Słodko-gorzkie życie - Colleen McCullough

Reflow text when sidebars are open.
Dwie pary bliźniaczek: Edda i Grace, Tufts i Kitty. Córki wielebnego Thomasa Latimera, proboszcza w kościele anglikańskim pod wezwaniem Świętego Marka w Corundzie w Nowej Południowej Walii.
Wszystkie cztery siedziały rzędem na zwykłych krzesłach przed przepastnym, wygasłym kominkiem. Duży salon wypełniało trajkotanie pań zaproszonych przez Maude, żonę proboszcza, z okazji zbliżającego się ważnego wydarzenia: za niecały tydzień cztery jego córki opuszczą plebanię, aby uczyć się pielęgniarstwa w Corunda Base Hospital.
Nawet nie tydzień do wyjazdu, mniej niż tydzień! - powtarzała w myślach Edda, potwornie skrępowana, tkwiąc tak na widoku. Wodziła oczami tu i tam, byle tylko nie patrzeć na Maude, swoją macochę, która jak zwykle wiodła prym w paplaninie.
Przy krześle Eddy, ostatnim w rzędzie, była dziura w drewnianej podłodze. Uwagę dziewczyny przyciągnął jakiś ruch pod deską, znieruchomiała więc, już ciesząc się w duchu. Duży szczur! Na przyjęcie mamy zaraz wtargnie szczur. Jeszcze trzy centymetry - myślała, wpatrzona w czubek głowy - i wtedy zachłysnę się z wrażenia i wrzasnę na cały głos: Szczur! Ale będzie zabawa!
Zanim zdążyła wydobyć z siebie głos, rzeczywiście ujrzała cały łeb i... zamarła. Lśniący, czarny trójkąt z drgającym językiem - ogromny, obojętnie, do kogo należał! - a za nim śliskie, czarne cielsko grubości kobiecego ramienia - czarne z czerwonym podbrzuszem. Cielsko stopniowo wynurzało się ze szpary; to wąż, długi na dwa metry i bardzo jadowity. Jak on się tu dostał?
Pełzł, czekając, aż uwolni koniec ogona, aby sprężyć się i śmignąć w niewiadomym kierunku. Przybory do kominka stały z boku paleniska i za żadne skarby ich nie dosięgnie, bo dzielą je od niej niczego nieświadome Tufts, Grace i Kitty.
Siedziała na tapicerowanym krześle na smukłych, zwężających się ku dołowi nogach, których obwód przy podłodze był wielkości oprawki szminki. Wstrzymując oddech, uniosła się kilka centymetrów wraz z krzesłem i wycelowała lewą przednią nogę w środek łba gada. Opadła z impetem i przyciskała krzesło do podłogi, trzymając się kurczowo krawędzi siedziska, jakby była Jackiem Thurlowem ujeżdżającym konia.
Noga przebiła czaszkę pomiędzy oczami i dwumetrowe cielsko wystrzeliło w górę. Któraś z pań wrzasnęła przeraźliwie, zawtórowały jej inne przerażone głosy, a Edda Latimer siedziała niewzruszenie, napierając z całej siły na nogę wbitą w łeb węża, który podrygiwał i wił się, i miotał, przy okazji zadając jej ciosy bardziej bolesne i zajadłe niż męska pięść. Grad spadających na nią razów przypominał wirujący, młócący cień.
Rozhisteryzowane kobiety rozpierzchły się, mając w oczach widok Eddy oraz starego węża, i żadna z nich nie zdobyła się na odwagę, żeby ruszyć dziewczynie na pomoc.
Jedna Kitty - ładna, śmiała Kitty - rzuciła się do paleniska i złapała za toporek do rozłupywania polan na szczapy. Unikając uderzeń miotającego się węża, dwoma ciosami odrąbała mu łeb.
- Możesz już wstać, Eds - powiedziała do siostry, odrzucając toporek. - Ale potwór! Będziesz cała w siniakach po takiej chłoście.
- Jesteście szalone! - załkała przerażona Grace.
- Idiotki! - Tufts ze złością oceniła Eddę i Kitty.
Blady jak ściana wielebny Thomas Latimer był zbyt zajęty uspokajaniem swojej drugiej żony, która dostała spazmów, żeby zrobić to, czego najbardziej pragnął - uściskać obie niesamowicie odważne córki.
Krzyki i płacz powoli cichły. Strach opuszczał co odważniejsze kobiety, które teraz gromadziły się wokół węża, żeby na własne oczy sprawdzić, czy na pewno jest martwy. Ale wielka bestia! Poza czterema siostrami nikt, łącznie z paniami Enid Treadby i Henriettą Burdum, które pomagały pastorowi uspokajać Maude, nie pamiętał już, z jakiej okazji było to nieudane spotkanie. Liczyło się tylko to, że ta dziwaczna Edda Latimer zabiła starego, jadowitego węża, czas więc było pobiec do domu i oddać się głównemu zajęciu kobiet z Corundy, czyli Plotkowaniu i towarzyszącemu mu obowiązkowo sianiu Pogłosek i Spekulacji.
Cztery dziewczęta podeszły do zapomnianego stoliczka na kółkach, zastawionego przysmakami. Nalały sobie herbaty do delikatnych filiżanek i zabrały się do pałaszowania kanapek z ogórkiem.
- Czy kobiety nie są głupie? - zapytała Tufts, kołysząc imbrykiem. - Można by pomyśleć, że niebo zwaliło im się na głowy! A ty, Eddo, jak zawsze! Co by się stało, gdybyś nie trafiła go w głowę?
- Wtedy, Tufts, poprosiłabym ciebie o pomysł.
- Ha! Nie musiałaś mnie prosić, bo nasza druga mądra i przebiegła siostrzyczka ruszyła ci na ratunek. - Rozejrzała się po pokoju. - A niech mnie, wszyscy zbierają się do domu! Nie oszczędzajcie się, dziewczyny, możemy się najeść do woli.
- Mama będzie po tym wszystkim dochodzić do siebie przez dwa dni - zauważyła radośnie Grace, podstawiając filiżankę po dolewkę herbaty. - To jej złagodzi wstrząs związany z perspektywą utraty czterech darmowych służących na plebanii.
- Bzdura, Grace! - prychnęła Kitty. - Wstrząsu z powodu utraty darmowych służących nie złagodzi wrażenie po zabiciu węża, choćby nie wiem jaki był duży i jadowity.
- A co więcej - włączyła się Tufts - gdy tylko dojdzie do siebie, natychmiast pouczy Eddę, jak należy zabijać węże dyskretnie, z zachowaniem dobrych manier. Narobiłaś niezłego zamieszania.
- O rety, no, narobiłam - przyznała spokojnie Edda, obficie smarując drożdżową bułeczkę czerwonym dżemem i kładąc na wierzch górę bitej śmietany. - Pycha! Gdybym nie narobiła zamieszania, żadna z nas nie dopchałaby się do tych bułeczek. Pożarłyby je te baby jagi, mamine psiapsiółki. - Roześmiała się. - Przyszły poniedziałek, dziewczynki. Od przyszłego poniedziałku zaczynamy żyć po swojemu. Z daleka od mamy. Tufts, Kitty, tylko nie czujcie się urażone.
- Wcale się nie czuję - zapewniła ją opryskliwie Kitty.
Nie można powiedzieć, aby Maude Latimer postępowała świadomie okropnie; w swym mniemaniu była aniołem zarówno pośród macoch, jak i rodzonych matek. Grace i Edda miały tego samego ojca, co jej Tufts i Kitty, i absolutnie nie faworyzowała żadnej z córek, co chętnie podkreślała nawet w kontaktach z osobami najmniej zainteresowanymi życiem na plebanii. Jak czwórka takich udanych dzieci mogłaby drażnić kogoś, kto uwielbia wypełniać obowiązki matki? I być może rzeczywistość wyglądałaby zgodnie z mniemaniem Maude, gdyby nie dotknięcie ręki przeznaczenia. Otóż Kitty, młodsza z jej bliźniaczek, była o wiele ładniejsza od swych ukochanych sióstr i przyćmiewała je urodą jak blask słońca przyćmiewa poświatę księżyca.
Od niemowlęctwa do czasu owego przyjęcia z okazji wyjazdu Maude wychwalała zalety córki przed każdym, kto znalazł się pod ręką. Po cichu ludzie podzielali jej opinię, lecz, och, jakie to było męczące, gdy wkraczała w ich pole widzenia, mocno trzymając Kitty za rękę, z trzema pozostałymi dziewczynkami drepczącymi krok z tyłu. W Corundzie panowała ogólna opinia, że przez takie postępowanie siostry staną się nieprzejednanymi wrogami Kitty. Jak bardzo Edda, Grace i Tufts muszą jej nienawidzić! A Kitty na pewno jest zarozumiała, rozpieszczona i nieznośna.
A jednak wcale tak nie było, co stanowiło tajemnicę dla wszystkich poza pastorem. Dla niego miłość łącząca siostry oznaczała solidny i namacalny dowód na to, że są bardzo kochane przez Boga. Oczywiście Maude uzurpowała sobie prawo do dziękczynienia wznoszonego przez męża do Najwyższego jako przede wszystkim należącego się jej.
Córki Latimerów w równym stopniu żałowały Maude, co czuły do niej niechęć, a kochały ją tylko na tyle, na ile wymagały tego relacje kobiet w tej samej rodzinie, niezależnie od istnienia czy braku więzi krwi. Tym, co jednoczyło cztery dziewczęta przeciwko Maude, wcale nie była sytuacja trzech córek wyrzuconych na obrzeża jej uczuć, lecz los Kitty, na której się one koncentrowały.
Kitty powinna być krnąbrnym i rozpuszczonym dzieckiem, a tymczasem była cicha, nieśmiała i wycofana. O dwadzieścia miesięcy starsze Edda i Grace zauważyły to o wiele wcześniej od Tufts, lecz potem już wszystkie trzy zgodnie się przejmowały tym, co według nich wynikało z wpływu matki na Kitty. I tak narodziła się konspiracja, której celem była jej ochrona przed Maude, intuicyjna we wczesnym dzieciństwie i coraz silniejsza i bardziej świadoma w miarę dorastania.
Na dominującą Eddę nieodmiennie spadał ciężar poważniejszych burz i zawirowań. Ustaliło się to niejako automatycznie już wtedy, gdy jako dwunastolatka nakryła dziesięcioletnią Kitty atakującą swoją twarz tarką do sera. Odebrała jej ostre narzędzie i czym prędzej zaprowadziła do ojca, najlepszego i najłagodniejszego człowieka pod słońcem. Ten wspaniale poradził sobie z kryzysem, tłumacząc małej dziewczynce, że próbując się okaleczyć, obraża Pana Boga. Wszechmogący obdarzył ją urodą z sobie tylko znanego, sekretnego powodu, który ona kiedyś zrozumie.
Ten argument trzymał Kitty w pionie do początku ostatniego roku w anglikańskiej szkole Corunda Ladies' College, w skrócie CLC. Dzięki temu, że starsze bliźniaczki zaczęły naukę później, a młodsze wcześniej, wszystkie cztery przeszły razem przez podstawówkę oraz szkołę średnią, aby równo dojść do matury. Dyrektorka, posępna Szkotka, powitała jedenaście abiturientek przemową obliczoną raczej na obniżenie ich życiowych oczekiwań niż rozbudzenie aspiracji.
- Wasi rodzice zapewnili wam możliwość cieszenia się owocami edukacji, pozwalając pobierać nauki w CLC od dwóch do czterech lat dłużej, aż do uzyskania matury - oznajmiła z melodyjną intonacją absolwentki Oxfordu. - Podejdziecie do niej pod koniec Roku Pańskiego tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego. Po maturze opuścicie szkołę świetnie wykształcone; oczywiście w zakresie dostępnym dla kobiet. Będziecie mogły podjąć studia na wydziale angielskiej literatury, matematyki, starożytnej oraz nowożytnej historii, geografii, nauk naturalnych czy łaciny z greką. - Tu zrobiła efektowną pauzę, po czym doszła do puenty: - Jednak najbardziej pożądaną karierą dla was będzie małżeństwo, które zapewni wam odpowiedni poziom materialny. Jeżeli wybierzecie życie w pojedynkę, będziecie zmuszone same się utrzymywać, a jedyne otwarte dla was zawody to sekretarka lub nauczycielka w szkołach podstawowych i w niektórych średnich.
W niedzielę podczas obiadu na plebanii Maude Latimer dołożyła do tej przemowy swoje postscriptum:
- Co za brednie! - prychnęła. - Jakie tam pożądane małżeństwo! Naturalnie wy, dziewczynki, wszystkie znajdziecie odpowiednich kandydatów. I żadna z córek pastora z kościoła pod wezwaniem Świętego Marka nie musi brudzić sobie rąk pracą. Do ślubu będziecie mieszkać z nami i pomagać w domu.
We wrześniu tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego roku, kiedy Edda i Grace skończyły dziewiętnaście lat, a młodsze siostry osiemnaście, Kitty poszła do stajni przy plebanii i poszukała kawałka sznura. Na jednym końcu zawiązała pętlę, drugi przerzuciła przez belkę, wsadziła głowę w pętlę i stanęła na pustej beczce po paliwie. Edda znalazła ją w chwili, gdy zdecydowana zakończyć życie, zdążyła zawisnąć, usuwając kopniakiem beczkę spod nóg. Później Edda nigdy nie była w stanie pojąć, skąd wzięło się u niej tyle siły, żeby uwolnić Kitty od dławiącego ją sznura, zanim doszło do tragedii.
Tym razem nie zaprowadziła jej do pastora.
- Och, kochana siostrzyczko, tak nie można, tak nie można! - powtarzała przez łzy, przytulając policzek do jej jedwabistych, zmierzwionych włosów. - Przecież nie jest aż tak źle.
Jednak gdy Kitty wreszcie zdołała wychrypieć odpowiedź, zobaczyła, że jest gorzej niż źle.
- Eddo, ja nienawidzę swojego wyglądu! Czuję do siebie odrazę. Żeby mama się wreszcie zamknęła, żeby dała mi trochę spokoju! Ale nie, gdzie tam! Każdemu, kto tylko chce słuchać, opowiada, że jestem Heleną Trojańską. Nie pozwala mi się skromniej ubierać ani pokazywać się bez makijażu. Mówię ci, gdyby mogła, wydałaby mnie za księcia Walii.
- Nawet mama musiała się zorientować, że nie jesteś w typie Jego Wysokości - Edda próbowała żartem rozładować sytuację. - On woli mężatki, i to znacznie starsze od ciebie.
Kitty roześmiała się przez łzy, lecz Edda jeszcze długo musiała ją przekonywać, używając wszelkich dostępnych jej argumentów, zanim siostra zgodziła się porozmawiać o swoim problemie z ojcem.
- Kitty, nie jesteś jedyna - tłumaczyła. - Popatrz na mnie! Sprzedałabym duszę diabłu za możliwość zostania lekarką. I wcale nie żartuję! Jedyne, czego pragnę, to skończyć medycynę. Ale tak się nigdy nie stanie. Po pierwsze, nie ma i nigdy nie będzie na to pieniędzy. A po drugie, tata nie pochwala tego pomysłu. Co prawda nie ma nic przeciwko zdobywaniu zawodów przez kobiety, lecz uważa, że akurat praca lekarza jest dla nas za ciężka. Według niego nie dałaby mi szczęścia. Wiem, że nie ma racji, lecz nie pozwala się przekonać.
Wzięła Kitty za ramię i uścisnęła je smukłymi, mocnymi palcami.
- Dlaczego sądzisz, że ty jedna czujesz się nieszczęśliwa? No, proszę, powiedz mi. Myślisz, że ja nie miałam ochoty się powiesić? No to dowiedz się, że miałam! I to nie raz!
I tak zanim Edda doniosła Thomasowi Latimerowi, że Kitty próbowała się powiesić, ta zrobiła się już miękka jak plastelina.
- Moje kochanie, moje kochanie! - szeptał pastor, a łzy spływały po jego pociągłej, przystojnej twarzy. - Bóg ma dla samobójców specjalne piekło. Bez ognia piekielnego i bez towarzyszy niedoli. Ci, co podnieśli rękę na własne życie, po wsze czasy błądzą po bezkresie wieczności samotnie. Nigdy nie zobaczą niczyjej twarzy ani nie usłyszą głosu, nie zaznają cierpień ani uniesień! Katherine, przysięgnij, że nigdy więcej nie targniesz się na swoje życie!
Dała słowo i dotrzymała przysięgi, niemniej wszystkie trzy siostry miały na nią oko.
Okazało się, że do tej próby samobójczej doszło we właściwym czasie, bo pastor ze Świętego Marka był wtedy członkiem zarządu Corunda Base Hospital. Tydzień po kryzysowej sytuacji z Kitty odbyło się zebranie zarządu szpitala, gdzie między innymi omawiano pomysł Wydziału Zdrowia Nowej Południowej Walii z tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego roku dotyczący wprowadzenia do szpitali nowoczesnych pielęgniarek; odpowiednio wyszkolonych i wykształconych, sióstr dyplomowanych. Pastor natychmiast ujrzał w tym szansę na zajęcie odpowiednie dla młodych dziewcząt wychowanych na damy. W dodatku optymizmem napawał go fakt, że te nowe, należycie wyszkolone pielęgniarki będą miały obowiązek mieszkać na terenie szpitala, aby w razie potrzeby być na zawołanie. Zarobki po odliczeniu kosztów utrzymania, uniformów oraz książek wypadały mizernie, lecz każda z dziewcząt dostała niewielki posag w wysokości pięciuset funtów, a ta może i skromna pensja oznaczała, że nie będą musiały korzystać z pieniędzy przeznaczonych na wiano. Maude już narzekała, że utrzymywanie czterech dodatkowych osób to zbyt wiele w porównaniu do ilości zajęć gospodarskich na plebanii. I dlatego pastor, pędząc do domu swoim fiatem model T, zastanawiał się, że być może warto byłoby podsunąć dziewczętom ten pomysł z pielęgniarstwem. Zawód odpowiedni dla damy, mieszkanie i wyżywienie w szpitalu, niewielka pensja, no i... (jako człowiek lojalny nawet w myślach nie śmiał tego zwerbalizować) możliwość ucieczki od toksycznej Maude.
Zaczął od Eddy; ta zaakceptowała pomysł z szaleńczym wręcz entuzjazmem. Nawet najbardziej oporna Grace dała się w miarę łatwo przekonać. Jeżeli w przypadku Grace i Kitty szansa na uwolnienie się od Maude zdominowała niechęć do pracy, czy należało się tą niechęcią przejmować?
Znacznie trudniejsza okazała się batalia, jaką stoczył samotnie przeciwko dwunastu członkom zarządu, próbując ich przekonać, że Corunda Hospital powinien znaleźć się wśród pionierów zatrudniających nowoczesne pielęgniarki. Gdzieś w chudym, łagodnym jak gazela Thomasie Latimerze drzemał dawno zapomniany, wyliniały lew. I po raz pierwszy, jak Corunda sięgała pamięcią, ten lew zaryczał. Obnażył kły i wystawił pazury. Frankowi Campbellowi, dyrektorowi Corunda Base Hospital, opadły ręce, bo z takiej strony pastora dotąd nie znał. Tak więc wielebny Latimer odniósł zwycięstwo, ogromnie zadowolony z tego, co potrafi dokonać lwia agresja.
Syte, jeśli nie objedzone, bliźniaczki Latimerów spoglądały na siebie z cichą satysfakcją. Salon opustoszał, resztki herbaty zbyt długo trzymanej w imbrykach nabrały goryczki, lecz w każdej z czterech młodych piersi radośnie biło serce.
- Od poniedziałku koniec z Maude - powiedziała Kitty.
- Kitty! Nie możesz tak o niej mówić, to twoja rodzona matka - skarciła ją zgorszona Grace.
- Mogę, jeśli mam ochotę.
- Zamknij się, Grace, ona po prostu święci swoje wyzwolenie - powiedziała Edda z szerokim uśmiechem.
Tufts, jako najbardziej praktyczna, przeniosła spojrzenie na węża.
- Przyjęcie skończone - stwierdziła, podnosząc się. - Dziewczęta, czas się zabrać do sprzątania.
Grace zadrżała, zerkając na gada leżącego w kałuży krwi.
- Mogę wypłukać fusy z imbryków, ale tego na pewno nie posprzątam!
- Nie masz wyjścia, posprzątasz, skoro na widok węża jedynie się poryczałaś - zadecydowała Edda.
- Grace, ten bałagan cię przerasta? - prychnęła Tufts. - Poczekaj, aż trafisz na oddział.
Pełne usta Grace wygięły się w niechętnym grymasie. Splotła ramiona na piersi, patrząc hardo na siostry.
- Zacznę, kiedy będę musiała, ani minuty wcześniej - oznajmiła. - Kitty, ty się tym zajmij, bo nie byłoby krwi, gdybyś nie odrąbała mu głowy. - I nagle wpadając w świetny nastrój, zachichotała. - Dziewczynki, pomyślcie tylko! Nasze dni jako darmowych służących dobiegły końca! Przed nami Corunda Base Hospital!
- Oraz brudy, bałagan i cała reszta - dokończyła Edda.
Co prawda Thomas Latimer, nominowany dwadzieścia lat temu na pastora parafii kościoła anglikańskiego pod wezwaniem Świętego Marka, nie pochodził z Corundy, ale miał w żyłach domieszkę krwi rodziny Treadby. I właśnie dzięki owej domieszce został zaakceptowany przez lokalną kongregację pomimo młodego wieku i stosunkowo małego doświadczenia; zresztą ani jego wiek, ani brak doświadczenia nie stanowiły istotnej przeszkody, bo mieszkańcy Corundy lubili kształtować takich nieopierzonych żółtodziobów na własną modłę. Jego żona Adelaide pochodziła z szanowanej rodziny i budziła ogólną sympatię, czego raczej nie można było powiedzieć o Maude Treadby Scobie, gospodyni na plebanii, bezdzietnej wdowie z dobrym pochodzeniem i nieznośnie wysokim mniemaniem o sobie.
Thomas i Adelaide szybko zaskarbili sobie ogromną sympatię, bo pastora oprócz aparycji uczonego cechowały delikatność i takt, a jego żona jeszcze go pod tym względem przewyższała. Ciąża nastąpiła po odpowiednio przyzwoitym czasie i tak trzynastego listopada tysiąc dziewięćset piątego roku Adelaide powiła bliźniaczki Eddę i Grace. I wykrwawiła się po porodzie na śmierć.
Ponieważ zaradna Maude Scobie zdążyła już się wdrożyć we wszystkie sprawy związane z organizacją życia na plebanii, członkowie zarządu Świętego Marka uznali, że załamany Thomas Latimer powinien nadal korzystać z jej pomocy, szczególnie biorąc pod uwagę pojawienie się dwojga niemowląt. Maude, o sześć lat starsza od pastora, była już po niekorzystnej stronie trzydziestki. Wielce dystyngowana i urodziwa, z radością zgodziła się nadal wypełniać obowiązki gospodyni. Może trudno było tę pracę nazwać synekurą, lecz zapewniała całkiem wygodny byt. Członkowie komitetu parafialnego byli szczęśliwi, że za te same pieniądze opłacą niańkę i kobietę do sprzątania.
Cała kongregacja przyjęła ze zrozumieniem fakt, że rok po śmierci pierwszej żony pastor ożenił się z Maude Scobie, która natychmiast zaszła w ciążę i pierwszego sierpnia tysiąc dziewięćset siódmego roku urodziła, nieco przedterminowo, bliźniaczki. Na chrzcie nadano im imiona Heather i Katherine, później zmienione na Tufts i Kitty.
Maude nie miała zamiaru umierać; jej intencją było przeżyć pastora, a jeśli możliwe, nawet własne dzieci. Teraz, jako żona duchownego, stała się postacią dobrze znaną w całej kongregacji, której członkowie, z paroma wyjątkami, szczerze jej nie znosili, widząc w niej zarozumiałą i płytką karierowiczkę. Cała Corunda uważała, że Thomas Latimer został wmanewrowany w to małżeństwo przez podstępną harpię. Opinia, która powinna załamać Maude, ani trochę nie zaburzyła jej dobrego samopoczucia, bo przez wybujałe, głęboko zakorzenione samozadowolenie nie przedzierała się świadomość, że jest szczerze nielubiana. Sarkazm i ironia spływały po niej jak woda po kaczce, a sama równie chętnie kierowała lekceważące uwagi pod adresem innych. Przy tym wszystkim sprzyjało jej niesamowite szczęście; małżonek, rozczarowany już we wczesnej fazie małżeństwa, uważał je za świętą, obowiązującą przez całe życie umowę, której nie wolno ani zerwać, ani pokalać. I z taką nieodpowiednią żoną Thomas Latimer został związany na wieki. Okazywał cierpliwość, w pewnych sprawach poddawał się woli żony, w innych nie ustępował, znosił napady złości i narzekania i ani razu nie rozważał kwestii zerwania ślubów. A jeśli czasem przyszło mu do głowy, że cudownie by było, gdyby Maude zakochała się w kim innym, przerażony czym prędzej dusił tę myśl w zarodku.
Bliźniaczki nie były tak do końca do siebie podobne, co budziło dyskusje na temat tego, co znaczy pojęcie "identyczne" w takim przypadku. Edda i Grace odziedziczyły wzrost i smukłą budowę ciała po matce, a grację ruchów po ojcu. Z przyjemnością się na nie patrzyło; rysy twarzy, dłonie i stopy były u nich identyczne; obie miały ciemne, prawie czarne włosy, wysoko zarysowane łuki brwi, gęste, długie rzęsy i jasnoszare oczy. A jednak się różniły. W szeroko otwartych oczach Grace odbijał się smutek wynikający z jej natury. Głębiej osadzone, przykryte powiekami senne oczy Eddy mówiły o wyobcowaniu. Wraz z upływem czasu stała się ona bardzo inteligentna, samowolna i raczej nieustępliwa, gdy tymczasem jej siostra bliźniaczka nie wykazywała ochoty do nauki i irytowała wszystkich skłonnością do narzekań, a co gorsza - lamentów. Dlatego zanim jeszcze zaczęły uczyć się pielęgniarstwa, większość ludzi przestała dostrzegać w nich podobieństwo; usposobienie nadało odmienny wyraz ich twarzom, a także ich oczy kierowały się ku różnym zainteresowaniom.
Maude tak naprawdę nigdy ich nie lubiła, lecz ukrywała swą antypatię z wyrafinowaną przebiegłością. Na pierwszy rzut oka wszystkie cztery dziewczęta chodziły czysto i schludnie ubrane w rzeczy w tej samej cenie i wszystkie obowiązywała taka sama dyscyplina. Jeżeli jakimś dziwnym trafem kolory, które wybierała dla własnych dziewczynek, okazywały się bardziej twarzowe od tych przeznaczonych dla córek Adelaide - hmm... to się skończyło, gdy jako nastolatki poprosiły tatę, aby mogły same wybierać fasony i kolory. Na szczęście dla nich po tym młodzieńczym modowym przewrocie dzięki selektywnej głuchocie Maude nie dotarła do niej ogólna opinia, że Edda i Grace mają o wiele lepszy gust od macochy.
Tufts i Kitty (Tufts urodziła się pierwsza) były jednocześnie bardziej i mniej do siebie podobne niż starsza parka. Po matce odziedziczyły typ figury Wenus w miniaturze; były niskie, miały krągłe, kształtne piersi, wąskie talie, wydatne biodra i bardzo zgrabne nogi. Ponieważ idealnie pasowały do obowiązującego stereotypu urody dziewczynek, niemal od kołyski budziły zachwyt, a ludzie z ekscytacją myśleli, że w przypadku Tufts i Kitty Latimer Bóg dwukrotnie użył tej samej sztancy. Dzięki dołeczkom w policzkach, loczkom, czarującemu uśmiechowi i wielkim okrągłym oczom rozbrajały urokiem kociąt. Ich urodę dopełniały wysoko sklepione czoła, spiczaste podbródki i lekko wygięte usta jak u Mony Lisy. Miały takie same krótkie proste nosy, pełne wargi, identyczne wysokie kości policzkowe oraz łagodne łuki brwi.
Różniły się natomiast kolorystyką. Kitty była jak słońce, a Tufts jak zamglony księżyc. Ta druga miała złotobursztynowe włosy, brzoskwiniową cerę i spokojne, beznamiętne oczy o złotych tęczówkach. Całość mieściła się w tonacji podstawowych kolorów jak u artysty z mocno ograniczoną paletą. A Kitty? Och Kitty! W przeciwieństwie do pastelowej siostry była niezwykle wyrazista. Najbardziej zadziwiała jej ciemna karnacja; niektóre osoby określały ją jako café au lait, a inne, mniej życzliwie nastawione, szeptały, że najwyraźniej u któregoś z przodków Maude znalazła się w żyłach domieszka tatarskiej krwi. Włosy Kitty, brwi i rzęsy były jasne jak len z białawochłodną nutą, co przy śniadej cerze sprawiało niesamowicie efektowne wrażenie; dopiero czas zweryfikował pogłoski, że Maude tleni je córce perhydrolem. Oryginalność urody Kitty uzupełniały intensywnie niebieskie oczy z lawendowymi cętkami, które pojawiały się i znikały w zależności od nastroju ich właścicielki. Kiedy wiedziała, że nikt jej nie obserwuje, patrzyła na świat bez spokoju swej siostry bliźniaczki; światełko w jej oczach oszałamiało, a może nawet odrobinę przerażało. A kiedy sprawy wymykały się poza możliwość rozumienia czy kontroli, wygaszała to światło i wycofywała się do swojego świata, o którym nikomu nie mówiła i o którego istnieniu wiedziały jedynie trzy siostry.
Ludzie, widząc Kitty po raz pierwszy, dosłownie przystawali jak wryci. Jakby tego było mało, jej matka bez przerwy wychwalała urodę córki przed każdą osobą spotkaną po drodze, nie oszczędzając również tych, które widywała na co dzień. Z głupawym uśmiechem wydawała z siebie serie piskliwych okrzyków, zupełnie się nie przejmując, że zazwyczaj obiekt tych zachwytów oraz pozostałe dziewczęta znajdowały się w zasięgu jej głosu.
- Widziałaś kiedyś takie śliczne dziecko?!
- Jak dorośnie, wyjdzie za bogacza!
Te i podobne uwagi doprowadziły do akcji z tarką do sera i ze sznurem oraz do decyzji Eddy, że wszystkie cztery na początku kwietnia tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego roku rozpoczną szkolenie pielęgniarskie w Corunda Base Hospital, bo - jak siostry zgodnie stwierdziły - jeżeli nie wyrwą Kitty z łap Maude, może się tak złożyć, że Eddy akurat nie będzie w pobliżu, aby udaremnić kolejną samobójczą próbę.
Ponieważ jedynym światem, jaki znają dzieci, jest ten, który je otacza, żadnej z czterech dziewcząt Latimerów nawet przez myśl nie przeszło, żeby kwestionować zachowanie Maude albo zastanowić się, czy wszystkie matki tak samo postępują. Po prostu zakładały, że jeśli ktoś jest tak "zachwycający" (określenie Maude) jak Kitty, będzie nieustannie i bezlitośnie w centrum uwagi. Nie przyszło im do głowy, że Maude na swój sposób była kuriozalna i że dziecko o innym niż Kitty charakterze cieszyłoby takie zainteresowanie. Jednak było tak jak było i Latimerówny rozumiały, że zadaniem trzech sióstr jest ochrona tej czwartej, bezbronnej, przed tym, co Edda nazwała "rodzicielskim idiotyzmem". W miarę jak dorastały i dojrzewały, intuicyjne i świadome dążenie do obrony Kitty zamiast słabnąć coraz bardziej przybierało na sile.
Wszystkie cztery były bystre, chociaż to Edda zbierała laury, bo rozwiązywanie zadań matematycznych, zapamiętywanie historycznych wydarzeń i pisanie wypracowań z angielskiego przychodziło jej równie łatwo. Tufts reprezentowała mniej więcej taki sam poziom umysłowy, lecz brakowało jej ikry Eddy. Była praktyczna i przyziemna, co w jakiś dziwny sposób niekorzystnie wpływało na jej niezaprzeczalną urodę. W latach dojrzewania nie bardzo interesowali ją chłopcy, bo widziała w nich głupawych prostaków. Ich wszelkie próby roztaczania uroków i zdobywania uwagi dziewcząt w przypadku Tufts spełzały na niczym.
Męskim odpowiednikiem Corunda Ladies' College była Corunda Grammar School i Latimerówny spotykały się z chłopcami na balach, przyjęciach, imprezach sportowych oraz przy wszelkich innych towarzyskich okazjach. Dziewczęta budziły w nich podziw, a nawet młodzieńcze pożądanie, obcałowywali je, na ile obcałowywać się pozwalały, lecz takie okolice jak piersi i uda pozostawały niedostępne.
Zasady, które nie stanowiły problemu dla Tufts, Kitty i Eddy, drażniły bardziej przebojową, a jednocześnie mniej garnącą się do nauki Grace. Miejscowe plotkarki karmiące się sensacjami z gazet o gwiazdach filmowych, aktorach teatralnych, postaciach ze świata mody oraz rewelacjami z dworu rodziny Windsorów rządzącej Imperium Brytyjskim bardzo chętnie brały ją na języki. Bystra i jednocześnie skoncentrowana na sobie, potrafiła po mistrzowsku wywinąć się z kłopotów albo wykręcić od pracy, która jej nie odpowiadała. Grace miała jedną, niedorzeczną pasję: uwielbiała lokomotywy. Kiedy znikała, wszyscy na plebanii wiedzieli, gdzie jej szukać; najpewniej tkwiła na stacji rozrządowej wpatrzona w parowozy. Pomimo wielu negatywnych cech była z natury uprzejma, uczuciowa i szczerze oddana siostrom, które widziały w jej skłonności do marudzenia wrodzoną przypadłość.
Kitty miała romantyczną naturę, lecz w przeciwieństwie do widocznego fizycznego piękna to duchowe maskował język, który bywał ostry, a nawet brutalny, a czasem i jedno, i drugie. Stanowił on tarczę obronną przeciwko zachwytom, bo powstrzymywał ludzi przed częstowaniem jej komplementami, każąc im myśleć, że coś więcej musi się kryć pod tą uroczą powłoką. Napady depresji (nazywane "dołkami Kitty"), nękające dziewczynę, ilekroć Maude udawało się przełamać jej obronę, stanowiły dla niej ciężką próbę, podczas której mogła liczyć wyłącznie na pomoc sióstr. A one z kolei, znając przyczynę, nie odstępowały jej ani na krok, dopóki nie minął kryzys. Na egzaminach w szkole radziła sobie bez problemów do chwili, gdy matematyka wystawiała swój paskudny łeb hydry, natomiast zdobywała nagrody za wypracowania, bo potrafiła wspaniale przelewać myśli na papier.
Maude serdecznie nie cierpiała Eddy, zawsze przywódczyni, stojącej w opozycji do jej planów dotyczących dziewcząt, a w szczególności Kitty. Edda nic sobie z tego nie robiła. W wieku dziesięciu lat była już wyższa od macochy, a kiedy dojrzała, znacznie górowała nad nią wzrostem, co tę zadowoloną z siebie damę zarówno krępowało, jak i napawało niepokojem. Blade oczy wlepiały się w nią jak ślepia białego wilka. Kiedy Maude miewała, co prawda rzadko, koszmarne sny, nękające ją zmory nieodmiennie przybierały postać Eddy. Odczuła wielką satysfakcję, kiedy udało jej się przekonać pastora, że musieliby mocno zaciskać pasa, wysyłając ją na medycynę. Odtrąbiła wtedy swój największy triumf. Ilekroć nachodziła ją myśl, że uniemożliwiła pasierbicy spełnienie życiowych ambicji, mruczała w duchu z zadowolenia. Gdyby Edda wiedziała, czyj głos zdecydował w dyskusji o jej przyszłości, postarałaby się utrudnić życie macosze, lecz niestety nie miała o tym pojęcia. A Thomas Latimer z jednej strony nieustępliwie naciskany przez żonę, a z drugiej przekonany, że odmawiając medycznych studiów córce, oszczędził jej cierpienia w życiu, nigdy nikomu nie pisnął o tym słowem. Edda się domyślała, że nie mieli na jej studia odpowiednich funduszy.
Edda i Grace, Tufts i Kitty spakowały po jednej walizce, bo tyle wolno im było ze sobą zabrać, i pierwszego kwietnia tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego roku stawiły się do pracy w Corunda Base Hospital.
- Nieźle się zaczyna - mruknęła ponuro Grace. - Dziś jest prima aprilis.
Leżące na płaskowyżu hrabstwo The Shire & City of Corunda było żyznym rolniczym terenem o łagodniejszym klimacie niż reszta Australii, oddalonym od Sydney o trzy godziny jazdy ekspresowym pociągiem. Dostarczało tłuste owce, ziemniaki, czereśnie i rubiny o najcenniejszej barwie gołębiej krwi. Złoża rubinów Treadbych, znajdowanych na dnie jaskiń i w podobnych miejscach, zdążyły się wyczerpać i obecnie to rodzina Burdumów dysponowała zapasem kamieni nieporównywalnym z nikim na świecie.
Na tej wysokości dojrzałe lato ustępowało pod koniec marca. Kwiecień stanowił początek jesieni o dość angielskim charakterze; sprowadzane z zagranicy drzewa i krzewy zrzucały liście, a w ludziach budziła się pasja do kształtowania ogrodów w najróżniejszych stylach, poczynając od podobnych do tego, który otaczał chatę Anne Hathaway, a kończąc na krajobrazowych Capability'ego Browna.
Pierwszy dzień kwietnia przywitało szczypiące chłodem powietrze oraz przywiędły i przykurzony wygląd listowia na rodzimych, spragnionych deszczu drzewach. Pastor wysadził córki przed główną bramą Corunda Base Hospital i z oczami pełnymi łez pozwolił im samodzielnie wnieść bagaże na teren. Jak pusto zrobi się teraz na plebanii!
Chociaż Latimerówny o tym nie wiedziały, siostra przełożona Gertrude Newdigate podjęła tu pracę zaledwie tydzień wcześniej i wcale nie była zadowolona z ich przybycia. Kiedy obejmowała posadę, nie było mowy o stażystkach na nowoczesne pielęgniarki, a to właśnie ich brak zadecydował, że jej wybór padł na Corundę. A teraz, ha! W Sydney zrobił się szum z powodu radykalnej zmiany w pielęgniarstwie, a siostra przełożona nie miała ochoty przykładać do tego ręki. No i masz babo placek!
Zimna jak lód, w bieli od stóp do głów, siedziała za biurkiem w swoim gabinecie i przyglądała się stojącym przed nią czterem młodym kobietom. Drogo i modnie ubrane, wszystkie upudrowane, z wytuszowanymi rzęsami i z ustami pociągniętymi pomadką w ulubionym odcieniu Clary Bow. Z włosami obciętymi na chłopczycę, w jedwabnych pończochach i w giemzowych pantoflach. W rękawiczkach, z torebkami i z angielską intonacją, świadczącą o pobycie w prywatnej szkole...
- Nie mam dla was odpowiedniego miejsca na zakwaterowanie - oświadczyła chłodnym tonem, a jej mocno wykrochmalony uniform zachrzęścił przy głębszym oddechu - udacie się więc do nieużywanego domku dla sióstr, który dyrektor szpitala, doktor Campbell, był zmuszony wyremontować ogromnym kosztem. Wasza opiekunka siostra Marjorie Bainbridge będzie mieszkać tam razem z wami, zastrzegając sobie prawo do pewnej dozy prywatności.
Głowa uwięziona w wykrochmalonym welonie z białej organdyny, który budził skojarzenia z przybraniem głów egipskich faraonów, poruszyła się nieznacznie, powodując błysk srebrnej, częściowo emaliowanej plakietki przypiętej pod szyją uniformu, świadczącej o tym, że panna Gertrude Newdigate jest dyplomowaną pielęgniarką w stanie Nowa Południowa Walia. Gdyby Latimerówny znały się na odznakach, wiedziałyby, że pozostałe informowały o tym, że jest ona także dyplomowaną akuszerką, dyplomowaną pielęgniarką dziecięcą, a dyplom zdobyła w Szkole Pielęgniarstwa przy drugim, najstarszym na świecie szpitalu St Bartholomew's w Londynie. Corunda Base Hospital zyskał w jej osobie cennego pracownika.
- Pielęgniarki dyplomowane - ciągnęła dalej przełożona - nazywa się siostrami. Tytuł nie ma nic wspólnego z zakonnicami, chociaż zaczęto go używać przed wiekami, kiedy to one opiekowały się chorymi. Jednak za panowania Henryka VIII, po rozwiązaniu zakonów i likwidacji klasztorów, pielęgnowanie chorych przypadło w udziale kobietom szczególnego autoramentu - a mianowicie prostytutkom. Panna Florence Nightingale i jej towarzyszki musiały pokonać niewyobrażalne przeszkody, aby nadać naszemu zawodowi należną mu rangę, i nigdy nie wolno nam zapominać, że jesteśmy spadkobierczyniami ich dzieła. Przez ponad trzy stulecia pielęgniarstwo cieszyło się złą reputacją, kojarzone z przestępcami i prostytutkami, a i nadal niektórzy mężczyźni u władzy tak myślą o naszym zawodzie. Najęcie prostytutki wychodzi taniej niż zatrudnienie prawdziwej damy. - Bladoniebieskie oczy groźnie sypnęły lodowatymi iskrami. - Jako siostra przełożona w tym szpitalu i wasza najwyższa zwierzchniczka ostrzegam, że nie zamierzam tolerować żadnych nieodpowiednich zachowań. Czy to jasne?
- Tak, siostro przełożona - potwierdziły, łącznie z Eddą, szeptem pełnym nabożnego lęku.
- Co do pokrewieństwa i nazwiska. - Głos stawał się coraz chłodniejszy. - Postanowiłam, że kwestie pokrewieństwa zostawicie dla siebie. Wasze koleżanki pielęgniarki w tym szpitalu nie są tak dobrze sytuowane jak wy, nie mają podobnych przywilejów ani wykształcenia. Tym, co mnie osobiście u was najbardziej razi, jest wasz wygląd oraz akcent świadczące o przynależności do klasy wyższej. Sprawiacie... hmm... wyniosłe wrażenie. Sugeruję, abyście spuściły z tonu. A jeśli chodzi o nazwisko... w szpitalu nie ma prawa dochodzić do zamętu, więc jako pielęgniarki będziecie występować pod różnymi nazwiskami. Panno Eddo Latimer, ty pozostaniesz siostrą Latimer. Panno Grace Latimer, ty przybierzesz panieńskie nazwisko matki i będziesz siostrą Faulding. Panno Heather Latimer, ty, pod nazwiskiem pierwszego męża twojej matki, zostaniesz siostrą Scobie, a dla ciebie, panno Katherine Latimer, pozostaje panieńskie nazwisko matki, będziesz więc siostrą Treadby.
Wykrochmalony uniform zachrzęścił w rytm głębokiego oddechu.
- Zajęcia teoretyczne i wykłady rozpoczną się dopiero w lipcu, zanim więc otworzycie podręczniki, macie trzy miesiące na wdrożenie się w obowiązki i zapoznanie się z procedurami. Siostra Bainbridge, wasza bezpośrednia przełożona, odpowiada za wasze codzienne postępy.
Rozległo się delikatne pukanie do drzwi, po czym do środka energicznie wkroczyła pogodna kobieta pod czterdziestkę bez śladu makijażu czy pudru na twarzy. Patrzyła na przełożoną jak wygłodzony pies łaszący się do swojej pani.
- Ach, w samą porę! - stwierdziła przełożona. - Siostro Bainbridge, oto pani podopieczne, siostry: Latimer, Faulding, Scobie i Treadby. Dziewczęta, proszę podążyć za swoją opiekunką.
Wszystkie cztery z ulgą wypuściły wstrzymywany oddech i wyszły z gabinetu za siostrą Bainbridge.
Siostra Marjorie Bainbridge miała na głowie taki sam sztywno wykrochmalony welon z białej organdyny w stylu korony egipskich faraonów. I na tym kończyło się podobieństwo do stroju siostry przełożonej. Jej uniform stanowiła wykrochmalona suknia w wąskie, biało-zielone paski z wysokim celuloidowym kołnierzykiem i z długimi rękawami zakończonymi mankietami także z celuloidu. Z podgumowanego, ciemnozielonego paska na jej słusznej talii zwisały białe taśmy, których końcówki ginęły w kieszeniach. W odpowiednim czasie dziewczęta miały się dowiedzieć, że są do nich przytroczone nożyczki do bandaży, knebel pomocny w przypadku epilepsji oraz miniaturowy niezbędnik z różnymi narzędziami. Całości dopełniały beżowe fildekosowe pończochy i czarne sznurowane trzewiki na pięciocentymetrowych obcasach. Uniform nie dodawał uroku jej kwadratowej sylwetce ani nie zmniejszał optycznie potężnej pupy, kiedy bez odrobiny kobiecego wdzięku maszerowała jak żołnierz na paradzie. Po pewnym czasie nowicjuszki nawykną do wyglądu zdyscyplinowanych pielęgniarskich pośladków zarówno cudzych, jak i własnych, lecz w tamten rześki, chłodny kwietniowy poranek to była dla nich nowość.
Po pokonaniu czterystu pięćdziesięciu metrów dotarły do przygnębiającej, zrujnowanej drewnianej chatynki z werandą na froncie. Przełożona mówiła o "domku", spodziewały się więc zobaczyć coś niewielkiego, a zarazem gustownego, a tymczasem ich nowa siedziba przypominała stodołę spłaszczoną uderzeniem parowego młota. Podobno dyrektor Campbell zrobił remont, ponosząc "ogromne koszty", lecz nawet bystrooka Edda nie była w stanie wytropić, co zostało odnowione. W dodatku wnętrze tego kiepsko nadającego się do zamieszkania przybytku było podzielone licznymi ściankami, co nadawało mu wygląd klatki schodowej w mieszkalnym bloku, nie zapewniając czterem uczennicom pielęgniarskiego fachu nowego rodzaju ani odpowiedniej przestrzeni, ani wygody.
- Latimer i Faulding, wy będziecie dzielić tę sypialnię, Scobie i Treadby, weźmiecie tamtą drugą. Poza tym macie dostęp do dwóch pomieszczeń: łazienki i kuchni. Moja kwatera znajduje się za tymi zamkniętymi drzwiami, które odgradzają resztę korytarza. Kiedy jestem w środku, życzę sobie mieć spokój. Teraz zostawiam was, żebyście mogły się rozpakować.
Odwróciła się na pięcie i zniknęła za zamkniętymi drzwiami.
- A niech to! - szepnęła słabym głosem Kitty.
- Warunki spartańskie - westchnęła Tufts. Stały w ciasnej kuchni wyposażonej jedynie w kuchenkę gazową.
Grace, najbardziej skora do płaczu, patrzyła przez łzy na drewniany stolik i ustawione wokół niego twarde krzesła.
- Nie do wiary! Nie ma wspólnego pokoju, są tylko te cztery twarde krzesła w kuchni!
- Grace, jeżeli się rozbeczysz, osobiście rzucę cię psom na pożarcie - ostrzegła ją Tufts, przeciągając czubkami palców w rękawiczce po krawędzi kuchenki. - Potrafię zrozumieć, że nie położyli świeżej warstwy farby, ale że nikt tego dla nas nie posprzątał?
Skrzywiła się.
- To będzie nasze pierwsze zadanie - ogłosiła pogodnie Edda. - Pomyślcie tylko, dziewczyny! Oni nas tu nie chcą!
Trzy pary oczu skierowały się na Kitty - tę wrażliwą. Jak ona zareaguje na prawdę, którą jak najszybciej powinna przyjąć do wiadomości?
- Pieprzyć ich wszystkich! - oznajmiła hardo Kitty. - Niech mnie piekło pochłonie, jeśli ta sfora zadowolonych z siebie damskich psów pokona Latimerówny!
- Chciałaś powiedzieć: suk - poprawiła ją Edda.
Kitty zachichotała.
- One nie wiedzą, że są amatorkami, jeśli chodzi o umiejętność zatruwania życia. Mamy długoletnie doświadczenie z mamą. Ona dopiero by pokazała siostrze przełożonej, jak to się robi.
Grace wpatrywała się w nią ze zdziwieniem, już z suchymi oczami.
- Nie jesteś załamana?
- Jak dotąd nie. - Uśmiechnęła się. - Za bardzo oszałamia mnie myśl, że wreszcie będę żyć po swojemu.
- Eddo, co sądzisz o siostrze przełożonej? - chciała wiedzieć Tufts.
- To okręt wojenny pod pełnymi żaglami - Grace wyręczyła Eddę. - Ona ma zwyczaj strzelać salwami do tak odległych celów, że nawet nie jest w stanie dostrzec ich na horyzoncie.
- Powiedziałabym raczej, że oznaczamy dla niej dodatkową robotę - sprostowała Tufts. - Z tego, co mówiła pani Enid Treadby, przełożona zdecydowała się na tę posadę, żeby zakończyć pracę w miejscu, gdzie mogłaby spokojnie utrzymać się na emeryturze.
- Dlaczego dopiero teraz nam o tym mówisz? - spytała Edda. - Tufts, to cenna informacja!
- Nigdy nie powtarzam plotek, trudno, Eds! I dobrze o tym wiesz.
- Wiem i przepraszam, że na ciebie naskoczyłam. Grace, przestań ryczeć jak osierocone cielę!
- Przełożona to wstrętna kobieta, a siostra Bainbridge nie jest lepsza - wyszlochała, ze łzami toczącymi się po policzkach. - Och, dlaczego tata nie wysłał nas na staż do szpitala w Sydney?
- Ponieważ w Corundzie się z nim liczą i zawsze może mieć na nas oko - wyjaśniła Tufts. - No tak, obolałe tyłki od twardych krzeseł i brak wspólnego pokoju. Ciekawe, czy jest tu gdzieś bojler. W końcu to szpital, no nie?
- W tej kuchni nie ma ciepłej wody - stwierdziła Edda, krzywiąc się z niesmakiem.
Kitty wynurzyła się z sypialni, którą miała dzielić z Tufts, trzymając przed sobą suknię w zielono-białe paski tak mocno wykrochmaloną, że przypominała arkusz kartonu. Zacisnęła prawą dłoń w pięść i ciosami rozdzieliła dwie warstwy materiału.
- Zupełnie jakbym boksowała skórę zarżniętej owcy! - Parsknęła śmiechem. Odłożyła suknię i pokazała kolejny karton. - A to po rozbiciu zapewne okaże się fartuchem. - Walnęła pięścią w materiał. - O, patrzcie! Nakłada się to coś na uniform i owija dookoła. Już tylko rękawy będą wystawać. No i już rozumiem, dlaczego dostałyśmy takie okropne pończochy z czarnej wełny.
Grace przerwała na chwilę poprawianie pomadki i pudru.
- Co masz na myśli? - zapytała, podnosząc wzrok znad lusterka.
- Och Grace, nie bądź tępa! Po co przełożona poczęstowała nas kazaniem o zakonnicach, cnocie i prostytutkach? Dała do zrozumienia, że na następne trzy lata mamy zapomnieć o seksie, nawet jeżeli statystycznie jesteśmy kobietami. Żadnych flirtów z lekarzami, Grace, i co ci tam jeszcze chodzi po głowie. Przełożona Newdigate prędzej wybaczyłaby ci uśmiercenie pacjenta niż rozwiązłość. Dlatego będziemy chodzić w tych okropnych uniformach i w grubych pończochach z czarnej dzianiny. Jestem gotowa się założyć, że nie będzie mowy nawet o śladowych ilościach pudru czy szminki.
- Grace, zabiję cię, jeśli się jeszcze raz rozryczysz! - warknęła Edda.
- Chcę do domu!
- Wcale nie chcesz!
- Nienawidzę sprzątać. - Nagle jej twarz się rozjaśniła. - Gdy skończę dwadzieścia jeden lat, będę już dyplomowaną pielęgniarką i bez niczyjej zgody będę mogła robić różne rzeczy. Takie, jak wyjść, za kogo zechcę, i głosować na wyborach.
- Sądzę, że najtrudniej będzie nam nauczyć się współżyć z innymi pielęgniarkami. - Edda się zamyśliła. - Bo, widzicie, my ich nie znamy. Żadna z nas nie była wcześniej w szpitalu, nasi rodzice nie utrzymują towarzyskich kontaktów z tutejszymi ludźmi. Według mnie polecenie przełożonej, żebyśmy spuściły z tonu, zabrzmiało groźnie. Myślę, że w ten sposób chciała dać nam do zrozumienia, że przewyższamy je zarówno pozycją społeczną, jak i wykształceniem. Tata byłby zbulwersowany, bo przecież nie stałyśmy się snobkami, mając taki zły przykład w matce. - Westchnęła. - Niestety, ludzie mają skłonność do oceniania innych po pozorach.
- Pielęgniarkami są tu grubo ciosane prostaczki z West Endu. - Tufts ponownie podzieliła się lokalnymi pogłoskami.
- W takim razie zaczniemy od usunięcia z naszego słownictwa określeń w rodzaju: "grubo ciosane" i "prostaczki" - stwierdziła Edda. - Och Tufts, jesteś beznadziejna!
- Zawsze uważałam, że serwetki okropnie powiększają liczbę rzeczy do prania - powiedziała pogodnie Kitty. - No, wiecie, przecież usta można obetrzeć ręką, a cieknący nos wytrzeć w rękaw.
- Szczera prawda - przyznała ponuro Edda. - Lepiej wprawiajmy się w wycieraniu ust i nosów, a także ran. I bardzo wątpię, czy znajdziemy tutaj serwetki. Albo chociaż męskie chustki do nosa. Nie mówiąc już o śladzie koronki. Swoją drogą, głupia rzecz te damskie chusteczki - prychnęła.
Kitty odchrząknęła głośno.
- Wiem, że będzie mi ciężko, lecz nie jestem tchórzem. Nie złamią mnie przykrości ze strony tych z West Endu. Pielęgniarstwo nie pociąga mnie tak jak ciebie, Eddo, bo ty uważasz ten zawód za najlepszy zaraz po medycynie. Myślę jednak, że z czasem je polubię.
- Brawo, Kitty! - Edda nagrodziła to wyznanie entuzjastycznym okrzykiem.
Na jej oczach siostra uwalniała się od ciężaru dzieciństwa. Jeszcze będzie z nią dobrze - myślała - czuję to w kościach. Taka szczera co do Maude, taka świadoma zagrożeń z jej strony. Po Maude kobiety z West Endu to pryszcz.
- Dawno już mi przeszedł żal, że nie mogę studiować medycyny - zwróciła się do Kitty, bojąc się, że siostra wyolbrzymiała w myślach jej niedolę. - Pielęgniarstwo jest bardziej sensowne, a dzięki nowoczesnemu szkoleniu dowiemy się nie tylko tego, jak prawidłowo bandażować, lecz także dlaczego się to robi. Myśl o mnie jak o koniu zaprawionym w bojach, wystarczy, że zwącham odrobinę eteru, a już rżę i biję kopytami w ziemię. Jestem w szpitalu, czuję, że żyję!
- Skoro mowa o rżeniu i biciu kopytami, czy Jack Thurlow wie, że zajmiesz się pielęgniarstwem? - spytała nieśmiało Tufts.
- Oczywiście. - Uśmiechnęła się. - I serce go boli nie mniej niż mnie. Najtrudniej będzie utrzymać Fatimę w takiej formie, na jaką liczył. Powiem ci, że w przyszłości mam zamiar dużo jeździć konno.
- Łatwiej by było, gdybyś nadal miała Calineczkę - zauważyła Grace. - Tatuś nie miałby wtedy zobowiązań wobec Jacka Thurlowa, który nawet nie zagląda do kościoła.
- Zamknij się, Grace! - Kitty ruszyła na odsiecz Eddzie, widząc jej chmurną minę. - To nie jest temat do dyskusji! Eds, moje odwieczne pytanie: dlaczego lubisz jeździć konno?
- Kiedy siedzę na koniu, znajduję się minimum półtora metra nad ziemią. - Głos Eddy nabrał powagi. - W jeździe najbardziej podnieca mnie to, że góruję wzrostem nad mężczyznami!
- Chciałabym być wysoka! - wyznała z westchnieniem Kitty.
Zaskrzypiały otwarte z rozmachem drzwi w korytarzu. Siostra Bainbridge wbiła gniewny wzrok w swoje podopieczne.
- Co to ma znaczyć, siostry?! Nie zaczęłyście nawet rozpakowywać walizek?!
Corunda Base Hospital był największym prowincjonalnym szpitalem w Nowej Południowej Walii. Oddział ogólny mógł pomieścić stu sześćdziesięciu pacjentów, psychiatryczny osiemdziesięciu, a w domu stojącym na drodze do Doobar, gdzie powietrze i wysokość ponad poziomem morza uznano za najbardziej korzystne, znajdowało się trzydzieści miejsc dla rekonwalescentów i starców. W przeciwieństwie do niektórych, zbudowanych z piaskowca szpitali o majestatycznym wyglądzie Corunda Base nie był w stanie nikogo olśnić, bo przypominał wojskowe koszary. Prostokątne drewniane konstrukcje wzniesione na fundamentach z wapienia spokojnie można byłoby nazwać szopami, gdyby nie obecność szerokich, zadaszonych werand wzdłuż jednej z dłuższych ścian. Oddziały męskie: pierwszy i drugi, oraz kobiece: pierwszy i drugi, urządzono w barakach podwójnej długości. W pojedynczych mieściły się: oddział dziecięcy, przychodnia, rentgen z patologią, sala operacyjna, kuchnia oraz magazyny. Administrację dumnie ulokowano w jedynym gmachu w całości zbudowanym z wapiennych bloków, z oknami wychodzącymi na Victoria Street. Całość zajmowała ogromny teren, poznaczony najróżniejszymi budynkami, począwszy od chaty służącej za osobisty magazyn siostry przełożonej po lazarety wzniesione na czas Wielkiej Wojny, do których zwożono rannych żołnierzy. Jedna rzecz sprawiała, że praca w tym miejscu była znośna; wszystko leżało na płaskim terenie, co z kolei pozwoliło połączyć budynki zadaszonymi kładkami, budzącymi skojarzenie z mostem Brooklińskim lub pajęczą siecią, nazywanymi przez wszystkich rampami. Większość tych ramp miała zabezpieczające boczne ścianki wysokości ponad metra, jednak na ostatnich stu osiemdziesięciu prowadzących do domu Latimerówien tych zabezpieczeń nie było. Ogrodzone przepierzeniami odcinki ramp przy męskim i kobiecym oddziale tworzyły zamknięte przestrzenie wykorzystywane jako poczekalnie. To tam zbierali się ludzie odwiedzający dzieci. Szczęście miał oddział położniczy; ulokowano go, podobnie jak izbę nagłych przypadków i małą salę operacyjną, w budynku administracyjnym.
Latimerówny były w ciężkim szoku i jeżeli przełożona właściwie je oceniła, żadna z nich nie powinna wytrwać w Corunda Base dłużej niż jeden dzień. Zostały starannie wychowane na damy i żyły w dobrobycie. Jednak Gertrude Newdigate zdążyła już zapomnieć własną młodość i nie wzięła pod uwagę ani towarzyszącej jej determinacji, ani siły woli.
Pierwszy wielki szok, jaki przeżyły Latimerówny, nie miał osobistego charakteru. Wywołała go świadomość, że do szpitala przyjmuje się pacjentów po to, aby tam umarli. Jedna trzecia opuszczała go przez kostnicę, jedną trzecią wypisywano do domu, aby tam dokonała żywota. Takich statystycznych informacji udzielił im Harry, smętny portier ze szpitala, który przez pierwsze cztery tygodnie był dla nich naukowym autorytetem, zanim poznały swojego instruktora, doktora Liama Finucana.
- I to wszystko się dzieje na oczach innych pacjentów! - zawołała zbulwersowana Tufts. - Czuję się kimś bardziej na usługach śmierci niż życia. Jak to możliwe, że inne siostry chodzą takie radosne?
- Uodporniły się i zobojętniały - wyjaśniła Grace przez łzy.
- Bzdura - skomentowała Kitty. - Są doświadczone, wiedzą, że wmawiając pacjentom, iż nie umrą, ułatwiają im śmierć. Przyglądam się im i wcale mnie nie wzrusza, że paskudnie mnie traktują. Ich podejście do nas jest nieistotne. Obserwuj je!
- Kitty ma rację - stwierdziła Edda, rezerwując oburzenie na takie rzeczy jak pocięte gazety zamiast papieru toaletowego i złachane ręczniki, którymi nie sposób było wytrzeć się do sucha; czy szpitale nie są odpowiednio dotowane? - Grace, na dzisiaj wyczerpałaś już zapas łez. Nie waż się znowu rozbeczeć!
- Siostra Wilson wylała na mnie miskę wymiocin!
- Zarobiłaś, bo pokazałaś jej, jak bardzo się brzydzisz. Kontroluj się, to nie będzie dochodzić do takich historii.
- Chcę do domu!
- Tego nie ma w rozkładzie, Świnko - ucięła Edda, ukrywając współczucie. - A teraz idź zmienić fartuch, zanim te rzygowiny przesiąkną na suknię. Fuj! Ale ty cuchniesz!
Pierwszy tydzień jakoś minął; pod koniec umiały już ubrać się prawidłowo w wykrochmalone "kartony", a nawet uformować absurdalnie splisowane czepce, które przypominały skrzydła. Pozostałe pielęgniarki nosiły pod fartuchami bardziej rozsądne uniformy z krótkimi rękawami, a Latimerówny, adeptki nowoczesnego pielęgniarstwa, chodziły poowijane niczym paczki.
Jedzenie, jak zdążyły się zorientować, w równym stopniu odrzucało i chorych, i personel, lecz ciężko pracując, zjadały wszystko, począwszy od rozgotowanej kapusty po kawałeczki mięsa pływające w tłustym sosie. Kuchnia w ich kwaterze, według informacji siostry Bainbridge, służyła do przygotowywania kawy, herbaty ewentualnie kakao.
- I nic ponadto, nawet grzanek - zastrzegła groźnie ich mentorka.
Pastor chronił córki przed bardziej brutalną, ciemną stroną swego powołania. Takie pojęcia jak kazirodztwo, syfilis czy zboczenie były dla nich obce. Z powodu klimatu oraz braku lodówek zmarłych chowano w zamkniętych trumnach nie później niż dobę po zgonie. Tak więc kiedy drugiego dnia siostra Bainbridge pokazała im, jak należy układać zwłoki, pierwszy raz w życiu widziały i dotykały nieboszczyka.
- Syfilityk, który zgwałcił swoją siostrę - zażartowała.
W odpowiedzi na dowcip zrobiły głupawe miny.
- Zachowajcie dumę! - wysyczała wściekle Edda, kiedy Bainbridge odeszła, śmiejąc się z ich naiwności. - Pamiętajcie, że jesteśmy Latimerównami. Co dzisiaj nas przerasta, jutro nas nie wzruszy. Nie pozwólcie im nas złamać. Żadnych płaczów i żadnych psychicznych dołków.
Bez przerwy chodziły zmęczone w nowy dla nich, trudny do zniesienia sposób: stopy piekły, bolały plecy i rwały je stawy. Musiały zrezygnować ze wszystkiego, co wpoiła im wybredna Maude; nie było miejsca na wygody w Corunda Base, gdzie dyrektor, arcysknera, niechętnie finansował czyjekolwiek potrzeby, przyssany do pieniędzy jak pijawka do ciała.
Kwiecień, maj i czerwiec przesłoniła im gęsta mgła znużenia, co w istocie podziałało na korzyść pobytu w szpitalu. Nawet Grace brakowało energii na myśli o porzuceniu praktyki; już sama świadomość o czekającym ją ewentualnym zamieszaniu wydawała się nie do pokonania jak dotarcie na szczyt Mont Everestu. Po prostu cierpliwie znosiły swoje położenie.
Trzymały się dzięki głębokiemu przekonaniu Eddy, że wszystkie sprawy z natury rzeczy wyglądają inaczej, kiedy się człowiek z nimi oswoi. A być może utrzymywała je w trwaniu w cichej rezygnacji jedyna korzyść, którą by straciły, wracając na plebanię - ogrzewane sypialnie. Przy zbliżającej się zimie cudownie było mieszkać w cieple, znosząc niedogodności i upokorzenia, jakich obecnie nie szczędziło im życie. Edda wierzyła, że kiedy te bezwzględne, rządzące nimi kobiety nabiorą do nich przekonania, pojawią się ustępstwa w postaci miękkich krzeseł, zgody na tostowane kanapki i inne drobne wygody. Kiedy pod koniec trzeciego miesiąca rozpoczną szkolenie, zrobią nareszcie użytek z mózgu, bo dotąd potrzebowały jedynie głosu i rąk. Przez cały kwiecień, maj i czerwiec nie różniły się niczym od tych kobiet z West Endu.
Ich opiekunem naukowym został doktor Liam Finucan, patolog (a jednocześnie naczelny koroner na całe Shire & City of Corunda). Zgodził się wziąć na siebie ten obowiązek z dwóch powodów: po pierwsze, uważał, że intelektualne możliwości sióstr są marnowane, a po drugie, widział potencjał w czterech kandydatkach na nowoczesne pielęgniarki, miotanych po szpitalu w ramach błyskawicznego kursu orientacyjnego.
Ulsterczyk z pochodzenia, a z wyznania protestant, zdobył tytuł w szpitalu St. Bartholomew's w czasie, kiedy pracowała tam przełożona Gertrude Newdigate, tak więc byli starymi znajomymi. Zamiłowanie do patologii sprawiło, że pilnie śledząc dokonania wielkiego sir Bernarda Spilsbury'ego, mógłby spokojnie zostać ordynatorem oddziału patologicznego w każdym ze szpitali w Sydney czy w Melbourne. Wybrał jednak mniej znaczącą posadę w Corunda Base ze względu na Eris, swoją żonę, dziewczynę z Corundy, którą poznał i poślubił w Londynie. Kiedy w tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym roku Latimerówny rozpoczęły szkolenie, mieszkał już w Corundzie od piętnastu lat.
Cichy i nieśmiały, co typowe w przypadku większości patologów, nie miał podejścia do pacjentów, a zmarłych uważał za o wiele bardziej interesujących od żywych. Jednak mniej więcej w połowie lipca, po dwóch tygodniach szkolenia praktykantek, ujawniła się u niego cecha osobowości dotąd nikomu, nawet jemu samemu, nieznana. Z mentalnej stajni wyskoczył bojowy rumak, a z zasnutej pajęczynami szafy wypadła zbroja. W tejże zbroi dosiadł rumaka i z pochyloną lancą ruszył do ataku. Jego celem nie był ten żałosny skąpiec Campbell, tylko przełożona Newdigate.
- Gertie, te dziewczyny nie mają w tobie ani oparcia, ani pomocy. Czas to zmienić - zaczął cicho zimnym jak stal, obco brzmiącym głosem. - Powinnaś się wstydzić! Kiedy pojawia się nowa pielęgniarka w starym stylu, umieszczasz ją pośród swojaczek z West Endu, służysz radą i otaczasz opieką. A te cztery młode kobiety nie mają w nikim oparcia. Nie interesuje mnie, na ile zdążyłaś się zadomowić w tym miejscu, zanim one się pojawiły. Zlekceważyłaś obowiązek zajęcia się nimi, bo ich obecność drażniła tę większość z West Endu. Myślisz, że zapomniałem, ile się nanarzekałaś w pierwszym tygodniu pracy, że czeka cię dodatkowe obciążenie w postaci czterech stażystek? Proszę bardzo, mamy połowę lipca, a ty postępujesz tak, jakbyś nie dostrzegała ich istnienia. Ulokowałaś je w rozwalającej się budzie, wyznaczyłaś na ich opiekunkę tę grubą, leniwą lizuskę, dając jej w nagrodę połowę tej budy do dyspozycji! - Patrzył na nią z pogardą szarymi oczami, które nabrały odcienia wzburzonego morza.
- Twoje stażystki są przemęczone - mówił dalej. - Mieszkają w miejscu w stylu Franka Campbella: twarde krzesła, łóżka sześćdziesiąt centymetrów na metr oraz kuchnia, z której nie wolno korzystać. Szczęśliwym zrządzeniem losu ta ich buda stoi przy parowym rurociągu, przynajmniej więc nie marzną, ale muszą rąbać drewno, żeby zagrzać wodę w bojlerze, a to niedopuszczalne. Słyszysz?! To kryminał! Pomimo swojej uprzywilejowanej pozycji społecznej to skromne i pokorne kobiety. Na twoje szczęście ich matka jest egoistyczną suką!
Nachylił się i opierając dłonie na nieskazitelnie czystym biurku przełożonej, patrzył na nią z wściekłością.
- Prosto stąd idę do Franka Campbella, lecz uprzedzam cię, Gertie, że liczę na twoje pełne poparcie w tej sprawie. Skoro dziewczęta mają obowiązek tu mieszkać, muszą dostać osobne sypialnie. Tak to zorganizujesz, żeby znalazł się dodatkowy pokój z fotelami, biurkami i z półkami na książki. Mają mieć kuchnię do dyspozycji, w której można gotować lekkie posiłki, a do wiosny załatwisz im lodówkę. Rusz swój rozpieszczony tyłek i zajmij się nimi! Niech Marjorie Bainbridge nadal będzie ich opiekunką, ale absolutnie nie może opływać w luksusy! Podobno mają się znaleźć pieniądze na nowe lokum dla pielęgniarek, lecz dopóki go nie zbudują, życzę sobie, aby moje stażystki mieszkały w godziwych warunkach.
Gertrude Newdigate wysłuchała go, lecz nie była gotowa wziąć na siebie winy za skąpstwo Franka Campbella.
- Sam tocz wojny z tym okropnym człowiekiem! - oznajmiła chłodno. - Ja mam związane ręce.
- Bzdura! Znam cię od dwudziestu lat. Ani tobie, ani Frankowi nie uda się mnie przestraszyć. Gertie, zastanów się! Te kobiety są naprawdę dobre i na tym polega cała tragedia! Czemu, do cholery, ryzykujesz utratę czterech potencjalnych kandydatek na przyszłe siostry przełożone tylko po to, żeby zadowolić bandę przeciętniaczek z West Endu, które nie odróżniają sodu od potasu? Nie są w stanie wykuć rdzeni greckich i łacińskich medycznych terminów, nawet gdyby te gryzły je w tyłek. Włóż więcej energii w przekonanie tych z West Endu, że nowoczesna medycyna będzie potrzebować wykształconych pielęgniarek, więc cała nadzieja w ich córkach. Gertie, nie tkwij na siłę w przeszłości!
Powoli wróciła typowa dla niej obojętność; oczywiście wiedziała, co Liam miał na myśli, lecz nie zamierzała tego przyjmować do wiadomości. Problem w tym, że jako nowa w Corunda Base nie miała pojęcia, jak niski poziom reprezentowały pielęgniarki z West Endu, jeśli chodzi o teorię i wiedzę. Ale miała w zanadrzu szpilę, którą mogła wbić Liamowi.
- A co słychać u twojej żony? - spytała słodkim głosikiem.
Nie dał się złapać na przynętę.
- Lata za facetami, jak zawsze. Niektóre sprawy nigdy się nie zmieniają.
- Powinieneś się rozwieść.
- Po co? Nie mam zamiaru drugi raz się żenić.
Latimerówny uwielbiały doktora Liama Finucana; był dla nich jedynym promyczkiem światła w czarnym jak smoła tunelu. On z kolei, odkrywszy, z jak bystrymi i dobrze przygotowanymi uczennicami ma do czynienia, z entuzjazmem oraz wigorem zabrał się do dzieła, zachwycony ich znajomością matematyki i zjawisk fizycznych, co umożliwiało im zrozumienie praw rządzących gazem i elektrycznością. Wiedzą bez wątpienia dorównywały studentom na niższych latach medycyny. Nowe i obce im zagadnienia szybko przyswajały dzięki wcześniej ugruntowanym wiadomościom. Jak zaczynał się przekonywać, nawet Grace była wystarczająco inteligentna, żeby radzić sobie z teorią. Tym, co ją spowalniało, był brak zaangażowania. Powiedział do Gertie: "cztery potencjalne kandydatki na siostry przełożone", lecz "trzy" byłoby bliżej prawdy. Cokolwiek grało w duszy Grace, na pewno nie było to marzenie o karierze dyplomowanej pielęgniarki.
Jego ulubienicą stała się Tufts, którą uparcie nazywał Heather. Edda była bardziej utalentowana i rzutka, lecz jako patolog cenił sobie porządek, metodyczność oraz logikę, a pod tym względem to Tufts wiodła prym. Nie miał wątpliwości, że z Eddy byłby wspaniały chirurg, a z Tufts dociekliwy patolog. Ta sympatia okazała się obopólna, bo ani przystojny chirurg z monoklem Max Herzen, ani czarujący starszy położnik Ned Mason nie wydawali się Tufts tak atrakcyjni jak doktor Finucan z czarnymi włosami przyprószonymi siwizną, pociągłą twarzą o regularnych rysach i szaroniebieskimi oczami. Niezbyt romantyczna z natury, nie wpatrywała się w niego cielęcym wzrokiem ani nie śniła o nim po nocach; po prostu bardzo lubiła go jako człowieka i chętnie przebywała w jego towarzystwie. Siostry, dobrze znając jej charakter, nigdy nie pozwalały sobie na żarty na temat mężczyzn, bo chociaż Tufts nie wyglądała na zakonnicę, miała w sobie coś z mniszki.
Ogień, którym Liam przypiekł przełożoną, przypominał małą pochodnię, którą ona podłożyła siostrze Bainbridge, a ta z kolei podrzuciła ją Lenie Corrigan, przywódczyni pielęgniarek z West Endu, podpalając całą koterię. Skutki pożaru były odczuwalne przez wiele tygodni.
Nagle dom dla pielęgniarek stanął przed dziewczętami otworem, a pomieszczenia zostały wysprzątane na błysk. Każda z nich dostała oddzielną sypialnię, a we wspólnym pokoju pojawiły się cztery fotele oraz biurka i znalazło się nawet radio. Do kuchni przystosowanej do przygotowywania lekkich posiłków doprowadzono gorącą wodą, kładąc rurę w pospiesznie wykopanym rowie. Portier Harry codziennie zabierał ich uniformy do prania, a w kuchennych kredensach znalazły się puszki z herbatnikami, słoiki z dżemem, butelki z sosami, duże ilości herbaty, błyskawicznej kawy z cykorią, kakao, lemoniady w proszku oraz syropu z czarnej porzeczki. Wszystko to było niczym w porównaniu z wielką lodówką, chłodzoną sporą bryłą lodu, w której mogły przechowywać jajka, bekon, masło i wędlinę.
- Umarłam i trafiłam do nieba - skomentowała z westchnieniem Grace.
Z dnia na dzień zupełnie niespodziewanie siostra Bainbridge została przeniesiona do sąsiedniego małego domku przy tej samej rampie. Zanim jeszcze się tam przeniosła, pokazała dziewczętom magiczną sól Epsom. Rozpuszczona w gorącej wodzie w wannie lub w misce uśmierzała ból pleców i stóp. Jak one przeżyły bez tej błogosławione soli?
- Moja kolej umrzeć i trafić do nieba - powiedziała Edda. - Nareszcie czuję swoje stopy.
Pielęgniarki z West Endu dopiero po wielu miesiącach były w stanie przyznać, że te uparte praktykantki są nie gorsze od nich, tradycyjnych sióstr. Powoli przestawały je prześladować, bo jaki sens mają szykany, jeżeli ich cel się im nie poddaje?
- Wszystko zmieniło się w połowie lipca - wyliczała Edda, gdy wrzesień zakwitł morzem złocistych żonkili. Ktoś musiał interweniować, ale kto?
Spekulacji było wiele. Typowały Anne Harding, zastępczynię przełożonej, podejrzewały też najłagodniejszą z West Enderek, siostrę Nancy Wilson; lecz żadna z nich, nawet Tufts, nie pomyślała, że to doktor Liam Finucan maczał w tym palce, a teraz z zadowoleniem patrzył, jak jego cztery pupilki rozkwitają w szczęśliwszej, bardziej sprzyjającej atmosferze.
- Wielka Wojna doprowadziła do ogromnego postępu w chirurgii - tłumaczył cichym głosem swoim czterem słuchaczkom - ale nie wpłynęła na rozwój interny. Wielcy zabójcy: zapalenie płuc, choroby serca i układu krążenia nadal zbierają śmiertelne żniwo. Wy, młode damy, będziecie miały największy wpływ na postęp w całej światowej historii leczenia zapalenia płuc. - Uniósł brwi, patrząc na nie z rozbawieniem. - Co? Nie rozumiecie? Władze nareszcie zrozumiały, że wykształcona i odpowiednio wyszkolona pielęgniarka będzie inteligentnie podchodzić do leczenia zapalenia płuc. Znając anatomię i fizjologię, nie ograniczy się do opróżniania spluwaczki, podsuwacza i pojemnika na mocz. Nie, ona zmusi pacjenta do ciągłych ćwiczeń, nawet gdy ten będzie przykuty do łóżka. Obudzi w nim wiarę, że może wyzdrowieć, wytłumaczy prostym językiem - to coś, czego lekarze nigdy nie robią - istotę jego choroby i nigdy, pomimo nawału innych obowiązków, nie pozwoli, żeby chory leżał jak kłoda. Jedynie wytrwała, poparta wiedzą opieka pielęgniarska może wyciągnąć pacjenta z zapalenia płuc.
Słuchając pilnie, wychwytywały to, czego Liamowi Finucanowi nie wolno było powiedzieć wprost; tylko odpowiednio wykształcone pielęgniarki mogą spełnić wymagania lekarzy podobnych do ich mentora.
- Tego właśnie brakuje tym z West Endu - powiedziała Edda do sióstr, gdy jadły kanapki z kiełbasą w ciepłej kuchni. - Mieszkają w domu, mają na głowie różne zmartwienia, muszą zajmować się domownikami i pacjentami. Ledwo potrafią pisać i czytać, no i wiedzą jedynie to, jakie lekarstwo wyjąć z szafki. Niektóre z nich są dobrymi pielęgniarkami, lecz dla większości to tylko praca. Pacjenta z zapaleniem płuc należy oklepywać, zmuszać do ruchu i do odkasływania, no i zmieniać mu pościel. Czy to wszystko będzie robione, zależy od tego, ile roboty mają siostry, kto nad nimi czuwa i które z West Enderek są akurat na dyżurze. Poza tym ich problemem jest brak odpowiedniej wiedzy.
- To nas nie dotyczy. - Grace się skrzywiła. - Głowa mi pęka od tych wszystkich terminów i nazw chorób - poskarżyła się.
- Ej Grace, ona cię boli, bo masz w niej niepoukładane, a poza tym za dużo wzdychasz do Rudolfa Valentino.
- A ja uwielbiam te wykłady - stwierdziła Tufts z nosem w Anatomii Graya.
- Tufts, jeżeli spadnie choćby kropla tłuszczu z kiełbasy na kartkę, będziesz się miała z pyszna - ostrzegła ją Edda, robiąc groźną minę.
- A spadła mi kiedyś?
Szkolenie trwało dalej; doktor Finucan był niezmordowany.
- Wszelkie lekarstwa i farmaceutyki są warte funta kłaków w przypadku śmiertelnych chorób - stwierdził. - Wiemy, czym są drobnoustroje, i potrafimy je niszczyć w środowisku, lecz nie umiemy z nimi walczyć, kiedy już dostaną się do organizmu. Na przykład przy zapaleniu płuc laseczki atakujące tkankę nie poddają się leczeniu. Możemy je obejrzeć pod mikroskopem, lecz nic, co podamy doustnie czy w zastrzyku, nie jest w stanie ich unicestwić.
Bezwiednie skierował spojrzenie na Tufts - idealna siostra przełożona!
- Jestem koronerem w Corundzie. Wykonuję autopsje, czyli dysekcję zwłok. Inna nazwa autopsji to badanie post mortem. Przy stole sekcyjnym poznacie anatomię i fizjologię. Jeżeli zmarła osoba jest anonimowa, nie ma rodziny czy znajomych, kroję ciało tak, aby zademonstrować dokładnie jakiś układ, na przykład limfatyczny, naczyniowy czy trawienny. Miejmy nadzieję, że nie zabraknie nam takich anonimowych zwłok, choć przyznam, że raczej ich nie brakuje.
Spojrzał na nie surowo.
- Siostry, zapamiętajcie raz na zawsze! Nasz podmiot pod nożem jest stworzeniem bożym, choćby nie wiem jak marne wiódł życie. Wszyscy, których widzicie, słyszycie, których dotykacie i którymi się zajmujecie, są albo byli ludzkimi istotami, częścią wielkiego boskiego planu, jakikolwiek by on był. Każdemu człowiekowi należy się szacunek, także po śmierci. Siostro Latimer, musisz pamiętać, że życzenia pacjentów są nie mniej ważne od twoich. Siostro Treadby, przyjmij do wiadomości, że nie wszystkie dzieci mają naturę i charakter aniołów. Siostro Scobie, wiedz, że czasami zawodzą najbardziej przemyślane procedury, a ty, siostro Faulding, weź sobie do serca, że nawet największy bałagan spowodowany przez pacjenta ma także swoje miejsce w boskich planach. - Uśmiechnął się. - Nie, moje panie, nie jestem człowiekiem religijnym jak wasz ojciec, bo Bóg, o którym mówię, jest łączną sumą wszystkiego, co było, jest i będzie.
Wspaniały człowiek - podsumowała go w myślach Edda i tak samo oceniła go Tufts. Kitty wydał się trochę za poważny, a Grace usłyszała ponury głos przeznaczenia, powtarzający w kółko: bałagan i brudy, coraz większy bałagan, nic, tylko bałagan.
Z jednej rzeczy wszystkie były zadowolone: nikt poza przełożoną, doktorem Campbellem i doktorem Finucanem nie wiedział, że są siostrami. Całe światy dzieliły plebanię Świętego Marka od Corunda Base Hospital.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.