Rozdział drugi
Tego dnia wcześnie zamykam cukiernię, aby załatwić kilka spraw. Chociaż wróciłam do domu kwadrans po szóstej, a więc przed zachodem słońca, w domu, który staram się uważać za własny, jest ciemno i ponuro.
Panuje w nim głucha cisza. Do chwili, gdy w zeszłym roku przed Bożym Narodzeniem Rob zaskoczył mnie, oznajmiając, że chce się rozwieść, nie mogłam się doczekać powrotu z pracy. Byłam dumna z życia, jakie wiedliśmy w solidnym, wiktoriańskim, pobielonym budynku, którego okna wychodzą na Cape Cod Bay, nieco na wschód od plaży. Własnoręcznie pomalowałam ściany, położyłam nowe płytki w kuchni i holu, ułożyłam podłogi z twardego drewna w pomieszczeniach na piętrze i w pokoju dziennym oraz zasadziłam rośliny w ogrodzie. Niebieskie hortensje i różowe róże doskonale się prezentowały na tle białego tynku.
I wtedy, akurat gdy w końcu ze wszystkim się uporałam i byłam gotowa odprężyć się w wymarzonym domu, Rob poprosił, żebym usiadła, i spokojnym tonem, nie patrząc mi w oczy, oznajmił, że on także dobrnął do końca. Małżeństwa. I ma mnie dość. Tak więc w ciągu trzech miesięcy, podczas gdy wciąż jeszcze dochodziłam do siebie po śmierci matki, która zmarła na raka piersi, i po podjęciu decyzji, by umieścić Mamie w zakładzie opieki, musiałam wrócić do domu mamy, którego w żaden sposób nie mogłam wcześniej sprzedać. Kilka miesięcy później, wyczerpana i zniechęcona, podpisałam dokumenty rozwodowe, by mieć to wreszcie z głowy.
Prawdę powiedziawszy, czułam się jak odrętwiała i po raz pierwszy zrozumiałam coś, nad czym zastanawiałam się przez całe życie: dlaczego matka była taka zimna wobec mężczyzn. Nie poznałam swego ojca, nie powiedziała mi nawet, jak miał na imię. Kiedyś wyjaśniła mi lakonicznie:
- Odszedł. Dawno temu. Nigdy nie dowiedział się o twoim istnieniu. Dokonał wyboru.
Gdy dorastałam, miała przyjaciół, z którymi spędzała czas, ale nigdy nie dopuszczała do żadnej intymności. Naprawdę. Dlatego w końcu odchodzili, a ona tylko wzruszała ramionami i mawiała:
- Lepiej nam będzie bez niego, Hope. Sama wiesz, nie muszę ci niczego tłumaczyć.
Uważałam ją za osobę pozbawioną serca, chociaż wyczekiwałam tych krótkich okresów, gdy przez kilka tygodni miałam ją wyłącznie dla siebie. Teraz żałuję, że nie zrozumiałam jej wcześniej, w porę, by móc z nią o tym porozmawiać. W końcu to pojęłam, mamo. Nie dopuszczając ich do siebie, a przede wszystkim, nie kochając ich, nie pozwalałaś na to, by cię zranili, odchodząc. Ale podobnie jak w przypadku wielu spraw w moim życiu, dla mnie jest już za późno.
Kilka minut przed siódmą wychodzę spod prysznica, pozbywszy się mąki i cukru powlekających skórę i włosy. Chyba powinnam zatelefonować do Roba, żeby przeprosić Annie za to, jak się rozstałyśmy, ale jakoś nie mogę się do tego zmusić. A zresztą ona prawdopodobnie wspaniale spędza z nim czas i mój telefon tylko by jej przeszkodził. Niezależnie od tego, co czuję do Roba, muszę mu oddać sprawiedliwość. Zazwyczaj doskonale radzi sobie z Annie. Mam wrażenie, że od dawna ma z nią znacznie lepszy kontakt niż ja. Jestem zazdrosna, widząc, jak śmieją się razem konspiracyjnie, ale jednocześnie cieszę się ze szczęścia córki. Zupełnie jakby tworzyli nowy portret rodzinny, na którym dla mnie nie ma już miejsca.
Wkładam szary sweter i obcisłe czarne dżinsy i przeglądam się w lustrze, szczotkując sięgające do ramion ciemnobrązowe, faliste włosy, które na szczęście jeszcze nie zaczęły siwieć, chociaż, jeżeli Annie się nie zmieni, z pewnością wkrótce posiwieją. Wypatruję na twarzy podobieństwa do córki, ale jak zwykle bezskutecznie. Dziwne. Nie jest ani trochę podobna ani do mnie, ani do Roba. Z tego powodu zapytał mnie kiedyś, gdy miała trzy lata:
- Jesteś pewna, Hope, że to moje dziecko?
Te słowa głęboko mnie ubodły.
- Oczywiście - odparłam szeptem, mając oczy pełne łez, a on porzucił temat.
Pominąwszy karnację - Annie bowiem opala się równo i pięknie, zupełnie jak Rob - w niczym nie przypomina swojego wysokiego, niebieskookiego i ciemnowłosego ojca.
Badam własne rysy, pociągając wargi szminką i powlekając tuszem jasne rzęsy. Oczy Annie są szare, moje zaś mają niespotykaną barwę morskiej zieleni i są nakrapiane złocistymi plamkami. Gdy byłam młodsza, Mamie zwykła mawiać, że jej oczy ominęły dwa pokolenia i przeszły na Annie. Matka odziedziczyła proste, ciemnobrązowe włosy i brązowe oczy po moim dziadku. Ja zaś wyglądam zupełnie jak kopia kilku fotografii przedstawiających Mamie. Jej włosy na starych zdjęciach wydawały mi się zawsze jakieś smutne. Ale teraz ja i Mamie jesteśmy do siebie jeszcze podobniejsze. Moje ostro wygięte wargi - "jak harfa anielska" - mawiała Mamie - są dokładnie takie same, jak jej usta, gdy była młoda. Miałam również szczęście, dziedzicząc po niej mleczną cerę, lecz w minionym roku nabawiłam się poprzecznej zmarszczki pomiędzy brwiami, która nadaje mi wygląd osoby wiecznie zatroskanej. Zresztą ostatnio faktycznie jestem stale zmartwiona.
Z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk dzwonka u drzwi. Ostatni raz przeciągam szczotką po włosach, a potem, po namyśle, burzę fryzurę, bo nie chcę wyglądać jak ktoś, kto stara się jak najlepiej prezentować. Nie chcę, by Matt miał co do nas jakiekolwiek złudzenia.
Otwieram drzwi. Matt pochyla się, by mnie pocałować, ale ja lekko się obracam i jego wargi lądują na moim prawym policzku. Czuję mroczną piżmową woń wody kolońskiej na jego karku. Matt ma na sobie spodnie koloru khaki, bladoniebieską koszulę z jakimiś ozdobnymi aplikacjami, których nie rozpoznaję, oraz brązowe mokasyny.
- Mogę się przebrać - mówię, bo nagle czuję się niemodna i zaniedbana. Matt lustruje mnie wzrokiem i wzrusza ramionami. - Ładnie ci w tym swetrze. Nie musisz się przebierać.
Zabiera mnie do ekskluzywnej włoskiej restauracji pośród bagien U Fratinellego. Lekceważę spojrzenie, jakim niedelikatnie obrzuca mnie maître, zanim poprowadzi nas do oświetlonego płomieniami świec stolika pod oknem.
- Bardzo tu miło, Matt - zauważam, gdy zostajemy sami. Wyglądam przez okno w ciemność i dostrzegam nasze odbicie w szybie. Sprawiamy wrażenie pary, dobranej pary. Na tę myśl odwracam wzrok od okna.
- Wiem, że lubisz ten lokal - odpowiada Matt. - Pamiętasz? Byliśmy tutaj przed balem maturalnym.
Śmieję się i kręcę głową.
- Zapomniałam. - Trzeba przyznać, że zapomniałam wiele rzeczy. Przez długi czas starałam się zapomnieć o przeszłości. Ale oto niemal dwadzieścia lat później siedzę w tej samej restauracji z tym samym facetem. Najwyraźniej nie można się pozbyć przeszłości. Odpędzam od siebie tę myśl i spoglądam na Matta. - Wspomniałeś, że chcesz o czymś porozmawiać.
Matt spuszcza wzrok na kartę.
- Najpierw zamówmy.
W milczeniu wybieramy coś z menu. Matt decyduje się na homara, a ja na spaghetti bolognese, najtańszą potrawę z karty. Później zaproponuję, że zapłacę za siebie, ale w razie gdyby Matt się nie zgodził, wolę, żeby nie wydawał na mnie majątku. Nie chcę się czuć zobowiązana.
Złożywszy zamówienie, Matt robi głęboki wdech i spogląda na mnie. Już ma przemówić, ale ja nie daję mu dojść do słowa, by nie znalazł się w kłopotliwym położeniu.
- Wiesz, że mam dla ciebie wiele sympatii - zaczynam.
- Hope - teraz on mi przerywa. Ale ja unoszę dłoń.
- Pozwól mi dokończyć - dodaję spiesznie. - Wiem, że mamy wiele wspólnego i oczywiście wspólną przeszłość, co wiele dla mnie znaczy. Ale chcę ci oznajmić, że na razie nie jestem gotowa na to, by się z kimś spotykać. Niech tak zostanie, dopóki Annie nie pójdzie na studia, a to jeszcze kawał czasu.
- Hope...
Nie słucham go, bo muszę to z siebie wyrzucić.
- To nie chodzi o ciebie, Matt. Przysięgam. Ale na razie możemy być tylko przyjaciółmi, tak będzie najlepiej. Uwierz mi. Nie wiem, co może się zdarzyć później, ale teraz Annie potrzebuje całej mojej uwagi i...
- Hope, tu nie chodzi o ciebie i o mnie - przerywa mi. - Chodzi o cukiernię i twój kredyt. Pozwolisz mi dojść do słowa?
Wpatruję się w niego, podczas gdy kelner stawia na stole koszyk z pieczywem i talerzyk z oliwą. Nalewa nam czerwone wino - drogi cabernet, który Matt wybrał, nie konsultując się ze mną. Kelner się oddala i zostajemy sami.
- Co z cukiernią? - pytam powoli.
- Mam złe wiadomości. - Matt unika mego spojrzenia. Zwilża w oliwie kawałek chleba i odgryza kęs.
- Mów dalej... - zachęcam go. Czuję się tak, jakby w pomieszczeniu zabrakło powietrza.
- Twój kredyt - ciągnie Matt z pełnymi ustami. - Bank domaga się zwrotu pożyczki.
Moje serce przestaje bić.
- Co? - pytam, wpatrując się w niego. - Od kiedy?
Spuszcza oczy.
- Od wczoraj, Hope. Spóźniłaś się z kilkoma spłatami. A przy obecnej sytuacji na rynku bank jest zmuszony cofnąć kilka kredytów, bo klienci nieregularnie spłacali raty. Obawiam się, że ty do nich należysz.
Wzdycham głęboko. To niemożliwe.
- Ale w tym roku spłaciłam wszystkie raty. Przyznaję, miałam kilka trudnych miesięcy parę lat temu, gdy było załamanie gospodarki, ale przecież mieszkamy w mieście żyjącym z turystyki.
- Wiem.
- Któż wtedy nie miał kłopotów?
- Wielu ludzi je miało - zgadza się Matt. - Niestety, znalazłaś się w tej grupie. I przy wysokości twojego kredytu...
Przymykam oczy. Nawet nie chcę myśleć o wysokości pożyczki. Na domiar złego rozwodziłam się, spłacałam hipotekę matki po jej śmierci i żonglowałam kilkoma kartami kredytowymi, żeby zdobyć produkty dla cukierni.
- Co mogę zrobić? - pytam wreszcie.
- Obawiam się, że niewiele - odpowiada Matt. - Możesz oczywiście spróbować u innych pożyczkodawców. Ale w tej chwili sytuacja jest trudna. Nie powiedzie ci się z żadnym innym bankiem. Gwarantuję ci to. A biorąc pod uwagę fakt, że nieregularnie spłacałaś raty, oraz to, że przy tej samej ulicy właśnie otwarto Bingham's...
- Bingham's - mamroczę. - Oczywiście. W minionym roku zatruwali mi życie. Niewielka sieć ciastkarni z Nowej Anglii z siedzibą na Rhode Island, systematycznie rozszerzająca swoje wpływy, aby dorównać Dunkin' Donuts. Dziewięć miesięcy temu otworzyli szesnasty punkt w odległości niecałego kilometra od mojej cukierni, właśnie w chwili, gdy wychodziłam z finansowego dołka, w którym się znalazłam z powodu recesji.
Było to zawirowanie, z którym poradziłabym sobie, gdyby nie rozwód. Ale teraz radzę sobie lepiej, Matt dobrze o tym wie, bo kredyt brałam w jego banku.
- Posłuchaj - mówi - mogę ci coś zaproponować.
Upija duży łyk wina i pochyla się do przodu.
- Pracuję z kilkoma nowojorskimi inwestorami. Rozglądają się za małymi firmami, którym... mogliby pomóc. Mogę ich poprosić o przysługę.
- Dobrze - cedzę powoli. Nie jestem pewna, czy podoba mi się pomysł, aby obcy ludzie inwestowali w to, co zawsze było interesem prowadzonym przez rodzinę. I czy chcę, by Matt prosił o przysługę ze względu na mnie. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że alternatywą może być utrata cukierni. - Na czym to właściwie polega?
- Wykupiliby twoją firmę. Przejęliby na siebie kredyt. Dostałabyś kwotę wystarczająco wysoką, by opłacić wszystkie bieżące rachunki. I nadal prowadziłabyś cukiernię.
- A więc według ciebie jedyną możliwością jest sprzedanie rodzinnej cukierni jakimś obcym ludziom? - pytam, nie spuszczając oczu z Matta.
Wzrusza ramionami.
- To nie jest idealny sposób. Dobrze o tym wiem. Ale szybko rozwiązałabyś swoje problemy finansowe. I przy odrobinie szczęścia mógłbym ich przekonać, by pozwolili ci zarządzać cukiernią.
- Ale to jest firma rodzinna - mówię słabym głosem, zdając sobie sprawę z tego, że się powtarzam.
Matt odwraca wzrok.
- Nie potrafię poradzić ci nic innego, Hope. To jedyna możliwość, chyba że znajdziesz na ulicy pół miliona dolarów. A mając niespłacony kredyt, nie możesz otworzyć cukierni w innym miejscu.
Nie znajduję słów odpowiedzi. Po chwili Matt dodaje:
- Posłuchaj, to dobrzy ludzie. Znam ich nie od dziś. Pomogą ci. Przynajmniej uchronisz interes przed zamknięciem.
Czuję się tak, jakby Matt rzucił mi na kolana granat, wyciągnął zawleczkę i zaproponował, że uprzątnie skutki rzezi; wszystko z miłym uśmiechem.
- Muszę to sobie przemyśleć - stwierdzam bezradnie.
- Hope. - Odsuwa kieliszek i wyciąga ręce nad blatem. Ujmuje moje drobne dłonie. Gest ten ma oznaczać, że przy nim mogę czuć się bezpieczna. - Poradzimy sobie, prawda? Ja ci pomogę.
- Nie potrzebuję twojej pomocy - bąkam. Zraniłam go, to jasne. Jest mi przykro, więc odsuwam dłonie. Matt po prostu stara się być miły. Ale ja to odbieram jako jałmużnę, której nie umiem przyjąć. Mogę pójść na dno albo popłynąć dalej, ale chcę to zrobić o własnych siłach.
Milczymy. W torebce odzywa się dzwonek komórki. Zakłopotana sięgam po telefon. Zapomniałam go wyłączyć. Widzę, że maître spogląda na mnie z drugiego końca sali.
- Mama? - To Annie. Jest wzburzona.
- Co się stało? - pytam, podnosząc się z krzesła, gotowa, by pędzić na ratunek gdziekolwiek trzeba.
- Gdzie jesteś, mamo?
- Jem kolację w restauracji, Annie - odpowiadam, nie wspominając z kim. Nie chcę, by pomyślała, że jestem na randce. - A ty gdzie jesteś? Nie u taty?
- Tata musiał pójść na spotkanie z klientem - mówi. - Więc odwiózł mnie z powrotem do twojego domu. Zmywarka się popsuła.
Zamykam oczy. Wlałam do niej detergent i włączyłam na pół godziny przed przyjściem Matta, zakładając, że cykl dobiegnie końca, zanim wyjdziemy z domu.
- Co się stało?
- Ja nic nie zrobiłam - pospiesznie broni się Annie. - Ale na podłodze jest pełno wody. Jak powódź albo coś w tym rodzaju.
Serce skacze mi do gardła. Na pewno pękła rura. Nie mam pojęcia, ile będzie kosztowała naprawa i jakie zniszczenia poczyniła woda.
- Dziękuję, że mnie zawiadomiłaś, kochanie - mówię spokojnym tonem. - Zaraz będę w domu.
- Ale co mam zrobić, żeby się nie lało? - pyta Annie. - Woda zaleje cały dom.
Nie mam pojęcia, jak zamknąć dopływ w kuchni.
- Zastanowię się, dobrze? Oddzwonię. Już wyruszam.
- Nieważne - Annie kończy rozmowę.
Opowiadam Mattowi, co się stało. Matt wzdycha, przywołuje kelnera i prosi, by zapakowano nam zamówione dania.
- Wybacz - rzucam, gdy kilka minut później pędzimy do samochodu. - Ostatnio wciąż przytrafiają mi się katastrofy.
Tylko kręci głową.
- Wypadki chodzą po ludziach - kwituje zwięźle.
Odzywa się dopiero, gdy jedziemy do mnie.
- Nie lekceważ tego, co ci zaproponowałem. Bo stracisz cukiernię. Wszystko, na co pracowała twoja rodzina.
Milczę, bo po pierwsze wiem, że to prawda, po drugie, dlatego że teraz mam co innego na głowie. Wreszcie pytam, czy wie, jak odciąć dopływ wody do kuchni, ale mówi, że nie wie, więc w milczeniu jedziemy dalej.
- Czyj to jeep? - pyta Matt, zajeżdżając pod mój dom. - Nie mam gdzie zaparkować.
- Gavina - odpowiadam cicho. Jego dobrze znany niebieski wrangler stoi obok mojej starej corolli. Moje serce zamiera.
- Gavina Keyesa? - pyta Matt. - Tego majstra do wszystkiego? Co on tu robi?
- Pewnie wezwała go Annie - odpowiadam przez zaciśnięte zęby. Dotychczas nie zapłaciłam Gavinowi za pracę, którą wykonał w ciągu lata przy domu, ale moja córka o tym nie wie. Nie wie również, że pewnego lipcowego popołudnia, gdy siedząc z nim na ganku, odebrałam zawiadomienie z banku, zalałam się łzami, a miesiąc później, gdy Gavin skończył remont domu, uparł się, żebym na razie płaciła mu w formie darmowych wypieków i kawy.
Annie nie wie, że Gavin, oprócz Matta, jest jedyną osobą w mieście, która orientuje się, jaki rozgardiasz panuje w moim życiu. Nie ma również pojęcia o tym, że z tego powodu Gavin jest ostatnim człowiekiem, którego chcę w tej chwili widzieć.
Wchodzę do budynku. Kilka kroków za mną kroczy Matt, niosąc moją kolację od Fratinellego. W kuchni natykam się na córkę z naręczem ręczników. Gavin kuca pod zlewem. Dziwię się, bo moje oczy wędrują tam, gdzie dzisiejszego ranka spostrzegłam rozdarcie w jego dżinsach. Dziura oczywiście wciąż tam jest.
- Gavin - mówię, a on ogląda się, wstaje i odsuwa od zlewu.
Spogląda to na mnie, to na Matta. Skrobie się po głowie, gdy Matt przechodzi obok niego i wstawia do lodówki pudełko z moją kolacją.
- Hej - mówi Gavin. Znowu spogląda na Matta i na mnie. - Przyjechałem natychmiast po telefonie od Annie. Chwilowo zakręciłem dopływ wody. Wygląda na to, że pękła rura w ścianie pod zmywarką. Jeśli możesz poczekać, przyjdę pojutrze i ją naprawię.
- Nie musisz tego robić - odpowiadam cicho. Spoglądam mu prosto w oczy, myśląc: "nadal nie mogę ci zapłacić". Mam nadzieję, że rozumie moje intencje.
Ale on tylko się uśmiecha i mówi dalej, jakby mnie nie słyszał:
- Jutro jestem zajęty, ale pojutrze mam sporo wolnego czasu. Muszę tylko zrobić coś rano u Foleyów. U ciebie nie potrwa długo. Trzeba tylko zreperować rurę i wszystko będzie w porządku. - Jego oczy znów wędrują ku mnie, to znów ku Matowi. - Posłuchaj, mam w jeepie specjalny odkurzacz. Przyniosę go i odessiemy wodę. Zobaczymy, czy zniszczyła podłogę.
Zerkam na Annie, która wciąż stoi z naręczem ręczników.
- Możemy to sprzątnąć same - zwracam się do Gavina. - Nie musisz ze mną zostawać - dodaję, spoglądając na Matta. - Prawda? - zwracam się do Annie.
- Chyba tak - stwierdza Annie, wzruszając ramionami.
Matt odwraca wzrok.
- Jutro rano mam spotkanie. Muszę wracać do domu.
Gavin prycha i bez słowa idzie do samochodu. Nie zwracam na niego uwagi.
- Och - mówię do Matta. - Oczywiście. Dzięki za kolację.
Odprowadzam go do drzwi. Gavin wraca z odkurzaczem.
- Powiedziałam, że nie musisz tego robić - bąkam.
- Słyszałem, co powiedziałaś - odpowiada Gavin, nawet nie przystając, by na mnie spojrzeć. Po chwili, gdy patrzę na odjeżdżającego lśniącym lexusem Matta, dobiega mnie hałas pracującego w kuchni odkurzacza Gavina.
Na chwilę przymykam oczy, a potem odwracam się i z powrotem wkraczam do mojego zrujnowanego życia, które można odbudować.
Następnego wieczoru Annie znów jest w domu Roba, a ja po pracy usuwam resztki nieporządku w kuchni i przyłapuję się na tym, że myślę o Mamie, która zawsze wiedziała, jak sobie radzić z niepowodzeniami. Powinnam być lepszą wnuczką, myślę z poczuciem winy. Powinnam być lepszym człowiekiem. Oto jeszcze jedna dziedzina, w której doświadczam niepowodzeń.
Ze ściśniętym gardłem kończę mycie podłogi, maluję usta przed lustrem w holu i sięgam po klucze. Annie ma rację. Muszę odwiedzić babcię. Wizyta u Mamie zawsze napawa mnie wielkim smutkiem, bo chociaż dom opieki, w którym przebywa, jest przyjazny i pogodny, trudno patrzeć, jak babcia się zapada. Zupełnie jakbym stała na pokładzie statku, obserwując kogoś, kto jest wciągany pod wodę, i nie miała koła ratunkowego, by mu je rzucić.
Po kwadransie wchodzę do domu opieki. Ogromny budynek jest pomalowany na kremowożółty kolor. Pełno tu obrazków przedstawiających kwiaty i leśne stworzenia. Wchodząc na najwyższe piętro, odwiedzający muszą skorzystać z panelu cyfrowego umieszczonego przy drzwiach. Idę korytarzem do pokoju Mamie, który mieści się na samym końcu zachodniego skrzydła.
Pokoje pensjonariuszy są urządzone po domowemu, ale posiłki spożywa się w jadalni, a pracownicy obsługi mają klucze do wszystkich pomieszczeń, aby mogli sprawdzać, co dzieje się z pensjonariuszami, oraz podawać im leki.
Mamie dostaje środek przeciwdepresyjny, dwa leki nasercowe oraz eksperymentalne lekarstwo na chorobę Alzheimera, które wydaje się nieskuteczne. Co miesiąc spotykam się z lekarzem, od którego otrzymuję sprawozdanie dotyczące zdrowia babci. Doktor powiedział mi kiedyś, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy stan jej umysłu szybko się pogarsza.
- Najgorsze jest to - oznajmił, spoglądając na mnie zza okularów - że pozostaje wystarczająco świadoma, by zdawać sobie z tego sprawę. To jedno z najbardziej przykrych stadiów choroby; pacjent wie, że wkrótce straci pamięć, a to bardzo źle na niego wpływa i powoduje dojmujący smutek.
Ze zdławionym gardłem przełykam ślinę i przyciskam dzwonek pod tabliczką z imieniem i nazwiskiem babci: Rose McKenna. Słyszę szuranie - prawdopodobnie z wysiłkiem podnosi się z łóżka o regulowanym oparciu i rusza ku drzwiom, podpierając się laską, której używa, odkąd w zeszłym roku upadła, co się skończyło złamaniem obydwu bioder.
Drzwi się otwierają i opanowuję gwałtowną chęć rzucenia się w jej ramiona, tak jak wtedy, gdy byłam mała. Aż do tej chwili wydawało mi się, że przyszłam tu względu na nią. Teraz uświadamiam sobie, że zrobiłam to dla siebie. Potrzebuję tego. Potrzebuję kogoś, kto mnie kocha, choćby miłością niedoskonałą.
- Witaj - mówi Mamie, uśmiechając się do mnie. Jej włosy pobielały od naszego ostatniego spotkania, zmarszczki się pogłębiły. Ale jak zawsze ma umalowane bordową szminką wargi, oczy obwiedzione proszkiem antymonowym, a twarz powleczoną pudrem w kremie. - Cóż za niespodzianka, kochanie. - Wypowiada te słowa z lekkim francuskim akcentem, który powinien był dawno zniknąć. Przebywa w Stanach od wczesnych lat czterdziestych dwudziestego wieku, ale ślady przeszłości wciąż pobrzmiewają w jej angielszczyźnie. Na szyi niemal zawsze nadal nosi zwiewne niczym piórko francuskie apaszki.
Wyciągam ręce, by ją uściskać. Kiedyś babcia była krzepka i silna. Teraz, przytulając ją, wyczuwam linię kręgosłupa i drobne kości ramion.
- Witaj, Mamie - mówię miękko, mrugając, by powstrzymać łzy.
Spogląda na mnie przesłoniętymi mgłą oczami.
- Musisz mi wybaczyć - odzywa się. - Czasami robię się trochę zapominalska. Kim jesteś, kochanie? Wiem, że powinnam pamiętać.
- Hope, Mamie. Twoja wnuczka.
- Oczywiście. - Uśmiecha się do mnie, ale jej szare oczy są mętne. - Wiedziałam. Po prostu trzeba mi czasem przypomnieć. Wejdź, proszę.
Idę za nią do słabo oświetlonego wnętrza; prowadzi mnie do okna w salonie.
- Właśnie patrzyłam na zachodzące słońce - wyjaśnia. - Za chwilę będziemy mogły zobaczyć Gwiazdę Wieczorną.