Kellan
Pewnie będą pytać dlaczego. Dlaczego to zrobił? Dlaczego ubierał się jak dziwak? Dlaczego zrobił to swojemu bratu?
Pozwólcie, że was oświecę. Chciałem to zrobić, ponieważ Tate Marchetti to skurwiel. Wierzcie mi, mieszkałem z tym typem. Odebrał mnie mojemu ojcu, choć nawet nie raczył zapytać mnie o zdanie. Gdybym mógł umrzeć dwukrotnie, żeby przysporzyć jeszcze więcej cierpienia mojemu starszemu bratu, zrobiłbym to bez wahania.
Ale powróćmy do mojego samobójstwa.
Nie była to pochopna decyzja. Dojrzewałem do niej latami. A w zeszłym tygodniu zrobiłem listę za i przeciw (wiem, banał, ale co mi zrobicie?). Nie uszło mojej uwagi, że jedna z tych rubryk jest znacznie krótsza.
Za:
- Tate dostanie zawału.
- Koniec ze szkołą.
- Koniec z pracami domowymi.
- Banda sportowców, która naoglądała się za dużo Euforii, nie będzie mnie już dręczyć.
- Żadnych więcej rozmów przy kolacji o wyborze między Harvardem a Yale (i tak nie dostanę się tam ze swoimi stopniami, nawet jeśli tata ufunduje im trzy nowe skrzydła, szpital i odda nerkę).
Przeciw:
- Będę tęsknić za tatą.
- Będę tęsknić za moimi książkami.
- Będę tęsknić za Charlotte Richards (przy okazji, nie znam jej; jest ładna, ale co z tego?)
Wyjąłem z plecaka puszkę piwa Bud Light i otworzyłem. Piana trysnęła, bo zawartość wzburzyła się podczas wspinaczki po schodach. Palce mi zamarzały, więc najwyższy czas mieć to z głowy. I właśnie chciałem to zrobić, ale coś odwróciło moją uwagę. Na schodach rozległo się ciche stukanie.
Co, u...?
Tate nie ma pojęcia, że tu jestem, ale nawet gdyby jakimś cudem się dowiedział, idzie dzisiaj na nocną zmianę w szpitalu Morgan-Dunn. Musi być to ktoś ze St. Paul, kto również zauważył zamknięte metalowe schody. Może jakaś wstawiona para, która chce zaliczyć szybki numerek?
Nachyliłem się, żeby skoczyć, zanim mnie zobaczą, i wtedy usłyszałem:
- Nie!
Zastygłem, ale się nie odwróciłem.
Głos był znajomy, mimo to nie mogłem pozwolić sobie na nadzieję. Bo jeśli to ona, na pewno mam halucynacje.
Nastała cisza.
Chciałem skoczyć. Nie zaszedłem tak daleko tylko po to, żeby tak to się skończyło. Nie stchórzyłem, ale ciekawiło mnie, co ona teraz zrobi. Bo właśnie zastała niezły gnój.
Osoba ze mną odezwała się ponownie.
- Crass nie sprzedaje bluz. Nie popierają kapitalizmu. Coś ci się pokićkało, koleś.
Że co?
Gwałtownie odwróciłem głowę.
To była ona.
Jasna cholera, Charlotte Richards we własnej osobie.
Gęsta grzywka w orzechowym odcieniu przysłaniała jej wielkie zielone oczy. Ubrana była jak emo bohaterka anime (co w sumie uchodziło za typowy kobiecy strój w amerykańskich pornosach: spódniczka, koszulka z logo AC/DC, zakolanówki i martensy).
Nie była ani popularną laską, ani pustelnicą, mimo to miała w sobie magnetyzm, którego nie potrafiłem opisać. Ale dzięki niemu koniecznie chciałem ją poznać.
Balansowała na nierównych dachówkach, trzymając ręce w kieszeniach kurtki.
- Sam zrobiłeś tę bluzę? Widać, że podróba.
Zignorowałem tę uwagę i odrzuciłem pustą puszkę wprost w mroczne szczęki szkolnego dziedzińca. A następnie wyciągnąłem z plecaka kolejną pełną i otworzyłem.
Charlotte wpieniła mnie, bo wyczuła podróbkę. Co z tego, że się w niej podkochiwałem? Ludzie w naszym wieku są zbyt głupi i nie mają pojęcia, że brytyjskie anarchistyczne punkowe kapele z lat siedemdziesiątych nie sprzedają gadżetów. Ale, oczywiście, mnie musiała się spodobać laska z działającym mózgiem.
- Mogę jedno? - Usiadła obok mnie, dla bezpieczeństwa zahaczając ramieniem o komin.
Zamrugałem. Ta sytuacja nie wydawała się prawdziwa. Charlotte była tutaj, rozmawiała ze mną, siedziała tuż-tuż. Musiała wiedzieć, że jestem społecznym wyrzutkiem. Nikt w szkole się do mnie nie odzywał. Ani poza szkołą, tak dla jasności.
Ciekawe, ile o mnie wiedziała. Nie żeby to miało jakieś znaczenie. Przecież i tak nie będę się z nią spotykać ani nawet nie natknę się na nią jutro na korytarzu. Na tym polega całe piękno rezygnacji z życia: nikogo nie musisz o tym zawiadamiać.
Z wahaniem podałem jej puszkę.
Charlotte przestała kurczowo trzymać się komina i upiła niewielki łyk.
- Boże. - Wystawiła język, zmarszczyła nos i oddała mi piwo. - Smakuje jak spocone stopy.
Wziąłem spory łyk z bezzasadnym poczuciem wyższości.
- To chyba powinnaś przestać lizać stopy.
- I pić piwo.
- Przywykniesz. Nikt nie lubi smaku alkoholu. Ludziom podoba się tylko to, jak się po nim czują.
Uniosła brew.
- Często pijesz?
Oświetlała nas lampa pobliskiego budynku. Poza tym było ciemno. Mimo to dobrze widziałem Charlotte Richards, i to z bliska. Kto by pomyślał? Była tak ładna, że gdybym cokolwiek czuł, pewnie bym się uśmiechnął.
- Dość często.
W wolnym tłumaczeniu: znacznie częściej niż powinienem. W moim wieku.
- Twoi rodzice wiedzą?
Posłałem jej znudzone spojrzenie.
Zazwyczaj stresowałem się przy ludziach, szczególnie tych z cyckami, ale piwo mnie rozluźniło. Poza tym w mojej głowie często rozmawiałem z Charlotte. Uniosłem brwi.
- A czy twoi rodzice wiedzą, że właśnie chlejesz?
- Moi rodzice nie żyją - oznajmiła głosem pozbawionym emocji. Jak gdyby powtarzała to tyle razy, że w słowach nie kryło się już żadne znaczenie.
Na chwilę mnie zamurowało.
"Przykro mi" wydawało się zbyt nijakie. Nie znałem żadnego rówieśnika pozbawionego obojga rodziców. Jednego tak. Zdarza się. Moja mama leży teraz dwa metry pod ziemią. Ale dwoje? To już historia rodem z Olivera Twista.
Właśnie się okazało, że tragedia Charlotte Richards przewyższa moją.
- Och.
Serio, Kellan? Znasz tyle słów, a nasunęło ci się tylko "och"?
- Jak? - dopytałem.
No, nie mogłem pochwalić się elokwencją.
Pobujała nogami i rozejrzała się wokół.
- W naszym domu wybuchł pożar. Wszystko spłonęło.
- Kiedy?
Kiedy? Dlaczego w ogóle o to zapytałem? Czy pracowałem w ubezpieczeniach?
- Tuż przed świętami.
Jeśli się nad tym zastanowić, rzeczywiście Charlotte nie pojawiła się w szkole ani przed świętami, ani po nich. Oczywiście, inni na pewno o tym rozmawiali, ale byłem równie popularny, co zużyty tampon w damskiej łazience, więc plotki do mnie nie dotarły. Prawdę powiedziawszy, stałem się tak niewidzialny, że ludzie wpadali na mnie przez przypadek.
- Przykro mi - wymamrotałem. Ogarnęło mnie poczucie winy. Byłem na nią zły. Nie to miałem dziś czuć. - Nie wiem, co powiedzieć.
