Rozdział I
ROZDZIAŁ I
Gdy weszła do pomieszczenia, czarne skórzane łóżko wydało jej się
odrobinę perwersyjne. Miłe skojarzenie jednak odpłynęło z chwilą, gdy
się położyła i oślepiło ją rażąco białe światło lampy.
Później było już coraz gorzej. Jej świadomość wędrowała w stronę
przerażającego mroku. Obserwowała cienki drut nieuchronnie zbliżający
się do skóry. Metalowa pętla zaciskała się na jej ciele. Kościstymi
dłońmi ścisnęła odruchowo krawędź łóżka. W tej chwili skórzany mebel był
jedynym przyjacielem gotowym bez sprzeciwu przyjąć na siebie małą część
jej cierpienia.
- Sssss - syknęła.
Impuls elektryczny przeskoczył z pętli na wystający fragment ciała. Jej
zmysły zwariowały. Poczuła coś, co uznała za ukłucie. Dopiero sekundę
później swąd palonej skóry przypomniał, że ukłucie mogło być jedynie
wątpliwie przyjemną ułudą, fantomowym złudzeniem, sposobem pojmowania
świata przez pryzmat własnych doświadczeń. Nikt nigdy wcześniej nie
próbował jej przypalać, za to igły nieraz wbijano w przeróżne części jej
ciała.
Nagle ciszę stanowiącą tło śmierdzącego t?te-a-t?te z prądem przerwał
dzwonek telefonu komórkowego.
- Halo? - Zimny damski głos obił się o bladoniebieskie ściany obskurnego
pomieszczenia.
- Jest kolejna robota!
- Tak?
- Niech będzie, pomogę pani.
- Słucham? - spytała automatycznie, nie kojarząc niskiego męskiego
głosu.
- Biel. Prosiła mnie pani o pomoc - odpowiedział zdecydowanie.
- Aaa, witam. Cieszę się, że pan dzwoni. - Kiedy dwa dni wcześniej
zostawiała lekarzowi swoją wizytówkę, nie liczyła, że z niej skorzysta.
Kategorycznie dał jej do zrozumienia, że nie ma ochoty wypowiadać się na
temat kolegów po fachu. - Skąd zmiana zdania?
- Nie, to nie. Nie muszę z panią rozmawiać!
- Przepraszam, przepraszam. Niech się pan nie denerwuje. Nie zamierzam
atakować. Pytam z ciekawości - odpowiedziała najłagodniej, jak
potrafiła.
Mimo że słowa, które usłyszała, mogły sprawiać wrażenie, jakby doktor
Biel dzwonił do niej od niechcenia, niemal przypadkiem, głos lekarza
zdradzał napięcie. Chwilami zanikał, by sekundę później przejść w nienaturalnie wysoki, wręcz histeryczny ton.
- Mam dość tego środowiska... - Biel zamilkł, by po chwili niczym karabin
maszynowy wyrzucić z siebie serię palących słów. - Jego zakłamania.
Etyki, pożal się Boże, lekarskiej. Tego obsesyjnego mycia rąk. Ręka rękę
myje. Sterylność odmienia się przez wszystkie przypadki. Przypadki
zaniechania, zapomnienia, lekkomyślności, zachłanności...
- A Magiel i Konopielski? - zdecydowała się przerwać. Nie wątpiła, że
lekarz z takim stażem jak Adam Biel dobrze wie, w których szpitalnych
zakamarkach kryje się kurz. Ją w tej chwili interesowała tylko jedna
afera lekarska. - Pamięta ich pan?
- Tak, tak. Jeden kochał pieniądze. Drugi wiedział, jak je zarabiać.
Idealny duet.
- A dokładniej?
- Nie! Nie ma mowy. To nie jest rozmowa na telefon.
- Dobrze, przyjadę do pana, porozmawiamy na spokojnie.
- Czekam na panią we wtorek, z samego rana. - Władczy ton dał
dziennikarce wyraźnie do zrozumienia, na czyich warunkach dojdzie do
spotkania. - Ale tym razem nie w klinice, tylko u mnie w domu.
- Będę - potwierdziła. Zaraz też dodała rzeczowo: - O ósmej. A w domu,
czyli gdzie?
- Tam, gdzie psy dupami szczekają. Turzno, dwadzieścia siedem...
- To może jeszcze jedną kawusię?
- Czy ja wiem?
Robert Zieliński spojrzał kontrolnie na filiżankę stojącą przed nim na
szklanym stole. Jej dno przykrywała warstwa ciemnobrązowego napoju.
Życiodajnego w jego mniemaniu. Bez niego nie miałby siły znosić tych
wszystkich fałszywych uśmiechów, śliskich uścisków dłoni i zazdrosnych
spojrzeń. To on każdego dnia pobudzał go do działania, orzeźwiał i zwiększał sprawność myślenia.
Robert wiele wymagał od siebie, od życia i od kawy. Kawa według niego
musi być idealnie zaparzona i podana w eleganckiej porcelanie. Powinna
mieć odpowiedni wygląd (bez dodatku mleka czy śmietanki!) oraz kuszący
zapach. Na jej powierzchni ma się unosić delikatna crema wytworzona
przez ekspres ciśnieniowy. I co najważniejsze: kawa musi być odpowiednio
gorąca, by wysoka temperatura przyjemnie drażniła jego przełyk, a jednocześnie na tyle wystudzona, by nie parzyć języka. Resztka napoju,
która została w filiżance, była już zimna. Brzydził się taką kawą.
Dyrektor poznańskiego oddziału telewizji Primo TV - Kamil Grabowski -
nie czekając na odpowiedź gościa, wezwał do siebie sekretarkę.
- Pani Grażynko, niech pani nam jeszcze zrobi po kawie. Może tym razem
espresso? - Grabowski zwrócił się do siedzącego przy stole
czterdziestoośmioletniego blondyna w idealnie skrojonym garniturze. -
Pamiętam, że podczas ostatniej wizyty bardzo panu smakowało, panie
prezesie.
- Co za pamięć. - Mężczyzna zdziwił się od niechcenia.
- Espresso dwa razy, migiem - zarządził Grabowski tonem nieznoszącym
sprzeciwu, a młoda sekretarka w jednej sekundzie zniknęła za drzwiami,
by po chwili wrócić i obdarować przełożonych kawą i szczerym uśmiechem.
Aromat espresso wprawił Zielińskiego w zadumę. Lubił bywać w Poznaniu.
Obserwował właśnie tętniące życiem centrum Poznania zza szyby
klimatyzowanego i nowoczesnego biura, w którym przez wszystkich
traktowany był jak król.
Wizyty w Poznaniu kojarzyły mu się z poznańskim Starym Browarem -
Centrum Sztuki i Biznesu. On w stolicy Wielkopolski stworzył dla siebie
nową jakość. Miejsce łączące przyjemności z biznesem, oczywiście przy
kuflu dobrego piwa. Jego prywatne Centrum Seksu i Biznesu. Po
spotkaniach zawodowych odwiedzał bowiem Stary Browar, by kupić żonie
mały upominek, po czym udawał się do niej.
Stałym punktem wizytacji poznańskiego oddziału telewizji były wieczory
spędzane z młodym ciałem, skrywającym intrygujący umysł. Z nią - kobietą
idealną: inteligentną, atrakcyjną, emocjonalną, ale nie robiącą scen.
Spotkania bez zobowiązań i bez uczuć. Biznes wieczorową porą. Gra w otwarte karty.
- Miałeś nie dzwonić!
- Miałem. Ale...
- O co chodzi?!
- Co z dokumentami po jego śmierci? Musisz się o nie zatroszczyć!
- Nie tym tonem! Nie do mnie! Dobrze wiem, co muszę, a czego nie!
- Musisz...
- Kurwa! Próbowałem. Za późno! Byłem w jego domu. Sejf stał pusty. Ktoś
mnie ubiegł.
Mężczyzna nie chciał tego słuchać. Bez pożegnania rozłączył się i rzucił
telefonem komórkowym. Aparat starego typu upadł na ziemię, a mężczyzna
chwilę później z podobnym hukiem opadł na fotel. Jednym ruchem ręki
skierował pilota w kierunku wieży CD.
Gabinet wypełniły dźwięki sonaty fortepianowej numer czternaście.
- Spokojnie, spokojnie - tłumaczył sam sobie, chcąc uregulować
przyspieszony oddech. - Pam, pa, pam.
Zamknął oczy i starał się dostosować ciało do muzyki, która przez nie
przepływała. Powolny wdech nosem. Przerwa. Wydech ustami. Powtarzający
się trójkowy rytm działał na niego uspokajająco. Uwielbiał Beethovena za
ten utwór - Sonatę Księżycową - melancholijną opowieść o miłości, w której zaburzona została kolejność typowej sonaty. Kompozytor złamał
panujące zasady, zaplanował nieład i jednocześnie niebywale uporządkował
dźwięki. Uwielbiał Adagio sostenuto. Każda nuta wydawała się
niezbędna, by całość opowieści mogła istnieć.
- Pewnie wcale nie było ich w tym sejfie. Nie ma się czym martwić. -
Jego oddech uspokoił się.
Mógł z rozkoszą oddawać się przyjemności. Melodia przyspieszyła i przyjęła postać beztroskiego młodzieńca podskakującego z radości na
łące. Rozpalone policzki młodzieńca kontrastowały z zimną i mokrą
ziemią.
Pomarszczone dłonie mężczyzny uniosły się bezwiednie i rozpoczęły w powietrzu taniec, malując abstrakcyjne obrazy. Reszta ciała nieruchomo
spoczywała w fotelu.
- A co jeśli dokumenty wpadły w niepowołane ręce? - zapytał, a wzburzenie narastało wraz z kolejnymi taktami muzyki.
Galopujące Presto agitato zniszczyło nikły spokój, który udało mu się
osiągnąć. Kolejne fragmenty partytury niosły odważne kolaże i mocno
akcentowane nuty. Wysokie dźwięki, narastające i nieokiełznane emocje,
przed którymi nie mógł uciec. Widział swoją przyszłość. Dokumenty w rękach wroga. Ucieczkę ostatkiem sił. Był już zbyt stary, by biec tak
długo. Przewracał się.
Nerwowo powtarzane akordy oddawały charakter kłótni. Bardzo ostrej
wymiany zdań.
Po kilkunastu sekundach sonata jeszcze przyspieszyła. Zbliżała się do
końca, ale on nawet nie był w stanie tak szybko przebierać palcami!
Pauza. Sekundowa przerwa. Po chwili muzyka wróciła... i te emocje.
- Nie, nie, nie! - zaczął krzyczeć, odganiając myśli.
Gdyby muzyka opowiadała jego historię, w tej chwili musiałby pchnięty
paść na ziemię. Na kolana. I błagać... błagać o przebaczenie.
Gdy tylko wybrzmiał ostatni, nadspodziewanie mocny akcent kończący
dzieło, mężczyzna odsłuchał trzecią część sonaty jeszcze raz. Te
ostatnie prawie siedem minut było dla niego najistotniejszym elementem
opowieści. Nie tylko dla niego. Dla Beethovena również.
Rozdział II
ROZDZIAŁ II
Pociąg szarpie, a tłuste ciało kołysze się i uderza w niego z taką siłą,
że sam aż odchyla się do tyłu, szturchając stojącą za nim kobietę.
Kurwa, a myślałem, że stoję wystarczająco daleko od tego śmierdzącego
typa.
Ludzie ustawiający się w wąskim korytarzu wagonu kolejowego nie mogą
doczekać się momentu zatrzymania pociągu i dopchnięcia się do drzwi.
Stają blisko siebie i gdy maszynista hamuje, pociąg wytraca swoją
prędkość, a doznania dźwiękowe nieprzyjemnie wibrują w uszach -
przechylają się jak kostki domina. Po kolei. Jeden na drugiego. Do
przodu.
- Tu... cja... do... - ogłasza zniekształcony męski głos płynący z peronowych
głośników.
Że co? Jaka stacja? Czy naprawdę nie można zatrudniać na dworcach osób,
które mówią wyraźnie? Po prostu zwyczajnie zrozumiale?!
Kontrolnie spojrzał na białą tablicę na budynku dworca. Tak, to Gniezno.
Stacja końcowa jego ojca.
Kto by pomyślał, że wyzionie ducha właśnie tu. W miejscu, w którym
wszystko się zaczęło, w kolebce państwa polskiego, pierwszej stolicy
Polski. Też sobie wybrał miejsce na śmierć. Patriota pieprzony. Mógł
umierać w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu. Wtedy on wsiadłby do
pierwszego lepszego samolotu i może zdążyłby się pożegnać. Powiedziałby,
że wybacza...
Tymczasem tłukł się znienawidzonym pociągiem z poczuciem moralnej zgagi,
by odebrać z domu starców osobiste rzeczy zmarłego. Po co mu te
szpargały? Szkoda fatygi. Gdyby mu nie wybaczył, pewnie by ich nie
odebrał, ale teraz... Nie, nie mogą wyrzucić ich na śmietnik. Osobiste
rzeczy Jana Nowaka nie będą leżeć wśród resztek zepsutego jedzenia i obsranych pampersów w rozmiarze XXL.
- Pociąg osobowy do Bydgoszczy przez Inowrocław gotowy do odjazdu z toru
drugiego przy peronie pierwszym. Planowy odjazd pociągu godzina
trzynasta pięćdziesiąt siedem. Życzymy przyjemnej podróży.
Przyjemnie to mu będzie, jak opuści to cholerne miejsce. Nie może
znaleźć schodów. Kurwa, czy te dworce nie mogą być czytelnie oznaczone?
Makabra. A podobno jesteśmy w Europie! Świetnie, żadnej ławki na
peronie, za to śmieci obok kosza i obsikany murek do kompletu. Jaka
piękna Europa... I ten pociąg, z którego wysiadłem; śmierdzący, obdrapany.
Skrzywił się z obrzydzeniem na samo jego wspomnienie.
- O kurwa!
- O Boże, dzwońcie po pogotowie! - pierwsza krzyczy starsza kobieta,
opierająca się o betonowy filar podtrzymujący zadaszenie peronu. - Jezus
Maria!
- Skąd ten hałas? - Mężczyzna wychodzący z tunelu rozgląda się
zdezorientowany.
- Coś wjechało w pociąg... - ktoś odpowiada.
- Jak to? Co?
Wzburzeni ludzie mijają go, trącając to z jednej, to z drugiej strony.
Krzyczą, płaczą, modlą się. A on stoi i patrzy na pociąg, a właściwie na
to, co z niego zostało: rozbite szyby i pogięta stal. Siła uderzenia
musiała być duża. Ostatni wagon pociągu osobowego złożył się w harmonijkę, środkowe dwa leżą na torach.
- Pomóżcie, ludzie, pomóżcie, moja żona! - W jednym z rozbitych okien
wagonu ukazuje się zakrwawiony mężczyzna.
Odwraca głowę i zamyka oczy. Ludzie krzyczą histerycznie, domagając się
pomocy, a on walczy z postępującym paraliżem.
Muszę uciekać. Muszę uciekać! - Tylko jedna myśl kołacze mu w głowie.
Jeśli szybko stąd nie zniknie, przestanie oddychać. Straci siły i umrze.
Musi uciekać. Musi stąd zabrać swoje ciało. Musi stąd zabrać swoje
myśli.
Rozdział III
ROZDZIAŁ III
Renata Rogozińska siedziała podekscytowana przed telewizorem. Na
szklanej ławie stały: koszyk z chlebem, talerz ze zwiniętymi w rulony
plastrami baleronu, szynki i pokrojonymi kawałkami pomidora oraz dwa
kubki z gorącą herbatą.
- Stasiu, wszystko już jest przygotowane! Kolacja na stole - krzyknęła w stronę kuchni, z której dochodziły trzaski. Jej mąż nie potrafił cicho
zamykać szafek. Popychał otwarte drzwiczki, czekając, aż uderzą o drewniany korpus. - Chodź już, zaraz się zacznie.
- Idę.
- Aaa, Stasiu? - Renata spojrzała na talerz z wędliną i pomidorem.
- Tak?
- Mógłbyś przynieść szczypiorek? Zostawiłam go na kuchennym blacie. Przy
czajniku.
- Nie.
- Nie? Nie widzisz?
- Widzę, ale skoro mówisz, że wszystko przygotowałaś, to szczypiorek
możesz przynieść sobie sama. - Stanisław stanął w drzwiach wejściowych
do salonu z obrażoną miną.
Kobieta spojrzała na męża. Od ponad dwunastu tysięcy dni budziła się
przy nim i zasypiała, słuchając jego chrapania. Nawet nie zauważyła,
kiedy jego włosy stały się siwe, a twarz zaczęła przypominać
powierzchnię wysuszonych rodzynek. Nie lubiła smaku rodzynek, nie lubiła
ich koloru. Uwielbiała za to winogrona; nabrzmiałe, jędrne i soczyste.
"Stasiek kiedyś był zupełnie inny" - pomyślała z nostalgią. "Odważny,
pełen energii i przytulał mnie... Ale niestety czas robi swoje. Zasuszamy
się. Naturalna kolej rzeczy. Rodzynkowatość dopada nie tylko ludzi, ale
też emocje i uczucia. Po trzydziestu latach małżeństwa ogromna i soczysta miłość pomarszczyła się, zmniejszając swoją objętość
kilkukrotnie. Pozostała tylko skórka. Pomarszczone wspomnienie tamtego
smaku..."
- Siadaj. - Machnęła ręką i zamiast wdawać się w zupełnie niepotrzebne
małżeńskie dyskusje, sama pobiegła do kuchni. - Już się skończyły
reklamy? - zapytała, gdy wróciła z aromatycznym szczypiorkiem.
- Aha - mruknął Stanisław Rogoziński, nie podzielając ekscytacji żony
tym, co ma nastąpić.
Na ekranie kolorowa animacja oraz irytująca muzyka zwiastowały
rozpoczęcie wieczornego programu informacyjnego. Mężczyzna usiadł na
sofie i sięgnął po kromkę ulubionego pieczywa oraz plasterek chudej
szynki. Z odrazą spojrzał na ociekający tłuszczem baleron.
- Jak ty możesz to jeść? - Wpatrywał się w znienawidzoną wędlinę,
czując, jak treść żołądka podchodzi mu do gardła. - Ohydny ten tłuszcz,
wejdzie ci w niemałe już biodra, osadzi się na tętnicach. Kobieto...
- Ciii. - Renata chwilami cieszyła się z rodzynkowej miłości. Nie
musiała brać do serca uwag męża. Wiedziała, że nie chce sprawić jej
przykrości, a jedynie martwi się. Umartwiał się, bo lubił. - Zobacz,
zobacz! Jest! Ania, nasza Ania.
Nie czekając na reakcję męża, zrobiła głośniej.
- Dziś o godzinie trzynastej pięćdziesiąt pięć na gnieźnieńskim dworcu
pociąg towarowy najechał na tył pociągu osobowego. Dotychczas nie
ustalono, z jakiego powodu obydwa pociągi zostały skierowane na jeden
tor. Pociąg osobowy czekał na podróżnych, by wyruszyć o trzynastej
pięćdziesiąt siedem do Bydgoszczy. - Na ekranie jedyna córka
Rogozińskich relacjonowała zdarzenia. Za nią widniał budynek odrapanego
dworca.
- Na miejscu już po piętnastu minutach od wypadku zjawiły się karetki
pogotowia oraz straż pożarna. Do szpitali dowieziono piętnastu rannych,
w tym dwie osoby w stanie ciężkim. Akcja została przeprowadzona
sprawnie... - tłumaczył rzecznik kolei.
- Wysiadłem z tego pociągu jakieś dwie minuty przed wypadkiem. Najpierw
usłyszałem bardzo głośny pisk, a potem hałas uderzenia... przeraźliwy
hałas. Na peronie zapanował chaos. Boże, gdyby ten pociąg... gdyby wjechał
dwie minuty wcześniej... nie rozmawiałbym teraz z panią... - Relacja
wstrząśniętego świadka wydarzenia została przerwana, a na ekranie
ponownie pojawiła się córka Rogozińskich.
- Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - podsumowała
reporterka. - Władze kolei nie ujawniają, dlaczego doszło do takiej
tragicznej omyłki. Omyłki, która dla kilku osób może zakończyć się
śmiercią. Dla wiadomości z Gniezna mówiła Anna Rogozińska.
Renata ściszyła telewizor i pełna dumy spojrzała na męża. Siedział na
fotelu, rytmicznie gryząc kanapkę i udając, że jest zajęty czytaniem
gazety.
- Anna Rogozińska, pięknie to brzmi, prawda?
- Mhm. - Stanisław nawet nie uniósł wzroku.
- Stanisław! - krzyknęła zniecierpliwiona. - Dlaczego ignorujesz i mnie,
i Anię?
- Anię? - Mężczyzna zdziwiony odłożył gazetę.
Rozejrzał się wokoło, jakby chcąc dać do zrozumienia, że nie pojmuje
problemu i wzburzenia żony. Córki nie było ani w salonie, ani w kuchni,
ani w innych pomieszczeniach ich domu.
- No przecież była tu przed chwilą. - Kobieta wskazała ręką w stronę
telewizora.
- Renatko, nie pamiętam, kiedy Ania była u nas po raz ostatni. Nie
rozumiem, dlaczego tak się podniecasz.
- Podniecam? Nasze dziecko ciężko pracuje! Osiąga sukcesy. Przecież
wiesz, jak musi się starać... "Dla wiadomości mówiła Anna Rogozińska".
Pięknie to brzmi, prawda? Jestem z niej taka dumna, a ty nie? - zapytała
z wyrzutem.
- Dumny z czego? Ja ciebie przepraszam, ale co to za wielka filozofia
opowiedzieć o wypadku na dworcu kolejowym?
- W ogólnopolskiej telewizji? Wielka filozofia! - zaprotestowała głośno.
- Ta... - przytaknął, nie chcąc po raz kolejny dyskutować z żoną na ten
sam temat. Od kilku lat przekonywali siebie nawzajem do zmiany zdania -
bezskutecznie.
- Zamiast ekscytować się, że miliony ludzi w tej chwili patrzyły na
TWOJĄ córkę, że miliony usłyszały TWOJE nazwisko, ty przeglądasz
głupkowatą gazetę. - Renata nie mogła opanować złości.
- A kto je w ogóle zdążył zauważyć? To moje nazwisko? Przecież relacja
nie trwała dłużej niż czterdzieści sekund.
Renata odłożyła przygotowaną kanapkę na talerz. Odechciało jej się jeść.
Dyskusja z mężem zmierzała w znanym jej od dawna kierunku. Anna, córka
Stanisława Rogozińskiego noszącego głowę wysoko, powinna pracować na
prestiżowym stanowisku. Ludzie powinni zwracać się do niej z należnym
rodzinie Rogozińskich szacunkiem. Co najmniej pani sędzino, pani
notariusz, w najgorszym wypadku - pani dyrektor. Powinna cieszyć się
zaufaniem publicznym, a nie szukać taniej sensacji i prezentować swoje
wdzięki przed kamerą.
- Halo? Kochanie? - Oddaliła się od denerwującego ją w tej chwili męża,
wyjęła z kieszeni fartucha telefon i zadzwoniła do córki.
- Cześć, mamo.
- Witaj, cudownie było. Jestem zachwycona, wiesz?
- Mhm.
- Mówiłaś takim zdecydowanym głosem, cudownie.
- Mhm.
- I bardzo ładnie wyglądałaś. To była nowa bluzka, prawda? Ładna, z taką
falbaną. Pięknie!
- Mhm, nowa.
- Kochanie - i to podsumowanie na koniec. Bardzo dobrze wyszło. Dobrze
zmontowali, prawda?
- Mhm.
- Jesteś zadowolona? Bo my z tatą jesteśmy zachwyceni. Jesteśmy z ciebie
dumni.
- Mhm.
- Mhm? - Dopiero teraz zauważyła, że rozmowa z córką niewiele odbiega od
rozmów z jej ojcem. - A ty czemu nic nie mówisz?
- Bo trochę jestem zajęta... - bąknęła nieśmiało córka.
- Aha, zajęta? Pracujesz jeszcze? - Renata spojrzała na zegar ścienny. -
Przecież za chwilę będzie dwudziesta pierwsza.
- Tak jakby...
- Ojej, o tej porze - zdziwiła się, ale zaraz przypomniała sobie, że
czas pracy w mediach jest nieograniczony. - Dobrze, to ja nie
przeszkadzam. Tylko nie przemęczaj się, proszę. Pamiętaj. Kochamy cię,
jesteś świetna, córuś.
- Dobrze, paa!
- Pa, pa, kochanie. Jestem z ciebie taka dumna. Nie pracuj zbyt długo.
Wyśpij się.
- Przepraszam. Musiałam odebrać. Matka się podnieca. - Anka próbowała
ukryć zawstydzenie.
Jej matka miała wystarczająco dużo czasu na oswojenie się z tym, że
córka jest dorosła, jednak jakoś jej to nie wyszło. Była w stosunku do
niej zbyt opiekuńcza, zbyt gadatliwa, zbyt przyjazna, zbyt pomocna i brakowało jej przy tym wyczucia czasu. Dzwoniła zazwyczaj wtedy, gdy
Ania przebywała w towarzystwie innych osób. To nie był najlepszy moment
na opowiadanie matce o swoich odczuciach. Owszem, bywały chwile, gdy
była Anią, małą dziewczynką, która chciała wesprzeć się na ramieniu
opiekuńczej mamy, wypłakać wszystkie łzy, naładować akumulatory miłością
i bezwarunkową akceptacją. Przy obcych ludziach starała się jednak
zachować pozory silnej, dorosłej kobiety. Poza domem była Anną.
Odbieranie telefonów od mamy psuło jej misternie budowany wizerunek. A już zwłaszcza wtedy, gdy była z NIM.
- Nie szkodzi. - Mężczyzna po czterdziestce roześmiał się, nie kryjąc
zadowolenia. - Ja też się podniecam, gdy o tobie myślę.
- Spróbowałbyś się nie podniecać - prowokowała.
- Fakt, nie mam wyjścia. Zawsze kręciły mnie młode, ambitne i inteligentne dziewczyny. Wiesz, że nie mogę ci się oprzeć? Tobie i kolumbijskiej kawie.
- Tak? Nie zauważyłam. - Uśmiechnęła się figlarnie, obserwując, jak
mężczyzna wkłada śnieżnobiałą koszulę, markową marynarkę i krawat.
Wyglądał imponująco. Krótko przycięte włosy, dwudniowy zarost na twarzy,
umięśniona klatka piersiowa. Zdecydowanymi ruchami narzucał kolejne
warstwy służbowego uniformu. Takiego go poznała. Sztywnego,
wyprasowanego, odpychająco oficjalnego, w spodniach wyprasowanych na
kant i koszuli bielszej od najbielszej bieli. Budzącego szacunek i lęk.
Dopiero później zauważyła duże brązowe oczy, otoczone firanami długich
rzęs i uśmiech mężczyzny, który dokładnie wie, na co ma ochotę. Ona
również nie potrafiła się mu oprzeć.
- Zatem, Anno, dziękuję za przemiły wieczór. - Mężczyzna stał już w przedpokoju, gotowy do wyjścia. Jego ton z minuty na minutę stawał się
coraz bardziej oficjalny. - Do zobaczenia.
- Ja również dziękuję. Powiedziałabym, że cała przyjemność po mojej
stronie, ale to nie byłoby chyba zgodne z prawdą. - Ruch, który wykonała
biodrami, sprawił, że mężczyzna przywarł do jej ust.
- Hmm - zamruczał na wspomnienie ich wieczoru. - Przyjemność była
również po mojej stronie. Ale czas wrócić do brutalnej rzeczywistości.
Do zobaczenia.
- Do zobaczenia - powtórzyła, studząc emocje chłodnym profesjonalizmem.
Chciała zasypać go pytaniami. Czy zadzwoni? Kiedy znowu przyjedzie? Czy
kiedyś powie, że ją kocha? Nie mogła. Złamałaby ich niepisaną umowę.
Zachowałaby się jak pierwsza lepsza słaba kobietka, a on cenił w niej
siłę i niezależność. Nie mogła więc tego zepsuć. Zbyt dużo by straciła.
- Wiesz... - Stał już w otwartych drzwiach, gdy nagle się odwrócił. -
Gdyby nie ty, nie przyjeżdżałbym do Poznania...
Nie czekając na jej reakcję, zamknął drzwi. Ania zakluczyła je i wróciła
do sypialni. Na łóżku stłamszona atłasowa pościel przypominała o tym, że
kilka chwil wcześniej odwiedził ją mężczyzna aspirujący do miana
idealnego. Zdjęła seksowny bordowy peniuar, który zwykła na siebie
narzucać podczas jego wizyt, i schowała do szuflady. Zamiast niego
włożyła ulubioną pidżamę.
- Auuua! - krzyknęła, gdy przez głowę wciągała górę od pidżamy.
Podbiegła do lustra i spojrzała na bolącą szyję. - Cholera, zapomniałam!
Muszę uważać - strofowała samą siebie. - Lekarz mówił, że może mnie to
boleć jeszcze kilka dni. Boże, co za dzień!
Zamknęła oczy i wciągnęła nosem duży haust powietrza. Poczuła nikłą
nutkę zapachu Roberta. Le Male zmieszany z jego potem. "Kurczę, mógłby
być mężczyzną idealnym! Czy zawsze coś musi nie grać?" - pomyślała
rozżalona. "Albo facet jest głupi, albo brzydki, albo biedny jak mysz
kościelna... albo... cholera!"
Usiadła na fotelu i spojrzała na komórkę. Odbierając telefon od mamy,
widziała na wyświetlaczu informację o dwóch nieodebranych połączeniach.
- To Łukasz. - Machnęła ręką i odłożyła komórkę. - Wybacz Łukaszku, nie
jestem w nastroju. Nie oddzwonię. Wiem, że zadzwonisz później, prawda?
Zawsze dzwonisz.
Poczuła zmęczenie, nie chciała jednak sama wracać do łóżka, w którym
kilka chwil wcześniej leżała z NIM. Potrzebowała paru minut na złapanie
dystansu. Odwrócenia uwagi od emocji. Spojrzała przez okno. Na dworze
panowała już ciemność. Z kilku otwartych okien dochodziły dźwięki
ostatniego wieczornego wydania wiadomości. Na rogu jej balkonu, między
posadzką a balustradą, zauważyła niewielką kupkę śmieci. Wyraźnie
widziała, że większość to niewielkie patyki leżące jeden na drugim.
- Muszę to sprzątnąć - westchnęła i już miała podnieść się z fotela, gdy
usłyszała dzwonek swojej komórki. Spojrzała więc na wyświetlacz i zanim
odebrała, uspokoiła sumienie, dodając: "jutro". - Sprzątnę to jutro.
- Halo? - Usłyszała głos kobiety, będącej głównym źródłem informacji w dziennikarskim śledztwie, nad którym pracowała od kilku dni.
- Tak, pani Żaneto?
- Pani redaktor, ja przepraszam, bo już późno, no. Obudziłam panią?
Pewnie przeszkadzam, ale taka podekscytowana jestem, dlatego dzwonię,
no. Muszę pani o tym powiedzieć. - Informatorka nie mogła opanować
słowotoku. - Dzwoniła do mnie kolejna kobieta. Też trafiła do tych
doktorów. Kono... jak mu było? No i do Magla.
- Leczył ją? - Ania skorzystała z sekundy ciszy, kiedy rozmówczyni
zamilkła, by przełknąć ślinę, i przeszła do ustalania faktów.
Wiedziała już, że Żaneta Cieplak była prostą kobietą, która mogła
ciągnąć swoją opowieść bez końca. Unikając faktów jak ognia, nie
szczędząc swoich mało odkrywczych przemyśleń, domysłów i hipotez,
dodając za to milion szczegółów ze swojego życia.
- Leczył.
- Wystąpi przed kamerą?
- No, ale z zakrytą twarzą. Straciła przez niego wszystko, co miała.
Chce go udupić. Znaczy się, no wie pani, chce, żeby jej za to zapłacił.
No!
- A wyniki badań ma? Dokumentację?
- Ma. Ma. Coś ma.
- Coś?
- No wie pani, ja się nie orientuję w tych nazwach. Pytałam, czy ma
papiery. Mówiła, że ma.
- Dobrze, porozmawiam z nią. Umówi mnie pani?
- No. Mam jej adres. Już jej gadałam, że pani jest taka kochana i że
pani nam pomoże. No i że ten kutas nie może tak oszukiwać kobiet! No!
Sprawiedliwości musi się stać... - Rozmówczyni przez chwilę szukała
odpowiedniego słowa. - Dość.
- Pani Żaneto. - Ania przerwała ostro. - Już późno. Proszę powiedzieć,
gdzie mam być i kiedy?
Rozdział IV
ROZDZIAŁ IV
- Jestem gotowy. - Oparty o ścianę Artur wpatrywał się w ekran kamery.
- Dobrze, zacznijmy od początku. Pani Marleno, proszę opowiedzieć, w jakich okolicznościach poznała pani doktora Konopielskiego. - Ania
zbliżyła mikrofon do siedzącej naprzeciwko niej zmęczonej kobiety.
Twarz pokrzywdzonej idealnie pasowała do wnętrza domu, którego adres
podała Ance Żaneta. Zrazim osiem. Pożółkłe ściany niczym malarskie
płótno przyjmowały kolejne warstwy naturalnych farb - brudu, potu i tłuszczu. W niektórych miejscach odchodził tynk, w innych przyklejone do
niego szare smarki tworzyły wymyślny wzór. Dom przesiąknięty był
zapachem strawionego i wypoconego alkoholu wlewanego do przełyku bez
większych ograniczeń i bez preferencji smakowych. Rozgrzewającego i ważniejszego dla domowników niż tlen. Cieczy, która w zaskakująco
szybkim tempie uwalnia endorfiny i dopaminę, niszcząc komórki wątroby i mózgu oraz zmniejszając aktywność leukocytów, a później wydostaje się
wraz z wydychanym powietrzem i potem osadzającym się na powierzchni
skóry.
- W jakich okolicznościach? - powtórzyła część pytania bezmyślnie.
- Tak - Ania potwierdziła. - Gdzie się spotkaliście po raz pierwszy?
- Przecież mówiłam przed chwilą... - Zmęczona kobieta przyglądała się
dziennikarce takim wzrokiem, jakby ta oczekiwała, że wyrecytuje jej
całego Pana Tadeusza.
- Pani Marleno... - Ania siliła się na uśmiech, by nie zdenerwować
rozmówczyni. - Spokojnie.
Studia dziennikarskie dały jej teoretyczne podstawy, które w ciągu kilku
lat praktyki zmodyfikowała. Na swoje potrzeby podzieliła ludzi na
heliofitów i skiofitów. Heliofici, jak rośliny światłożądne, rozglądali
się za światłem kamery i dopiero przy dużym jego natężeniu czuli się
dobrze. Zrobiliby i powiedzieli wszystko, byle tylko obiektyw był jak
najdłużej skierowany w ich stronę. Skiofici wręcz przeciwnie. Zamierali
przy kamerze, gubili wątki, tracili głos i chęć rozmowy.
- Proszę w ogóle nie patrzeć na kamerę, tak jakby jej nie było, dobrze?
- Dziennikarka starała się oswoić skiofitkę. - My będziemy sobie
rozmawiały, będę zadawała pytania, a pani niech opowiada, wszystko
swoimi słowami, dobrze?
- No dobrze. Tylko to światło daje po oczach, myśleć nie mogę! - Kobieta
wykrzywiła się i zasłoniła zmrużone oczy ręką.
- Rozumiem. - Ania ledwo powstrzymała się od komentarza. Wiedziała, że
praca przed kamerą na kacu jest wybitnie drażniąca. Gdy jej się
przydarzał, najchętniej nie zdejmowałaby okularów przeciwsłonecznych. -
Niestety światło jest potrzebne. Chce pani ładnie wyglądać?
- Ja? - Kobieta spuściła głowę i przyjrzała się dżinsowej spódnicy,
wygrzebanej z dna szafy, specjalnie na dzisiejszą okazję. Pogładziła
materiał ręką. - Chcem.
- Dobrze, pani Marleno, proszę powiedzieć, w jakich okolicznościach
poznała pani doktora Konopielskiego?
- No więc tak. - Marlena przygryzła wargi i zaczęła wypowiedź,
naśladując ton dziennikarki. - Doktora Konopielskiego poznałam w okolicznościach... - zamilkła, podrapała się po głowie i wróciła do
swojego niskiego głosu: - takich normalnych, no wie pani. No co mam
powiedzieć? Poznałam go i od razu rozłożyłam przed nim nogi, ha, ha, ha.
- Nerwowy śmiech odbił się od ścian obskurnego pokoju. - Koleżanka mi
mówiła, że powinnam sobie zrobić cytologię. Wie pani, ja nawet nie
pamiętałam, kiedy robiłam ją sobie przedtem. Pewnie jeszcze przed
pierwszą ciążą. Po co mam łazić do ginekologa, skoro nic mi nie jest?
Żeby łapy swoje wtykał...
- Czyli poszła pani do niego na wizytę, tak?
- Tak. Poszłam. I on mi tam pogmerał. Potem kazał przyjść po wyniki.
- Ale to była prywatna wizyta?
- Pani, jaka prywatna? Zwyczajna, w ośrodku zdrowia na państwową kasę.
Kogo stać na prywatne? Czy pani płaciłaby kilkadziesiąt złotych tylko po
to, by jakiś obcy dziad zajrzał pani w tyłek?
- Pani Marleno, yyy... - Anię zaskoczyła bezpośredniość rozmówczyni. -
Dobrze - skapitulowała, pocieszając się w myśli, że ten fragment rozmowy
się wytnie. - I jaki był wynik cytologii?
- Zły.
- Zły?
- Tak. Doktor powiedział, że jest bardzo źle.
- Źle, czyli jak?
- No, że rak. - Kobieta wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do kamery,
odsłaniając żółte, niepełne uzębienie.
- Co rak? - Dziennikarka gimnastykowała się, by wydusić z kobiety
odpowiedź, która nie będzie zlepkiem wyrazów. Potrzebowała zdania.
Pełnego. Z orzeczeniem i podmiotem. Takiego, które wykorzysta w materiale.
- No, że to rak.
- Czyli postawił diagnozę, że ma pani raka, tak?
- Tak. Postawił tą, no tego, diagnozę. Rak szyjki.
- Macicy?
- No tak, przecież nie czego innego.
- Dobrze. I co pani wtedy czuła?
- A co miałam czuć? Pani kochana, wszystko spadło mi na głowę. Rak to
wyrok. Rak to śmierć. Poryczałam się. A pan doktór złapał mnie za rękę i powiedział, że jeszcze nie wszystko stracone.
- Doktor Konopielski, tak?
- Rany, tak, Konopielski. Skurwiel jeden. Złapał za rękę i poczułam się
tak, jakby mnie rozumiał, jakby się przejął moim losem. Czuje to pani?
Taki doktór, pachnący i wyuczony, pochylał się nade mną. Całe życie
pracowałam fizycznie. Nie jestem ładna. Nawet mój stary już na mnie nie
patrzy tak, jak kiedyś. A ten doktór się przejął. I już wiedziałam, że
umieram i dlatego jest dla mnie miły. Przedtem, przed rakiem, to nawet
oczu znad papierów nie unosił.
- I co dalej? Dał pani jakieś leki? Pokazał wynik badania?
- Pani, nawet jeśliby mi pokazał, to co bym z tego zrozumiała?
Powiedział, że to jest dość zaawansowane studium...
- Stadium - Ania skorygowała błąd.
- Co?
- Zaawansowane stadium. Przejęzyczyła się pani. Proszę powtórzyć, to w montażu dokleimy - poinstruowała. - Zaawansowane stadium.
- No, za-a-wansowane sta-dium, ale jeszcze się kwalifikuje do leczenia.
Tak powiedział. Ale, że to już ostatni dzwonek. Że zna taki ośrodek, w którym z tym, no, kurczę, uciekł mi ten wyraz... że tam ludzi leczą z dobrym skutkiem.
- Podał nazwę?
- Dał mi nazwisko innego doktórka i jego telefon.
- Poszła pani do niego?
- Nie od razu. Bo Konopielski zaznaczył, że ten facet to lekarz
prywatny. Że na darmową wizytę u niego musiałabym czekać przynajmniej
dwa lata, bo on właściwie nowych nie przyjmuje, a za dwa lata to ja już
mogę być trupem.
- Czyli z wizytą refinansowaną przez fundusz trzeba by czekać. I tak
trafiła pani do doktora Krzysztofa Magla?
- No. Brał siedemdziesiąt złotych za wizytę. Ale dawał leki. Jakieś
superleki, sprowadzane z Niemiec. Miały zatrzymać raka i spowodować jego
zniszczenie.
- Nie bała się pani przyjmować leków zza granicy? Bez polskiej ulotki?
- Ulotki, pani? Kto czyta to gówno? Maczkiem zadrukowane małe karteczki.
Doktór mówił, że te tabletki są właśnie w trakcie badań, takich, co po
nich będą w polskich aptekach, i że dawno by już były, ale tam jakieś
polityczne kłótnie to opóźniały. Pani, ja mam politykę w dupie. Ja chcę
żyć.
- Tabletki kupowała pani u Magla? - Dziennikarka zadawała kolejne
pytania, układając sobie w myślach ostateczny wygląd nagrywanego właśnie
reportażu.
- Tak. Chodziłam do niego co dwa miesiące, na kontrolę i po zapas leków.
- I jak się pani po nich czuła?
- Dobrze, bardzo dobrze. Nawet prawie przestałam pić, ha, ha, ha.
Prawie, bo wie pani, są takie okazje, gdzie nie można odmówić. Ale
między okazjami nie piłam.
- I co się stało? - Ania starała się maksymalnie skracać wypowiedzi
kobiety. Potrzebowała konkretnych zarzutów, a nie jej prywatnych
opowieści.
- Po jakiejś okazji bolała mnie głowa, wypiłam parę piw i poszłam do
doktora. Wkurzył się, że jestem pijana i wykreślił mnie z listy swoich
pacjentów, zjebał z góry do dołu, że albo się leczę, albo chlam.
Skurwiel jeden, przecież od czasu do czasu trzeba wypić, jak jest
okazja.
- I?
- I nic. Wkurwiłam się, ale dobrze wyszło. I tak już się zapożyczałam.
Skąd miałam brać kasę na te wizyty? I jeszcze za leki mu płacić? No
skąd? Niech mi pani powie?
- Kiedy skończyły się lekarstwa, to jak pani się czuła?
- Na początku źle. Jakoś słabo. I brzuch mnie bolał. Tak mi się
wydawało. Dzieciakami zajmować mi się nie chciało. Obiadu staremu
ugotować też nie. Ale szybko przeszło.
- Jak długo nie bierze pani tych specyfików?
- Od roku. I żyję. I mam się dobrze. Jak pani widzi.
- Leczy się pani u innego lekarza?
- Nie. Jak nie myślę o tym raku, to czuję się lepiej. Jestem zdrowa.
Czuję to.
- Dobra, Artur, wyłącz kamerę. - Ania zniecierpliwiona kiwnęła na
kolegę. - Pani Marleno, czy ma pani jakiekolwiek dokumenty
potwierdzające to, co pani mówi? Wynik cytologii? Innych badań? Robiono
pani dodatkowe badania?
- Coś tam robili, ale nie dawali do rąk, tylko chowali do akt.
- "Coś tam", czyli co na przykład?
- Nie wiem. Nie pamiętam.
- Pani Marleno, ja muszę mieć jakiś dowód. A może ma pani te lekarstwa?
Albo receptę?
Rogozińska nie odpuszczała, chociaż powoli traciła nadzieję. Nie tak
wyobrażała sobie rozmowę z kobietą, która miałaby posunąć do przodu jej
dziennikarskie śledztwo.
- Nie. Mówiłam, że on nie dawał recept. Dawał tabletki.
- Rozumiem. Może ma pani chociaż opakowanie po tabletkach?
- Nie, nie zbieram śmieci.
Operator, korzystając z chwili przerwy, zmienił ustawienie kamery i zaczął filmować stary fotel stojący w kącie. Przykrywała go sterta
ubrań, siatek foliowych i gazet.
- To jak mam uwiarygodnić pani wersję wydarzeń? Może z mężem
porozmawiam? Chodził z panią na wizyty?
- Żartuje pani, a po co miałabym go brać?
Rogozińska nie odpowiedziała.
- To jak to sobie pani wyobraża?
- Zwyczajnie. Da mi pani kasę, za wywiad i na badania. Zrobię komplet
badań i zobaczy pani, że nie mam raka. Jestem zdrowa i że okłamali mnie
dokładnie tak samo, jak tą kobietę z Gniezna, co o niej było w telewizorze. Tą, co umarła.
- To byłby dobry pomysł, gdyby miała pani dokument potwierdzający, że
wcześniej postawiono taką, a nie inną diagnozę. Bez tego...
- Co się dzieje, kurwa, co to za ludzie? - W sieni domu pojawił się
pijany mężczyzna.
Wszedł do pokoju, zdjął czapkę z daszkiem, rzucił ją w kierunku starego
fotela. Czapka upadła dwadzieścia centymetrów przed meblem. Mężczyzna
starał się złapać równowagę, trzymając framugę drzwi. Intensywnie
mrugał, jakby próbując ustawić odpowiednią ostrość widzenia.
- Niech pani już idzie, to zły czas. - Spłoszona kobieta poderwała się z krzesła, popchnęła Anię w kierunku drzwi wyjściowych i pobiegła do męża.
- Nic, stary, kładź się do łóżka. Pomogę ci.
Ania mrugnęła porozumiewawczo na Artura. Ten kiwnął głową. Rozumieli się
bez słów. Zabrali sprzęt i opuścili dom, nie żegnając się z kobietą.
- Ja pierdzielę, ale tu klimat... - Artur nie mógł opanować śmiechu, gdy
znaleźli się już na podwórku.
- Co chcesz? Zrazim to się nazywa.
- Mam nadzieję, że niczym się tu nie zarazim - zażartował.
- Dobra, nakręć jeszcze to podwórko. - Wskazała ręką na zniszczoną budę,
do której przypięty był łańcuchem wychudzony pies. - To błoto, rozwaloną
stodołę. Może się przyda.
- Myślisz?
- Jeszcze nie wiem, spodziewałam się konkretów. Nie wiemy, czy baba mówi
prawdę. Może jest głupia, ale nie kłamie. A może jest cwaniarą i powie
wszystko, by dostać kilkanaście złotych na jabola. Myślę, że nie ma
sensu rezygnować z tego tematu. Może coś z tego da się wydusić? Jak tu
się wytnie, tam się skróci? Zobacz, jak tu filmowo. - Dziennikarka
rozłożyła ręce. - Może materiał nie nada się na główny wątek... ale to
taki bonus. Smaczek.
- Zajebiście śmierdzący bonus!
- No kurczę, Artek, nie ma się co dziwić. Wiadomo, że takich prostych
ludzi najłatwiej naciągnąć.
- Czy ja wiem, czy prostych w tym wypadku nie jest nadużyciem? To są
zwyczajni alkoholicy. Z wypalonymi mózgami...
- I brudnymi dziećmi. - Ania zauważyła dwóch małych chłopców.
Wybiegli zza stodoły. Jeden miał nie więcej niż cztery lata. Drugi
przewyższał brata o głowę. Byli umorusani błotem, potargani, w rękach
trzymali patyki.
- Dziećmi, którymi nikt się nie interesuje. Bo są ważniejsze rzeczy. Na
przykład ojciec nawalony w trupa, mimo że jeszcze nie ma południa. -
Ania westchnęła ciężko. - Wiesz co, może podjedziemy do sklepu i kupimy
trochę słodyczy? Jakieś czekolady, batony, chipsy? Sprawię tym maluchom
choć odrobinę przyjemności.
Artur wzruszył obojętnie ramionami, jednak widząc, jakim wzrokiem
koleżanka przygląda się dzieciakom, zamyślił się.
- Zadziwiasz mnie, wiesz?
- Wiem. - Spojrzała mu prosto w oczy.
Gdy Ania pojawiła się w firmie, świeżo po studiach, przy Arturze
nabywała pierwszych szlifów. To on opowiadał jej o relacjach panujących
w tym biznesie - o tym, z kim musi się liczyć, a na kogo nie zwracać
uwagi. Zaprzyjaźniła się z nim wyłącznie zawodowo. Ceniła jego zdanie,
on liczył się z jej spojrzeniem. Prywatnie żył jednak w zupełnie innym
świecie. Artur Lipiec wkrótce miał skończyć czterdzieści lat, był mężem
i ojcem. Po pracy wkładał na siebie dres, wełniane kapcie i starał się
nie odbierać nieznanych połączeń, by nikt nie kradł mu czasu spędzanego
z rodziną. Ania była jego przeciwieństwem. Żyła pracą, nawet gdy z niej
wychodziła.
- Dobra, wsiadaj - zarządził, gdy w jej oczach zobaczył łzy. - Widziałem
sklep po drodze. Podjedziemy. Nie wiedziałem, że widok zaniedbanego
dziecka może poruszyć twoje serce.
- Jak to, chcesz powiedzieć, że nie mam serca? - Wzruszenie próbowała
przykryć żartem.
- A masz? - spytał, nie spodziewając się odpowiedzi.
Przekręcił kluczyk w stacyjce. Samochód opuścił brudne podwórko.
- W sprawach zawodowych... nie. - Roześmiała się szczerze. - Każdy
człowiek jest kowalem swojego losu. Jak się podkłada, to można to
wykorzystać. Ale takie dzieci? Mają przesrane.
- No mają. Wiesz, Anka, odzyskuję nadzieję w to, że gdzieś głęboko w tobie siedzi ukryta wrażliwa kobieta, która kiedyś będzie dobrą matką.
- Wkurwiasz mnie, wiesz? - Wyjęła błyszczyk z torebki, odchyliła osłonę
przeciwsłoneczną i pomalowała usta.
- A jak się sprawuje twoje autko? - zmienił temat.
- Nawet mi o nim nie wspominaj, stoi u mechanika. - Ania ze złością
wrzuciła błyszczyk do torebki. - Odmówił posłuszeństwa. Coś mu się
zepsuło, ale nie pytaj mnie co. Nie zapamiętuję niepotrzebnych nazw.
Coś, co trzeba sprowadzić. Mechanik już się tym zajął. A ja... tęskniąc za
moją "cytrynką", jeżdżę komunikacją miejską albo samochodem firmowym
mojego upierdliwego kamerzysty.
- Upierdliwego, tak? - Zahamował, udając, że chce się zatrzymać i zostawić ją na poboczu.
- Tak, ale za to przystojnego i z rewelacyjnym wyczuciem, jeśli chodzi o zamykanie emocji na filmie. A właśnie, skoro o emocjach mowa, jak się
sprawuje twoja żona?
- Dobrze, nie narzekam. Nie psuje się.
- Kurczę, liczę na to, że ten Biel nam coś powie. - Ania zamyśliła się.
- Może wskaże, gdzie szukać dowodów, bo na razie nie mam ich zbyt wiele.
Moje śledztwo stoi w miejscu. Póki co mam hipotezę i źródło, a muszę
mieć jeszcze dowody potwierdzające wersję Żanety Cieplak. Nie mam
dojścia do kartotek pacjentów doktora Magla, chociaż nawet gdybym miała,
to pewnie niczego bym tam nie znalazła. Założę się, że kart oszukiwanych
pacjentek tam nie ma.
- Dziwne, że ten Biel jednak do ciebie zadzwonił. Środowisko medyczne
trzyma się razem. Na początku kategorycznie odmówił. Co się stało, że
zmienił zdanie?
- Widzisz. - Wzruszyła obojętnie ramionami. - Może pomyślał, że nie ma
nic do stracenia. Jest zbyt stary. Cieszę się, że pojedziesz tam ze mną.
Rozdział V
ROZDZIAŁ V
Człowiek jest istotą niezwykle szybko przystosowującą się do panujących
warunków. W takim pociągu na przykład. Wchodzi do wagonu, szuka miejsca
siedzącego, przepycha się, niechętnie spoglądając na innych, rozkłada
bagaże. Siada, jeśli tylko uda mu się upolować wolne miejsce. Pociąg
odjeżdża ze stacji. Rozpoczyna się hipnotyzujący koncert. Stukot, szum,
pisk, uderzenia, łoskot, szelesty, gwizdy. Natężenie hałasu rośnie.
Człowiek zaczyna mówić do sąsiadów albo przez telefon. Nagle zapomina o hałasie, starając się go zagłuszyć. Myśli, że jego słowa giną przykryte
pociągową melodią i szumem rozmów innych, że nie trafią do niepowołanych
uszu.
Kobieta siedząca naprzeciw niego wyciąga z siatki grubą parówkę i zagryza ją, bezmyślnie zawieszając wzrok za oknem. Mruga, ale nie
porusza źrenicami. Obrazy wyświetlane przez szklaną ramkę migają z zawrotną prędkością. Trudno jest zwrócić uwagę na jakieś szczegóły.
Jedno drzewo, gospodarstwo, ooo i trzy krowy. Kobieta przeżuwa parówkę,
szeroko otwierając usta. On chcąc nie chcąc widzi, jak duże kęsy
jedzenia miażdżone przez zęby współpasażerki zmieniają się w miękką
masę.
- Dzień dobry państwu. Proszę przygotować bilety do kontroli. Bileciki!
- powtarza konduktor i trąca mężczyznę drzemiącego obok parówkowej
kobiety.
Monotonia usypia. Odbiera energię i radość życia. Osłabia czujność. Jak
można spać w pociągu wśród tylu obcych ludzi? W gównianym wynalazku
naszych czasów - wagonie piętrowym. Jak można na tak małej przestrzeni
zamykać setki osób? I jeszcze sadzać ich twarzami do siebie? To poważny
błąd. Może i konstrukcja wagonu pozwala na zwiększenie jego ładowności
bez zwiększania długości, ale do kurwy nędzy! Ludzie są tu poupychani
jak świnie w transporcie do rzeźni. Piętrowo. Bez ładu i składu. W smrodzie i hałasie. No brakuje tylko słomy na podłodze i rażenia prądem.
- Pana bilet? - Konduktor dociera do mężczyzny, z powodu którego on musi
męczyć się w tym pociągu.
Doktor, znany powszechnie w środowisku lekarskim jako lekarz nieomylny,
klepie kieszenie swojej marynarki. On obserwuje go uważnie. Wie o mężczyźnie na tyle dużo, ile udało mu się dowiedzieć przez cztery dni
intensywnego śledztwa.
Facet kiedyś był na szczycie, potem się stoczył. Ale żeby aż tak, że
próbuje jeździć na gapę? Kurwa, tylko nie to! To zepsułoby jego plan.
- Tak, już, chwileczkę. - Po chwili nerwowych poszukiwań doktor znajduje
zniszczony młodzieżowy portfel i wyjmuje z niego bilet. - O, mam!
- Dziękuję. - Konduktor odchodzi, a on może odetchnąć z ulgą.
Doktorek ma takie ostre rysy. Dobrze wyglądałby na zdjęciu w delikatnym
HDR-ze. Duża rozpiętość tonalna podkreśliłaby wyraz jego twarzy.
Globalny kontrast foty uległby kompresji, ale zachowane byłyby lokalne
zmiany jasności. Półcień na twarzy budziłby zainteresowanie, ale i lęk
przed mroczną stroną życia. I do tego rozmazane tło śmierdzącego wagonu
kolejowego.
- Przepraszam, to moja stacja. - Kobieta jedząca parówkę uderza go
torebką, przepychając się do wyjścia.
Posyła jej karcące spojrzenie. Stacja stacją, ale mogłaby uważać. Zawsze
twierdził, że kobiety noszą ze sobą torebki tylko po to, by zawsze mieć
pod ręką narzędzie do maltretowania mężczyzn.
- Kurwa - wyrywa mu się, gdy miejsce, które zajmował doktorek, okazuje
się puste. Obiekt obserwacji zniknął. - To już Turzno?
Nie czekając na odpowiedź, podbiega do drzwi. Na szczęście peron jest
prawie pusty, od razu spostrzega postać lekarza idącego w kierunku wsi.
Wyskakuje z pociągu i idzie za nim, zachowując bezpieczną odległość. O tej godzinie zaczyna się szarówka.
Oprócz doktorka i kobiety śmierdzącej parówką pociąg opuszcza jeszcze
młody chłopak. Dama wsiada na rower przypięty do barierek przy budynku
imitującym dworzec. Bo co to za dworzec, na którym nie ma kas? Chłopak
znika w toyocie zaparkowanej przy peronie. Zostali sami. Nieświadomy i podążający w stronę oddalonych zabudowań doktorek i on - polujący i cichy drapieżnik. Dawno nie był tak skupiony.
Ma tylko jedną szansę na atak i musi ją wykorzystać. Gdy tylko dojdzie
do linii lasu, ogłuszy faceta, a potem uderzy prosto w punkt witalny.
Rach-ciach i po wszystkim.
Nie, nie zamierzał myśleć o obrażeniach, jakie spowoduje ani o pieprzonych konsekwencjach. Uwolni w sobie instynkt. Jego przodkowie
milion lat walczyli o partnerki i terytorium, on na pewno też to
potrafi. Udawanie, że ludzie z natury nie są agresywni, jest chore. On
był zdrowy i właśnie uwalniał genetycznie zaprogramowane pokłady
agresji.
- Halo? - Docierając do linii lasu, upewnia się, że nikogo nie ma na
horyzoncie i podbiega do doktorka.
- Tak? - Zdziwiony lekarz spogląda prosto w jego oczy.
- Adam Biel?
- Tak, o co chodzi? - Mężczyzna kuli się i robi jeden krok w tył,
oddalając się, jakby czuł zbliżające się zagrożenie.
- Miło mi.
On wyciąga rękę i uśmiecha się szeroko. Tak, chce zmylić doktorka.
Oszukać, zaskoczyć, przestraszyć. Chce, by ofiara przez kilka sekund
żyła ze świadomością, że zaraz umrze. By nudne, lekarskie życie zdążyło
przemknąć przed oczami. Wszystkie dobre i złe uczynki.
- A właściwie nie - dodaje szybko, tkwiąc w uścisku. - Nie jest mi miło.
Przyciąga rękę Biela mocno do siebie i uderza zdziwioną twarzą ofiary o swoje kolano. Nie posądzał siebie o taką brutalność. Cios przychodzi mu
z łatwością. Wraz z wybuchem pierwotnych instynktów pojawia się
ekscytacja. Stara się zapanować nad oddechem. Po raz ostatni spogląda w oczy ofiary. Są zimne. Puste. Krew wypływa nosem.
Nic nie czuje. Nic nowego. Nawet obrzydzenia... Tak jakby wrzucał zużyty
papier toaletowy do kibla. Trzeba jeszcze tylko spuścić wodę i zakończyć
to, co się zaczęło.
Gdy Renata usłyszała charakterystyczne trzaśnięcie drzwiami, wyjrzała z kuchni, by zlustrować męża. Całe popołudnie spędził w ogrodzie. Odżywiał
drzewa, przycinał rośliny, kosił trawę. Wypielęgnowana zieleń otaczająca
ich dom była efektem wielu godzin pracy Stanisława. Odkąd przeszedł na
emeryturę, całą swoją uwagę skupiał na karmieniu trawy, by miała
odpowiednio nasycony odcień zieleni, pojeniu choinek, kwiatów i ratowaniu wszystkich roślin przed szkodnikami.
- Stasiu, tyle razy cię prosiłam! - zawołała karcąco, gdy zobaczyła, że
kroczy przez hol w skarpetkach, z których przy każdym ruchu stóp
odpadają kolejne źdźbła trawy.
- O co ci znowu chodzi, kobieto? - spytał lekceważąco, nic sobie nie
robiąc z tonu głosu żony i jak gdyby nigdy nic wszedł do kuchni.
Wyjął z lodówki butelkę schłodzonego schweppesa. Wlał do szklanki i dodał kilka kostek lodu. Pił zachłannie, podczas gdy żona chodziła po
kuchni jak zdenerwowana lwica.
- O co mi chodzi? Cholera jasna, czy ja jestem twoją służącą? - Nie
czekając na odpowiedź męża, kontynuowała, dając upust emocjom. -
Sprzątam przez cały dzień. Latam ze ścierą, odkurzam, myję podłogi, a ty
w ogóle nie szanujesz mojej pracy!
- Ja? - zdziwił się.
- A kto naniósł tę trawę? Spójrz na swoje skarpetki! Całe zielone. Jak
ty to robisz? Przecież kosiarka wciąga to, co skosi! Skąd to się bierze
na twoich skarpetach? Przyznaj się, tarzasz się w tym specjalnie, by
mnie wkurzyć? Za każdym razem powtarzam, żebyś po koszeniu porządnie się
otrzepał na dworze. A ty masz to gdzieś! I wnosisz słomę do domu!
- Chcesz trochę toniku? - zapytał obojętnie, gdy złapał za butelkę, by
uzupełnić opróżnioną szklankę.
- Czy ty mnie słuchasz, czy gadam sama do siebie? - Usiadła zdenerwowana
na krześle.
- Wiesz, zawsze ceniłem cię za błyskotliwość i inteligencję. -
Uśmiechnął się do żony.
Nie mógł przecież przyznać się do tego, że wszystkie wypowiedzi
wyrzucane przez nią właśnie z takiej prędkości i takim tonie puszczał
mimo uszu. Zbyt długo był jej mężem, by przejmować się nic nieznaczącym
marudzeniem.
- Stanisławie, chcesz mnie jeszcze bardziej zdenerwować? Zmęczona
jestem, zobacz, zrobiłam buraczki. Specjalnie dla Ani. - Pokazała ręką
na dziesięć słoików wypełnionych czerwoną masą. - Nie mam siły sprzątać
naniesionych przez ciebie brudów.
- Jakich brudów? Ja niczego nie widzę.
- To może powinieneś używać okularów nie tylko do czytania? Bolą mnie
nogi i plecy, pomógłbyś? - Nagle jej ton zmienił się diametralnie. -
Zamieciesz to? - Przymilała się.
- Później - oznajmił tonem, z którym nikt nie śmiałby dyskutować. - Idę
się zrelaksować do gabinetu. Wkurzyłem się. W rogu działki pojawił się
kret. Polowałem na niego. Bezskutecznie. I przez to zmrok mnie zaskoczył
i nie zdążyłem skosić wszystkiego!
- No nie, czyli jutro znowu będziesz kosił i wnosił trawę do domu? -
spytała zrezygnowana.
- O, widzisz. To lepiej dziś tego nie sprzątaj. Zrobisz to jutro. Po
wszystkim.
Cmoknął żonę w policzek i zniknął za drzwiami swojego pokoju, w jednym
ręku trzymając szklankę, a w drugiej butelkę schweppesa.
W gabinecie panował perfekcyjny porządek. Każda rzecz miała w nim swoje
stałe określone miejsce. Nie można było niczego przestawiać. Nawet na
regale z ogromną kolekcją nagrań muzyki klasycznej płyty ustawione były
równo według przemyślanego klucza. Pierwszym kryterium był alfabetyczny
podział według nazwisk kompozytorów, następnym rok wydania płyty oraz
nazwa wykonawcy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki