Ślepnąc od świateł - Jakub Żulczyk

Kup ebooka

36.00 zł
29.88 zł (25,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Piątek

20:46

Jeste­śmy w War­sza­wie. Jest dzie­więt­na­sty grud­nia. W radiu zapo­wia­dano silne, nawet dzie­się­cio­stop­niowe mrozy. Na razie pro­gnoza się spraw­dza.

Mia­sto wygląda jak naba­zgrane kolo­ro­wymi fla­ma­strami na czar­nej płach­cie przez ogromne, nad­po­bu­dliwe dziecko. Gdzieś z oddali prze­bija się uszko­dzona, świą­teczna melo­dia, przez szum, przez zupę z gło­sów i kro­ków, pra­cu­ją­cych sil­ni­ków, trza­sków zamy­ka­nych drzwi. Ta melo­dia dźwię­czy mi w całym ciele jak zapo­wiedź bólu zęba.

Mia­sto otwiera oczy, zamknięte w dzień, budzi się cicho i ciężko, przy­po­mina schla­nego męż­czy­znę. Jego powieki roz­chy­lają się powoli, zmę­czone, skle­jone ropą. Jest spuch­nięte, tak jakby w ściany, w chod­niki, w okna, w kostkę Bauma - w to wszystko wsiąk­nęła już na stałe czarna, brudna woda. Przy­dałby się deszcz, burza, potężny pio­run, który cho­ciaż na chwilę prze­czy­ściłby powie­trze, wypra­so­wał je.

Przy­da­łaby się powódź.

Mia­sto otwiera się przede mną jak wymięty egzem­plarz taniej książki. Na chwilę otwie­ram usta, jak­bym miał zacząć bez­gło­śnie śpie­wać. Zaraz je zamy­kam. Z per­spek­tywy tyl­nego sie­dze­nia wygląda to tak, jak­bym po pro­stu ziew­nął. Mia­sto rów­nież otwiera usta. Obu­dziło się. Chce jeść.

- Czy mógł­byś nie jarać w moim samo­cho­dzie? - rzu­cam to pyta­nie w kie­runku tyl­nego sie­dze­nia, nawet się nie odwra­ca­jąc.

Wyjeż­dżamy z Pilec­kiego w Puław­ską. Będziemy jechać cały czas pro­sto aż na Śród­mie­ście.

- No, ale co chcesz? - odpo­wiada mi z tyl­nego sie­dze­nia Stryj.

A może Stryj to ten drugi.

- Gówno. Nie pal, kurwa - odpo­wia­dam.

Otwie­ram mu tylną szybę, aby wyrzu­cił papie­rosa. Pstryka papie­ro­sem i cicho war­czy, odru­chowo, jak skar­cony pies.

Nie ma gor­szego zapa­chu niż fajki wkle­pane na stałe w skó­rzaną tapi­cerkę. To smród skóry sta­rego pala­cza, jego dłoni, odde­chu.

Co do tapi­cerki, jeż­dżę gra­fi­to­wym mode­lem Audi RS4 z 2009 roku, ben­zy­niak, 305 koni. Sil­nik 2,2. Był uży­wany, ma śmieszny prze­bieg; kobieta, od któ­rej go kupi­łem, jeź­dziła nim praw­do­po­dob­nie tylko do naj­bliż­szej gale­rii han­dlo­wej. Być może - teo­re­tycz­nie - nie powi­nie­nem jeź­dzić takim samo­cho­dem.

- Jakiś pedał siadł ci na zde­rzak - mówi Stryj.

Zjeż­dżam na prawo, aby go puścić. Wymija mnie szybko, po chwili widzę, jak wymija kogoś innego, przy­śpie­sza i prze­jeż­dża na czer­wo­nym.

- Ki chuj? - mówi Stryj. - Koja­rzysz?

Wzru­szam ramio­nami. To nie ma żad­nego zna­cze­nia. Jeśli ktoś lub coś ma cię zasko­czyć, i tak to zrobi, nie­ważne, jak ner­wowo będziesz się roz­glą­dał, jak cicho będziesz szedł, na ile zam­ków będziesz zamy­kał drzwi. A kto­kol­wiek jechał tym samo­cho­dem, już mnie nie zasko­czy. Widzia­łem go, mam go na mapie. Biorę go pod uwagę. Wiem o jego ist­nie­niu.

Muzyka, bo nie mogę znieść tych odgło­sów, które bez prze­rwy wydają ci dwaj z tyłu. To dziwne sapa­nie, które może być po pro­stu spo­so­bem, w jaki oddy­chają. To kwe­stia ich powięk­szo­nych serc, wody zebra­nej w sta­wach, roz­rze­dzo­nej krwi. Jeden z nich bez prze­rwy bębni pal­cami dłoni o kolano. Nie będę już zwra­cał mu uwagi. Nie można zabra­niać czło­wie­kowi jego kom­pul­sji i tików. Zwłasz­cza czło­wie­kowi mają­cemu za sobą dzie­sięć lat pod celą i wyglą­da­ją­cemu jak stary bul­dog, któ­remu ktoś na chwilę wło­żył pysk w blen­der.

- Co to za muzyka, kurwa, ty, czy na stypę jedziemy? - pyta ten drugi.

- Waria­cje Gold­ber­gow­skie - odpo­wia­dam.

- Co? - pyta.

- Waria­cje Gold­ber­gow­skie - powta­rzam. - Bach.

- Melo­man, kurwa jego mać - cmoka Stryj.

- Skąd ty w ogóle jesteś? - pyta ten drugi.

- Skądś jestem - odpo­wia­dam.

- Skąd? - pyta.

- Miesz­kam w War­sza­wie, tak jak ty - odpo­wia­dam.

Już nic nie mówi. Dojeż­dżamy do placu Unii Lubel­skiej.

Wsta­łem o pięt­na­stej. Jestem wyspany i sku­piony. Rano dosta­łem lek­kiego skur­czu w nodze, ale to nic poważ­nego. To tylko nie­do­bór magnezu. Spa­łem dzie­sięć godzin. Po obu­dze­niu zro­bi­łem sto pom­pek i wzią­łem zimny prysz­nic. Po wyj­ściu z łazienki wypi­łem wyci­skany sok. Zja­dłem płatki z mle­kiem. Potem, jesz­cze przed wyj­ściem, jajecz­nicę z czte­rech jajek. Jakiś chleb - koniec bochenka zaczy­nał już ple­śnieć, ale jedy­nie sam koniec. Odkro­iłem ten koniec i wyrzu­ci­łem do śmieci. Zja­dłem resztę.

Wolę nie jeść w cza­sie pracy. Chyba że jest okienko, gdy wszy­scy wywą­chali już swoje, ale jesz­cze im nie zeszło; wtedy mam chwilę, zanim zaczną dobi­jać się znowu, aby domó­wić. Ale gdy nie ma okie­nek - zje­dze­nie cze­goś zaj­muje, z pod­je­cha­niem, zamó­wie­niem i zapła­ce­niem, mini­mum dwa­dzie­ścia minut, nawet jeśli to jest gów­niana zapie­kanka.

W dwa­dzie­ścia minut mogę zaro­bić tysiąc zło­tych.

W prze­cięt­nej pracy biu­ro­wej ilość real­nego czasu pracy w ciągu dnia wynosi jakieś trzy­dzie­ści pro­cent. Reszta to Face­book, papie­rosy, jedze­nie wió­rów na lunch, sra­nie, wale­nie konia, sny na jawie. U mnie ilość real­nego czasu pracy to cała doba, oprócz snu. Wrócę do domu pew­nie około dzie­wią­tej; na licz­niku będę miał kolejne pięć­set kilo­me­trów. Będę musiał chwilę poćwi­czyć, aby nie obu­dzić się skur­czony jak sta­rzec po kil­ku­na­stu godzi­nach za kół­kiem.

Teraz czuję się dobrze. Kolejny raz poczuję się dobrze we wto­rek rano.

Mia­sto oddy­cha, ciężko, sapie, pró­buje odkrztu­sić nagro­ma­dzoną w gar­dle flegmę, a jego oddech idzie pro­sto z fla­ków, z kana­łów, nie­świeży i ciężki; jego serce łomo­cze jak wielki bęben. Czuję, jak po mie­ście roz­sy­pują się roz­sze­rzone źre­nice, uśmie­chy, okrzyki jak brzę­czące pię­cio­gro­szówki. Jadę powoli wzdłuż szpa­leru miga­ją­cych w mroku syl­we­tek.

Ludzie. Wyle­wają się na zewnątrz, w świa­tła i ciem­ność, w swoje życie, w week­end, w hałas, jak roz­sy­pane ogromną dło­nią paciorki. Idą na Koszy­kową, na plac Zba­wi­ciela, który wła­śnie prze­ci­namy, a który wygląda na opa­no­wany przez demon­stra­cję związku zawo­do­wego luna­ty­ków, na Mazo­wiecką, na Żura­wią, na Solec. Odwie­dzę dzi­siaj każde z tych miejsc. Mniej wię­cej wiem, gdzie będę o któ­rych godzi­nach. Mia­sto ma swoje cykle dobowe. W kon­kret­nych czę­ściach mia­sta imprezy zaczy­nają się, szczy­tują i koń­czą o kon­kret­nych godzi­nach. I cokol­wiek by się działo, Śród­mie­ście zawsze pod­daje się ostat­nie.

Oba tele­fony już dzwo­nią. Niech dzwo­nią. Będą dzwo­nić do samego rana. Na razie tracę czas, ale wciąż mam nadzieję, że stracę go rela­tyw­nie nie­wiele.

Około dzie­się­ciu minut szu­kam miej­sca do par­ko­wa­nia. Dopiero po chwili dociera do mnie, że ci dwaj z tyłu wciąż roz­ma­wiają. Dziw­nie cicho. Jakby nie chcieli zagłu­szyć muzyki. Wyłą­czam ją. Od razu zaczy­nają mówić gło­śniej.

- Przy­się­gam, krę­cili por­nosa. No, kurwa. Tam, na tym kiblu na samym dole - mówi ten drugi.

- W dam­skim czy w męskim? - pyta Stryj.

Już ich odróż­niam. Głos Stryja jest bar­dziej chra­pliwy, ciężki, jakby w gar­dło wbiło mu się coś małego, inwa­zyj­nego, coś, czego nie może odchark­nąć i odpluć.

- W dam­skim, kurwa, dwóch typów i dupa, a trzeci stoi i kręci na smart­fona. Jadą ją we dwóch, beka, i poka­zują do apa­ratu, że zaje­bi­ście, a ta nic nie klei, rów­nie dobrze mogliby na nią srać.

- I co zro­bi­łeś?

- Powie­dzia­łem, że cho­wać chuje i spier­da­lać.

- A przy­naj­mniej w gumie ją ruchali?

- Ta, w gumie. - Ten drugi się śmieje. - W czte­rech gumach.

- No to ład­nie. - Stryj się śmieje. - I prze­stali?

- Od kopa, czło­wieku. Naćpani jak skur­wy­syn. Dobra - koń­czy w momen­cie, gdy wresz­cie znaj­duję miej­sce do par­ko­wa­nia, wci­skam się cudem mię­dzy range rovera a citroëna. Stryj puka mnie w bark. Odwra­cam się. Podaje mi gumowe ręka­wiczki.

- Wcho­dzisz z nami - mówi Stryj.

Jego głowa ma kształt i fak­turę omsza­łego kamie­nia. Miliony lat temu, gdy ten kamień był jesz­cze miękką gliną, ktoś wepchnął w nią oczy, nary­so­wał wąską linię ust, gru­bym pal­cem wyma­zał siatkę nie­kształt­nych blizn na policz­kach.

- Jestem tam do cze­goś potrzebny? - pytam.

- Czy ty, kurwa, jesteś Eko Taxi? - odpo­wiada pyta­niem na pyta­nie.

Bez słowa biorę od niego gumowe ręka­wiczki i zaczy­nam je zakła­dać.

Cho­wam wszystko do kie­szeni kurtki. Doku­menty, klu­czyki, tele­fony.

- Pio­trek mówił, że jesteś z nami w tym, to jesteś z nami - mówi Stryj.

- To sprawa Piotrka? - pytam.

- Tak, kurwa, to sprawa Piotrka, dla­tego idziemy ją razem zała­twić - mówi.

- Mam kogoś bić? - pytam.

- Nie, masz być - odpo­wiada Stryj.

Niech im będzie. Wzru­szam ramio­nami, kiwam głową i zamy­kam drzwi.

Stryj pod­cho­dzi do domo­fonu, wpi­suje numer miesz­ka­nia, wci­ska przy­cisk z klu­czy­kiem, wpro­wa­dza kod. Wcho­dzimy na klatkę kamie­nicy. Gdzieś z góry, na moje ucho z trze­ciego pię­tra, sły­chać odgłosy imprezy. Ciche zde­rze­nia szkła, przy­tłu­mione pory­ki­wa­nia tępych cip, brzmiące jak dobie­ga­jące gdzieś z daleka alarmy prze­ciw­lot­ni­cze. Sły­chać, że to impreza stu­den­tów pierw­szego i dru­giego roku, że nie ma tam żad­nych moich klien­tów. Jeśli cokol­wiek tam wąchają, to mefe­dron z inter­netu. Muzyka w pod­łą­czo­nej do lap­topa sta­rej mini­wieży taka sama jak w radiach tary­fia­rzy. Nauczy­łem się nie zwra­cać na nią uwagi.

- Dobrze - mówi ten drugi.

Jest młod­szy od Stryja, ma ciemną kar­na­cję, wygląda tro­chę jak Arab. Ma na sobie bluzę i dresy. Stryj nosi mary­narkę, ewi­dent­nie szytą na zamó­wie­nie. Jego ciało obję­to­ścią przy­po­mina seg­ment. W bicep­sie ma pra­wie tyle, co ja w pasie. Poru­sza się nie­zgrab­nie, jakby jego ciało nie czuło pionu, prze­chyla się lekko na boki; do tego sta­wia drobne, szyb­kie kroki, jakby wciąż truch­tał. Razem wyglą­dają jak jesz­cze spo­kojne, jesz­cze przez chwilę naje­dzone zwie­rzęta, ale zmiana tego stanu to kwe­stia sekund.

Przy­staję w poło­wie scho­dów, tuż przy drzwiach, zza któ­rych wydo­bywa się dźwię­kowy obłok imprezy, aby z czy­stej cie­ka­wo­ści go zapy­tać:

- Po chuj ci ta mary­narka?

- Idę zaraz do roboty - odpo­wiada.

- A jak się ubru­dzi? - pyta Śniady.

- Teraz ją zdejmę, spo­koj­nie - odpo­wiada.

Miesz­ka­nie, do któ­rego mamy wejść, jest na ostat­nim pię­trze. Numer pięt­na­ście. Staję za nimi. Jako jedyny nie mam zadyszki. Znowu dzwoni mój tele­fon. Tym razem odbie­ram.

Stryj puka do drzwi spo­koj­nie, jakby był kurie­rem albo dostawcą pizzy.

- Nie mogę teraz gadać - mówię.

Ktoś o coś prosi. Że niby Powi­śle, za dwa­dzie­ścia minut.

- Oddzwo­nię, nie mogę teraz gadać - powta­rzam.

- Ta dziew­czyna - mówi Śniady do Stryja - potem Lenek z Bol­kiem ją ruchali.

- Ale już w gumie - mówi Stryj.

- Wia­domo - odpo­wiada Śniady.

- Nor­mal­nie jakby miała uro­dziny. - Stryj się śmieje.

- A wiesz, że chyba miała - mówi Śniady. - Zama­wiali tam na sto­lik, kurwa, jakieś szam­pany. Jakiś tort był.

Puka jesz­cze raz. Ktoś pod­cho­dzi do drzwi, powoli; zatrzy­muje się. Nasłu­chuje. Patrzy przez wizjer. Impreza z dołu, jak na pstryk­nię­cie pal­cem, robi się gło­śniej­sza o jakieś trzy­dzie­ści pro­cent.

Mam nadzieję, że zała­twią to szybko. Tracę czas. Tele­fon znowu dzwoni. Gdzieś w tym momen­cie na mapie mia­sta jest kil­ka­na­ście osób, które myślą tylko o tym, aby dać mi swoje pie­nią­dze. Hajs parzy ich w dło­nie. Wypala im dziury w kie­sze­niach. Chcą się go pozbyć jak naj­szyb­ciej, jak ubrań po zmar­łych.

Jeden pokój w War­sza­wie; nie wiem, dla­czego pomy­śla­łem o nim wła­śnie teraz. Może to podobna ele­wa­cja klatki scho­do­wej. Pokój znany mi tak dobrze, że wiem, co jest w któ­rej szu­fla­dzie. Wiem, gdzie zbiera się w nim naj­wię­cej kurzu. Mogę wymie­nić po kolei wszyst­kie usta­wione na regale książki. Pokój z wyj­ściem na mały bal­kon, z któ­rego widać budy­nek szkoły pod­sta­wo­wej. Pokój, który o świ­cie, przy odpo­wied­nim roz­chy­le­niu rolet, wygląda jak wnę­trze brud­no­ró­żo­wego akwa­rium. Pokój, który jest jak kraj. Zakaz wjazdu do tego kraju jest wbity doży­wot­nio w mój pasz­port czarną i nie­zmy­walną pie­czątką.

Prze­staję o nim myśleć w momen­cie, gdy facet po dru­giej stro­nie otwiera w końcu drzwi z rezy­gna­cją kogoś, kto wie, że nie ma innego wyj­ścia. Wcho­dzimy do środka i bły­ska­wicz­nie zamy­kamy je za sobą.

Wcho­dzę ostatni, zamy­kam drzwi na zamek.

Przed­po­kój jest obity drew­no­po­dobną sklejką, zamon­to­waną tutaj w póź­nych latach osiem­dzie­sią­tych.

To dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie, nie­re­mon­to­wane od dobrych pięt­na­stu lat. W przed­po­koju półka z książ­kami, maku­la­tura: Robert Ludlum, Łysiak, instruk­cje dla huf­ców har­cer­skich, rocz­niki roz­wią­za­nych krzy­żó­wek. Jeden z pokoi po pra­wej jest zamknięty, nie pali się w nim świa­tło. Jesz­cze bar­dziej na prawo widać łazienkę i kuch­nię. Facet, a wła­ści­wie chło­pak, stoi w drzwiach do pokoju po lewej, zala­nego bla­dym, ośle­pia­ją­cym świa­tłem. W środku widać sto­lik z pusz­kami po piwie, prze­peł­nioną popiel­niczką, bia­łymi smu­gami na bla­cie, pustą butelką po taniej wódzie. Do tego małe, dzie­cięce biurko ze sta­cjo­nar­nym kom­pu­te­rem. Trzy­dzie­sto­ca­lowa pla­zma przy­cze­piona do ściany, play­sta­tion. Tap­czan, na nim roz­rzu­cone jakieś ubra­nia, koł­dra bez poszewki. Gołe okno. Opra­wiony w anty­ramę pla­kat z Lio­ne­lem Mes­sim, bie­gną­cym z wznie­sio­nymi rękami po zdo­by­ciu jakiejś bramki. Zaschła paprotka.

Smród tysięcy wypa­lo­nych papie­ro­sów, potu, nie­pra­nych ubrań, nie­zli­czo­nego kaca. Mimo to pod­łoga jest w miarę czy­sta. Ktoś cza­sami tu sprząta. Na pewno nie on. Tu mieszka ktoś jesz­cze.

Stoi w lek­kim roz­kroku, ma na sobie dresy i klapki, nie­ogo­lony, z potar­ga­nymi, jasnymi wło­sami. Jest lekko nalany, ma początki brzu­cha piw­nego, na przed­ra­mie­niu wydzia­raną elkę. Wygląda na trzy­dzie­ści lat, ale wiem, że ma mniej. Nic nie mówi.

Stryj zdej­muje mary­narkę i wie­sza ją na wie­szaku.

To trwa tylko chwilę. Stryj i Śniady ruszają w jego kie­runku. On się cofa, przez chwilę idzie rakiem, przy­spie­sza­jąc i tra­cąc rów­no­wagę. Dobie­gają do niego. Stryj ude­rza go w pysk, sły­chać gło­śne chrup­nię­cie, jakby zgnieść w rękach kilka pla­sti­ko­wych kub­ków. Śniady zrzuca wszystko ze stołu na pod­łogę, Stryj zaczyna kopać chło­paka, ten na początku wydaje ciche jęki, kwi­le­nia, dopiero po chwili zaczyna krzy­czeć, wyć, coś, że pomocy, coś, że prze­stań­cie, coś jak zwy­kle. Przy­ci­szam to w gło­wie. Roz­glą­dam się dalej po pokoju.

- Gdzie jest hajs?! - pyta Stryj - Wiesz, kurwa, że znajdę. Wiesz, że znajdę.

Chło­pak poka­zuje pal­cem.

- Szafa, port­mo­netka - mówi.

- Jacuś, otwórz, prze­licz - mówi Stryj.

Otwie­ram szafę. Bluzy z kap­tu­rem, koszulki z nadru­kiem. Tani gar­ni­tur. Kar­ton ze szpar­ga­łami, nie­dzia­ła­jące słu­chawki, łado­warki do tele­fo­nów, stare gazety. Brudna, zaśnie­działa od nalotu faja wodna. Czarna port­mo­netka z her­bem Legii. Otwie­ram. W środku plik stów i pięć­dzie­sią­tek, gruby na dwa palce. Z tyłu sły­szę, jak chło­pak dostaje jesz­cze jed­nego kopa. Chrup­nię­cie. Usta, które nie wie­dzą, czy krzyk­nąć, czy zassać jak naj­wię­cej powie­trza.

- Prze­licz - mówi Stryj.

Prze­li­czam.

- Jakieś trzy­dzie­ści koła - mówię.

- Równo? - pyta.

- Nie­równo. Trzy­dzie­ści jeden tysięcy dwie­ście pięć­dzie­siąt - odpo­wia­dam.

- Nie, już nie - char­czy chło­pak.

Sły­szę, jak odpluwa na pod­łogę mokrą, lądu­jącą z pla­skiem gulę. Odwra­cam się.

- Trzy­maj to na razie - mówi Stryj.

- I co? - pyta Śniady.

- Coś, żeby wie­dzieli - mówi Stryj.

- Ręce - mówi Śniady.

- Nie! - krzy­czy chło­pak.

- Ryj - mówi Śniady.

- Ręce - powta­rza Stryj.

- Pocze­kaj­cie - mówię.

Jakiś cichy dźwięk z pokoju obok, nie­chciane szur­nię­cie, prze­sta­wie­nie. Dźwięk, któ­rego miało nie być.

- Co? - pyta Stryj.

Daję mu znak ręką, aby zajął się swo­imi spra­wami. Wyco­fuję się do przed­po­koju.

- Jacuś, wraż­liwy jest, widzisz - mówi Stryj nie wia­domo, czy do Śnia­dego, czy do mnie, czy w powie­trze.

Przed­po­kój tonie w mroku. Stoję przed drzwiami do pokoju po pra­wej. Już nie widzę, co Śniady i Stryj robią z chło­pa­kiem. Wystar­czy, że to sły­szę. Naj­pierw wycie, płacz, a potem coś pstryka, jakby w nie­okre­ślo­nym, deli­kat­nym mecha­ni­zmie polu­zo­wała się naj­waż­niej­sza zastawka. A zaraz póź­niej wrzask, szybko stłu­miony czymś przy­sta­wio­nym do twa­rzy: poduszką albo zgnie­cio­nym w kulkę pod­ko­szul­kiem.

- Kurwo, leż cicho, pedale jebany - mówi Śniady.

Otwie­ram drzwi do pokoju. Jest ciemno. Przez chwilę sły­szę coś w rodzaju pisku, z cichym wcią­gnię­ciem powie­trza. Wycią­gam tele­fon i świecę przed sie­bie latarką.

Chrup­nię­cie, jakby ktoś nagle roz­dep­tał z całej siły twardy owoc, i znowu prze­cią­gły wrzask chło­paka.

Na dwu­oso­bo­wym mate­racu w męskim pod­ko­szulku leży dziew­czyna. Ma naj­wy­żej dwa­dzie­ścia lat, obej­muje koł­drę, wpa­truje się we mnie wytrzesz­czo­nymi oczami zgo­nio­nego zwie­rzę­cia. Pier­ścio­nek na każ­dym palcu. Pasemka. Na szyi, pod uchem, mały tatuaż. Jaskółka. Oddy­cha szybko, trzyma w sobie wrzask, mnó­stwo wrza­sku, stara się, aby jak naj­wię­cej tego wrza­sku pochło­nęła koł­dra, którą zaci­ska w ustach. Koł­dra jest prze­siąk­nięta jej śliną. Obser­wuję przez chwilę, jak dziew­czyna drży, zmro­żona stra­chem, pra­gnąca uciec gdzie­kol­wiek, wyco­fać się, ale w tym pokoju poza mate­ra­cem jest tylko okno, więc leży w nim jak w klatce.

- Bądź dalej cicho, tak jak byłaś - mówię do niej.

Kiwa głową jakieś trzy­dzie­ści razy w prze­ciągu pół minuty.

- Rozu­miesz, co do cie­bie mówię? - mówię cicho.

Ten chło­pak z dru­giego pokoju zagłu­sza moje słowa, bo wła­śnie łamią mu drugą rękę, ale ona i tak kiwa głową, i w końcu wypusz­cza koł­drę z ust, pró­buje patrzeć poza świa­tłem latarki, pró­buje zoba­czyć moją twarz. Widzę jej syl­wetkę. Pod pod­ko­szul­kiem widać wyraźny, okrą­gły brzuch. Jest w siód­mym, może nawet w ósmym mie­siącu ciąży.

Wycho­dzę i zamy­kam drzwi. Stryj i Śniady są już w przed­po­koju. Stryj zakłada mary­narkę.

- O co ci cho­dziło? Ktoś tam jest? - pyta Stryj.

- Nie. - Kręcę głową.

Wycho­dzimy z miesz­ka­nia, oni pierwsi. Zamy­kam drzwi. Na kory­ta­rzu ul dźwię­ków, pija­nych stu­den­tów, pol­skich pio­se­nek nagra­nych Bogu na wstyd wybu­cha jak nagły, cuch­nący wyziew z cho­rego żołądka.

- Rzu­cisz mnie na Świę­to­krzy­ską? - pyta Stryj.

- A ty jak? - pytam Śnia­dego.

- Ja też tam wysko­czę - odpo­wiada Śniady. - Potem się przejdę.

Scho­dzimy po scho­dach, wycho­dzimy na zewnątrz. Prze­cie­ram usta. Powie­trze włazi mi pod kurtkę, jakby ktoś obcy nagle wsu­nął mi pod kurtkę zimne dło­nie.

- Hajs - mówi Stryj.

Podaję mu plik. Stryj kiwa głową i chowa pie­nią­dze do kie­szeni spodni.

- To już wszystko? - pytam.

- Możemy dzwo­nić. - Stryj kręci głową.

- Dwa­dzie­ścia po dzie­wią­tej - mówię, poka­zu­jąc wyświe­tlacz tele­fonu. - Godzina. Zabra­li­ście mi godzinę. Mogę ci powie­dzieć co do zło­tówki, ile to dla mnie godzina.

- Chcesz rekom­pen­satę, kurwa, czy jak? Ile ci zaje­chać? Pięć paczek? Dzie­sięć paczek? - pod­nosi głos Stryj, wyciąga z kie­szeni plik bank­no­tów, pod­cho­dzi do mnie na jeden mały krok.

Stoję w miej­scu. Jed­nym nie­znacz­nym ruchem ręki otwie­ram samo­chód.

- Naprawdę? Nie masz? Pusty jesteś? - pyta ponow­nie.

- Wsia­daj - mówię i otwie­ram drzwi od strony pasa­żera.

Wsia­dam do samo­chodu. Nawet na niego nie patrzę, tylko cze­kam, aż wsią­dzie, aż zorien­tuje się, że nie mówi już do mnie, ale do powie­trza. Śniady orien­tuje się pierw­szy. Wsiada. Przez chwilę w lusterku widzę jego spoj­rze­nie. Wygląda na tego bystrzej­szego, na kogoś, kto umie w porę prze­ry­wać bez­sen­sowne sytu­acje, ogra­ni­czać straty czasu.

Prze­krę­cam klu­czyk w sta­cyjce, samo­chód wypeł­nia się muzyką. Ści­szam ją. Jesz­cze przez chwilę patrzę w okna miesz­ka­nia, z któ­rego przed chwilą wyszli­śmy. To, które było ciemne, dalej jest ciemne, a dru­gie na­dal pozo­staje jasne. Pię­tro niżej kilka pija­nych lasek sie­dzi na para­pe­cie, palą papie­rosy, pró­bują tra­fić wydmu­chi­wa­nym dymem w uchy­lone okno. Stryj wsiada, tym razem z przodu.

- Zapnij pasy - mówię do niego i ruszam.

- Ile pali? - pyta.

- W mie­ście coś pod pięt­na­ście - odpo­wia­dam, lekko cofa­jąc i wyjeż­dża­jąc na jezd­nię.

- Poza mia­stem pew­nie nie wiesz? - Śmieje się.

Rów­nież się uśmie­cham. Nie wiem, czy ten samo­chód był kie­dy­kol­wiek poza War­szawą. Mam go od roku.

- Róg Mazo­wiec­kiej - mówi Stryj i dodaje: - Wiesz co, fajne to autko, ale, kurwa, przy­pa­łowe, powiem ci.

- Trudno. Nie będę jeź­dził renaul­tem clio - odpo­wia­dam.

Wiem, że nie powi­nie­nem jeź­dzić takim samo­cho­dem. On z kolei nie musi wie­dzieć o tym, że o tym wiem.

- Ile za niego dałeś? - pyta ponow­nie.

- Około dzie­wię­ciu dych.

- Gotówą? - pyta.

- Nie, zapła­ci­łem mu w dywa­nach - odpo­wia­dam.

- Co? - pyta.

- A czym? - pytam.

Mia­sto jest już wysy­cone ludźmi. Idą w gru­pach, wyszcze­rzeni do naj­bliż­szych paru godzin życia, wyle­wają się z przejść pod­ziem­nych, wsia­dają do i wysia­dają z tak­só­wek. Jesz­cze wypro­sto­wani, jakby przy­cze­pieni do nie­wi­dzial­nych strun. Jesz­cze mło­dzi w ten naj­bar­dziej iry­tu­jący spo­sób: spra­wia­jący wra­że­nie, jakby prze­brali się w ubra­nia wła­snych rodzi­ców. Masze­ru­jący. Wypro­sto­wani. Wzo­rowi ofi­ce­ro­wie wła­snych życio­ry­sów. Idący po drobne zwy­cię­stwa, po iden­tyczne, nudne prze­grane. Bie­gnący przed sie­bie po to, aby na chwi­leczkę zapo­mnieć. Przy­szli lub obecni mene­dże­ro­wie śred­niego szcze­bla, asy­stenci i asy­stentki, czy­jeś prawe lub lewe ręce, stu­denci albo ich spryt­niejsi kole­dzy. Roz­po­zna­jący się na ulicy, mylący się z kimś nawza­jem, cału­jący, pro­wa­dzący się do domów, na bifory, potem do klu­bów, wyła­żący z tak­só­wek. Część z nich już mnie potrze­buje. Nie­któ­rzy nie­długo zaczną.

Nie­któ­rzy może chcie­liby, aby gdzieś w wiszą­cym nad tym wszyst­kim powie­trzu, tym powie­trzu, które ma nie­zmien­nie czarny kolor, było coś jesz­cze. Jakiś głos. Jakieś echo. Jakaś prawda. Jakiś skarb. Nie­któ­rzy może łudzą się, że to coś tam jest, ale więk­szość z nich w ogóle o tym nie myśli. Myślą o jedze­niu, sek­sie, płat­no­ściach, podat­kach. Przede wszyst­kim myślą o pie­nią­dzach. O tym, że mają ich za mało. Ci, któ­rzy myślą o czymś wię­cej, są z góry na prze­gra­nej pozy­cji. Są zde­kon­cen­tro­wani. Z roz­ko­ja­rzo­nym błęd­ni­kiem, jakby coś nagle ude­rzyło ich w skroń. Wpa­try­wa­nie się w tę czarną kartkę powie­trza nie ma naj­mniej­szego sensu. To, co tam jest, zawsze będzie nie­wi­doczne, gdy sta­nąć naprze­ciwko. To coś, tę praw­dziwą treść mia­sta, można zoba­czyć tylko kątem oka, mimo­cho­dem.

Tak samo jak nie ma sensu wpa­try­wać się w ludzi. Są iden­tyczni. Tra­jek­to­rie ich ruchów, ich myśli, ich lęki są zbieżne w stu pro­cen­tach. Odróż­niają się tylko szcze­gó­łami. Mun­dur­kami. Można oce­niać i opi­sy­wać ludzi, gru­po­wać ich w pod­zbiory, kata­lo­go­wać, przy­pi­sy­wać im miej­sca na wła­snych siat­kach, mapach. Ale jeste­śmy tutaj wszy­scy tacy sami jak roz­pro­szone punkty, bez­ład­nie i bez skutku pró­bu­jące wró­cić do wspól­nego stanu sku­pie­nia, złą­czyć się w jedną plamę.

Ja, Śniady, Stryj, ci wszy­scy ludzie - jakby ktoś kie­dyś trzy­mał nas skon­den­so­wa­nych w jeden, orga­niczny kisiel w wiel­kiej puszce spreju, a następ­nie wstrzą­snął nią i poma­lo­wał mia­sto gru­bymi pocią­gnię­ciami. Pokrył je nami. Z lotu ptaka musimy wyglą­dać jak dłu­gie, nie­re­gu­larne smugi bla­dej i mię­snej piany.

Za sie­dem godzin będzie ich o połowę mniej, zaczną iść wol­niej, krzy­wiej, staną się gło­śniejsi i bied­niejsi. Nie­udane pod­rywy. Oczysz­czone karty. Zgu­bione tele­fony. Jaski­niowe wykrzy­ki­wa­nia prze­zwisk i imion.

Tem­pe­ra­tura na zewnątrz spa­dła o jeden sto­pień. Gdzieś nie­da­leko nie­bie­skie świa­tła ambu­lansu kładą na oto­cze­nie lodo­waty filtr. Wszystko robi się na chwilę wyraź­niej­sze, widocz­niej­sze w wyż­szej roz­dziel­czo­ści.

Skrę­cam w Świę­to­krzy­ską i zatrzy­muję się na awa­ryj­nych.

- Zoba­czymy się jesz­cze dzi­siaj. - Stryj wyj­muje z kie­szeni mary­narki gumę do żucia i wpy­cha sobie do ust. - Na pewno.

- Być może - odpo­wia­dam.

Podaję mu rękę. Odwra­cam się i podaję rękę Śnia­demu. Wycho­dzą. Wyco­fuję. Jadę dalej, w kie­runku Nowego Światu.

Ten chło­pak, któ­remu poła­mali ręce - przez chwilę przy­cho­dzi do głowy - jest jak wło­sek z grzybni, która pokrywa to mia­sto, mchu kre­ty­nów. Z ludz­kimi błę­dami jest tak samo jak z aspi­ra­cjami, lękami, fan­ta­zjami - jest ich wyłącz­nie kilka rodza­jów. Ich wykres, gdyby kto­kol­wiek go stwo­rzył, byłby rów­nie pro­sty do zro­zu­mie­nia, jak zasady gry w wojnę. Nie widzieć tego, to nie widzieć zupeł­nie nic. Ten ćwierć­mózg sam poła­mał sobie ręce i sam zabrał sobie swoje wła­sne pie­nią­dze.

Zawsze trzeba o tym pamię­tać. Nie licząc nie­któ­rych rodza­jów raka, wszystko, co spo­tyka ludzi, wyrzą­dzają sobie sami.

Włą­czam muzykę z powro­tem. Ten iry­tu­jący dźwięk, to sapa­nie, sły­szę je znowu, cho­ciaż poza mną nie ma w tym samo­cho­dzie zupeł­nie nikogo. To mia­sto wydziera kolejny oddech ze swo­jego prze­ro­śnię­tego, naste­ry­do­wa­nego serca.

SEN

Mam tylko jeden rodzaj kosz­maru - sen, w któ­rym nie wiem, gdzie jestem.

Z reguły ląduję w miej­scu, które jest gra­nicą cywi­li­za­cji; punk­tem, za któ­rym zaczyna się dzicz. Węzłem, przej­ściem - cho­ciaż nie mam poję­cia, mię­dzy czym a czym. Jed­no­pa­smowa, wyas­fal­to­wana droga w środku lasu. Brudna, opusz­czona plaża roz­pusz­cza­jąca się w sza­rej, cięż­kiej masie hory­zontu; wyłącz­nie maja­czący w oddali sta­tek daje mi do zro­zu­mie­nia, że zna­la­złem się w świe­cie, w któ­rym ktoś jesz­cze żyje. Ale może na statku nikogo nie ma. Może jest jedy­nie dry­fu­jącą po wodzie, pustą sko­rupą. Rogatki jakie­goś nie­okre­ślo­nego mia­sta, szare pro­sto­pa­dło­ściany pokry­tych bre­zen­tem, opu­sto­sza­łych budyn­ków, roz­bite latar­nie, maja­czące kon­tury zabu­do­wań i tylko szum prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów, gdzieś bar­dzo daleko.

Nie mam przy sobie tele­fonu, doku­men­tów, pie­nię­dzy. Nic. Znam tylko swoje imię; nie pamię­tam swo­jej daty uro­dze­nia, nie pamię­tam adresu, numeru tele­fonu, nie pamię­tam, jak nazy­wają się moi rodzice, jak nazywa się moje rodzinne mia­sto. Jestem nikim. Jestem ni­gdzie. Nie jestem głodny ani nie chce mi się pić. Jestem roz­bu­dzony.

Z reguły idę przed sie­bie, szu­ka­jąc kogo­kol­wiek, drogi, śladu, i trwa to bar­dzo długo, całymi godzi­nami. Wiem, że nikogo nie spo­tkam. Wiem, że nawet jeśli kogoś spo­tkam, nie zapy­tam go o drogę, bo będzie mi wstyd.

Ten sen powta­rza się co jakiś czas. Wybu­dzam się z niego na bez­de­chu, gwał­tow­nie poły­ka­jąc powie­trze, jakby ktoś trza­snął mnie pię­ścią w splot sło­neczny. Ten lęk tkwi we mnie jesz­cze przez chwilę, gnieź­dzi mi się w ustach, śli­sko spływa w dół prze­łyku, jak­bym poły­kał żywą, tłu­stą larwę. Muszę zapa­lić świa­tło, muszę zoba­czyć, że w moim miesz­ka­niu wszystko znaj­duje się na swoim miej­scu, jest zna­jome. Szafa. Tele­wi­zor. Półka na książki. Naczy­nia w kuchni. Moje ubra­nia, zło­żone na kana­pie. Sia­dam wtedy na łóżku i zaczy­nam recy­to­wać swoją datę uro­dze­nia, PESEL, numer tele­fonu, adres zamiesz­ka­nia. Potem leżę jesz­cze przez pół godziny na łóżku, bez ruchu. Wstaję. Robię sobie kawę. Biorę prysz­nic. Oglą­dam tele­wi­zję, dopóki nikt do mnie nie zadzwoni.

Tej nocy śniły mi się bloki, osie­dle.

Jak zwy­kle nie wie­dzia­łem, gdzie jestem. Nie wie­dzia­łem, czy jestem gdzie­kol­wiek. Ten sen oka­zał się jed­nak tro­chę inny, był pewną waria­cją; przede wszyst­kim nie byłem w nim sam. Towa­rzy­szył mi około dwu­na­sto­letni chło­pak w baweł­nia­nych dre­sach i blu­zie, z prze­tłusz­czo­nymi, dłuż­szymi wło­sami, opa­da­ją­cymi mu na twarz. Zorien­to­wa­łem się, że jest mojego wzro­stu, że rów­nież jestem chłop­cem mniej wię­cej w jego wieku. Było sło­necz­nie, sta­li­śmy na dużej, zie­lo­nej, otwar­tej prze­strzeni placu zabaw. Na zewnątrz znaj­do­wało się sporo ludzi: dzieci, mało­la­tów, ich rodzi­ców. Wszy­scy sie­dzieli na ław­kach, grali w piłkę, roz­glą­dali się dookoła, zabi­jali czas. Dwóch dziad­ków grało przy sto­liku sza­cho­wym; paru innych ze sku­pie­niem obser­wo­wało par­tię, która rów­nie dobrze mogła trwać już parę dni. Ktoś grał w ping-ponga. To musiała być nie­dziela, bo grupy wystro­jo­nych ludzi wle­wały się powoli do kolej­nych kla­tek albo przy­sta­wały jesz­cze na chwilę przed blo­kami, roz­ma­wia­jąc.

Przed nami wyra­stało z ziemi pięć miesz­kal­nych blo­ków, wcze­pia­ją­cych się w niebo jak szaro-czarne, brudne pazury. Cztery z nich, zbli­żone do sie­bie, wzno­siły się nieme jak zatrzy­mana azbe­stowa arty­le­ria; jeden był tro­chę odda­lony, stał z boku, usta­wiony pod odmien­nym kątem do pozo­sta­łych. Wie­dzia­łem, że idziemy dokład­nie tam i że nie powin­ni­śmy tego robić.

Szli­śmy powoli w kie­runku budynku, pro­wa­dząc roz­mowę; to była dzie­cięca, podwór­kowa logi­styka, usta­la­nie kolej­no­ści wyda­rzeń, jak­by­śmy szli kraść jabłka, albo wyku­pić zapas gum marki Turbo z osie­dlo­wego sklepu za odło­żone pie­nią­dze. Zasta­na­wia­li­śmy się, o któ­rej godzi­nie mamy wró­cić do domów, aby nikt nie zaczął podej­rze­wać, że tam byli­śmy. Pew­nie po dwu­dzie­stej pierw­szej, mówił chło­pak. Musimy wyro­bić się do dwu­dzie­stej pierw­szej. Szedł powoli, ocią­gał się, co chwila przy­sta­wał, aby splu­nąć albo odwró­cić się za czymś scho­wa­nym w tra­wie i widocz­nym tylko dla niego. Spra­wiał wra­że­nie, jakby miał ciężką ner­wicę. Nie dzi­wiło mnie to. Wie­dzia­łem, że bije go ojciec. Mówił nie­wy­raź­nie, usta miał pełne kuku­ry­dzia­nych chru­pek, które bez prze­rwy wycią­gał z trzy­ma­nej przed sobą wiel­kiej torby. Raz po raz wycią­gał paczkę w moim kie­runku. Chrupki zda­wały się nie koń­czyć. Nie chcia­łem ich. Nie byłem głodny.

Chło­pak zapy­tał mnie, czy mam przy sobie latarkę. Zorien­to­wa­łem się, że mam. Że mam rów­nież scy­zo­ryk oraz gaz pie­przowy. Zaczy­na­łem rozu­mieć, że idziemy do miej­sca, do któ­rego pod żad­nym pozo­rem nie możemy się zbli­żać, że do odda­lo­nego bloku na końcu osie­dla nikt nie cho­dzi.

Ten chło­pak musiał być kimś w rodzaju mojego naj­lep­szego kolegi. Mówił bar­dzo dużo, ale nie rozu­mia­łem z tego pra­wie nic, jakby mówił do mnie po rosyj­sku. W miarę jak przy­bli­ża­li­śmy się do bloku, zauwa­ży­łem, że ma ele­wa­cję ciem­niej­szą od pozo­sta­łych, pokrytą sadzą. Jakby jakiś czas temu ktoś pró­bo­wał go pod­pa­lić.

- A jeśli ona tam jest? - zapy­ta­łem go.

Zaci­snął usta, ale po chwili się uśmiech­nął.

- Nie ma jej, zoba­czysz - odpo­wie­dział. - Oni wszy­scy kła­mią.

Odwró­ci­łem się. W pobliżu nas nie było już żad­nych ludzi.

- Oni wszy­scy kła­mią - powtó­rzył.

Poszli­śmy dalej.

Z każ­dym kro­kiem wie­dzia­łem i pamię­ta­łem coraz wię­cej. Wie­dzia­łem, że miesz­kali tam ludzie, ale z bie­giem czasu wszy­scy się wynie­śli albo do innych blo­ków, albo w ogóle do innych miast. Część poumie­rała. Wszyst­kie wej­ścia do kla­tek były zamu­ro­wane. Wszyst­kie dzieci z osie­dla miały bez­względny zakaz zbli­ża­nia się do tego miej­sca. Ci, któ­rzy tylko mieli taką moż­li­wość, wypro­wa­dzili się z osie­dla - nie mogli znieść jego obec­no­ści.

Każdy krok wyświe­tlał we mnie kolejną infor­ma­cję.

To blo­ko­wi­sko przy­po­mniało mi Olsz­tyn, Jaroty. Albo Łódź, Bałuty. Albo Byd­goszcz, For­don. Albo Nową Hutę. Przez chwilę. Ale to nie było żadne z tych miejsc. W żad­nym mie­ście na świe­cie nie było takiego miej­sca.

Gdy pode­szli­śmy pod blok, poczu­łem smród, fetor wdzie­ra­jący się bez­po­śred­nio do nosa i przy­le­pia­jący do gar­dła, kwa­śny, siar­czany płaszcz. Smród, który jest tak silny, że powoli zaczyna być sma­kiem.

Więk­szość okien w bloku została wybita. Na odpa­da­ją­cym, sza­rym tynku wid­niały napisy w nie­zro­zu­mia­łym dla mnie języku, nakre­ślone czarną smołą; może ten język był mi nie­znany, a może po pro­stu nie umia­łem czy­tać.

