Śliska sprawa. Komisarz Gereon Rath. Tom 1 - Volker Kutscher


Reflow text when sidebars are open.
1
Kiedy oni wrócą? Mężczyzna wytężał słuch. W ciemności każdy najcichszy odgłos stawał się potwornym hałasem, każdy szept przeobrażał się w krzyk, nawet cisza dudniła mu w uszach. Nieprzerwane huczenie i szum. Niemal wariował z bólu. Musiał wziąć się w garść. Musiał odwrócić uwagę od dźwięku kropel, jakkolwiek głośne by były. Kropel, które spadały na twardą, wilgotną podłogę. Wiedział, że na beton skapuje jego własna krew.
Nie miał pojęcia, dokąd go zawlekli. W jakieś miejsce, w którym nikt go nie słyszał. Jego krzyki nie wytrącały ich z równowagi, uwzględnili je w planie. Podejrzewał, że znajdował się w piwnicy. A może w hali magazynowej? W każdym razie było to pomieszczenie pozbawione okien. Do środka nie przedostawał się choćby jeden promień słońca, jedynie delikatne migotanie. Resztka jasności, która mu pozostała, odkąd - zatopiony w myślach - stał na moście i spoglądał za światłami pociągu. Zatopiony w myślach o planie i o niej. Wtedy padł cios i usunął się w ciemność. Od tamtej pory już go nie opuściła.
Drżał. W pionowej pozycji trzymały go jedynie liny, wrzynające mu się w zgięcia łokci. Jego stopy już go nie niosły, nie było ich, stały się jedynie bólem. Podobnie z dłońmi, które nie potrafiły niczego utrzymać. Całą swoją siłę skierował w ramiona i starał się nie dotykać podłogi. Ciało miał zlane potem.
Obrazy wciąż powracały, nie potrafił ich wyprzeć. Ciężki młot. Jego dłoń, kurczowo uczepiona stalowej belki. Dźwięk roztrzaskiwanych kości, jego kości. Nieznośny ból. Krzyki, które splatają się w jeden potężny wrzask. Utrata przytomności. A potem wybudzenie z głębokiej nieświadomości. Bóle rozszarpujące najodleglejsze krańce ciała. Do jego wnętrza się jednak nie przedostały, udało mu się stawić im opór.
Otumaniali go narkotykami, które łagodziły ból. Chcieli go w ten sposób podporządkować swojej woli. Musiał walczyć z własną słabością. Dobrze znany język niemal uśpił jego czujność. Głosy brzmiały jednak ostrzej niż te, które pamiętał. Zdecydowanie ostrzej. Chłodniej. Bardziej złowieszczo.
Głos Swietłany mówił tym samym językiem, ale jakże inaczej brzmiał! Obiecywał mu miłość i wyjawiał tajemnice, był bliskością i obietnicą. Tak, nawet jasne miasto, z którego dawno wyjechał, ten głos na powrót uczynił żywym. Nigdy o nim nie zapomniał, nawet gdy był daleko. To nadal było jego miasto - które zasłużyło na lepszą przyszłość. I nadal jego kraj - który również zasłużył na lepszą przyszłość.
Czy ona nie pragnęła tego samego? Przegonić przestępców, którzy zagarnęli władzę? Wrócił myślami do tej nieprzespanej nocy w jej łóżku, ciepłej letniej nocy, która wydawała się tak odległa, jakby minęła cała wieczność. Swietłana. Kochali się i powierzali sobie swoje tajemnice. Połączyli je w jedną wielką tajemnicę, by choć trochę zbliżyć się do własnych nadziei.
Wszystko tak dobrze się układało, ale ktoś musiał ich zdradzić. Jego gdzieś wywieźli, a co ze Swietłaną? Gdyby tylko wiedział, co się z nią stało. Ich wrogowie czaili się wszędzie.
Przywieźli go w to ponure miejsce. Znał ich pytania, zanim jeszcze zadali je na głos. Odpowiadał, nie zdradzając niczego, a oni się nawet nie spostrzegli. Głupcy zaślepieni chciwością. Pociąg był już w drodze, ale oni nie mogli się o tym dowiedzieć. Pod żadnym pozorem. Od realizacji planu dzielił ich jedynie krok. Spojrzał jej w oczy i także w nich ujrzał chciwość oraz głupotę.
Najgorszy był pierwszy cios, a wszystko, co po nim nastąpiło, sprawiało, że ból się tylko rozprzestrzeniał.
Świadomość, że zginie, dodawała mu sił. Dzięki temu mógł znieść to, że nigdy już nie będzie mógł chodzić, pisać, i nigdy już jej nie dotknie. Była już tylko wspomnieniem. Musiał się z tym pogodzić, lecz także tego wspomnienia nie zdradzi nigdy.
Kurtka. Musiał odzyskać swoją kurtkę, choć w tej chwili było to prawie niemożliwe. Miał przy sobie kapsułkę, tak jak wszyscy ci, którzy skrywali w sobie tajemnicę, która nie mogła dostać się w ręce wroga. Zareagował za późno, nie zorientował się, że to pułapka - w przeciwnym razie już dawno rozgryzłby kapsułkę. Nadal znajdowała się w podszewce kurtki wiszącej na krześle, którego kontury ledwie dostrzegał pośród ciemności.
Nie skrępowali go. Po tym jak pogruchotali mu dłonie i stopy, jedynie zawiesili go na linach, by łatwiej im było go okładać, gdy tylko ból przywróciłby mu świadomość. Nie pozostawili przy nim żadnego strażnika - tak byli pewni, że nikt nie usłyszy jego krzyków. Wiedział, że to jego ostatnia szansa. Działanie narkotyku ustępowało. Ból znów stanie się nie do zniesienia, być może sprawi, że ponownie straci przytomność, jeśli nie zdoła utrzymać się na linach. Na jak długo? Myśl o nadchodzącym cierpieniu przyniosła mu wspomnienie tego, które przeminęło, a jego czoło zalało się potem.
Nie miał wyboru.
Teraz!
Zacisnął zęby i zamknął oczy. Rozprostował obie ręce, zgięcia łokci straciły oparcie, a wraz z nimi - całe ciało. Brejowata miazga, która była niegdyś jego stopami, pierwsza zetknęła się z podłogą. Wrzasnął, zanim jeszcze runął tułowiem na beton, a wstrząs sprawił, że ból w rękach powrócił. Byle nie stracić przytomności! Krzycz, ale utrzymuj się na powierzchni, nie mdlej! Zwinął się na podłodze, jego oddech przyspieszył, kiedy pulsowanie i kłucie nieco osłabło. Udało mu się! Leżał na podłodze, mógł się ruszać - pełznąć przed siebie, wsparty na łokciach i kolanach, zostawiając za sobą ślad krwi.
Szybko przeczołgał się do krzesła i ustami ściągnął swoją kurtkę na podłogę. Zachłannie rzucił się na ubranie, przytrzymał je prawym łokciem. Ból sprawiał, że szarpał materiał zębami z narastającą wściekłością. W końcu udało mu się rozerwać podszewkę.
Nagle zebrało mu się na szloch. Wspomnienie o niej dopadło go tak, jak drapieżny kot dopada swą ofiarę i nią potrząsa. Nigdy już jej nie zobaczy. Wiedział to, odkąd zwabili go w pułapkę, ale nagle boleśnie to do niego dotarło. Tak bardzo ją kochał! Tak bardzo!
Powoli się uspokajał. Językiem szukał kapsułki, wyczuł brud i nitki, jednak w końcu trafił na płaską, chłodną powierzchnię. Ostrożnie wysunął ją siekaczami z podszewki. Udało się! Miał ją w ustach! Kapsułkę, która miała położyć wszystkiemu kres! Uśmiech tryumfu przebiegł po jego twarzy przepełnionej bólem.
Niczego się nie dowiedzą. Będą się nawzajem obwiniać. Okazali się największymi głupcami.
Słyszał, jak zamykają się drzwi na górze. Trzaśnięcie wybrzmiało w ciemności niczym uderzenie pioruna. Kroki na betonie. Wracali. Czy słyszeli krzyk? W zębach trzymał kapsułkę, czekając, by ją rozgryźć. Był gotów. Mógł to zakończyć w każdej chwili. Odczekał jeszcze trochę, niech wejdą do środka. Chciał rozkoszować się tryumfem do ostatniej sekundy.
Niech go zobaczą! Niech bezradnie stoją obok i przyglądają się, jak się im wymyka.
Kiedy otworzyły się drzwi i światło wdarło się do ciemnego wnętrza, zamknął oczy. Wtedy przygryzł zęby. Z cichym brzękiem szkło pękło mu w ustach.
2
Mężczyzna przypominał nieco Wilhelma II. Miał charakterystyczne wąsy i przenikliwe spojrzenie, jak na portrecie, który za czasów Cesarstwa wisiał w każdym porządnym niemieckim domu. Nadal jeszcze wisiał u co poniektórych, choć cesarz abdykował przeszło dziesięć lat temu i od tego czasu zajmował się uprawą tulipanów w Holandii. Ten sam zarost, ta sama iskra w oku - jednak na tym podobieństwa się kończyły. Ten cesarz nie miał na głowie pikielhauby. Hełm wisiał wraz z szablą i mundurem na filarze łóżka. W oczy widzów rzucały się przede wszystkim jego podkręcone ku górze wąsy i imponujący wzwód. Przed nim klęczała równie naga kobieta, obdarzona bujnymi krągłościami i najwyraźniej okazująca cesarskiemu berłu należny respekt.
Rath przeglądał zdjęcia obojętnie, choć ich celem było rozbudzenie pożądania. Kolejne ujęcia przedstawiały cesarskiego sobowtóra i jego towarzyszkę w akcji. Nie miało znaczenia, jak bardzo splątane ze sobą były ich ciała - charakterystyczne wąsy zawsze łapały się w kadr.
- Obrzydliwość!
Rath obejrzał się za siebie. Przez jego ramię na fotografie spoglądał szupo1, funkcjonariusz policji porządkowej.
- Co za obrzydliwość - powtórzył policjant, kręcąc głową - to przecież obraza majestatu. Kiedyś za takie rzeczy skazywano na ciężkie więzienie.
- Nasz cesarz wcale nie wygląda na takiego obrażonego - odparł Rath. Zamknął teczkę ze zdjęciami i przesunął ją po rozchwierutanym biurku, które mu przydzielono. Spod czaka padło złowrogie spojrzenie. Funkcjonariusz w niebieskim uniformie odwrócił się bez słowa i poszedł do swoich kolegów. W pomieszczeniu stało ośmiu mundurowych i rozmawiali półgłosem, większość z nich ogrzewała ręce o kubki z kawą.
Rath spojrzał w ich stronę. Wiedział, że szupo z komisariatu 220 mieli inne zmartwienia niż okazywanie przyjacielskiego wsparcia funkcjonariuszowi policji kryminalnej z Alexanderplatz, gdzie mieściło się prezydium policji. Za trzy dni sytuacja stanie się poważna. Pierwszy maja wypadał we środę i prezydent policji Zörgiebel zakazał tego dnia jakichkolwiek demonstracji w Berlinie, jednak mimo to komuniści i tak chcieli urządzić przemarsz. Policja się denerwowała. Krążyły pogłoski o planowanym puczu. Bolszewicy chcieli bawić się w rewolucję i z dziesięcioletnim poślizgiem utworzyć sowieckie Niemcy. Wśród policjantów na komisariacie 220 panowało jeszcze większe napięcie niż w pozostałych dzielnicach Berlina. Neukölln, część miasta, w której znajdował się ten komisariat, był dzielnicą robotniczą. Bardziej czerwony był co najwyżej tylko Wedding.
Policjanci szeptali między sobą. Od czasu do czasu któryś z nich rzucał komisarzowi ukradkowe spojrzenie. Rath stuknął palcem w paczkę overstolzów, wyjął z niej papierosa i go zapalił. Nikt nie musiał mu mówić, że był tu prawie tak mile widziany, jak Armia Zbawienia w nocnym klubie - to było oczywiste. Obyczajówka nie cieszyła się w policyjnych kręgach najlepszą opinią. Jeszcze dwa lata temu głównym zadaniem policji obyczajowej, czyli Inspekcji E, było monitorowanie prostytucji w mieście. Stanowiło to rodzaj usankcjonowanego sutenerstwa, gdyż jedynie prostytutki zarejestrowane przez policję mogły legalnie prowadzić swoją działalność, a wielu funkcjonariuszy bezwstydnie wykorzystywało tę zależność. Od czasu, kiedy nowa ustawa o przeciwdziałaniu chorobom wenerycznym przeniosła ten obowiązek z policji obyczajowej na urzędy do spraw zdrowia, Inspekcja E zajmowała się nielegalnymi klubami nocnymi, stręczycielami i pornografią, ale jej reputacja prawie w ogóle się nie poprawiła. Wciąż wydawało się, że do funkcjonariuszy na stałe przylgnęła jakaś resztka tego brudu, którym zajmowali się służbowo.
Rath wydmuchnął dym papierosowy ponad biurkiem. Woda skapywała z czak wiszących na wieszakach na podłogę pokrytą zielonym linoleum, podobnym do tego, jakim wykładano też biura policji kryminalnej przy Alexanderplatz. Pośród wszechobecnej błyszczącej czerni i połyskujących policyjnych odznak szary kapelusz Ratha zdawał się nie na miejscu, tak jak i jego płaszcz, który wyróżniał się pomiędzy niebieskimi płaszczami policji porządkowej. Jeden cywil wśród mnóstwa mundurowych.
Kawa, którą przynieśli mu we wgniecionym emaliowanym kubku, smakowała parszywie. Odpychająca, czarna lura. A więc nawet tutejsi policjanci także nie umieli parzyć kawy. Niby dlaczego w Neukölln miałoby być inaczej niż na Alexanderplatz? Mimo wszystko wziął kolejny łyk. Nie miał nic innego do roboty. Siedział tu tylko po to, żeby czekać, aż zadzwoni telefon.
Raz jeszcze sięgnął po teczkę leżącą na biurku. Zdjęcia z sobowtórami Hohenzollernów oraz innych pruskich dygnitarzy w niedwuznacznych pozycjach nie były czymś tanim i łatwo dostępnym. Do tego miał przed sobą nie zwykłe wydruki, lecz odbitki fotograficzne najwyższej jakości, porządnie ułożone w teczce. Ten, kto kupował coś takiego, musiał wydać dobrych kilka marek. Była to zatem rzecz dla wyższych kręgów. Fotografie sprzedawał gazeciarz na dworcu Alexanderplatz, parę kroków od prezydium policji i mieszczących się w nim biur Inspekcji E. Patrol zauważył mężczyznę tylko dlatego, że puściły mu nerwy. Dwaj policjanci chcieli tylko zwrócić jego uwagę na jakiś niewinny magazyn ilustrowany, który wypadł mu z kramiku zawieszonego na szyi, jednak gdy się zbliżyli, handlarz rzucił w ich stronę cały swój towar i wziął nogi za pas. Wraz z czasopismami w stronę młodych szupo poszybowały też wydrukowane na błyszczącym papierze zdjęcia pornograficzne, które przyprawiły ich o rumieniec na twarzy. Z podziwu dla kunsztu fotomodeli prawie zapomnieli ruszyć w pogoń za zbiegłym gazeciarzem. Gdy w końcu podjęli pościg, mężczyzna zdążył już zniknąć gdzieś w chaosie placów budowy wokół Alexanderplatz. To zaniedbanie stało się powodem, dla którego niewiele później szupo po raz kolejny dostali rumieńców, dostarczywszy swoje znalezisko do biurka Lankego i zdawszy mu sprawozdanie. Radca kryminalny Werner Lanke, kierownik Inspekcji E, potrafił podnieść głos. Wierzył, że uprzejmość mogłaby zaszkodzić jego autorytetowi. Rath przypominał sobie, jak jego nowy szef powitał go przed czterema tygodniami.
