Ślepa sprawiedliwość - Artur Landsberger

Reflow text when sidebars are open.
Pani Turel weszła do pokoju, zatrzymała się przy drzwiach i odezwała się:
- Panowie dzwonili?
- Pani jesteś ajentką hotelową? - zapytał Marot - a Harvey dodał:
- Tak młoda dama na tak odpowiedzialnem stanowisku?
- Czy pan sądzi, że ma monopol na mądrość, mister Harvey?
- Pani mnie zna? - zresztą nie jestem wcale tak stary jak pani przypuszcza.
- Wcale się nad tem nie zastanawiam.
Marot przerwał zniecierpliwiony:
- Czy nie zechce pan damie powiedzieć, pocośmy dzwonili?
- Ależ tak! a więc panno...!
Nazywam się Turel.
- Panno Turel! Jesteśmy niespokojni - to znaczy mój przyjaciel...
Przedstawił go - Andree Marot jest niespokojny.
- I pan też. Przyznaję.
- Czy mogę się wreszcie dowiedzieć, dlaczego panowie są niespokojni?
- Pani Marot opuściła swego męża przed godziną.
- Po sprzeczce? Z powodu zazdrości? Po przyłapaniu na niewierności? Z pakunkami? W aucie? Czy miała przy sobie pieniądze? - A więc niechże panowie przemówią wreszcie. Wszak bez powodu pańska małżonka nie porzuciła pana o północy.
- Powód miała - powiedział Marot. - Mister Harvey wmówił w nią nową amerykańską fryzurę.
- A więc prawdopodobnie udała się do fryzjera.
- Doskonale! - powiedział Harvey nie bez ironji. Ale co nas niepokoi - jeszcze nie powróciła.
- Dobra godzina dla nowej fryzury, to zupełnie normalne. - Mister Harvey i Marot odetchnęli z ulgą. - Zresztą, czemu panowie nie zadzwonili do hotelowego fryzjera?
- Czemu pan tego nie zrobił? - spytał się Harvey - a Marot odpowiedział:
- Ponieważ tak samo o tem nie pomyślałem jak pan.
- Pan pozwoli - powiedziała pani Turel do Amerykanina i wyjęła mu z rąk słuchawkę.
- Proszę bardzo - odpowiedział Harvey, prędko się jednak poprawił i wskazując na swego przyjaciela odezwał się: pokój należy do państwa Marot.
Pani Turel rozmawiała już z Franciszkiem Robertem, który chciał jej opowiedzieć wszystkie plotki hotelowe, ale pani Turel przerwała:
- Na to czas później. Powiedz mi pan czy przed godziną nie była u pana pewna dama, której zrobił pan amerykańską fryzurę.
- Nie! - odpowiedział Robert tak głośno, że obaj panowie to usłyszeli i zawołali zrozpaczeni:
- Wielki Boże!
- Nie naśladuję nikogo! - ciągnął dalej fryzjer.-Wszystkie moje fryzury to mego własnego pomysłu...
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Dyrektor hotelu "Excelsior Regina" stosował się do konjunktury. Wielcy książęta i koronowane głowy, które kiedyś dodawały blasku temu hotelowi wyszły już z mody. Gwiazda z Folies Bergere zwracała dziś na siebie większą uwagę, niż ongiś cesarzowa Eugenja. Ponieważ jednak zalewający świat Amerykanie tak jak w Wiedniu o starego cesarza Józefa, tak tutaj w okolicy Mentony, wciąż się jeszcze dopytywali o starą Eugenję, więc łaskawie pozwolono jej jeszcze żyć i od czasu do czasu pokazywano na promenadzie starą damę, która nic nie miała przeciwko temu, by odgrywać rolę cesarzowej Eugenji, a na wyżynach ludzkości znajdowali się zdaniem dyrektora hotelu obecnie tylko Amerykanie.
Mister Harvey i państwo Marotowie windą dojeżdżali do swych apartamentów, a dyrektor hotelu gwałtownie dzwonił po hotelową ajentkę panią Lily Turel. Po dziesięciu minutach zgłosiła się wreszcie przy aparacie.
- Kochana Turel! - ofuknął ją. - Jesteś pani młodą, przystojną i wedle opinji profesora, który mi panią polecił, doskonałym prawnikiem. Ale cóż się ma z tego wszystkiego, skoro pani znika wtenczas, kiedy się pani potrzebuje.
- Kochany dyrektorze, - odpowiedziała pani Turel, - rzecz polega na tem, że jestem zawsze tam, gdzie powinnam być.
- A teraz?
- W entrosolu.
- Tak!? - jeśli tak, chcę pani zdradzić tajemnicę, że przed kwadransem zamieszkał u nas amerykański król prasy Harvey.
- W towarzystwie swego korespondenta z Marsylji Marota i jego żony.
- Pani już wie?
- Państwo zamówili właśnie małą kolację, składającą się z buljonu, pstrągów, kurcząt na zimno i flaszki Pommery Greno.
- I to pani już wie?
Pani Dorota Marot...
- Nawet imię pani już zna.
- ...wbrew swemu zwyczjowi się nie przebrała do kolacji i pozostała w podróżnym kostjumie.
- Podziwiam panią.
- Zmienia pan prędko swoje zdanie, dyrektorze. - Zresztą ten mister Harvey, który panu tak bardzo imponuje, mnie wcale nie interesuje.
- Tak? a więc zdaje się, że pani nie wie, że jest właścicielem jakiegoś pół tuzina najbardziej poczytnych gazet w Chicago.
- W których przez miesiąc kruszy kopje za zniesieniem prohibicji, by w następnym miesiącu walczyć o zniesienie kary śmierci.
- Chodzi o to, by walczył, by jego czytelnicy, których ma przeszło 10 miljonów odwiedzali Niceę, nie omijając przytem hotelu "Excelsior Regina".
- Jestem tylko detektywem, a nie szefem propagandy.
- Jesteś pani przedewszystkiem piękną i mądrą.
- Nie wiem, czy pan się na tem zna.
- Ale niech pani da sposobność Amerykaninowi do zorjentowania się - i wpłynie na niego, by w swych gazetach zwrócił uwagę na nasz hotel.
- Jeśli panu tego rodzaju damy są potrzebne, zwróć się pan do kasyna.
- Ależ pani Turel! Jakże się pani może porównać z tego rodzaju kobietami!
- Uchylam się od wszelkiej działalności, która przekracza ramy mego zawodu.
- Pani mi ręczy za to, że misterowi Harveyowi podczas jego pobytu w Nicei ani włos z głowy nie spadnie.
- Jak długo się znajduje w towarzystwie tego polityka Marota, nie biorę na siebie żadnej odpowiedzialności.
- Cóż pani mówi? - skąd pani mówi? - wszak pani nie mówi wcale do aparatu.
- Zwracam baczną uwagę na pokój Marota, to wydaje mi się rzeczą ważniejszą.
- Cierpi pani na halucynację. Niech pani oszczędza swoją cerę, kochana Turel! Idź pani spać.
- Nie pójdę, zanim w pokoju pod numerem 11 nie zgaśnie światło.
- "Ładnie tu wygląda", powiedział mister Harvey, gdy z Marotem wszedł do pokoju Nr. 11 w mezaninie.
Kufry i torby były otwarte. Na umywalce, na łóżku leżały w nieładzie rękawiczki. pończochy, bielizna i trzewiki.
Kto nie znał Doroty, podróżującej bez pokojówki, mógłby pomyśleć sobie, że złodzieje się tu włamali i przerzucili w gorączkowym pośpiechu wszystkie kufry w poszukiwaniu za wartościowemi rzeczami.
Coś podobnego wymknęło się Amerykaninowi.
Ale Marot zaprzeczył z uśmiechem:
- Jest to typowe dla Doroty! zabrała w pośpiechu wszystkie swe szczotki, nożyczki i grzebienie i poleciała do fryzjera.
- Jest dla mnie zagadką, gdzie go w tym czasie znajdzie.
- Ona go znajdzie! - może pan na niej polegać, gdybyśmy nawet byli na pustyni.
Mister Harvey rozglądał się po pokoju. W tyle było łóżko oddzielone od reszty pokoju portjerą. Obok była nisza, a w niej sofa, okrągły stół i kilka foteli.
- Zupełnie wygodnie - powiedział Amerykanin i podniósł swoją ręczną tekę, która leżała pod rzeczami, stanowiącemi własność państwa Marotów.
- Pańska małżonka przeszukała też zdaje się i moją tekę.
- Czy nie była zamknięta?
- Nigdy nie zamykam swej teki.
- W pośpiechu i zdenerwowaniu nie zauważyła wcale, że nie należy do nas.
