Słona wanilia. Tom 3 - Artur Tojza
39.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Boję się samotności.
Towarzyszyła mi, od kiedy pamiętam, szczególnie w domu. Gdy byłam mała, spytałam rodziców, czemu inne dzieci mają rodzeństwo, a ja nie. Mama bez wahania odpowiedziała, że nie mam sobie zaprzątać głowy głupotami, po czym odwróciła moją uwagę jakimś lizakiem. Ponownie zadałam to pytanie, gdy szłam do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Pamiętam, że w grupie były aż dwa rodzeństwa, zatem ciekawość siedmioletniej dziewczynki automatycznie się uaktywniła. Ku mojemu rozczarowaniu rodzice jeszcze tego samego dnia udali się do szkoły i przenieśli mnie do innej klasy. Ostatni raz zadałam to pytanie w wieku trzynastu lat, jednak tak jak zawsze znalazła się jakaś wymówka.
Wtedy zrozumiałam, że zawsze będę sama, a w domu czeka mnie jedynie pustka. Rodzice często spędzali dodatkowe godziny na uczelni, gdzie pracowali, a w domu panowała absolutna cisza. To przerażało mnie najbardziej, dlatego usilnie starałam się znaleźć pretekst, aby nie wracać do tego luksusowego więzienia. Ciepłego, bezpiecznego, ale mimo wszystko przypominającego samotną wieżę, w której zamknięto księżniczkę.
Amandę poznałam dzięki rodzicom. Nie wiem, dlaczego utrzymywali znajomość z ojcem Ami, ale dzięki temu udało mi się po raz pierwszy mieć kogoś na kształt starszej siostry. Czasem wrednej, czasem nazbyt ekspresyjnej, ale mimo wszystko kochającej oraz broniącej mnie przed potworami kryjącymi się w cieniu. Gdy Ami miała czternaście lat, jej matka nagle znikła, wtedy to ja stałam się opoką dla przyjaciółki w ciężkich chwilach. Nieraz długo wisiałyśmy na telefonie czy prowadziłyśmy dyskusje na czatach. Zatem, gdy przyszło do wyboru liceum, naturalną decyzją było, że udamy się do tej samej szkoły. Szczególnie że z winy matki Amanda straciła rok nauki.
I tak trafiłyśmy do miejsca pełnego wilków, węszących wokoło nas, jakbyśmy były atrakcyjną kolacją. To przerażające, jednak nie tak bardzo jak samotność. Ta przychodziła do mnie codziennie, gdy wracałam do domu. Nadal pustego, sterylnego, pozbawionego życia. Wtedy stał się cud i poznałyśmy chłopaka, który wywrócił nasz świat do góry nogami. To było wspaniałe, bowiem pierwszy raz poczułam, że naprawdę żyję, a oprócz Amandy są też inni ludzie, którzy potrafią być ciekawymi świata istotami. Którzy są zagadkami, a ich otwarcie wymaga nie tylko kreatywności oraz determinacji, lecz także przede wszystkim cierpliwości.
Nie powiem, że ten chłopak nauczył mnie, co to znaczy kochać. Nie, on należał do Ami. Od zawsze i dobrze o tym wiedziałyśmy, choć obie próbowałyśmy złamać reguły gry. Za to on pokazał mi kogoś innego. Przyjaciela w potrzebie, równie samotnego i zagubionego jak ja, choć z pozoru tak to nie wyglądało. Został zraniony, wykorzystany i porzucony, a ja powoli wydobyłam go z ciemności. Nie było to łatwe, ale się udało.
Nazywam się Anna Morawska, mam siedemnaście lat, jest Boże Narodzenie i pierwszy raz w życiu nie boję się samotności.