- Wiem, że ma pan znajomości, panie Rath!- wydarł się Lanke. - Lecz jeśli wydaje się panu, że dzięki temu nie będzie pan musiał zajmować się brudną robotą, to grubo się pan myli! Nikogo się tu nie oszczędza! A tym bardziej nie mam zamiaru oszczędzać człowieka, o którego nie prosiłem!
Pierwszy miesiąc jego pracy w Inspekcji E już prawie dobiegał końca. Ten czas traktował jak karę. I być może tak właśnie miało być, choć go nie zdegradowano, lecz jedynie przeniesiono. Co prawda musiał opuścić Kolonię, a także komisję do spraw zabójstw, lecz nadal był komisarzem kryminalnym. Nie miał zamiaru do końca życia obijać się w obyczajówce. Nie rozumiał, jak Wujek to znosił, ale praca w Inspekcji E wydawała się sprawiać koledze przyjemność.
Nadkomisarz Bruno Wolter - przez wzgląd na swoje serdeczne usposobienie nazywany przez większość kolegów Wujkiem - przewodził grupie dochodzeniowej oraz policyjnej obławie, która miała się odbyć właśnie tego dnia. Na dziedzińcu przed komisariatem, gdzie stała ciężarówka, Wolter omawiał szczegóły planowanej akcji z dwiema funkcjonariuszkami z żeńskiej policji kryminalnej oraz komendantem okręgowej straży ogniowej. Mogło zacząć się w każdej chwili. Czekali już jedynie na telefon od Jänickego. Rath wyobraził sobie tego nowicjusza siedzącego w zatęchłym mieszkaniu, które zajęli na okoliczność obserwowania atelier - w jednej ręce lornetka, druga nerwowo drży nad słuchawką telefonu. Również Stephan Jänicke, asystent wydziału kryminalnego, dołączył do obyczajówki dopiero na początku kwietnia. Wolter czasem dogryzał mu, mówiąc, że dopiero co spadł z Eiche - czyli dębu - ponieważ Jänicke został powołany do służby na Alexanderplatz od razu po ukończeniu szkoły policyjnej w poczdamskiej dzielnicy Eiche. Jednak Jänicke, pochodzący z Prus Wschodnich małomówny mężczyzna o blond włosach, nie dawał się zbić z tropu starszym kolegom i traktował swój zawód poważnie.
Zadzwonił telefon stojący na biurku. Rath zgasił papierosa i sięgnął po czarną, błyszczącą słuchawkę.
Ciężarówka zatrzymała się przed wysoką kamienicą czynszową przy Hermannstrasse. Przechodnie podejrzliwie spoglądali na młodych mundurowych, którzy zeskakiwali ze skrzyni. W tej części miasta policja nie była mile widziana. Jänicke czekał na nich w tonącej w półmroku bramie prowadzącej na podwórze. Ręce miał głęboko wsunięte do kieszeni płaszcza, kołnierz postawiony na sztorc, rondo kapelusza nasunięte na czoło. Rath próbował zdusić uśmiech. Asystent policyjny zadał sobie mnóstwo trudu, by wyglądać jak nieczuły glina z wielkiego miasta, lecz jego rumiane policzki zdradzały chłopaka ze wsi.
- W środku jest teraz pewnie około dwunastu osób - powiedział nowicjusz, starając się dotrzymać kroku Rathowi i Wolterowi. - Widziałem Hindenburga, Bismarcka, Moltkego, Wilhelma I oraz Wilhelma II, a nawet Fryderyka Wielkiego.
- Cóż, mam nadzieję, że także kilka dziewcząt - odparł Wujek. Dwie policjantki uśmiechnęły się kwaśno. Funkcjonariusze w cywilu wraz z dziesięcioma mundurowymi podążali za nadkomisarzem, który wziął kurs na drugie podwórze. Pięciu chłopców grało tam metalową puszką w piłkę nożną. Kiedy zobaczyli oddział policyjny, zamarli w bezruchu, a puszka zakręciła ostatni, brzęczący piruet. Wolter przyłożył do ust palec wskazujący. Najstarszy z chłopców, może jedenastoletni, pokiwał głową w milczeniu. Na górze zamknięto okno. Atelier fotograficzne Johann König, 4 piętro - informowała mosiężna tabliczka przy wejściu na klatkę schodową.
Wujek musiał skorzystać z usług jednego ze swoich licznych informatorów z berlińskiego półświatka, by trafić na trop Königa, gdyż fotograf - z perspektywy policji - miał czystą kartę. Wykonywał niedrogie zdjęcia do paszportów dla mało zasobnych klientów z Neukölln, od czasu do czasu również obowiązkowe zdjęcia rodzinne: noworodki na niedźwiedzim futrze, dzieci rozpoczynające szkołę z okolicznościowymi tytkami, młode pary i wszystko inne, czego zażyczyli sobie klienci. Nigdy wcześniej nie był notowany jako zbereźnik, nie był też karany, ale i tak znaleziono o nim informacje. Nie trzeba bowiem dopuszczać się czynu karalnego, by zwrócić uwagę policji. Rathowi przyszedł bowiem do głowy pomysł, by przewertować również obszerne akta Inspekcji IA - policji politycznej - i trafił na notatkę sprzed dziesięciu lat. W 1919 roku policja polityczna odnotowała Johanna Königa jako anarchistę i poświęciła mu, wprawdzie skąpo zapisaną, ale za to jego własną kartotekę. Po upadku rewolucji fotograf już nie zwracał na siebie uwagi w kwestiach politycznych, na powrót zajął się swoimi prywatnymi sprawami, zresztą tak jak wielu innych, mu podobnych. Jednak teraz, przez swoją niekrytą awersję do blasku i chwały Prus, popadł w kłopoty z prawem. Nic dziwnego, pomyślał Rath, nosić nazwisko znaczące "król" i być przeciwnikiem monarchii - to po prostu nie może się dobrze skończyć.
Najwyraźniej jednemu z młodych policjantów porządkowych chodziły po głowie podobne myśli.
- Cesarz pieprzy u Königa - rzucił i z nerwowym, szerokim uśmiechem rozejrzał się dookoła.
Nikt się nie zaśmiał. Wolter kazał stanąć kawalarzowi przed wejściem do oficyny, a sam wraz z resztą oddziału po cichutku wszedł na górę mrocznej klatki schodowej, do której prawie w ogóle nie wpadało światło dzienne. Gdzieś w budynku jakieś radio rzępoliło szlagiery. Na drugim piętrze otworzyły się drzwi, siwa starowinka wyściubiła nos na klatkę i szybko się cofnęła, na widok oddziału policji. Funkcjonariusze, dwie kobiety i dwunastu mężczyzn, nie wydawali prawie żadnych dźwięków. Zatrzymali się na samej górze przed ostatnimi drzwiami. Johann König, fotograf - informował napis na drzwiach, tym razem jednak nie wygrawerowany w mosiądzu, ale wydrukowany na pożółkłym wygiętym kartonie. Wolter nic nie powiedział, spojrzał tylko na komendanta straży ogniowej i podniósł palec wskazujący prawej ręki do ust. Słychać było tylko radio oraz trąbiący gdzieś z oddali klakson samochodowy. Wystarczyłoby silniejsze kopnięcie, by liche drzwi z impetem wleciały do pomieszczenia, lecz Wolter odsunął komendanta na bok. Rath widział, jak Wujek wyciąga z kieszeni płaszcza wytrych i majstruje przy zamku. Otwarcie go zajęło mu niespełna pięć sekund. Zanim Wolter otworzył z impetem drzwi, wyciągnął służbową broń. Reszta zrobiła to samo. Tylko Rath nie sięgnął po swojego mauzera. Po incydencie w Kolonii poprzysiągł sobie, że już więcej nie dotknie broni, jeśli nie będzie to konieczne. Puścił uzbrojonych kolegów przodem i został przy drzwiach. Stamtąd przyglądał się absurdalnej scenie, która rozegrała się w atelier po tym, jak policjanci przekroczyli próg pomieszczenia.