- "Przykro mi" ujdzie. Najbardziej wkurza mnie, kiedy po usłyszeniu mojej historii ludzie mówią, że miałam szczęście, bo przeżyłam. Brawo ja, szczęściara osierocona w wieku trzynastu lat! Oblejmy to szampanem!
Wydałem dźwięk imitujący wystrzał korka, pociągnąłem łyk z niewidzialnej butelki i udałem, że się krztuszę.
Odpowiedziała zmęczonym uśmiechem.
- Mogłam wyjechać za miasto, żeby zamieszkać ze swoim wujem, ale stypendium w St. Paul to świetna okazja, z której szkoda zrezygnować. - Charlotte sięgnęła po puszkę; nasze palce się zetknęły. Upiła kolejny łyk, po czym mi ją oddała. - To co, dlaczego tu jesteś?
- A ty?
Puściła do mnie oko.
- Panie przodem.
Charlotte Richards potrafi żartować. Kurde, z bliska jest jeszcze fajniejsza!
- Musiałem pomyśleć na osobności.
- Nie ściemniaj! - prychnęła ponuro. - Widziałam, jak się nachylasz. Jesteś tu z tego samego powodu co ja.
- Czyli?
- Żeby to wszystko zakończyć - oznajmiła dramatycznym tonem, przykładając do czoła wierzch dłoni.
Straciła przy tym równowagę i poleciała do przodu, ale na szczęście zdążyłem wyciągnąć rękę i powstrzymałem ją przed upadkiem. Chwyciła się mojej dłoni z piskiem, który kompletnie nie pasował do osoby, która zamierzała zakończyć swoje życie. I w tym momencie dotarło do mnie, że poniekąd dotykam jej cycka.
Powtarzam: poniekąd dotykam cycka Charlotte Richards.
Gwałtownie cofnąłem rękę, ale ona się jej uczepiła, wbiwszy paznokcie w moją skórę.
Niezręczna sytuacja. Istniało jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent szans, że zacznie mi stawać. Jezu Chryste, dlaczego nie skoczyłem kilka minut temu? Mogłem wyjść z tego z twarzą!
Poczułem przy dłoni bicie serca Charlotte. Puściła mnie, a ja się odchyliłem i przeniosłem spojrzenie na rzekę Hudson. Szczęki zaciskałem tak mocno, że bolały mnie zęby.
- Chcesz umrzeć? Taa, jasne! - mruknąłem. Przed chwilą chyba posrała się ze strachu. - Ale nie ma w tym nic złego. To nie twoja wina. Statystyki mówią, że teraz masz mniejszą ochotę, by ze sobą skończyć.
To był mój obszar zainteresowań. Sporo wiedziałem o samobójstwach. Odrobiłem pracę domową w tym zakresie. Co za ironia, zważywszy na to, że ja nigdy nie odrabiam prac domowych.
Wiedziałem na przykład, że ludzie są mniej skłonni do samobójstw między czterdziestym piątym a pięćdziesiątym czwartym rokiem życia. Wiedziałem również, że najpopularniejszą metodą jest pistolet (pięćdziesiąt procent) i najczęściej wybierają ją mężczyźni.
Ale przede wszystkim wiedziałem, że bystra Charlotte tak naprawdę nie chce ze sobą skończyć. Ma tylko chwilowego doła, nic poza tym.
Spojrzałem na dziedziniec, gdzie wkrótce miałem wylądować, a potem podniosłem głowę. Przyszedłem tutaj, by umrzeć, bo chciałem, żeby zobaczyli to wszyscy ze szkoły. Chciałem zryć im banię, tak jak oni mnie. Chciałem pozostawić w nich szpetną bruzdę, której nie da się zakryć żadnym makijażem.
Oczywiście nie dotyczyło to Charlotte.
Nie mogę powiedzieć, że jakoś specjalnie ją obchodziłem, ale kiedy mijaliśmy się na korytarzu, uśmiechała się do mnie. Raz nawet podniosła długopis, który upuściłem. Jej przyjazne nastawienie było okrutne. Dawało mi fałszywą nadzieję, która była niebezpieczna.
