KAPITAN ZEGRZDA - SĘDZIA
wchodzą ostrożnie i powoli, od
strony przeciwnéj dworowi.
KAPITAN (z tęsknotą i zapałem). A! drogi przyjacielu, jakże się
tu nic a nic nie zmieniło... Drzewa tylko podrosły, klomby
wypiękniały... a my... dziesięć lat! mój Boże!.. co się stało z
nami? Gdzie te czasy szczęśliwe, gdzie godziny, któreśmy tu
prześnili, przemarzyli! (rękami czoło ściska). Stary jestem, a tak
się czuję wzruszonym... aż mi wstyd...
SĘDZIA (z uśmiechem). Tego się nie masz co wstydzić. Młoda
miłość, studencka, to najczystsze i najtrwalsze z uczuć, to
pierwociny życia... to wiosna! Że Adelę kochałeś i kochasz, temu
się ani dziwuję, ani cię o to mogę obwiniać... znajduję tylko, że
ta twoja miłość tak wyegzaltowana, pozwól sobie powiedzieć,
niezrozumiałą jest, dziwaczną, do kata, nielogiczną...
KAPITAN. Jakto niezrozumiałą? dla czego nielogiczną... (z
zapałem.) Ja z nią przeżyłem i przecierpiałem lat tyle...
przyniósłem ją tak gorącą, tak wielką, jakem ztąd uniósł z sobą...
SĘDZIA. Pozwól mi się wytłumaczyć. Kochałeś ją - losy was
rozdzieliły nie z waszéj winy. Poszła za mąż za innego, zostawszy
samą na świecie. Powracasz po latach dziesięciu i niefortunna twa
dola się zmienia. Stryj, który się przeciwił małżeństwu, umarł,
twoja Adela jest wdową i swobodną. Możeż być co szczęśliwszego?
Przychodzisz... klękasz przed nią... Serca biją, oczy się łzawią,
młodość przypomina, podajecie sobie dłonie i ksiądz proboszcz
błogosławi. Co daj Boże - Amen.
KAPITAN (ciągle poruszony, z zapałem). Tak! tak by sobie
mógł zapewne powiedzieć, ktoś inny - ale nie ja! Miłość moja była,
jest - inną... Posłuchaj mnie. Uczucie to nie było takiem, jakie
się powszednio spotyka...
SĘDZIA (przerywając). A! wiem już! Każdemu się zdaje, iż
kocha tak jak od początku świata nikt nie kochał... To wiadomo...
KAPITAN. Posłuchaj tylko.
SĘDZIA. Słucham.
KAPITAN. To była miłość idealna, wyjątkowa! (składając ręce)
- była to miłość czysta, święta, szlachetna, wzniosła, poetyczna,
która całe serce moje zapełniła, którą ona - zdało mi się wówczas -
całém sercem podzielała! Przysięgliśmy, uroczyście w obliczu
niebios przysięgliśmy sobie, że będziemy czekali na siebie, choćby
do siwego włosa!.. Rozumiesz mnie! Myśmy przysięgli!
SĘDZIA. Rozumiem, około lat dwudziestu zawsze się
przysięga...
KAPITAN (ciągnąc daléj). Stryj Adeli nie chciał mnie,
znajdował ubogim. Nie miałem naówczas nic. Zamieniliśmy
pierścionki, przysięgliśmy w obliczu nieba... poszedłem służyć
wojskowo... Jam święcie dotrzymywał téj przysięgi - nie pomyślałem
o innéj, okiem nie rzuciłem na kobiétę, nosiłem obraz jéj w
sercu... A ona! ona!
SĘDZIA (trochę niecierpliwie). Słuchaj-że mnie nawzajem.
Nie bądź... już nie powiem kim... Dziesięć lat, nie dając znać o
sobie, kazałeś jej czekać!.. Stryj zmarł, ona została sama jedna na
świecie, bez opieki. Biedna kobiéta mogła nareszcie sądzić, że
alboś o niéj zapomniał, lub że cię na świecie nie ma.
KAPITAN (gwałtownie). Sądzić, żem ja zapomniał, żem się
sprzeniewierzył!.. Toby było obelgą niedarowaną... Gdybym umarł, po
śmierci by się jéj mój duch objawił!.. Wszystko to są pospolite,
prozaiczne tłumaczenia... a w istocie - cóż chcesz? Wiesz, co
Szekszpir mówi w Hamlecie... Ułomność jest imię twoje! - co
Mickiewicz mówi w Dziadach... Kobieto! puchu marny, ty wietrzna
istoto! - Ona kochała po kobiecemu, a ja - po męzku!
SĘDZIA. Daj pokój, niecierpliwisz mnie! Jeżeli tak ją
osądziłeś, pocóżeś zajechawszy do mnie do Wulki, kazał się tu wieźć
i prowadzić! Zapomnij i - kwita!
KAPITAN. Chciałem zapomnieć - nie mogę! Stary, głupi,
przywlokłem się tu, aby te miejsca uświęcone miłością zobaczyć raz
jeszcze, aby mi od wspomnień uderzyło serce zbolałe... abym się
upił goryczą, piołunem, żółcią... Albo ja wiem... szalony.... po
tom tu przyszedł, aby mi się głowa jeszcze bardziéj zawróciła, abym
był nieszczęśliwszy jeszcze - (po chwili.) Jak myślisz... czy ona
zobaczywszy, poznałaby mnie jeszcze?..
SĘDZIA (zdziwiony). Jakto? więc myślisz się jéj prezentować?
KAPITAN. Ja! a! broń mnie Boże! nigdy w świecie!
uciekłbym... Ale, gdyby... jakimś wypadkiem...
SĘDZIĄ. Prawdziwie - to trudno odgadnąć... Ale - cóż tu
myślisz robić?
KAPITAN (ściskając jego ręce). Na chwilę mnie tu zostaw
samego... na chwilę. Przejdę się po ogrodzie... pod płotami... jak
żak, jak żebrak, jak postrzelony półgłówek. Nie śmiéj się ze
mnie... Może kogo z domowych spotkam... znajdę jakiś pretekst...
wypytam o nią.
SĘDZIA (ramionami ruszając). Bzdurstwa! Szczerze żal mi cię.
KAPITAN (zatrzymuje go). Wiesz ty, kto był jéj mężem? Co to
był za człowiek... Czy ona go kochała? Proszęż cię... jużcić mogę
mieć ciekawość, wolno mi spytać, kto był tym szczęśliwym...
SĘDZIA. Ale ja ci po stokroć już powtarzałem i raz jeszcze
mówię, że nie wiem nic, nie znałem go. Słuchaj po raz setny
pierwszy.
KAPITAN (ściskając go). Mój drogi przyjacielu, nie gniewaj
się na mnie... ja tak jestem nieszczęśliwy...
SĘDZIA. Ale mnie cię z duszy żal! Po śmierci stryja Adela
została samą... rozumiesz, co to jest młodéj jeszcze pannie, tak
pozostać. Wzięła do siebie jakąś kuzynkę daleką, wdowę. Rok czy
dwa, choć się jéj trafiało mnóstwo ludzi w konkury, no - Zdzisław -
Kazio - i major... wszystkich odprawiła z kwitkiem. Potém
dowiedziałem się, że wyjechała do Warszawy. Najbliższy sąsiad,
stary przyjaciel, często się o powrót jéj dopytywałem, ale długo
nie było i nie było... Raptem rozeszła się wieść, że panna Aniela
wychodzi, że wyszła za mąż. Za kogo? wszyscyśmy byli ciekawi. Jakiś
Żylski... Kto? zkąd? ani dopytać. Dosyć, że obywatel jakiś,
bene natus et possesionatus... Ale nawet młody czy
stary... niepodobna się było dowiedzieć. Nikt go nie znał i nie
widział. W pół roku potém, gdy my się ich tu na wsi spodziewamy -
paf! - słyszymy! owdowiała. Umarł podobno z tyfusu. Wróciła po nim
w grubéj żałobie.
KAPITAN. W grubéj żałobie!.. Widać, że go kochała!...
SĘDZIA. Był jéj mężem przecie.
KAPITAN. Widać, że za niego z miłości poszła!
SĘDZIA (spokojnie). Nie wiem, ale żeby z nienawiści, wątpię.
KAPITAN. I więcéj nie wiesz nic?
SĘDZIA. Nic a nic... a nic.
KAPITAN. Przecież o tym tajemniczym Żylskim ktoś coś
opowiadać musiał, kto był i jak wyglądał - w jakim wieku?
SĘDZIA. Któż miał opowiadać? Nam ją badać nie wypadało, ani
jéj przypominać nieszczęścia. Wyjechała sama jedna z kuzynką, bo
nawet bez sługi, i wróciła sama.
KAPITAN. Bywając u niéj, mogliście się przecie zapytać -
posłyszeć, schwytać jakąś wzmiankę.
SĘDZIA. Przyznam ci się, że przez litość nad nią, nigdy nie
wszczynałem o tém rozmowy, a ona nigdy mi o mężu ani wspomniała.
KAPITAN. Dowód najlepszy, jak czuje dotąd swą stratę!
(chodzi niespokojny.)
SĘDZIA (chwytając go wpół). Wiesz co, mój drogi. Oto
widziałeś już dwór, pokłoniłeś się pamiątkom, napiłeś wspomnień...
rozgorączkowałeś dostatecznie, aby parę dni stękać. Po co się tu
masz dłużéj wałęsać? Chodź, siadajmy na bryczkę i powracajmy do
Wulki, do mnie. Dosyć tego...
KAPITAN. Zaklinam cię! zmiłuj się - drogi mój, zostaw mnie
tu samego z myślami, z bolem... z sobą... kwadrans, pół godziny...
Ja tu już więcéj nie wrócę... Oddal się, spocznij, ja tylko
pochodzę... wracam...
SĘDZIA. Napróżno się draźnisz sam.
KAPITAN. Uczyń to dla mnie! Na chwilę wśliznę się do
ogrodu... wracam zaraz...
(Sędzia odchodzi powoli. Kapitan zagląda, zbliżając się do
furtki, która prowadzi do ogrodu. Tymczasem ze drzwi dworu ukazuje
się ochmistrzyni Rabska, staje w ganku i woła:)
OCHMISTRZYNI. Zośka! Zośka! A gdzież się znów to utrapienie
podziało! Gdzieś już na szepty z chłopcami! Skaranie Boże! nie
upilnować tych dziewcząt!.. Zośka!
SĘDZIA. Otóż masz! Jak mnie pozna... nie wiedzieć co mówić i
jak się wykłamać. Co ja jéj powiem... Zostań-że... ale.... (kryje
się w krzaki.)
KAPITAN (stojąc za klombem, zagląda ciekawie ku dworowi.
Wtém Zośka wbiega, napada na niego, spostrzega i woła
przestraszona.)
ZOŚKA. Jezus! Marya! a! a! (ucieka).
OCHMISTRZYNI (z ganku). Co ci się stało?.. czego żeś tak
wrzasnęła! Jeszcze panią nastraszysz. A to... z temi dziewczętami,
powiadam, utrapienie. Cóż tam? żaba czy pająk?
ZOŚKA (zadyszana ze strachem). Jakiś obcy człowiek...
mężczyzna! OCHMISTRZYNI. Śni ci się! Mężczyzna! gdzie? co?
waryatka?
(Podchodzi ku krzakom i spostrzega zadumanego kapitana, który
skryć się usiłuje. Zobaczywszy go Rabska, dyga zakłopotana -
Kapitan kłania się - jakiś czas trwa milczenie. Rabska poprawia
czepek, kapitan niespokojnie się kręci.)
OCHMISTRZYNI (zbliżając się). Przepraszam pana... (na stronie
głośno) - Jakiś słuszny człek... Pozwoli się pan dobrodziéj
zapytać?
KAPITAN (równocześnie zbliża się także i mówi grzecznie).
Pozwoli się pani zapytać?
OCHMISTRZYNI (żywo i gadatliwie). Proszę bardzo, proszę...
owszem... Ja tu jestem domowa i nie pochlebiając sobie, ale mogę
najlepiéj wszystko objaśnić... o! powiadam panu - wszystko... Pan
Dobrodziéj zkąd raczył przybyć?
KAPITAN. Wypadkiem.
OCHMISTRZYNI. Proszę, wypadkiem! jakim wypadkiem? (zbliża
się coraz bardziéj, kapitan z lekka się cofa).
KAPITAN. Mówiono mi. Wszak to jest majątek pani Adeli
Żylskiéj... Doliny... Mówiono mi, że ma być puszczony w dzierżawę?
OCHMISTRZYNI (ręce składając). Puszczony w dzierżawę! Tak,
to są Doliny, pani méj najukochańszéj, Adeli Żylskiéj... tak..
wdowy po ś. p. Żylskim, tak! Ale któż mówił, że, uchowaj Boże,
Doliny są do wydzierżawienia. Proszę ja kogo? Takie bałamuctwo! A
toż jabym przecież o tém wiedzieć musiała! Do wydzierżawienia! Jezu
miłosierny! do wydzierżawienia! Przecież pani dla mnie sekretów nie
ma! Ja ją z małego dziecka wychowałam... Proszę pana... Tylą była
(pokazuje ręką), gdy na służbę się tu dostałam... Tylą!.. Któżby
już lepiéj mógł wiedzieć odemnie... Któż to takie bajki splata!
KAPITAN (zakłopotany). W miasteczku mi powiadano...
OCHMISTRZYNI. W miasteczku! Ale pewnie, tam na wszystkie
plotki gniazdo... to te faktory! to te przekupki... Czemu nie?
Żydzi by sobie życzyli possesora, bo to do szachrajstw lepsza
sprawa. Ratę musi płacić, pieniędzy potrzeba... sprzeda tanio... O!
oni by radzi! Ale u nas o tém nie słychać, słowo daję... Pierwsza
słyszę! - (Kapitan stoi zmięszany, Ochmistrzyni z przymileniem.) -
Jeżeli wolno zapytać, Pan Dobrodziéj z daleka?.. honor pański?
KAPITAN (ciągle zmięszany). Burdziakowski... Michał... z
Sieradzkiego... szukam tu dzierżawy.
OCHMISTRZYNI (wpatrując się). Bur-dzia-kowski... Na starość
człek ma oczy złe... a jak Boga mego kocham.. kogoś znałam tak
podobnego... przepraszam pana... Już nawet nie pamiętam kogo... A
tak się coś ochapia... ochapia... Pan Dobrodziéj szuka sobie
dzierżawy? (Kapitan stoi milczący - Ochmistrzyni dyga.)
Burdziakowski... bardzo mi... Gdyby pan zechciał u mnie spocząć,
albo kawki lub przekąskę...
KAPITAN. Bardzo pani dziękuję, nie będę jéj zabierał czasu.
OCHMISTRZYNI. Ale niech się pan nie żenuje... oh! u mnie
czasu... dosyć! A koniki pańskie gdzie?
KAPITAN. Zostawiłem je na trakcie w karczmie... Sam
przyszedłem pieszo. Ja tę okolicę trochę znam... bywałem tu dawniéj
u krewnych... u znajomych... u...
OCHMISTRZYNI. A! proszę! u krewnych! u znajomych? u kogoż, u
kogo? jeśli wolno spytać, bo ja tu wszystkich znałam i znam.
KAPITAN. Krewni moi powymierali.
OCHMISTRZYNI. Proszę ja kogo! wszyscy powymierali! Jezu
miłosierny... oh, dawno już? dawno?
KAPITAN. Dawno.... lat temu - lat temu... kilkanaście!
OCHMISTRZYNI. Proszę! kilkanaście! Wszyscyśmy oto tak... po
więszéj części - śmiertelni... A znajomi czy téż? kogo pan tu znał?
KAPITAN. Wiele osób... między innemi i stryja dziedziczki
tego majątku.
OCHMISTRZYNI (plaskając w ręce). Nieboszczyka prezesa. A,
jak mu się zmarło, proszę pana Dobrodzieja, jak mu się zmarło!
Zdrowiuteńki był, jak ryba... nigdy niczego nie nadużył!.. człek
był regularny, proszę pana, jak zegarek... choć to z temi zegarkami
różnie bywa... ale tak się mówi, prawda? No - i nie stary jeszcze,
lat miał siedmdziesiąt. A co to siedmdziesiąt lat dla mężczyzny!
Poszedł po kolacyi spać, jeszcze idąc do sypialnego pokoju,
pośpiewywał sobie, jak to pan wie, iż miał we zwyczaju: Donia moja,
Donia! - różne takie piosenki... nazajutrz rano... bywaj zdrów! już
go nie stało! Świeć Panie...
KAPITAN. Ja go tylko widywałem z daleka, a nawet parę
razy... i pannę Adelę.
OCHMISTRZYNI (ręce składając). Proszę ja kogo! a pamięta pan
jaka ona była śliczna! Jezu, ty mój miłosierny, stworzycielu
niebieski - jak aniół! Otóż, co ja panu powiem, już wierz, nie
wierz... wszak Burdziakowski! a tak.. wierz, ale wierz - jakem
poczciwa, że dziś jeszcze, no... niech skróś ziemi pójdę... ale
bodaj jeszcze piękniejsza...
KAPITAN. Wyszła za mąż?
OCHMISTRZYNI. A jakże. Wyszła! wyszła! za bardzo słusznego
człowieka. Co to za człowiek! Ja go nie znałam... ale już kiedy ona
za niego wyszła... co to musiał być za człowiek, to ja wiem... a
potém... zaraz téż owdowiała!
KAPITAN. Szczęśliwe być musiało małżeństwo!
OCHMISTRZYNI. Naturalnie, panie! a! jakże! toć to się
kochali jak para gołębi... (żywo). Ja nieboszczyka, co prawda nie
znałam... ale moja Adelka, bo ja ją tak nawykłam nazywać, ona dla
mnie sekretów nie ma.
KAPITAN. Było to małżeństwo z miłości.
OCHMISTRZYNI. A ma się rozumieć! a któżby to takiéj
ślicznéj, miłéj, dobréj, jak ona szalenie nie kochał - musiałby być
chyba... ostatnim - jak Bóg miły... ostatnim z ludzi...
KAPITAN. I ona.
OCHMISTRZYNI. A ona, ma się rozumiéć... Toż to, między nami
mówiący, ona odrzuciła massy mężów, a jakich! jacy tu się ludzie o
nią starali... Proszę pana - słowo daję, same prymadony...
Prymadony.. to dosyć powiedzieć... z reputacjami! a!.. Za nikogo
przecie nie chciała iść - (po cichu, nachylając się ku kapitanowi,
poufnie). Między nami mówiąc, coś tam było w serduszku... czekała
na kogoś i nie doczekała się... ot co!
KAPITAN. Tak pani sądzi?
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.