2
Nie do końca wiem, czym jest to, co mnie teraz zajmuje. Pragnienie pisania jest nie do wykorzenienia. Moje życie nie jest wyjątkowe. Skupiałam się na próbach zrozumienia tego, co mnie otacza. Oraz tego, co dzieje się w środku. Jak łączą się wnętrze i zewnętrze. Jaki jest sens tego, że dostało się życie i świadomość - przypadek czy konieczność?
Mój ojciec, dla którego matematyka była punktem zaczepienia i podstawą tożsamości, opowiedział mi (miałam może osiem lat) o kłopotliwej pozycji matematyki. Powinna być nieomylna, lecz nagle stała się niepewna. Pod koniec lat czterdziestych ojciec pracował w Institute for Advanced Study w Princeton z matematykiem Kurtem Gödlem, jednym z najwybitniejszych logików w historii.
Gödel przyjechał do Princeton po tym, jak Hitler najechał jego ojczyznę Austrię. Kilka lat po wojnie my też tam mieszkaliśmy. Być może Gödel przyczynił się do tego, że ojciec zwątpił w matematykę. Powiedział mi, że aksjomatów nie da się matematycznie udowodnić. O ile dobrze zrozumiałam, martwiło go to.
Potem pomyślałam, że to, co musiało chodzić mu po głowie, to niepewność fizykalnego światopoglądu po mechanice kwantowej.
Zasada nieoznaczoności Wernera Heisenberga przewróciła w okresie międzywojennym stabilny obraz świata. Mikrokosmos, najmniejsze cząsteczki przestały się stosować do praw Newtona. Komunikowały się z sobą na niewyobrażalne odległości. Cząsteczka mogła być punktem albo falą, ale nie jednocześnie. Albo jednym, albo drugim. W zależności od tego, czy ktoś ją podgląda.
Wszechświat znów był nieodkryty, kapryśny i wyrwany spod praw. Mój ojciec nie żyje, nie mogę go spytać, jak wstrząs fizyki kwantowej odbił się akurat na nim. Ale fakt, że przed moim urodzeniem nastąpiła naukowa rewolucja, jest niezaprzeczalny.
Świadomość ludzka - czy jest połączona z kosmosem?
Pytanie wywołuje zawroty głowy. Czy subiektywne i obiektywne to w gruncie rzeczy iluzja? To przerasta moją umiejętność rozumowania. Ale po latach przeczytałam dzieło Arthura Schopenhauera Die Welt als Wille und Vorstellung, Świat jako wola i przedstawienie. Tam natknęłam się na myśl, że gdyby świadomość ludzka nie istniała, nie dałoby się opisać świata, a zatem nie mógłby on istnieć.
Świat to nasze przedstawienie.
Bliski przyjaciel i pomocnik Wernera Heisenberga, fizyk kwantowy Wolfgang Pauli, w wyniku pewnych osobistych problemów został w latach trzydziestych pacjentem psychologa Carla Gustava Junga. Spotkali się w refleksjach na temat nieprzystępnej świadomości. Jak to się stało, że istotę biologiczną człowieka obdarowano świadomością?
Pauli mówił o fizyce kwantowej, a Jung o archetypach, to znaczy praobrazach tkwiących w człowieku, które - jak twierdził - są stałe, od kiedy człowiek stał się człowiekiem. I które wedle jego badań nad mitologią, antropologią i historią ukazują się we śnie, kiedy kontrolujący intelekt odpuszcza.
*
Interesowałam się snami. Proszę pozwolić mi opowiedzieć pierwszy sen, jaki wyraźnie pamiętam. Miałam pięć lat, mieszkaliśmy w Lundzie. Ze względu na ciągłe przeziębienia postanowiono wyciąć mi migdałki. Leżę na stole operacyjnym w szpitalu w Lundzie. Pielęgniarka przyciska mi do twarzy śmierdzącą gumową maseczkę. Wciągnij głęboko powietrze. I zaraz zapadam się w mrok i nieświadomość.
Przestrzeń wokół mnie jest olbrzymia i straszna, tylko ciemność.
Widzę siebie, nagą niczym dziecko na pudełku zapałek Solstickan. Przycupnęła za kilkoma dużymi głazami. I teraz coś się dzieje, co?
W kosmosie pojawiają się dwa ciała niebieskie. Są płaskie i przypominają olbrzymie złote monety. Bije od nich delikatny blask. Z wolna suną od prawej do lewej, dwa gigantyczne koła, jakby wycięte z papieru. Gdy się zbliżają, okazuje się, że to profile mężczyzny i kobiety.
Kobiecy profil sunie kawałek przed męskim. Widzę, że przedstawiają moją matkę i mojego ojca. W rzeczywistości matka słynęła ze swego nieco szpiczastego nosa. Teraz jawi się on jako ostry nóż. Profile mijają mnie i lecą dalej. Ale gdy są już bardzo blisko, mama przyciska mi szpiczasty nos do policzka; to potwornie boli (wycinają migdałki?).
Zostaję odcięta od mojego punktu zaczepienia. Unoszę się w kosmosie bez dna. Po długim wirowaniu ląduję na zaciemnionej, zimnej i opustoszałej małej planecie. Jestem naga, zimno mi i potwornie się boję. Niebiańskich profili już nie widać, tu sen się kończy. Wciąż jest tak samo wyraźny jak wtedy, gdy go śniłam.
Kiedy myślałam o nim w późniejszym życiu, wydawało mi się, że ilustruje pierwsze odkrycie, że człowiek jest sam. I że mama jest ważniejsza, ponieważ sunęła kawałek przed tatą, który mnie nie zauważył. I to ona wyrwała mnie z punktu zaczepienia. Podobnie jak wiele dziewcząt, w okresie dorastania miałam problemy z matką.
W ten sposób sen (po fakcie) zapowiada coś, co w wieku pięciu lat mogłam tylko podejrzewać. Że moja matka była silna i groźna. Że ojciec mnie nie widział. Ale to późniejsze psychologiczne interpretacje. To, co niezwykłe w tym śnie, to jego kosmiczny charakter.
Żadnych elementów ani skrawków codzienności, poza nosem mamy. To pierwszy sen, jaki pamiętam; w pewnym sensie wydaje mi się wielki. Istnieją sny wielkie i mniejsze. Ten należy do wielkich.