Charlotte spojrzała przed siebie, wcisnąwszy dłonie pod uda.
- Ja nie żartuję. Po prostu... Sama nie wiem... Chyba chcę umrzeć na własnych warunkach, wiesz? Nie mogę znieść życia bez rodziców. Mam jeszcze siostrę, Leah, która pracuje na dwie zmiany w knajpie, żeby nas utrzymać. Musiała nawet zrezygnować ze studiów, żeby mnie wychować. Zapomniała, że dzisiaj mam urodziny.
- Wszystkiego najlepszego - wymamrotałem.
- Dzięki. - Nachyliła się nad przepaścią, jakby chciała mnie sprawdzić, i wróciła na miejsce. - Szkoda, że nie mam raka. Albo innej poważnej choroby. Demencji, udaru, jakiejś niewydolności. Gdybym przegrała walkę z czymś takim, byłabym odważna. Ale ja walczę tylko z tym, co jest w mojej głowie. A gdy przegram, świat nazwie mnie słabą.
- Jak dobrze, że po śmierci nie będziemy przejmować się tym, co o nas myślą.
- Kiedy dotarło do ciebie, że chcesz... - Charlotte przesunęła palcem po szyi i pozwoliła opaść głowie. Udała trupa.
- Kiedy zrozumiałem, że wolę mieć oczy zamknięte niż otwarte.
- W jakim sensie?
- Kiedy śpię, mam sny. Kiedy się budzę, zaczyna się koszmar.
- Co jest koszmarem?
Nie odpowiedziałem od razu, a Charlotte przewróciła oczami i wyciągnęła coś z kieszeni. Rzuciła to coś w moją stronę, a ja złapałem. Zwykły pens.
- Pens za twoich myśli sens.
- Wolałbym pięćdziesiąt dolarów. Tak to się nie opłaca.
- W życiu nie chodzi wyłącznie o pieniądze.
- Wujek Sam się nie zgadza. Witaj w Ameryce, mała.
Roześmiała się.
- Jestem spłukana.
- Słyszałem takie plotki - potwierdziłem. Zależało mi na tym, by mnie znienawidziła, jak reszta szkoły, bo wtedy przestałaby patrzeć na mnie tak, jak na kogoś, kogo da się naprawić.
- Nieważne. Nie zmieniaj tematu. Dlaczego chcesz skoczyć?
Postanowiłem pominąć część społeczną mojego powodu: wyzwiska, samotność, bójki i skupić się na tym, co dzisiaj doprowadziło mnie na skraj wytrzymałości.
- Nie jestem sierotą, jak ty, ale mam popieprzoną rodzinę i przytłaczające dziedzictwo. Mój ojciec to pisarz Terrence Marchetti. No wiesz, ten od Niedoskonałości.
Nie mogła o tym nie słyszeć.
Książka wyszła w zeszłym miesiącu, a już drukowano trzeci nakład. Klimat jak z Lęku i odrazy w Las Vegas i Trainspottingu, tylko w mroczniejszej scenerii. "The New York Times" okrzyknął Niedoskonałości książką dekady, zanim jeszcze się ukazała. Właśnie powstają trzy adaptacje: filmowa, serialowa i teatralna. Powieść przetłumaczono na pięćdziesiąt dwa języki. Pobiła rekord sprzedaży w Ameryce. Podobno ma wygrać tegoroczną National Book Award.
- Moja mama to modelka Christie Bowman - ciągnąłem monotonnym głosem. - Pewnie pamiętasz, że zmarła z przedawkowania, rozbiwszy twarzą lustro, z którego wciągała kokainę w naszym domu.
Nie wspomniałem, że to ja znalazłem ją martwą. Nie wspomniałem o krwi. Po prostu nie mogłem.
Teraz to Charlotte patrzyła na mnie, jakbym urwał się z choinki.
Zebrałem się w sobie i dokończyłem:
- Mam przyrodniego brata Tate'a. Mój ojciec zrobił skok w bok w latach osiemdziesiątych. Tate zabrał mnie ojcu pod jakimś durnym pretekstem, a tata jest zbyt słaby, by walczyć o opiekę.
- Serio? - Jej oczy wydawały się takie wielkie i zielone, że miałem ochotę w nie wskoczyć i przebiec się po nich jak po trawiastym polu.
Spuściłem wzrok i pokiwałem głową, przysiadając na dłoniach.
- Twoja siostra przynajmniej wzięła za ciebie odpowiedzialność po stracie rodziców. - To nie był konkurs na największego cierpiętnika, ale trochę tak się czułem. Bo jeśli któreś z nas będzie miało dzisiaj prawo umrzeć, na pewno ja. - Mam co prawda rodzica, ale mój brat ograniczył nasze kontakty. To chyba dlatego, że kiedy był mały, nie było przy nim ojca. To go sponiewierało i teraz chyba próbuje ukarać tatę, odbierając mu mnie.
- Co za palant.
Podciągnąłem się, wycierając brudny dach bluzą, i pokiwałem głową. Może zbyt mnie to podbudowało, ale nikt, no może poza moim ojcem, nigdy nie powiedział o Tacie złego słowa. Zrobiła to dopiero Charlotte Richards.
- Tate to diabeł wcielony. Mogłem mieszkać z tatą, uczyć się w domu, jeździć z nim w trasy po świecie. Chcę zostać pisarzem jak on. Ale nie, muszę chodzić do tej koszmarnej szkoły, a potem wracać do pustego domu, bo Tate pracuje osiemdziesiąt godzin tygodniowo.
- Powiedziałeś "chcę". - Przygryzła dolną wargę. - Nie "chciałem". Użyłeś czasu teraźniejszego.
- No i co?
- Twój ojciec na pewno będzie załamany, gdy usłyszy, że ze sobą skończyłeś.
- Nie próbuj odwodzić mnie od tego pomysłu - ostrzegłem.
- Dlaczego?
- Bo i tak to zrobię.
Zapadło milczenie.
- Mogę się założyć, że zaczniesz żałować, gdy już będziesz leciał - powiedziała Charlotte.
Spojrzałem na nią.
- Co?
Charlotte Richards, dziewczyna, w której podkochuję się od ósmej klasy, właśnie mówi mi, że nie powinienem odbierać sobie życia. Nawet nie wiedziałem, co o tym sądzić.
- Kiedy będziesz spadać, zrozumiesz, że popełniłeś ogromny błąd. A poza tym chyba tego nie przemyśleliśmy. Tu wcale nie jest tak wysoko. Prędzej złamiesz kręgosłup i resztę życia spędzisz na wózku inwalidzkim, nie panując nad ślinotokiem. Masz zbyt wiele do stracenia.
- Czy ty się naćpałaś?
To przerażające, ale jej pomysł zaczynał mnie kusić. Ale przede wszystkim nie chciałem robić tego w jej obecności. A jak się osram? A jeśli głowa mi eksploduje? Wolałbym, żeby nie zapamiętała mnie w ten sposób.
Wtedy na pewno, w życiu pozagrobowym, nie będziesz miał okazji się z nią umówić.
- Masz rodzinę, która cię kocha. Bogatego, sławnego ojca i marzenie, które musisz spełnić. Nasze sytuacje się różnią. Ty masz po co żyć.
- Ale Tate...
- On nie może stać między tobą a ojcem w nieskończoność. - Pokręciła głową. - Przy okazji: jestem Charlotte. - Wyciągnęła do mnie dłoń, ale jej nie przyjąłem.
Przy niej nie potrafiłem zebrać myśli.
A potem powiedziała coś, co jeszcze bardziej zbiło mnie z pantałyku.
- Chyba jesteśmy z tego samego rocznika.
- Zauważyłaś mnie?
Nagroda dla Najbardziej Żałosnego Drania wędruje do mnie.
- Tak. Widziałam, jak w trakcie lunchu czytałeś coś na Kindle'u, skulony jak jakieś zwierzę. - Wyciągnęła książkę z kieszeni spódniczki. Było zbyt ciemno, bym mógł rozszyfrować tytuł. Rzuciła mi ją na kolana. - Myślę, że ci się spodoba. To o samotności, szaleństwie i braku satysfakcji. To o nas.