Bra­ko­wało ciała. Pio­senka już huczała mu w gło­wie, nie wie­dział, czy wydo­bywa się też z jego gar­dła, czy oni ją sły­szą. Jego wła­sna głowa uno­siła się w powie­trzu, zbli­żała się do ich głów. Wszystko się zlało w jedno. Zoba­czył twarz jesz­cze raz. Potem muzyka zabrzmiała naprawdę.

Zaczęło się zmierz­chać, ale na­dal było gorąco. Win­ter doje­chał do Mar­belli. Jakiś pie­śniarz fla­menco wykrzy­ki­wał swój ból w radiu. Win­ter pod­krę­cił dźwięk i opu­ścił szybę. Dole­ciał go zapach ben­zyny i oce­anu. Kiedy par­ko­wał przy prze­cznicy nad­mor­skiego bul­waru, pach­niało sma­żoną na oli­wie ośmior­nicą i jaj­kiem. Wysiadł z samo­chodu i zamy­ka­jąc drzwi, poczuł, że ma cał­kiem mokre plecy.

Hotel stał przy Ave­nida Duque de Ahu­meda, bli­sko plaży. Win­ter musiał zacze­kać kwa­drans w holu, potem wje­chał z walizką na dwu­na­ste pię­tro. Chciał obej­rzeć pokój, zanim go wynaj­mie. Taki miał zwy­czaj.

Zamek w drzwiach był oblu­zo­wany. Apar­ta­ment skła­dał się z dwóch pokoi i kuchni. Okna bal­ko­nowe były czę­ściowo otwarte, wiatr szar­pał biało-nie­bie­ską mar­kizą. Była podarta, cała w wypło­wia­łych pla­mach od słońca i cie­nia, i mor­skiej soli. Jedna z płacht waliła w okno. Win­ter pod­szedł bli­żej i zoba­czył, że bal­kon wycho­dzi na wschód, na inny hotel. Rozej­rzał się po więk­szym pokoju. Meble z imi­ta­cji skóry kie­dyś były białe.

Poszedł do łazienki. Na wan­nie od kra­nów spły­wał rdzawy zaciek. W umy­walce zauwa­żył ślady mydła. Spoj­rzał w lustro. Schudł przez te ostat­nie kilka godzin, zbladł.

W win­dzie jadą­cej na dół miał towa­rzy­stwo pary czter­dzie­sto­lat­ków. Uni­kali spo­glą­da­nia na męż­czy­znę w swoim wieku. Pię­cio­dniowa opa­le­ni­zna. Sądząc po stro­jach, wybie­rali się na drinka o zacho­dzie słońca.

- I don't like that room - oświad­czył Win­ter recep­cjo­ni­ście i poka­zał mu klucz. Dla­czego zawsze ląduję w czymś takim?, pomy­ślał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki