NIE ŁAM SIĘ
Cassie
Trzy miesiące później
Pochłonięta pracą, bawiłam się kluczykiem przy łańcuszku, muskając palcami literki tworzące napis "SIŁA". To prezent od Melissy po tej akcji z brukowcami i nieprzyjemnymi fanami w trakcie pierwszego sezonu Jacka w Nowym Jorku. Powiedziała mi, że idea łańcuszka polega na tym, że powinnam go nosić do czasu, aż zobaczę kogoś, komu przekaz z zawieszki okaże się potrzebny bardziej niż mnie. Niechętnie myślałam o tym, że pewnego dnia będę musiała ją oddać, musiałam jednak przyznać, że to naprawdę świetny pomysł.
Siedząc w swoim boksie, ślęczałam nad zdjęciami z ostatniego zlecenia. Nora, moja szefowa, chciała zgłosić jedno z nich do prestiżowego konkursu fotograficznego. Kiedy jednak na nie patrzyłam, nie byłam w stanie wybrać tylko jednego kadru. Jak zawsze zaangażowałam się emocjonalnie i zdjęcia nie uosabiały dla mnie tylko tego, co przedstawiały. Widziałam kryjące się w nich uczucia i znaczenie, które niekoniecznie dawało się uchwycić w obiektywie aparatu. Kiedy patrzyłam na zdjęcie starszego mężczyzny tulącego dziecko pokryte kurzem i krwią, dostrzegałam też setki innych ludzi, równie zdesperowanych i brudnych, którzy się na nim nie zmieścili. Poza kadrem znajdowały się zgliszcza domów i ich właściciele, na próżno grzebiący w gruzowisku. Wiele kilometrów kwadratowych terenu, na którym jeszcze niedawno znajdowały się szkoły, domy i przedsiębiorstwa, obecnie wyglądało tak, że można je jedynie określić suchym mianem obszaru działań wojennych. Brzmiało to banalnie, ale to naprawdę najtrafniejszy opis. Los czasem sprowadza na ziemię piekło. A ja dokumentowałam to swoim aparatem.
Widzieć zniszczenia w telewizji czy prasie to jedno, czymś zupełnie innym było znalezienie się na miejscu wydarzeń i oglądanie ich na własne oczy. Nie istniały słowa, którymi dałoby się opisać, jak to jest, kiedy się chodzi po pokruszonym szkle i szczątkach czegoś, co do niedawna było czyimś domem. Albo co się czuło na widok szoku na twarzach ludzi, do których dotarło, że wszystko, co było im drogie, rozpłynęło się w powietrzu czy zostało rozbite na drobne kawałeczki. Nigdy nie czułam się tak bezradna jak tego dnia, kiedy pewna starsza kobieta wyznała mi, że straciła wszystkie rodzinne fotografie i pamiątki, a ja mogłam jedynie patrzeć, jak pada z rozpaczą na kolana. Podczas tych pierwszych kilku dni po tragedii napotykałam tyle czystego i nieskrywanego bólu, że często trudno mi było robić jakiekolwiek zdjęcia.
We wspinaniu się po szczeblach kariery nie pomagało mi pewnie to, że nie należałam do osób wścibskich. Nie byłam fotografem, który macha ludziom obiektywem przed twarzą, naruszając ich przestrzeń osobistą w nadziei zrobienia zdjęcia, które przyniesie mu sławę i pieniądze. Fotografowanie cierpienia nie sprawiało mi radości. Po spędzeniu czasu z pogrążonymi w bólu ludźmi ich emocje na zawsze pozostawały w mojej pamięci.
Potem jednak, na pewnym etapie dochodzenia do siebie, działo się coś niemal magicznego. Dosłownie dawało się wyczuć zmianę w gęstym i pełnym kurzu powietrzu. Mijał początkowy szok i cała społeczność zaczynała się jednoczyć. Za każdym razem. Skupiano się nie na indywidualnych stratach, ale na tym, aby cała wioska nie tylko przetrwała, lecz odrodziła się silniejsza, odporniejsza, spójniejsza. Samo doświadczanie takiej transformacji warte było wcześniejszych łez i bólu.
Dlatego mój cel zawsze stanowiło szukanie piękna pośród niewyobrażalnego cierpienia. Tych krótkich chwil spokoju i szczęścia, jak wtedy, kiedy dwoje przyjaciół widzi się po raz pierwszy po dniach spędzonych na zastanawianiu się, czy ta druga osoba jeszcze żyje. Panika ustępująca pola uniesieniu - oto, co pragnęłam dokumentować. Jeśli byłam w stanie przedstawić na zdjęciu nadzieję, tam gdzie na pierwszy rzut oka nie ma jej ani odrobiny, uważałam, że dobrze wykonałam swoją pracę. A przynajmniej tak, jak chciałam.
- Cassie, chodź do mnie - rozległ się w interkomie głos Nory.
Wcisnęłam migający czerwony guzik i odpowiedziałam:
- Już idę.
Wstałam od biurka i rozejrzałam się po redakcji. Joey, facet, z którym umówiłam się raz na randkę w czasie, kiedy Jack i ja się rozstaliśmy, nie pracował tu już od dwóch lat. Otrzymał propozycję pracy w swoim rodzinnym Bostonie i bez chwili wahania zgodził się ją przyjąć. Kiedy Jack się o tym dowiedział, miał ochotę śpiewać z radości. Czego tak do końca nie potrafiłam zrozumieć, bo przecież nie mógł go traktować jako rywala. Przez pięć ostatnich lat twarze w mojej pracy może i się zmieniały, ale tempo pozostało takie samo. W redakcji wręcz buzowała energia kreatywnych osób pracujących nad układem graficznym, projektami i korektą. Kochałam swoją pracę i kochałam Nowy Jork.
Zastukałam do drzwi gabinetu Nory, po czym lekko je uchyliłam. Gestem zaprosiła mnie do środka i pokazała, abym usiadła. Do ucha miała przyciśnięty telefon. Zrobiłam, o co mnie poprosiła, i cierpliwie czekałam. Odkąd przeprowadziłam się dla tej pracy do Nowego Jorku, zawsze mogłam liczyć na Norę. Zapewniała mi wsparcie, kiedy Jack i ja przechodziliśmy przez piekło oskarżeń Chrystle i ich pokłosie. Zaproponowała nawet, że zamieści w magazynie artykuł o naszym związku, aby wszystko wyjaśnić raz a dobrze.
Ostatecznie nie okazało się to konieczne, bo dawna przyjaciółka Chrystle, Vanessa, udzieliła magazynowi wywiadu na prawach wyłączności. Zdradziła w nim każdy szczegół planu Chrystle, zakładającego wykorzystanie udawanej ciąży w celu usidlenia Jacka. Moja reputacja mocno dzięki temu zyskała, a fani przystopowali z obrzucaniem mnie wyzwiskami i internetowym hejtem. Prawdę mówiąc, ten artykuł okazał się najlepszą reklamą mojego związku z Jackiem, za co mogłam dziękować zarówno Norze, jak i Vanessie.
- Dzisiaj będziesz to miał u siebie. Dzięki, Bob.
Nora odłożyła słuchawkę i uniosła brwi.
- No i co, wybrałaś już zdjęcie?
- Zawęziłam wybór do pięciu. I tak jest już lepiej niż wczoraj - odparłam, myśląc o trzydziestu fotografiach, jakie rozłożyłam na stole w sali konferencyjnej.
- Jezu, Cassie, wybierz jedno i już! Jestem pewna, że wszystkie są fantastyczne. Wiesz co, weź je do domu, pokaż temu swojemu seksownemu mężowi i niech on dokona wyboru.
- Nie ma mowy! Zamknąłby pewnie oczy i wybrał pierwsze lepsze na ślepo.
Nora spojrzała na mnie zmrużonymi oczami.
- I właśnie tak będziesz musiała zrobić, jeśli do końca dnia nie wybierzesz jednej fotki.
- W porządku. Wybiorę - burknęłam.
Wsunęła okulary w metalowych oprawkach wyżej na nos i spojrzała na mnie ze znaczącym uśmiechem.
- Co ci chodzi po głowie? - zapytałam nieufnie. - Czemu tak na mnie patrzysz?
Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy.
- Chcę, żebyś zrobiła zdjęcia do następnego artykułu wiodącego.
Przechyliłam głowę zdziwiona. Doskonale wiedziałam, że tym akurat zajmują się inni fotografowie. Każdy z nas miał swoją specjalizację. Niektórzy byli świetni w ujęciach w studio z modelkami, ale ja do nich nie należałam. Mnie najlepiej się pracowało z naturalnym środowiskiem i niekonwencjonalną scenografią, co stanowiło przeciwieństwo pozowanych sesji studyjnych.
- O kimś stąd? O kim? I czemu ja?
- Chodzi o Trinę.
Teraz to na mojej twarzy widniał szeroki uśmiech. Trina była jedyną dziewczyną zawodnika Metsów, która odzywała się do mnie podczas pierwszego sezonu Jacka w tej drużynie. Kiedy się poznałyśmy, spotykała się z Kyle'em. Była modelką i z powodu wyjazdów niezbyt często zjawiała się na meczach, ale kiedy już to robiła, traktowałam ją jak swoją wybawicielkę.
- Fotografujemy Trinę? Super! Jaki jest temat artykułu?
Nora machnęła lekceważąco ręką.
- Coś w stylu Od modelek do mam na Manhattanie. Nie opracowałam jeszcze szczegółów, ale to ona będzie główną bohaterką. I tylko z tobą chce pracować.
Pokręciłam głową i cofnęłam się myślami do czasów, kiedy poznałam Trinę i mężczyznę, który później został jej mężem. Po incydencie z całowaniem i zwolnieniem Matteo Jack w końcu pozwolił mu znowu dla nas pracować. W międzyczasie Matteo otworzył własną firmę zajmującą się wynajmem aut tylko dla ekskluzywnych klientów. Kiedy ponownie zaczął dla nas pracować, sam woził tylko jedną parę, Jacka i mnie, ale jego firma szybko się rozrastała, świadcząc usługi zawodowym sportowcom.
Matteo i Trina zaczęli się spotykać krótko po tym, jak ona rozstała się z Kyle'em. Kilka miesięcy później wzięli kameralny ślub. Trina twierdziła, że taka, a nie inna data ślubu miała związek z wiosennym grafikiem treningów Jacka, tak żebyśmy mogli się na nim pojawić we dwójkę, ale ja wiedziałam, że tak naprawdę nie chciała, aby na ślubnych zdjęciach było widać ciążę. Matteo także nalegał na zalegalizowanie ich związku przed przyjściem dziecka na świat. Pamiętałam, jak mówił: "Mógłbym poczekać i poślubić cię za jakiś czas, ale wolałbym zrobić to dzisiaj. "Jakiś czas" może nigdy nie nadejść. "Dzisiaj" należy do nas. Proszę, nie każ mi czekać zbyt długo na dzień, kiedy zostaniesz moją żoną".
Kiedy Trina mi powiedziała, że ona i Matteo biorą ślub, zapytałam nerwowo, czy jest pewna, że tego właśnie pragnie. Od lat mieszkał we mnie strach dotyczący pobierania się z niewłaściwych powodów i wzdrygałam się za każdym razem, kiedy myślałam o Jacku i Chrystle. Trina mnie zapewniła, że choć nie planowali najpierw dziecka, a potem ślubu, nie przejmowała się kolejnością. Byli ze sobą szczęśliwi i tylko to się liczyło. Nie mogłam się z nią nie zgodzić, gdyż tego właśnie najbardziej pragnęłam dla swoich przyjaciół.
Nora znowu patrzyła na mnie sponad okularów z uniesionymi brwiami, wyraźnie oczekując odpowiedzi.
- Jedynym powodem, dla którego Trina chce pracować ze mną, jest to, że jeśli nie spodobają jej się zdjęcia, będzie się miała na kim wyżyć - powiedziałam ze śmiechem.
- Świetnie sobie poradzisz. Wynajmiemy studio z mnóstwem naturalnego światła, okej?
Odetchnęłam z ulgą.
- Jakie to szczęście, że tak dobrze mnie znasz.
- Chcę zdjęcia przed i po. Ustal z jej mężem jakiś termin po narodzinach dziecka, żebyśmy mogli zaprezentować szczęśliwą rodzinę.
- Nie ma sprawy. To wszystko?
- Idź i wybierz to cholerne zdjęcie.
- W porządku. Ale jeśli będzie do bani i przegra, miej pretensje do siebie. - Posłałam Norze szeroki uśmiech, wstałam i ruszyłam w stronę drzwi.
Siedziałam przy biurku i choć minęła godzina, nadal nie dokonałam wyboru. Podniosłam wzrok i dostrzegłam, że z windy wychodzi jedna z naszych stażystek. Niosła dwie kartonowe tacki pełne kubków z kawą.
- Becca! - zawołałam, a ona spojrzała w moją stronę, starając się nie upuścić tacek. - Przyjdź do mnie w wolnej chwili, dobrze?
Kiwnęła głową i uśmiechnęła się lekko. Becca była jeszcze studentką, ale miała dobre oko. No i lubiłam jej styl.
- Hej, Cassie. Chciałaś coś ode mnie? - Wydawała się zdenerwowana, kiedy po paru minutach stanęła przy moim biurku. Ja za to odetchnęłam z ulgą.
- Tak! Dzięki Bogu, że tu jesteś. Masz świetne oko i podoba mi się twój sposób postrzegania świata. Muszę wybrać jedno zdjęcie, ale nie potrafię. Jestem zbyt związana z tym, co przedstawiają. Które najbardziej ci się podoba?
Na twarzy Bekki pojawił się szeroki uśmiech.
- Czuję się zaszczycona. Dziękuję - rzekła i nachyliła się nad rozłożonymi na biurku zdjęciami.
Zastanawiała się całe dwie sekundy, po czym wzięła do ręki jedną fotkę i oświadczyła, że właśnie ta. A ja zaufałam jej osądowi, bo to znaczyło, że akurat to zdjęcie wyróżniało się na tle innych.
- Dziękuję ci, Becco. Ratujesz mi życie!
Po pracy wyszłam przez obrotowe drzwi na zatłoczony chodnik. Klucząc między ludźmi, udałam się do stojącego na krawężniku czarnego samochodu. Obok niego czekał na mnie cierpliwie Matteo, jak co wieczór. Na mój widok na jego przystojnej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Otworzył dla mnie drzwi od strony pasażera.
- Co się tak cieszysz? - zapytałam, a on wzruszył ramionami.
Zajął swoje miejsce i włączył się do ruchu.
- Życie jest fajne, Cassie. Życie jest fajne - rzucił tym irytująco śpiewnym tonem. Miał takie nastawienie, od kiedy związał się z Triną.
- Ależ jesteś wnerwiający. Jedź do domu do swojej seksownej żonki.
- Tak właśnie zrobię. Zaraz po tym, jak cię podrzucę do twojego seksownego męża - rzekł żartobliwie i mrugnął.
Wzdrygnęłam się.
- Nie mów, że Jack jest seksowny, puszczając przy tym oko. To dziwaczne.
Wybuchnął głośnym śmiechem i długo jeszcze chichotał, jadąc w stronę stadionu, gdy tymczasem ja sprawdzałam w telefonie prywatne maile.
Kilka minut później wyprostował się i rzucił przez ramię:
- Trina mi mówiła o sesji zdjęciowej.
Podniosłam głowę i nasze spojrzenia spotkały się w lusterku wstecznym.
- Aha. Będzie fajnie. Ty też bierzesz w niej udział, wiesz?
Matteo poprawił się skrępowany na fotelu.
- Tak?
- Tak. Ale dopiero po narodzinach dziecka. Na razie zrobię zdjęcia ciężarnej Trinie, a potem całej waszej trójce.
- Tylko pamiętaj, żeby najwięcej zdjęć robić jej. To ona wpływa na sprzedaż magazynów, nie ja - rzucił skromnie.
Przewróciłam oczami.
- Jasne, tak jakby paniom z trudem przychodziło patrzenie na twoją gębę. - Zaśmiałam się.
- Wiedziałem, że masz na mnie chrapkę - zażartował, a ja niemal się zakrztusiłam.
Przewróciłam oczami, pokręciłam głową i prychnęłam.
- Nie zaczynaj znowu.
Odkąd Jack wybaczył Matteo, nie miałam już problemu z tym, jak bardzo jest przystojny. Zgoda, nie zamierzałam trąbić tego na prawo i lewo, no ale jednak, trzeba mu to przyznać. Pomocne okazało się także to, że do Matteo w końcu dotarło, iż jego uczucia względem mnie nie miały podstaw. Szybko zrozumiał, że po prostu zaangażował się w zapewnianie mi ochrony. Namieszało mu to w głowie, kiedy jednak na scenę wkroczyła Trina, wszystko, co mu się wydawało, że do mnie czuje, zniknęło. Dzięki Bogu za Trinę.
Samochód zatrzymał się, a ja szybko pozbierałam swoje rzeczy. Matteo sięgnął do klamki po swojej stronie, ale go powstrzymałam.
- Nie musisz mnie wypuszczać. Wyjdę sama. - Otworzyłam swoje drzwi i wysiadłam, po czym nachyliłam się ku opuszczonej szybie. - Do zobaczenia, przyszły obiekcie westchnień.
- Cassie! - zawołał Matteo z udawanym oburzeniem.
Odwróciłam się ze śmiechem i ruszyłam do wejścia na stadion. Wiedziałam, że po publikacji artykułu będzie zachwycony uwagą, jaka się na nim skupi.
Zajęłam swoje miejsce w sektorze dla żon obok Tary. Jako że nie byłam już tylko dziewczyną, żony zawodników zaakceptowały mnie w sposób, w jaki akceptują tylko inne żony. I choć niechętnie, musiałam przyznać, że małżeństwo sporo zmieniało. Nie zamierzałam traktować innych dziewczyn, tak jak jeszcze niedawno mnie traktowano, ale rzeczywiście dostrzegałam różnicę między byciem żoną a byciem narzeczoną. Społeczna hierarchia istniała nie bez powodu, a widząc liczbę dziewczyn, która pojawiała się i znikała, byłam w stanie częściowo zrozumieć wcześniejsze zachowanie żon.
Spojrzałam na boisko i na widok rozgrzewającego się Jacka serce przepełniła mi duma. Szare spodnie opinały mu się na udzie za każdym razem, kiedy unosił nogę przed rzutem. Materiał czarnej, koszulowej bluzy powiewał na wietrze, jaki wywoływał ruch jego ręki. Jack chwycił za daszek czapki i uchylił ją dwukrotnie, a ja nie potrafiłam ukryć uśmiechu. To był jego znak dla mnie. Zaczął to robić, kiedy nie mogłam wyjeżdżać na mecze razem z nim. Zawsze, kiedy miotał, dwukrotnie uchylał czapki, a na jego twarzy pojawiał się lekki uśmiech. Nie miał pewności, czy kamera to uchwyci, ale i tak to robił. W końcu stało się to zwyczajem i powtarzał ten gest także podczas meczów na miejscu. Czasami jego spojrzenie mknęło ku trybunom i napotykało moje. Kiedy tak się działo, przysięgam, że moje serce na chwilę zamierało. Za. Każdym. Razem. Powiedzieć, że kochałam tego mężczyznę, to za mało. Ubóstwiałam mojego mężczyznę. Mojego baseballistę.
Mojego Jacka Cholernego Cartera.
Schylił się, zerkając na łapacza ponad zakrywającą pół twarzy rękawicą. Pokręcił głową na to, co mu sugerowano. Pokręcił raz jeszcze i wtedy łapacz głośno poprosił o przerwę, następnie podbiegł do Jacka, który czekał na górce, kopiąc czubkiem buta w piasku. Po krótkiej rozmowie klepnął go w tyłek i wrócił na swoją pozycję. Sędzia wskazał Jacka, a on dotknął stopą granicy górki. Jednym płynnym ruchem wypuścił piłkę z dłoni, odbijający zamachnął się... nie trafił. Piłka utkwiła w rękawicy łapacza, a na trybunach rozległy się głośne okrzyki. Uśmiechnęłam się. Uwielbiałam patrzeć na grę Jacka. Czymś zbyt górnolotnym wydawało się nazywanie go pięknym, ale kiedy grał w baseball... taki właśnie był.
Z ławki rezerwowych dobiegł jakiś okrzyk, ale Jack machnął tylko odzianą w rękawicę dłonią. Zsunęłam się na brzeg siedzenia i odruchowo wstrzymałam oddech, wyczekując rzutu. Jack nachylił się, popatrzył na łapacza, po czym kiwnął głową. Opuścił rękawicę, a chwilę później znowu ją uniósł, jednocześnie podnosząc ugiętą w kolanie nogę. Jego ciało wychyliło się do przodu, kiedy wykonał rzut. Odgłos odbijającej się od kija piłki skupił na sobie uwagę wszystkich oprócz mnie. Moje spojrzenie lojalnie pozostawało utkwione w mężczyźnie, którego kochałam. Jako że ani na chwilę nie oderwałam od niego wzroku, byłam świadkiem tego zdarzenia. Piłka poszybowała z powrotem w jego stronę, a on zareagował odruchowo: obrócił się i uniósł dłoń, aby ją powstrzymać. Patrzyłam, jak piłka uderza o nieodzianą w rękawicę dłoń, po czym upada u stóp Jacka. Schylił się po nią, a z jego ust wydobył się pełen cierpienia krzyk, kiedy próbował objąć ją dłonią. Z twarzą wykrzywioną bólem przyklęknął i przycisnął brodę do klatki piersiowej. Ktoś poprosił o przerwę, a na trawę wbiegł menedżer Jacka. Pomógł mu wstać i sprowadził go z boiska.
- Cholera - mruknęłam.
- Idź, Cassie - poleciła mi Tara. - Zejdź do przebieralni. Tam go zaprowadzili.
Bez słowa kiwnęłam głową, zebrałam swoje rzeczy i szybko zeszłam schodami prowadzącymi na najniższy poziom. Biegiem pokonałam ostatnie stopnie, po czym przeszłam przez drzwi, za które wstęp miały tylko osoby upoważnione. Natychmiast uderzyło mnie chłodne powietrze podziemnych korytarzy. Pod całym stadionem znajdowały się tunele. Skręciłam za róg i podbiegłam do korpulentnego strażnika.
- Hej, Jimmy, jest tutaj? Widziałeś, jak sprowadzają Jacka z boiska? - zapytałam rozstrojona.
Zmarszczył brwi.
- Jacka? Nie. Co się stało?
Odetchnęłam drżąco.
- Naprawdę? Cholera. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało.
Odsunął się na bok, a ja szybko minęłam barierki i zdenerwowana ruszyłam dalej. W końcu nad głową dostrzegłam tablicę Metsów. Przyspieszyłam, pragnąc jak najszybciej dotrzeć do podwójnych, mahoniowych drzwi z tabliczką z napisem: "Klub New York Mets". Przed drzwiami na składanym krzesełku siedział kolejny strażnik. Twarz miał ściągniętą niepokojem. Na mój widok wstał.
- Cassie, teraz jest tam z nim lekarz.
Współczucie w jego głosie jeszcze bardziej mnie rozstroiło, zrobiło mi się sucho w ustach.
- Jak on wyglądał, Joe?
- Bardzo go bolało - przyznał posępnie.
Ścisnęło mnie w gardle, miałam problem z przełknięciem śliny. W tej chwili uświadomiłam sobie, że nigdy dotąd nie brałam pod uwagę, że Jack może doznać kontuzji. Sprawiał wrażenie niezwyciężonego, jakby jego ciało urodziło się, aby uprawiać ten sport, i nigdy nie miało pozwolić się zranić. Jakby nigdy nie miało go zdradzić.
Ale zdradziło.
Śmiertelnie przerażała mnie myśl, co to oznacza dla Jacka. Jack bez baseballu... cóż, to w ogóle nie był Jack. Nie wiedziałabym nawet, kim jest ta osoba; nie znałam Jacka, dla którego ten sport nie stanowił ogromnej części życia. Zadrżałam.
- Cassie? - Echem w tunelu rozległ się głos Joego, a po chwili dźwięk odkładanego telefonu. Spojrzałam na niego bezradnie. - Nie ma tam nikogo więcej - powiedział łagodnie. - Możesz wejść.
Otworzył jedno skrzydło wielkich drzwi, a ja wkroczyłam do jedynego pomieszczenia na całym stadionie, w którym mnie jeszcze nie było. Zobaczyłam wielką sofę i wykładzinę z logo drużyny, następnie moje spojrzenie zatrzymało się na szafkach. Na każdej z nich widniało nazwisko zawodnika i jego numer, oświetlały je reflektory punktowe, jakby to były muzealne eksponaty. Rozbawiło mnie to, że chłopcy nazywali je szafkami, gdy tymczasem przypominały bardziej ciężkie, dębowe szafy, jakie można znaleźć w hotelowych pokojach. Przyłapałam się na tym, że mam ogromną ochotę sfotografować to pomieszczenie. Skrzywienie zawodowe. Albo może sposób na wyparcie trudnej sytuacji.
- Kicia? - usłyszałam głos Jacka. Z powodu dręczącego go bólu brzmiał nieco inaczej.
- Jack? - zawołałam. - Gdzie jesteś?
- Idź na sam koniec i skręć w prawo.
Gdy pospiesznie mijałam rząd szafek, moje spojrzenie przyciągnął numer 23, na krótką chwilę zatrzymałam się przy nim. Nigdy dotąd nie widziałam szafki Jacka i możliwe, że nie będzie więcej takiej okazji. Wewnątrz wisiały torba i ciuchy na przebranie, musnęłam palcami materiał. Do tylnej ścianki przytwierdzone było nasze ślubne zdjęcie. Uwielbiałam to, w jaki sposób ten mężczyzna uzewnętrzniał swoją miłość do mnie.
Z bladym uśmiechem dotarłam na koniec pomieszczenia i skręciłam w prawo. W tym akurat momencie lekarz Metsów zrobił Jackowi zastrzyk, który miał uśmierzyć ból. Mój mąż nawet się nie skrzywił.
- Chyba jest strzaskana - odezwał się Jack, gdy tylko jego brązowe oczy napotkały moje. STRZASKANA.
W tym właśnie momencie to samo stało się z moim sercem. Rozpadło się na kawałki. Podbiegłam do Jacka, pragnąc być najbliżej niego, jak to tylko możliwe.
- Tego jeszcze nie wiemy - wtrącił lekarz i przedstawił mi się: - Jestem doktor Evans.
Uścisnęłam mu dłoń.
- Cassie.
Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz Jacka i ogarnęła mnie potrzeba chronienia go i niesienia pociechy. Pogłaskałam go po ramieniu i zapytałam rzeczowo:
- Co wiemy?
- Z całą pewnością jest złamana, ale nie wiem jeszcze, w jakim stopniu.
Wzruszyłam ramionami.
- Ale się zrośnie, prawda? Jest złamana, to się przecież często zdarza.
Doktor Evans kiwnął głową.
- Owszem. Ale ręka nie może wymagać zabiegu chirurgicznego, użycia gwoździ czy metalowych blaszek.
Gwoździe? Metalowe blaszki? O mój Boże.
Jack głośno przełknął ślinę, a mój zdrowy rozsądek został zastąpiony niepokojem. Nie dawałam spokoju lekarzowi.
- A jeśli tak, to co? Ludzie często mają operowane dłonie i dochodzą do siebie.
- Tak, pani Carter, to prawda - odparł, ściągnąwszy brwi. - Ale większość tych ludzi to nie pierwszoligowi zawodnicy.
Serce mi zamarło.
- Co więc pan sugeruje?
- Sugeruję, aby najpierw prześwietlić dłoń, a wtedy będę mógł udzielić konkretniejszych odpowiedzi.
Jack spuścił głowę.
- Muszę go zabrać do szpitala? - Zaczęłam szukać w torbie telefonu, żeby zadzwonić po Matteo.
- Nie, nie. W pomieszczeniu obok mam rentgen. Jestem odpowiedzialny za stan Jacka i jego dojście do zdrowia. To moja praca.
- Więc nie musimy nigdzie jechać?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, nie wiedziałam, co się dzieje, kiedy kontuzji ulega zawodnik z pierwszej ligi. Przypuszczałam, że Jack musi w takim przypadku trafić do szpitala, jak wszyscy ludzie. Ale przecież drużyna czarterowała samoloty, więc nic w tym świecie nie odbywało się standardowo.
- Jeśli wyjadę z drużyną na jakiś mecz, będzie tutaj jeden z moich asystentów do pomocy, więc Jack powinien się zjawiać zawsze w tym gabinecie.
Zarząd Metsów troszczył się o zdrowie Jacka, pocieszyła mnie myśl, że zajmą się nim ludzie, którzy najwięcej w niego zainwestowali. Jego powrót do zdrowia leżał także w ich interesie.
- Przepraszamy, pani Carter, zaraz wrócimy. - Lekarz pokazał Jackowi, aby udał się za nim do sąsiedniego pomieszczenia. - Przekonajmy się, z czym mamy do czynienia, Jack.
Chodziłam tam i z powrotem, skubiąc nerwowo usta. Miałam ochotę zadzwonić do Deana, wiedziałam jednak, że zasypie mnie pytaniami, na które nie znałam odpowiedzi. Czekałam więc z telefonowaniem do kogokolwiek, dopóki nie będę dysponowała konkretniejszymi informacjami. Złamana ręka to jedno, ale konieczność operacji to zupełnie inna sprawa.
Kilka minut później Jack wyszedł z gabinetu i ostrożnie wziął mnie w ramiona. Czułam, jak szybko bije mu serce.
- Kocham cię, Kiciu. - Pocałował mnie szybko w usta, po czym usiadł na kozetce. Palce jednej dłoni zaczynały się robić fioletowe i były mocno spuchnięte. Na ten widok boleśnie ścisnął mi się żołądek, musiałam odwrócić wzrok.
- Ja też cię kocham. - Pragnęłam powiedzieć więcej, ale brakowało mi słów. Uniosłam rękę i musnęłam palcami łańcuszek. Zerknęłam na zawieszony na nim kluczyk i w poszukiwaniu pocieszenia przesunęłam opuszkami po wygrawerowanych literach.
Wcale nie tak dawno temu - otoczona kłamstwami Chrystle i brutalnością prasy i fanów - miałam wrażenie, że wszystko we mnie pęka. Melissa podarowała mi ten wisiorek, kiedy najbardziej go potrzebowałam. Wyobrażając sobie, że Jack w tej właśnie chwili doświadcza takich samych uczuć, uświadomiłam sobie, że pora przekazać go komuś innemu. Zdjęłam go przez głowę. Kiedy założyłam go na szyję blademu Jackowi, spojrzał na mnie i uniósł brwi. Kluczyk ze srebra opadł na przepocony, biały T-shirt. Zdrową ręką Jack uniósł go i przeczytał głośno napis:
- Siła.
- Potrzebujesz go bardziej niż ja - powiedziałam. Pochyliłam się i pocałowałam go w szorstki policzek. - Damy sobie radę. Nieważne, co powie lekarz, kiedy się tu zjawi. Damy sobie radę.
Starałam się wlewać do swoich słów optymizm i siłę, ale wszystko we mnie drżało. Jeśli Jack straci baseball, nie wiem, czy kiedykolwiek to przeboleje. Na tej grze opierał się cały jego świat, nadzieje i marzenia. Gdyby stało się najgorsze, gdyby więcej nie mógł grać, nie miałam pojęcia, jak poradziłby sobie z tą stratą.
Odgłos otwieranych drzwi sprawił, że oderwałam wzrok od twarzy Jacka i odruchowo się obejrzałam. Podszedł do nas uśmiechnięty doktor Evans.
- Dobra wiadomość. Operacja nie jest potrzebna, dłoń nie została strzaskana. - Odetchnęłam z ulgą. Tak samo Jack. - Jest jednak złamana w kilku miejscach - kontynuował lekarz. - Od razu trzeba ją wsadzić w gips.
- Na jak długo? - zapytał Jack, znowu blednąc.
- Minimum sześć tygodni. Mogło być znacznie gorzej. Jeśli mam być szczery, to jestem pozytywnie zaskoczony obrotem sprawy.
Widziałam, że Jack starał się utrzymać emocje na wodzy. Nie spodobała mu się ta odpowiedź, ale tak samo byłoby z każdą inną. Jeden dzień bez baseballu to dla niego o jeden dzień za dużo. Sześć tygodni brzmiało pewnie jak kara śmierci.
- Nie mogę zostawić drużyny na tak długo. - Jack pokręcił głową i mruknął: - Nie mogę ich zawieść.
- Jack, popatrz na mnie - rzuciłam błagalnie. - Nikogo nie zawodzisz. Twoi koledzy wykażą się zrozumieniem i będą ci życzyli powrotu do zdrowia. Sześć tygodni to lepiej niż sześć miesięcy, prawda?
Udręka widoczna w jego spojrzeniu podpowiedziała mi, że najbliższe tygodnie w żadnym razie nie będą łatwe.