- Wej­ście jest z tyłu - powie­dział chło­pak.

- Kto ci to powie­dział? - zapy­ta­łem.

- Po pro­stu wiem to. Chodź - odparł.

Okrą­ży­li­śmy blok, aż w końcu poka­zał mi wybite okno do piw­nicy, jedyne nie­za­mu­ro­wane. Znaj­do­wało się w obe­to­no­wa­nym wgłę­bie­niu, przy­kry­tym od góry meta­lową kratą. Dno wgłę­bie­nia pokry­wała war­stwa zbi­tego szkła, zga­szo­nych papie­ro­sów, zuży­tych kon­do­mów. Były tu od kil­ku­na­stu lat. Odpadki po życiu. Resztki.

Pod­nie­śli­śmy kratę i odrzu­ci­li­śmy ją na bok. Oka­zała się zaska­ku­jąco lekka.

- Mówi­łem ci - powie­dział.

- Dla­czego zosta­wili to jedno otwarte? - zapy­ta­łem.

- Nie wiem, zapo­mnieli o nim - odparł.

Ale ja wie­dzia­łem, czu­łem, że zosta­wili je spe­cjal­nie.

Coś tykało w powie­trzu jak ogromny, zawie­szony nad nami zegar. Czu­łem to, te dziwne skoki, jakby ktoś prze­wi­jał dzień do przodu, jakby z każdą sekundą czas pozby­wał się kolej­nej godziny, która leciała w dół, szybko i nagle jak cegła zrzu­cona z ogrom­nej wyso­ko­ści.

Gdy weszli­śmy do środka, na zewnątrz zapadł już zmierzch. Smród był nie do opi­sa­nia, wypeł­niał pomiesz­cze­nie jak zawie­szona w powie­trzu wata, wdzie­rał się do nosa, pozo­sta­wia­jąc na zato­kach oble­pia­jącą wil­goć. Nie czu­łem takiego zapa­chu ni­gdy w życiu, ni­gdy na jawie. Tro­chę jak pleśń, fer­men­tu­jąca tkanka. Zgo­rzel. Jak litry wydzie­liny z zepsu­tych zębów poroz­le­wane po pod­ło­dze, nasiąk­nięte nimi ściany.

Pomiesz­cze­nie było puste. Przed nami wid­niały zbite z desek drzwi. Chło­pak pchnął je do przodu tak lekko, jakby mate­ria całego pomiesz­cze­nia znaj­do­wała się pod jego pełną kon­trolą, jakby mógł prze­su­wać i wzno­sić ściany, sta­wiać schody, zmie­niać układ całych pomiesz­czeń.

Smród nara­stał, cho­ciaż wyda­wało się to nie­moż­liwe. Wła­ził w pory skóry, nasy­cał nos. Chciało mi się wymio­to­wać, ale nie mia­łem czym. Chło­pak wciąż jadł chrupki. Szli­śmy po scho­dach, świe­cąc latarką; na chwilę zatrzy­ma­łem snop świa­tła na ścia­nie i zoba­czy­łem, że są pokryte brą­zo­wym, burym nalo­tem, przy­po­mi­na­ją­cym wil­gotną rdzę. Weszli­śmy na pię­tro. Doszli­śmy do wej­ścia na klatkę. Obok były windy. Na ścia­nie ktoś napi­sał spre­jem wielki napis: ODDA­WAJ KURWO CO ZABRA­ŁAŚ. Obok: BĄDŹ PRZE­KLĘTA STARA KURWO WIEDŹMO. Poni­żej wid­niał sze­reg mniej­szych bazgro­łów, pod­pi­sów, inskryp­cji. Daty. Nazwi­ska. Kre­ski. Coś w rodzaju dzie­cię­cego rysunku. Obdarte frag­menty przy­kle­jo­nych do ścian pla­ka­tów, powia­do­mień. Patrzy­łem na to przez chwilę, ale mój kolega kazał mi iść dalej. Ruszy­łem za nim; nagle jakby prze­stał się ocią­gać: szedł pew­nie i szybko i nie odwra­cał się już co kil­ka­dzie­siąt sekund za sie­bie. Spra­wiał wra­że­nie, jakby był u sie­bie, był w domu.

Przy­sta­nął przed win­dami i naci­snął kilka razy guzik przy­wo­ły­wa­nia. Smród wypeł­niał mnie od środka. Wił mi się w brzu­chu jak wielki połknięty robak. Jeśli wrócę, ten zapach pozo­sta­nie ze mną do końca. Ni­gdy go nie zmyję. Usły­sza­łem coś dobie­ga­ją­cego z góry, bzy­cze­nie, hałas, bucze­nie - ago­nalne odgłosy sta­rego, potęż­nego urzą­dze­nia.

- Sły­szysz? - zapy­ta­łem mojego kolegę.

- Nie - odpo­wie­dział - nic nie sły­szę.

Winda zadzia­łała. Usły­sza­łem tępe, gło­śne zgrzyt­nię­cie i masa metalu zaczęła jechać w dół. Chcia­łem zapy­tać go, jak to moż­liwe, skoro budy­nek został już dawno odcięty od jakie­go­kol­wiek zasi­la­nia.

- Podobno jest na jede­na­stym pię­trze - odpo­wie­dział.

Poki­wa­łem głową.

- Druga winda też działa, ale ona zawie­zie nas gdzie indziej - dodał.

Weszli­śmy do środka. Nie było świa­tła. Sły­sza­łem tylko swój oddech, szybki i rwany. Jakby bzy­cze­nie ogrom­nej liczby much. Mrok. Cie­pło, w środku było cie­pło, nawet gorąco. Mój kolega naci­snął przy­cisk ozna­czony nume­rem jede­na­ście, nawet nie poma­ga­jąc sobie latarką. Dosko­nale wie­dział, gdzie jest. Ruszy­li­śmy. Strach stał się jak wle­wana mi na siłę do ust woda; nie potra­fi­łem go połknąć, krztu­si­łem się nim.

Winda sunęła powoli, nie­re­gu­lar­nie, przy­sta­jąc co parę sekund, jakby oży­wiał ją mecha­nizm zasi­lany pracą czy­ichś rąk.

Wie­dzia­łem, że stąd nie wyjdę.

- Chyba chcę wra­cać - powie­dzia­łem, ale wie­dzia­łem, że jest już za późno.

- Zoba­czysz, że jej tam nie ma - odparł.

Winda jechała nie­zmier­nie długo. W nie­skoń­czo­ność. W końcu zatrzy­mała się na jede­na­stym pię­trze.

Przy­szło mi do głowy, że jeśli nie wrócę do domu na dwu­dzie­stą pierw­szą, nikt nie przyj­dzie nawet mnie tu szu­kać. Na tym pię­trze nie było już napi­sów na ścia­nach ani śmieci na pod­ło­dze. Pozo­stał wyłącz­nie bru­natny nalot na każ­dej pozio­mej i pio­no­wej powierzchni. Spra­wiał wra­że­nie, jakby był żywy: kipiał, pącz­ko­wał, roz­mna­żał się. Mój kolega zgniótł coś w ręku i wyrzu­cił pod nogi. To było opa­ko­wa­nie po chrup­kach.

Coś wydało hałas, głos. Bez­kształtny jęk, bez­zębne zawo­ła­nie. Dźwięk nie odbił się od ścian, ale roz­pełzł się po nich jak śluz. Bie­gnące za nim echo przy­po­mi­nało syk­nię­cie.

- Nikogo tu nie ma - powie­dział mój kolega. - Idź.

Popa­trzy­łem się na niego. Poświe­ci­łem mu w twarz latarką. Pokrę­cił głową.

- Idź do przodu.

Kiw­ną­łem głową. Nie było innego wyj­ścia. Wie­dzia­łem, że nie mam jak uciec. Wie­dzia­łem, że winda nie zadziała wtedy, gdy ja naci­snę guzik, że musi to zro­bić on. Wie­dzia­łem, że wszystko jest posta­no­wione.

Ruszy­łem w stronę wyła­ma­nych drzwi do jed­nego z miesz­kań. Pano­wał nie­prze­nik­niony mrok. Stą­pa­łem po pod­ło­dze, moje buty się do niej przy­kle­jały; była pokryta jakby cienką war­stwą roz­to­pio­nej gumy.

- Gdzie jesteś? - zapy­ta­łem mojego kolegę.

Nie odpo­wie­dział.

Coś wydało kolejny jęk, zaraz obok. Zaskrze­czało. Wie­dzia­łem, że to coś, co jest w środku, miesz­kańcy blo­ko­wi­ska utoż­sa­miają z kobietą. Wie­dzia­łem, że napis na dole był o niej. Wie­dzia­łem, że mój kolega mnie okła­mał. Wie­dzia­łem, że jest już na dole. Że naj­praw­do­po­dob­niej opu­ścił już ten budy­nek.

Wzią­łem oddech, wie­dząc, że razem z powie­trzem poły­kam coś, co ni­gdy nie powinno dostać się do środka ludz­kiego orga­ni­zmu. Cięż­kie stopy tru­cizn, grzyby, zarazę.

Zro­bi­łem kolejny krok do przodu. Coś zaczęło wyła­niać się z ciem­no­ści, kon­tury. W rogu pustego pomiesz­cze­nia o zabi­tych oknach, pod ścianą, coś sie­działo, cze­ka­jąc na mnie. Nie miało kształtu żad­nej żywej istoty, to była bez­ładna kupa mate­rii, która jakby ście­kła z sufitu, osa­dziła się i okrze­pła wła­śnie tam.

Wie­dzia­łem, że zapro­wa­dził mnie tu spe­cjal­nie. Wie­dzia­łem, że zło­żył mnie w ofie­rze. Że co jakiś czas ktoś musi zostać tu przy­pro­wa­dzony, aby cała reszta miesz­kań­ców mogła w spo­koju egzy­sto­wać.

Coś w kącie poru­szyło się.

Nie mogłem już się poru­szać. Zamie­ni­łem się w bryłę, z ustami zatrzy­ma­nymi we wrza­sku. Cze­ka­łem.

Nie wie­dzia­łem o tym, idąc tutaj. Czy gdy­bym wie­dział, zaczął­bym ucie­kać? Czy zaczął­bym biec w drugą stronę, w kie­runku ludzi sto­ją­cych nie­opo­dal bloku, dzieci na placu zabaw? Czy nie zaczę­liby zni­kać, gdy­bym zaczął biec w ich kie­runku?

A może zła­pa­liby mnie i wszy­scy wspól­nie zacią­gnęli tu na siłę?

Obu­dzi­łem się na pod­ło­dze około szó­stej rano.

Dopiero po chwili zro­zu­mia­łem, że zadaję sobie te pyta­nia na głos.

22:15

Sto­imy na Moko­tow­skiej, przed jakimś miej­scem. O takich miej­scach mówi się po pro­stu: miej­sca; nie wiem, czy to klub, kawiar­nia, czy gale­ria - to po pro­stu pewna modna w tym tygo­dniu prze­strzeń wyna­jęta dzięki zna­jo­mo­ściom dobrze usta­wio­nego rodzica. Obok jest butik jakie­goś pol­skiego pro­jek­tanta. Naprze­ciwko pry­watna przy­chod­nia gine­ko­lo­giczna. W środku - chyba - pokaz mody albo wystawa pro­jek­tów, albo zdjęć z sesji, albo cokol­wiek w tym rodzaju, zdjęć brzyd­kich, i chu­dych, tru­pio udra­po­wa­nych dziew­cząt, które pew­nie są tu też we wła­snych oso­bach. Sztuka. Moda. Este­tyka. Dużo moich dobrych klien­tów wie­rzy w te bzdury.

Wej­ście oku­puje ten spe­cy­ficzny typ mło­dych dup, noszą­cych pstro­kate, nie­sy­me­tryczne ciu­chy, prze­gło­dzo­nych, z tele­fo­nami wsz­cze­pio­nymi w łeb, w iden­tycz­nych, nabi­ja­nych ćwie­kami butach. Do tego mło­dzi, chu­dzi kole­sie w dłu­gich płasz­czach i zadba­nych fry­zu­rach. Ktoś udaje, że mik­suje płyty. Ktoś ner­wowo roz­lewa drinki z wódy i soku w kar­to­nie. Ludzie dzwo­nią po tak­sówki, akcja powoli dobiega końca; wszy­scy prze­no­szą się gdzie indziej. Wyrok zapadł. Tu już nic wię­cej się nie wyda­rzy.

Obok nas prze­jeż­dża karetka. To już piąta, którą mijam tego wie­czoru.

- Powiem ci, że pół­tora tysiąca klik­nęło, że przyj­dzie. Ale jak zwy­kle. Jest dwie­ście, może trzy­sta - mówi szybko, tak szybko, że nie wiem, skąd ma ślinę na tyle słów. - To jest, powiem ci, wir­tu­alne uczest­nic­two, czy jak to się tam nazywa. Jak klikną, że mają wziąć udział, to już jest tak, jakby naprawdę przy­szli. I co z tego? To są nowe, pol­skie marki. Naprawdę nowi pro­jek­tanci. Zaje­bi­sta robota. Ludzie dokła­dają do inte­resu, ścią­gają mate­riały, kurwa, z Ame­ryki Połu­dnio­wej, bo chcą zre­ali­zo­wać jakąś wizję, rozu­miesz? Mają wyje­bane, kto się w tym sfo­to­gra­fuje, czy się zaprzy­jaź­nią z jakąś aktorką, która pole­zie w tym potem na pre­mierę Wawy na gorąco, stary. Nie, kurwa, Dzień z Wolim i Tysiem. Ludzie mają wyje­bane. Idą tłu­mami. Do zna­jo­mych. Nie idą na to, co się dzieje, tylko do zna­jo­mych. Zawsze przy­cho­dzą do swo­ich zna­jo­mych. Znajdź choćby dzie­sięć osób, które przy­pro­wa­dzą ci War­szawę. Wtedy będziesz miał War­szawę. Zawsze tak, kurwa, jest.

- Nie wiem - odpo­wia­dam.

- A ja wiem. Mówię ci, że tak jest. Ile miejsc się na tym wyje­bało - mówi, po czym wydmu­chuje nos. - Walił już dzi­siaj. Na pewno. Zna­jomi są gdzie indziej - dodaje, roz­glą­da­jąc się dookoła, odro­binę zbyt ner­wowo.

- Nie wiem, bo nie mam Face­bo­oka - odpo­wia­dam.

Otwie­ram scho­wek. Wkła­dam rękę głę­biej, do zapadki. Wyj­muję dwie samary.

- Stary - mówi - jeśli chcesz być fajny, musisz się sta­rać bar­dziej.

- Nie wszyst­kim cho­dzi o bycie faj­nym - odpo­wia­dam.

- To czemu nie masz Face­bo­oka? - pyta. - Za takimi rze­czami stoi pewne zało­że­nie.

- Ja nie mam nawet kom­pu­tera - odpo­wia­dam. - To zna­czy mam jeden, w jed­nym miej­scu, ale nie uży­wam go do tych wszyst­kich, wiesz, inter­ne­to­wych spraw.

Patrzy na mnie przez chwilę, jak­bym był pokryty łuską.

- Nie wie­rzę ci. Pier-do-lisz. Pier­do­lisz - mówi.

Widać, że jego nie­wiara jest szczera, idzie z głębi jego pta­siego, dobrego, pedal­skiego serca.

- To psuje pamięć - mówię. - Muszę dbać o pamięć.

- Wciąż nie rozu­miem, stary, kurwa. - Uśmie­cha się. - Oświeć mnie.

Ma na imię Łukasz, chyba. Dzwoni do mnie od roku, za to czę­sto. Zawsze kupuje mini­mum jeden cały worek. Jest miły, nie stwa­rza pro­ble­mów. Gej, niski, szczu­pły, ze sta­ran­nie przy­strzy­żo­nym zaro­stem, zawsze w celowo komicz­nych ubra­niach, wąskich spodniach, musz­kach, fular­kach. Lubię go. Przy­je­chał tu skądś, tak samo jak ja. Robi jakąś karierę, pra­cuje w jakiejś pra­sie, podobno pisze coś w inter­ne­cie, ma jakie­goś bloga, przy­naj­mniej tak twier­dzi. Nie wygląda na kogoś, kto poru­sza się do przodu, sia­da­jąc na kuta­sach. Jest cyniczny, cza­sami opo­wiada dobre dow­cipy. Nawet gdy wypo­wiada się o kimś lub o czymś z uzna­niem, ma spoj­rze­nie czło­wieka, w któ­rego oczach cały świat składa się z gówna.

Lubię go. Zawsze ma pie­nią­dze. Jest uprzejmy. Ni­gdy nie jest zanadto pijany. Ni­gdy nie każe się wieźć do ban­ko­matu. Zawsze ma odli­czone pie­nią­dze. Lubi sobie poga­dać, więc go słu­cham. Dobry klient. Miły czło­wiek.

- Osiem­set - mówię mu.

Daje mi osiem­set, dokład­nie roz­cią­ga­jąc każdą stówę.

- O co cho­dzi z tą pamię­cią? - pyta ponow­nie.

- Ile nume­rów tele­fo­nów znasz na pamięć? - odpo­wia­dam. - Dat czy­ichś uro­dzin? Nazwisk? Potra­fisz sobie przy­po­mnieć wszyst­kie godziny spo­tkań z przy­szłego tygo­dnia?

Nie odpo­wiada. Kiwa głową.

- Masz ulu­biony zespół? - pytam go ponow­nie. - Wymień dzie­sięć jego pio­se­nek.

- Ty wolisz mieć wszystko w gło­wie - mówi. - Rozu­miem.

- Ja nic nie wolę. To ty, tak jak wszy­scy, wyją­łeś sobie wszystko z głowy i wło­ży­łeś w tablet, w kom­pu­ter, w chmurę, w cokol­wiek - odpo­wia­dam. - W pamięć zewnętrzną. Co się sta­nie, jak pamięć zewnętrzna się zepsuje?

- To ma sens - odpo­wiada, po czym dodaje: - Wiesz co, muszę ci coś powie­dzieć. Zawsze chcia­łem ci to powie­dzieć.

- Nic z tego nie będzie - mówię mu. - Lubię dziew­czyny, Łukasz.

- Chcia­łem ci powie­dzieć, że naprawdę dobrze się ubie­rasz, jak na... - prze­rywa. Nie wie, jakiego słowa użyć.

- Han­dla­rza - poma­gam mu skoń­czyć zda­nie.

- Naprawdę dobrze się ubie­rasz. Ile dałeś za ten płaszcz?

- Tysiąc dwie­ście euro - odpo­wia­dam.

- To Mar­giela? - pyta.

- Lanvin - odpo­wia­dam. - Nic z tego nie będzie, Łukasz. Nie kocham cię.

Uśmie­cha się. Chowa samary do kie­szeni. Przez chwilę patrzy na skłę­biony przy wej­ściu tłum, jakby był obcym gatun­kiem, jakby pró­bo­wał zro­zu­mieć jego zacho­wa­nia. Nie­świa­do­mie krzywi się, jakby połknął coś kwa­śnego.

- Gdzie potem idziesz? - pytam.

- W "Base­nie" będzie grubo. Roz­da­nie "Wjaz­dów".

- Czego?

- Takie nagrody miej­skie - odpo­wiada. - Będziesz tam dzi­siaj. Na pewno.

- Może - mówię. - Może tam będę, a może nie.

- Na razie. - Podaje mi rękę.

Ści­skam mu dłoń, patrzę, jak wysiada.

Trza­ska drzwiami. Tele­fon. Pazina. Wiem, gdzie jest.

- Będę za dzie­sięć minut - mówię.

- Wiesz, gdzie jestem? - pyta reto­rycz­nie.

- Tak. - Kiwam głową.

Roz­łą­czam się.

Mam prze­czu­cie, że będzie padać śnieg. Już za chwilę. Niebo nadyma się, wzbiera. Znowu otwie­ram usta, znowu bez­gło­śnie. Nic nie ma. Jakby ktoś w nocy wyjął coś ze mnie pod­czas snu. Organ, o któ­rym nie mia­łem poję­cia. Będzie padać, wiem to. Muzyka. Debussy. Kolejna karetka. Widzę Łuka­sza, jak idzie i wta­pia się w tłum. Ruszam.

23:10

Są trzy rze­czy, które robią wszy­scy w War­sza­wie.

Po pierw­sze, ludzie mówią. Mówią za dużo. Mówią bez­ład­nie. Mówią o sobie nawza­jem, za swo­imi ple­cami. Mówią, kto komu wisi pie­nią­dze, kto kogo ostat­nio wypier­do­lił z inte­resu. Mówią, kto jest słaby, gdzie jest słaby, kiedy stał się słaby. Mówią o tym, co inni mówią o innych. Mówią o tym, kto się z kim rucha. Kto kogo zdra­dził. Kto kogo porzu­cił. Mówią, aby mówić. Mówią, mówią i mówią. Piją po to, aby mówić jesz­cze wię­cej. Jesz­cze głu­piej. Infor­ma­cje prze­cie­kają przez nich, lecą im z oczu, z uszu, spo­mię­dzy nóg. Nie­istotne i istotne. Te powszech­nie wia­dome i te poufne. Wciąż mówią. Mówią, dopóki nie padną. Mówią po to, aby za chwilę powie­dzieć jesz­cze wię­cej. Mówie­nie ich pod­nieca, roz­sze­rza im źre­nice, przy­śpie­sza oddech, zwilża ślu­zówki. Gdy jest połą­czone z byciem słu­cha­nym, wtedy staje się lep­sze i waż­niej­sze niż seks. Lep­sze i waż­niej­sze, bo bar­dziej eko­no­miczne. Mówie­nie różni się od seksu zde­cy­do­wa­nie korzyst­niej­szym sto­sun­kiem ener­gii zain­we­sto­wa­nej do ener­gii uzy­ska­nej.

Po dru­gie, ludzie han­dlują. W efek­cie zara­biają albo dużo, albo gówno. Jeśli wie­dzą, jak han­dlo­wać, zara­biają dużo. Jeśli wydaje im się, że wie­dzą, zara­biają gówno. Han­dlują tym, co wie­dzą, tym, co mają, i tym, czego nie mają; han­dlują, cho­dząc, han­dlują, kła­miąc, poka­zu­jąc się, licząc, pisząc. Han­dlują swo­imi pomy­słami, wymy­śla­jąc kam­pa­nie mar­ke­tin­gowe, han­dlują kon­dy­cją swo­ich sta­wów, roz­wo­żąc pizzę albo wty­ka­jąc ulotki bur­deli za wycie­raczki samo­cho­dów. Są jak ślepe, pusz­czone za tro­pem psy. Nie widzą. Wąchają. Szu­kają pie­nię­dzy. Wycią­gają je spo­mię­dzy przerw mię­dzy pły­tami chod­ni­ko­wymi. Wyci­skają je z powie­trza, z sie­bie nawza­jem. Ale przede wszyst­kim ludzie han­dlują, mówiąc.

Po trze­cie, ludzie w War­sza­wie wąchają koka­inę. Wła­śnie tu wcho­dzę ja, cały na biało.

Koka­inę walą wszy­scy, któ­rych na to stać, i dosyć spory pro­cent tych, któ­rych na to nie stać. Walą praw­nicy. Poli­tycy. Leka­rze. Wła­ści­ciele przed­się­biorstw. Kie­row­nicy przed­się­biorstw. Mene­dże­ro­wie niż­szego szcze­bla. Mene­dże­ro­wie wyż­szego szcze­bla. Gwiazdy tele­wi­zji. Pra­cow­nicy tele­wi­zji. Wła­ści­ciele agen­cji rekla­mo­wych. Pra­cow­nicy agen­cji rekla­mo­wych. Finan­si­ści. Dewe­lo­pe­rzy. Pisa­rze. Mala­rze. Muzycy. Publi­cy­ści. Foto­gra­ficy. Dzien­ni­ka­rze. Pro­du­cenci. Wydawcy. Restau­ra­to­rzy. Ban­dyci. Adwo­kaci. Alfonsi. Kurwy. Hote­la­rze.

Wszy­scy, wszy­scy bez wyjątku walą koka­inę. Nie­ważne, jak byłaby słaba, droga, poże­niona. Wszy­scy trak­tują ją jak rytuał. Jak gest. Jak oczy­wi­sty emble­mat. Wale­nie koka­iny jest jak nosze­nie zegarka. Jak wra­ca­nie do domu tak­sówką. Jest jak mówie­nie i zara­bia­nie pie­nię­dzy. Jest natu­ralną kon­se­kwen­cją jed­nego i dru­giego. Jest naj­lep­szą pomocą i w jed­nym, i w dru­gim.

W War­sza­wie każdy ma trzy naj­waż­niej­sze numery tele­fo­nów. Te numery są zawsze w okre­ślo­nym porządku, jak miej­sca na podium. Złoty medal należy do osób, które im płacą. Brą­zowy do osób, z któ­rymi wła­śnie sypiają. Ja mam sre­bro. Dla wszyst­kich ludzi, któ­rych mam w komórce, jestem dru­gim naj­waż­niej­szym nume­rem.

Dla­tego nie ma sensu zada­wać mi pytań, dla­czego, skoro jeż­dżę z towa­rem od dzie­się­ciu lat, ni­gdy nie zosta­łem zawi­nięty.

Ale w tym wszyst­kim cie­kawa jest jesz­cze jedna sprawa.

Wszy­scy w War­sza­wie han­dlują, ale ja han­dluję koka­iną. To pewna róż­nica. Koka­ina jest czymś nama­cal­nym, czymś, czego można dotknąć, czymś, co coś rze­czy­wi­ście zmie­nia, przy­naj­mniej na krótką chwilę. Koka­ina jest praw­dziwa. Jest czy­sta, biała, twarda, w dużych, stu­gra­mo­wych kościach przy­po­mina wypo­le­ro­wane do bia­ło­ści kamie­nie. Pię­ści. Jest praw­dziw­sza od złota i dia­men­tów - kiedy ostat­nio widzia­łeś sztabkę złota? Koka­inę mia­łeś w nosie w ostatni week­end.

Koka­ina nie pod­lega kur­som i spe­ku­la­cjom. Inwe­stuje się w nią i zara­bia na niej praw­dziwe pie­nią­dze. Ponosi się za nią praw­dziwą odpo­wie­dzial­ność. Dzi­siaj, kiedy wszy­scy han­dlują fik­cją, war­to­ściami doda­nymi, opa­ko­wa­niami opa­ko­wań, gdy więk­szość kapi­tału to pustka, mydliny, dopi­sy­wane cyfry, gdy wszy­scy pokor­nie przy­kle­jeni do kom­pu­te­rów cze­kamy na pęk­nię­cie balonu, ja obra­cam praw­dzi­wym kapi­ta­łem.

Nie jestem z tego powodu jakoś szcze­gól­nie dumny. Po pro­stu to wiem. To jest praw­dziwy han­del. Han­del, w któ­rym mówi się nie­wiele, tylko tyle, ile wystar­cza. Ope­ruje się licz­bami, rów­no­waż­ni­kami zdań. Tu nie ma ana­liz rynku, kam­pa­nii rekla­mo­wych, son­do­wa­nia pro­duktu. Nie trzeba. To realne pro­dukty. Praw­dziwe pie­nią­dze.

Pie­nią­dze, które wisi mi Maluch, też są praw­dziwe. To dzie­więć­dzie­siąt tysięcy zło­tych gotówką, praw­dziwe jak kurwa mać.

Jeste­śmy w klu­bie, któ­rego wła­ści­cie­lem jest Maluch. Klub nazywa się "Betle­jem". Dźwięk prze­ta­cza się po wyla­nej beto­nem pod­ło­dze jak grzmot. Kil­ka­dzie­siąt osób tań­czy, doty­ka­jąc się albo pró­bu­jąc się doty­kać. Reszta obści­skuje bar, zama­wia następne szyb­kie serie kole­jek, pokrzy­kuje na bar­ma­nów, wali otwar­tymi dłońmi w blat, mówi, mówi, mówi.

"Betle­jem" to wielki klub, zaj­mu­jący całą kamie­nicę w cen­trum mia­sta. Przed 1989 rokiem mie­ścił się tu dzie­cięcy szpi­tal cho­rób zakaź­nych. Rze­komo w piw­nicy, w któ­rej było pro­sek­to­rium, ktoś nie­dawno zor­ga­ni­zo­wał orgię. Przy­szło dużo ludzi, ale podobno nikt nie upra­wiał seksu.

Stoję w cie­niu, w jed­nym z zaka­mar­ków, razem z Paziną. Piję wodę. Pazina podwójną wódkę na lodzie. Pazina jest drobna i chuda, ma ufar­bo­wane na czarno, spięte w kok włosy, jej dło­nie bez prze­rwy się poru­szają jak dwa małe, wal­czące pająki. Pali cien­kiego papie­rosa. Jest tro­chę pijana. Przy­pa­truje się ludziom ze spo­ko­jem kogoś, kto wie o nich zbyt wiele, aby nimi pogar­dzać. Jest praw­do­po­dob­nie jedy­nym przy­ja­cie­lem, jakiego mam. To zna­czy nie do końca wiem, na czym mia­łoby pole­gać posia­da­nie przy­ja­ciela. Ale Pazina jest osobą, która połyka sekrety, która wie, kiedy mówić, a kiedy być cicho, która odbiera tele­fony i potrafi być o czwar­tej nad ranem w miej­scu, w któ­rym nie powinna być, po to, aby coś prze­jąć, zawieźć do sie­bie, scho­wać i z nikim o tym nie roz­ma­wiać.

Ni­gdy ze sobą nie spa­li­śmy. Ten pomysł nawet się nie poja­wił, tak jak nie poja­wia się mię­dzy rodzeń­stwem albo pomię­dzy sta­ty­stycz­nym męż­czy­zną a żoną jego brata.

- Współ­czuję ci - mówi. - Być tutaj trzeź­wym to gorzej, niż być ska­co­wa­nym w pracy.

- Nie mamy pracy, Pazina - przy­po­mi­nam jej.

- Ja mam - odpo­wiada. - Ty też.

- Nie mamy - mówię. - To jest zara­bia­nie pie­nię­dzy. Ale to nie jest praca.

- W sumie nikt tutaj nie pra­cuje - mówi.

