Słodkich snów, Anno - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (25,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

ROZ­DZIAŁ I

Gdy weszła do pomiesz­cze­nia, czarne skó­rzane łóżko wydało jej się odro­binę per­wer­syjne. Miłe sko­ja­rze­nie jed­nak odpły­nęło z chwilą, gdy się poło­żyła i ośle­piło ją rażąco białe świa­tło lampy.

Póź­niej było już coraz gorzej. Jej świa­do­mość wędro­wała w stronę prze­ra­ża­ją­cego mroku. Obser­wo­wała cienki drut nie­uchron­nie zbli­ża­jący się do skóry. Meta­lowa pętla zaci­skała się na jej ciele. Kości­stymi dłońmi ści­snęła odru­chowo kra­wędź łóżka. W tej chwili skó­rzany mebel był jedy­nym przy­ja­cie­lem goto­wym bez sprze­ciwu przy­jąć na sie­bie małą część jej cier­pie­nia.

- Sssss - syk­nęła.

Impuls elek­tryczny prze­sko­czył z pętli na wysta­jący frag­ment ciała. Jej zmy­sły zwa­rio­wały. Poczuła coś, co uznała za ukłu­cie. Dopiero sekundę póź­niej swąd palo­nej skóry przy­po­mniał, że ukłu­cie mogło być jedy­nie wąt­pli­wie przy­jemną ułudą, fan­to­mo­wym złu­dze­niem, spo­so­bem poj­mo­wa­nia świata przez pry­zmat wła­snych doświad­czeń. Nikt ni­gdy wcze­śniej nie pró­bo­wał jej przy­pa­lać, za to igły nie­raz wbi­jano w prze­różne czę­ści jej ciała.

Nagle ciszę sta­no­wiącą tło śmier­dzą­cego t?te-a-t?te z prą­dem prze­rwał dzwo­nek tele­fonu komór­ko­wego.

- Halo? - Zimny dam­ski głos obił się o bla­do­nie­bie­skie ściany obskur­nego pomiesz­cze­nia.

- Jest kolejna robota!

- Tak?

- Niech będzie, pomogę pani.

- Słu­cham? - spy­tała auto­ma­tycz­nie, nie koja­rząc niskiego męskiego głosu.

- Biel. Pro­siła mnie pani o pomoc - odpo­wie­dział zde­cy­do­wa­nie.

- Aaa, witam. Cie­szę się, że pan dzwoni. - Kiedy dwa dni wcze­śniej zosta­wiała leka­rzowi swoją wizy­tówkę, nie liczyła, że z niej sko­rzy­sta. Kate­go­rycz­nie dał jej do zro­zu­mie­nia, że nie ma ochoty wypo­wia­dać się na temat kole­gów po fachu. - Skąd zmiana zda­nia?

- Nie, to nie. Nie muszę z panią roz­ma­wiać!

- Prze­pra­szam, prze­pra­szam. Niech się pan nie dener­wuje. Nie zamie­rzam ata­ko­wać. Pytam z cie­ka­wo­ści - odpo­wie­działa naj­ła­god­niej, jak potra­fiła.

Mimo że słowa, które usły­szała, mogły spra­wiać wra­że­nie, jakby dok­tor Biel dzwo­nił do niej od nie­chce­nia, nie­mal przy­pad­kiem, głos leka­rza zdra­dzał napię­cie. Chwi­lami zani­kał, by sekundę póź­niej przejść w nie­na­tu­ral­nie wysoki, wręcz histe­ryczny ton.

- Mam dość tego śro­do­wi­ska... - Biel zamilkł, by po chwili niczym kara­bin maszy­nowy wyrzu­cić z sie­bie serię palą­cych słów. - Jego zakła­ma­nia. Etyki, pożal się Boże, lekar­skiej. Tego obse­syj­nego mycia rąk. Ręka rękę myje. Ste­ryl­ność odmie­nia się przez wszyst­kie przy­padki. Przy­padki zanie­cha­nia, zapo­mnie­nia, lek­ko­myśl­no­ści, zachłan­no­ści...

- A Magiel i Kono­piel­ski? - zde­cy­do­wała się prze­rwać. Nie wąt­piła, że lekarz z takim sta­żem jak Adam Biel dobrze wie, w któ­rych szpi­tal­nych zaka­mar­kach kryje się kurz. Ją w tej chwili inte­re­so­wała tylko jedna afera lekar­ska. - Pamięta ich pan?

- Tak, tak. Jeden kochał pie­nią­dze. Drugi wie­dział, jak je zara­biać. Ide­alny duet.

- A dokład­niej?

- Nie! Nie ma mowy. To nie jest roz­mowa na tele­fon.

- Dobrze, przy­jadę do pana, poroz­ma­wiamy na spo­koj­nie.

- Cze­kam na panią we wto­rek, z samego rana. - Wład­czy ton dał dzien­ni­karce wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, na czy­ich warun­kach doj­dzie do spo­tka­nia. - Ale tym razem nie w kli­nice, tylko u mnie w domu.

- Będę - potwier­dziła. Zaraz też dodała rze­czowo: - O ósmej. A w domu, czyli gdzie?

- Tam, gdzie psy dupami szcze­kają. Turzno, dwa­dzie­ścia sie­dem...

- To może jesz­cze jedną kawu­się?

- Czy ja wiem?

Robert Zie­liń­ski spoj­rzał kon­tro­l­nie na fili­żankę sto­jącą przed nim na szkla­nym stole. Jej dno przy­kry­wała war­stwa ciem­no­brą­zo­wego napoju. Życio­daj­nego w jego mnie­ma­niu. Bez niego nie miałby siły zno­sić tych wszyst­kich fał­szy­wych uśmie­chów, śli­skich uści­sków dłoni i zazdro­snych spoj­rzeń. To on każ­dego dnia pobu­dzał go do dzia­ła­nia, orzeź­wiał i zwięk­szał spraw­ność myśle­nia.

Robert wiele wyma­gał od sie­bie, od życia i od kawy. Kawa według niego musi być ide­al­nie zapa­rzona i podana w ele­ganc­kiej por­ce­la­nie. Powinna mieć odpo­wiedni wygląd (bez dodatku mleka czy śmie­tanki!) oraz kuszący zapach. Na jej powierzchni ma się uno­sić deli­katna crema wytwo­rzona przez eks­pres ciśnie­niowy. I co naj­waż­niej­sze: kawa musi być odpo­wiednio gorąca, by wysoka tem­pe­ra­tura przy­jem­nie draż­niła jego prze­łyk, a jed­no­cze­śnie na tyle wystu­dzona, by nie parzyć języka. Resztka napoju, która została w fili­żance, była już zimna. Brzy­dził się taką kawą.

Dyrek­tor poznań­skiego oddziału tele­wi­zji Primo TV - Kamil Gra­bow­ski - nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź gościa, wezwał do sie­bie sekre­tarkę.

- Pani Gra­żynko, niech pani nam jesz­cze zrobi po kawie. Może tym razem espresso? - Gra­bow­ski zwró­cił się do sie­dzą­cego przy stole czter­dzie­sto­ośmio­let­niego blon­dyna w ide­al­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze. - Pamię­tam, że pod­czas ostat­niej wizyty bar­dzo panu sma­ko­wało, panie pre­ze­sie.

- Co za pamięć. - Męż­czy­zna zdzi­wił się od nie­chce­nia.

- Espresso dwa razy, migiem - zarzą­dził Gra­bow­ski tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu, a młoda sekre­tarka w jed­nej sekun­dzie znik­nęła za drzwiami, by po chwili wró­cić i obda­ro­wać prze­ło­żo­nych kawą i szcze­rym uśmie­chem.

Aro­mat espresso wpra­wił Zie­liń­skiego w zadumę. Lubił bywać w Pozna­niu. Obser­wo­wał wła­śnie tęt­niące życiem cen­trum Pozna­nia zza szyby kli­ma­ty­zo­wa­nego i nowo­cze­snego biura, w któ­rym przez wszyst­kich trak­to­wany był jak król.

Wizyty w Pozna­niu koja­rzyły mu się z poznań­skim Sta­rym Bro­wa­rem - Cen­trum Sztuki i Biz­nesu. On w sto­licy Wiel­ko­pol­ski stwo­rzył dla sie­bie nową jakość. Miej­sce łączące przy­jem­no­ści z biz­ne­sem, oczy­wi­ście przy kuflu dobrego piwa. Jego pry­watne Cen­trum Seksu i Biz­nesu. Po spo­tka­niach zawo­do­wych odwie­dzał bowiem Stary Bro­war, by kupić żonie mały upo­mi­nek, po czym uda­wał się do niej.

Sta­łym punk­tem wizy­ta­cji poznań­skiego oddziału tele­wi­zji były wie­czory spę­dzane z mło­dym cia­łem, skry­wa­ją­cym intry­gu­jący umysł. Z nią - kobietą ide­alną: inte­li­gentną, atrak­cyjną, emo­cjo­nalną, ale nie robiącą scen. Spo­tka­nia bez zobo­wią­zań i bez uczuć. Biz­nes wie­czo­rową porą. Gra w otwarte karty.

- Mia­łeś nie dzwo­nić!

- Mia­łem. Ale...

- O co cho­dzi?!

- Co z doku­men­tami po jego śmierci? Musisz się o nie zatrosz­czyć!

- Nie tym tonem! Nie do mnie! Dobrze wiem, co muszę, a czego nie!

- Musisz...

- Kurwa! Pró­bo­wa­łem. Za późno! Byłem w jego domu. Sejf stał pusty. Ktoś mnie ubiegł.

Męż­czy­zna nie chciał tego słu­chać. Bez poże­gna­nia roz­łą­czył się i rzu­cił tele­fo­nem komór­ko­wym. Apa­rat sta­rego typu upadł na zie­mię, a męż­czy­zna chwilę póź­niej z podob­nym hukiem opadł na fotel. Jed­nym ruchem ręki skie­ro­wał pilota w kie­runku wieży CD.

Gabi­net wypeł­niły dźwięki sonaty for­te­pia­no­wej numer czter­na­ście.

- Spo­koj­nie, spo­koj­nie - tłu­ma­czył sam sobie, chcąc ure­gu­lo­wać przy­spie­szony oddech. - Pam, pa, pam.

Zamknął oczy i sta­rał się dosto­so­wać ciało do muzyki, która przez nie prze­pły­wała. Powolny wdech nosem. Prze­rwa. Wydech ustami. Powta­rza­jący się trój­kowy rytm dzia­łał na niego uspo­ka­ja­jąco. Uwiel­biał Beetho­vena za ten utwór - Sonatę Księ­ży­cową - melan­cho­lijną opo­wieść o miło­ści, w któ­rej zabu­rzona została kolej­ność typo­wej sonaty. Kom­po­zy­tor zła­mał panu­jące zasady, zapla­no­wał nie­ład i jed­no­cze­śnie nie­by­wale upo­rząd­ko­wał dźwięki. Uwiel­biał Ada­gio soste­nuto. Każda nuta wyda­wała się nie­zbędna, by całość opo­wie­ści mogła ist­nieć.

- Pew­nie wcale nie było ich w tym sej­fie. Nie ma się czym mar­twić. - Jego oddech uspo­koił się.

Mógł z roz­ko­szą odda­wać się przy­jem­no­ści. Melo­dia przy­spie­szyła i przy­jęła postać bez­tro­skiego mło­dzieńca pod­ska­ku­ją­cego z rado­ści na łące. Roz­pa­lone policzki mło­dzieńca kon­tra­sto­wały z zimną i mokrą zie­mią.

Pomarsz­czone dło­nie męż­czy­zny unio­sły się bez­wied­nie i roz­po­częły w powie­trzu taniec, malu­jąc abs­trak­cyjne obrazy. Reszta ciała nie­ru­chomo spo­czy­wała w fotelu.

- A co jeśli doku­menty wpa­dły w nie­po­wo­łane ręce? - zapy­tał, a wzbu­rze­nie nara­stało wraz z kolej­nymi tak­tami muzyki.

Galo­pu­jące Pre­sto agi­tato znisz­czyło nikły spo­kój, który udało mu się osią­gnąć. Kolejne frag­menty par­ty­tury nio­sły odważne kolaże i mocno akcen­to­wane nuty. Wyso­kie dźwięki, nara­sta­jące i nie­okieł­znane emo­cje, przed któ­rymi nie mógł uciec. Widział swoją przy­szłość. Doku­menty w rękach wroga. Ucieczkę ostat­kiem sił. Był już zbyt stary, by biec tak długo. Prze­wra­cał się.

Ner­wowo powta­rzane akordy odda­wały cha­rak­ter kłótni. Bar­dzo ostrej wymiany zdań.

Po kil­ku­na­stu sekun­dach sonata jesz­cze przy­spie­szyła. Zbli­żała się do końca, ale on nawet nie był w sta­nie tak szybko prze­bie­rać pal­cami! Pauza. Sekun­dowa prze­rwa. Po chwili muzyka wró­ciła... i te emo­cje.

- Nie, nie, nie! - zaczął krzy­czeć, odga­nia­jąc myśli.

Gdyby muzyka opo­wia­dała jego histo­rię, w tej chwili musiałby pchnięty paść na zie­mię. Na kolana. I bła­gać... bła­gać o prze­ba­cze­nie.

Gdy tylko wybrzmiał ostatni, nad­spo­dzie­wa­nie mocny akcent koń­czący dzieło, męż­czy­zna odsłu­chał trze­cią część sonaty jesz­cze raz. Te ostat­nie pra­wie sie­dem minut było dla niego naj­istot­niej­szym ele­men­tem opo­wie­ści. Nie tylko dla niego. Dla Beetho­vena rów­nież.

Rozdział II

ROZ­DZIAŁ II

Pociąg szar­pie, a tłu­ste ciało koły­sze się i ude­rza w niego z taką siłą, że sam aż odchyla się do tyłu, sztur­cha­jąc sto­jącą za nim kobietę.

Kurwa, a myśla­łem, że stoję wystar­cza­jąco daleko od tego śmier­dzą­cego typa.

Ludzie usta­wia­jący się w wąskim kory­ta­rzu wagonu kole­jo­wego nie mogą docze­kać się momentu zatrzy­ma­nia pociągu i dopchnię­cia się do drzwi. Stają bli­sko sie­bie i gdy maszy­ni­sta hamuje, pociąg wytraca swoją pręd­kość, a dozna­nia dźwię­kowe nie­przy­jem­nie wibrują w uszach - prze­chy­lają się jak kostki domina. Po kolei. Jeden na dru­giego. Do przodu.

- Tu... cja... do... - ogła­sza znie­kształ­cony męski głos pły­nący z pero­no­wych gło­śni­ków.

Że co? Jaka sta­cja? Czy naprawdę nie można zatrud­niać na dwor­cach osób, które mówią wyraź­nie? Po pro­stu zwy­czaj­nie zro­zu­miale?!

Kon­tro­l­nie spoj­rzał na białą tablicę na budynku dworca. Tak, to Gnie­zno. Sta­cja koń­cowa jego ojca.

Kto by pomy­ślał, że wyzio­nie ducha wła­śnie tu. W miej­scu, w któ­rym wszystko się zaczęło, w kolebce pań­stwa pol­skiego, pierw­szej sto­licy Pol­ski. Też sobie wybrał miej­sce na śmierć. Patriota pie­przony. Mógł umie­rać w War­sza­wie, Kra­ko­wie czy Wro­cła­wiu. Wtedy on wsiadłby do pierw­szego lep­szego samo­lotu i może zdą­żyłby się poże­gnać. Powie­działby, że wyba­cza...

Tym­cza­sem tłukł się znie­na­wi­dzo­nym pocią­giem z poczu­ciem moral­nej zgagi, by ode­brać z domu star­ców oso­bi­ste rze­czy zmar­łego. Po co mu te szpar­gały? Szkoda fatygi. Gdyby mu nie wyba­czył, pew­nie by ich nie ode­brał, ale teraz... Nie, nie mogą wyrzu­cić ich na śmiet­nik. Oso­bi­ste rze­czy Jana Nowaka nie będą leżeć wśród resz­tek zepsu­tego jedze­nia i obsra­nych pam­per­sów w roz­mia­rze XXL.

- Pociąg oso­bowy do Byd­gosz­czy przez Ino­wro­cław gotowy do odjazdu z toru dru­giego przy pero­nie pierw­szym. Pla­nowy odjazd pociągu godzina trzy­na­sta pięć­dzie­siąt sie­dem. Życzymy przy­jem­nej podróży.

Przy­jem­nie to mu będzie, jak opu­ści to cho­lerne miej­sce. Nie może zna­leźć scho­dów. Kurwa, czy te dworce nie mogą być czy­tel­nie ozna­czone? Maka­bra. A podobno jeste­śmy w Euro­pie! Świet­nie, żad­nej ławki na pero­nie, za to śmieci obok kosza i obsi­kany murek do kom­pletu. Jaka piękna Europa... I ten pociąg, z któ­rego wysia­dłem; śmier­dzący, obdra­pany. Skrzy­wił się z obrzy­dze­niem na samo jego wspo­mnie­nie.

- O kurwa!

- O Boże, dzwoń­cie po pogo­to­wie! - pierw­sza krzy­czy star­sza kobieta, opie­ra­jąca się o beto­nowy filar pod­trzy­mu­jący zada­sze­nie peronu. - Jezus Maria!

- Skąd ten hałas? - Męż­czy­zna wycho­dzący z tunelu roz­gląda się zdez­o­rien­to­wany.

- Coś wje­chało w pociąg... - ktoś odpo­wiada.

- Jak to? Co?

Wzbu­rzeni ludzie mijają go, trą­ca­jąc to z jed­nej, to z dru­giej strony. Krzy­czą, pła­czą, modlą się. A on stoi i patrzy na pociąg, a wła­ści­wie na to, co z niego zostało: roz­bite szyby i pogięta stal. Siła ude­rze­nia musiała być duża. Ostatni wagon pociągu oso­bo­wego zło­żył się w har­mo­nijkę, środ­kowe dwa leżą na torach.

- Pomóż­cie, ludzie, pomóż­cie, moja żona! - W jed­nym z roz­bi­tych okien wagonu uka­zuje się zakrwa­wiony męż­czy­zna.

Odwraca głowę i zamyka oczy. Ludzie krzy­czą histe­rycz­nie, doma­ga­jąc się pomocy, a on wal­czy z postę­pu­ją­cym para­li­żem.

Muszę ucie­kać. Muszę ucie­kać! - Tylko jedna myśl koła­cze mu w gło­wie.

Jeśli szybko stąd nie znik­nie, prze­sta­nie oddy­chać. Straci siły i umrze. Musi ucie­kać. Musi stąd zabrać swoje ciało. Musi stąd zabrać swoje myśli.

Rozdział III

ROZ­DZIAŁ III

Renata Rogo­ziń­ska sie­działa pod­eks­cy­to­wana przed tele­wi­zo­rem. Na szkla­nej ławie stały: koszyk z chle­bem, talerz ze zwi­nię­tymi w rulony pla­strami bale­ronu, szynki i pokro­jo­nymi kawał­kami pomi­dora oraz dwa kubki z gorącą her­batą.

- Sta­siu, wszystko już jest przy­go­to­wane! Kola­cja na stole - krzyk­nęła w stronę kuchni, z któ­rej docho­dziły trza­ski. Jej mąż nie potra­fił cicho zamy­kać sza­fek. Popy­chał otwarte drzwiczki, cze­ka­jąc, aż ude­rzą o drew­niany kor­pus. - Chodź już, zaraz się zacznie.

- Idę.

- Aaa, Sta­siu? - Renata spoj­rzała na talerz z wędliną i pomi­do­rem.

- Tak?

- Mógł­byś przy­nieść szczy­pio­rek? Zosta­wi­łam go na kuchen­nym bla­cie. Przy czaj­niku.

- Nie.

- Nie? Nie widzisz?

- Widzę, ale skoro mówisz, że wszystko przy­go­to­wa­łaś, to szczy­pio­rek możesz przy­nieść sobie sama. - Sta­ni­sław sta­nął w drzwiach wej­ścio­wych do salonu z obra­żoną miną.

Kobieta spoj­rzała na męża. Od ponad dwu­na­stu tysięcy dni budziła się przy nim i zasy­piała, słu­cha­jąc jego chra­pa­nia. Nawet nie zauwa­żyła, kiedy jego włosy stały się siwe, a twarz zaczęła przy­po­mi­nać powierzch­nię wysu­szo­nych rodzy­nek. Nie lubiła smaku rodzy­nek, nie lubiła ich koloru. Uwiel­biała za to wino­grona; nabrzmiałe, jędrne i soczy­ste.

"Sta­siek kie­dyś był zupeł­nie inny" - pomy­ślała z nostal­gią. "Odważny, pełen ener­gii i przy­tu­lał mnie... Ale nie­stety czas robi swoje. Zasu­szamy się. Natu­ralna kolej rze­czy. Rodzyn­ko­wa­tość dopada nie tylko ludzi, ale też emo­cje i uczu­cia. Po trzy­dzie­stu latach mał­żeń­stwa ogromna i soczy­sta miłość pomarsz­czyła się, zmniej­sza­jąc swoją obję­tość kil­ku­krot­nie. Pozo­stała tylko skórka. Pomarsz­czone wspo­mnie­nie tam­tego smaku..."

- Sia­daj. - Mach­nęła ręką i zamiast wda­wać się w zupeł­nie nie­po­trzebne mał­żeń­skie dys­ku­sje, sama pobie­gła do kuchni. - Już się skoń­czyły reklamy? - zapy­tała, gdy wró­ciła z aro­ma­tycz­nym szczy­pior­kiem.

- Aha - mruk­nął Sta­ni­sław Rogo­ziń­ski, nie podzie­la­jąc eks­cy­ta­cji żony tym, co ma nastą­pić.

Na ekra­nie kolo­rowa ani­ma­cja oraz iry­tu­jąca muzyka zwia­sto­wały roz­po­czę­cie wie­czor­nego pro­gramu infor­ma­cyj­nego. Męż­czy­zna usiadł na sofie i się­gnął po kromkę ulu­bio­nego pie­czywa oraz pla­ste­rek chu­dej szynki. Z odrazą spoj­rzał na ocie­ka­jący tłusz­czem bale­ron.

- Jak ty możesz to jeść? - Wpa­try­wał się w znie­na­wi­dzoną wędlinę, czu­jąc, jak treść żołądka pod­cho­dzi mu do gar­dła. - Ohydny ten tłuszcz, wej­dzie ci w nie­małe już bio­dra, osa­dzi się na tęt­ni­cach. Kobieto...

- Ciii. - Renata chwi­lami cie­szyła się z rodzyn­ko­wej miło­ści. Nie musiała brać do serca uwag męża. Wie­działa, że nie chce spra­wić jej przy­kro­ści, a jedy­nie mar­twi się. Umar­twiał się, bo lubił. - Zobacz, zobacz! Jest! Ania, nasza Ania.

Nie cze­ka­jąc na reak­cję męża, zro­biła gło­śniej.

- Dziś o godzi­nie trzy­na­stej pięć­dzie­siąt pięć na gnieź­nień­skim dworcu pociąg towa­rowy naje­chał na tył pociągu oso­bo­wego. Dotych­czas nie usta­lono, z jakiego powodu oby­dwa pociągi zostały skie­ro­wane na jeden tor. Pociąg oso­bowy cze­kał na podróż­nych, by wyru­szyć o trzy­na­stej pięć­dzie­siąt sie­dem do Byd­gosz­czy. - Na ekra­nie jedyna córka Rogo­ziń­skich rela­cjo­no­wała zda­rze­nia. Za nią wid­niał budy­nek odra­pa­nego dworca.

- Na miej­scu już po pięt­na­stu minu­tach od wypadku zja­wiły się karetki pogo­to­wia oraz straż pożarna. Do szpi­tali dowie­ziono pięt­na­stu ran­nych, w tym dwie osoby w sta­nie cięż­kim. Akcja została prze­pro­wa­dzona spraw­nie... - tłu­ma­czył rzecz­nik kolei.

- Wysia­dłem z tego pociągu jakieś dwie minuty przed wypad­kiem. Naj­pierw usły­sza­łem bar­dzo gło­śny pisk, a potem hałas ude­rze­nia... prze­raź­liwy hałas. Na pero­nie zapa­no­wał chaos. Boże, gdyby ten pociąg... gdyby wje­chał dwie minuty wcze­śniej... nie roz­ma­wiał­bym teraz z panią... - Rela­cja wstrzą­śnię­tego świadka wyda­rze­nia została prze­rwana, a na ekra­nie ponow­nie poja­wiła się córka Rogo­ziń­skich.

- Jak widać, punkt widze­nia zależy od punktu sie­dze­nia - pod­su­mo­wała repor­terka. - Wła­dze kolei nie ujaw­niają, dla­czego doszło do takiej tra­gicz­nej omyłki. Omyłki, która dla kilku osób może zakoń­czyć się śmier­cią. Dla wia­do­mo­ści z Gnie­zna mówiła Anna Rogo­ziń­ska.

Renata ści­szyła tele­wi­zor i pełna dumy spoj­rzała na męża. Sie­dział na fotelu, ryt­micz­nie gry­ząc kanapkę i uda­jąc, że jest zajęty czy­ta­niem gazety.

- Anna Rogo­ziń­ska, pięk­nie to brzmi, prawda?

- Mhm. - Sta­ni­sław nawet nie uniósł wzroku.

- Sta­ni­sław! - krzyk­nęła znie­cier­pli­wiona. - Dla­czego igno­ru­jesz i mnie, i Anię?

- Anię? - Męż­czy­zna zdzi­wiony odło­żył gazetę.

Rozej­rzał się wokoło, jakby chcąc dać do zro­zu­mie­nia, że nie poj­muje pro­blemu i wzbu­rze­nia żony. Córki nie było ani w salo­nie, ani w kuchni, ani w innych pomiesz­cze­niach ich domu.

- No prze­cież była tu przed chwilą. - Kobieta wska­zała ręką w stronę tele­wi­zora.

- Renatko, nie pamię­tam, kiedy Ania była u nas po raz ostatni. Nie rozu­miem, dla­czego tak się pod­nie­casz.

- Pod­nie­cam? Nasze dziecko ciężko pra­cuje! Osiąga suk­cesy. Prze­cież wiesz, jak musi się sta­rać... "Dla wia­do­mo­ści mówiła Anna Rogo­ziń­ska". Pięk­nie to brzmi, prawda? Jestem z niej taka dumna, a ty nie? - zapy­tała z wyrzu­tem.

- Dumny z czego? Ja cie­bie prze­pra­szam, ale co to za wielka filo­zo­fia opo­wie­dzieć o wypadku na dworcu kole­jo­wym?

- W ogól­no­pol­skiej tele­wi­zji? Wielka filo­zo­fia! - zapro­te­sto­wała gło­śno.

- Ta... - przy­tak­nął, nie chcąc po raz kolejny dys­ku­to­wać z żoną na ten sam temat. Od kilku lat prze­ko­ny­wali sie­bie nawza­jem do zmiany zda­nia - bez­sku­tecz­nie.

- Zamiast eks­cy­to­wać się, że miliony ludzi w tej chwili patrzyły na TWOJĄ córkę, że miliony usły­szały TWOJE nazwi­sko, ty prze­glą­dasz głup­ko­watą gazetę. - Renata nie mogła opa­no­wać zło­ści.

- A kto je w ogóle zdą­żył zauwa­żyć? To moje nazwi­sko? Prze­cież rela­cja nie trwała dłu­żej niż czter­dzie­ści sekund.

Renata odło­żyła przy­go­to­waną kanapkę na talerz. Ode­chciało jej się jeść. Dys­ku­sja z mężem zmie­rzała w zna­nym jej od dawna kie­runku. Anna, córka Sta­ni­sława Rogo­ziń­skiego noszą­cego głowę wysoko, powinna pra­co­wać na pre­sti­żo­wym sta­no­wi­sku. Ludzie powinni zwra­cać się do niej z należ­nym rodzi­nie Rogo­ziń­skich sza­cun­kiem. Co naj­mniej pani sędzino, pani nota­riusz, w naj­gor­szym wypadku - pani dyrek­tor. Powinna cie­szyć się zaufa­niem publicz­nym, a nie szu­kać taniej sen­sa­cji i pre­zen­to­wać swoje wdzięki przed kamerą.

- Halo? Kocha­nie? - Odda­liła się od dener­wu­ją­cego ją w tej chwili męża, wyjęła z kie­szeni far­tu­cha tele­fon i zadzwo­niła do córki.

- Cześć, mamo.

- Witaj, cudow­nie było. Jestem zachwy­cona, wiesz?

- Mhm.

- Mówi­łaś takim zde­cy­do­wa­nym gło­sem, cudow­nie.

- Mhm.

- I bar­dzo ład­nie wyglą­da­łaś. To była nowa bluzka, prawda? Ładna, z taką fal­baną. Pięk­nie!

- Mhm, nowa.

- Kocha­nie - i to pod­su­mo­wa­nie na koniec. Bar­dzo dobrze wyszło. Dobrze zmon­to­wali, prawda?

- Mhm.

- Jesteś zado­wo­lona? Bo my z tatą jeste­śmy zachwy­ceni. Jeste­śmy z cie­bie dumni.

- Mhm.

- Mhm? - Dopiero teraz zauwa­żyła, że roz­mowa z córką nie­wiele odbiega od roz­mów z jej ojcem. - A ty czemu nic nie mówisz?

- Bo tro­chę jestem zajęta... - bąk­nęła nie­śmiało córka.

- Aha, zajęta? Pra­cu­jesz jesz­cze? - Renata spoj­rzała na zegar ścienny. - Prze­cież za chwilę będzie dwu­dzie­sta pierw­sza.

- Tak jakby...

- Ojej, o tej porze - zdzi­wiła się, ale zaraz przy­po­mniała sobie, że czas pracy w mediach jest nie­ogra­ni­czony. - Dobrze, to ja nie prze­szka­dzam. Tylko nie prze­mę­czaj się, pro­szę. Pamię­taj. Kochamy cię, jesteś świetna, córuś.

- Dobrze, paa!

- Pa, pa, kocha­nie. Jestem z cie­bie taka dumna. Nie pra­cuj zbyt długo. Wyśpij się.

- Prze­pra­szam. Musia­łam ode­brać. Matka się pod­nieca. - Anka pró­bo­wała ukryć zawsty­dze­nie.

Jej matka miała wystar­cza­jąco dużo czasu na oswo­je­nie się z tym, że córka jest doro­sła, jed­nak jakoś jej to nie wyszło. Była w sto­sunku do niej zbyt opie­kuń­cza, zbyt gada­tliwa, zbyt przy­ja­zna, zbyt pomocna i bra­ko­wało jej przy tym wyczu­cia czasu. Dzwo­niła zazwy­czaj wtedy, gdy Ania prze­by­wała w towa­rzy­stwie innych osób. To nie był naj­lep­szy moment na opo­wia­da­nie matce o swo­ich odczu­ciach. Ow­szem, bywały chwile, gdy była Anią, małą dziew­czynką, która chciała wes­przeć się na ramie­niu opie­kuń­czej mamy, wypła­kać wszyst­kie łzy, nała­do­wać aku­mu­la­tory miło­ścią i bez­wa­run­kową akcep­ta­cją. Przy obcych ludziach sta­rała się jed­nak zacho­wać pozory sil­nej, doro­słej kobiety. Poza domem była Anną. Odbie­ra­nie tele­fo­nów od mamy psuło jej mister­nie budo­wany wize­ru­nek. A już zwłasz­cza wtedy, gdy była z NIM.

- Nie szko­dzi. - Męż­czy­zna po czter­dzie­stce roze­śmiał się, nie kry­jąc zado­wo­le­nia. - Ja też się pod­nie­cam, gdy o tobie myślę.

- Spró­bo­wał­byś się nie pod­nie­cać - pro­wo­ko­wała.

- Fakt, nie mam wyj­ścia. Zawsze krę­ciły mnie młode, ambitne i inte­li­gentne dziew­czyny. Wiesz, że nie mogę ci się oprzeć? Tobie i kolum­bij­skiej kawie.

- Tak? Nie zauwa­ży­łam. - Uśmiech­nęła się figlar­nie, obser­wu­jąc, jak męż­czy­zna wkłada śnież­no­białą koszulę, mar­kową mary­narkę i kra­wat.

Wyglą­dał impo­nu­jąco. Krótko przy­cięte włosy, dwu­dniowy zarost na twa­rzy, umię­śniona klatka pier­siowa. Zde­cy­do­wa­nymi ruchami narzu­cał kolejne war­stwy służ­bo­wego uni­formu. Takiego go poznała. Sztyw­nego, wypra­so­wa­nego, odpy­cha­jąco ofi­cjal­nego, w spodniach wypra­so­wa­nych na kant i koszuli biel­szej od najbiel­szej bieli. Budzą­cego sza­cu­nek i lęk. Dopiero póź­niej zauwa­żyła duże brą­zowe oczy, oto­czone fira­nami dłu­gich rzęs i uśmiech męż­czy­zny, który dokład­nie wie, na co ma ochotę. Ona rów­nież nie potra­fiła się mu oprzeć.

- Zatem, Anno, dzię­kuję za prze­miły wie­czór. - Męż­czy­zna stał już w przed­po­koju, gotowy do wyj­ścia. Jego ton z minuty na minutę sta­wał się coraz bar­dziej ofi­cjalny. - Do zoba­cze­nia.

- Ja rów­nież dzię­kuję. Powie­dzia­ła­bym, że cała przy­jem­ność po mojej stro­nie, ale to nie byłoby chyba zgodne z prawdą. - Ruch, który wyko­nała bio­drami, spra­wił, że męż­czy­zna przy­warł do jej ust.

- Hmm - zamru­czał na wspo­mnie­nie ich wie­czoru. - Przy­jem­ność była rów­nież po mojej stro­nie. Ale czas wró­cić do bru­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści. Do zoba­cze­nia.

- Do zoba­cze­nia - powtó­rzyła, stu­dząc emo­cje chłod­nym pro­fe­sjo­na­li­zmem.

Chciała zasy­pać go pyta­niami. Czy zadzwoni? Kiedy znowu przy­je­dzie? Czy kie­dyś powie, że ją kocha? Nie mogła. Zła­ma­łaby ich nie­pi­saną umowę. Zacho­wa­łaby się jak pierw­sza lep­sza słaba kobietka, a on cenił w niej siłę i nie­za­leż­ność. Nie mogła więc tego zepsuć. Zbyt dużo by stra­ciła.

- Wiesz... - Stał już w otwar­tych drzwiach, gdy nagle się odwró­cił. - Gdyby nie ty, nie przy­jeż­dżał­bym do Pozna­nia...

Nie cze­ka­jąc na jej reak­cję, zamknął drzwi. Ania zaklu­czyła je i wró­ciła do sypialni. Na łóżku stłam­szona atła­sowa pościel przy­po­mi­nała o tym, że kilka chwil wcze­śniej odwie­dził ją męż­czy­zna aspi­ru­jący do miana ide­al­nego. Zdjęła sek­sowny bor­dowy peniuar, który zwy­kła na sie­bie narzu­cać pod­czas jego wizyt, i scho­wała do szu­flady. Zamiast niego wło­żyła ulu­bioną pidżamę.

- Auuua! - krzyk­nęła, gdy przez głowę wcią­gała górę od pidżamy. Pod­bie­gła do lustra i spoj­rzała na bolącą szyję. - Cho­lera, zapo­mnia­łam! Muszę uwa­żać - stro­fo­wała samą sie­bie. - Lekarz mówił, że może mnie to boleć jesz­cze kilka dni. Boże, co za dzień!

Zamknęła oczy i wcią­gnęła nosem duży haust powie­trza. Poczuła nikłą nutkę zapa­chu Roberta. Le Male zmie­szany z jego potem. "Kur­czę, mógłby być męż­czy­zną ide­al­nym! Czy zawsze coś musi nie grać?" - pomy­ślała roz­ża­lona. "Albo facet jest głupi, albo brzydki, albo biedny jak mysz kościelna... albo... cho­lera!"

Usia­dła na fotelu i spoj­rzała na komórkę. Odbie­ra­jąc tele­fon od mamy, widziała na wyświe­tla­czu infor­ma­cję o dwóch nie­ode­bra­nych połą­cze­niach.

- To Łukasz. - Mach­nęła ręką i odło­żyła komórkę. - Wybacz Łukaszku, nie jestem w nastroju. Nie oddzwo­nię. Wiem, że zadzwo­nisz póź­niej, prawda? Zawsze dzwo­nisz.

Poczuła zmę­cze­nie, nie chciała jed­nak sama wra­cać do łóżka, w któ­rym kilka chwil wcze­śniej leżała z NIM. Potrze­bo­wała paru minut na zła­pa­nie dystansu. Odwró­ce­nia uwagi od emo­cji. Spoj­rzała przez okno. Na dwo­rze pano­wała już ciem­ność. Z kilku otwar­tych okien docho­dziły dźwięki ostat­niego wie­czor­nego wyda­nia wia­do­mo­ści. Na rogu jej bal­konu, mię­dzy posadzką a balu­stradą, zauwa­żyła nie­wielką kupkę śmieci. Wyraź­nie widziała, że więk­szość to nie­wiel­kie patyki leżące jeden na dru­gim.

- Muszę to sprząt­nąć - wes­tchnęła i już miała pod­nieść się z fotela, gdy usły­szała dzwo­nek swo­jej komórki. Spoj­rzała więc na wyświe­tlacz i zanim ode­brała, uspo­ko­iła sumie­nie, doda­jąc: "jutro". - Sprzątnę to jutro.

- Halo? - Usły­szała głos kobiety, będą­cej głów­nym źró­dłem infor­ma­cji w dzien­ni­kar­skim śledz­twie, nad któ­rym pra­co­wała od kilku dni.

- Tak, pani Żaneto?

- Pani redak­tor, ja prze­pra­szam, bo już późno, no. Obu­dzi­łam panią? Pew­nie prze­szka­dzam, ale taka pod­eks­cy­to­wana jestem, dla­tego dzwo­nię, no. Muszę pani o tym powie­dzieć. - Infor­ma­torka nie mogła opa­no­wać sło­wo­toku. - Dzwo­niła do mnie kolejna kobieta. Też tra­fiła do tych dok­to­rów. Kono... jak mu było? No i do Magla.

- Leczył ją? - Ania sko­rzy­stała z sekundy ciszy, kiedy roz­mów­czyni zamil­kła, by prze­łknąć ślinę, i prze­szła do usta­la­nia fak­tów.

Wie­działa już, że Żaneta Cie­plak była pro­stą kobietą, która mogła cią­gnąć swoją opo­wieść bez końca. Uni­ka­jąc fak­tów jak ognia, nie szczę­dząc swo­ich mało odkryw­czych prze­my­śleń, domy­słów i hipo­tez, doda­jąc za to milion szcze­gó­łów ze swo­jego życia.

- Leczył.

- Wystąpi przed kamerą?

- No, ale z zakrytą twa­rzą. Stra­ciła przez niego wszystko, co miała. Chce go udu­pić. Zna­czy się, no wie pani, chce, żeby jej za to zapła­cił. No!

- A wyniki badań ma? Doku­men­ta­cję?

- Ma. Ma. Coś ma.

- Coś?

- No wie pani, ja się nie orien­tuję w tych nazwach. Pyta­łam, czy ma papiery. Mówiła, że ma.

- Dobrze, poroz­ma­wiam z nią. Umówi mnie pani?

- No. Mam jej adres. Już jej gada­łam, że pani jest taka kochana i że pani nam pomoże. No i że ten kutas nie może tak oszu­ki­wać kobiet! No! Spra­wie­dli­wo­ści musi się stać... - Roz­mów­czyni przez chwilę szu­kała odpo­wied­niego słowa. - Dość.

- Pani Żaneto. - Ania prze­rwała ostro. - Już późno. Pro­szę powie­dzieć, gdzie mam być i kiedy?

Rozdział IV

ROZ­DZIAŁ IV

- Jestem gotowy. - Oparty o ścianę Artur wpa­try­wał się w ekran kamery.

- Dobrze, zacznijmy od początku. Pani Mar­leno, pro­szę opo­wie­dzieć, w jakich oko­licz­no­ściach poznała pani dok­tora Kono­piel­skiego. - Ania zbli­żyła mikro­fon do sie­dzą­cej naprze­ciwko niej zmę­czo­nej kobiety.

Twarz pokrzyw­dzo­nej ide­al­nie paso­wała do wnę­trza domu, któ­rego adres podała Ance Żaneta. Zra­zim osiem. Pożół­kłe ściany niczym malar­skie płótno przyj­mo­wały kolejne war­stwy natu­ral­nych farb - brudu, potu i tłusz­czu. W nie­któ­rych miej­scach odcho­dził tynk, w innych przy­kle­jone do niego szare smarki two­rzyły wymyślny wzór. Dom prze­siąk­nięty był zapa­chem stra­wio­nego i wypo­co­nego alko­holu wle­wa­nego do prze­łyku bez więk­szych ogra­ni­czeń i bez pre­fe­ren­cji sma­ko­wych. Roz­grze­wa­ją­cego i waż­niej­szego dla domow­ni­ków niż tlen. Cie­czy, która w zaska­ku­jąco szyb­kim tem­pie uwal­nia endor­finy i dopa­minę, nisz­cząc komórki wątroby i mózgu oraz zmniej­sza­jąc aktyw­ność leu­ko­cy­tów, a póź­niej wydo­staje się wraz z wydy­cha­nym powie­trzem i potem osa­dza­ją­cym się na powierzchni skóry.

- W jakich oko­licz­no­ściach? - powtó­rzyła część pyta­nia bez­myśl­nie.

- Tak - Ania potwier­dziła. - Gdzie się spo­tka­li­ście po raz pierw­szy?

- Prze­cież mówi­łam przed chwilą... - Zmę­czona kobieta przy­glą­dała się dzien­ni­karce takim wzro­kiem, jakby ta ocze­ki­wała, że wyre­cy­tuje jej całego Pana Tade­usza.

- Pani Mar­leno... - Ania siliła się na uśmiech, by nie zde­ner­wo­wać roz­mów­czyni. - Spo­koj­nie.

Stu­dia dzien­ni­kar­skie dały jej teo­re­tyczne pod­stawy, które w ciągu kilku lat prak­tyki zmo­dy­fi­ko­wała. Na swoje potrzeby podzie­liła ludzi na helio­fi­tów i skio­fi­tów. Helio­fici, jak rośliny świa­tło­żądne, roz­glą­dali się za świa­tłem kamery i dopiero przy dużym jego natę­że­niu czuli się dobrze. Zro­bi­liby i powie­dzieli wszystko, byle tylko obiek­tyw był jak naj­dłu­żej skie­ro­wany w ich stronę. Skio­fici wręcz prze­ciw­nie. Zamie­rali przy kame­rze, gubili wątki, tra­cili głos i chęć roz­mowy.

- Pro­szę w ogóle nie patrzeć na kamerę, tak jakby jej nie było, dobrze? - Dzien­ni­karka sta­rała się oswoić skio­fitkę. - My będziemy sobie roz­ma­wiały, będę zada­wała pyta­nia, a pani niech opo­wiada, wszystko swo­imi sło­wami, dobrze?

- No dobrze. Tylko to świa­tło daje po oczach, myśleć nie mogę! - Kobieta wykrzy­wiła się i zasło­niła zmru­żone oczy ręką.

- Rozu­miem. - Ania ledwo powstrzy­mała się od komen­ta­rza. Wie­działa, że praca przed kamerą na kacu jest wybit­nie draż­niąca. Gdy jej się przy­da­rzał, naj­chęt­niej nie zdej­mo­wa­łaby oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. - Nie­stety świa­tło jest potrzebne. Chce pani ład­nie wyglą­dać?

- Ja? - Kobieta spu­ściła głowę i przyj­rzała się dżin­so­wej spód­nicy, wygrze­ba­nej z dna szafy, spe­cjal­nie na dzi­siej­szą oka­zję. Pogła­dziła mate­riał ręką. - Chcem.

- Dobrze, pani Mar­leno, pro­szę powie­dzieć, w jakich oko­licz­no­ściach poznała pani dok­tora Kono­piel­skiego?

- No więc tak. - Mar­lena przy­gry­zła wargi i zaczęła wypo­wiedź, naśla­du­jąc ton dzien­ni­karki. - Dok­tora Kono­piel­skiego pozna­łam w oko­licz­no­ściach... - zamil­kła, podra­pała się po gło­wie i wró­ciła do swo­jego niskiego głosu: - takich nor­mal­nych, no wie pani. No co mam powie­dzieć? Pozna­łam go i od razu roz­ło­ży­łam przed nim nogi, ha, ha, ha. - Ner­wowy śmiech odbił się od ścian obskur­nego pokoju. - Kole­żanka mi mówiła, że powin­nam sobie zro­bić cyto­lo­gię. Wie pani, ja nawet nie pamię­ta­łam, kiedy robi­łam ją sobie przed­tem. Pew­nie jesz­cze przed pierw­szą ciążą. Po co mam łazić do gine­ko­loga, skoro nic mi nie jest? Żeby łapy swoje wty­kał...

- Czyli poszła pani do niego na wizytę, tak?

- Tak. Poszłam. I on mi tam pogme­rał. Potem kazał przyjść po wyniki.

- Ale to była pry­watna wizyta?

- Pani, jaka pry­watna? Zwy­czajna, w ośrodku zdro­wia na pań­stwową kasę. Kogo stać na pry­watne? Czy pani pła­ci­łaby kil­ka­dzie­siąt zło­tych tylko po to, by jakiś obcy dziad zaj­rzał pani w tyłek?

- Pani Mar­leno, yyy... - Anię zasko­czyła bez­po­śred­niość roz­mów­czyni. - Dobrze - ska­pi­tu­lo­wała, pocie­sza­jąc się w myśli, że ten frag­ment roz­mowy się wytnie. - I jaki był wynik cyto­lo­gii?

- Zły.

- Zły?

- Tak. Dok­tor powie­dział, że jest bar­dzo źle.

- Źle, czyli jak?

- No, że rak. - Kobieta wzru­szyła ramio­nami i uśmiech­nęła się do kamery, odsła­nia­jąc żółte, nie­pełne uzę­bie­nie.

- Co rak? - Dzien­ni­karka gim­na­sty­ko­wała się, by wydu­sić z kobiety odpo­wiedź, która nie będzie zlep­kiem wyra­zów. Potrze­bo­wała zda­nia. Peł­nego. Z orze­cze­niem i pod­mio­tem. Takiego, które wyko­rzy­sta w mate­riale.

- No, że to rak.

- Czyli posta­wił dia­gnozę, że ma pani raka, tak?

- Tak. Posta­wił tą, no tego, dia­gnozę. Rak szyjki.

- Macicy?

- No tak, prze­cież nie czego innego.

- Dobrze. I co pani wtedy czuła?

- A co mia­łam czuć? Pani kochana, wszystko spa­dło mi na głowę. Rak to wyrok. Rak to śmierć. Pory­cza­łam się. A pan dok­tór zła­pał mnie za rękę i powie­dział, że jesz­cze nie wszystko stra­cone.

- Dok­tor Kono­piel­ski, tak?

- Rany, tak, Kono­piel­ski. Skur­wiel jeden. Zła­pał za rękę i poczu­łam się tak, jakby mnie rozu­miał, jakby się prze­jął moim losem. Czuje to pani? Taki dok­tór, pach­nący i wyuczony, pochy­lał się nade mną. Całe życie pra­co­wa­łam fizycz­nie. Nie jestem ładna. Nawet mój stary już na mnie nie patrzy tak, jak kie­dyś. A ten dok­tór się prze­jął. I już wie­dzia­łam, że umie­ram i dla­tego jest dla mnie miły. Przed­tem, przed rakiem, to nawet oczu znad papie­rów nie uno­sił.

- I co dalej? Dał pani jakieś leki? Poka­zał wynik bada­nia?

- Pani, nawet jeśliby mi poka­zał, to co bym z tego zro­zu­miała? Powie­dział, że to jest dość zaawan­so­wane stu­dium...

- Sta­dium - Ania sko­ry­go­wała błąd.

- Co?

- Zaawan­so­wane sta­dium. Prze­ję­zy­czyła się pani. Pro­szę powtó­rzyć, to w mon­tażu dokle­imy - poin­stru­owała. - Zaawan­so­wane sta­dium.

- No, za-a-wan­so­wane sta-dium, ale jesz­cze się kwa­li­fi­kuje do lecze­nia. Tak powie­dział. Ale, że to już ostatni dzwo­nek. Że zna taki ośro­dek, w któ­rym z tym, no, kur­czę, uciekł mi ten wyraz... że tam ludzi leczą z dobrym skut­kiem.

- Podał nazwę?

- Dał mi nazwi­sko innego dok­tórka i jego tele­fon.

- Poszła pani do niego?

- Nie od razu. Bo Kono­piel­ski zazna­czył, że ten facet to lekarz pry­watny. Że na dar­mową wizytę u niego musia­ła­bym cze­kać przy­naj­mniej dwa lata, bo on wła­ści­wie nowych nie przyj­muje, a za dwa lata to ja już mogę być tru­pem.

- Czyli z wizytą refi­nan­so­waną przez fun­dusz trzeba by cze­kać. I tak tra­fiła pani do dok­tora Krzysz­tofa Magla?

- No. Brał sie­dem­dzie­siąt zło­tych za wizytę. Ale dawał leki. Jakieś super­leki, spro­wa­dzane z Nie­miec. Miały zatrzy­mać raka i spo­wo­do­wać jego znisz­cze­nie.

- Nie bała się pani przyj­mo­wać leków zza gra­nicy? Bez pol­skiej ulotki?

- Ulotki, pani? Kto czyta to gówno? Macz­kiem zadru­ko­wane małe kar­teczki. Dok­tór mówił, że te tabletki są wła­śnie w trak­cie badań, takich, co po nich będą w pol­skich apte­kach, i że dawno by już były, ale tam jakieś poli­tyczne kłót­nie to opóź­niały. Pani, ja mam poli­tykę w dupie. Ja chcę żyć.

- Tabletki kupo­wała pani u Magla? - Dzien­ni­karka zada­wała kolejne pyta­nia, ukła­da­jąc sobie w myślach osta­teczny wygląd nagry­wa­nego wła­śnie repor­tażu.

- Tak. Cho­dzi­łam do niego co dwa mie­siące, na kon­trolę i po zapas leków.

- I jak się pani po nich czuła?

- Dobrze, bar­dzo dobrze. Nawet pra­wie prze­sta­łam pić, ha, ha, ha. Pra­wie, bo wie pani, są takie oka­zje, gdzie nie można odmó­wić. Ale mię­dzy oka­zjami nie piłam.

- I co się stało? - Ania sta­rała się mak­sy­mal­nie skra­cać wypo­wie­dzi kobiety. Potrze­bo­wała kon­kret­nych zarzu­tów, a nie jej pry­wat­nych opo­wie­ści.

- Po jakiejś oka­zji bolała mnie głowa, wypi­łam parę piw i poszłam do dok­tora. Wku­rzył się, że jestem pijana i wykre­ślił mnie z listy swo­ich pacjen­tów, zje­bał z góry do dołu, że albo się leczę, albo chlam. Skur­wiel jeden, prze­cież od czasu do czasu trzeba wypić, jak jest oka­zja.

- I?

- I nic. Wkur­wi­łam się, ale dobrze wyszło. I tak już się zapo­ży­cza­łam. Skąd mia­łam brać kasę na te wizyty? I jesz­cze za leki mu pła­cić? No skąd? Niech mi pani powie?

- Kiedy skoń­czyły się lekar­stwa, to jak pani się czuła?

- Na początku źle. Jakoś słabo. I brzuch mnie bolał. Tak mi się wyda­wało. Dzie­cia­kami zaj­mo­wać mi się nie chciało. Obiadu sta­remu ugo­to­wać też nie. Ale szybko prze­szło.

- Jak długo nie bie­rze pani tych spe­cy­fi­ków?

- Od roku. I żyję. I mam się dobrze. Jak pani widzi.

- Leczy się pani u innego leka­rza?

- Nie. Jak nie myślę o tym raku, to czuję się lepiej. Jestem zdrowa. Czuję to.

- Dobra, Artur, wyłącz kamerę. - Ania znie­cier­pli­wiona kiw­nęła na kolegę. - Pani Mar­leno, czy ma pani jakie­kol­wiek doku­menty potwier­dza­jące to, co pani mówi? Wynik cyto­lo­gii? Innych badań? Robiono pani dodat­kowe bada­nia?

- Coś tam robili, ale nie dawali do rąk, tylko cho­wali do akt.

- "Coś tam", czyli co na przy­kład?

- Nie wiem. Nie pamię­tam.

- Pani Mar­leno, ja muszę mieć jakiś dowód. A może ma pani te lekar­stwa? Albo receptę?

Rogo­ziń­ska nie odpusz­czała, cho­ciaż powoli tra­ciła nadzieję. Nie tak wyobra­żała sobie roz­mowę z kobietą, która mia­łaby posu­nąć do przodu jej dzien­ni­kar­skie śledz­two.

- Nie. Mówi­łam, że on nie dawał recept. Dawał tabletki.

- Rozu­miem. Może ma pani cho­ciaż opa­ko­wa­nie po tablet­kach?

- Nie, nie zbie­ram śmieci.

Ope­ra­tor, korzy­sta­jąc z chwili prze­rwy, zmie­nił usta­wie­nie kamery i zaczął fil­mo­wać stary fotel sto­jący w kącie. Przy­kry­wała go sterta ubrań, sia­tek folio­wych i gazet.

- To jak mam uwia­ry­god­nić pani wer­sję wyda­rzeń? Może z mężem poroz­ma­wiam? Cho­dził z panią na wizyty?

- Żar­tuje pani, a po co mia­ła­bym go brać?

Rogo­ziń­ska nie odpo­wie­działa.

- To jak to sobie pani wyobraża?

- Zwy­czaj­nie. Da mi pani kasę, za wywiad i na bada­nia. Zro­bię kom­plet badań i zoba­czy pani, że nie mam raka. Jestem zdrowa i że okła­mali mnie dokład­nie tak samo, jak tą kobietę z Gnie­zna, co o niej było w tele­wi­zo­rze. Tą, co umarła.

- To byłby dobry pomysł, gdyby miała pani doku­ment potwier­dza­jący, że wcze­śniej posta­wiono taką, a nie inną dia­gnozę. Bez tego...

- Co się dzieje, kurwa, co to za ludzie? - W sieni domu poja­wił się pijany męż­czy­zna.

Wszedł do pokoju, zdjął czapkę z dasz­kiem, rzu­cił ją w kie­runku sta­rego fotela. Czapka upa­dła dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów przed meblem. Męż­czy­zna sta­rał się zła­pać rów­no­wagę, trzy­ma­jąc fra­mugę drzwi. Inten­syw­nie mru­gał, jakby pró­bu­jąc usta­wić odpo­wied­nią ostrość widze­nia.

- Niech pani już idzie, to zły czas. - Spło­szona kobieta pode­rwała się z krze­sła, popchnęła Anię w kie­runku drzwi wyj­ścio­wych i pobie­gła do męża. - Nic, stary, kładź się do łóżka. Pomogę ci.

Ania mru­gnęła poro­zu­mie­waw­czo na Artura. Ten kiw­nął głową. Rozu­mieli się bez słów. Zabrali sprzęt i opu­ścili dom, nie żegna­jąc się z kobietą.

- Ja pier­dzielę, ale tu kli­mat... - Artur nie mógł opa­no­wać śmie­chu, gdy zna­leźli się już na podwórku.

- Co chcesz? Zra­zim to się nazywa.

- Mam nadzieję, że niczym się tu nie zara­zim - zażar­to­wał.

- Dobra, nakręć jesz­cze to podwórko. - Wska­zała ręką na znisz­czoną budę, do któ­rej przy­pięty był łań­cu­chem wychu­dzony pies. - To błoto, roz­wa­loną sto­dołę. Może się przyda.

- Myślisz?

- Jesz­cze nie wiem, spo­dzie­wa­łam się kon­kre­tów. Nie wiemy, czy baba mówi prawdę. Może jest głu­pia, ale nie kła­mie. A może jest cwa­niarą i powie wszystko, by dostać kil­ka­na­ście zło­tych na jabola. Myślę, że nie ma sensu rezy­gno­wać z tego tematu. Może coś z tego da się wydu­sić? Jak tu się wytnie, tam się skróci? Zobacz, jak tu fil­mowo. - Dzien­ni­karka roz­ło­żyła ręce. - Może mate­riał nie nada się na główny wątek... ale to taki bonus. Sma­czek.

- Zaje­bi­ście śmier­dzący bonus!

- No kur­czę, Artek, nie ma się co dzi­wić. Wia­domo, że takich pro­stych ludzi naj­ła­twiej nacią­gnąć.

- Czy ja wiem, czy pro­stych w tym wypadku nie jest nad­uży­ciem? To są zwy­czajni alko­ho­licy. Z wypa­lo­nymi mózgami...

- I brud­nymi dziećmi. - Ania zauwa­żyła dwóch małych chłop­ców.

Wybie­gli zza sto­doły. Jeden miał nie wię­cej niż cztery lata. Drugi prze­wyż­szał brata o głowę. Byli umo­ru­sani bło­tem, potar­gani, w rękach trzy­mali patyki.

- Dziećmi, któ­rymi nikt się nie inte­re­suje. Bo są waż­niej­sze rze­czy. Na przy­kład ojciec nawa­lony w trupa, mimo że jesz­cze nie ma połu­dnia. - Ania wes­tchnęła ciężko. - Wiesz co, może pod­je­dziemy do sklepu i kupimy tro­chę sło­dy­czy? Jakieś cze­ko­lady, batony, chipsy? Spra­wię tym malu­chom choć odro­binę przy­jem­no­ści.

Artur wzru­szył obo­jęt­nie ramio­nami, jed­nak widząc, jakim wzro­kiem kole­żanka przy­gląda się dzie­cia­kom, zamy­ślił się.

- Zadzi­wiasz mnie, wiesz?

- Wiem. - Spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

Gdy Ania poja­wiła się w fir­mie, świeżo po stu­diach, przy Artu­rze naby­wała pierw­szych szli­fów. To on opo­wia­dał jej o rela­cjach panu­ją­cych w tym biz­ne­sie - o tym, z kim musi się liczyć, a na kogo nie zwra­cać uwagi. Zaprzy­jaź­niła się z nim wyłącz­nie zawo­dowo. Ceniła jego zda­nie, on liczył się z jej spoj­rze­niem. Pry­wat­nie żył jed­nak w zupeł­nie innym świe­cie. Artur Lipiec wkrótce miał skoń­czyć czter­dzie­ści lat, był mężem i ojcem. Po pracy wkła­dał na sie­bie dres, weł­niane kap­cie i sta­rał się nie odbie­rać nie­zna­nych połą­czeń, by nikt nie kradł mu czasu spę­dza­nego z rodziną. Ania była jego prze­ci­wień­stwem. Żyła pracą, nawet gdy z niej wycho­dziła.

- Dobra, wsia­daj - zarzą­dził, gdy w jej oczach zoba­czył łzy. - Widzia­łem sklep po dro­dze. Pod­je­dziemy. Nie wie­dzia­łem, że widok zanie­dba­nego dziecka może poru­szyć twoje serce.

- Jak to, chcesz powie­dzieć, że nie mam serca? - Wzru­sze­nie pró­bo­wała przy­kryć żar­tem.

- A masz? - spy­tał, nie spo­dzie­wa­jąc się odpo­wie­dzi.

Prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce. Samo­chód opu­ścił brudne podwórko.

- W spra­wach zawo­do­wych... nie. - Roze­śmiała się szcze­rze. - Każdy czło­wiek jest kowa­lem swo­jego losu. Jak się pod­kłada, to można to wyko­rzy­stać. Ale takie dzieci? Mają prze­srane.

- No mają. Wiesz, Anka, odzy­skuję nadzieję w to, że gdzieś głę­boko w tobie sie­dzi ukryta wraż­liwa kobieta, która kie­dyś będzie dobrą matką.

- Wkur­wiasz mnie, wiesz? - Wyjęła błysz­czyk z torebki, odchy­liła osłonę prze­ciw­sło­neczną i poma­lo­wała usta.

- A jak się spra­wuje twoje autko? - zmie­nił temat.

- Nawet mi o nim nie wspo­mi­naj, stoi u mecha­nika. - Ania ze zło­ścią wrzu­ciła błysz­czyk do torebki. - Odmó­wił posłu­szeń­stwa. Coś mu się zepsuło, ale nie pytaj mnie co. Nie zapa­mię­tuję nie­po­trzeb­nych nazw. Coś, co trzeba spro­wa­dzić. Mecha­nik już się tym zajął. A ja... tęsk­niąc za moją "cytrynką", jeż­dżę komu­ni­ka­cją miej­ską albo samo­cho­dem fir­mo­wym mojego upier­dli­wego kame­rzy­sty.

- Upier­dli­wego, tak? - Zaha­mo­wał, uda­jąc, że chce się zatrzy­mać i zosta­wić ją na pobo­czu.

- Tak, ale za to przy­stoj­nego i z rewe­la­cyj­nym wyczu­ciem, jeśli cho­dzi o zamy­ka­nie emo­cji na fil­mie. A wła­śnie, skoro o emo­cjach mowa, jak się spra­wuje twoja żona?

- Dobrze, nie narze­kam. Nie psuje się.

- Kur­czę, liczę na to, że ten Biel nam coś powie. - Ania zamy­śliła się. - Może wskaże, gdzie szu­kać dowo­dów, bo na razie nie mam ich zbyt wiele. Moje śledz­two stoi w miej­scu. Póki co mam hipo­tezę i źró­dło, a muszę mieć jesz­cze dowody potwier­dza­jące wer­sję Żanety Cie­plak. Nie mam doj­ścia do kar­to­tek pacjen­tów dok­tora Magla, cho­ciaż nawet gdy­bym miała, to pew­nie niczego bym tam nie zna­la­zła. Założę się, że kart oszu­ki­wa­nych pacjen­tek tam nie ma.

- Dziwne, że ten Biel jed­nak do cie­bie zadzwo­nił. Śro­do­wi­sko medyczne trzyma się razem. Na początku kate­go­rycz­nie odmó­wił. Co się stało, że zmie­nił zda­nie?

- Widzisz. - Wzru­szyła obo­jęt­nie ramio­nami. - Może pomy­ślał, że nie ma nic do stra­ce­nia. Jest zbyt stary. Cie­szę się, że poje­dziesz tam ze mną.

Rozdział V

ROZ­DZIAŁ V

Czło­wiek jest istotą nie­zwy­kle szybko przy­sto­so­wu­jącą się do panu­ją­cych warun­ków. W takim pociągu na przy­kład. Wcho­dzi do wagonu, szuka miej­sca sie­dzą­cego, prze­py­cha się, nie­chęt­nie spo­glą­da­jąc na innych, roz­kłada bagaże. Siada, jeśli tylko uda mu się upo­lo­wać wolne miej­sce. Pociąg odjeż­dża ze sta­cji. Roz­po­czyna się hip­no­ty­zu­jący kon­cert. Stu­kot, szum, pisk, ude­rze­nia, łoskot, sze­le­sty, gwizdy. Natę­że­nie hałasu rośnie. Czło­wiek zaczyna mówić do sąsia­dów albo przez tele­fon. Nagle zapo­mina o hała­sie, sta­ra­jąc się go zagłu­szyć. Myśli, że jego słowa giną przy­kryte pocią­gową melo­dią i szu­mem roz­mów innych, że nie tra­fią do nie­po­wo­ła­nych uszu.

Kobieta sie­dząca naprze­ciw niego wyciąga z siatki grubą parówkę i zagryza ją, bez­myśl­nie zawie­sza­jąc wzrok za oknem. Mruga, ale nie poru­sza źre­ni­cami. Obrazy wyświe­tlane przez szklaną ramkę migają z zawrotną pręd­ko­ścią. Trudno jest zwró­cić uwagę na jakieś szcze­góły. Jedno drzewo, gospo­dar­stwo, ooo i trzy krowy. Kobieta prze­żuwa parówkę, sze­roko otwie­ra­jąc usta. On chcąc nie chcąc widzi, jak duże kęsy jedze­nia miaż­dżone przez zęby współ­pa­sa­żerki zmie­niają się w miękką masę.

- Dzień dobry pań­stwu. Pro­szę przy­go­to­wać bilety do kon­troli. Bile­ciki! - powta­rza kon­duk­tor i trąca męż­czy­znę drze­mią­cego obok parów­ko­wej kobiety.

Mono­to­nia usy­pia. Odbiera ener­gię i radość życia. Osła­bia czuj­ność. Jak można spać w pociągu wśród tylu obcych ludzi? W gów­nia­nym wyna­lazku naszych cza­sów - wago­nie pię­tro­wym. Jak można na tak małej prze­strzeni zamy­kać setki osób? I jesz­cze sadzać ich twa­rzami do sie­bie? To poważny błąd. Może i kon­struk­cja wagonu pozwala na zwięk­sze­nie jego ładow­no­ści bez zwięk­sza­nia dłu­go­ści, ale do kurwy nędzy! Ludzie są tu poupy­chani jak świ­nie w trans­por­cie do rzeźni. Pię­trowo. Bez ładu i składu. W smro­dzie i hała­sie. No bra­kuje tylko słomy na pod­ło­dze i raże­nia prą­dem.

- Pana bilet? - Kon­duk­tor dociera do męż­czy­zny, z powodu któ­rego on musi męczyć się w tym pociągu.

Dok­tor, znany powszech­nie w śro­do­wi­sku lekar­skim jako lekarz nie­omylny, kle­pie kie­sze­nie swo­jej mary­narki. On obser­wuje go uważ­nie. Wie o męż­czyź­nie na tyle dużo, ile udało mu się dowie­dzieć przez cztery dni inten­syw­nego śledz­twa.

Facet kie­dyś był na szczy­cie, potem się sto­czył. Ale żeby aż tak, że pró­buje jeź­dzić na gapę? Kurwa, tylko nie to! To zepsu­łoby jego plan.

- Tak, już, chwi­leczkę. - Po chwili ner­wo­wych poszu­ki­wań dok­tor znaj­duje znisz­czony mło­dzie­żowy port­fel i wyj­muje z niego bilet. - O, mam!

- Dzię­kuję. - Kon­duk­tor odcho­dzi, a on może ode­tchnąć z ulgą.

Dok­to­rek ma takie ostre rysy. Dobrze wyglą­dałby na zdję­ciu w deli­kat­nym HDR-ze. Duża roz­pię­tość tonalna pod­kre­śli­łaby wyraz jego twa­rzy. Glo­balny kon­trast foty uległby kom­pre­sji, ale zacho­wane byłyby lokalne zmiany jasno­ści. Pół­cień na twa­rzy budziłby zain­te­re­so­wa­nie, ale i lęk przed mroczną stroną życia. I do tego roz­ma­zane tło śmier­dzą­cego wagonu kole­jo­wego.

- Prze­pra­szam, to moja sta­cja. - Kobieta jedząca parówkę ude­rza go torebką, prze­py­cha­jąc się do wyj­ścia.

Posyła jej kar­cące spoj­rze­nie. Sta­cja sta­cją, ale mogłaby uwa­żać. Zawsze twier­dził, że kobiety noszą ze sobą torebki tylko po to, by zawsze mieć pod ręką narzę­dzie do mal­tre­to­wa­nia męż­czyzn.

- Kurwa - wyrywa mu się, gdy miej­sce, które zaj­mo­wał dok­to­rek, oka­zuje się puste. Obiekt obser­wa­cji znik­nął. - To już Turzno?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, pod­biega do drzwi. Na szczę­ście peron jest pra­wie pusty, od razu spo­strzega postać leka­rza idą­cego w kie­runku wsi. Wyska­kuje z pociągu i idzie za nim, zacho­wu­jąc bez­pieczną odle­głość. O tej godzi­nie zaczyna się sza­rówka.

Oprócz dok­torka i kobiety śmier­dzą­cej parówką pociąg opusz­cza jesz­cze młody chło­pak. Dama wsiada na rower przy­pięty do barie­rek przy budynku imi­tu­ją­cym dwo­rzec. Bo co to za dwo­rzec, na któ­rym nie ma kas? Chło­pak znika w toy­ocie zapar­ko­wa­nej przy pero­nie. Zostali sami. Nie­świa­domy i podą­ża­jący w stronę odda­lo­nych zabu­do­wań dok­to­rek i on - polu­jący i cichy dra­pież­nik. Dawno nie był tak sku­piony.

Ma tylko jedną szansę na atak i musi ją wyko­rzy­stać. Gdy tylko doj­dzie do linii lasu, ogłu­szy faceta, a potem ude­rzy pro­sto w punkt witalny. Rach-ciach i po wszyst­kim.

Nie, nie zamie­rzał myśleć o obra­że­niach, jakie spo­wo­duje ani o pie­przo­nych kon­se­kwen­cjach. Uwolni w sobie instynkt. Jego przod­ko­wie milion lat wal­czyli o part­nerki i tery­to­rium, on na pewno też to potrafi. Uda­wa­nie, że ludzie z natury nie są agre­sywni, jest chore. On był zdrowy i wła­śnie uwal­niał gene­tycz­nie zapro­gra­mo­wane pokłady agre­sji.

- Halo? - Docie­ra­jąc do linii lasu, upew­nia się, że nikogo nie ma na hory­zon­cie i pod­biega do dok­torka.

- Tak? - Zdzi­wiony lekarz spo­gląda pro­sto w jego oczy.

- Adam Biel?

- Tak, o co cho­dzi? - Męż­czy­zna kuli się i robi jeden krok w tył, odda­la­jąc się, jakby czuł zbli­ża­jące się zagro­że­nie.

- Miło mi.

On wyciąga rękę i uśmie­cha się sze­roko. Tak, chce zmy­lić dok­torka. Oszu­kać, zasko­czyć, prze­stra­szyć. Chce, by ofiara przez kilka sekund żyła ze świa­do­mo­ścią, że zaraz umrze. By nudne, lekar­skie życie zdą­żyło prze­mknąć przed oczami. Wszyst­kie dobre i złe uczynki.

- A wła­ści­wie nie - dodaje szybko, tkwiąc w uści­sku. - Nie jest mi miło.

Przy­ciąga rękę Biela mocno do sie­bie i ude­rza zdzi­wioną twa­rzą ofiary o swoje kolano. Nie posą­dzał sie­bie o taką bru­tal­ność. Cios przy­cho­dzi mu z łatwo­ścią. Wraz z wybu­chem pier­wot­nych instynk­tów poja­wia się eks­cy­ta­cja. Stara się zapa­no­wać nad odde­chem. Po raz ostatni spo­gląda w oczy ofiary. Są zimne. Puste. Krew wypływa nosem.

Nic nie czuje. Nic nowego. Nawet obrzy­dze­nia... Tak jakby wrzu­cał zużyty papier toa­le­towy do kibla. Trzeba jesz­cze tylko spu­ścić wodę i zakoń­czyć to, co się zaczęło.

Gdy Renata usły­szała cha­rak­te­ry­styczne trza­śnię­cie drzwiami, wyj­rzała z kuchni, by zlu­stro­wać męża. Całe popo­łu­dnie spę­dził w ogro­dzie. Odży­wiał drzewa, przy­ci­nał rośliny, kosił trawę. Wypie­lę­gno­wana zie­leń ota­cza­jąca ich dom była efek­tem wielu godzin pracy Sta­ni­sława. Odkąd prze­szedł na eme­ry­turę, całą swoją uwagę sku­piał na kar­mie­niu trawy, by miała odpo­wied­nio nasy­cony odcień zie­leni, poje­niu cho­inek, kwia­tów i rato­wa­niu wszyst­kich roślin przed szkod­ni­kami.

- Sta­siu, tyle razy cię pro­si­łam! - zawo­łała kar­cąco, gdy zoba­czyła, że kro­czy przez hol w skar­pet­kach, z któ­rych przy każ­dym ruchu stóp odpa­dają kolejne źdźbła trawy.

- O co ci znowu cho­dzi, kobieto? - spy­tał lek­ce­wa­żąco, nic sobie nie robiąc z tonu głosu żony i jak gdyby ni­gdy nic wszedł do kuchni.

Wyjął z lodówki butelkę schło­dzo­nego schwep­pesa. Wlał do szklanki i dodał kilka kostek lodu. Pił zachłan­nie, pod­czas gdy żona cho­dziła po kuchni jak zde­ner­wo­wana lwica.

- O co mi cho­dzi? Cho­lera jasna, czy ja jestem twoją słu­żącą? - Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź męża, kon­ty­nu­owała, dając upust emo­cjom. - Sprzą­tam przez cały dzień. Latam ze ścierą, odku­rzam, myję pod­łogi, a ty w ogóle nie sza­nu­jesz mojej pracy!

- Ja? - zdzi­wił się.

- A kto naniósł tę trawę? Spójrz na swoje skar­petki! Całe zie­lone. Jak ty to robisz? Prze­cież kosiarka wciąga to, co skosi! Skąd to się bie­rze na two­ich skar­pe­tach? Przy­znaj się, tarzasz się w tym spe­cjal­nie, by mnie wku­rzyć? Za każ­dym razem powta­rzam, żebyś po kosze­niu porząd­nie się otrze­pał na dwo­rze. A ty masz to gdzieś! I wno­sisz słomę do domu!

- Chcesz tro­chę toniku? - zapy­tał obo­jęt­nie, gdy zła­pał za butelkę, by uzu­peł­nić opróż­nioną szklankę.

- Czy ty mnie słu­chasz, czy gadam sama do sie­bie? - Usia­dła zde­ner­wo­wana na krze­śle.

- Wiesz, zawsze ceni­łem cię za bły­sko­tli­wość i inte­li­gen­cję. - Uśmiech­nął się do żony.

Nie mógł prze­cież przy­znać się do tego, że wszyst­kie wypo­wie­dzi wyrzu­cane przez nią wła­śnie z takiej pręd­ko­ści i takim tonie pusz­czał mimo uszu. Zbyt długo był jej mężem, by przej­mo­wać się nic nie­zna­czą­cym maru­dze­niem.

- Sta­ni­sła­wie, chcesz mnie jesz­cze bar­dziej zde­ner­wo­wać? Zmę­czona jestem, zobacz, zro­bi­łam buraczki. Spe­cjal­nie dla Ani. - Poka­zała ręką na dzie­sięć sło­ików wypeł­nio­nych czer­woną masą. - Nie mam siły sprzą­tać nanie­sio­nych przez cie­bie bru­dów.

- Jakich bru­dów? Ja niczego nie widzę.

- To może powi­nie­neś uży­wać oku­la­rów nie tylko do czy­ta­nia? Bolą mnie nogi i plecy, pomógł­byś? - Nagle jej ton zmie­nił się dia­me­tral­nie. - Zamie­ciesz to? - Przy­mi­lała się.

- Póź­niej - oznaj­mił tonem, z któ­rym nikt nie śmiałby dys­ku­to­wać. - Idę się zre­lak­so­wać do gabi­netu. Wku­rzy­łem się. W rogu działki poja­wił się kret. Polo­wa­łem na niego. Bez­sku­tecz­nie. I przez to zmrok mnie zasko­czył i nie zdą­ży­łem sko­sić wszyst­kiego!

- No nie, czyli jutro znowu będziesz kosił i wno­sił trawę do domu? - spy­tała zre­zy­gno­wana.

- O, widzisz. To lepiej dziś tego nie sprzą­taj. Zro­bisz to jutro. Po wszyst­kim.

Cmok­nął żonę w poli­czek i znik­nął za drzwiami swo­jego pokoju, w jed­nym ręku trzy­ma­jąc szklankę, a w dru­giej butelkę schwep­pesa.

W gabi­ne­cie pano­wał per­fek­cyjny porzą­dek. Każda rzecz miała w nim swoje stałe okre­ślone miej­sce. Nie można było niczego prze­sta­wiać. Nawet na regale z ogromną kolek­cją nagrań muzyki kla­sycz­nej płyty usta­wione były równo według prze­my­śla­nego klu­cza. Pierw­szym kry­te­rium był alfa­be­tyczny podział według nazwisk kom­po­zy­to­rów, następ­nym rok wyda­nia płyty oraz nazwa wyko­nawcy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki