Słodki smak pomarańczy - Peter Moore

Reflow text when sidebars are open.
Jeszcze przed wyjazdem do Włoch razem z Sally sporządziłem listę rzeczy, które należało kupić, nim nasza córka przyjdzie na świat. Znalazły się na niej: łóżeczko, fotelik do samochodu, stolik do przewijania, śpioszki, pieluchy, cała masa butelek i smoczków, sterylizator do tychże, a prócz tego grzechotki, dzwoneczki i karuzele do łóżeczka. Lista była długa - liczyła sto trzydzieści siedem pozycji - i sporządzając ją, staraliśmy się przygotować na każdą ewentualność.
Mimo to nie znalazła się na niej vespa Rally 200 z 1972 roku. Planowałem spotkanie z moją ukochaną Sophią, rocznik 1961, którą zostawiłem u jej poprzedniego właściciela: Gianniego. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat życie Gianniego trochę się skomplikowało. Jego żona wystąpiła o rozwód i bał się, że Sophia jako część jego majątku może stać się przedmiotem sprawy rozwodowej i przepaść. Dlatego ją wyrejestrował i wysłał do mojego przyjaciela Marca mieszkającego w Livorno w Toskanii.
Marco żyje z naprawiania starych vesp, więc miał dość miejsca, by trzymać Sophię u siebie. Zapewnił jej godne miejsce obok innych skuterów tej marki w swoim warsztacie niedaleko nabrzeża, nad Morzem Liguryjskim. Przez kolejnych osiemnaście miesięcy Sophia odpoczywała, oddychając zdrowym morskim powietrzem, a ja zastanawiałem się, co mam z nią zrobić.
Marco od czasu do czasu wysyłał do mnie maila, pytając, czy podjąłem już jakąś decyzję. Robił to zazwyczaj w przerwie między renowacją kolejnych starych skuterów, gdy miał czas, by ewentualnie zapakować Sophię do skrzyni i wysłać do mnie statkiem. Ja jednak cały czas go zwodziłem. Mówiłem, że nie zdecydowaliśmy jeszcze z Sally, gdzie zamieszkamy. Może w Anglii. Może w Australii. Jak będę to wiedział, zaraz dam mu znać. A wtedy koła pójdą w ruch.
Teraz, gdy ustaliliśmy z Sally szczegóły mojej wyprawy, zadzwoniłem do Marca, żeby mu powiedzieć, że przyjeżdżam do Włoch. Cały czas byłem też w kontakcie z Filippem, jego przyjacielem. Filippo był moim przewodnikiem i opiekunem w czasie mojego pierwszego pobytu w Livorno. Razem z Markiem zabierali mnie do miejscowych barów i na święta orzeszków piniowych, wprowadzali tylnymi drzwiami na imprezy sponsorowane przez producenta martini i bladym świtem organizowali szalone, zakrapiane alkoholem wyprawy motorówką po starych kanałach Livorno. To dzięki nim stało się ono moim ulubionym włoskim miastem.
Byłem szczęśliwy, znów widząc moich kumpli. No i konstatując, że znaleźli sobie dziewczyny. Zatrzymałem się u Filippa i Walerii w willi w małej wiosce Cevoli w samym sercu malowniczej Toskanii. Razem z Markiem i jego dziewczyną - Lucillą, któregoś wieczoru wybraliśmy się do restauracji przy starych kanałach w Livorno, gdzie poczęstowano mnie lokalnym daniem znanym już w starożytności: cacciucco. Jest to rodzaj zupy rybnej podawanej z chlebem czosnkowym.
Ale chociaż byłem w Livorno już od paru dni, tak się jakoś złożyło, że nie widziałem jeszcze Sophii. Nie byłem pewien, o co chodzi, ale odnosiłem wrażenie, że moi gospodarze nie chcą o niej wspominać. Mnie jednak - chociaż doskonale się czułem w Toskanii - śpieszno już było na Sardynię.
Gdy wracaliśmy samochodem z lokalu wyborczego - we Włoszech odbywały się właśnie wybory do władz lokalnych - zauważyłem przy drodze znajomy znak. Spytałem Filippa, czy moglibyśmy zajrzeć do warsztatu Marca. Znałem Livorno na tyle, że wiedziałem, że byliśmy naprawdę bardzo blisko warsztatu. Wystarczyło przejechać Viale Nazario Sauro i skręcić w prawo, zaraz za zjazdem na stadion Armanda Picchiego i bylibyśmy na miejscu.
- Nie mówiłem ci? - zaczął niepewnie Filippo. - Dzisiaj Marco gotuje dla nas u Lucilli. Jest teraz na mercato centrale, głównym targu, i kupuje wszystko do obiadu.
Mieszkanie Lucilli znajdowało się w centrum Livorno, za Piazza Micheli i hotelem Gran Duca. Marco już wrócił z zakupów i przywitał się z nami w drzwiach. Miał na sobie kuchenny fartuch i nie byłem zaskoczony tym, że podobnie jak w warsztacie, tak i tu dokładał starań, by w żadnym razie nie pobrudzić sobie ubrania.
Gdy Marco czynił ostatnie przygotowania do obiadu - kiedy zajrzałem do kuchni, właśnie starannie układał plasterki pomidora na brzegu talerza - Lucilla oprowadziła mnie po mieszkaniu. Dominowały w nim motywy morskie, co zrozumiałe, skoro było stąd tak blisko do morza. Zasłonkę prysznicową zdobiły wizerunki muszelek, w salonie zaś z sufitu zwisała stara sieć rybacka z oryginalnymi, zniszczonymi przez morską wodę plastikowymi pływakami, a w sieci umieszczone były zdjęcia rodziny i przyjaciół Lucilli. Jedynym ustępstwem na rzecz jej nowego, rozkochanego w vespach chłopaka okazała się zabawna lampa wykonana z dwóch rączek kierownicy vespy. Marco zrobił ją sam i zawiesił nad stołem, gdzie jadano posiłki. Gdy Lucilla nacisnęła włącznik, reflektorki w rączkach zapaliły się. Marco podarował jej tę lampę - i od razu zamontował - na Walentynki. Naszła mnie pokusa, by poprosić go o zrobienie identycznej dla mnie, ale nie sądzę, by Sally spodobała się tak jak Lucilli.
Obiad jedliśmy na balkonie biegnącym wzdłuż całego mieszkania. Ponieważ znajdowało się ono na najwyższym piętrze budynku, mieliśmy wspaniały widok na miasto: od portu Medyceuszy i Fortezza Vecchia aż po współczesny port, gdzie cumowały statki odpływające na Sardynię i Korsykę.
Po pierwszym daniu - pysznym spaghetti z marynowanymi krewetkami - zapragnąłem się dowiedzieć, czy to właśnie stamtąd wypłynę, gdy wreszcie ruszę w drogę.
- Który z tych statków płynie na Sardynię? - spytałem.
Filippo poruszył się niespokojnie na krześle i spojrzał z zakłopotaniem na Marca. Ten także zaczął się nerwowo wiercić, po czym szybko wstał i zaczął zbierać talerze. Lucilla zmierzyła obu surowym wzrokiem, a potem wskazała na duży biały statek pasażerski z wymalowanymi postaciami z kreskówek z serii Zwariowane melodie.
- Widzisz tego z Sylwestrem i ptaszkiem Tweety? Ten płynie na Sardynię.
Marco wniósł drugie danie i obwieścił wszystkim, że to rostbef z tuńczyka. Rzeczywiście był to ogromny kawał tuńczyka - w oliwie z oliwek, z morską solą i świeżym rozmarynem, tak usmażony, że w środku był jeszcze surowy. Ryba tak mi smakowała, że nie miałem głowy, by podejmować wątek Sophii czy Sardynii, i zrobiłem to dopiero przy kawie.
Przycisnąć do ściany Włocha i zapytać o coś wprost to niełatwa sprawa. Potrzeba zachowania twarzy jest w tym kraju równie silna co w Azji. Ale ponieważ z każdym dniem było coraz bliżej do narodzin mojej córki, musiałem wiedzieć, kiedy mogę wyprowadzić Sophię z warsztatu i rozpocząć podróż. Zapytałem więc Marca i Filippa, czy jest jakiś problem. Ukradli Sophię? Jest poważnie uszkodzona? Dlaczego mi jej jeszcze nie pokazali?
- Jutro ją zobaczysz, słowo - obiecał Filippo, ale to wcale mnie nie uspokoiło.
Przy stole zapadła niezręczna cisza. Waleria wbiła wzrok w Filippa. Lucilla wbiła wzrok w Marca. Ten pękł pierwszy. Poderwał się i wziął kluczyki do vespy GT 200, która stała przed blokiem.
- No dobra, chodź - powiedział, podając mi kask. - Pojedziemy do warsztatu od razu.
Filippo ruszył za nami samochodem i tak jechaliśmy Viale Italia obok Terrazza Mascagni w stronę warsztatu, a nad morzem zachodziło właśnie słońce. Był ciepły i przyjemny wieczór, a w barach przy nabrzeżu, których wystrój zmienił się od czasu mojej ostatniej wizyty, młodzi mieszkańcy Livorno przyjeżdżający tu na skuterach desperacko przeglądali SMS-y, żeby mieć pewność, że są tam, gdzie wypada być tego wieczoru.
Gdy dotarliśmy do warsztatu, Marco otworzył ciężkie metalowe drzwi i sięgnął do włącznika. Głośny dźwięk przekręcanego pokrętła dodał mi otuchy. Jarzeniówki, migocząc, przebudziły się do życia i po chwili zalały warsztat swoim charakterystycznym światłem. Natychmiast dostrzegłem Sophię. Stała w głębi warsztatu na stojaku, z którego korzystał Marco, gdy naprawiał skutery. Wyglądała ślicznie jak zawsze. Tyle że w miejscu silnika ziała ogromna dziura.
No to mam przechlapane.
Nie zdążyłem zapytać, gdzie się podział silnik, gdy Marco bez słowa wskazał na stos części leżących w warsztacie. Rozebrany blok silnika tkwił w uścisku imadła. Stałem w milczeniu i przyglądałem się skuterowi i silnikowi. Nie jestem ekspertem, ale zacząłem się domyślać, że Sophia nigdzie nie pojedzie w najbliższych dniach.
Ponieważ Filippo mówił po angielsku lepiej od Marca, jemu przypadł przykry obowiązek wyjaśnienia mi, co się stało.
- Marco źle cię zrozumiał, kiedy zadzwoniłeś i powiedziałeś, że przyjeżdżasz do Włoch - zaczął. - Myślał, że przyjeżdżasz po to, żeby zabrać Sophię do Londynu.
Zaczynałem rozumieć. Powiedziałem wtedy Marcowi, że Sally jest w ciąży. A kiedy powiedziałem mu też o wycieczce na Sardynię i Sycylię, doszedł do wniosku, że po prostu marzę o takim wyjeździe. No dobrze, ale to wszystko nie tłumaczyło stanu Sophii.
Filippo wyjaśnił, że Marco postanowił zrobić kapitalny remont silnika.
- W prezencie dla twojego dziecka - dodał. Rzeczywiście, w czasie mojej pierwszej podróży najwięcej problemów miałem właśnie z silnikiem Sophii, a przede wszystkim ze stykami rozdzielacza. Teraz Sophia miała dostać nie tylko nowe styki, ale i wyremontowany silnik mający większą moc i mniejsze luzy tłoka.
- Byłby jak nowy - powiedział Filippo.
- Lepszy niż nowy! - zawołał Marco. Hmm, silnik był w proszku, ale Marco to przecież jeden z najlepszych mechaników od vesp w tym kraju! Poskładanie wszystkiego nie zajmie mu chyba zbyt wiele czasu? Spytałem Filippa, kiedy silnik będzie na chodzie i kiedy będę mógł ruszyć w drogę, a Marco posłał mu niespokojne spojrzenie.
- Jest drobny problem - zaczął Marco niepewnym głosem. - W silniku potrzebne jest nowe koło zamachowe i nigdzie nie mogę go dostać.
Spytałem więc, ile czasu będzie potrzebował na znalezienie tej części, ale on tylko wzruszył bezradnie ramionami.
No to miałem podwójnie przechlapane.
Moja szansa, by po raz ostatni zakosztować wolności, właśnie rozpływała się we mgle. Filippo zauważył, w jakim jestem stanie, i próbował mnie pocieszyć.
- Nie traktuj tego jak katastrofy - powiedział, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Przecież są jeszcze inne możliwości poruszania się po Włoszech.
Potrząsnąłem przecząco głową. Podróż komunikacją publiczną nie wchodziła w grę. W czasie pierwszej wyprawy to Sophia otwierała przede mną tyle drzwi i oczarowywała tylu spotkanych po drodze ludzi, to dzięki niej poznałem takie zakątki Włoch, których bez skutera nigdy bym nie odnalazł. Z autobusu lub pociągu będę widział tylko brudne fabryki i betonowe place na stacjach benzynowych.
Ale na szczęście nie taką podróż miał na myśli Filippo.
- Zawsze możesz kupić inny skuter - powiedział z szerokim uśmiechem. Vespa, o której mówił, stała w głębi warsztatu Marca - był to model Rally 200 z 1972 roku, w takim samym pomarańczowym odcieniu jak skóra Donatelli Versace i z białymi paskami po bokach. Wyglądała jak krzykliwa i bezczelna kobietka, a wszystkie inne skutery w warsztacie prezentowały się obok niej po prostu nudno i nijako. Nawet kiedy stała na stojaku, biła z niej pewność siebie.
Marco sprzedawał ją w imieniu swojego przyjaciela Roberta, który chciał za nią dwa tysiące euro, ale Marco był pewien, że uda mi się zbić cenę do tysiąca siedmiuset. Powiedział, że nic sobie nie policzy za pośrednictwo i dzięki temu trochę zaoszczędzę. Myślę, że ciągle dręczyło go poczucie winy z powodu nieporozumienia, za sprawą którego moja Sophia stała teraz w warsztacie wybebeszona i niezdolna do jazdy.
Gdy model Rally 200 pojawił się na rynku, nie miał sobie równych. Był głośny i krzepki, a jego napakowany silnik o pojemności dwustu centymetrów sześciennych osiągał moc solidnych dwunastu koni mechanicznych przy pięciu tysiącach siedmiuset obrotach na minutę. Wyciągał sto jeden kilometrów na godzinę i był szybszy niż jakikolwiek produkowany wcześniej skuter. Poprawiono także zawieszenie, dzięki czemu jazda była wygodniejsza, a skuter lepiej się sprawdzał na długich trasach niż jego starsze rodzeństwo.
- Na twoją wyprawę nadaje się wprost doskonale! - zawołał Filippo. - Nie ma takiej góry na Sardynii i na Sycylii, na którą nie wjedziesz!
Rally 200 był z pewnością bardziej niezawodny niż wszystkie starsze modele vespy. Rozwalający się mechaniczny rozdzielacz zapłonu zastąpiono zapłonem elektronicznym przykręconym do korpusu zaraz obok silnika. Główną zaletą zapłonu elektronicznego było to, że vespa Rally zawsze zapalała za pierwszym razem. Wyprawa, którą planowałem - przez Sardynię i Sycylię, a potem z powrotem wzdłuż wybrzeża Amalfi, była bardziej zuchwałym przedsięwzięciem niż podróż z Mediolanu do Rzymu na Sophii. Po pierwsze, była dłuższa, a teren, po którym miałem jechać, bardziej górzysty. Na dodatek były to najbardziej odludne części Włoch, gdzie życzliwych mieszkańców, takich, którzy mi pomagali, gdy wpadłem w tarapaty w czasie pierwszej podróży, było jak na lekarstwo.
Nie trzeba mnie było namawiać do kupna tego skutera. Ba, ta vespa była jedną z tych rzeczy, których najbardziej pragnąłem. Była oldskulowa, a jej pomarańczowy kolor wydawał się dostatecznie tutti-frutti, jaskrawy i radosny, by pasować do włoskiego wybrzeża. Jeśli moja pierwsza wyprawa, na Sophii, przypominała czarno-białe filmy, które oglądałem jako nastolatek, to wyprawa na tej vespie będzie jak film w technikolorze.
Zadzwoniłem do Sally, żeby jej o wszystkim opowiedzieć. Nie byłem pewien, jak to przyjmie. Gdybym kupił Rally 200, liczba posiadanych przeze mnie vesp wzrosłaby do trzech. Oprócz Sophii miałem jeszcze w Sydney bezimienne białe PX, które obiecałem sprzedać, kiedy Sally zaszła w ciążę, ale nigdy się za to nie zabrałem. Moja żona, choć niechętnie, przyznała mi rację i zgodziła się z tym, że jeśli mam odbyć tę wyprawę, potrzebuję innej vespy. Nie sądzę jednak, by moja pośpiesznie sklecona argumentacja, oparta na pomyśle, że teraz każde z nas: Sally, nasza nienarodzona jeszcze córka i ja, będzie mieć własną vespę, trafiła jej do przekonania.
Marco zadzwonił do Roberta, przedstawił mu moją propozycję, a potem poinformował mnie, że została przyjęta. Roberto miał przyjechać jutro do warsztatu, żeby odebrać pieniądze i dać mi wszystkie dokumenty. Filippo poklepał mnie po plecach. Był równie podekscytowany moim nowym nabytkiem jak ja.
- No, to jak się będzie nazywał ten twój nowy skuter?
- Jakoś po męsku - odparłem. - Vespa z taką ilością testosteronu w przewodach nie może mieć żeńskiego imienia.
Marco i Filippo pokiwali głowami ze zrozumieniem. Próbowałem coś wymyślić, lecz nic odpowiedniego nie przychodziło mi do głowy. Imię musiało mieć w sobie coś włoskiego i coś z macho. Ale jedyne, co na co się zdobyłem, to "Rocky", tak jak Rocky Balboa grany przez Sylvestra Stallone'a.
- A może Marcello? - zaproponował Filippo. - Jeśli dobrze pamiętam, to jesteś wielkim fanem Marcella Mastroianniego.
Uśmiechnąłem się i... . . .
(fragment)...
.
.
.
Całość dostępna w wersji pełnej
Dwa miesiące po pierwszej rocznicy mojego ślubu i pięć miesięcy przed narodzinami mojego pierwszego dziecka siedziałem w samolocie lecącym do Pizy, marząc o tym, by znów znaleźć się w objęciach włoskiej piękności o gasnącej urodzie, którą poznałem dwa lata wcześniej. Chcieliśmy po raz ostatni wspólnie spędzić lato, wybierając się na krótką wycieczkę po Sardynii, Sycylii i wzdłuż Costiera Amalfitana, czyli wybrzeża Amalfi. Później, opalony i cięższy o parę kilogramów, miałem wrócić do Londynu, do żony i ojcowskich obowiązków.
W ten romans wdałem się z pełnym błogosławieństwem mojej żony Sally. Ba, to był jej pomysł. Powiedziała, że lepiej, jak wyszumię się teraz, aniżeli miałbym to robić po narodzinach naszej córki. Myślę, że na decyzji Sally zaważyło to, że włoska piękność o gasnącej urodzie odegrała kluczową rolę w historii naszej znajomości. No i to, że Sophia była vespą z 1961 roku.
Lato w roku moich czterdziestych urodzin spędziłem, podróżując z Mediolanu do Rzymu na moim równolatku: skuterze w kolorze kawy z mlekiem. Jechałem, mijając wille z kamienia i pola słoneczników, a haczyk pod siodełkiem niemal zawsze był obciążony reklamówką ze świeżym pieczywem, serami, szynką i pomidorami, które kupowałem każdego ranka na straganach w miasteczkach rozłożonych na wzgórzach Toskanii. Były to trzy magiczne miesiące pełne słońca i zapachu świeżego siana.
Sally dołączyła do mnie i spędziliśmy w Toskanii cudowne dwa tygodnie. Później przyleciała jeszcze raz, pod koniec mojej podróży, na weekend do Rzymu. W Rzymie udawaliśmy, że jesteśmy bohaterami Rzymskich wakacji i jeździliśmy po brukowanych ulicach, mijając Koloseum i Panteon i nie przejmując się policjantami, którzy za nami gwizdali. A potem zaglądaliśmy do małych kafejek i restauracji Zatybrza. Sally była świetną Audrey Hepburn, ja zaś zdecydowanie niskobudżetową wersją Gregory'ego Pecka. W niecały rok po naszym pobycie we Włoszech wzięliśmy ślub, a kilka miesięcy później Sally zaszła w ciążę. Każdemu, kto zechce słuchać, powtarzam: jeśli zapraszasz dziewczynę na przejażdżkę vespą po Włoszech, przygotuj się na naprawdę poważne konsekwencje. Pomimo tego wszystkiego wiedziałem, że podróż po południowej części Włoch na skuterze z dwucylindrowym silnikiem nie jest zwyczajowym sposobem przygotowywania się do roli ojca. Strony internetowe dla młodych rodziców podpowiadały, że powinienem raczej malować pokój dla dziecka, składać łóżeczko i chodzić do szkoły rodzenia. Albo przynajmniej wybierać dobrą polisę na życie.
Sally wcześniej niż ja sam zauważyła, że trudno mi się oswoić z myślą o byciu ojcem. Tylko nie zrozumcie mnie źle. Myśl o zostaniu tatusiem budziła we mnie ogromną radość i ekscytację. Człowiek, który ma czterdzieści dwa lata, już dawno stracił nadzieję, że będzie miał swój wkład w przedłużenie istnienia gatunku.
Przez całe dotychczasowe dorosłe życie żyłem jak student. Dzieliłem z innymi wynajmowane mieszkania. Większość pieniędzy wydawałem na płyty. A ilekroć uciułałem trochę grosza, znikałem, by włóczyć się po świecie. Nigdy nie byłem naprawdę głodny, ale czasami niebezpiecznie zbliżałem się do tego stanu. Nawet początki małżeństwa z Sally naznaczone były podobną niestałością. Pierwsze pięć miesięcy po ślubie spędziliśmy, podróżując starym samochodem po Australii. A gdy Sally była już od paru miesięcy w ciąży, zwinęliśmy manatki i przenieśliśmy obóz do Londynu, by tam zacząć nowe życie. Odtąd miałem stać się człowiekiem odpowiedzialnym. Pewna ludzka istotka była całkowicie zdana na mnie - to ja miałem zapewnić jej jedzenie i dach nad głową. Do tej pory unikałem brania na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności za kogoś, teraz lada dzień miałem się zmierzyć z największym możliwym zobowiązaniem.
Niewiele pomagały mi relacje innych ojców, z których wynikało, że ojcostwo to próba, którą trzeba znieść mężnie i nie dać plamy. Jeden ze znajomych przyrównał narodziny dziecka do bomby, która nagle eksploduje w naszym życiu.
- Oczywiście dobrej bomby - poprawił się pośpiesznie, ale to tylko pogorszyło sprawę, bo brzmiało jak eufemizm typu "przypadkowe ofiary", gdy mówi się o cywilach, którzy zginęli w czasie akcji wojskowej.
I dlatego zostało postanowione, że lato przed narodzinami mojej córki spędzę z Sophią. Może Sally dołączy do nas w lipcu, mniej więcej w okolicach moich urodzin, gdy będę gdzieś na wybrzeżu Amalfi, wykorzystując ostatnie dni, w których jeszcze wolno jej podróżować samolotem.
O tej podróży marzyłem od zakończenia pierwszej eskapady do Włoch. Widziałem w myślach, jak Sophia oprowadza mnie po najcieplejszych częściach swojego kraju, których nie zdążyłem poznać podczas poprzedniego pobytu na Półwyspie Apenińskim. Będzie to równocześnie pożegnanie z moim dawnym stylem życia i ostatnia szansa, by nacieszyć się chwilami oszałamiającej wolności.
Mogłoby się wydawać, że na wycieczce będę się jedynie rozkoszować wspaniałymi plażami, doskonałymi posiłkami i campari sączonym o zachodzie słońca. Ale biorąc pod uwagę, jak wiele kilometrów miałem pokonać, żywiłem nadzieję, że wyjazd stanie się też okazją do uporządkowania myśli. Gdy się jedzie na skuterze, zwłaszcza na starym skuterze, człowiek ma dużo czasu na myślenie. Musiałem zapomnieć o szczegółowym planie porodu i pieluchach i skupić się na tym, co odtąd miało się zmienić w moim - a właściwie naszym - życiu. Jeśli nie uda mi się tego zrobić, nie pomoże żaden, nawet najbardziej szczegółowy plan.
Ciągle dręczyło mnie poczucie winy z powodu wyjazdu. Sally przez kilka miesięcy będzie zdana na siebie, zostanie sama ze wszystkimi problemami związanymi z ciążą, a mnie ominie kilka pierwszych lekcji w szkole rodzenia. Powiedziała, że przedstawi się tam jako samotna matka, więc kiedy zjawię się w połowie kursu, wezmą mnie za uroczego faceta, który gotów jest się poświęcić i zatroszczyć o nieswoje dziecko. A na końcu oświadczyła, że nie może się doczekać, kiedy wreszcie będzie miała całe łóżko tylko dla siebie.