Na zielonej sofie muskularny Hindenburg dwoił się i troił, by zaspokoić nagą kobietę, z daleka przypominającą Matę Hari. Obok stał zwykły szeregowy w mundurze i pikielhaubie. Trudno ocenić, czy to on jako następny miał się zabawiać z Matą Hari, czy czekał, by wyświadczyć feldmarszałkowi usługę seksualną. Pozostali tam obecni - połowa z nich naga - obserwowali scenę oświetloną wieloma reflektorami i prowadzili ożywioną dyskusję. Za aparatem siedział mężczyzna z kozią bródką i wydawał rozkazy feldmarszałkowi.
- Obróć tyłek Sophie trochę w moją stronę... Jeszcze kawałek... Tak, o to chodziło. Nie ruszać się! Iii... Tak jest!
Fotograf wykonał kolejne ujcie. Wspaniale, wszystko trafi do teczki z materiałami dowodowymi. Nikt z grona znajdującego się w pomieszczeniu nie zauważył, że do atelier weszło około dwunastu uzbrojonych policjantów. Młodzi funkcjonariusze z policji porządkowej wyciągali szyje, aby zobaczyć, ile się da, przepychając się w głąb pomieszczenia. W całej tej kotłowaninie reflektor upadł na podłogę. Rozległ się brzęk.
Rozmowy ucichły. Wszystkie głowy odwróciły się w stronę drzwi, a zdziwienie zastygło na ich twarzach. Jedynie Hindenburg i Mata Hari nie dali się wybić z rytmu.
- Nie ruszać się, policja! - krzyknął Wolter. - Wszystkich zabieramy do prezydium! Stawianie oporu jest bezcelowe. Niech nikt nic nie rusza! Zwłaszcza jeśli wygląda to jak broń!
W końcu policjantów zauważyli także Hindenburg i Mata Hari. Nikt nawet nie zaprotestował. Kilka osób podniosło ręce, pozostali odruchowo zakryli swoje genitalia. Cztery kobiety znajdujące się w atelier były rozebrane, częściowo bądź całkowicie. Funkcjonariuszki narzuciły wełniane koce na ich nagie ciała, po czym do akcji wkroczyli mundurowi. Pierwsze kajdanki zatrzasnęły się z kliknięciem. König plótł coś o erotyce i wolności sztuki, zamilkł jednak po reprymendzie Woltera. Następnie przyszła kolej na prominentów. Bismarck - klik. Fryderyk Wielki - klik. Ten drugi naprawdę miał łzy w oczach, gdy zakładano mu kajdanki. Skuto każdego po kolei. Hindenburga i Matę Hari trzeba było ściągnąć z sofy. Chłopcy z policji porządkowej mieli łatwe zadanie i sporo frajdy.
Rath dość się już napatrzył, więc wyszedł na klatkę schodową. Zagrożenie, że ktoś się im wymknie, minęło. Stanął przy poręczy i spoglądał w dół. Zdjął kapelusz z głowy, dłońmi gładził szary filc. Gdy skończą tutaj, to w prezydium czekają ich jeszcze przesłuchania. Mnóstwo pracy tylko po to, by przydybać parę płotek, zarabiających na fotografowaniu pieprzących się ludzi i obrażaniu uczuć narodowych. Ich mocodawców, którzy zarabiają naprawdę grube pieniądze, nie dorwą i tak, jedynie znów paru nieszczęśników wyląduje za kratkami. Lanke będzie miał poczucie dobrze wykonanego zadania, o którym złoży raport komendantowi, i wszystko będzie, jak dawniej. Rath na próżno starał się doszukać się w tym jakiegoś sensu. Nie pochwalał pornografii, ale nie potrafił się nią jakoś szczególnie emocjonować. Świat po prostu taki jest, odkąd zawalił się stary porządek. W 1919 roku rewolucja wywróciła do góry nogami wszystkie wartości moralne, w 1923 inflacja zrobiła to samo z dobrami materialnymi. Czy nie było ważniejszych spraw, którymi powinna zająć się policja? Na przykład utrzymanie spokoju i porządku, zadbanie o to, aby jeden człowiek nie mógł bezkarnie pobić drugiego na śmierć? Ponieważ Rath pracował w wydziale zabójstw, wiedział, po co jest w policji. Ale w obyczajówce? Trochę więcej czy mniej pornografii, kogo to obchodziło? Być może samozwańczych obrońców moralności, którzy również znaleźli swoje miejsce w w nowym państwie niemieckim - ale on do nich nie należał.
Z rozmyślań wytrącił go dźwięk spłuczki toaletowej. Na piętrze poniżej, w połowie drogi w dół, otworzyły się jedne z drzwi. Szczupły mężczyzna chciał właśnie naciągnąć szelki na podkoszulek i zdębiał, gdy zobaczył Ratha stojącego na górze. Komisarz znał już tę twarz: spiczaste wąsy, groźne spojrzenie teraz wyrażające raczej zaskoczenie. Zabrakło jej wśród kolekcji aresztowanych. Fałszywemu Wilhelmowi II Hohenzollernowi wystarczyła niespełna sekunda, by rozeznać się w sytuacji. Jednym susem przesadził balustradę i zeskoczył prawie o pół piętra. Jego kroki oddalały się w rytmie szybkiego staccato. Rath ruszył za nim instynktownie. Był gliną, ścigał przestępców, obecnie zaś takich, których występkiem było podobieństwo do niepanującego już cesarza i to, że pozwalają się fotografować, gdy się z kimś pieprzą. Nie miał czasu, żeby dać znać kolegom. Na klatce schodowej było tak ciemno, że ledwie dostrzegał stopnie, przez co cały czas się potykał. W końcu dotarł na parter. Oślepiło go światło i omal nie wpadłby na funkcjonariusza z policji porządkowej, który dopiero co podnosił się z ziemi po wcześniejszym zderzeniu.
- Gdzie on jest? - zapytał Rath, a młody szupo, który jeszcze pięć minut wcześniej dowcipkował o kopulujących cesarzach, skruszony spojrzał w kierunku Hermannstrasse.
- Gonię zbiega. Niech pan złoży meldunek! - krzyknął Rath. Następnie rzucił się biegiem do bramy. Przestało padać, ale czarny asfalt nadal błyszczał od wilgoci. Przed budynkiem stał samochód ciężarowy, który miał zebrać żniwo obławy i zawieźć je na Alexa. Ale gdzie był Wilhelm II? Rath rozejrzał się dookoła. Wzdłuż całej ulicy na chodniku i na jezdni leżały materiały budowlane. Piesi i kierowcy przeciskali się pomiędzy belkami, stalowymi wspornikami i rurami, potrzebnymi do budowy metra. W międzyczasie kierowca więziennej ciężarówki wysiadł z szoferki i dał komisarzowi znak ręką. Rath, sarkając, wspiął się na stertę desek i stamtąd dostrzegł porno-cesarza: skulony, przemykał wzdłuż Hermannstrasse w stronę Hermannplatz, jego szelki nadal opadały luźno.
- Stać! Nie ruszać się! Policja! - krzyknął Rath. To podziałało na Wilhelma II jak sygnał do startu. Mężczyzna wyprostował się i wystrzelił do przodu, przebiegł środkiem jezdni i wpadł na chodnik, na którym bezceremonialnie staranował kilkoro pieszych.
- Zatrzymać tego mężczyznę! - zawołał Rath. - To operacja policyjna!
Nikt nie zareagował.
- Oszczędź sobie fatygi - usłyszał zza pleców znajomy głos. - Tutejsi ludzie nie pomagają glinom. - Wolter poklepał go po ramieniu. - Biegnij! - dodał i ruszył przed siebie - Razem dopadniemy padalca!
Rath był zdumiony, jak szybko Wolter zbiegał po nieco stromej ulicy - mimo swojej solidnej budowy i słusznej wagi ciała. Z trudem dotrzymywał mu kroku i dopiero przed Hermannplatz udało mu się dogonić Wujka.
- Widzisz go? - zapytał Rath. Poczuł kłucie w boku i musiał wesprzeć się o latarnię. Dopiero teraz zauważył, że w ręce nadal trzymał swój kapelusz. Nałożył go z powrotem. Szybkim skinięciem głowy Wolter wskazał na Hermannplatz. Przed nimi pod samo niebo wznosiła się gigantyczna bryła budowanego właśnie domu towarowego Karstadt. Nowy budynek miał nadać poczciwemu Hermannplatz odrobinę nowojorskiego szyku. Uroczyste otwarcie planowano na najbliższe lato, teraz widać było jedynie wielkie rusztowanie z dźwigami towarowymi i żurawiami. Obie wieże - jedna od północy, a druga od południa - wznosiły się na niemal sześćdziesiąt metrów w górę. Wilhelm II biegł w stronę południowego narożnika placu budowy - przez środek wielkiego skrzyżowania i pośród trąbiących aut. O włos wpadłby pod tramwaj linii 29, który wjeżdżał właśnie w Hermannstrasse, ale w ostatniej chwili uchylił się przed piszczącym pojazdem i zniknął z pola widzenia policjantów. Musieli odczekać, aż tramwaj ich ominie, a gdy przejechał, mężczyzny nie było już widać. Przeszli przez skrzyżowanie i rozejrzeli się po placu.
- Na pewno nie udało mu się zejść do stacji metra - oznajmił Wolter. - Nie miał aż tyle czasu.
- Ale miałby czas na to - odparł Rath i wskazał na ogrodzenie okalające budowę. Była to poobklejana afiszami, wysoka na dobre dwa metry, ściana z desek, oddzielająca plac budowy od ludzkiego mrowia na Hermannplatz.
Wujek skinął głową. Podeszli do parkanu, szukając miejsca, w którym uciekinier mógł się przez niego przedostać. Przez sam środek ogrodzenia ktoś czerwoną farbą namazał: Korzystajcie ze swoich praw! Demonstrujcie 1 maja! Przy okazji oszpecił też parę afiszy reklamowych.
O, tu! To ten plakat!
Rath spojrzał na Woltera. Pewnie dostrzegli to w tej samej chwili. Podeszli do reklamy napojów Sinalco i przyjrzeli się jej z bliska. Papier był naderwany w dwóch miejscach: nad literą S i pod C. Znajdywało się na nim też brudne przetarcie od buta. Nie wyglądało to na celowy wandalizm, a raczej na ślady po wspinaczce.
Wolter splótł dłonie, Rath wsparł się na nich i podciągnął do góry na śliskim, mokrym drewnie, po czym wyjrzał za płot. I rzeczywiście go zobaczył! Wilhelm II biegł w stronę Urbanstrasse i już prawie dotarł do przeciwległego końca placu budowy. Zdążył pokonać całkiem spory kawałek, fasada domu towarowego zajmowała całą długość Hermannplatz, pewnie co najmniej trzysta metrów.
- Biegnie do Urbanstrasse! Zatrzymaj go! - krzyknął do Wujka, przeprawił się przez ogrodzenie i podjął dalszy pościg. Gdyby Bruno przeciął zbiegowi drogę, to mieliby go w garści. Wilhelm II go zauważył. Fałszywy cesarz znajdywał się teraz na wysokości północnej wieży, przebiegł obok windy towarowej, a potem pobiegł prosto w stronę płotu przy Urbanstrasse. Zaraz wpadłby w pułapkę, ale zatrzymał się, odwrócił i zniknął za stalową konstrukcją windy. Rath zobaczył, jak wspina się po stalowych podporach, żwawo niczym małpa. Długo się nie zastanawiał, i ruszył w pościg.Tak szybko się nie podda.
Porno-cesarz musiał być chyba jakimś włamywaczem lub akrobatą - bądź też jednym i drugim. Komisarz, niemający doświadczenia cyrkowego, nie miał z nim szans. Rath zdecydował wspiąć się po rusztowaniu i wskoczyć na pierwszą lepszą drabinę. Ostrożnie, kondygnacja po kondygnacji, piął się w górę, ciągle uważając, żeby nie stracić z oczu zwinnie wdrapującego się uciekiniera.
Była niedziela, ogromna budowa stała opustoszała. Wśród kłębowiska stali i drewna przemykali tylko oni dwaj. Nagle Rath odkrył, że nie ma już drabin prowadzących wyżej. Rusztowanie sięgało siódmego piętra, do wysokości głównego budynku. Winda towarowa znajdowała się przy wieży północnej, przypominającej niedokończony drapacz chmur, a rusztowanie ją okalające sięgało jeszcze parę pięter wyżej. Wilhelm wspinał się dalej. Czyżby chciał dostać się na wierzchołek wieży? Zdawało się, że tak. Rath jęknął. Tylko nie spoglądaj w dół, zaklinał się, byle nie w dół! Cesarz wdrapywał się po podporach dźwigowych, sześćdziesiąt metrów nad ziemią. Rath starał się o tym nie myśleć i patrzeć wyłącznie przed siebie. Żeby dostać się do wieży północnej, musiał przejść kilka metrów po chybotliwej desce. Kolejne rusztowanie, kolejne drabiny i ciąg dalszy wspinaczki. Cesarz zniknął mu z oczu. Nieważne, byle wspinać się dalej do góry, jakoś go dopadnie. W końcu dotarł na szczyt rusztowania okalającego wieżę. Zdyszany, oparł głowę o chłodny, stalowy dźwigar.
Sapiąc, rozglądał się dookoła. Po mężczyźnie ani widu, ani słuchu. Czy ten gnojek nie mógł się po prostu poddać? Widział przecież, że ucieczka nie ma najmniejszego sensu!
Rath skierował spojrzenie w dół i poczuł, jak jego dłonie zacisnęły się wokół dźwigara. Dlaczego ta otchłań przyciągała go tak mocno, skoro wywoływała w nim tak wielką panikę? Po Hermannplatz kręciło się mnóstwo malutkich postaci, auta przypominające zabawki toczyły się tam i z powrotem. Jego kolana zrobiły się miękkie. Spojrzał w dal ponad dachami i wzrokiem sięgnął aż do Kreuzberga. Pośrodku morza domów stała tam ogromna hala Görlitzer Bahnhof, a w oddali na tle szarego nieba wyrastały kominy elektrowni Klingenberg.
Starał się przemóc i na powrót skierować wzrok na rusztowanie. Gdzie podziewał się sobowtór cesarza? Może znów schodził w dół? Też dobrze, tam przywita go Bruno. Jeśli jednak facet czai się gdzieś tu na górze, to jego obowiązkiem było dopadnięcie tego szczura. Lęk wysokości czy nie, to zadanie należało do Gereona Ratha. Wytężał słuch, lecz wiatr świstał nieznośnie głośno. Ostrożnie zszedł na niższą kondygnację, w tym miejscu był przynajmniej bardziej osłonięty od podmuchów.
Nagle stanął przed nim Wilhelm II.
Wydał się równie zaskoczony co komisarz. Oczy miał szeroko otwarte, połowa sztucznego wąsa odpadła mu w trakcie dzikiej ucieczki.
- Spieprzaj, glino - fuknął. Głos miał nerwowy, przerażony. Przywodził na myśl wiele skojarzeń, ale z pewnością nie dostojeństwo. W jego oczach było coś szalonego, dodatkowo podkreślał to rozmazany makijaż.
Kokaina, od razu pomyślał Rath, on jest pod wpływem kokainy, pewnie wciągnął sporą porcję, kiedy był w ubikacji. To się może źle skończyć.
- Człowieku - powiedział komisarz, próbując brzmieć jak najspokojniej - zrozum w końcu, że to bez sensu. Mogłeś nam już wcześniej podarować tę wspinaczkę. Teraz przynajmniej oszczędź mi kolejnych nieprzyjemności.
- Nic ci nie oszczędzę - odparł mężczyzna. Nagle w jego ręce pojawił się metalowy, błyszczący przedmiot. Wspaniale, pomyślał Rath, narkoman ze spluwą.
- Lepiej to schowaj - odrzekł. - Albo oddaj mnie. A obiecam ci, że nie widziałem broni w twoich rękach. Ani tego, że groziłeś nią funkcjonariuszowi.
- Skończyłeś opowiadać te swoje bajeczki, dupku?
- O obrazie funkcjonariusza też mogę zapomnieć.
- A jeśli wsadzę ci kulę w łepetynę, to też zapomnisz, co nie?
- Chcę z tobą tylko rozsądnie porozmawiać.
Broń w dłoni mężczyzny delikatnie zadrżała. Rath rozpoznał, że pistolet miał niewielki kaliber, ale stali tak blisko siebie, że w zupełności by wystarczył, żeby go zabić.
- Chcesz mnie tylko zbajerować, ty pieprzony glino, dopóki twój kolega nie przyjdzie ci pomóc!
Narkoman nawet nie wiedział, jak bardzo miał rację. Rath widział bowiem Woltera, powoli wspinającego się na deski za plecami mężczyzny.
- Mój kumpel czeka na mnie na dole - odrzekł. - Jemu nie uciekniesz, nawet jeśli mnie zastrzelisz. On też ma spluwę, ale trochę większą niż ta twoja zabawka.
- Mam ci pokazać, co ta zabawka potrafi?
Mężczyzna uniósł pistolet, ale w tym samym momencie Wolter złapał go od tyłu. Obiema dłońmi chwycił go za prawą rękę, tę, w której trzymał pistolet: próbował wyrwać mu broń. Wyciągnął rękę, w końcu do niej sięgnął...
Wtedy padł strzał.
Rath usłyszał świst pocisku tuż przy uchu. Drewno rozpadło się na drzazgi. Odruchowo się schylił.
Fałszywy cesarz gapił się z przerażeniem i przez moment nie stawiał oporu. Wolter wykorzystał tę sposobność i z całej siły uderzył ręką mężczyzny, w której ten trzymał broń, o stalowy dźwigar. Rozległ się krzyk bólu, pistolet z hukiem spadł na deski. Wujek odwrócił się do oprycha i wbił mu prawą pięść w żołądek. W ułamku sekundy mężczyzna zgiął się wpół, a krępy policjant poprawił lewym sierpowym, który ostatecznie posłał uciekiniera na ziemię. Wolter jeszcze kopnął nieprzytomnego faceta w bok i sapnął.
- Co za dupek!
Przykuł go kajdankami do rusztowania i podniósł jego pistolet.
- Było blisko, Gereonie - powiedział. - Powinieneś był użyć broni.
- Potrzebowałem obydwu rąk, żeby móc się wspinać.
Rath wiedział, że Wujek ma rację. Iluzją było myślenie, że w obyczajówce da się pracować, nie biorąc do ręki broni palnej. Policja to jednak policja.
- Dziękuję, kolego - odparł w końcu, kiedy zauważył, że Wolter nijak nie odniósł się do jego wyjaśnienia.
- Mówi się: dziękuję, partnerze - oznajmił Wolter i poklepał go po ramieniu.
Następnie wyciągnął scyzoryk, rozłożył go i zaczął majstrować ostrzem w wielkiej poprzecznej belce, znajdującej się za Rathem. Po chwili wydłubał z drewna kulę. Wziął ją do ręki i podszedł do narkomana, który w międzyczasie oprzytomniał i próbował wyswobodzić się z kajdanek. Wolter wymierzył mu tak silny policzek, że z nosa mężczyzny zaczęła sączyć się krew. Cesarz z przerażeniem spojrzał na policjanta, który przykucnął tuż przed nim i podetknął mu nabój pod nos.
- Powinieneś być mi wdzięczny, skurczybyku - oświadczył Wolter.
Skurczybyk splunął krwią.
- Wiesz dlaczego?
Mężczyzna zaczął nerwowo mrugać oczami.
- Ustrzegłem cię przed pójściem na szafot za zabójstwo policjanta.
Uciekinier kolejny raz splunął krwią.
- Ale usiłowanie zabójstwa nadal masz sumieniu. Wiesz, co robimy z takimi ludźmi?
Cesarz w odpowiedzi pokręcił głową.
- Nie wiesz? No to słuchaj uważnie. Przyjedziesz do więzienia w Plötzensee, a my zadbamy o to, żebyś trafił do celi z naprawdę twardymi chłopakami. I powiemy im, że jesteś pieprzonym pedofilem. Wiesz, co z dzieciojebcami robią w Plötzensee? Żaden strażnik nie jest na tyle głupi, żeby się w to mieszać. Znam ludzi, którzy woleliby trafić na szafot. Woleliby oddać celny strzał w policjanta.
Mężczyzna spojrzał na niego, przerażony.
Wolter odwrócił się do Ratha.
- Co zrobimy z tym draniem? - zapytał.
Rath wzruszył ramionami. Wujek zwrócił się znowu do narkomana:
- Czy ty w ogóle wiesz, że jesteśmy jedynymi przyjaciółmi, którzy ci zostali na tym smutnym świecie? - Obracał pocisk w palcach. - Mam tu dowód. Tą kulą celowałeś w mojego partnera. I prawie trafiłeś.
Wolter schował nabój do kieszeni kurtki.
- Może jednak ta kula nigdy nie została wystrzelona.
Wolter odczekał, aż jego słowa dotrą do mężczyzny. Następnie wziął do ręki pistolet, złapał za lufę opuszkami palców i zakołysał nią niczym magik w varieté, który wybiera z widowni ochotnika i hipnotyzuje go za pomocą wahadełka. Półprzytomne oczy wodziły za bronią.
- Piękny model. Niewielki, ale poręczny. - Wolter gwizdnął przez zęby. - No tak, to przecież lignose! Można go przeładowywać jedną ręką, zgadza się? Kaliber 6,75. Są na nim odciski twoich palców. Każdy sędzia ucieszyłby się z czegoś takiego. - Wsadził pistolet do kieszeni. - Tylko od ciebie zależy, czy sędzia kiedykolwiek go zobaczy.
W końcu mężczyzna odzyskał głos.
- Czego chcesz, glino? - zapytał zdyszany. Jego źrenice bez ustanku przemykały w tę i z powrotem. W jego spojrzeniu strach mieszał się z nadzieją.
- Chcę ci uświadomić, że tylko w twojej gestii leży, jaka będzie twoja przyszłość. To bardzo proste. Słuchaj uważnie, bo wyjaśnię ci to tylko jeden raz! Od tej chwili jesteś własnością moją i mojego partnera. - Wolter pokazał na Ratha, który powoli podszedł do niego. - Jeśli zadamy ci pytanie, to masz nam na nie odpowiedzieć. Zawsze. Nieważne, o jakiej porze dnia czy nocy cię odwiedzimy. - Zdjął mężczyźnie kajdanki i podciągnął go do góry. - Sprawdźmy od razu, czy zrozumiałeś. Jeśli będziesz się dobrze zachowywał, to oszczędzisz sobie wizyty w prezydium policji.
- Jeszcze nigdy nikogo nie wsypałem. Szukajcie kapusiów gdzie indziej.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz. Ktoś taki jak ty powinien to wiedzieć. - Wolter miał na twarzy niemal przyjacielski uśmiech. Niemal. - Wierz mi, można się do tego przyzwyczaić. A czasami może ty też będziesz coś z tego miał. O ile będziemy z ciebie zadowoleni.
- A jak wam powiem, że możecie mnie pocałować?
- Po prostu przypomnij sobie to, co mówiłem ci o Plötzensee! To ułatwi podjęcie decyzji.
W mokrych ulicach wciąż odbijało się białawoszare niebo, nad miastem wisiały ciężkie, deszczowe chmury. Czarny ford A z zamkniętym dachem pędził przez Kottbusser Damm. Wóz, prowadzony przez Woltera, wyprzedzał sunących nieśpiesznie niedzielnych kierowców. Na miejscu pasażera siedział Rath i pogrążał się w myślach, a za oknami przesuwał się miejski krajobraz. Przy Alexanderplatz czekała na nich właściwa praca, czyli przesłuchania, przesłuchania i jeszcze raz przesłuchania. Banda siedziała w celach, godzinę wcześniej Jänicke przywiózł ją więzienną ciężarówką. Trzeba jeszcze trochę przetrzymać Königa i jego ziomków w policyjnym areszcie i poczekać, aż zmiękną, zanim policjanci wezmą się do pracy. Dzięki informacjom, które zdradził porno-cesarz - prawdziwe nazwisko Franz Krajewski - mogli całej bandzie porządnie zaleźć za skórę.
Fałszywy cesarz trajkotał bowiem jak katarynka. Przycisnęli go jeszcze na rusztowaniu, zanim pozwolili mu odejść. Rath miał okazję zobaczyć, w jaki sposób Wolter rekrutował swoich informatorów, i zaskoczyła go brutalność kolegi. Teraz siedzieli obok siebie w milczeniu. Rath doskonale wiedział, że akcja na rusztowaniu miała być zarazem lekcją dla niego, nowego, który przyjechał z prowincji reńskiej. Wolter chyba odgadł myśli Ratha.
- Gdybyś wsadził do ciupy takiego szczura, to już nic z niego nie byś nie wyciągnął - oświadczył. - Lepiej, żeby kręcił się po Berlinie ze świadomością, że możemy go zapuszkować w każdej chwili. Żebyśmy mieli go w garści na tyle mocno, by nie odważył się nawet pierdnąć bez pytania nas o zgodę. Mówię ci, ten facet oszczędzi nam mnóstwo pracy. Miejmy tylko nadzieję, że kokaina nie spaprze mu doszczętnie rozumu. - Zaśmiał się i sięgnął ręką do kieszeni. - Za każdym razem, kiedy o tym pomyśli, będzie robił w spodnie ze strachu.
Wolter wygrzebał kulę, która miała trafić Ratha.
- Trzymaj - powiedział i podał mu pocisk.
- Co mam z tym zrobić?
- Zatrzymaj! W końcu to ciebie chciał nią zastrzelić.
Gdy już przejechali pod stacją kolejki nadziemnej przy Kottbusser Tor, Wolter nacisnął pedał gazu. Na Dresdener Strasse panował niewielki ruch.
- Jesteśmy partnerami - oznajmił Wujek. - Mamy teraz nawet wspólnego informatora. To wyłącznie nasza sprawa, coś, co nie dotyczy nikogo innego.
Miał rację. Puścili Krajewskiego wolno, choć było to wbrew wszelkim zapisom regulaminu służbowego i wbrew literze prawa. Rath nie czuł się zbyt komfortowo w związku z tą sytuacją. Koledzy z policji uwierzyli, że mężczyzna im niestety uciekł, nikt nie miał im za złe, że wrócili na Hermannstrasse, nie załatwiwszy sprawy. Pozostali policjanci przypisali winę za ucieczkę cesarza funkcjonariuszowi policji porządkowej, którego Krajewski powalił na ziemię, gdy uciekał z budynku. Wyrzuty sumienia sprawiły, że chłopak zrobił się małomówny oraz przesadnie drobiazgowy. Przeszukując atelier, pracował tak skrupulatnie, jakby mógł w ten sposób naprawić swój błąd. Rath i Wolter nadzorowali jego działania, podczas gdy Jänicke odwoził całą bandę aresztantów na komisariat. Znaleźli całe mnóstwo płyt fotograficznych i odbitek, więcej, niż potrzebował prokurator, i na tyle dużo, żeby trochę wziąć w obroty Königa. Gdy stali na rusztowaniu, Krajewski zdradził im, że fotograf otworzył swojej uzdolnionej gromadce również drogę do kariery filmowej. Nie było to nic dziwnego. W ciągu ostatnich kilku lat pornografia mocno się rozpowszechniła. Na ulicach albo spod lady sprzedawano coraz większą ilość obscenicznych broszur, więc szumowiny z berlińskiego przemysłu filmowego dostrzegły nowe możliwości zarobkowania i zaczęły oferować tak zwane filmy uświadamiające. Wyświetlano je wtajemniczonym na zapleczach i w nielegalnych nocnych lokalach. Proceder odbywał się przeważnie w lepszych dzielnicach w zachodniej części miasta, ponieważ wstęp na seans kosztował zdecydowanie więcej niż zwykły bilet do kina. Zamożni panowie często zabierali na seanse kilka towarzyszek, żeby od razu wypróbować w praktyce to, co pokazywano na ekranie. Niemożliwe, by ktoś taki jak König sam udźwignął takie przedsięwzięcie. Potrzebni byli mu poplecznicy z przemysłu filmowego, z kręgów przestępczych oraz z wyższych sfer na zachodzie Berlina. Niestety, choć policjanci mocno naciskali, Krajewski nie podał im żadnego nazwiska. A może naprawdę niczego nie wiedział? Przynajmniej uzyskali kilka informacji, dzięki którym mogli zaskoczyć Königa. Może nawet stanowiły one punkt wyjścia do rozbicia szajki trudniącej się pornografią.
Rath przyglądał się pociskowi, który dał mu Wolter. Nabój był niepozorny, mały i błyszczący, a mimo to mógł kosztować go życie. Spojrzał na Wujka, który trąbił właśnie na rowerzystę jadącego przez Oranienplatz, żeby ustąpił mu pierwszeństwa. Czy naprawdę ten mężczyzna o serdecznym wyrazie twarzy uratował mu życie? W każdym razie na pewno wyciągnął go z niezbyt bezpiecznej sytuacji. Gereon Rath nie miał żadnego prawa krytykować Brunona Woltera. Jego kolega złamał kilka przepisów, ale co z tego? Może w rzeczywistości, w tym zimnym, wielkim mieście, ludzie mieli odmienny, bardziej oschły sposób bycia, niż mieszkańcy Kolonii. Lepiej powinien się do tego przyzwyczaić.
- Jeśli chcesz tu coś osiągnąć, nie możesz być zbyt miękki - poradził Wolter. Rath zdziwił się, że towarzysz tak trafnie zinterpretował jego milczenie.
- Coś osiągnąć? W obyczajówce? - zdziwił się Rath.
- Co to ma w ogóle znaczyć? Nie mamy powodów do narzekania! Nasza praca pozwala nam obserwować nocne życie najciekawszego i zarazem najbardziej osławionego miasta na świecie. To przecież coś! Nie chciałbym się zamienić z nikim. Można się przyzwyczaić do tego, że inni policjanci kręcą nosem na takich jak my.
Rath spojrzał na Woltera, znów skupionego na ruchu ulicznym.
- Dlaczego nie pracujesz w Inspekcji A? Z twoimi kontaktami i umiejętnościami?
- W wydziale zabójstw? Jeśli potrzebują moich umiejętności, mojego doświadczenia i kontaktów, to sami powinni mnie zaprosić. Nie palę się do tego, żeby z nimi pracować.
- Ale mają świetną opinię!
- Oczywiście. Oddział Gennata to ulubieńcy prasy i elit towarzyskich! Kradzieże i morderstwa przynoszą więcej uznania niż brud i plugastwa. - Wolter spojrzał na niego, jakby szacował, ile jest wart. - Nie jest tak łatwo się tam dostać, ludzie Gennata są starannie dobierani. Musiałbyś wyskoczyć z jakąś bombą, żeby się tam dostać. Prawdziwą bombą. Pieprzący się cesarz to za mało. - Zaśmiał się. - Na pocieszenie powiem ci, że nawet nam, zwykłym funkcjonariuszom, wolno od czasu do czasu popracować na Olimpie. Inspekcja A regularnie wypożycza policjantów z innych wydziałów. Będziesz wtedy mógł się wyszaleć i pobawić w wydział zabójstw. Ale wierz mi, śledztwa w sprawie morderstw nie są tak ciekawe, jak ci się wydaje.
- To zależy.
- Od czego?
- Wcześniej pracowałem jako śledczy w wydziale zabójstw. Nudzić się w każdym razie nie nudziłem.
Nikomu w Berlinie jeszcze o tym nie mówił. Prezydent policji Zörgiebel jako jedyny widział całe akta personalne Gereona Ratha, obiecał także milczenie w tej sprawie swemu dawnemu przyjacielowi, Engelbertowi Rathowi. Nawet radca kryminalny Lanke nie znał wszystkich szczegółów zawodowej przeszłości swojego nowego funkcjonariusza. Wolter obrzucił Ratha jedynie przelotnym spojrzeniem, uniósł brew i znów skupił się na ruchu drogowym.
- I co? Nie brakuje ci trupów? - zapytał po chwili.
Rath przełknął ślinę. Z jego wspomnień wyłoniły się biała twarz, blade ciało, zaskorupiała krew wokół rany postrzałowej w klatce piersiowej.
W milczeniu wyglądał za okno. Wolter okrążył ogromny plac budowy przy moście Jannowitzbrücke, na którym także w niedzielę tworzył się komunikacyjny chaos, minął Muzeum Brandenburskie i przejechał przez most Waisenbrücke. Również Alexanderplatz przypominał jeden wielki plac budowy. Ciężkie kafary parowe drążyły dziury niemal w całym placu, by przyśpieszyć budowę metra. Ruch poprowadzono po grubych deskach, ogrodzenie okalające budowę wytyczało wąskie uliczki, przez które przeciskali się piesi. Drewniane belki podpierały stalowy wiadukt kolejowy przebiegający nad Königstrasse. Skręcali już prawie do restauracji Aschinger, gdy wpadli w pułapkę. Ich ford utknął za żółtym autobusem Berlińskich Zakładów Komunikacyjnych, który całkowicie zablokował wąski prowizoryczny przejazd. Berlin pali papierosy Juno - głosiła reklama umieszczona na pojeździe. Wolter zaklął. Jakiś chłopiec w odświętnym stroju, stojący na zewnętrznych schodkach prowadzących na górny pokład autobusu, wykonał w ich kierunku kilka prześmiewczych gestów.
Widać już było ogromny ceglany gmach prezydium policji. W końcu nazwa budynku - Czerwony Zamek - nie wzięła się znikąd. Wysoka narożna wieża wznosiła się ponad Alexanderplatz niczym średniowieczna baszta. Rathowi zajęło trochę czasu, nim przyzwyczaił się do tego, że policjanci mówiący o Zamku mieli na myśli właśnie prezydium policji.
- Wysadź mnie tutaj, kupię nam coś do jedzenia - zaproponował. - Pieszo dojdę do Zamku szybciej, niż ty dojedziesz tam autem.
Nie stał w kolejce za długo i niecałych dziesięć minut później wszedł do prezydium wejściem od Dircksenstrasse, gdzie mieściły się biura policji kryminalnej - po tej samej stronie budynku, gdzie jeździły tramwaje. Bezustanny szum i hurkot wagonów przetaczających się za jego oknem dzień w dzień wystukiwał mu rytm. Rath przywitał stojącego przy wejściu szupo uniesioną prawą ręką, w której trzymał papierową torebkę z Aschingera. Trzy razy smażona kiełbasa z musztardą. W lewej ręce niósł naczynie z sałatką ziemniaczaną. Należeli do stałych klientów tego lokalu, ponieważ u Aschingera jedzenie smakowało lepiej niż w kantynie. Postanowili, że najpierw w spokoju zjedzą, a potem przygotują się do przesłuchań. Upłynie trochę czasu, zanim wyciągną z celi pierwszego delikwenta. Banda musiała najpierw skruszeć. Rathowi burczało w żołądku, gdy wchodził po schodach. Poza dwiema filiżankami kawy - dobrej w domu i kiepskiej na komisariacie 220 - jeszcze niczego nie wziął dziś do ust.
Ze schodów wszedł na pomalowany szarym wapnem korytarz. Przez dłuższą chwilę stał zamyślony przed dwuskrzydłowymi szklanymi drzwiami, na których wielkimi białymi literami napisane było "Wydział ds. Zabójstw". W jego głowie znów rozbrzmiewały znów słowa Brunona: oddział Gennata: ulubieńcy społeczeństwa, starannie wybrani. W długim korytarzu za szklanym wejściem otworzyły się właśnie drzwi do jednego z biur. Śledczy wydziału zabójstw nawet w niedzielę nie próżnowali. W drzwiach stanęła młoda kobieta i zawołała coś do wnętrza pomieszczenia, potem się odwróciła i poszła w głąb korytarza. Rath przez szybę spojrzał na jej smukłą twarz: rezolutne usta i ciemne oczy spoglądające spod czarnych, krótko ściętych włosów, ułożonych w modną fryzurę. Miała na sobie ciemnoczerwony kostium, a pod prawe ramię wcisnęła jakąś teczkę z aktami. Jej kroki energicznie stukały o kamienną podłogę. Gdy witała się z idącym z naprzeciwka kolegą, na jej twarzy pojawił się uśmiech, który wyczarował dołeczek na jej lewym policzku.
- Tylko się nie zgub - jakiś głos wytrącił go z błogostanu. Żwawo się odwrócił i spojrzał na uśmiechniętą twarz kolegi. - Nadal pracujesz dla nas - powiedział Wolter i zabrzękał kluczykami do samochodu.
Szklane drzwi się otworzyły. Przechodząc, kobieta obdarowała uśmiechem także funkcjonariuszy Inspekcji E.
- Dzień dobry - powiedziała. Jej głos miał wyższy ton, niż Rath się spodziewał.
W geście powitania Wolter stuknął palcem o kapelusz, Rath ponownie uniósł papierowe torby. W tym samym momencie poczuł się głupio i niezręcznie. Kobieta spojrzała na niego zaciekawiona, niemal rozbawiona. Opuścił rękę. Na jej twarzy znów zawitał uśmiech, ale jedynie na krótką chwilę. Rath nie wiedział, czy śmieje się z niego, czy do niego. Kobieta poszła dalej. Głęboka czerwień oddalała się coraz bardziej, aż w końcu zniknęła za kolejnymi szklanymi drzwiami. Rath odprowadził ją wzrokiem. Wujek zaśmiał się i poklepał go po ramieniu.
- Chodź, zjedzmy coś, zanim weźmiemy się do pracy. Jesteś całkowicie rozkojarzony. Kiedy ostatni raz byłeś z kobietą?
- Zadaj mi jakieś łatwiejsze pytanie - odparł Rath.
- Nic dziwnego, że nie czujesz się najlepiej w obyczajówce, skoro żyjesz jak mnich - oświadczył Wolter. - Przy najbliższej okazji zapoznam cię z paroma dziewczętami.
- Nie trzeba. - Po całej sprawie z Doris Rath miał kobiet po dziurki w nosie. Rzuciła go, gdy tylko rozpoczęła się nagonka na niego. A od tego czasu minęło dopiero niespełna pół roku...
- Może jednak! - Wolter nie odpuszczał. - Znam świetne dziewczęta! W naszym zawodzie można zawsze ugrać coś dla siebie. Mówiłem ci już zresztą: nie zamieniłbym się.
- Cóż, zdaje się, że w tym wydziale zabójstw wcale nie mają tak źle. - Wskazał na szklane drzwi, wciąż trzymając w ręku papierowe torby z Aschingera. - Możesz mi powiedzieć, kto to był?
- Nigdy jej jeszcze nie widziałeś? - Wolter wziął od niego paczki. - To Charlotte Ritter, stenotypistka z wydziału zabójstw. A teraz chodź wreszcie! Jedzenie nam wystygnie.