Słodki smak marzeń - Aneta Krasińska

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Ciężka, lepka mgła otuliła stolicę. Za chwilę z kupionych na kredyt mieszkań wysypią się tłumy spieszące do pracy. Każda z tych osób codziennie biegła na złamanie karku, żeby zdążyć zameldować się u szefa - to on decydował o ich przyszłości i o tym, czy będą w stanie spłacić raty w banku. O siódmej uliczne latarnie wciąż sączyły żółtawe światło bez względu na to, że wkrótce nastąpi godzina zero.

Tymczasem Laura po raz drugi tego ranka z impetem uderzyła w dzwoniący budzik. Potrzebowała tych kilku minut snu. Nawet nie pamiętała, o której zasnęła. W każdym razie jej ciało krzyczało o więcej, choć świadomość domagała się realizacji ustalonych celów. Przez chwilę walczyła jeszcze z mnożącymi się myślami o odpowiedzialności i innych bzdurach typowych dla korporacyjnych szczurów. To wystarczyło, by trzydziestoczteroletnia singielka zwlokła się z łóżka i wciąż nieprzytomna poczłapała do łazienki. Po drodze zajrzała do kuchni i uruchomiła ekspres.

Chwilę później opatulona szlafrokiem, w turbanie z ręcznika na głowie zakrzątnęła się w kuchni, żeby przygotować sobie śniadanie. Nic nie pobudzało jej do działania tak jak omlet z dwóch jaj na boczku. I co z tego, że to bomba kaloryczna? Tej zimy może i przytyła dwa czy trzy kilo, ale tak już z nią było. Organizm Laury sprytnie gromadził zapasy zimą, żeby latem pozbywać się ich bez większych problemów. Niestety nędzna zawartość lodówki nie napawała optymizmem. Oprócz na wpół zgniłego ogórka i resztki spleśniałego sera nie znalazła niczego, co nadawałoby się do zjedzenia.

- Cholera jasna, zapomniałam o zakupach - mruknęła się do siebie.

Wiedziała, że musi w takim razie jak najszybciej wyjść z domu, żeby jeszcze przed pracą zdążyć kupić coś na śniadanie.

Idąc do łazienki, zrzuciła ręcznik z głowy. Kaskada mokrych, modnie ufarbowanych włosów w stylu ombre opadła na ramiona. W pośpiechu nałożyła piankę i zabrała się do układania fryzury. W jednej ręce miała suszarkę, drugą starała się nałożyć prowizoryczny makijaż, aby ukryć resztki wspomnień wczorajszego upojnego wieczoru.

Początkowo nawet broniła się przed wyjściem z domu. W tygodniu starała się nie imprezować, ale Roma i Milena były wytrawnymi zawodniczkami i wytoczenie argumentu z bólem głowy w roli głównej bardziej je śmieszyło, niż wzbudzało litość. Co miała robić? Dla świętego spokoju towarzyszyła im w klubie, a teraz, w piątkowy poranek, zbierała żniwo swojej uległości.

Myśl o ostatnim dniu pracy w tym tygodniu dodała jej skrzydeł. Projekt, w którym brała udział, zakończyła już w środę. Wczoraj naniosła wszystkie poprawki, a jak zwykle nie było ich mało, skoro nadzór nad kampanią reklamową sprawowała szefowa. Dzisiaj wystarczyło nie wchodzić nikomu w drogę, a od poniedziałku czekał ją urlop, i to w słonecznej Turcji. Odkąd kupiła wycieczkę, czyli od trzech tygodni, codziennie śledziła pogodę w tym kraju. W styczniu zdarzają się tam niezwykle deszczowe dni, ale zanosiło się na to, że w przyszłym tygodniu tylko dwa z nich będą trudne do przetrwania. Przez resztę czasu będzie się rozkoszować słońcem i szeroką plażą. Laura należała do osób zapobiegliwych, dlatego zdążyła już zebrać listę zamówień od przyjaciółek i właśnie te dwa gorsze dni przeznaczyła na zakupy i szukanie torebek. Wiedziała przecież, że Turcja to raj dla kolekcjonerów podróbek znanych marek.

Wskoczyła w obszarpane dżinsy i elegancką białą koszulę. Włosy zwinęła w luźny kok i upchnęła je pod czapką. Mocniej zawiązała na szyi długi kolorowy szal i zapięła obszerny pikowany skafander. Czuła się w nim jak ludzik Michelina, ale przynajmniej nie marzła, stojąc na przystanku autobusowym. Wprawdzie mieszkała w Warszawie, ale i tak musiała dojechać do Śródmieścia, którego nie znosiła. Na Woli było znacznie ciszej i spokojniej niż w centrum. Często, wchodząc do strefy zero, miała wrażenie, że czas przyspiesza o sto procent. Ulegała temu i wpadała w wir obowiązków, gdzie miała wrażenie, że dopiero co odbijała kartę przy wejściu do biurowca, a chwilę później wyłączała komputer i wychodziła z pracy.

Laura, zasuwając zamek przy kurtce, zbiegła z czwartego piętra i skierowała się do osiedlowego warzywniaka. Uwielbiała sprzedawane tam pączki obficie polane lukrem z zatopionymi w nim kawałkami kandyzowanej skórki pomarańczowej. Kiedy dopadła drzwi, czuła, że przesadziła wczoraj z drinkami. Zawroty głowy prawie pozbawiły ją świadomości. Do gardła podchodziła jej gula, której nie mogła przełknąć. Duszne powietrze niemal zaciskało się wokół jej szyi.

- Wszystko w porządku? - spytała korpulentna matka przedszkolaka zawzięcie żującego bułkę. - Coś kiepsko pani wygląda.

- Zmęczyłam się, bo biegłam całą drogę - wyjaśniła Laura, ciężko sapiąc.

- Wy, młodzi, wiecznie się spieszycie - wtrącił pomarszczony staruszek pakujący sprawunki do materiałowej torby. - Umrzeć nie będziecie mieli czasu.

Ekspedientka w wieku emerytalnym uśmiechnęła się pod nosem i puściła oko do Laury. Znała ją z widzenia. Kilka razy w tygodniu wpadała na drobne zakupy. Widocznie nie lubiła tych wielkich zatłoczonych marketów, gdzie można kupić dosłownie wszystko, ale potrzeba na to dużo czasu, bo wszędzie panuje tłok.

- Co zrobić? Takie czasy - wtrąciła matka przedszkolaka, przeciskając się bliżej lady, i zapłaciła za bułkę pochłoniętą przez berbecia do połowy i swoje drugie śniadanie.

Malec na odchodne głośno zaciamkał i mocno trzymany przez matkę za rękę oddalił się w stronę przystanku autobusowego.

W tym czasie Laura zdążyła ochłonąć i wyjąć portmonetkę. Co rusz spoglądając w stronę przystanku, kupiła pączki i sok pomarańczowy. Zimą hołdowała zasadzie, że trzeba robić wszystko, żeby dostarczyć organizmowi niezbędny zastrzyk energii. Sprzedawczyni z uśmiechem mówiła coś o zapowiadanym załamaniu pogody, ale Laura miała tylko jedną myśl w głowie. Nie mogła się spóźnić do pracy. Zgarniając resztę pieniędzy z lady, kątem oka dostrzegła błysk światła. Doskonale go znała. Nie bacząc na sypiące się monety, wybiegła na chodnik. Chłód natychmiast przeszył ją do szpiku kości, ale nie zwolniła.

Chwilę później stała wciśnięta między grupę nastolatków głośno rozprawiających o zbliżających się feriach. Dopiero teraz Laura uświadomiła sobie, że nie przemyślała terminu swojego wyjazdu. Nie cierpiała tłoku na lotnisku i głośnego płaczu dzieci w samolocie, ale najgorsze w tym wszystkim było zamieszanie, jakie robili wokół siebie pasażerowie lecący na wczasy w celach konsumpcyjnych. Znała ten typ podróżników, którzy przez tydzień tylko siedzieli w hotelu, korzystając ze wszystkich jego atrakcji, zwłaszcza z tych proponowanych w barach z darmowymi drinkami. Myśl o tygodniu w takim towarzystwie nie była pokrzepiająca. Owszem sama nie należała do abstynentek, ale na wyjazdach nie to było dla niej najważniejsze. Wolała aktywny odpoczynek, dlatego swoją podróż zaplanowała w najdrobniejszych szczegółach. Jechała na wybrzeże, dumnie zwane Riwierą Turecką, słynące z bogactwa zabytkowych budowli, które podobno zachowały się w lepszym stanie niż w Grecji.

Kiedy wraz z innymi pasażerami wydostała się na chodnik, jeszcze długo podążała z tłumem. Dopiero przestępując próg szklanego biurowca, poczuła, że może swobodnie nabrać powietrza. Wchodzący do budynku pracownicy jedynie na sekundę zatrzymywali się przy metalowych bramkach, żeby zeskanować swoją kartę wstępu, jeszcze w domu zawieszoną na szyję. Cała procedura nie trwała długo, a sprawnie kursujące windy pochłaniały kolejne grupki pracowników.

Drzwi otworzyły się na trzynastym piętrze i Laura wyszła na krótki korytarz. Po kilku krokach znalazła się przed szklanymi drzwiami. Zrobiła głęboki wdech i weszła do środka.

- Cześć, Majka - powitała kościstą recepcjonistkę, która najpierw była wegetarianką, później weganką, a teraz stała się frutarianką i jako swoją misję traktowała edukację wszystkich mięsożerców, w których nie odnajdowała cech ludzkich. - Harpia już się zjawiła?

- Masz szczęście, dzisiaj przyjdzie dopiero po lunchu, bo ma jakieś ważne spotkanie na mieście - wyjaśniła, nie odrywając oczu od monitora. - A słyszałaś o owocach, które podobno śmierdzą jak kupa?

Laura przypomniała sobie o schowanych do torby pączkach i głośno przełknęła ślinę.

- Nie i nie chcę słyszeć - dodała szybko. - Dasz mi klucze?

- Nazywa się durian i śmierdzi padliną połączoną z przepoconymi skarpetami i smażoną cebulą - mówiła Majka, wciąż wpatrzona w ekran. - W sumie to każde mięso tak śmierdzi.

Laura miała ochotę zaprotestować, ale wiedziała, że to najkrótsza droga do kłótni z Mają, a tej jeszcze nikt z nią nie wygrał.

- Słodka, a jednocześnie ostra woń roznosi się na odległość kilkuset metrów - ciągnęła niezrażona.

- Maja, klucze - wtrąciła Laura, próbując całą siłą woli zapanować nad żołądkiem, który właśnie przypomniał sobie o wczorajszych ekscesach w klubie.

Kilka szybkich kolejek na pusty żołądek daje natychmiastowy efekt. Po kilkunastu minutach świat nabiera nowych barw, które szybko wirują przed oczami. Trudno rozpoznać, kto jest kim. Muzyka zlewa się w jeden huk i nie wiadomo, czy jeszcze gra, czy już przestała. To swoisty rollercoaster i nigdy nie ma pewności, czy zdoła się z niego wysiąść, nie ponosząc żadnych strat. Ból głowy kolejnego dnia to najniższa cena za szaleństwo.

- Kurczę, Azjaci uważają go za najsmaczniejszy owoc - stwierdziła. - Ciekawe, czy można go kupić w Polsce.

- Nie wiem, ale mogę poszperać w necie - zaoferowała Laura, przestępując z nogi na nogę. - Jednak teraz muszę już iść, bo głowa mi pęka, a przed urlopem mam jeszcze mnóstwo roboty. Podasz mi klucz?

- Tak, tak, jasne. - Majka poderwała się i z uśmiechem mówiącym "mam cię" podała klucze do pokoju, który Laura dzieliła z Mileną i Jackiem. - Daj znać, jak na coś wpadniesz - dodała, konspiracyjnie nachylając się nad biurkiem.

Laura uznała, że głupkowaty uśmiech powinien wystarczyć za odpowiedź. Chwyciła klucze i czym prędzej oddaliła się od recepcji.

Kiedy opadła na swój fotel, zmusiła się do uruchomienia komputera. Do południa miała spokój. Przeczyta maile, zajrzy do biura rozliczeń, żeby sprawdzić, kiedy wpłynie premia za projekt, a później będzie unikała Harpii i jakoś przetrwa do szesnastej trzydzieści.

Ten festiwal życzeń przerwało wejście Jacka, który jak zwykle robił wokół siebie zdecydowanie za dużo szumu. Zawsze mówił o sobie: "mały, ale wariat". To prawda, Laura przekonała się o tym już pierwszego dnia, gdy mieli wspólnie pracować. Jacek, oględnie mówiąc, był dość mizerny, o mięśniach i posturze zapewne marzył w dzieciństwie, a szczególnie w okresie dorastania, ale wysiłek fizyczny nie należał do tego, co tygryski lubią najbardziej, dlatego brak zachwycającego wyglądu nadrabiał gadulstwem, w czym wcale nie przeszkadzała mu wada wymowy.

- Cześć - powiedział z wdzięcznym uśmiechem. - Jak po imprezce?

- Jak widać na załączonym obrazku - wyznała, masując sobie skronie. - Nigdy więcej nie idę do klubu w tygodniu.

- Trzeba było uczcić twój sukces!

- To naprawdę mogło poczekać do dzisiejszego wieczora - odparła, sięgając po tabletkę od bólu głowy.

- Lepiej kuć żelazo, póki gorące.

- Byleby się nie poparzyć - zauważyła i zalogowała się do systemu.

Ekran ożył. Kilkadziesiąt kolorowych ikon rozbłysło na pulpicie. Laura szybko odszukała właściwą i przez chwilę patrzyła na nią z dumą. Choć pracowała w różnych firmach reklamowych, odkąd skończyła studia, to w Harpeksie zatrudniona była dopiero od roku i po raz pierwszy miała samodzielne stanowisko oraz ekipę przygotowującą kampanie. Latem do jej zespołu dołączył Jacek. Od razu podbił jej serce oryginalnym podejściem do pracy, co przełożyło się również na kontakty poza firmą. Przez chwilę nawet wzajemnie badali grunt i ewentualne możliwości nawiązania bliższych relacji. Ostatecznie po jednym z szalonych wieczorów wylądowali w łóżku, ale następnego dnia żadne z nich nie pamiętało, czy w ogóle do czegoś doszło. Uznali, że łatwiej będzie zapomnieć o zdarzeniu i nadal dobrze się bawić w weekendowe wieczory. Laura odetchnęła z ulgą, bo na trzeźwo zdawała sobie sprawę, że związek z Jackiem mógłby być kłopotliwy i zaważyć na ich wspólnej pracy.

- Jeszcze tylko sprawozdanie dla Harpii i the end - oświadczyła, otwierając Worda.

- Ale ci zazdroszczę tego wyjazdu. - Jacek rozsiadł się w swoim fotelu i z rozmarzeniem wspomniał swój jedyny jak dotąd zagraniczny urlop.

Kolorowe bikini na obfitych piersiach amatorek brązowej opalenizny. Chłodne drinki w hotelowym barze na plaży i obezwładniający upał, dzięki któremu bezkarnie można było wylegiwać się na leżaku.

- To może też wyjedziesz?

- Jestem goły, ale bardzo wesoły. - Puścił do niej oko.

- Może zaciśnij pasa.

- Cały czas próbuję - stwierdził nad wyraz poważnie. - Ale nie mogę rezygnować z życia.

Laura zdążyła już na tyle go poznać, by wiedzieć, że w jego słowniku nie ma pojęcia "oszczędzanie". Bawił się, dopóki miał pieniądze. Przez resztę miesiąca opróżniał słoiki przywiezione od matki spod Elbląga i tak z miesiąca na miesiąc. Tylko raz udało mu się wyjechać za granicę, i to dzięki staraniom jego kumpla z roku, który zatrudnił się jako animator w hotelu na Majorce. Trzy tygodnie przed końcem wakacji złamał nogę i musiał znaleźć sobie zastępstwo. Jacek zgodził się bez wahania, tym bardziej że mógł spędzić dodatkowy tydzień w hotelu jako gość. To było cudowne wspomnienie, do którego chętnie wracał.

- Ciekawe, czy Milena już się zwlokła z łóżka? - zastanawiała się Laura w przerwach między kolejnymi punktami raportu.

- Zadzwonię do niej - zaproponował Jacek i bez ociągania sięgnął po telefon.

Laura znowu utonęła w wirze własnych myśli. Projekt, który dopiero zakończyła, dotyczył kampanii społecznej na rzecz transplantologii. Szefowa niemal tańczyła wokół ministra odpowiedzialnego za to zlecenie. To jej pierwszy projekt, w którym zleceniodawcą było ministerstwo. Nigdy wcześniej nie stawała do takich przetargów, twierdząc, że i tak z góry wiadomo, kto wygra, ale ostatnio wiele się pod tym względem zmieniło.

Choć na realizację projektu mieli pół roku, szefowa naciskała, aby zamknąć się w pięciu miesiącach. Laura spędziła kilkadziesiąt godzin na rozmowach z lekarzami i personelem medycznym zajmującym się transplantacją narządów. Spotykała się również z pacjentami po przeszczepach. Aby stworzyć przekonującą kampanię, musiała poznać wszelkie okoliczności tego typu operacji i poczuć rozmiar determinacji ludzi, dla których każdy dzień to pytanie o przyszłość.

Przy tej okazji poznała jednego sympatycznego lekarza, chyba nawet doktora nauk medycznych. Zaproponowała mu wspólny lunch. Wprawdzie miejscem spotkania miała być tylko przyszpitalna stołówka, ale Laura zdawała sobie sprawę, że od czegoś trzeba zacząć. Powód był wystarczająco ważny, a lekarz bardzo przejęty losem swoich pacjentów, dlatego bez wahania przyjął zaproszenie.

Laura włączyła dyktafon, żeby swobodnie oddać się kontemplacji urody siedzącego przed nią rozmówcy. Chociaż nigdy nie leżała w szpitalu, słyszała legendy o fatalnym jedzeniu, od którego pacjenci chorowali jeszcze bardziej. Gdy tak siedziała, wpatrując się w niewielki pieprzyk na policzku lekarza, nie czuła smaku czerwonego barszczu z zatopionymi w nim kołdunami. Nawet nie wiedziała, czy siorbie.

Zazwyczaj jadła w samotności, dlatego zdarzało jej się zapominać o etykiecie. Zresztą kiedy w ogóle miałaby znaleźć czas na gotowanie? Przeważnie kupowała w barze na najniższym piętrze biurowca jakąś sałatkę z kurczakiem, którą prędko pałaszowała, stojąc przy wysokim, okrągłym stoliku naprzeciwko gabloty z jedzeniem, a piętnaście minut później siedziała już w biurze, szukając kolejnych pomysłów do projektu.

Laura obserwowała wyraz twarzy lekarza. W pewnej chwili dostrzegła na niej napięcie. Początkowo nie miała pojęcia, o co chodzi. Dopiero kiedy mężczyzna przycisnął słuchawkę do ucha i czule się uśmiechnął, poczuła lekkie ukłucie w dołku. Na pewno nie znali się zbyt długo, ale jej nie obdarzył jeszcze takim uśmiechem. Nadstawiła uszu, lecz to tylko pogorszyło sytuację. Nazwanie rozmówczyni "kochaniem" niemal pozbawiło ją tchu. Kiedy znowu przypomniała sobie o oddechu, była już sina na twarzy.

To było jej ostatnie spotkanie z tym niewdzięcznikiem, który nie zdążył jej poinformować, że niestety jest żonaty.

- Będzie za piętnaście minut - obwieścił Jacek triumfalnie. - Już ją postawiłem na nogi.

- Oby zdążyła przed Harpią.

- Jak zawsze da radę. To duża dziewczynka.

Milena pozwalała sobie na szaleństwa przynajmniej pięć razy w tygodniu i choć początkowo Laura kompletnie tego nie rozumiała, to z każdym kolejnym dniem pracy zaczynała czuć podobną potrzebę. Oczywiście była szefową zespołu i to sprawiało, że czuła się za niego bardziej odpowiedzialna, ale coraz częściej potrzebowała odskoczni. Jednak wiedziała, że te nocne eskapady mają swoje konsekwencje. Za bardzo zależało jej na pracy, żeby częściej pozwalać sobie na spóźnienia czy niedyspozycje. Odkąd skończyła studia, sama się utrzymywała i robiła wszystko, żeby udowodnić sobie i innym, że jest skazana na sukces. Z nikim z rodziny nie dzieliła się swoimi codziennymi problemami. Tak było łatwiej.

- Hejka! - szepnęła Milena, ostrożnie zamykając drzwi. - Zdążyłam?

- Miałaś szczęście. - Laura pokiwała głową znad komputera. - Dziewczyno, wiesz, która godzina?

- Budzik nawalił - usprawiedliwiła się Milena i wlała w siebie zawartość półlitrowej butelki z wodą. - Mogliście wcześniej do mnie zadzwonić.

- A ty mogłaś nie odpływać w siną dal - wtrącił Jacek.

- Łatwo ci mówić - żachnęła się, zapadając się w fotelu. - Tam było za dużo znajomych i każdy chciał się ze mną napić. Nie mogłam odmówić - dodała rozbrajająco.

- Nie mogłaś - powtórzyła Laura niczym automat.

- Mila, to może popracuj nad asertywnością - doradził Jacek z drwiną w głosie.

- Jacenty, głowa mi pęka - syknęła i oparła czoło na dłoniach.

- Chyba jednak musisz zmienić system - stwierdziła Laura. - I przerzucić się na imprezy w weekendy.

- Wiesz, że bym chciała, ale czasem po prostu się nie da. Nie wytrzymałabym w tej robocie, gdybym cały tydzień musiała czekać, żeby dopiero w sobotę zapić stres. Harpia i jej wybryki są ponad moje siły. Jedynie dzięki melanżom mogę tu przeżyć.

- Mila, nie przesadzaj. - Jacek zmarszczył brwi.

- Sam doskonale wiesz, jak to jest, więc nie udawaj świętego.

- Może spróbuj nadrobić te dwie stracone godziny, bo Harpia zaraz tu będzie i weźmie cię w ogień pytań. Lepiej, żebyś znała odpowiedzi.

Milena uruchomiła system i zaczęła przekopywać bazę danych w poszukiwaniu informacji niezbędnych do raportu końcowego. Trzy zapatrzone w ekrany komputerów osoby nie dostrzegły przypatrującej się im kobiety. Jej ufarbowane na blond włosy mogły zmylić tych, którzy dotychczas nie zamienili słowa z Eulalią Harapińską. Drobna kobieta odziana w moherowy sweter w kolorze pudrowego różu, w markowych skórzanych spodniach i botkach na wysokim obcasie poprawiła zsuwającą się z przedramienia torebkę od Louisa Vuittona, którą na początku stycznia dostała od dzieci w prezencie z okazji pięćdziesiątych piątych urodzin.

- I taki widok lubię! - odezwała się skrzeczącym głosem.

Trzy głowy jak na komendę wyjrzały znad komputerów.

- Właśnie kończymy - pospieszyła z wyjaśnieniem Laura. - Za dwie godziny prześlę pani nasze podsumowanie.

- Dobrze, dobrze. - Harpia machnęła ręką, pozwalając torebce zsunąć się jeszcze niżej. - Odłóż to i przyjdź do mnie za pięć minut - poleciła, po czym ruszyła w stronę swojego przeszklonego gabinetu z obszernym fotelem prezesa firmy. Stworzyła ją od podstaw z mężem, a od pięciu lat miała większość udziałów.

Decydowała dosłownie o wszystkim, co dotyczyło Harpeksu. Energia, jaką miała ta kobieta, rzuciłaby na kolana każdego szefa korporacji. Eulalia wychodziła z założenia, że dobry prezes wie o wszystkim, co dzieje się w jego firmie. Majka była idealną pracownicą, która każdego dnia witała wszystkich zatrudnionych w agencji. Wystarczyło kilka zdań, żeby wiedziała, co w trawie piszczy. Ludzie chętnie opowiadali o swoich troskach i radościach. Harapińska pośrednio znała więc ich bolączki, a to wystarczyło, żeby w określonym momencie dać im premię albo nieco postraszyć. Wszystko dla dobra firmy.

Laura z niepokojem spojrzała na swój zespół.

- Pewnie chce ci pogratulować. - Jacek jak zawsze z optymizmem patrzył w przyszłość.

- A czy coś wskazuje na to, że świat stanął na głowie? - zastanawiała się Milena.

- Cokolwiek to jest, i tak musi zaczekać do mojego powrotu - podsumowała Laura i wyszła na korytarz.

Przed drzwiami gabinetu na szybko poprawiła włosy i wygładziła bluzkę. W końcu zapukała do drzwi i weszła do środka.

- Siadaj - poleciła Harapińska bez zbędnych wstępów.

Laura przysiadła. Omiotła wzrokiem zarzucone papierzyskami biurko szefowej. Nie było wątpliwości, o czym to świadczy.

- Minister jest tak zadowolony z naszej kampanii, że polecił mnie do wykonania kolejnej - obwieściła z entuzjazmem równym wysokości Alp.

- Gratuluję.

- I w związku z tym musimy się tak samo dobrze, a nawet lepiej niż dobrze, do niej przygotować. Rozumiesz?

W sumie to czego miała nie rozumieć? To ona była skarbnicą pomysłów rodzących się właśnie podczas dogłębnego researchu. Nie znosiła niespodzianek w trakcie realizacji projektu. Wolała mieć wszystko dobrze zaplanowane. Niektórzy zarzucali jej nadmierną skrupulatność, ale Laura wiedziała, że w jej pracy nie ma czasu na pomyłki. Cena za błędy jest zbyt wysoka, a w tej branży nie ma sentymentów. Jeśli raz wypadniesz z obiegu, musisz zaczynać od nowa. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś zechce dać ci drugą szansę.

- Jasne, jasne - przytaknęła.

- Mamy przygotować projekt kampanii na rzecz walki ze smogiem - tłumaczyła Harpia, chodząc wzdłuż długiej oszklonej ściany z widokiem na stolicę. - Widzisz, co się dzieje za oknem, więc nic dziwnego, że tak ich przypiliło i chcą ofertę na wczoraj.

- A jaki dokładnie mamy termin?

- Nie słyszałaś? - Harapińska zatrzymała się dokładnie naprzeciwko i wbiła w nią zdumiony wzrok. - Na wczoraj. No, ostatecznie do poniedziałku muszą być już hasła na billboardy i wstępny zarys grafiki.

- Ale... - Laura usiłowała poskładać w całość przekazane jej właśnie informacje. - Przecież...

- Bierz cały zespół i pakujcie się do służbowego auta - tłumaczyła prezes Harpeksu z rosnącą ekscytacją. - Zarezerwowałam wam hotel z widokiem na Tatry. Musicie wyjechać jeszcze dzisiaj, bo od jutra w mazowieckim zaczynają się ferie, więc raczej bym nie ryzykowała z jazdą po zakopiance.

- To niemożliwe. - Laura usiłowała powstrzymać to, co właśnie w tej chwili stawało się nieuchronne. - W niedzielę wylatuję na wakacje.

- Wylecisz wcześniej, jeśli niczego nie wymyślisz, a pan minist... - W ostatniej chwili ugryzła się w język. - Nie ma dyskusji. Czas to pieniądz, a ja nie lubię go tracić.

- Przecież zgodziła się pani na mój urlop - syknęła Laura i zerwała się na równe nogi. - Wykupiłam już wczasy. Nie mogę tego odwołać w ostatniej chwili. Wpłaciłam już całą kwotę.

- Musisz! - Eulalia w niczym nie przypominała potulnej Eluni, jak ją nazywano na uczelni, kiedy prowadziła wykłady dla studentów zarządzania i marketingu.

Wtedy była tylko teoretykiem próbującym otworzyć studentom oczy na zmieniający się świat. Jednak od kilku lat dochodziło do niej, jak niewiele z tego, o czym mówiła na zajęciach, miało swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Etyka biznesu świetnie wyglądała na kartach podręczników akademickich, w prawdziwym życiu niekoniecznie. Jeśli firma miała się rozwijać, to nie było czasu na sentymenty. Najważniejsze jest tu i teraz.

- Pani żartuje, prawda?

- Tak myślisz?

Laura wiedziała, że to pytanie retoryczne. Wizja złocistego piasku, cichego szumu fal i błogiego lenistwa właśnie umykała z ponaddźwiękową prędkością.

- Daję ci piąteczkę jako rekompensatę za straty - zaoferowała Harapińska, patrząc jej głęboko w oczy.

Prowadząc własną firmę, Eulalia dowiedziała się o ludziach jednej ważnej rzeczy: każdy ma swoją cenę. Trzeba ją tylko znać. W tych czasach prawie każdy ma jakiś kredyt. Wystarczy się dowiedzieć, jak wysokie raty musi płacić. Reszta jest już tylko grą. A ona uwielbiała rozgrywki. Bez nich nie zdołałaby zajść tak daleko. Mąż z dnia na dzień zostawił ją z firmą. Miała dwa wyjścia: przetrwać na uczelni i snuć swoją wizję budowania jakości w prywatnym przedsiębiorstwie albo chwycić byka za rogi i spróbować wcielić w czyn szczytne założenia. Po latach wiedziała już, że były one błędne, a ona musiała całkowicie zmienić system wartości, z którym zaczynała karierę. Teraz jednak nie żałowała odważnej decyzji odejścia z uczelni. Była kobietą sukcesu.

Tymczasem Laura opadła z powrotem na fotel. Czuła się pokonana.

Rozdział 2

Dochodziła północ, kiedy Laura wreszcie postawiła swoją naprędce spakowaną walizkę w niewielkim pokoju na drugim piętrze hotelu. W gęstym mroku nie miała szans dostrzec obiecanego widoku Tatr. Jasna poświata księżyca ledwie rysowała się wysoko na niebie. Gwiazd nie sposób było zobaczyć. Podeszła do okna i odsłoniła gęsto tkaną firankę. Odruchowo pociągnęła za klamkę. Niemal natychmiast poczuła na twarzy orzeźwiający podmuch mroźnego powietrza.

- Jak na zesłaniu - warknęła pod nosem, przypomniawszy sobie marzenie o słońcu, które kilka godzin wcześniej ktoś bezlitośnie podeptał. - I za co ta kara? Za dobrze wykonaną robotę. Brawo ja!

Zatrzasnęła okno i podkręciła grzejnik, a potem poszła do łazienki.

Chwilę później przekręcała się z boku na bok, usiłując zasnąć na wąskim łóżku. Zima nie należała do jej ulubionych pór roku, a tu w górach luty to dopiero połowa sezonu narciarskiego. Przepełnione stoki i karczmy - tylko z tym kojarzyła zimową stolicę Polski. I jeszcze ten przejmujący chłód, który dosłownie przenikał ją do szpiku kości. Teraz też włożyła skarpety i ciepłą kamizelkę lata temu wydzierganą przez matkę na drutach. Zasnęła dopiero wtedy, gdy na kołdrę zarzuciła znaleziony w szafie koc.

Rankiem zajęło jej chwilę, zanim wygrzebała się z pościeli i pojęła, gdzie się znajduje. Z impetem uderzyła w leżący na szafce telefon, który od jakiegoś czasu znęcał się nad nią, nieustannie dzwoniąc. Jednak upór przedmiotów martwych bywa zdumiewający. Laura wreszcie się poddała i odebrała.

- Halo - odezwała się zaspanym głosem.

- Tylko mi nie mów, że jeszcze śpicie! - Głos Harapińskiej niemal wwiercił się jej w czaszkę.

- Skąd - skłamała, wyskakując z łóżka. - Właśnie brałam prysznic.

Na dowód prawdomówności wbiegła do łazienki i uruchomiła prysznic.

- Chyba nie zakręciłaś wody - zauważyła przytomnie szefowa.

Laura jak na komendę zakręciła kurek, w duchu łając się za własną głupotę.

- Zaraz zaczynamy pracę - zapewniła, usiłując zdjąć piżamę i jednocześnie nie upuścić telefonu.

- Świetnie, zadzwonię wieczorem.

Laura rozłączyła się i bezsilna usiadła na klapie od sedesu. Najchętniej wskoczyłaby z powrotem pod ciepłą pierzynę i nie wychodziła z łóżka przez kolejny tydzień, ale Harpia na pewno nie zapomni o obietnicy i nie czekając do wieczora, zadzwoni, żeby szczegółowo ją przepytać.

Laura weszła pod prysznic. Chwilę później była już przebrana w wygodny dres, związała włosy w kucyk i pomaszerowała do hotelowej restauracji na śniadanie.

Przy prostokątnym stole, tuż przy oknie z widokiem na górskie zbocza, siedziała jej ekipa. Dopiero teraz Laura uświadomiła sobie, że zdecydowanie korzystniej byłoby mieszkać gdzieś dalej od Zakopanego, żeby mieć lepszy widok na panoramę Tatr. We wczorajszym ferworze nie przyszło jej do głowy, by zwrócić na to uwagę. Dzisiaj nie czuła się na siłach, żeby negocjować z szefową zmianę hotelu. W końcu nie należał do najgorszych. Hotelowy basen skutecznie mamił relaksem. Najchętniej to właśnie od niego zaczęłaby ten dzień. Przez chwilę ten plan pączkował w jej umyśle, jednak wspomnienie porannej rozmowy z Harpią szybko pozbawiło ją złudzeń, że jest tutaj, by odpocząć.

- Meldujemy się, szefowo - powiedział Jacek, zasalutował i przegryzł frankfurterkę, nie bacząc na to, że potrącił szklankę i połowa soku znalazła się na jego dżinsowej koszuli. - Niewolnicy czekają na rozkazy.

- Może śliniaczek? - zaoferowała usłużnie Milena, jak zawsze szczera do bólu.

Miała na sobie gruby sweter w świąteczne wzory, a do tego dżinsy, obowiązkowo poszarpane na obu kolanach. Fryzura Mileny zdawała się idealnie oddawać jej nastawienie do życia. Krótko przystrzyżone włosy sterczały w różne strony, jakby nie tknął ich grzebień. Oczywiście mógł tak sądzić każdy, kto nigdy nie miał krótkich włosów i nie wie, ile trudu wymaga ułożenie fryzury tak, by wyglądała jak artystyczny nieład.

- Miła jak zawsze - odburknął Jacek, usiłując zetrzeć serwetką plamy z koszuli.

- Nie mamy czasu na duperele - przerwała im Laura.

- Królowa niedługo zadzwoni i nie zamerda ogonkiem, jeśli nie rzucimy jej jakiejś soczystej kostki - dodała Milena, odsuwając od siebie pusty talerz po obfitym śniadaniu.

- Kawa na tarasie? - zażartował Jacek.

- Dla bałwana to idealne miejsce - podsumowała Milena rzeczowo.

- Poproś o duży dzbanek kawy i spotykamy się w moim pokoju.

- Polecę po laptopa - rzuciła Milena, gdy zostały same.

- Musisz mu tak ciągle dokuczać?

- To tylko żarty. Nie zaśmiecaj sobie nimi tej mądrej główki. Lepiej myśl nad projektem, bo Harpia gotowa nas stąd nie wypuścić aż do wiosny.

- Nawet tak nie żartuj - zaperzyła się Laura. - Swoją drogą naprawdę ją przypiliło.

- Najwyraźniej pociągają ją polityczne salony.

- Albo ludzie znajdujący się na tych salonach.

- Chłopa jej trzeba i tyle - skwitowała Milena, wstając od stołu.

Laura weszła do swojego pokoju i wypakowała z torby komputer. Widząc rozładowaną baterię, podłączyła go do kontaktu i wprowadziła hasło do internetu. Jeszcze tylko duży brulion i jej ulubiony zestaw flamastrów fluorescencyjnych. Mogła zacząć pracować. Pukanie do drzwi zasygnalizowało, że reszta grupy również jest już gotowa. Po chwili apartament urządzony w góralskim stylu wypełnił zapach świeżo mielonej kawy.

Burza mózgów przyniosła tyle pomysłów, że przez kolejne dwie godziny omawiali każdy z nich, wyrzucając te kompletnie nieprzydatne, a pozostawiając tylko te najbardziej zaskakujące. Laura wiedziała, że Harapińska jest zwolenniczką kampanii wywołujących szok u odbiorcy. Sama też doceniała taki styl przekazu. Być może dlatego wciąż pracowała w tej firmie i przymykała oczy na emocjonalne zawirowania szefowej.

Do obiadu mieli już wybranych kilka najlepszych pomysłów, które wymagały pogłębionego researchu i wstępnych projektów graficznych. Wprawdzie każda przerwa oddalała ich od mety, ale Laura wierzyła, że przytomny umysł idzie w parze z pełnym żołądkiem, dlatego przed czternastą we troje zameldowali się w hotelowej restauracji.

- Nie żal ci twojego wyjazdu? - spytała Milena, opróżniając talerz z kwaśnicą.

- Przecież i tak wyjechałam - odparła Laura, chociaż nie udało jej się ukryć żalu.

- Cena czyni cuda? - Milena zerknęła na szefową znad talerza, z którego wygarnęła resztkę zupy.

- Kredyt rządzi moim życiem, więc nie mogłam nie skorzystać z takiej propozycji. A wam co zaproponowała?

- Dodatkowy tydzień urlopu - wtrącił Jacek, siorbiąc biały barszcz.

Milena pokiwała głową i odsunęła pusty talerz.

- Darmowy pobyt tutaj to też jakby premia do pensji, a skoro i tak nie mieliśmy wyboru, to nad czym tu się zastanawiać.

- Niby tak... - zgodziła się Laura, ale bez przekonania.

W takich chwilach czuła się jak niewolnica własnego życia. Gdyby została na wsi, nie musiałaby się użerać z wielkomiejską paniusią, dla której weekend to dzień jak co dzień, a praca nie może czekać. Tyle że nie byłaby teraz w jednym z najdroższych hoteli w Zakopanem i nie zajadała gulaszu z baraniny.

- A może małe piwko do obiadu? - zapytała z nadzieją w głosie Milena.

- Na piwko przyjdzie czas, a teraz zjadać i do roboty - zakomenderowała Laura.

Do wieczora przeanalizowali wszystkie pomysły i odrzucili kolejne, które nawet dla nich były zbyt ekstrawaganckie lub szokujące. Bo niby kto wziąłby na poważnie kampanię, w której ludzie chodzą w kaskach wyposażonych w wentylację? Przez chwilę nawet zastanawiali się nad tym, jak przyozdobić te kaski i wyposażyć w elektroniczne gadżety ułatwiające komunikację, ale ostatecznie uznali pomysł za zbyt odjazdowy. Kiedy wieczorem zadzwoniła Harapińska, Laura przedstawiła jej cztery w miarę dopracowane pomysły. Przez pół godziny przekonywała szefową, że w każdym z nich kryje się potencjał. Jednak kobieta szybko odrzucała kolejne propozycje, wyliczając słabe punkty. Gdy Laura odłożyła słuchawkę, poczuła, jakby ktoś nagle wyłączył jej dopływ energii. Osunęła się na fotelu i przez chwilę milczała.

- Co powiedziała? - zainteresowała się Milena.

- Zaakceptowała któryś? - Jacek przysiadł na dywanie i wlepił wzrok w przełożoną.

- Jesteśmy w czarnej dupie. - Milena nie pytała, ona wiedziała.

Laura pokiwała głową. Cały dzień stracony. Nawet nie spostrzegli, gdy mrok spłynął na górskie miasteczko.

- Proponuję krótką przerwę na żarełko, a potem do pracy - odezwała się Laura zmienionym głosem.

- I to mi się podoba - podjął Jacek ochoczo.

- Praca czy żarełko? - chciała się upewnić Milena.

- O pracy nawet nie chcę słyszeć.

- Nie mamy wyjścia - stwierdziła Laura i z miną zbitego psa poszła do restauracji.

Nie słyszała rozmowy toczącej się przy stole. Całkowicie pochłonęły ją myśli o projekcie, a przede wszystkim, że im wcześniej skończą, tym szybciej będzie mogła wrócić do stolicy. Zdążyła już się w niej zadomowić. Mieszkała tu przez całe dorosłe życie. Kiedy wracała na wieś, czuła, że to nie jej bajka. Tak, odpoczywała wśród pól i lasów, ale widziała, jak ciężko pracuje jej rodzina, aby zarobić na utrzymanie, a i tak ledwie wiązali koniec z końcem. Nie chciała tak żyć. W tej samej chwili doznała olśnienia.

- Za daleko szukałam - oświadczyła, wstając od stołu. - Pomysł na kampanię powinien być prosty, ale chwytający za serce.

- To zawsze się sprawdza - zauważyła Milena, podążając za przełożoną.

- Dlatego nie wiem, po co upierałam się nad czymś wyszukanym.

- Masz jakiś pomysł? - Jacek dreptał tuż za kobietami, próbując włączyć się do rozmowy.

- Chyba tak. Muszę tylko wszystko sobie poukładać, ale widzę światełko w tunelu.

- Tylko nie idź w jego stronę - zakpił. - Nie tędy droga.

Mrugnął do Laury porozumiewawczo.

Jej wymowne spojrzenie powiedziało mu, że to nie pora na żarty.

- A może dzisiaj już sobie odpuścimy? - zaproponował przewrotnie. - Pracujemy prawie dwanaście godzin. To nieludzkie. Z nowym dniem nowe pomysły.

Laura już czuła, że jej głowa jest ciężka, a kark obolały. Wykazanie się kreatywnością w takich warunkach graniczy z cudem.

- Może faktycznie powinniśmy odpocząć. Jutro rano zaczniemy od początku - uległa.

- Super, to zarządzam zbiórkę za piętnaście minut - zakomenderowała Milena. - Strój dowolny, z naciskiem na wygodę.

- Przecież mówiliście, że jesteście zmęczeni! Myślałam, że chcecie iść wcześniej spać. - Laura zatrzymała się w połowie schodów prowadzących na drugie piętro i spojrzała na współpracowników; żadne nie wyglądało na gotowe do snu.

- Potrzebujemy relaksu - wtrąciła Milena. - Ty zresztą też - dodała, patrząc na Laurę z politowaniem. - Dobra, zbiórka za pół godziny, żebyś zdążyła nałożyć makijaż i ukryć te sińce pod oczami. Boję się, że kiedy wejdziemy do jakiegoś baru, to wezmą cię za zombie i wszyscy uciekną.

- Nie martw się. - Laura odruchowo poprawiała luźno związane włosy, które w większości zdążyły już wysunąć się spod gumki. - Zostanę w hotelu, żeby nie wystraszyć okolicznych niedźwiedzi.

- Daj spokój. - Jacek klepnął ją po ramieniu. - Zasługujesz na relaks.

- Masz rację. Czuję się, jakbym przebiegła maraton, i to pod górkę - westchnęła. - Pójdę na basen.

Jacek skrzywił się tak mocno, że przez chwilę Laura myślała, że złapał go skurcz.

- Nie zrobisz nam tego? - upewniła się Milena.

- Nie zrobię tego sobie i nie sponiewieram się. Jutro muszę mieć świeży umysł, bo inaczej jeszcze przez miesiąc stąd nie wyjedziemy. Może i lubię góry, ale nie ma nic zabawnego w patrzeniu na nie przez okno.

Te słowa najwidoczniej przemówiły do rozsądku jej podwładnym, ponieważ bez słowa rozeszli się do swoich pokoi. Kiedy Laura została sama, zabrała kostium kąpielowy i udała się z powrotem na parter. Marzyła tylko o ciszy. Miała szczęście, bo o tej porze oprócz niej i dyżurującego ratownika nie było nikogo. Szybko przebrała się w niewielkiej szatni i lekko dygocząc z zimna, stanęła nad basenem. Skinęła ratownikowi, który wcale nie ukrywał tego, że się jej przypatruje, przez co gorączkowo usiłowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio się depilowała. Rachunek wypadł całkiem dobrze, więc odetchnęła z ulgą, choć i tak wciąż czuła się niezręcznie, będąc w centrum zainteresowania jedynego mężczyzny w pobliżu. Nagle odeszła jej ochota na pływanie w chłodnej wodzie. Na szczęście w zasięgu wzroku znalazła jacuzzi. Próbując nie patrzeć na ratownika, szybko podreptała w stronę bulgoczącej wody.

Kiedy wreszcie się zanurzyła, przymknęła powieki i starała się nie myśleć o tym, że nie jest sama. Może nie przepadała za samotnością, ale próbowała się do niej przyzwyczaić. Jej ostatni związek rozpadł się niczym domek z kart. Po prostu pewnego dnia nie zastała Sławka w swoim mieszkaniu, a wszystkie jego rzeczy zniknęły. Dzwoniła do niego, ale odpowiadała jej jedynie automatyczna sekretarka. Po tygodniu się poddała. Kilka dni później dostała od niego krótkiego maila, w którym stwierdził, że czuł się przez nią osaczony i bał się o swoje zdrowie psychiczne. Tego było dla niej za dużo. Myślała, że może to z tym mężczyzną założy rodzinę. Wprawdzie znali się zaledwie kilka miesięcy, ale to był prawdziwy rollercoaster. Wciąż ją czymś zaskakiwał. To pseudoromantyczna kolacja na stacji metra wśród przedzierającego się tłumu podróżnych. To seans filmowy w sali, w której nie było nikogo poza nimi. To znów ognisko w jakiejś dziczy nad Wisłą. W Boże Narodzenie spodziewała się zaręczyn, a tymczasem na świątecznym obiedzie u rodziców wylądowała sama, w kiepskiej formie psychicznej. Gdyby nie dwie bratanice, które uwielbiały się z nią bawić, najchętniej zaszyłaby się w pokoju na poddaszu i w ogóle z niego nie wychodziła.

- Dobrze, że mam patent ratownika, bo w innym przypadku utonąłbym w pani oczach. - Głos z typowym góralskim akcentem dochodzący zza pleców Laury niemal poderwał ją na równe nogi.

- Co? - zapytała nieprzytomnie. - Coś się stało?

- Dzisiaj cały dzień na basenie same hipopotamy i wreszcie mam nagrodę - wyjaśnił nieogolony mięśniak w czerwonych spodenkach, łypiąc na nią wygłodniałym wzrokiem.

Laura dałaby sobie uciąć rękę, że kiedy tu wchodziła, mężczyzna miał białą koszulkę. Teraz jednak stał przed nią, eksponując nagi i mocno owłosiony tors.

- Jerzy. - Wyciągnął dłoń wielkości łopaty.

- Laura.

- Masz ochotę popływać? Służę profesjonalną pomocą - zaoferował, wciąż nie puszczając jej drobnej dłoni.

- Właśnie wychodziłam - skłamała, podnosząc się. - Jacuzzi mnie uśpiło. Jeszcze chwila i zacznę chrapać.

- Zero problemu - zapewnił i w tej samej chwili poczuła, że mężczyzna łapie ją za ręce i przyciąga do siebie. - Spieszę na ratunek. To moje powołanie, więc nie krępuj się skorzystać.

- Nie, nie. - Usiłowała się uwolnić, ale przy tym wielkoludzie z mięśniami ze stali była bez szans. - Żartowałam.

Ratownik postawił ją dopiero przed drzwiami do szatni i odgarnął z jej czoła niesforny kosmyk.

- Niedługo kończę. Może spotkamy się w przy barze? - nie poddawał się.

- Naprawdę jestem zmęczona, a jutro czeka mnie dużo pracy, więc powinnam odpocząć.

- A kto przyjeżdża do stolicy Tatr, żeby pracować?

- Niektórzy tak mają.

- Zostajesz tu na dłużej?

- Jeszcze nie wiem.

- To może jutro uda nam się zobaczyć?

- Może.

- Mam dyżur cały dzień. Zajrzyj do mnie, a wieczorem proponuję masaż. Mam certyfikat masażysty.

- Dzięki - odparła, marząc tylko o tym, by jak najszybciej opuścić to miejsce.

Kiedy chwilę później zaszyła się w pokoju, była naprawdę wykończona. Nie liczyła już na relaks na basenie. Nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła.

Promienie wschodzącego słońca pieściły jej policzki. Przyjemne ciepło kojarzyło jej się z latem i urlopem. Gdyby jeszcze mogła usłyszeć szum fal, byłaby w niebie. Coś jednak burzyło spokój. Dźwięk dzwonka był coraz głośniejszy. Wreszcie powróciła świadomość. Oszołomiona usiadła na łóżku i przecierając oczy, szukała telefonu. W końcu go znalazła.

- Halo.

- Nie płacę ci za spanie. - Głos Harapińskiej natychmiast przypomniał jej, gdzie się znajduje i w jakim celu tu przyjechała.

- Jeszcze nie ma ósmej - tłumaczyła, oblizując spierzchnięte usta.

- To o której zamierzasz zabrać się do pracy?

- Już wstaję - skapitulowała.

- Zadzwonię wieczorem - zapewniła Harpia i się rozłączyła.

- Nie wątpię - burknęła Laura pod nosem i nakryła głowę kołdrą. - Jeszcze pięć minut.

Upłynęło kolejnych trzydzieści, zanim wzięła prysznic, ale o dziewiątej była już gotowa do pracy, czego nie mogła powiedzieć o swoim zaspanym zespole.

- Dzisiaj macie zakaz wychodzenia wieczorem - warknęła, widząc ich skacowane twarze.

- Żałuj, że z nami nie poszłaś - zaczęła Milena, wlewając w siebie kolejną szklankę wody. - Jacenty tańczył na rurze.

Jacek zatrzepotał rzęsami.

- To moje nowe ja. Jak już Harapińska mnie wyrzuci, mam inne możliwości zatrudnienia.

- Wielki podryw w małym mieście? - zainteresowała się Laura. - Żebyś tylko się nie zakochał.

- Tfu, nigdy - roześmiał się.

- To dobrze, bo mamy tu robotę. Na zabawę przyjdzie czas po powrocie - ucięła Laura, zapisując kolejne hasła, do których szukała skojarzeń.

- A było tak miło.

- Miło to będzie, kiedy wreszcie skończymy - wtrąciła Milena.

Do wieczora wymyślili trzy hasła kampanii. Jacek opracował zarys grafik, które podkreślałyby przekaz, a Milena rozpisała krok po kroku kolejne etapy realizacji projektu.

Tym razem to Laura zadzwoniła do szefowej Harpeksu. Długo tłumaczyła, na czym polega jej pomysł. A kiedy skończyła, schowała twarz w dłoniach.

- Odrzuciła? - dopytywała Milena. - Znowu ma jakieś wąty?

- Co tej babie się nie podoba? - Zdenerwowany Jacek wyłamywał sobie palce ze stawów. - Niech sama coś wymyśli, jak jest taka cwana.

- Kolejny dzień poszedł się je... - zaczęła Milena, ale nie zdążyła dokończyć.

- Mamy to - odezwała się Laura.

Przez krótką chwilę myśleli, że się przesłyszeli. Wreszcie najgorszy etap mieli za sobą. Oczywiście tunel, którym podążali, był jeszcze długi i kryło się w nim mnóstwo pułapek, ale przynajmniej widzieli to przeklęte światełko.

- Do końca tygodnia mamy dopracować szczegóły, a później wracamy do domu.

- To się nazywa skuteczność - zachwyciła się Milena.

- Na dzisiaj wystarczy. - Laura zrzuciła z łóżka stertę papierów, które obrazowały ich wysiłek intelektualny. - Idę spać.

- Ja też mam dosyć tego dnia - poskarżył się Jacek.

- Może pójdę popływać - zastanawiała się Milena.

- Nie radzę. - Laura przewróciła oczami niczym nastolatek na widok rodzica wracającego z zebrania. - Jakiś góralski macho z drętwymi tekstami robi wszystko, żeby nikt nie zaglądał na basen.

Milena wzruszyła ramionami, wyłączyła komputer, skinęła na pożegnanie i tyle ją widzieli. Jacek złożył swój sprzęt i też wyszedł. Laura wzięła długą kąpiel. Zasnęła z mokrymi włosami.

Kolejne dni mijały podobnie. Od razu po śniadaniu zabierali się do pracy. Mozolnie rozwijali myśl przewodnią kampanii, ciesząc się za każdym razem, gdy Harapińska akceptowała kolejny pomysł. Z każdą literą zbliżali się do finału, czyli do powrotu z zesłania.

W piątek wieczorem prezeska Harpeksu z uwagą słuchała relacji Laury. O dziwo, nawet jej nie przerywała, co miała w zwyczaju.

- Robimy to - skwitowała, gdy Laura wreszcie umilkła. - Dobrze się spisaliście. W związku z tym opłacę wasz pobyt w hotelu do niedzieli. Bawcie się dobrze - dodała i nie czekając na odpowiedź, rozłączyła się.

Laura przez chwilę patrzyła niewidzącym wzrokiem. Dochodziła dwudziesta, a ona czuła, jakby było już dobrze po północy, a ona nieźle zabalowała. Miała dość tego tygodnia. Najchętniej jutro rano spakowałaby rzeczy i wróciła do domu.

- Co powiedziała? - dopytywał Jacek.

- Kazała nam się bawić aż do niedzieli - jęknęła Laura.

- Bomba! - Zachwyt Mileny wcale nie był udawany i nie zaskoczył pozostałych. - To będzie dzionek-szalonek i to za free.

- Może porozmawiamy o tym jutro - zaproponowała Laura. - Jestem wykończona.

- Mam plan. - Milena wystrzeliła jak sprężyna.

- Już się boję. - Głos Laury nie pozostawiał wątpliwości, w jakim jest stanie psychicznym i fizycznym.

Nie miała nawet siły ciągnąć tematu. Po prostu chciała zostać sama.

- Do jutra. - Milena pomachała i w kilku susach pokonała przestrzeń dzielącą ją od drzwi. - Ruszamy po śniadaniu, tylko ciepło się ubierzcie. W końcu nie samą pracą żyje człowiek.

- Wariatka - odezwał się Jacek, zmierzając do wyjścia.

- Tylko nie mów jej o tym, bo i tak ci nie uwierzy.

- Do jutra.

- Zapowiada się ciekawy dzień...

Poranek powitał ich mgłą i stalowym niebem. Laura łudziła się, że ten widok skutecznie zahamuje plany Mileny. Kiedy spotkali się na śniadaniu, miała już pomysł. Gdyby zaraz wyjechali, to do Warszawy dotarliby jeszcze przed wieczorem. Laura nie lubiła jeździć nocą, bo czuła, że jej wzrok zaczyna szwankować. Oczywiście dzielnie broniła się przed włożeniem okularów korekcyjnych, które miała od kilku tygodni. Jednak wiedziała, że dłużej nie może narażać swojego zdrowia, a także życia. Jak na razie najchętniej korzystała z komunikacji miejskiej. Nawet jeśli po drodze na kogoś wpadła, to ryzyko dramatycznych skutków było znacznie mniejsze.

- Ta beznadziejna pogoda nie pokrzyżuje mi planów - zaczęła Milena na dzień dobry. - Siedzimy tu od tygodnia i nawet na chwilę nie wyściubiliśmy nosa z hotelu.

- Czyżby? - spytała Laura podejrzliwie.

- Tamten wieczór to jednorazowy wyskok, w dodatku krótki, więc już dawno o nim zapomniałam.

- Ty umiesz skakać - zauważył Jacek i szeroko się uśmiechnął.

- Wiem, że jestem twoją idolką - zaśmiała się i mocno potarmosiła swoje włosy, które zdążyły nieco oklapnąć. - Chyba nie stracimy takiej okazji. Darmowy pobyt, nawet jednodniowy, to zawsze coś, prawda? Trzeba brać, co dają, i dobrze się bawić, smutasy.

Z tym stwierdzeniem Laura bałaby się dyskutować. Chciała jeździć po świecie, żeby zobaczyć to wszystko, co inni tak ochoczo opisują w internecie. Na razie nie widziała nawet większych miast w Polsce. Zamiast biletu na pociąg do Krakowa czy Poznania wolała kupić bratanicy sukienkę i buty, których potrzebowała na rozpoczęcie roku. Innym razem pieniądze odłożone na pobyt nad morzem przeznaczyła na operację zaćmy u ojca. Doskonale wiedziała, że w tym tempie zgromadzenie pieniędzy na podróże zajmie jej wieki.

- Aż się boję zapytać, ale co proponujesz? - spytała Laura, odsuwając pusty talerzyk po jajecznicy.

- Pójdziemy doliną, żeby było bezpiecznie. Trochę poczytałam o tutejszych szlakach. Wiem, że w Dolinie Chochołowskiej są piękne widoki. Myślę, że o tej porze roku nie będzie tam zbyt tłoczno.

- To zbierajmy się. - Laura wstała i ruszyła w stronę schodów, czym zaskoczyła pozostałych kompanów. - Spotykamy się za pół godziny.

Na dnie walizki znalazła grube rajstopy i ciepłe skarpety. Włożyła je pod sztruksy, jedyne ciepłe spodnie, jakie miała. Na bluzkę wciągnęła gruby sweter w świąteczne wzorki, który zdążyła kupić za grosze na styczniowych wyprzedażach. Do niewielkiego plecaka wrzuciła batonik przywieziony jeszcze z Warszawy i paczkę miętówek. Pomyślała, że przydałaby się woda. Musieli zatem wstąpić do jakiegoś sklepu.

Pół godziny później zapakowali zakupiony w pobliskim sklepie prowiant i wsiedli do samochodu. Mimo że odkąd przyjechali, wciąż padał śnieg i trzymał mróz, służbowa toyota odpaliła za pierwszym razem. Jacek zdążył ją dokładnie odśnieżyć zaraz po śniadaniu. Dla niego pół godziny to wieczność, której nie zamierzał tracić na przebieranie się. W końcu nie szli zdobywać Broad Peaku, tylko spacerować jakąś doliną.

Parking przed wejściem do parku był prawie pełny, ale młody i najwidoczniej obrotny góral nie pozwolił im odjechać. Wskazał im miejsce w przesmyku między wejściem na szlak a drewnianą budką, w której latem sprzedawane są bilety wstępu.

Niemal wyczołgując się na zewnątrz, zabrali prowiant, a później podreptali w stronę ośnieżonej ścieżki, na której poruszały się kolorowe punkciki. Mgła zdążyła już opaść, a słońce nieśmiało wyglądało zza chmur. Odbijające się od śniegu promienie słońca sprawiały, że turyści nieco mocniej naciągali czapki na oczy. Tylko ci najodważniejsi z dumą podnosili wzrok znad przyciemnianych szkieł okularów.

Grube śnieżne czapy tkwiące na świerkach przesłaniały widok na góry. Dopiero gdy odeszli nieco dalej, w niebo wystrzeliły białe szczyty. Laura się zatrzymała. Starała się zapisać w pamięci ten widok. Tymczasem Milena biegła z telefonem, pstrykając fotki. Na kolejnych zdjęciach zmieniało się tło, ale usta złożone w dziobek pozostały na wszystkich.

- Może selfiaczka sobie pykniemy? - zaproponowała rozemocjonowana. - Roma nie uwierzy, że byłam na górskiej wyprawie.

- Dla niej najwyższym szczytem jest iglica Pałacu Kultury - zażartował Jacek, zdradzając swoją niechęć do przyjaciółki Mileny.

- Nie bądź złośliwy. - Milena się nachmurzyła. - Może Roma jest mało rozgarnięta, ale jest lepszym człowiekiem niż my razem wzięci.

To na chwilę urwało rozmowę.

Rzeczywiście Roma ze szczerością dziecka dzieliła się z Mileną wszystkim, co sama posiadała, nie oczekując niczego w zamian. Często przez to narażała się na wykorzystanie przez innych. Nie potrafiła jednak wyciągać wniosków i kolejny raz popełniała te same błędy. Kiedy więc trafiła na Milenę, to było dla niej jak wybawienie. Dziewczyna zaczęła dbać o to, by inni nie wykorzystywali nadmiernej otwartości Romy, a dostając coś od niej, pamiętali o oddaniu tego z nawiązką. Wspólnie wynajmowały mieszkanie i żyły w symbiozie.

Laura stanęła na skraju ścieżki. Poniżej ujrzała częściowo zamarznięty, lecz wciąż głośno szumiący potok. Spod białych nierówności wystawało kilka sterczących w poprzek kamieni.

- Zejdźmy trochę niżej - zaproponowała Milena.

- A nie wystarczy ci widok stąd? - Laura pokazała w stronę mocno zarysowanego zbocza.

- Róbmy to zdjęcie, bo noc nas zastanie - przestrzegał Jacek, zajadając kolejnego pączka.

- Tylko się obliż. - Milena z wyrzutem spojrzała na resztki lukru oblepiającego kilkudniowy zarost mężczyzny.

- Dla ciebie wszystko - zażartował.

Jej prychnięcie miało być odpowiedzią. Tymczasem Laura zbliżyła się do Jacka. Milena nacisnęła przycisk i ich pierwsze zdjęcie zostało utrwalone. Później ruszyli w dalszą drogę.

Zbliżała się pora obiadu, dlatego większość turystów już wracała ze szlaku. Kolorowe czapki schodziły coraz niżej, często dało się słyszeć serdecznie "dzień dobry". Laura pomyślała, że jeśli ktoś szuka odpoczynku i wyciszenia, to na pewno źle trafił.

- Jeśli ktoś jeszcze raz powie mi "dzień dobry", to chyba zacznę kląć. - Milena dała upust swojemu niezadowoleniu.

- Ale dopiero po tym, jak odpowiesz "dzień dobry" - zażartowała Laura.

- Już mnie od tego bolą mięśnie twarzy - skarżyła się. - Nie wspomnę o głowie.

- To pstryknij nam fotkę. Może to poprawi ci humor - zażartował Jacek, ochoczo obejmując szefową.

- A widzisz tamto drzewo?

Laura spojrzała za siebie. Rozłożyste niegdyś konary mogły stanowić schronienie dla całego stada ptaków. Teraz sterczały smętnie, w połowie zanurzone w wodzie. Na niektórych zdążyły się zrobić sople, inne przymarzły. Górna część zmurszałego świerku straszyła nagością, ale jednocześnie kryła w swoich zakamarkach jakąś tajemnicę. Laura ostrożnie zeszła ze ścieżki i zapadając się w zaspy, wytrwale sunęła w stronę potoku.

- Jeszcze kawałek. - Milena w jednej dłoni miała telefon, a drugą ręką, odzianą w rękawiczkę, pokazała miejsce.

Laura przesunęła się nieco w lewo. Nie poruszała się, czekając na zdjęcie. W pewnej chwili gdzieś zza jej pleców rozległ się głośny skowyt. Odchyliła głowę, próbując zlokalizować źródło dźwięku, i w tej samej chwili poczuła, że się osuwa. Próbowała złapać się gałęzi, ale te, napęczniałe wilgocią, wyślizgiwały się jej z dłoni. Gruba warstwa śniegu jedynie spowolniła jej ruchy. Szybko zorientowała się, że robi jej się coraz zimniej. W tym samym momencie zrozumiała dlaczego. Była zanurzona w lodowatej wodzie. Miała wrażenie, że w jednej sekundzie tysiące szpilek wbiły się w jej ciało. Usiłowała zebrać myśli, ale rozpierzchły się niczym stado owiec na hali. Z oddali słyszała paniczne głosy nawołujące ją do wyjścia. Chłód obejmujący jej ciało zmotywował ją do działania. Usilnie próbowała znaleźć oparcie dla nóg. Śliskie kamienie nie ułatwiały jej tego zadania. Była już niemal całkowicie przemoczona. Gruba kurtka zdążyła nasiąknąć wodą i coraz bardziej ciążyła. Miała wrażenie, że sekundy zamieniły się w godziny, a ona bezskutecznie próbuje walczyć z czasem. Kątem oka dostrzegła ludzi biegnących z pomocą. Mocne szarpnięcie za rękę sprawiło jej ból. Tylko jęknęła, nie mając siły na nic więcej. Szamotanina trwała, ale ona zdawała się tego nie dostrzegać, teraz marzyła jedynie o tym, żeby nie czuć uporczywego bólu w stopie.