Pazina ma około trzy­dzie­stu lat. Ni­gdy nie pyta­łem jej o dokładny wiek. Od jakichś dzie­się­ciu lat zarzą­dza mia­stem: jest mene­dżerką klu­bów, orga­ni­za­torką kon­cer­tów, wynaj­duje lokale do wyna­ję­cia. Zna chyba wszyst­kich, chyba wszy­scy znają ją, i chyba ona wie o nich wszystko. Umie świet­nie liczyć, lepiej ode mnie; bar­dzo ją za to sza­nuję. Co zasta­na­wia­jące, w ogóle nie dba o swoje wła­sne pie­nią­dze i tego kom­plet­nie u niej nie rozu­miem. Wydaje i roz­daje wszystko od razu. Czy­ści karty kre­dy­towe. Płaci za obcych. Sta­wia, poży­cza, pomaga. Jakby wie­działa, że gdy skoń­czą się jedne pie­nią­dze, zaraz poja­wią się nowe. Ni­gdy nie umia­łem wytłu­ma­czyć jej tego, że jest ina­czej.

Jest twarda i spo­kojna. Umie powstrzy­mać sto pięć­dzie­się­cio­ki­lo­wego draba przed zma­sa­kro­wa­niem dru­giego czło­wieka. Wycią­gać ludzi z tych praw­dzi­wych i z tych wmó­wio­nych depre­sji. Sama ni­gdy nie wycią­gnęła się ze swo­jej. Mówi, że tylko ją wypiera. Wiem, że nie wycią­gnie się z niej ni­gdy - Pazina tak naprawdę od lat mieszka w małym, czar­nym pomiesz­cze­niu bez okien, z małą klapką w drzwiach na poda­wa­nie jej jedze­nia. Za dużo prze­szła, żeby kie­dy­kol­wiek je opu­ścić. To kolejny powód, który spra­wia, że ją sza­nuję, mogę z nią roz­ma­wiać, czuję wagę jej słów. Została pocięta, poszar­pana przez ludzi i przez oko­licz­no­ści.

- Idziesz do niego? - pyta.

- Za chwilę - odpo­wia­dam. - Niech się jesz­cze bawi.

- Za chwilę w ogóle nie będzie rozu­miał, co się do niego mówi - zauważa.

- To dobrze - odpo­wia­dam.

- Będziesz go stra­szył? - pyta.

- Czy ja kie­dyś kogo­kol­wiek stra­szy­łem? - odpo­wia­dam pyta­niem na pyta­nie.

- To chyba twoja była - mówi Pazina, wska­zu­jąc pal­cem na prze­ciw­le­gły róg kory­ta­rza, na sku­pi­sko kilku osób przy­ci­śnię­tych do ściany, trzy­ma­ją­cych w ręku drinki. Koja­rzę ich. I widzę ją. Dziew­czynę, która mieszka w tam­tym pokoju. Tym, do któ­rego mam zakaz wstępu. Dziew­czyna ma na imię Beata. Nie powi­nie­nem o niej myśleć. To potwor­nie mnie roz­pra­sza, odrywa mnie od rze­czy­wi­sto­ści, roz­ma­zuje mi obraz. Ale widzę ją, wyraźną jak plamę na bia­łej koszuli; stoi nie­ru­chomo, wyż­sza i ostrzej­sza od reszty, słu­cha kogoś, sta­ra­jąc się wyho­do­wać na swo­jej twa­rzy uśmiech. Wiem, że zaraz stąd wyj­dzie. To nie jest jej miej­sce. Po pro­stu przy­szła zoba­czyć, co się dzieje. Deli­kat­nie się otrzeć. Wygląda, jakby ktoś wydra­pał ją na tym obra­zie żyletką.

Ci ludzie, któ­rzy z nią stoją - znam ich. Jeden z nich to ope­ra­tor fil­mowy, młody siu­siak, histe­ryk. Drugi, dyrek­tor kre­acji, chyba znowu czynny alko­ho­lik, facet z brzydką dziew­czyną, czte­rema psami i stu­denc­kim poczu­ciem humoru. Trzeci jest trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nim DJ-em, tak smut­nym, jak tylko smutny może być trzy­dzie­sto­pię­cio­letni DJ. Zresztą znam wszyst­kich. Mam zapi­sane w pamięci pół tego mia­sta, tak samo jak Pazina. Wiemy, kto jak się nazywa, z kim kto roz­ma­wia, kto gdzie zara­bia, jakie ma sła­bo­ści, co lubi, czego się boi, kiedy należy prze­stać z nim roz­ma­wiać i czy w ogóle warto to robić. Bez tego robie­nie cze­go­kol­wiek w War­sza­wie jest rów­nie sen­sowne, jak pie­le­nie pola mino­wego.

Jed­nak ja mam jesz­cze w pamięci ludzi, o któ­rych Pazina nie ma zie­lo­nego poję­cia i nie chce go mieć. Nazywa to ciemną strefą, pyta mnie, czy dziś jestem w ciem­nej stre­fie. Odpo­wia­dam, że tak. Ona wię­cej nie pyta. Połyka to. Nie chce wie­dzieć. To kolejna z jej dobrych cech. Że czę­sto nie chce wie­dzieć, a więk­szość tych ludzi tutaj, w tym klu­bie, w tym mie­ście, chce wie­dzieć wszystko. Jest to ich naj­więk­sza z życio­wych aspi­ra­cji.

- No i co? - pyta mnie, patrząc na nich.

- Co co? - odpo­wia­dam.

- Coś cię kłuje? - pyta.

- Nie - odpo­wia­dam.

- Kła­miesz - stwier­dza.

- Nie myślę o tym. To bar­dzo dekon­cen­truje - odpo­wia­dam.

- No to ina­czej: czy czu­jesz się zde­kon­cen­tro­wany? - pyta.

- Nie, ni­gdy - odpo­wia­dam.

Stu­kamy się szklan­kami. Kiwam jej głową. Bez słowa idę na zaple­cze, a ona rozu­mie, że nie muszę o tym mówić. Lubię Pazinę. Nie musimy tra­cić ben­zyny na tak zbędne rze­czy, jak powi­ta­nia, poże­gna­nia, buziaki, poda­nia ręki, uści­ski. Żadne z nas nie ana­li­zuje tej sytu­acji, nie obraca jej w gło­wie, nie myśli o niej. Jeste­śmy dla sie­bie odpo­czyn­kiem. Jak spa­cer.

Maluch jest na zaple­czu. Nazywa je biu­rem, może dla­tego, że poma­lo­wał pomiesz­cze­nie na biało, a do środka wsta­wił szafkę z Ikei i długi stół. Szafka jest pełna doku­men­tów. Przy ścia­nie stoją usta­wione w rów­nych rzę­dach środki czy­sto­ści, skrzynki wódki, rolki papieru toa­le­to­wego, puste segre­ga­tory. W środku jest też chuda blon­dynka, która wygląda na dwa­dzie­ścia osiem lat, ale pew­nie nie ma nawet osiem­na­stu; nosi bluzę pokrytą kwia­to­wym nadru­kiem, skó­rzane, obci­słe spodnie i ma nie­obecne spoj­rze­nie kogoś, kto ziewa na widok porno ze zwie­rzę­tami. Maluch dzieli kre­ski na stole. Za oknem widać Pałac Kul­tury i Nauki, oświe­tlony na fio­le­towo.

- Kopę lat, Jacuś. - Wstaje, pod­cho­dzi do mnie, strzela swoją dło­nią o moją, pró­buje mnie objąć, cofam się o krok.

- Sią­dziesz? - pyta.

Kiwam głową. Patrzę na dziew­czynę.

- Ja jestem Marta - mówi, jakby żuła gumę, cho­ciaż nie ma nic w ustach.

- Marta, wyjdź - mówię do niej.

Maluch zatrzy­muje się, jakby ktoś znie­nacka zro­bił mu zastrzyk. Ona nie reaguje, patrzy na mnie przez chwilę, żując nie­wi­dzialną gumę.

- To moja dziew­czyna - mówi i opiera się dło­nią o blat, prze­chy­la­jąc głowę w prawo jak pies, który pró­buje zro­zu­mieć, co mówi do niego wła­ści­ciel.

Maluch naprawdę nazywa się Dawid, ale jest Malu­chem od momentu, gdy kie­dyś, w latach dzie­więć­dzie­sią­tych, wystą­pił w fil­mie Sta­wiam na wygraną. Była to kome­dia sen­sa­cyjna, akcja roz­gry­wała się w śro­do­wi­sku mło­dych i pięk­nych zło­dziei samo­cho­dów. Ci, któ­rzy jesz­cze pamię­tają ten film, twier­dzą, że był gor­szy nawet od dru­giej czę­ści Mło­dych wil­ków, tej z Anną Muchą i ułam­kiem w tytule.

Maluch grał tam dru­go­pla­nową rolę dur­nia o pseu­do­ni­mie "Maluch", nie­szczę­śli­wie zako­cha­nego w głów­nej boha­terce, którą grała woka­listka zespołu Big Day. Jego roz­terki miło­sne zakoń­czył śmier­telny postrzał otrzy­many od rosyj­skiego gang­stera, któ­rego grał Alek­san­der Bed­narz. Od tam­tej pory Maluch jest Malu­chem. Dla wszyst­kich, nawet dla tych, któ­rzy nie pamię­tają filmu.

Sam nie pamię­tam, jak wyglą­dał w fil­mie. Teraz wygląda źle. Ma pół­dłu­gie, prze­tłusz­czone włosy, zarost, wymiętą fla­ne­lową koszulę, oczy mówiące "nikogo nie ma w domu", przy­kle­jony, naprę­żony uśmiech. Ma trzy­dzie­ści cztery lata, jest współ­wła­ści­cie­lem czte­rech klu­bów w War­sza­wie. Ostat­nio otwo­rzył budę z wegań­skim jedze­niem - twier­dzi, że naj­waż­niej­sze w tym momen­cie jest dla niego zdrowe odży­wia­nie. Pomimo zdro­wego odży­wa­nia ma zepsute, brą­zowe zęby, poza przed­nimi dwoma, wsta­wio­nymi nie­dawno. Praw­dziwe stra­cił, gdy pod­szedł do grupy ochro­nia­rzy gdzieś na Sien­kie­wi­cza i zapy­tał, czy ruchają się w dupę. Teraz twier­dzi, że w ogóle tego nie pamięta.

Wali mnó­stwo towaru. Gdyby tylko pła­cił, byłby zna­ko­mi­tym klien­tem. Poza tym pije. Pije wię­cej, niż musi, a musi pić dużo. Dwa lata temu pękła mu śle­dziona. Ledwo go odra­to­wali. Ma długą i brzydką bli­znę na brzu­chu. Po pierw­szej pół­li­trówce lubi ją poka­zy­wać.

Ma długi, cho­ler­nie dużo dłu­gów. Nikt nie wie, ile i u kogo, łącz­nie z nim samym. Ja wiem o moim długu. Przy­sze­dłem o nim poroz­ma­wiać.

- Tra­cimy czas. Ja tracę czas - mówię do niego.

- Musimy być nie­mili? - pyta.

- Nie jeste­śmy nie­mili - odpo­wia­dam.

Przez chwilę jesz­cze stoi przy biurku, potem daje dziew­czy­nie znak głową, aby wyszła. Wycho­dzi powoli, powłó­czy nogami jak obra­żone dziecko, które po godzin­nych per­swa­zjach poszło odra­biać lek­cje. Nie zamyka za sobą drzwi. Maluch pod­cho­dzi i robi to za nią. Wraca do stołu, gestem podob­nym do zapra­sza­nia wska­zuje na usy­pane kre­ski. Kręcę głową.

- Ni­gdy nie bie­rzesz swo­jego towaru? - pyta.

- To mój towar? - pytam.

Wzru­sza ramio­nami. Kiedy wciąga do nosa, jego ciało na chwilę tężeje, zapada się w sobie, jakby miał skurcz. Gdy koń­czy, bie­rze butelkę wody, wylewa sobie odro­binę na dłoń i wciąga wodę. Wydaje przy tym obrzy­dliwy dźwięk, jakby powolne wysmar­ki­wa­nie się w palce.

- Kok­sik lubi pły­wać - mówi. - Podobno Łazuka tak mówił.

- Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję - infor­muję go.

Siada. Uśmie­cha się. Ja nie. Ma w sobie coś z hieny, z brzyd­kiego i cho­rego zwie­rzę­cia. W pew­nym sen­sie jest moim błę­dem. Być może powi­nie­nem lepiej go wyczuć, uważ­niej go obser­wo­wać, wcze­śniej ska­so­wać mu linię kre­dy­tową.

Dzia­łam jak bank - jeśli klient jest okej, jeśli kupuje u mnie regu­lar­nie, za wystar­cza­jąco dużo forsy, jeśli nie spóź­nia się z płat­no­ściami, wtedy ja mam przy­go­to­wane dla niego oferty. Debety, linie kre­dy­towe, pro­mo­cje. Jeśli ktoś kupuje u mnie towar za dzie­sięć tysięcy tygo­dniowo - a jest takich kil­ku­na­stu, i nie są to dla nich wiel­kie pie­nią­dze - a potem dzwoni i mówi o nagłym pod­ży­ro­wa­niu kre­dytu, nie­roz­strzy­gnię­tym prze­targu, szyb­kiej inwe­sty­cji, i prosi mnie o debet na dzie­więć­dzie­siąt tysięcy, wtedy się zga­dzam. To kwe­stia oceny tej osoby. W więk­szo­ści przy­pad­ków się nie pomy­li­łem. W przy­padku Malu­cha - tak. Cho­ciaż to była też kwe­stia przy­sługi. Wie, kim jestem, a wpusz­cza mnie do każ­dego ze swo­ich klu­bów. Nie jest to konieczne, ale jest miłe.

- Słu­cham two­jej pro­po­zy­cji - mówi.

- Lubię ten klub - odpo­wia­dam.

- Co w nim lubisz? - pyta.

- To, że przy­cho­dzi tu coraz wię­cej ludzi, i nie są to bro­date bru­dasy deli­be­ru­jące godzi­nami nad jedną wódką - odpo­wia­dam.

- Też go lubię. - Kiwa głową.

Jakby jakaś nie­wi­dzialna ręka powoli ryso­wała na jego twa­rzy ślady zro­zu­mie­nia, wypi­sy­wała mu w środku głowy "Mane, tekel, fares". Muzyka z pię­tra niżej wypeł­nia pomiesz­cze­nie jak brudny obłok. Na dole tań­czą duchy, nie roz­ma­wiają, nie widzą sie­bie nawza­jem, bawią się źle.

- Powiedzmy, że potrak­tu­jemy mój dług jako kupie­nie udzia­łów - mówię mu.

- Kurwa, Jacuś, ja mam dla cie­bie w przy­szłym tygo­dniu trzy­dzie­ści koła. - Zrywa się z miej­sca. - Na bank, uga­dane. Zro­bi­li­śmy taki deal z jedną whi­sky... Mam wpływ na fir­mowe, spo­koj­nie.

- Potrak­tujmy mój dług jako kupie­nie udzia­łów - powta­rzam. - Jestem tu tylko pośred­ni­kiem. Powiedzmy, że udziały prze­szłyby w ręce kogoś, kto jest moim kolegą, któ­rego lubię i który ma doświad­cze­nie w pro­wa­dze­niu lokali gastro­no­micz­nych.

- Kurwa, Jacuś. - Przy­suwa się do stołu. - Nie róbmy tutaj, kurwa, Prusz­kowa.

- Ja miał­bym z tego pewien pro­cent w zyskach - mówię. - No i, wiesz, wpusz­czał­bym tu cza­sami jakieś pie­nią­dze.

