Słodki smak pomarańczy - Peter Moore

-
Proszę czekać

1

Livorno

Patronka: Matka Boska z Montenero

Jesz­cze przed wy­jaz­dem do Włoch ra­zem z Sal­ly spo­rzą­dzi­łem li­stę rze­czy, któ­re na­le­ża­ło ku­pić, nim na­sza cór­ka przyj­dzie na świat. Zna­la­zły się na niej: łó­żecz­ko, fo­te­lik do sa­mo­cho­du, sto­lik do prze­wi­ja­nia, śpiosz­ki, pie­lu­chy, ca­ła ma­sa bu­te­lek i smocz­ków, ste­ry­li­za­tor do tych­że, a prócz te­go grze­chot­ki, dzwo­necz­ki i ka­ru­ze­le do łó­żecz­ka. Li­sta by­ła dłu­ga - li­czy­ła sto trzy­dzie­ści sie­dem po­zy­cji - i spo­rzą­dza­jąc ją, sta­ra­li­śmy się przy­go­to­wać na każ­dą ewen­tu­al­ność.

Mi­mo to nie zna­la­zła się na niej ve­spa Ral­ly 200 z 1972 ro­ku. Pla­no­wa­łem spo­tka­nie z mo­ją uko­cha­ną So­phią, rocz­nik 1961, któ­rą zo­sta­wi­łem u jej po­przed­nie­go wła­ści­cie­la: Gian­nie­go. Jed­nak w cią­gu ostat­nich dwóch lat ży­cie Gian­nie­go tro­chę się skom­pli­ko­wa­ło. Je­go żo­na wy­stą­pi­ła o roz­wód i bał się, że So­phia ja­ko część je­go ma­jąt­ku mo­że stać się przed­mio­tem spra­wy roz­wo­do­wej i prze­paść. Dla­te­go ją wy­re­je­stro­wał i wy­słał do mo­je­go przy­ja­cie­la Mar­ca miesz­ka­ją­ce­go w Li­vor­no w To­ska­nii.

Mar­co ży­je z na­pra­wia­nia sta­rych vesp, więc miał dość miej­sca, by trzy­mać So­phię u sie­bie. Za­pew­nił jej god­ne miej­sce obok in­nych sku­te­rów tej mar­ki w swo­im warsz­ta­cie nie­da­le­ko na­brze­ża, nad Mo­rzem Li­gu­ryj­skim. Przez ko­lej­nych osiem­na­ście mie­się­cy So­phia od­po­czy­wa­ła, od­dy­cha­jąc zdro­wym mor­skim po­wie­trzem, a ja za­sta­na­wia­łem się, co mam z nią zro­bić.

Mar­co od cza­su do cza­su wy­sy­łał do mnie ma­ila, py­ta­jąc, czy pod­ją­łem już ja­kąś de­cy­zję. Ro­bił to za­zwy­czaj w prze­rwie mię­dzy re­no­wa­cją ko­lej­nych sta­rych sku­te­rów, gdy miał czas, by ewen­tu­al­nie za­pa­ko­wać So­phię do skrzy­ni i wy­słać do mnie stat­kiem. Ja jed­nak ca­ły czas go zwo­dzi­łem. Mó­wi­łem, że nie zde­cy­do­wa­li­śmy jesz­cze z Sal­ly, gdzie za­miesz­ka­my. Mo­że w An­glii. Mo­że w Au­stra­lii. Jak bę­dę to wie­dział, za­raz dam mu znać. A wte­dy ko­ła pój­dą w ruch.

Te­raz, gdy usta­li­li­śmy z Sal­ly szcze­gó­ły mo­jej wy­pra­wy, za­dzwo­ni­łem do Mar­ca, że­by mu po­wie­dzieć, że przy­jeż­dżam do Włoch. Ca­ły czas by­łem też w kon­tak­cie z Fi­lip­pem, je­go przy­ja­cie­lem. Fi­lip­po był mo­im prze­wod­ni­kiem i opie­ku­nem w cza­sie mo­je­go pierw­sze­go po­by­tu w Li­vor­no. Ra­zem z Mar­kiem za­bie­ra­li mnie do miej­sco­wych ba­rów i na świę­ta orzesz­ków pi­nio­wych, wpro­wa­dza­li tyl­ny­mi drzwia­mi na im­pre­zy spon­so­ro­wa­ne przez pro­du­cen­ta mar­ti­ni i bla­dym świ­tem or­ga­ni­zo­wa­li sza­lo­ne, za­kra­pia­ne al­ko­ho­lem wy­pra­wy mo­to­rów­ką po sta­rych ka­na­łach Li­vor­no. To dzię­ki nim sta­ło się ono mo­im ulu­bio­nym wło­skim mia­stem.

By­łem szczę­śli­wy, znów wi­dząc mo­ich kum­pli. No i kon­sta­tu­jąc, że zna­leź­li so­bie dziew­czy­ny. Za­trzy­ma­łem się u Fi­lip­pa i Wa­le­rii w wil­li w ma­łej wio­sce Ce­vo­li w sa­mym ser­cu ma­low­ni­czej To­ska­nii. Ra­zem z Mar­kiem i je­go dziew­czy­ną - Lu­cil­lą, któ­re­goś wie­czo­ru wy­bra­li­śmy się do re­stau­ra­cji przy sta­rych ka­na­łach w Li­vor­no, gdzie po­czę­sto­wa­no mnie lo­kal­nym da­niem zna­nym już w sta­ro­żyt­no­ści: cac­ciuc­co. Jest to ro­dzaj zu­py ryb­nej po­da­wa­nej z chle­bem czosn­ko­wym.

Ale cho­ciaż by­łem w Li­vor­no już od pa­ru dni, tak się ja­koś zło­ży­ło, że nie wi­dzia­łem jesz­cze So­phii. Nie by­łem pe­wien, o co cho­dzi, ale od­no­si­łem wra­że­nie, że moi go­spo­da­rze nie chcą o niej wspo­mi­nać. Mnie jed­nak - cho­ciaż do­sko­na­le się czu­łem w To­ska­nii - śpiesz­no już by­ło na Sar­dy­nię.

Gdy wra­ca­li­śmy sa­mo­cho­dem z lo­ka­lu wy­bor­cze­go - we Wło­szech od­by­wa­ły się wła­śnie wy­bo­ry do władz lo­kal­nych - za­uwa­ży­łem przy dro­dze zna­jo­my znak. Spy­ta­łem Fi­lip­pa, czy mo­gli­by­śmy zaj­rzeć do warsz­ta­tu Mar­ca. Zna­łem Li­vor­no na ty­le, że wie­dzia­łem, że by­li­śmy na­praw­dę bar­dzo bli­sko warsz­ta­tu. Wy­star­czy­ło prze­je­chać Via­le Na­za­rio Sau­ro i skrę­cić w pra­wo, za­raz za zjaz­dem na sta­dion Ar­man­da Pic­chie­go i by­li­by­śmy na miej­scu.

- Nie mó­wi­łem ci? - za­czął nie­pew­nie Fi­lip­po. - Dzi­siaj Mar­co go­tu­je dla nas u Lu­cil­li. Jest te­raz na mer­ca­to cen­tra­le, głów­nym tar­gu, i ku­pu­je wszyst­ko do obia­du.

Miesz­ka­nie Lu­cil­li znaj­do­wa­ło się w cen­trum Li­vor­no, za Piaz­za Mi­che­li i ho­te­lem Gran Du­ca. Mar­co już wró­cił z za­ku­pów i przy­wi­tał się z na­mi w drzwiach. Miał na so­bie ku­chen­ny far­tuch i nie by­łem za­sko­czo­ny tym, że po­dob­nie jak w warsz­ta­cie, tak i tu do­kła­dał sta­rań, by w żad­nym ra­zie nie po­bru­dzić so­bie ubra­nia.

Gdy Mar­co czy­nił ostat­nie przy­go­to­wa­nia do obia­du - kie­dy zaj­rza­łem do kuch­ni, wła­śnie sta­ran­nie ukła­dał pla­ster­ki po­mi­do­ra na brze­gu ta­le­rza - Lu­cil­la opro­wa­dzi­ła mnie po miesz­ka­niu. Do­mi­no­wa­ły w nim mo­ty­wy mor­skie, co zro­zu­mia­łe, sko­ro by­ło stąd tak bli­sko do mo­rza. Za­słon­kę prysz­ni­co­wą zdo­bi­ły wi­ze­run­ki mu­sze­lek, w sa­lo­nie zaś z su­fi­tu zwi­sa­ła sta­ra sieć ry­bac­ka z ory­gi­nal­ny­mi, znisz­czo­ny­mi przez mor­ską wo­dę pla­sti­ko­wy­mi pły­wa­ka­mi, a w sie­ci umiesz­czo­ne by­ły zdję­cia ro­dzi­ny i przy­ja­ciół Lu­cil­li. Je­dy­nym ustęp­stwem na rzecz jej no­we­go, roz­ko­cha­ne­go w ve­spach chło­pa­ka oka­za­ła się za­baw­na lam­pa wy­ko­na­na z dwóch rą­czek kie­row­ni­cy ve­spy. Mar­co zro­bił ją sam i za­wie­sił nad sto­łem, gdzie ja­da­no po­sił­ki. Gdy Lu­cil­la na­ci­snę­ła włącz­nik, re­flek­tor­ki w rącz­kach za­pa­li­ły się. Mar­co po­da­ro­wał jej tę lam­pę - i od ra­zu za­mon­to­wał - na Wa­len­tyn­ki. Na­szła mnie po­ku­sa, by po­pro­sić go o zro­bie­nie iden­tycz­nej dla mnie, ale nie są­dzę, by Sal­ly spodo­ba­ła się tak jak Lu­cil­li.

Obiad je­dli­śmy na bal­ko­nie bie­gną­cym wzdłuż ca­łe­go miesz­ka­nia. Po­nie­waż znaj­do­wa­ło się ono na naj­wyż­szym pię­trze bu­dyn­ku, mie­li­śmy wspa­nia­ły wi­dok na mia­sto: od por­tu Me­dy­ce­uszy i For­tez­za Vec­chia aż po współ­cze­sny port, gdzie cu­mo­wa­ły stat­ki od­pły­wa­ją­ce na Sar­dy­nię i Kor­sy­kę.

Po pierw­szym da­niu - pysz­nym spa­ghet­ti z ma­ry­no­wa­ny­mi kre­wet­ka­mi - za­pra­gną­łem się do­wie­dzieć, czy to wła­śnie stam­tąd wy­pły­nę, gdy wresz­cie ru­szę w dro­gę.

- Któ­ry z tych stat­ków pły­nie na Sar­dy­nię? - spy­ta­łem.

Fi­lip­po po­ru­szył się nie­spo­koj­nie na krze­śle i spoj­rzał z za­kło­po­ta­niem na Mar­ca. Ten tak­że za­czął się ner­wo­wo wier­cić, po czym szyb­ko wstał i za­czął zbie­rać ta­le­rze. Lu­cil­la zmie­rzy­ła obu su­ro­wym wzro­kiem, a po­tem wska­za­ła na du­ży bia­ły sta­tek pa­sa­żer­ski z wy­ma­lo­wa­ny­mi po­sta­cia­mi z kre­skó­wek z se­rii Zwa­rio­wa­ne me­lo­die.

- Wi­dzisz te­go z Syl­we­strem i ptasz­kiem Twe­ety? Ten pły­nie na Sar­dy­nię.

Mar­co wniósł dru­gie da­nie i ob­wie­ścił wszyst­kim, że to ro­st­bef z tuń­czy­ka. Rze­czy­wi­ście był to ogrom­ny ka­wał tuń­czy­ka - w oli­wie z oli­wek, z mor­ską so­lą i świe­żym roz­ma­ry­nem, tak usma­żo­ny, że w środ­ku był jesz­cze su­ro­wy. Ry­ba tak mi sma­ko­wa­ła, że nie mia­łem gło­wy, by po­dej­mo­wać wą­tek So­phii czy Sar­dy­nii, i zro­bi­łem to do­pie­ro przy ka­wie.

Przy­ci­snąć do ścia­ny Wło­cha i za­py­tać o coś wprost to nie­ła­twa spra­wa. Po­trze­ba za­cho­wa­nia twa­rzy jest w tym kra­ju rów­nie sil­na co w Azji. Ale po­nie­waż z każ­dym dniem by­ło co­raz bli­żej do na­ro­dzin mo­jej cór­ki, mu­sia­łem wie­dzieć, kie­dy mo­gę wy­pro­wa­dzić So­phię z warsz­ta­tu i roz­po­cząć po­dróż. Za­py­ta­łem więc Mar­ca i Fi­lip­pa, czy jest ja­kiś pro­blem. Ukra­dli So­phię? Jest po­waż­nie uszko­dzo­na? Dla­cze­go mi jej jesz­cze nie po­ka­za­li?

- Ju­tro ją zo­ba­czysz, sło­wo - obie­cał Fi­lip­po, ale to wca­le mnie nie uspo­ko­iło.

Przy sto­le za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza. Wa­le­ria wbi­ła wzrok w Fi­lip­pa. Lu­cil­la wbi­ła wzrok w Mar­ca. Ten pękł pierw­szy. Po­de­rwał się i wziął klu­czy­ki do ve­spy GT 200, któ­ra sta­ła przed blo­kiem.

- No do­bra, chodź - po­wie­dział, po­da­jąc mi kask. - Po­je­dzie­my do warsz­ta­tu od ra­zu.

Fi­lip­po ru­szył za na­mi sa­mo­cho­dem i tak je­cha­li­śmy Via­le Ita­lia obok Ter­raz­za Ma­sca­gni w stro­nę warsz­ta­tu, a nad mo­rzem za­cho­dzi­ło wła­śnie słoń­ce. Był cie­pły i przy­jem­ny wie­czór, a w ba­rach przy na­brze­żu, któ­rych wy­strój zmie­nił się od cza­su mo­jej ostat­niej wi­zy­ty, mło­dzi miesz­kań­cy Li­vor­no przy­jeż­dża­ją­cy tu na sku­te­rach de­spe­rac­ko prze­glą­da­li SMS-y, że­by mieć pew­ność, że są tam, gdzie wy­pa­da być te­go wie­czo­ru.

Gdy do­tar­li­śmy do warsz­ta­tu, Mar­co otwo­rzył cięż­kie me­ta­lo­we drzwi i się­gnął do włącz­ni­ka. Gło­śny dźwięk prze­krę­ca­ne­go po­krę­tła do­dał mi otu­chy. Ja­rze­niów­ki, mi­go­cząc, prze­bu­dzi­ły się do ży­cia i po chwi­li za­la­ły warsz­tat swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym świa­tłem. Na­tych­miast do­strze­głem So­phię. Sta­ła w głę­bi warsz­ta­tu na sto­ja­ku, z któ­re­go ko­rzy­stał Mar­co, gdy na­pra­wiał sku­te­ry. Wy­glą­da­ła ślicz­nie jak za­wsze. Ty­le że w miej­scu sil­ni­ka zia­ła ogrom­na dziu­ra.

No to mam prze­chla­pa­ne.

Nie zdą­ży­łem za­py­tać, gdzie się po­dział sil­nik, gdy Mar­co bez sło­wa wska­zał na stos czę­ści le­żą­cych w warsz­ta­cie. Ro­ze­bra­ny blok sil­ni­ka tkwił w uści­sku ima­dła. Sta­łem w mil­cze­niu i przy­glą­da­łem się sku­te­ro­wi i sil­ni­ko­wi. Nie je­stem eks­per­tem, ale za­czą­łem się do­my­ślać, że So­phia ni­g­dzie nie po­je­dzie w naj­bliż­szych dniach.

Po­nie­waż Fi­lip­po mó­wił po an­giel­sku le­piej od Mar­ca, je­mu przy­padł przy­kry obo­wią­zek wy­ja­śnie­nia mi, co się sta­ło.

- Mar­co źle cię zro­zu­miał, kie­dy za­dzwo­ni­łeś i po­wie­dzia­łeś, że przy­jeż­dżasz do Włoch - za­czął. - My­ślał, że przy­jeż­dżasz po to, że­by za­brać So­phię do Lon­dy­nu.

Za­czy­na­łem ro­zu­mieć. Po­wie­dzia­łem wte­dy Mar­co­wi, że Sal­ly jest w cią­ży. A kie­dy po­wie­dzia­łem mu też o wy­ciecz­ce na Sar­dy­nię i Sy­cy­lię, do­szedł do wnio­sku, że po pro­stu ma­rzę o ta­kim wy­jeź­dzie. No do­brze, ale to wszyst­ko nie tłu­ma­czy­ło sta­nu So­phii.

Fi­lip­po wy­ja­śnił, że Mar­co po­sta­no­wił zro­bić ka­pi­tal­ny re­mont sil­ni­ka.

- W pre­zen­cie dla two­je­go dziec­ka - do­dał. Rze­czy­wi­ście, w cza­sie mo­jej pierw­szej po­dró­ży naj­wię­cej pro­ble­mów mia­łem wła­śnie z sil­ni­kiem So­phii, a przede wszyst­kim ze sty­ka­mi roz­dzie­la­cza. Te­raz So­phia mia­ła do­stać nie tyl­ko no­we sty­ki, ale i wy­re­mon­to­wa­ny sil­nik ma­ją­cy więk­szą moc i mniej­sze lu­zy tło­ka.

- Był­by jak no­wy - po­wie­dział Fi­lip­po.

- Lep­szy niż no­wy! - za­wo­łał Mar­co. Hmm, sil­nik był w prosz­ku, ale Mar­co to prze­cież je­den z naj­lep­szych me­cha­ni­ków od vesp w tym kra­ju! Po­skła­da­nie wszyst­kie­go nie zaj­mie mu chy­ba zbyt wie­le cza­su? Spy­ta­łem Fi­lip­pa, kie­dy sil­nik bę­dzie na cho­dzie i kie­dy bę­dę mógł ru­szyć w dro­gę, a Mar­co po­słał mu nie­spo­koj­ne spoj­rze­nie.

- Jest drob­ny pro­blem - za­czął Mar­co nie­pew­nym gło­sem. - W sil­ni­ku po­trzeb­ne jest no­we ko­ło za­ma­cho­we i ni­g­dzie nie mo­gę go do­stać.

Spy­ta­łem więc, ile cza­su bę­dzie po­trze­bo­wał na zna­le­zie­nie tej czę­ści, ale on tyl­ko wzru­szył bez­rad­nie ra­mio­na­mi.

No to mia­łem po­dwój­nie prze­chla­pa­ne.

Mo­ja szan­sa, by po raz ostat­ni za­kosz­to­wać wol­no­ści, wła­śnie roz­pły­wa­ła się we mgle. Fi­lip­po za­uwa­żył, w ja­kim je­stem sta­nie, i pró­bo­wał mnie po­cie­szyć.

- Nie trak­tuj te­go jak ka­ta­stro­fy - po­wie­dział, kła­dąc mi dłoń na ra­mie­niu. - Prze­cież są jesz­cze in­ne moż­li­wo­ści po­ru­sza­nia się po Wło­szech.

Po­trzą­sną­łem prze­czą­co gło­wą. Po­dróż ko­mu­ni­ka­cją pu­blicz­ną nie wcho­dzi­ła w grę. W cza­sie pierw­szej wy­pra­wy to So­phia otwie­ra­ła przede mną ty­le drzwi i ocza­ro­wy­wa­ła ty­lu spo­tka­nych po dro­dze lu­dzi, to dzię­ki niej po­zna­łem ta­kie za­kąt­ki Włoch, któ­rych bez sku­te­ra ni­g­dy bym nie od­na­lazł. Z au­to­bu­su lub po­cią­gu bę­dę wi­dział tyl­ko brud­ne fa­bry­ki i be­to­no­we pla­ce na sta­cjach ben­zy­no­wych.

Ale na szczę­ście nie ta­ką po­dróż miał na my­śli Fi­lip­po.

- Za­wsze mo­żesz ku­pić in­ny sku­ter - po­wie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem. Ve­spa, o któ­rej mó­wił, sta­ła w głę­bi warsz­ta­tu Mar­ca - był to mo­del Ral­ly 200 z 1972 ro­ku, w ta­kim sa­mym po­ma­rań­czo­wym od­cie­niu jak skó­ra Do­na­tel­li Ver­sa­ce i z bia­ły­mi pa­ska­mi po bo­kach. Wy­glą­da­ła jak krzy­kli­wa i bez­czel­na ko­biet­ka, a wszyst­kie in­ne sku­te­ry w warsz­ta­cie pre­zen­to­wa­ły się obok niej po pro­stu nud­no i ni­ja­ko. Na­wet kie­dy sta­ła na sto­ja­ku, bi­ła z niej pew­ność sie­bie.

Mar­co sprze­da­wał ją w imie­niu swo­je­go przy­ja­cie­la Ro­ber­ta, któ­ry chciał za nią dwa ty­sią­ce eu­ro, ale Mar­co był pe­wien, że uda mi się zbić ce­nę do ty­sią­ca sied­miu­set. Po­wie­dział, że nic so­bie nie po­li­czy za po­śred­nic­two i dzię­ki te­mu tro­chę za­osz­czę­dzę. My­ślę, że cią­gle drę­czy­ło go po­czu­cie wi­ny z po­wo­du nie­po­ro­zu­mie­nia, za spra­wą któ­re­go mo­ja So­phia sta­ła te­raz w warsz­ta­cie wy­be­be­szo­na i nie­zdol­na do jaz­dy.

Gdy mo­del Ral­ly 200 po­ja­wił się na ryn­ku, nie miał so­bie rów­nych. Był gło­śny i krzep­ki, a je­go na­pa­ko­wa­ny sil­nik o po­jem­no­ści dwu­stu cen­ty­me­trów sze­ścien­nych osią­gał moc so­lid­nych dwu­na­stu ko­ni me­cha­nicz­nych przy pię­ciu ty­sią­cach sied­miu­set ob­ro­tach na mi­nu­tę. Wy­cią­gał sto je­den ki­lo­me­trów na go­dzi­nę i był szyb­szy niż ja­ki­kol­wiek pro­du­ko­wa­ny wcze­śniej sku­ter. Po­pra­wio­no tak­że za­wie­sze­nie, dzię­ki cze­mu jaz­da by­ła wy­god­niej­sza, a sku­ter le­piej się spraw­dzał na dłu­gich tra­sach niż je­go star­sze ro­dzeń­stwo.

- Na two­ją wy­pra­wę na­da­je się wprost do­sko­na­le! - za­wo­łał Fi­lip­po. - Nie ma ta­kiej gó­ry na Sar­dy­nii i na Sy­cy­lii, na któ­rą nie wje­dziesz!

Ral­ly 200 był z pew­no­ścią bar­dziej nie­za­wod­ny niż wszyst­kie star­sze mo­de­le ve­spy. Roz­wa­la­ją­cy się me­cha­nicz­ny roz­dzie­lacz za­pło­nu za­stą­pio­no za­pło­nem elek­tro­nicz­nym przy­krę­co­nym do kor­pu­su za­raz obok sil­ni­ka. Głów­ną za­le­tą za­pło­nu elek­tro­nicz­ne­go by­ło to, że ve­spa Ral­ly za­wsze za­pa­la­ła za pierw­szym ra­zem. Wy­pra­wa, któ­rą pla­no­wa­łem - przez Sar­dy­nię i Sy­cy­lię, a po­tem z po­wro­tem wzdłuż wy­brze­ża Amal­fi, by­ła bar­dziej zu­chwa­łym przed­się­wzię­ciem niż po­dróż z Me­dio­la­nu do Rzy­mu na So­phii. Po pierw­sze, by­ła dłuż­sza, a te­ren, po któ­rym mia­łem je­chać, bar­dziej gó­rzy­sty. Na do­da­tek by­ły to naj­bar­dziej od­lud­ne czę­ści Włoch, gdzie życz­li­wych miesz­kań­ców, ta­kich, któ­rzy mi po­ma­ga­li, gdy wpa­dłem w ta­ra­pa­ty w cza­sie pierw­szej po­dró­ży, by­ło jak na le­kar­stwo.

Nie trze­ba mnie by­ło na­ma­wiać do kup­na te­go sku­te­ra. Ba, ta ve­spa by­ła jed­ną z tych rze­czy, któ­rych naj­bar­dziej pra­gną­łem. By­ła old­sku­lo­wa, a jej po­ma­rań­czo­wy ko­lor wy­da­wał się do­sta­tecz­nie tut­ti-frut­ti, ja­skra­wy i ra­do­sny, by pa­so­wać do wło­skie­go wy­brze­ża. Je­śli mo­ja pierw­sza wy­pra­wa, na So­phii, przy­po­mi­na­ła czar­no-bia­łe fil­my, któ­re oglą­da­łem ja­ko na­sto­la­tek, to wy­pra­wa na tej ve­spie bę­dzie jak film w tech­ni­ko­lo­rze.

Za­dzwo­ni­łem do Sal­ly, że­by jej o wszyst­kim opo­wie­dzieć. Nie by­łem pe­wien, jak to przyj­mie. Gdy­bym ku­pił Ral­ly 200, licz­ba po­sia­da­nych prze­ze mnie vesp wzro­sła­by do trzech. Oprócz So­phii mia­łem jesz­cze w Syd­ney bez­i­mien­ne bia­łe PX, któ­re obie­ca­łem sprze­dać, kie­dy Sal­ly za­szła w cią­żę, ale ni­g­dy się za to nie za­bra­łem. Mo­ja żo­na, choć nie­chęt­nie, przy­zna­ła mi ra­cję i zgo­dzi­ła się z tym, że je­śli mam od­być tę wy­pra­wę, po­trze­bu­ję in­nej ve­spy. Nie są­dzę jed­nak, by mo­ja po­śpiesz­nie skle­co­na ar­gu­men­ta­cja, opar­ta na po­my­śle, że te­raz każ­de z nas: Sal­ly, na­sza nie­na­ro­dzo­na jesz­cze cór­ka i ja, bę­dzie mieć wła­sną ve­spę, tra­fi­ła jej do prze­ko­na­nia.

Mar­co za­dzwo­nił do Ro­ber­ta, przed­sta­wił mu mo­ją pro­po­zy­cję, a po­tem po­in­for­mo­wał mnie, że zo­sta­ła przy­ję­ta. Ro­ber­to miał przy­je­chać ju­tro do warsz­ta­tu, że­by ode­brać pie­nią­dze i dać mi wszyst­kie do­ku­men­ty. Fi­lip­po po­kle­pał mnie po ple­cach. Był rów­nie pod­eks­cy­to­wa­ny mo­im no­wym na­byt­kiem jak ja.

- No, to jak się bę­dzie na­zy­wał ten twój no­wy sku­ter?

- Ja­koś po mę­sku - od­par­łem. - Ve­spa z ta­ką ilo­ścią te­sto­ste­ro­nu w prze­wo­dach nie mo­że mieć żeń­skie­go imie­nia.

Mar­co i Fi­lip­po po­ki­wa­li gło­wa­mi ze zro­zu­mie­niem. Pró­bo­wa­łem coś wy­my­ślić, lecz nic od­po­wied­nie­go nie przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy. Imię mu­sia­ło mieć w so­bie coś wło­skie­go i coś z ma­cho. Ale je­dy­ne, co na co się zdo­by­łem, to "Roc­ky", tak jak Roc­ky Bal­boa gra­ny przez Sy­lve­stra Stal­lo­ne'a.

- A mo­że Mar­cel­lo? - za­pro­po­no­wał Fi­lip­po. - Je­śli do­brze pa­mię­tam, to je­steś wiel­kim fa­nem Mar­cel­la Ma­stro­ian­nie­go.

Uśmiech­ną­łem się i... . . .

(fragment)...

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Prolog

Dwa mie­sią­ce po pierw­szej rocz­ni­cy mo­je­go ślu­bu i pięć mie­się­cy przed na­ro­dzi­na­mi mo­je­go pierw­sze­go dziec­ka sie­dzia­łem w sa­mo­lo­cie le­cą­cym do Pi­zy, ma­rząc o tym, by znów zna­leźć się w ob­ję­ciach wło­skiej pięk­no­ści o ga­sną­cej uro­dzie, któ­rą po­zna­łem dwa la­ta wcze­śniej. Chcie­li­śmy po raz ostat­ni wspól­nie spę­dzić la­to, wy­bie­ra­jąc się na krót­ką wy­ciecz­kę po Sar­dy­nii, Sy­cy­lii i wzdłuż Co­stie­ra Amal­fi­ta­na, czy­li wy­brze­ża Amal­fi. Póź­niej, opa­lo­ny i cięż­szy o pa­rę ki­lo­gra­mów, mia­łem wró­cić do Lon­dy­nu, do żo­ny i oj­cow­skich obo­wiąz­ków.

W ten ro­mans wda­łem się z peł­nym bło­go­sła­wień­stwem mo­jej żo­ny Sal­ly. Ba, to był jej po­mysł. Po­wie­dzia­ła, że le­piej, jak wy­szu­mię się te­raz, ani­że­li miał­bym to ro­bić po na­ro­dzi­nach na­szej cór­ki. My­ślę, że na de­cy­zji Sal­ly za­wa­ży­ło to, że wło­ska pięk­ność o ga­sną­cej uro­dzie ode­gra­ła klu­czo­wą ro­lę w hi­sto­rii na­szej zna­jo­mo­ści. No i to, że So­phia by­ła ve­spą z 1961 ro­ku.

La­to w ro­ku mo­ich czter­dzie­stych uro­dzin spę­dzi­łem, po­dró­żu­jąc z Me­dio­la­nu do Rzy­mu na mo­im rów­no­lat­ku: sku­te­rze w ko­lo­rze ka­wy z mle­kiem. Je­cha­łem, mi­ja­jąc wil­le z ka­mie­nia i po­la sło­necz­ni­ków, a ha­czyk pod sio­deł­kiem nie­mal za­wsze był ob­cią­żo­ny re­kla­mów­ką ze świe­żym pie­czy­wem, se­ra­mi, szyn­ką i po­mi­do­ra­mi, któ­re ku­po­wa­łem każ­de­go ran­ka na stra­ga­nach w mia­stecz­kach roz­ło­żo­nych na wzgó­rzach To­ska­nii. By­ły to trzy ma­gicz­ne mie­sią­ce peł­ne słoń­ca i za­pa­chu świe­że­go sia­na.

Sal­ly do­łą­czy­ła do mnie i spę­dzi­li­śmy w To­ska­nii cu­dow­ne dwa ty­go­dnie. Póź­niej przy­le­cia­ła jesz­cze raz, pod ko­niec mo­jej po­dró­ży, na week­end do Rzy­mu. W Rzy­mie uda­wa­li­śmy, że je­ste­śmy bo­ha­te­ra­mi Rzym­skich wa­ka­cji i jeź­dzi­li­śmy po bru­ko­wa­nych uli­cach, mi­ja­jąc Ko­lo­seum i Pan­te­on i nie przej­mu­jąc się po­li­cjan­ta­mi, któ­rzy za na­mi gwiz­da­li. A po­tem za­glą­da­li­śmy do ma­łych ka­fe­jek i re­stau­ra­cji Za­ty­brza. Sal­ly by­ła świet­ną Au­drey Hep­burn, ja zaś zde­cy­do­wa­nie ni­sko­bu­dże­to­wą wer­sją Gre­go­ry'ego Pe­cka. W nie­ca­ły rok po na­szym po­by­cie we Wło­szech wzię­li­śmy ślub, a kil­ka mie­się­cy póź­niej Sal­ly za­szła w cią­żę. Każ­de­mu, kto ze­chce słu­chać, po­wta­rzam: je­śli za­pra­szasz dziew­czy­nę na prze­jażdż­kę ve­spą po Wło­szech, przy­go­tuj się na na­praw­dę po­waż­ne kon­se­kwen­cje. Po­mi­mo te­go wszyst­kie­go wie­dzia­łem, że po­dróż po po­łu­dnio­wej czę­ści Włoch na sku­te­rze z dwu­cy­lin­dro­wym sil­ni­kiem nie jest zwy­cza­jo­wym spo­so­bem przy­go­to­wy­wa­nia się do ro­li oj­ca. Stro­ny in­ter­ne­to­we dla mło­dych ro­dzi­ców pod­po­wia­da­ły, że po­wi­nie­nem ra­czej ma­lo­wać po­kój dla dziec­ka, skła­dać łó­żecz­ko i cho­dzić do szko­ły ro­dze­nia. Al­bo przy­naj­mniej wy­bie­rać do­brą po­li­sę na ży­cie.

Sal­ly wcze­śniej niż ja sam za­uwa­ży­ła, że trud­no mi się oswo­ić z my­ślą o by­ciu oj­cem. Tyl­ko nie zro­zum­cie mnie źle. Myśl o zo­sta­niu ta­tu­siem bu­dzi­ła we mnie ogrom­ną ra­dość i eks­cy­ta­cję. Czło­wiek, któ­ry ma czter­dzie­ści dwa la­ta, już daw­no stra­cił na­dzie­ję, że bę­dzie miał swój wkład w prze­dłu­że­nie ist­nie­nia ga­tun­ku.

Przez ca­łe do­tych­cza­so­we do­ro­słe ży­cie ży­łem jak stu­dent. Dzie­li­łem z in­ny­mi wy­naj­mo­wa­ne miesz­ka­nia. Więk­szość pie­nię­dzy wy­da­wa­łem na pły­ty. A ile­kroć uciu­ła­łem tro­chę gro­sza, zni­ka­łem, by włó­czyć się po świe­cie. Ni­g­dy nie by­łem na­praw­dę głod­ny, ale cza­sa­mi nie­bez­piecz­nie zbli­ża­łem się do te­go sta­nu. Na­wet po­cząt­ki mał­żeń­stwa z Sal­ly na­zna­czo­ne by­ły po­dob­ną nie­sta­ło­ścią. Pierw­sze pięć mie­się­cy po ślu­bie spę­dzi­li­śmy, po­dró­żu­jąc sta­rym sa­mo­cho­dem po Au­stra­lii. A gdy Sal­ly by­ła już od pa­ru mie­się­cy w cią­ży, zwi­nę­li­śmy ma­nat­ki i prze­nie­śli­śmy obóz do Lon­dy­nu, by tam za­cząć no­we ży­cie. Od­tąd mia­łem stać się czło­wie­kiem od­po­wie­dzial­nym. Pew­na ludz­ka istot­ka by­ła cał­ko­wi­cie zda­na na mnie - to ja mia­łem za­pew­nić jej je­dze­nie i dach nad gło­wą. Do tej po­ry uni­ka­łem bra­nia na sie­bie ja­kiej­kol­wiek od­po­wie­dzial­no­ści za ko­goś, te­raz la­da dzień mia­łem się zmie­rzyć z naj­więk­szym moż­li­wym zo­bo­wią­za­niem.

Nie­wie­le po­ma­ga­ły mi re­la­cje in­nych oj­ców, z któ­rych wy­ni­ka­ło, że oj­co­stwo to pró­ba, któ­rą trze­ba znieść męż­nie i nie dać pla­my. Je­den ze zna­jo­mych przy­rów­nał na­ro­dzi­ny dziec­ka do bom­by, któ­ra na­gle eks­plo­du­je w na­szym ży­ciu.

- Oczy­wi­ście do­brej bom­by - po­pra­wił się po­śpiesz­nie, ale to tyl­ko po­gor­szy­ło spra­wę, bo brzmia­ło jak eu­fe­mizm ty­pu "przy­pad­ko­we ofia­ry", gdy mó­wi się o cy­wi­lach, któ­rzy zgi­nę­li w cza­sie ak­cji woj­sko­wej.

I dla­te­go zo­sta­ło po­sta­no­wio­ne, że la­to przed na­ro­dzi­na­mi mo­jej cór­ki spę­dzę z So­phią. Mo­że Sal­ly do­łą­czy do nas w lip­cu, mniej wię­cej w oko­li­cach mo­ich uro­dzin, gdy bę­dę gdzieś na wy­brze­żu Amal­fi, wy­ko­rzy­stu­jąc ostat­nie dni, w któ­rych jesz­cze wol­no jej po­dró­żo­wać sa­mo­lo­tem.

O tej po­dró­ży ma­rzy­łem od za­koń­cze­nia pierw­szej eska­pa­dy do  Włoch. Wi­dzia­łem w my­ślach, jak So­phia opro­wa­dza mnie po naj­cie­plej­szych czę­ściach swo­je­go kra­ju, któ­rych nie zdą­ży­łem po­znać pod­czas po­przed­nie­go po­by­tu na Pół­wy­spie Ape­niń­skim. Bę­dzie to rów­no­cze­śnie po­że­gna­nie z mo­im daw­nym sty­lem ży­cia i ostat­nia szan­sa, by na­cie­szyć się chwi­la­mi osza­ła­mia­ją­cej wol­no­ści.

Mo­gło­by się wy­da­wać, że na wy­ciecz­ce bę­dę się je­dy­nie roz­ko­szo­wać wspa­nia­ły­mi pla­ża­mi, do­sko­na­ły­mi po­sił­ka­mi i cam­pa­ri są­czo­nym o za­cho­dzie słoń­ca. Ale bio­rąc pod uwa­gę, jak wie­le ki­lo­me­trów mia­łem po­ko­nać, ży­wi­łem na­dzie­ję, że wy­jazd sta­nie się też oka­zją do upo­rząd­ko­wa­nia my­śli. Gdy się je­dzie na sku­te­rze, zwłasz­cza na sta­rym sku­te­rze, czło­wiek ma du­żo cza­su na my­śle­nie. Mu­sia­łem za­po­mnieć o szcze­gó­ło­wym pla­nie po­ro­du i pie­lu­chach i sku­pić się na tym, co od­tąd mia­ło się zmie­nić w mo­im - a wła­ści­wie na­szym - ży­ciu. Je­śli nie uda mi się te­go zro­bić, nie po­mo­że ża­den, na­wet naj­bar­dziej szcze­gó­ło­wy plan.

Cią­gle drę­czy­ło mnie po­czu­cie wi­ny z po­wo­du wy­jaz­du. Sal­ly przez kil­ka mie­się­cy bę­dzie zda­na na sie­bie, zo­sta­nie sa­ma ze wszyst­ki­mi pro­ble­ma­mi zwią­za­ny­mi z cią­żą, a mnie omi­nie kil­ka pierw­szych lek­cji w szko­le ro­dze­nia. Po­wie­dzia­ła, że przed­sta­wi się tam ja­ko sa­mot­na mat­ka, więc kie­dy zja­wię się w po­ło­wie kur­su, we­zmą mnie za uro­cze­go fa­ce­ta, któ­ry go­tów jest się po­świę­cić i za­trosz­czyć o nie­swo­je dziec­ko. A na koń­cu oświad­czy­ła, że nie mo­że się do­cze­kać, kie­dy wresz­cie bę­dzie mia­ła ca­łe łóż­ko tyl­ko dla sie­bie.

I tym spo­so­bem w po­ło­wie dru­gie­go try­me­stru, a do­kład­niej w dwu­dzie­stym czwar­tym ty­go­dniu cią­ży Sal­ly zna­la­złem się na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu li­nii Ry­ana­ir le­cą­ce­go do Pi­zy. Czu­łem się jak przed­sta­wi­ciel han­dlo­wy, któ­ry zo­sta­wia żo­nę i dziec­ko i wy­ru­sza w tra­sę. Tyl­ko że przed­sta­wi­ciel han­dlo­wy ma w port­fe­lu zdję­cie żo­ny i dzie­ci, a ja mia­łem zdję­cie USG z dwu­dzie­ste­go dru­gie­go ty­go­dnia cią­ży. Sal­ly za­bro­ni­ła mi po­ka­zy­wać je ko­mu­kol­wiek, bo uzna­ła, że wy­glą­da tro­chę prze­ra­ża­ją­co. Za­su­ge­ro­wa­ła jed­nak, że­bym wyj­mo­wał je od cza­su do cza­su i przy­po­mi­nał so­bie w ten spo­sób o dziec­ku, któ­re jest już w dro­dze.

Po­że­gna­li­śmy się na lot­ni­sku Stan­sted przed wej­ściem do skle­pu WH Smith, a nim ru­szy­łem w stro­nę bra­mek, po­ło­ży­łem rę­kę na brzu­chu żo­ny. Sta­ra­łem się nie oka­zy­wać eks­cy­ta­cji. Mi­mo że wszyst­ko so­bie ra­cjo­na­li­zo­wa­łem i mi­mo że Sal­ly by­ła tak wspa­nia­ło­myśl­na, czu­łem, że to nie fa­ir, że mo­gę tak po pro­stu wy­je­chać, pod­czas gdy ona mu­si zo­stać w Lon­dy­nie. Więc tłu­mi­łem w so­bie emo­cje, uda­jąc przed Sal­ly i przed so­bą sa­mym, że wy­bie­ram się jak zwy­kle do pra­cy.

Ale w rze­czy­wi­sto­ści by­łem pod­eks­cy­to­wa­ny. Po dwóch la­tach wra­ca­łem do Włoch, by znów zna­leźć się w ob­ję­ciach So­phii.

Podziękowania

Dzię­ku­ję Fi­lip­po­wi Lul­li i Mar­co­wi Qu­aret­cie oraz ich dziew­czy­nom (a te­raz żo­nom): Wa­le­rii Lul­li i Lu­cil­li Ber­toc­chi­ni - ja­dąc do Li­vor­no, dzię­ki nim czu­łem się, jak­bym wra­cał do do­mu.

Ko­lej­ni ad­re­sa­ci mo­ich po­dzię­ko­wań to Ma­rio Zi­zi z Nu­oro, Ser­gio Pas­sa­la­cqua z Pa­ler­mo, Gian­lu­ca Gran­di z Rzy­mu i Gio­ac­chi­no Co­co z Pog­gio­re­ale. Je­stem im wdzięcz­ny za go­ścin­ność i za po­dzie­le­nie się ogrom­ną wie­dzą o miej­sco­wej kul­tu­rze i zwy­cza­jach.

Dzię­ku­ję tak­że Joh­no­wi Stil­lo­ne'owi, mo­je­mu do­rad­cy po­dat­ko­we­mu, nie tyl­ko za to, że wziął na sie­bie per­trak­ta­cje z Au­stra­lij­skim Urzę­dem Po­dat­ko­wym, ale i za to, że na­le­gał, że­bym od­wie­dził Pog­gio­re­ale, je­go ro­dzin­ne mia­sto na Sy­cy­lii. To by­ło jed­no z naj­cie­kaw­szych miejsc, ja­kie po­zna­łem pod­czas po­dró­ży.

Dzię­ku­ję Cher­ry Bre­wer i Ste­ve'owi Dor­ret­cie za to, że ule­gli proś­bie: In­se­gna­mi a bal­la­re il, na­ucz mnie tań­czyć, i po­ka­za­li mi, jak się ba­wi przy mu­zy­ce Nor­thern So­ul;

Ro­ber­to­wi Vil­le­ro­wi za to, że trosz­czył się o bia­łą ve­spę PX 200, któ­rą obie­ca­łem sprze­dać;

Fio­nie In­glis za to, że dba o mo­ją ka­rie­rę; He­ather Cur­die i Me­re­dith Cur­now z wy­daw­nic­twa Ran­dom Ho­use za cier­pli­wość i wy­ro­zu­mia­łość, a An­nie Cra­go za spraw­ną i su­per­szyb­ką re­dak­cję tek­stu; mo­im sio­strzeń­com i sio­strze­ni­com: Jes­si­ce Ho­ward, Tay­lo­ro­wi Blac­ko­wi, Aman­dzie Ho­ward, Har­ri­so­no­wi Blac­ko­wi, Ja­me­so­wi Ho­war­do­wi, Kai Mo­ore i Isa­aco­wi Ro­sen­ber­go­wi, bo lu­bię wi­dzieć ich imio­na i na­zwi­ska w dru­ku.

I wresz­cie dzię­ku­ję Sal­ly za jej mi­łość i wspar­cie. I Da­isy - za to, że da­ła mi na­praw­dę do­bry po­wód do te­go, by tak dłu­go pi­sać tę książ­kę.

Dzię­ku­ję wam wszyst­kim.

 

Strona internetowa ze zdjęciami z po­dró­ży opi­sa­nej w tej książ­ce

 

Dzię­ki In­ter­ne­to­wi każ­dy mo­że wy­brać się na wir­tu­al­ną wy­ciecz­kę na po­ma­rań­czo­wej ve­spie po sło­necz­nej Ita­lii. Wy­star­czy wejść na stro­nę www.pe­ter­mo­ore.net i tam od­szu­kać link do pre­zen­ta­cji zdjęć pt. Vro­om by the Sea. Już po chwi­li bę­dziesz je­chać wą­ski­mi dro­ga­mi nad brze­giem mo­rza, zwie­dzać wie­ko­we ru­iny i oglą­dać za­cho­dy słoń­ca na wspa­nia­łych wło­skich pla­żach. Przy odro­bi­nie szczę­ścia za­ro­bisz na­wet man­dat od ka­ra­bi­nie­ra za jaz­dę bez ka­sku. Uwierz mi, ob­je­chać na ve­spie wło­skie wy­spy i ani ra­zu nie uba­brać so­bie rąk ole­jem to na­praw­dę fraj­da!

Gdy już bę­dziesz na tej stro­nie, zer­k­nij tak­że na in­ne mo­je książ­ki lub za­pisz się do new­slet­te­ra, że­by do­sta­wać naj­śwież­sze in­for­ma­cje o mo­ich po­dró­żach i zy­skać szan­sę wy­gra­nia ksią­żek ozdo­bio­nych au­to­gra­fem.

Do zo­ba­cze­nia na www.pe­ter­mo­ore.net.

Ciao!

Pe­ter Mo­ore