- Jestem o tem przekonany.
- Czy brakuje coś?
- Ależ nie!
Wyjął wielki arkusz, wyprostował go i powiedział:
- Akurat tak leżał, jak go włożyłem. Niczego nawet nie tknęła.
Potem usiadł na sofie, rozwinął papier i powiedział: "Powtarzam warunki".
- Czy pan naprawdę chce teraz...?
- Tak, ale jeśli pan jesteś zmęczony, Marot, może się pan położyć.
- Jeśli pan pozwoli, odpowiedział Marot i zdjął kołnierzyk.
Amerykanin usadowił się wygodniej i ciągnął dalej:
- Zmieni więc pan swe stanowisko z moim paryskim korespondentem, który obejmuje pańskie stanowisko w Marsylji, a który i tak nie może sprostać swemu zadaniu.
- Czy pan tę zmianę chciał w każdym razie przeprowadzić? - zapytał Marot.
- Dlaczego w każdym razie?
- Czy także bez względu na wydarzenie w biurze "Chicago Times" w Marsylji - i jego następstwa?
- Niech pan jeszcze głośniej krzyczy - albo wyjdź pan raczej na korytarz.
- Hotelowa ajentka śledzi nas i tak - jak pies policyjny.
- W mojej obronie.
- Wmawia pan w siebie.
- Tu w Nicei obraduje obecnie pewna polityczna organizacja, którą od lat zwalczam.
- Ależ nie! - odpowiedział Harvey ironicznie
- Pan wiedziałeś o tem? - spytał zdziwiony Marot.
- Dziwię się tylko, Marot, że pan przy swoim braku wszelkiego daru kombinacyjnego, stał się tak dobrym korespondentem.
- Zaczynam rozumieć.
- Trochę za późno.
- Dlaczego więc pojechaliśmy do Nicei?
- Bajecznie pan odgaduje!
- Zwolennicy tej organizacji są fanatykami...
- Którzy się przed niczem nie cofają. Jeśli się przypadkowo dowiedzą, że ja tutaj jestem...
- Jestem pewny, że już wiedzą.
- Więc znajduję się naprawdę w niebezpieczeństwie życia.
- Jestem o tem przekonany.
- Jesteś mi pan bardzo życzliwy, mister Hervey.
- Walczę o ideę.
- O większy nakład swych amerykańskich pism.
- I o to też - ale to tylko mimochodem. - Pochylił się znowu nad arkuszem.
- A więc przejdziemy wreszcie do rzeczy. Otrzymuje pan posadę w Paryżu - pensja jest dwa razy większa - umowa na 10 lat - ja płacę pańskie biuro - auto - czy jeszcze coś?
- Moje długi.
- W wysokości?
- Siedemset piędziesiąt tysięcy franków.
- W dolarach proszę!
- Czterdzieści pięć tysięcy dolarów.
- Jesteś pan rozrzutnikiem. Cóż dopiero będzie w Paryżu?
- Proszę się w tej sprawie porozumieć z moją żoną.
Harvey zerwał się i krzyknął:
- Błagam pana, Marot, mów pan ciszej!
Dał mu przytem znak, by drzwi otworzył.
Marot spokojnie podszedł do drzwi i nagle otworzył je. W tym samym momencie zauważono damę, która pośpiesznie uciekła do korytarza.
- Ajentka hotelowa! - Powiedział Marot i zamknął drzwi.
- Czy pan teraz już widzi, że musimy być ostrożni? - Oto umowa! - Proszę podpisać.
Marot podszedł do stołu, przeczytał umowę i odezwał się:
- Bajeczne!
- Tak, jak umówiliśmy się.
- Ogłusza to mnie.
- Pańskiej żony toby nie ogłuszyło.
- Dorota jest artystką i lubi sensacje.
- Jak wszystkie kobiety.
- By mieszkać w Paryżu, wszystkoby podpisała.
- Czy jest kobieta, któraby tego nie uczyniła?
- A kiedyż wtajemniczy pan panią Dorotę w misterja tej umowy,
- O ile możności jaknajprędzej.
- A więc w imię Boga - powiedział Marot i podpisał.
- Wszystkie pokoje były zajęte, gdy nadszedł pański telegram, ale dyrekcja przecież się wystarała-oświadczył dyrektor hotelu Excelsior Regina w Nicei i głęboko się ukłonił Amerykaninowi, który w towarzystwie francuskiej jakiejś pary małżeńskiej prosił o przekazanie mu zamówionych z Marsylji telegraficznie pokoji.
- A więc! - odpowiedział Amerykanin niecierpliwie.
- Dla pana, mister Harvey, apartament z salonem na pierwszem piętrze...
- A dla państwa Marot?
- Mogłem niestety zarezerwować tylko podwójny pokój pod Nr. 11 w mezaninie z widokiem na morze.
- To wystarczy przecież na te dwa dni - powiedziała pani Marot, przypominająca raczej Paryż niż Masylję. Prędko rzuciła spojrzenie w lustro które wisiało w westybulu, a przekonawszy się, że mimo długiej podróży automobilowej dobrze wygląda, przystąpiła bliżej do Amerykanina i powiedziała: - A więc idziemy!
- Pani naturalnie weźmie mój salon.
- Za żadną cenę! salon bez pokojówki - jakże to się zgadza?
- Poraz ostatni jedzie pani bez pokojówki.
- Kochany mister Harvey, jeśli pan dotrzyma tylko połowy z tego, co obiecałeś w ostatnich 24 godzinach, będę zadowolona.
Gdy stali przed windą, zjawił się wreszcie Marot, który przez cały czas zajęty był pakunkami.
- Gdzie byłeś, Andree? - zapytała pani Marot i otrzymała odpowiedź:
- Umieram z głodu.
Mister Harvey zamówił u kelnera, który z nim razem windą pojechał do góry, małą kalację - na trzy osoby - do salonu.
- Muszę się przebrać - oświadczyła pani Marot.
- Moja żona potrafi jeszcze o godzinie jedenastej w nocy pomyśleć o wielkiej toalecie.
- Niech pani zostanie tak ubrana jak teraz. - zadecydował Amerykanin, - a gdy weszli do salonu, a pani Marot zdjęła kapelusz dodał: - Powinna pani spróbować nowej fryzury, która obecnie w Nowym Jorku jest w modzie.
- Opowiedz pan! - prosiła pani Marot - a mister Harvey wtajemniczał ją podczas jedzenia we wszystkie misterja nowej fryzury z gorliwością, która wzbudziła podziw Marota.
- Wyobrażam sobie, jak pani będzie wyglądać! - zawołał rozentuzjazmowany. Pani Marot zerwała się ze stołu, pobiegła do drzwi wołając:
- O tę fryzurę wystaram się jeszcze dziś w nocy.
Zanim Marot zdążył ją zatrzymać, była już na korytarzu.
Amerykanin roześmiał się szeroko, nalał sobie prędko jeszcze jeden kieliszek wina, wstał, wziął Marota za ramię i powiedział:
- A teraz pójdziemy do pańskiego pokoju.
Marot zapytał:
- A Dorota?
- Będziemy na nią tam czekać.
Nie znacie państwo Franciszka Roberta. Co za szkoda! Gdybyście zamienili z nim parę słów, nie dziwilibyście się wcale wydarzeniu, które miało miejsce w międzyczasie t. j. między 11 - 12 godziną w nocy, w jego salonie. Pani Dorota pobiegła ze swemi szczotkami, grzebieniami i nożyczkami hotelowemi schodami na dół do westybulu, by się dowiedzieć, gdzie jest salon fryzjerski. Nie zdążyła jeszcze wejść do biura, gdy jakiś pan we fraku o aksamitnym kołnierzu, białym artystycznym krawacie, miękkiej koszuli i cylindrze, zatrzymał ją, ukłonił się głęboko i dosłownie powiedział:
- Francois Robert - coiffeur pour penibles dames, absolument discret - mój salon znajduje się na prawo w korytarzu naprzeciwko schodów.
Pani Dorota zdziwiła się, popatrzyła na niego i odezwała się:
- Pan jesteś...?
- Francois Robert - we własnej osobie! Pani sobie przypomina? Jestem szczęśliwy, że panią znowu widzę - mademoiselle Helene! Jesteś pani młodsza, piękniejsza, a przedewszystkiem smuklejsza. Na oko oceniam: straciła pani 600 gramów, albo też 700, tylko fryzura mi się nie podoba, Helene!
Myli się pan, - ja... jestem pani Marot...
- "Naturalnie!" Pani Marot! Przypominam sobie, że miałem zaszczyt zeszłego roku widzieć panią u siebie w Deauville.
- Nie byłam wcale zeszłego roku w Deauville.
- Nie w Deauville? Co za szkoda! Taka kobieta jak pani powinna była być w Deauville. Przypominam sobie wielką nagrodę piękności. Ta ciemna wysmukła brunetka, która otrzymała pierwszą nagrodę, była zupełnie podobna do pani Marot.
- Tak? - A któż to był?
- Markiza de Poittiers, jedna z moich najwierniejszych klientek. Miała fryzurę a la Figaro z Paryża. Powiedziałem do niej: Najdroższa markizo - między nami mówiąc, powiedziałem Lolo - jeśli pani chce dotrzymać placu mojej klienteli - małej księżnej Wagram i tancerce Ley z Folies Bergeres to radzę pani, by się zdecydowała na fryzurę a la Francois Robert.
- A markiza?
- Usiłowała pozyskać mnie dla fryzury swego paryskiego fryzjera monsieura Pasquiera. Pani na pewno przypuszcza, żem się zgodził? Myli się pani.
- W Nowym Jorku teraz modną jest...
- Wiem.
- Fryzura jest zaledwo od kilku tygodni...
- A mimo to już przestarzała. Zresztą jest w niej do twarzy tylko blondynkom, które zresztą nie są w modzie.
- Mister Harvey, który bezpośrednio przyjechał z Nowego Jorku...
- ...Nie może naturalnie wiedzieć, jakiemi kreacjami fantazja francuskich fryzjerów w międzyczasie uszczęśliwiła świat. Kolega Pasquier jest napewno artystą w swoim zawodzie. A pani, pani Marot, która bliźniaczo podobną jesteś do markizy de Pcittiers, tak, że przypuszczam w niej damę z arystokracji, która chce zachować incognito...
- Ależ nie!
- Takt i dyskrecja nie pozwalają mi na dalsze pytania.
- Czy posiada pan fotografję markizy de Poittiers?
- Pół tuzina. - Podał jej skórzany album z fotografjami ze słowami: proszę, niech pani bez żenady ogląda. Ponieważ pani należy do rodziny, nie popełniam żadnej niedyskrecji.
Fotografje pięknych kobiet ze słodkiemi dedykacjami na cześć wielkiego mistrza nożyc i "niezrównanego artysty" świadczyły o intymnym stosunku między Franciszkiem Robertem a jego klientelą.
Pani Dorota, nie wiedząc nawet wcale w jaki sposób dostała się z westybulu hotelu do fryzjerskiego salonu, ujrzała się nagle przed lustrem i mogła podziwiać na sobie chłopięcą fryzurę a la Francois Robert. Uśmiechnęła się i powiedziała:
- Jest to wprawdzie przeciwieństwo tego, czem się zachwycał mister Harvey...
- Takiemu mężczyźnie, jak on, można zaimponować tylko tem, że się postępuje wręcz odmiennie od tego, czego się on spodziewa.
- ...Ale ja się sobie podobam - dokończyła pani Dorota, nie zwracając wcale uwagi na mistrza Roberta.
- Jest trzy minuty przed dwunastą, najdroższa markizo. O dwunastej ma pani, jeśli panią należycie zrozumiałem, swe rendez vous z Amerykaninem.
- Bezczelny z pana człowiek, monsieur Francois - powiedziała Dorota, która wstała, stanęła przed lustrem, by ukarminować swe usta.
- Ale dyskretnym - zapewniał Francois - Najspokojniej w świecie może pani mi się zwierzyć.
- Smieszne! - Machnęła ręką.
- Do dziewiątej godziny wieczorem obsługuję wszystkich, którzy do mnie przychodzą, ale po dziewiątej wyszukuję sobie sam damy, które chcę obsłużyć i od których mogę się spodziewać...
- Ileż mam panu zapłacić?
- ...Że we mnie widzą nie tylko swego fryzjera, któremu zawdzięczają swoje triumfy.
- Czego się pan właściwie odemnie spodziewa?
- Pani jeszcze pyta!
- Pan się zapomina, panie fryzjerze - rzekła Dorota gniewnie, lecz gdy spojrzała w lustro, uśmiechnęła się do siebie. Wyglądała wspaniale.
Spojrzała na Francois' a, który z zachwytem patrzył na swoje arcydzieło.
- Idę już, a z panem, mam nadzieję, zobaczymy się niedługo.