I tym sposobem w połowie drugiego trymestru, a dokładniej w dwudziestym czwartym tygodniu ciąży Sally znalazłem się na pokładzie samolotu linii Ryanair lecącego do Pizy. Czułem się jak przedstawiciel handlowy, który zostawia żonę i dziecko i wyrusza w trasę. Tylko że przedstawiciel handlowy ma w portfelu zdjęcie żony i dzieci, a ja miałem zdjęcie USG z dwudziestego drugiego tygodnia ciąży. Sally zabroniła mi pokazywać je komukolwiek, bo uznała, że wygląda trochę przerażająco. Zasugerowała jednak, żebym wyjmował je od czasu do czasu i przypominał sobie w ten sposób o dziecku, które jest już w drodze.
Pożegnaliśmy się na lotnisku Stansted przed wejściem do sklepu WH Smith, a nim ruszyłem w stronę bramek, położyłem rękę na brzuchu żony. Starałem się nie okazywać ekscytacji. Mimo że wszystko sobie racjonalizowałem i mimo że Sally była tak wspaniałomyślna, czułem, że to nie fair, że mogę tak po prostu wyjechać, podczas gdy ona musi zostać w Londynie. Więc tłumiłem w sobie emocje, udając przed Sally i przed sobą samym, że wybieram się jak zwykle do pracy.
Ale w rzeczywistości byłem podekscytowany. Po dwóch latach wracałem do Włoch, by znów znaleźć się w objęciach Sophii.
Dziękuję Filippowi Lulli i Marcowi Quaretcie oraz ich dziewczynom (a teraz żonom): Walerii Lulli i Lucilli Bertocchini - jadąc do Livorno, dzięki nim czułem się, jakbym wracał do domu.
Kolejni adresaci moich podziękowań to Mario Zizi z Nuoro, Sergio Passalacqua z Palermo, Gianluca Grandi z Rzymu i Gioacchino Coco z Poggioreale. Jestem im wdzięczny za gościnność i za podzielenie się ogromną wiedzą o miejscowej kulturze i zwyczajach.
Dziękuję także Johnowi Stillone'owi, mojemu doradcy podatkowemu, nie tylko za to, że wziął na siebie pertraktacje z Australijskim Urzędem Podatkowym, ale i za to, że nalegał, żebym odwiedził Poggioreale, jego rodzinne miasto na Sycylii. To było jedno z najciekawszych miejsc, jakie poznałem podczas podróży.
Dziękuję Cherry Brewer i Steve'owi Dorretcie za to, że ulegli prośbie: Insegnami a ballare il, naucz mnie tańczyć, i pokazali mi, jak się bawi przy muzyce Northern Soul;
Robertowi Villerowi za to, że troszczył się o białą vespę PX 200, którą obiecałem sprzedać;
Fionie Inglis za to, że dba o moją karierę; Heather Curdie i Meredith Curnow z wydawnictwa Random House za cierpliwość i wyrozumiałość, a Annie Crago za sprawną i superszybką redakcję tekstu; moim siostrzeńcom i siostrzenicom: Jessice Howard, Taylorowi Blackowi, Amandzie Howard, Harrisonowi Blackowi, Jamesowi Howardowi, Kai Moore i Isaacowi Rosenbergowi, bo lubię widzieć ich imiona i nazwiska w druku.
I wreszcie dziękuję Sally za jej miłość i wsparcie. I Daisy - za to, że dała mi naprawdę dobry powód do tego, by tak długo pisać tę książkę.
Dziękuję wam wszystkim.
Dzięki Internetowi każdy może wybrać się na wirtualną wycieczkę na pomarańczowej vespie po słonecznej Italii. Wystarczy wejść na stronę www.petermoore.net i tam odszukać link do prezentacji zdjęć pt. Vroom by the Sea. Już po chwili będziesz jechać wąskimi drogami nad brzegiem morza, zwiedzać wiekowe ruiny i oglądać zachody słońca na wspaniałych włoskich plażach. Przy odrobinie szczęścia zarobisz nawet mandat od karabiniera za jazdę bez kasku. Uwierz mi, objechać na vespie włoskie wyspy i ani razu nie ubabrać sobie rąk olejem to naprawdę frajda!
Gdy już będziesz na tej stronie, zerknij także na inne moje książki lub zapisz się do newslettera, żeby dostawać najświeższe informacje o moich podróżach i zyskać szansę wygrania książek ozdobionych autografem.
Do zobaczenia na www.petermoore.net.
Ciao!
Peter Moore