Słoń Birara. Lektura z opracowaniem - Ferdynand Ossendowski

Kup ebooka

4.99 zł

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Mały Amra

- Amra! Amra! - usły­szał chło­pak głos matki.

Po­my­ślał, że dziś po raz trzeci od­rywa go od pracy, jed­nak po­szedł do chaty.

Idąc, ob­li­czał, że ma jesz­cze do zro­bie­nia dzie­sięć ko­szycz­ków bam­bu­so­wych. Za­mó­wił je stary ku­piec - An­glik han­dlu­jący owo­cami na wy­brzeżu. Już słońce stoi wy­soko.

Dzień sta­now­czo za krótki jest dla pra­cu­ją­cego chłopca!

A tu rap­tem od­ry­wają go...

Wszedł do chaty.

Ciemno w niej było.

Przez strze­chę z po­żół­kłych li­ści pal­mo­wych nie za­glą­dały do wnę­trza zło­ci­ste pro­mie­nie słońca.

Oj­ciec chło­paka, ku­lawy Wa­rora, któ­remu pod­czas służby w pułku strzel­ców kró­lew­skich, na woj­nie w Ka­plan­dzie1 po­cisk urwał stopę, sie­dział na ziemi, schy­lony nad ni­ziut­kim zy­dlem2.

Wy­ku­wał z mo­sią­dzu za­pinki, sprzączki i małe na­czyńka. Po­stu­ki­wał mło­tecz­kiem, a ostrym dłut­kiem żło­bił me­tal.

Wa­rora trud­nił się sny­cer­stwem.

Rzeź­bił nie tylko w mo­sią­dzu i brą­zie, lecz też w drze­wie, mięk­kim ka­mie­niu z Radż­pu­tany3 i w ko­ści sło­nio­wej.

Ka­leka sie­dział po­chy­lony nad stoł­kiem i nie spoj­rzał na­wet na syna.

W głębi chatki, przy pło­ną­cym na ka­mie­niach ogni­sku matka Amry mełła4 na ka­mie­niu proso5.

Od czasu do czasu rzu­cała okiem na ko­cioł; wa­rzyła6 w nim po­lewkę z ryżu, czer­wo­nego pie­przu i su­szo­nej ryby.

- Amra... - szep­nęła, uj­rzaw­szy wcho­dzą­cego syna.

Chło­pak pod­szedł i pod­niósł na matkę py­ta­jące oczy.

Bez słowa przy­ci­snęła go do sie­bie i, głasz­cząc po wło­sach, wzdy­chała raz po raz.

Nie py­tał jej o nic, za­jęty my­ślą o ko­szycz­kach, które musi w ter­mi­nie od­dać bia­łemu kup­cowi.

- Ach! - wy­rwało mu się wes­tchnie­nie, gdyż myśl miał cią­gle za­prząt­niętą prze­rwaną ro­botą.

Chuda, zbie­dzona Son­cza, matka chłopca, po­pchnęła go ku drzwiom i, nic nie mó­wiąc, za­pła­kała.

Amra wy­szedł szybko, dzi­wiąc się, że to już po raz trzeci woła go dziś matka, tuli ku so­bie, chcąc po­wie­dzieć mu coś waż­nego, na co jed­nak nie może się wi­docz­nie zdo­być.

- Słu­chaj­cie, dziew­czynki! - rzekł do dwóch młod­szych sio­strzy­czek: Hu­bli i Ra­dżori, łu­pią­cych cien­kie pa­semka bam­bu­so­wych prę­tów. - Co to zna­czy? Mama woła mnie cią­gle do sie­bie, ale nic nie mówi! Przed chwilą wy­dało mi się, że nie ma od­wagi mi po­wie­dzieć cze­goś bar­dzo waż­nego...

Dziew­czynki spoj­rzały na brata z od­cie­niem sza­cunku.

- Ja wiem... - szep­nęła Hu­bli, spusz­cza­jąc oczy ta­jem­ni­czo.

- Skoro wiesz, to mu­sisz mi po­wie­dzieć - za­wo­łał Amra.

Dziew­czyna po­chy­liła głowę i na­gle za­pła­kała.

- Dzia­dek zmarł... - szep­nęła ci­chutko.

- No! - prze­rwał jej chło­pak. - Prze­cież wiem... Przed trzema dniami przy­gnio­tły go w por­cie belki i zmarł... Po­cho­wa­li­śmy go wczo­raj... Wiem o tym wszyst­kim!

Mó­wiąc, zręcz­nie i szybko spla­tał mały, pro­sto­kątny ko­szy­czek na owoce.

W po­wie­trzu śmi­gały chyżo7 brą­zowe, cien­kie palce chło­paka i sze­le­ściły twarde, zło­ci­ste wióry bam­bu­sowe.

- Oj­ciec po­wie­dział dziś z rana, że nie może pra­co­wać z Bi­rarą... Ta­tuś stra­cił stopę na woj­nie i ma nie­ru­chomą nogę... - opo­wia­dała Hu­bli. - Biali lu­dzie nie po­zwolą, ażeby ko­bieta zo­stała po­ga­nia­czem sło­nia...

Amra pod­niósł na mó­wiącą roz­iskrzone oczy, z któ­rych biła ra­dość i zdu­mie­nie.

- Wiem o tym wszyst­kim! - szep­nął. - Oj­ciec sprzeda chyba Bi­rarę kor­na­kowi8. Wczo­raj przy­cho­dził do niego Bassa z Ga­ramu i da­wał sto ru­pii...9

Dziew­czynka prze­cząco po­trzą­snęła czarną główką i od­parła na­tych­miast:

- Ro­dzice nie sprze­da­dzą Bi­rary. Ty zo­sta­niesz kor­na­kiem, Amra, i bę­dziesz ży­wił nas wszyst­kich!

Obie sio­stry pa­trzyły na brata z za­chwy­tem i jak gdyby na­wet lę­kiem.

Amra kla­snął w dło­nie.

Nie­do­koń­czony ko­szyk po­to­czył się na zie­mię.

Nic nie mó­wiąc, schy­lił się po niego i jął pra­co­wać jesz­cze ­szyb­ciej.

My­ślał przy tym o róż­nych rze­czach, o któ­rych przy­po­mniała mu sio­stra.

"Tak! Tak! - mknęły my­śli w po­chy­lo­nej gło­wie chło­paka. - Bez Bi­rary nie damy so­bie rady! Na­kar­mić pię­ciu lu­dzi - na to po­trzeba dużo pie­nię­dzy! Sny­cer­stwo i ko­szy­kar­stwo przy­no­szą małe i do­ryw­cze zy­ski. Nie wy­żywi to ro­dziny..."

Miał już dzie­sięć lat, a pierw­sze, naj­daw­niej­sze jego wspo­mnie­nia zwią­zane były ze sło­niem i sę­dzi­wym Bauli, dziad­kiem. Miesz­kali wtedy wszy­scy ra­zem w wio­sce. Chata ich stała nad brze­giem Na­rbady10. Rą­bano wła­śnie lasy gór­skie w Sat­pu­rze11, a dzia­dek wy­cią­gał ogromne kloce ma­ho­niowe i san­ta­lowe12 z dżun­gli. Wła­ści­wie wy­cią­gał je do­bry, mo­carny Bi­rara, dzia­dek zaś po­ma­gał mu tylko za­rzu­cać na zrą­bane drzewa pę­tlę z łań­cu­cha, a po­tem, usiadł­szy sło­niowi na karku, po­pę­dzał go gło­śnymi okrzy­kami. Dzia­dek za­wsze znaj­do­wał pracę dla sie­bie i dla Bi­rary. Raz - gor­szą, raz - lep­szą i zy­skow­niej­szą, lecz ni­gdy jej nie bra­ko­wało.

Od czasu, gdy do Su­ratu13 za­częły przy­pły­wać okręty, cała ro­dzina prze­nio­sła się tu. Zwo­żono drzewa, które rą­bali biali kupcy w dżun­gli nad rzeką Tapti14, wią­zano je w tra­twy i spusz­czano z prą­dem do Su­ratu. Tam znów, z za­mu­lo­nego, błot­ni­stego uj­ścia rzeki sło­nie wy­cią­gały ugrzę­złe w ba­gni­sku pnie, kloce, belki i skła­dały je na wy­brzeżu. Ma­szyny za­bie­rały stosy drzewa i ła­do­wały na okręty, od­pły­wa­jące do za­toki Kom­bej lub do Bom­baju15 - wiel­kiego mia­sta, w któ­rym nie tylko Amra, lecz i Wa­rora, a na­wet siwy, jak go­łąb, Bauli ni­gdy nie by­wali, a stam­tąd zaś da­lej - do kraju bia­łych lu­dzi...

W Su­ra­cie dzia­dek do­brze się ob­ło­wił.

"Ho-ho! - przy­po­mniał so­bie Amra. - Sam wi­dzia­łem, że przy­no­sił do domu po dzie­sięć ru­pii!"

Wkrótce ku­pił so­bie szmat16 roli. Nie­duży, co prawda, lecz uro­dzajny. Matka sa­dziła na polu proso, ku­ku­ru­dzę17 i ryż. Mieli tam też kilka drzew man­go­wych i po­ma­rań­czo­wych, ob­fi­cie da­ją­cych smaczne, so­czy­ste owoce.

I na­gle stało się nie­szczę­ście.

Sta­ru­szek-dzia­duś do­stał się w por­cie pod spa­da­jące belki. Przy­gnio­tły go, po­ła­mały mu stare ko­ści, po­szar­pały ste­rane ży­ciem ciało. Bauli te­goż wie­czoru umarł.

W osie­ro­co­nej ro­dzi­nie nie po­zo­stało ni­kogo, kto mógłby pra­co­wać z Bi­rarą... On tylko chyba - dzie­się­cio­letni Amra, bar­dzo zresztą za­przy­jaź­niony ze sta­rym sło­niem dziadka.

Słoń dziadka... Stary Bauli nie­raz brał ze sobą wnuka, wsa­dzał go obok sie­bie na kark Bi­rary i ru­szali do dżun­gli. Ja­dąc, gwa­rzyli so­bie, a przy­słu­chu­jący się ich roz­mo­wie słoń po­mru­ki­wał ci­cho, wy­ma­chu­jąc uszami.

Bauli opo­wia­dał chło­pa­kowi, że Bi­rara od dawna na­le­żał do ich ro­dziny.

Przy­wiózł go był z dżun­gli As­sanu18 oj­ciec Bauli, który miesz­kał wtedy za "świętą" rzeką Gan­ge­sem19.

- Amra! Amra! - krzyk­nął na­gle oj­ciec chło­paka i kla­snął w dło­nie.

Wspo­mnie­nia pry­snęły.

Chło­piec uczy­nił kilka szyb­kich ru­chów, za­mo­co­wał prę­ciki ko­szyka i po­biegł do chaty.

- Słu­chaj no, synku! - rzekł Wa­rora, py­ka­jąc długą, cienką fa­jeczkę. - Mu­simy się na­ra­dzić. Chodź tu, matko!

Usie­dli wszy­scy troje na progu.

- Je­stem ka­leką i nie mogę być kor­na­kiem - za­czął oj­ciec. - Sprze­dać sło­nia nie wolno nam, gdyż wpa­dli­by­śmy w nę­dzę. W ro­dzi­nie jest je­den tylko męż­czy­zna: to ty, Amra...

- Je­stem męż­czy­zną! - od­po­wie­dział po­waż­nym gło­sem chło­pak i dum­nym, śmia­łym ru­chem pod­niósł głowę.

- Czy po­tra­fisz kie­ro­wać Bi­rarą? - spy­tał Wa­rora, pa­trząc na syna.

- Prze­cież nie­raz już po­ma­ga­łem dziad­kowi - wzru­szył ra­mio­nami Amra. - Słoń nasz jest mą­dry i po­słuszny, naj­mą­drzej­szy i naj­po­słusz­niej­szy spo­śród wszyst­kich, które pra­cują w Su­ra­cie.

- Czy po­do­łasz tej pracy? - rzu­ciła py­ta­nie matka, z tro­ską za­glą­da­jąc w oczy sy­nowi.

- Po­do­łam! - od­parł Amra sta­now­czym, twar­dym gło­sem. - Za­cznę od ju­tra... Dziś mu­szę skoń­czyć ko­szyki, za­mó­wione przez bia­łego kupca. Już pójdę...

Wstał i od­szedł szyb­kim kro­kiem. Pro­ści, pra­co­wici lu­dzie nie mają czasu na dłu­gie roz­mowy.

Ważna sprawa, od któ­rej za­le­żał los ca­łej ro­dziny, zo­stała roz­strzy­gniętą od razu.

Amra pra­co­wał do wie­czora, a gdy matka za­wo­łała wszyst­kich na wie­cze­rzę, z dumą spoj­rzał na pięć­dzie­siąt lek­kich ko­szycz­ków, za­wie­szo­nych pa­rami na tyczce bam­bu­so­wej.

Po po­siłku po­biegł do mia­sta, uno­sząc ze sobą ko­szyki. Po­wró­cił przed pół­nocą, obu­dził ojca i od­dał mu za­ro­bione cztery ru­pie.

Wy­szedł­szy z chaty, Amra po­biegł na brzeg Tapti.

Hin­dusi-kor­na­ko­wie ogro­dzili tam gru­bymi pa­lami znaczną prze­strzeń, na któ­rej pa­sły się sło­nie. Każdy z nich miał swój żłób z pro­sem i jęcz­mie­niem, a także wielką skrzy­nię, co­dzien­nie na­peł­nianą trawą, cien­kimi ga­łąz­kami krza­ków ta­ma­ryn­do­wych20, mło­dymi pę­dami bam­bu­sów i sia­nem.

Amra prze­lazł przez par­kan i ro­zej­rzał się.

W za­gro­dzie znaj­do­wało się trzy­dzie­ści słoni.

Nie­które z nich, niby ol­brzy­mie czarne głazy, ma­ja­czyły w mroku nocy.

Stały na po­twor­nych, do słu­pów po­dob­nych no­gach, z opusz­czo­nymi trą­bami i nie­ru­chome - spały.

Inne, bar­dziej znu­żone ca­ło­dzienną pracą, po­kła­dły się i le­żały, głu­cho wzdy­cha­jąc.

Amra sta­nął przy pa­lach ogro­dze­nia i, wy­daw­szy krótki świst, za­wo­łał ci­cho:

- Bi­rara!

Sło­nie po­ru­szyły uszami i pod­nio­sły trąby, wę­sząc za­kłó­ca­jącą ich spo­kój istotę.

Nie znały chło­paka, więc jęły prze­stę­po­wać z nogi na nogi i wy­da­wać gło­śne chra­pa­nie. Zu­peł­nie wy­raź­nie wy­ra­żały tym swe nie­za­do­wo­le­nie.

Amra gwizd­nął raz jesz­cze i po­wtó­rzył:

- Bi­rara!

Po chwili uszu chło­paka do­szedł czę­sto­tliwy tu­pot cięż­kich nóg.

Nad urwi­stym brze­giem wy­ro­sła ol­brzy­mia syl­wetka sło­nia.

We­soło po­mru­ku­jąc i sa­piąc, śpie­szył na we­zwa­nie.

- Bi­rara! - ła­god­nym te­raz i piesz­czo­tli­wym gło­sem za­wo­łał na niego chłop­czyk.

Słoń przy­sta­nął, roz­glą­da­jąc się w ciem­no­ści; wę­szył przez chwilę, a po­tem pew­nym kro­kiem ru­szył wprost przed sie­bie.

Za­trzy­mał się przed Amrą, oto­czył go trąbą, chuch­nął w twarz go­rą­cym, wil­got­nym od­de­chem i ma­łymi, fi­glar­nymi oczkami przy­glą­dał się póź­nemu go­ściowi.

- Ką­pa­łeś się, przy­ja­cielu? - spy­tał chło­pak, wi­dząc, że z bo­ków zwie­rzę­cia stru­gami spły­wała woda.

Bi­rara prych­nął i ra­do­śnie mach­nął ogo­nem, za­koń­czo­nym kitą czar­nej szcze­ciny.

- Ju­tro ru­szamy do dżun­gli, mój stary - mó­wił Amra, dra­piąc przy­ja­ciela koło oczu. - Od­tąd ja już tylko będę twoim kor­na­kiem... Ro­zu­miesz? Ja! Ja! Dzia­dziuś ni­gdy nie bił cię że­la­znym młot­kiem, jak to czy­nią inni po­ga­nia­cze... Ja też ni­gdy nie ude­rzę Bi­rary, ni­gdy!

Zda­wało się, że słoń zro­zu­miał mowę ma­łego Hin­dusa.

Ukląkł i, obej­mu­jąc go co­raz tkli­wiej, dął mu w twarz, mru­czał i wy­wi­jał ogo­nem.

- Mu­szę się te­raz prze­spać, sta­ro­winko - cią­gnął da­lej Amra. - Wlezę do tego siana, a za to masz za­płatę!

To mó­wiąc, chło­pak wy­cią­gnął spoza opa­ski ba­nan i wrzu­cił go do pasz­czy przy­ja­ciela.

Po chwili spał już za­grze­bany w tra­wie, któ­rej nie zdą­żył zjeść Bi­rara.

Słoń stał obok i długo jesz­cze po­mru­ki­wał.

Miał może ja­kieś wąt­pli­wo­ści co do przy­nie­sio­nej mu no­winy lub może wy­ra­żał za­do­wo­le­nie i wdzięcz­ność za smaczny, doj­rzały ba­nan.

Wkrótce za­pa­no­wała zu­pełna ci­sza. Od czasu do czasu tylko plu­skała ryba w rzece i cienko cy­kały uga­nia­jące się za mu­chami nie­to­pe­rze.

Bi­rara spał.

Obu­dziło go stą­pa­nie in­nego sło­nia.

Było to młode jesz­cze i dość dzi­kie zwie­rzę, od nie­dawna tre­so­wane.

Za­nie­po­ko­iła go obec­ność nie­zna­jo­mego czło­wieka - ma­łego, brą­zo­wego chło­paka, który spał smacz­nie w skrzyni z sia­nem.

Pod­szedł więc, wę­sząc po­dejrz­li­wie.

W tej sa­mej chwili jed­nak obu­dził się też Bi­rara.

Uj­rzaw­szy wy­cią­gniętą nad Amrą trąbę mło­dego sło­nia, chrap­nął gniew­nie, od­trą­cił ją i dał mło­dzi­kowi kuk­sańca w bok, aż huk­nęło.

Znowu za­pa­dła ci­sza.

Niebo sta­wało się bled­sze. Sza­rzy­zna przed­świtu są­czyła się już ze­wsząd.

Prze­le­ciały, po­śpiesz­nie ma­cha­jąc skrzy­dłami, szare cza­pelki.

Ja­kiś ptak ode­zwał się w gąsz­czu palm areka21.

Z da­leka do­bie­gło prze­cią­głe wy­cie sza­kala...

Na wschod­niej po­łaci nieba po­ró­żo­wiały ob­łoki.

Świt się zbli­żał.

Sło­nie się po­kła­dły. Le­żały szare, nie­ru­chome, niby wiel­kie, bez­kształtne zwały gliny.

Ukryty w skrzyni Amra beł­ko­tał coś przez sen.

1 na woj­nie w Ka­plan­dzie - pod­czas wojny ko­lo­nial­nej, to­czo­nej przez Wielką Bry­ta­nię z ho­len­der­skimi ko­lo­ni­za­to­rami w Afryce Po­łu­dnio­wej; Ka­pland to XIX-wieczna na­zwa Ko­lo­nii Przy­ląd­ko­wej (Cape Co­lony) ze sto­licą w Kapsz­ta­dzie (dziś: część Re­pu­bliki Po­łu­dnio­wej Afryki).

2 zy­del - sto­łek.

3 Radż­pu­tana - także: Ra­dź­war - hi­sto­ryczna kra­ina w pół­nocno­-­za­chod­nich In­diach, obec­nie Ra­dża­stan.

4 mełła - dawna forma od mleć (dzi­siaj: mie­lić); mie­liła, ucie­rała.

5 proso - ro­dzaj zboża, z jego mąki można upiec np. chleb.

6 wa­rzyła (dawn.) - go­to­wała.

7 chyżo - szybko.

8 kor­nak - opie­kun sło­nia, czło­wiek pra­cu­jący ze sło­niami.

9 ru­pia - wa­luta in­dyj­ska.

10 Na­rbada - rzeka na gra­nicy mię­dzy In­diami Pół­noc­nymi a Po­łu­dnio­wymi.

11 Sat­pura - ni­skie góry w za­chod­nich In­diach, w sta­nach Ma­ha­rasz­tra i Ma­dhya Pra­desh.

12 san­ta­lowe - z drzewa san­da­ło­wego (łac. San­ta­lum al­bum).

13 Su­rat - mia­sto w za­chod­nich In­diach.

14 Tapti - rzeka w In­diach, ma­jąca źró­dło w gó­rach Sat­pura, a uj­ście do Za­toki Kam­baj­skiej.

15 Bom­baj - obec­nie: Mum­baj, sto­lica stanu Ma­ha­rasz­tra i naj­więk­szy port mor­ski w In­diach.

16 szmat - ka­wał, pe­wien ob­szar.

17 ku­ku­ru­dza (dawn.) - ku­ku­ry­dza.

18 As­san - a. As­sam, Asam, stan w pół­nocno-wschod­nich In­diach.

19 Gan­ges - rzeka prze­pły­wa­jąca przez In­die i Ban­gla­desz, przez wy­znaw­ców hin­du­izmu uwa­żana za świętą rzekę, wcie­le­nie bo­gini Gangi.

20 krzaki ta­ma­ryn­dowe - ta­ma­ryn­do­wiec in­dyj­ski, ro­ślina z ja­dal­nymi owo­cami, z któ­rych wy­ko­nuje się przy­prawy i sosy.

21 palmy areka - nie­wy­so­kie palmy z Azji Po­łu­dnio­wej.

Pro­ble­ma­tyka utworu

Przy­jaźń

W Sło­niu Bi­ra­rze zo­stały przed­sta­wione różne ro­dzaje przy­jaźni, która prze­kra­cza gra­nice i sche­maty. Pierw­sza to przy­jaźń mię­dzy czło­wie­kiem a zwie­rzę­ciem - Amra i Bi­rara nie tylko wspól­nie pra­cują, ale także trosz­czą się o sie­bie na­wza­jem. Ich więź jest nie­zwy­kła - kor­nak bar­dzo dba o swo­jego sło­nia, ni­gdy nie używa prze­mocy, dzieli się z nim je­dze­niem i po­maga w co­dzien­nej ką­pieli w rzece. Słoń od­wdzię­cza mu się za to przy­wią­za­niem, tro­ską i chę­cią do współ­pracy. Ich przy­jaźń jest tak silna, że po wy­jeź­dzie Amry Bi­rara słab­nie, cho­ruje, a także z roz­pa­czy ucieka z za­grody w pa­łacu ma­ha­ra­dży, aby od­na­leźć swo­jego przy­ja­ciela.

Drugi ro­dzaj przy­jaźni prze­kra­cza­ją­cej gra­nice to re­la­cja Na­ssura i Amry. Chłopcy po­cho­dzą z róż­nych świa­tów - Na­ssur jest sy­nem na­stępcy tronu, a Amra jest sy­nem nie­pi­śmien­nego wie­śniaka. Mimo to za­przy­jaź­niają się, a ich in­ten­cje są szczere, po­zy­cja spo­łeczna żad­nego z nich nie wpływa na ich kon­takty. Do­strzega to także ma­ha­ra­dża Tas­fin, który uważa, że przy­ja­ciel taki jak Amra bę­dzie ogrom­nym wspar­ciem dla Na­ssura.

Sto­su­nek lu­dzi do zwie­rząt i przy­rody

Amra jest bo­ha­te­rem po­zy­tyw­nym - jest do­brym kor­na­kiem, bar­dzo dba o swo­jego sło­nia, ni­gdy nie używa wo­bec niego prze­mocy. Jed­nak na tle in­nych po­ga­nia­czy słoni jest wy­jąt­kiem - nie wszyst­kie zwie­rzęta cie­szą się po­dob­nym trak­to­wa­niem. Inni po­ga­nia­cze biją sło­nie, a te nie­chęt­nie wy­ko­nują ich po­le­ce­nia, są trak­to­wane jak na­rzę­dzia, a nie jak czu­jące istoty. Dzi­kie sło­nie są ła­pane w pu­łapki, a do po­słu­szeń­stwa czło­wie­kowi są zmu­szane gło­dem i bi­ciem. Urzą­dzane są także po­lo­wa­nia dla roz­rywki, w któ­rych zwie­rzęta są za­bi­jane na ogromną skalę. Dżun­gla jest źró­dłem cen­nego drewna, ale w po­goni za zy­skiem zo­staje wy­ja­ło­wiona i ob­umiera.

Nar­ra­tor wiele uwagi po­święca także emo­cjom zwie­rząt, zwłasz­cza Bi­rary, który bar­dzo tę­skni za Amrą, cierpi z po­wodu roz­łąki, ale też cie­szy się na wi­dok chłopca, pra­gnie kon­taktu z czło­wie­kiem i kiedy umiera, czule że­gna swo­jego przy­ja­ciela.

Dzika przy­roda

W po­wie­ści wiele uwagi po­świę­cono przy­ro­dzie In­dii - po­ja­wiają się cha­rak­te­ry­styczne dla tego ob­szaru ro­śliny (m.in. san­da­ło­wiec, palmy, pa­li­san­dry, bam­busy czy liany) oraz zwie­rzęta (np. pan­tery, ty­grysy, dzi­kie sło­nie, gaury - dzi­kie ba­woły, ko­bry, py­tony, małpy, cissy czy ta­ran­tule). Opisy in­dyj­skiej przy­rody mają nie tylko wa­lor przy­go­dowy, ale także edu­ka­cyjny. Tę drugą funk­cję speł­niały zwłasz­cza w epoce, w któ­rej po­wstała po­wieść.

Awans spo­łeczny

Amra po­cho­dzi z bar­dzo ubo­giej ro­dziny. Dzięki swo­jej pra­co­wi­to­ści i po­my­sło­wo­ści świet­nie ra­dzi so­bie jako kor­nak, po­ga­niacz sło­nia, i z cza­sem za­czyna za­ra­biać co­raz le­piej. Nie boi się też no­wych wy­zwań i po­dej­muje różne prace. Tra­fia do pa­łacu ma­ha­ra­dży w Uż­ża­inie, a tam za­przy­jaź­nia się z Na­ssu­rem, na­stępcą tronu. Dzięki swo­jej szcze­ro­ści, otwar­to­ści i od­wa­dze zjed­nuje so­bie nie tylko przy­jaźń Na­ssura, ale także uzna­nie jego ojca, ma­ha­ra­dży Tas­fina. Kiedy ma­ha­ra­dża do­wia­duje się, że chło­piec ma­rzy o edu­ka­cji, po­sta­na­wia za­pew­nić mu moż­li­wość na­uki w szkole w Lon­dy­nie. Przed chłop­cem oraz jego ro­dziną, wspie­raną przez ma­ha­ra­dżę, otwie­rają się nowe moż­li­wo­ści i udaje im się wieść do­stat­nie ży­cie. Amra dzięki edu­ka­cji może zo­stać, kim ze­chce - le­ka­rzem, in­ży­nie­rem albo do­radcą na dwo­rze ma­ha­ra­dży. Ten awans za­wdzię­cza po czę­ści od­wa­dze, pracy i spry­towi, a po czę­ści - szczę­ściu i szcze­ro­ści w re­la­cjach z ludźmi.

Ga­tu­nek - po­wieść po­dróż­ni­czo-przy­go­dowa dla mło­dzieży

Po­wieść po­dróż­ni­czo-przy­go­dowa jako od­rębny ga­tu­nek po­wstała w XVIII wieku, wy­wo­dzi się z opi­sów i dzien­ni­ków po­dróży oraz pa­mięt­ni­ków. Na ak­cję po­wie­ści skła­dają się wy­da­rze­nia ma­jące miej­sce w po­dróży do da­le­kiego, eg­zo­tycz­nego kraju lub pod­czas po­bytu w nim. Po­wieść po­dróż­ni­czo-przy­go­dowa ma nie tylko do­star­czyć czy­tel­ni­kowi roz­rywki, ale także prze­ka­zy­wać pe­wien świa­to­po­gląd oraz edu­ko­wać. W po­wie­ściach z tego ga­tunku znaj­dują się barwne opisy przy­rody, opisy od­wie­dza­nych miejsc, dużo uwagi po­święca się też miesz­kań­com eg­zo­tycz­nego z punktu wi­dze­nia czy­tel­nika miej­sca - ich kul­tu­rze, zwy­cza­jom, sty­lowi ży­cia. Czę­sto wy­ko­rzy­sty­wa­nym chwy­tem są na­głe zwroty ak­cji, dra­ma­tyczne oraz nie­zwy­kłe wy­da­rze­nia. Bo­ha­te­ro­wie, dzięki swo­jemu spry­towi i od­wa­dze, wy­cho­dzą cało z nie­bez­piecz­nych sy­tu­acji i od­naj­dują się w róż­no­rod­nych oko­licz­no­ściach. Wraz z roz­wo­jem ga­tunku za­czął zmie­niać się też główny bo­ha­ter - wcze­śniej był to po­dróż­nik, od­krywca, z cza­sem za­częli się po­ja­wiać główni bo­ha­te­ro­wie, któ­rzy nie po­dró­żo­wali do da­le­kiej, eg­zo­tycz­nej kra­iny, ale byli jej miesz­kań­cami. Po­wieść po­dróż­ni­czo-przy­go­dowa była ad­re­so­wana przede wszyst­kim do eu­ro­pej­skich czy­tel­ni­ków i opi­sy­wała kraje eg­zo­tyczne z punktu wi­dze­nia Eu­ropy. Tak też jest w przy­padku Sło­nia Bi­rary - bo­ha­te­ro­wie są miesz­kań­cami In­dii i ak­cja po­wie­ści dzieje się w In­diach, ale za­równo kraj, jak i jego miesz­kańcy są opi­sy­wani jako eg­zo­tyczni dla pol­skiego czy­tel­nika.

Do naj­po­pu­lar­niej­szych pi­sa­rzy po­wie­ści po­dróż­ni­czo­­przy­go­do­wych za­li­czamy Ka­rola Maya (Win­ne­tou, Old Shatter­hand), Ju­liu­sza Verne'a (Dwa­dzie­ścia ty­sięcy mil pod­wod­nej że­glugi, Dzieci ka­pi­tana Granta), Ru­dy­arda Ki­plinga (Księga dżun­gli), a także Hen­ryka Sien­kie­wi­cza (W pu­styni i w pusz­czy) oraz Al­freda Szklar­skiego (cykl po­wie­ści o Tomku Wil­mow­skim) i Zbi­gniewa Nie­nac­kiego (se­ria o Panu Sa­mo­cho­dziku).

Ważne po­ję­cia:

po­wieść po­dróż­ni­czo-przy­go­dowa: po­wieść, na któ­rej fa­bułę skła­dają się przy­gody w trak­cie po­dróży, naj­czę­ściej do kra­jów eg­zo­tycz­nych i nie­zna­nych czy­tel­ni­kowi; poza wa­lo­rami roz­ryw­ko­wymi prze­ka­zuje z re­guły war­to­ści edu­ka­cyjne i etyczne, ad­re­so­wana czę­sto do młod­szych od­bior­ców. ko­lo­nia­lizm: ele­ment po­li­tyki państw eu­ro­pej­skich, po­le­ga­jący na przej­mo­wa­niu kon­troli nad pań­stwami i lu­dami za­miesz­ku­ją­cymi nie­za­leżne wcze­śniej te­ry­to­ria, utrzy­my­wa­niu ich w za­leż­no­ści po­li­tycz­nej i eko­no­micz­nej oraz wy­zy­ski­wa­niu za­so­bów ludz­kich i na­tu­ral­nych da­nego kraju. Kraj za­leżny na­zy­wano ko­lo­nią, a jedną z naj­więk­szych po­tęg ko­lo­nial­nych (czyli kra­jów, które po­sia­dały ko­lo­nie) była Wielka Bry­ta­nia. Okres ko­lo­nialny trwał od prze­łomu XV i XVI wieku (epoka od­kryć geo­gra­ficz­nych) do po­łowy XX wieku.

Słoń Bi­rara - za­pa­mię­taj!

czas i miej­sce ak­cji: prze­łom XIX i XX wieku, In­die, oko­lice Sat­pury, Su­ratu i Uż­ża­inu po­wieść po­dróż­ni­czo-przy­go­dowa dla mło­dzieży nar­ra­tor trze­cio­oso­bowy, wszech­wie­dzący główni bo­ha­te­ro­wie: słoń Bi­rara - szla­chetny, mą­dry, oswo­jony słoń; Amra - kor­nak (po­ga­niacz i opie­kun sło­nia), po­cho­dzi z bied­nej ro­dziny i musi za­ra­biać na jej utrzy­ma­nie; Na­ssur - syn ma­ha­ra­dży, we­soły i bez­po­średni chło­pak, przy­ja­ciel Amry; ma­ha­ra­dża Tas­fin - władca Sat­pury, oj­ciec Na­ssura hi­sto­ria przy­jaźni chłopca i sło­nia, a także dwóch chłop­ców z róż­nych warstw spo­łecz­nych