- Ja nie mogę ci tu nic uprać, stary, wiesz, jak jest. Progi podat­kowe. Zabójca gastro­no­mii. Ludzie się zasta­na­wiają, dla­czego w Pol­sce nie ma gwiaz­dek Miche­lin - odpo­wiada i widzę, że zaczy­nają mu drżeć ręce.

- Dzie­więć­dzie­siąt tysięcy to jest sporo kasy - przy­po­mi­nam mu - nawet dla ujem­nego milio­nera.

- Nie mogę, Jacuś, kurwa, pro­szę - mówi bła­gal­nie.

Boi się, a towar i wóda pom­pują w nim ten strach, roz­grze­wają mu brzuch i mózg. Widzę po nim, jak pod­nosi mu się tem­pe­ra­tura, jak dostaje gorączki. Ale wciąż pró­buje przy­kleić sobie uśmiech, który poja­wia się i znika na jego twa­rzy co kil­ka­na­ście sekund jak błąd mon­ta­żowy. Wciąż pró­buje żar­to­wać.

- Nie trak­tuj tego jako wyboru - mówię. - Potrak­tuj to tak, że wycią­gam do cie­bie rękę. Lubię cię. Chcę ci pomóc. Prze­wró­ci­łeś się pijany na ulicy, ktoś cię okradł, wpier­do­lił ci, a ja chcę cię pod­nieść, zapro­wa­dzić na chatę, prze­ki­mać cię na kana­pie.

Ktoś puka do drzwi.

- Otwórz - mówię. - Jestem dobrym czło­wie­kiem - dodaję.

Ktoś puka ponow­nie.

- Wpuść - mówię.

- Tak?! - pyta gło­śno Maluch, zwra­ca­jąc się w stronę drzwi.

Wstaje, prze­ciąga się, otwiera sto­jącą na regale butelkę whi­sky, nalewa sobie tro­chę do szklanki. Wypija łyk. Podaje mi. Kręcę głową.

- Pocze­kaj chwilę - mówi.

Do środka wcho­dzi ochro­niarz. Od razu widzę, że to pies. Sze­roki, krótki facet z gębą, która pomimo braku zaro­stu zawsze będzie wyglą­dać jak pięć minut po zgo­le­niu wąsów. Polar, bojówki. Buty do wspi­naczki. Krótka szyja. Pies na sto pro­cent, dora­bia­jący. Obrzu­camy się przez chwilę wzro­kiem, jego spoj­rze­nie jest tępe jak stara łyżka. Razem z nim przy­szło dwóch wychu­dłych chłop­ców: oby­dwaj w obci­słych spodniach, ful­l­ca­pach, z tune­lami w uszach i całą resztą pstro­ka­tych atry­bu­tów gim­na­zjal­nej mło­dzieży. Za nimi, na deser, zja­wiła się dziew­czyna iden­tycz­nego wzro­stu i postury, róż­niąca się od nich jedy­nie dłu­go­ścią wło­sów.

- I co się stało? - pyta Maluch komicz­nym tonem Pana Kleksa, Kor­czaka z pęk­niętą śle­dzioną; opiera się o szafkę i wpa­truje się w tę trójkę uszko­dzo­nych nasto­lat­ków.

Chłopcy spusz­czają głowy, patrzą tylko na sie­bie nawza­jem, dziew­czyna rów­nież pró­buje zła­pać z nimi kon­takt wzro­kowy, ale oni wymy­kają się jej spoj­rze­niu, jakby się jej wsty­dzili.

- My już sobie pój­dziemy - mówi w końcu jeden z nich.

Brzmi, jakby wła­śnie prze­cho­dził muta­cję.

- No nie wiem, czy tak prędko sobie pój­dzie­cie - odpo­wiada Maluch.

- Naprawdę. Już nic nie mamy. To była pomyłka - dodaje ten drugi.

- Spu­ścili w kiblu - mówi ochro­niarz.

- Zawsze można zro­bić test - odpo­wiada Maluch.

Widzę, jak ochro­niarz się uśmie­cha. Patrzę na zega­rek. Tracę czas. Ale dam Malu­chowi jesz­cze chwilę. Niech poczuje, że ma odro­binę kon­troli nad rze­czy­wi­sto­ścią. Niech poczuje się tro­chę pew­niej. To ten typ czło­wieka, któ­remu strach sznu­ruje cały prze­wód pokar­mowy i krtań aż do końca języka. Gdy naprawdę się boi, milk­nie, wyłą­cza uszy, prze­staje rozu­mieć. Niech wróci na zie­mię. Niech się otwo­rzy. Wtedy powtó­rzę mu jesz­cze raz to samo, co powie­dzia­łem mu przed chwilą.

- Czy ty widzisz - pyta mnie Maluch - czy ty widzisz, że tu roz­grywa się bitwa o przy­szłość i dusze dzi­siej­szej mło­dzieży? Popatrz na nich, ile oni mają lat? Powinni grać w piłkę, jeź­dzić pod namiot, cokol­wiek, kurwa, powinni pisać wier­sze i grać w zespo­łach, a oni non stop sie­dzą, kurwa, na insta, a jeśli ruszają tyłki, to żeby wcią­gać koks w moim kiblu, w moim klu­bie. Zaraz pew­nie zaczę­liby robić sło­neczko, gdyby nie wszedł tam Janek. Czy ty widzisz w ogóle, co się z nimi, kurwa, dzieje? Nie masz ochoty cze­goś z tym zro­bić?

- Nie uczę w szkole - odpo­wia­dam.

- My już naprawdę idziemy. Prze­pra­szamy - mówi dziew­czyna.

Ma cichy, łagodny głos kogoś, kto prze­pra­sza wszyst­kich za wszystko przez całe swoje życie.

- Dawać to, co wam zostało - mówi Maluch.

- Nic nam nie zostało - odpo­wiada jeden z chło­pa­ków.

- To dawać port­fele - mówi Maluch.

- Ej, bez prze­sady, kurwa - mówi drugi, sta­ra­jąc się pod­nieść głos.

- Janek, pokaż mu bla­chę - prosi Maluch.

Pies grze­bie w spodniach, po chwili wyciąga odznakę. Obraca ją przez chwilę w gru­bych, bul­wia­stych pal­cach jak kartę do gry. Pod­tyka ją chło­pa­kowi pod nos. Ten lekko tężeje, robi krok do tyłu. Jest mu bar­dzo gorąco, widać to. Janek, czy jak on się tam nazywa, bie­rze odznakę do ręki. Chowa ją do tyl­nej kie­szeni spodni.

- Port­fele i to, co zostało - powta­rza Maluch.

Dziew­czyna znów chce, aby tamci na nią popa­trzyli, ale nie potra­fią. Sięga do torebki. Zaczyna w niej szybko grze­bać. Maluch bie­rze do rąk port­fele i worek towaru. Towar chowa do kie­szeni, zaczyna prze­glą­dać port­fele. W jed­nym znaj­duje dwie­ście zło­tych. Podaje je Jan­kowi. Chło­pak kiwa głową jesz­cze raz. Dziew­czyna zaczyna cicho pła­kać. Janek, jakby nagle ktoś go włą­czył, zgniata dwie stówy, wkłada je do kie­szeni spodni i idzie w kie­runku drzwi. Zanim wyj­dzie, odwraca się do Malu­cha.

- To jest do zała­twie­nia, o co pro­si­łeś. To kopyto - mówi, patrząc raz na mnie, raz na niego.

- Poga­damy póź­niej - odpo­wiada Maluch.

- W każ­dym razie to jest do zała­twie­nia - powta­rza pies; ma głos i wymowę, jakby trzy­mał w ustach kulę z chleba.

Nie­po­strze­że­nie kiwa głową. Wycho­dzi.

- To nie jest miej­sce, do któ­rego byle łach z gim­na­zjum może przyjść i się naćpać, rozu­miesz? To jest, kurwa, klub w cen­trum War­szawy, tu są zapra­szani DJ-e z zagra­nicy, są kon­certy, to nie jest dys­ko­teka "Egipt" pod Piź­dzi­cho­wem - mówi Maluch do jed­nego z chło­pa­ków.

Ten odpo­wiada kiw­nię­ciem głowy. Jest wciąż prze­ra­żony, ale myśli o tym, że wszystko dobrze się skoń­czyło. W jego żołądku ulga i strach biją się z zesta­wem z McDo­nalda i pię­cioma wypi­tymi bro­wa­rami.

- Jak rozu­miesz, to spier­da­laj - mówi Maluch i zaczyna dzie­lić kolejne kre­ski.

Kątem oka widzę, że ta trójka jesz­cze stoi, jakby nie rozu­miała po pol­sku, tylko cały ten czas kiwała gło­wami, jak prze­stra­szony Japoń­czyk przy kasie na pol­skim dworcu.

- Spier­da­laj - powta­rza i dopiero wtedy szybko wycho­dzą, zosta­wia­jąc za sobą otwarte drzwi.

Maluch wstaje i je zamyka.

- Boisz się cze­goś? - pytam i dodaję: - Nie sądzę, abyś miał się cze­go­kol­wiek bać.

- Nie, niczego - odpo­wiada, patrząc na mnie pyta­jąco.

Strach zatyka go z powro­tem od razu, gdy tylko mu o tym przy­po­mnia­łem.

- To po co ci pisto­let? - pytam go spo­koj­nie.

- Ty nie masz pisto­letu? - pyta.

Nie odpo­wia­dam.

- Słu­chaj, dam ci tydzień. Pomyśl. Wiesz, ja wiem, że zale­gasz z czyn­szem. Że spół­dziel­nia ma pro­blem. Że wisisz pie­nią­dze mia­stu. Że parę osób chcia­łoby, żeby ktoś to wszystko ure­gu­lo­wał. Że zaraz masz gło­so­wa­nie o kon­ce­sję - spo­koj­nie mówię mu o tym, co wiem.

Nie patrzy na mnie. Siada przy sto­liku. Wciąga kre­skę. Po chwili pod­nosi głowę.

- Mogę dać ci dzi­siaj dzie­sięć tysięcy. Utarg z tygo­dnia - mówi.

Na twa­rzy wciąż ma przy­kle­jony uśmiech, ale w jego spoj­rze­niu jest jakaś nie­okre­ślona prośba.

Wstaję i pod­cho­dzę do drzwi.

- Daję ci tydzień. Nie dzwoń w innej spra­wie niż "mam" - mówię.

Zosta­wiam go zasty­głego, przy­kle­jo­nego do blatu w swoim biu­rze i wycho­dzę na zewnątrz. SMS od Paziny: Musia­łam iść, zadzwo­nie jutro. Cho­wam tele­fon do kie­szeni, idę na dół, w kie­runku baru. Roz­glą­dam się przez chwilę, odru­chowo szu­ka­jąc Beaty. Ale ona już poszła, nie ma jej, zosta­wiła swo­ich ludzi, któ­rzy roz­pro­szyli się po "Betle­jem", two­rząc nowe grupki i kon­fi­gu­ra­cje. Pyta­nie, czy wyszła wła­śnie dla­tego, że zoba­czyła mnie w tłu­mie, poja­wia się na chwilę w moich myślach, ale zaraz znika. Zdmu­chuję je jak zapałkę. Takie pyta­nia spra­wiają, że nie zauważę tego samo­chodu, który powi­nie­nem zauwa­żyć, poroz­ma­wiam z kimś, z kim nie powi­nie­nem roz­ma­wiać, odbiorę tele­fon, któ­rego nie powi­nie­nem ode­brać.

Jesz­cze przez chwilę, dosłow­nie przez uła­mek sekundy, myślę o tym, gdzie mogła pójść i z kim. Z kim dzi­siaj będzie w łóżku. Ale to też znika. Bar­dzo szybko. Potem już tylko prze­py­cham się przez tłum do wyj­ścia, po dro­dze podaję ręce, patrząc przez twa­rze, jakby były prze­zro­czy­ste, nie liczę, ile razy, nie wiem komu. To nie­do­brze, że nie wiem komu, bo powi­nie­nem ich wszyst­kich roz­po­zna­wać, zapi­sać to w gło­wie, kto to był, w jakiej kolej­no­ści. Ale zaczy­nam być zmę­czony. To tylko ludzie z hip­ster­skiego klubu. Nie mają żad­nego zna­cze­nia.

Naj­gor­sze jest to, że tra­ci­łem dzi­siaj bar­dzo dużo czasu.

1:50

- No ale ten ban­ko­mat jest zaraz na rogu, kurwa, stary. No weź. No pro­szę cię - mówi.

- Nie jestem tak­sówką - odpo­wia­dam.

- Kurwa, no ale jak mam ci zapła­cić?

- Jesz­cze nie musisz mi pła­cić, bo jesz­cze nic nie dosta­łeś - odpo­wia­dam.

On nic nie mówi.

- Zawsze tak z tobą jest - dodaję.

- Wezmę dwie - mówi.

Dzwoni mój tele­fon, odbie­ram.

- Cze­kamy tutaj już pół godziny - mówi głos w tele­fo­nie.

- Pocze­kaj­cie jesz­cze chwilę, jadę - odpo­wia­dam.

Wyrzu­cam go przy ban­ko­ma­cie. Cze­kam. Nie lubię tej nocy. Pra­wie nic się nie zga­dza, nic się nie udaje. Jest coś nie­cie­ka­wego w powie­trzu, coś, co nie pozwala dopro­wa­dzić spraw do końca, coś, co wyzwala złe intu­icje. Jakby ktoś uru­cho­mił zły pro­gram rze­czy­wi­sto­ści, pro­gram, któ­rego pro­ce­dury muszą być dopro­wa­dzone do końca - aż do kom­plet­nego kra­chu.

Otwie­ram bez­gło­śnie usta. Wyplu­wam to. Nie wie­rzę w intu­icję. "Nie ma cze­goś takiego jak intu­icja - powta­rzam sobie w myślach. - Intu­icja to po pro­stu prze­jaw oso­bo­wo­ści para­no­idal­nej" - powta­rzam jesz­cze raz, biorę głę­boki oddech. Intu­icja to tylko chu­cha­nie w trzy­mane w dłoni kości. Nic wię­cej.

Naj­pierw przez pięt­na­ście minut nie mógł zna­leźć mojego samo­chodu. Nie wiem, od kogo ma mój numer. Jest typem czło­wieka, o któ­rym nie potra­fię powie­dzieć, czy jest fabrycz­nym dur­niem, czy zgłu­piał po dro­dze. Wszystko jest w nim skre­ty­niałe i uszko­dzone, wygląda jak postać, która ma paro­dio­wać jakiś typ czło­wieka w pol­skim serialu tele­wi­zyj­nym, pra­cow­nika agen­cji rekla­mo­wej albo ope­ra­tora, ale ta paro­dia jest nie­śmieszna. Chce wyglą­dać dobrze, ale jest źle ubrany i ucze­sany, źle mówi, zacho­wuje się nie tak jak trzeba. To mogłoby prze­ko­nać kobietę spod Prze­my­śla, która wysyła prze­pisy na pastę z podro­bów do pisma "Przy­ślij prze­pis", a w sobot­nie wie­czory ogląda mara­tony kaba­re­towe. Ale dla mnie, dla ludzi stąd, coś się nie zga­dza.

Cho­ciaż - podobno - wszy­scy go bar­dzo lubią.

- Ej, kartę mi zja­dło - mówi, otwie­ra­jąc drzwi. - Kurwa, przy­się­gam. Połknął mi kartę, pier­do­lony.

- Wsia­daj - mówię, cho­ciaż przez dwie sekundy wal­czę z tym, aby wyjść z samo­chodu, zła­pać go za mazak i trza­snąć nim o maskę.

- Co teraz? - pyta, ner­wowo roz­glą­da­jąc się dookoła.

- No wła­śnie, co teraz? Mia­łeś kupić dwie - odpo­wia­dam.

- Mam goto­wi­znę na cha­cie - mówi.

- To czemu nie zsze­dłeś z nią od razu? - pytam.

- Teraz mi się przy­po­mniało. Mam odło­żone na miesz­ka­nie - mówi.

- Osiem stów - mówię mu.

- Mam tyle - odpo­wiada.

Po chwili zatrzy­mu­jemy się pod kamie­nicą na Fil­trach. Wycho­dzi z tak­sówki, trza­ska­jąc drzwiami. Jest naćpany po uszy. Jego ciało pod­ska­kuje jak odlane z gala­rety, jakby ktoś z boku co chwila deli­kat­nie nim potrzą­sał.

- Pocze­kasz, czy idziesz ze mną? - pyta.

- Pocze­kam - odpo­wia­dam.

- Ale to może chwilę potrwać - mówi.

Wzdy­cham jesz­cze raz. Wysia­dam i idę za nim. Jesz­cze parę godzin tej nocy; cze­kam na jej koniec jak na wypłatę, jak na tele­fon ze szpi­tala. On otwiera drzwi, wcho­dzimy na podwórko, wpi­suje kod do domo­fonu, myli się przy tym trzy razy, po czym wcho­dzi do środka.

- Może PIN też wpi­sy­wa­łeś źle? - pytam go.

- Że co? - pyta, odwra­ca­jąc się do mnie; zza rogo­wych oku­la­rów prze­bija się wzrok kogoś, kto nie zna związku przy­czy­nowo-skut­ko­wego mię­dzy nożem, masłem i chle­bem.

- Już nic - odpo­wia­dam.

Wcho­dzimy na górę, on otwiera drzwi; to duże, prze­stronne miesz­ka­nie, całe zawa­lone przed­mio­tami, ubra­niami, kar­to­nami. Na kana­pie sie­dzi dwóch jego kum­pli. Są śred­nio przy­tomni, ale jesz­cze potra­fią zała­pać, że coś się zmie­nia, że jest przed nimi obca osoba. Pod ścianą stoją szta­lugi, anty­ramy, obrazy na płót­nie.

- Moja dziew­czyna wła­śnie się wypro­wa­dziła - tłu­ma­czy, zakre­śla­jąc jed­no­cze­śnie ruchem ręki cały ten pier­dol­nik.

- Nie wzięła ze sobą rze­czy? - pytam.

- No wła­śnie nie - odpo­wiada.

Sia­dam na krze­śle i cze­kam, aż znaj­dzie pie­nią­dze. Jego kum­ple sie­dzą naprze­ciwko, tak­sują mnie otę­pia­łymi, znu­dzo­nymi spoj­rze­niami zwie­rząt. Jeden duży, umię­śniony, misio­waty, drugi chudy, spło­szony, z wklę­słą klatką pier­siową i roz­bie­ga­nymi oczami. Obaj ubrani podob­nie, w bluzy Car­hartt, czapki z dasz­kiem, buty Supra. Peł­no­letni hip-hopowcy. Jed­nego z nich koja­rzę z imprez, na któ­rych chyba pusz­cza cudzą muzykę.

- Sie­masz - mówi ten więk­szy.

- Cześć - odpo­wia­dam.

- Kurwa, były tu! Były tu prze­cież! - sły­szę jego krzyki z sypialni. - Gdzie jest, kurwa, ten becel? Gdzie pie­nią­dze są?

- Gdzie pie­nią­dze są?! - powta­rza drugi i zaczyna się śmiać. - Gdzie te pie­nią­dze są?! - zaczyna się drzeć.

- Weź, cicho bądź, kurwa - mówi mój klient.

Prze­stają zwra­cać na niego uwagę. Jeden z nich włą­cza jakiś fil­mik na YouTube. Na fil­miku jest jakiś przed­sta­wiony od pasa w dół idiota, który cho­dzi po miesz­ka­niu w samych sli­pach Calvina Kle­ina i z ewi­dentną wadą wymowy pokrzy­kuje coś o bogac­twie.

- A z czego zapła­cisz? - pyta ten drugi, chud­szy, który wciąż na mnie patrzy.

- Stary mi prze­leje, kurwa! - odkrzy­kuje. - Jutro mi prze­leje prze­cież, ja pier­dolę! Dzwo­nię do niego i mówię, żeby prze­lał, to prze­lewa.

Stary mu prze­leje. Tak, prze­cież kie­dyś mówił mi coś o sobie i swoim sta­rym. Mówił, że jego ojciec ma fabrykę pod Wro­cła­wiem robiącą klamki do okien. Że gdy skoń­czy trzy­dzie­ści pięć lat, będzie cze­kać na niego pięć­dzie­siąt milio­nów zło­tych. Tak, mówił coś, że jeź­dzi fer­rari, cho­ciaż pra­cuje w jakiejś gale­rii czy gdzieś tam, czy jest bile­te­rem w teatrze, czy cokol­wiek, i zara­bia tam, tak jak wszy­scy, mak­sy­mal­nie dwa tysiące mie­sięcz­nie brutto, czyli śmie­ciówkę.

Za kanapą stoi obraz. Na bia­łej, zagrun­to­wa­nej powierzchni czarne, dru­ko­wane litery: KTO BOGA­TEMU ZABRONI?

- To malo­wała twoja dziew­czyna? - pytam.

- Nie, ona nie jest już moją dziew­czyną - mówi, wra­ca­jąc do salonu.

Otwiera szu­fladę jed­nej z komód. Wyrzuca z niej skar­petki, gacie, nie­które jesz­cze w opa­ko­wa­niach, tak jakby cho­dził do H&M lub Zary i raz na parę mie­sięcy robił zapasy bie­li­zny na parę lat.

- Zobacz lepiej to. - Ten drugi włą­cza tele­dysk jakie­goś pol­skiego rapera.

Nie wiem za dużo o pol­skim hip-hopie i nie mam potrzeby posze­rza­nia mojej skrom­nej wie­dzy. Słu­cha­łem paru pio­se­nek, które miały na celu poka­zać tym, któ­rzy nie wie­dzą, jak jest naprawdę, jak naprawdę jest. Jeśli jest tak, jak w tych pio­sen­kach, to żyjemy naprawdę w tro­chę innym świe­cie. Ta, którą włą­cza, jest o face­cie, który pali papie­rosy, nie ma pie­nię­dzy i ucieka z siłowni do kolegi, aby się nawcią­gać. Opi­suje, jak pije kom­pot, patrząc przez okno, i się boi.

Śmieją się z tego kawałka, ale znają go na pamięć. Dopo­wia­dają koń­cówki zwro­tek.

Jest druga w nocy. Pie­nią­dze prze­cie­kają mi przez palce. Ta noc przy­po­mina sta­nie w ogrom­nym korku. Po dru­giej stro­nie Wisły czeka na mnie czte­rech obie­cu­ją­cych nar­ko­ma­nów pra­cu­ją­cych od nie­dawna w dziale audytu w PwC. Chyba dostali pre­mie, chcą towaru za dwa koła. Mia­łem być u nich dwa­dzie­ścia minut temu. Co mnie, kurwa, obcho­dzą lęki faceta ze ściany wschod­niej, sior­bią­cego kom­pot w swo­jej kawa­lerce w piąt­kową noc, gdy za oknem tak­sów­ka­rze wiozą do bur­deli lokal­nych kró­lów branży uty­li­za­cyj­nej.

- Ale beka - mówi jeden z nich.

- Dawno temu się roz­sta­li­ście? - pytam go, patrząc, jak wywala na pod­łogę kolejną szu­fladę.

- Dwa tygo­dnie - odpo­wiada, nie patrząc na mnie.

- Czemu? - pytam.

- Nie sprzą­tała. - Odwraca się do mnie z tym swoim spoj­rze­niem kogoś, kogo codzien­nie rano zadzi­wia fakt, że budynki na uli­cach na­dal są jakimś cudem przy­mo­co­wane do ziemi, zamiast odle­cieć w kosmos.

- Kocha­li­ście się? - pytam.

- Zaje­bi­ście się ruchała - odpo­wiada - ale miała tro­chę nie tak w bani.

- Co to zna­czy? - pytam.

- Ale co? - odpo­wiada pyta­niem na pyta­nie.

- Że miała nie tak w bani - odpo­wia­dam.

- Czę­sto ryczała bez powodu - mówi - No i jak była młod­sza, to się cięła. I inne takie.

- Dużo roz­ma­wia­li­ście? - pytam.

On wywala ostat­nią szu­fladę. W końcu coś znaj­duje i chyba są to moje pie­nią­dze, bo jego gala­re­to­wate ciało pod­ska­kuje, a on sam odru­chowo klasz­cze w dło­nie.

- Jest! Kurwa! - krzy­czy.

- Bar­dzo się cie­szę - infor­muję go.

Odwraca się do mnie, trzyma w ręku wachlarz ze stów, na oko jakieś dwa tysiące, wyj­muje z niego osiem stów, daje mi, wkła­dam je do kie­szeni. Wyj­muję dwie samary, podaję mu do ręki. Zaci­ska je w pię­ści, jakby nie do końca wie­rzył w swój odruch chwytny.

- Może powin­ni­ście wię­cej ze sobą roz­ma­wiać - mówię.

- Ona dużo gada - odpo­wiada. Roz­gląda się po miesz­ka­niu. - Musi przy­je­chać po te rze­czy. Ma to zro­bić od tygo­dnia, ja pier­dolę.

- Zawieź je jej - mówię.

- To ona się wypro­wa­dza - odpo­wiada.

Już wiem, dla­czego nie mogę na niego patrzeć. Nie dla­tego, że jest głupi, i nie dla­tego, że pod­ska­kuje przede mną jak coś pobu­dzo­nego i pozba­wio­nego mię­śni, jak naelek­try­zo­wany kisiel.

Nie mogę go znieść, bo jest taki jak dzie­siątki tysięcy kolesi w War­sza­wie.

Ma kutasa, ale nie jest męż­czy­zną. Nie sza­nuje kobiet. Nie słu­cha ich. Pie­przy je po to, aby odzna­czyć kolejną kre­skę na ścia­nie, poza­cie­rać ręce przez chwilę, że teraz jest ich już trzy­dzie­ści sie­dem, a nie tylko trzy­dzie­ści sześć. Jest ciotą, któ­rej trzeba pod­cie­rać dupę, goto­wać obiadki, robić za nią pra­nie. Wszystko, co mówi, brzmi piskli­wie jak prośby małego dziecka o zabawkę. Tym gło­sem, pozor­nie niskim, ale ze scho­wa­nym gdzieś pod spodem piskiem, każ­demu opo­wiada wszystko. Przy­kleja się do ludzi lep­kimi, trzy­ma­nymi przed­tem w gaciach palu­chami, wpy­cha im do głów wąt­pli­wej jako­ści infor­ma­cje, aby wzbu­dzić ich zaufa­nie. Żon­gluje sekre­tami. Krótko trzyma w ustach, a następ­nie wypluwa wsty­dliwe fakty. Kła­mie. Łasi się. Wije. Jest miękki. Jest z tego złego miotu, który ni­gdy nie ma wła­snej myśli, suchej ręki, peł­nego wzwodu.

- Niech spier­dala. Nie będę za nią latał. Przez rok żyła za mój hajs - mówi, dzie­ląc kre­ski na sto­liku.

Tamci dwaj odry­wają się od lap­topa i przy­su­wają do niego, roz­cią­ga­jąc się jak przed serią ćwi­czeń.

- Gdzie pie­nią­dze są? - powta­rza ten drugi i się śmieje.

Tak samo ten trzeci.

- No wła­śnie, gdzie pie­nią­dze są - odpo­wia­dam.

- Na razie - mówi kiślo­waty.

Obok obrazu z napi­sem KTO BOGA­TEMU ZABRONI? jest jesz­cze jeden. Przed­sta­wia małe dziecko, sto­jące na san­kach na szczy­cie góry. Dziecko jest tylko kon­tu­rem. Niebo jest czer­wone jak świeża krew. U pod­nóża góry czai się wście­kły pies, nary­so­wany gniew­nymi kre­skami, roz­lany, jakby był w trak­cie trans­for­ma­cji w breję. Patrzę na niego przez chwilę, pro­wa­dzi mnie gdzieś, ale jesz­cze nie wiem gdzie, w nie­ja­sne wspo­mnie­nie, w obce miej­sce.

- Chcesz kupić? - pyta kiślo­waty.

- Kupić? - odpo­wia­dam.

W końcu siada na kana­pie obok swo­ich zio­mów, wciąga kre­skę, odrzuca głowę do tyłu i wypija hau­stem szklankę whi­sky.

- Dwa koła i jest twój. Ona aku­rat tyle mi leci za rachunki - mówi.

- Nie wiem. Może - odpo­wia­dam.

- Wyświad­czył­byś jej przy­sługę - mówi. - Kurwa, zedrę z niej ten hajs. Wyjmę jej go z dupy.

- Gdzie pie­nią­dze są? - pyta jeden z jego koleż­ków i od razu wybu­cha śmie­chem, patrząc niby na mnie, ale tak naprawdę przeze mnie, gdzieś daleko, w coś nie­wi­docz­nego.

4:10

- Za dzie­sięć minut u rusków - mówi Stryj i roz­łą­cza się.

Mia­łem jechać do domu. Mia­łem jechać do domu i pójść spać. Zażyć tabletkę, wypić her­batę, poło­żyć się do wanny. Zasnąć w wan­nie. Po dwóch godzi­nach prze­nieść się do łóżka, jesz­cze na trzy godziny. Włą­czyć cicho muzykę. Debussy'ego. Miało mi się nic nie śnić. Mia­łem odpo­cząć.

Oddzwa­niam do niego. Odbiera.

- Co to zna­czy za dzie­sięć minut? - pytam. - Ja jadę do domu, kurwa!

- Nie jedziesz do domu - mówi i znów się roz­łą­cza.

U rusków, czyli w budyn­kach sta­rej radziec­kiej amba­sady przy Sobie­skiego. Jest tam klub, knajpa, jak zwał, tak zwał, trudno to nawet okre­ślić - klub, o któ­rym wie nie­wiele osób, klub, do któ­rego wcho­dzi się, dzwo­niąc przez domo­fon. Z reguły nie wpusz­czają nikogo. Cza­sami wynaj­mują to miej­sce na różne imprezy, w rodzaju uro­dzin lub pęp­kó­wek, ale na co dzień to miej­sce spo­tkań rusków. W opu­sto­sza­łych dzie­się­cio­pię­trow­cach, przy­po­mi­na­ją­cych szare, mar­twe, wycią­gnięte palce, miesz­kali kie­dyś ludzie radziec­kiego wywiadu. Teraz nie mieszka tam nikt. Klub działa dalej. Przy ulicy cały czas zatrzy­mują się samo­chody na rosyj­skich reje­stra­cjach. Cza­sami stoją tam nawet po parę dni. W mię­dzy­cza­sie nikt nie wcho­dzi. Nikt nie wycho­dzi. Zmie­niają się tylko straż­nicy sto­jący na bram­kach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki