Rozdział 1
Badley Compton, Devon 2010
Jeśli istniała jedna rzecz, której Flappy nie cierpiała, było nią
wtrącanie się w cudze sprawy. Naruszanie czyjejś prywatności było
niegodne, więc nigdy przenigdy tego nie robiła, chyba że okazywało się
to absolutnie niezbędne i jak się wydawało, nieuniknione. Teraz właśnie
przyszła jedna z takich chwil.
Uważając, by nie zaczepić jasnego kaszmirowego swetra o kolce, kucała w krzakach jeżyn z lornetką w ręce i obserwowała parę młodych ludzi
stojących przed uschniętą jabłonią w ogrodzie Hollyberry House. Kobieta
była ładna, miała brązowe włosy i zgrabną, smukłą figurę, a jej ubranie
Flappy, zagryzając górną wargę, uznała za "typowe dla bohemy". Mąż,
mężczyzna średniego wzrostu, łysy i w okularach, miał na sobie zamszową
kurtkę i dżinsy. Ci ludzie najwyraźniej przeprowadzili się z Londynu w nadziei, że znajdą tu, w Badley Compton, idylliczny raj. Cóż, Flappy im
się nie dziwiła. Badley Compton było niezaprzeczalnie urocze. Malowniczy
port z mnóstwem niebieskodennych łodzi rybackich, kamieniczki w stylu
georgiańskim, staroświeckie kawiarenki, księgarnia, a także zżyta
społeczność, jaką nieczęsto spotyka się w nowoczesnym świecie ciągłych
przyjazdów i wyjazdów -?wszystko to sprawiało, że życie w Badley Compton
wydawało się wręcz sielankowe. A Flappy była niekwestionowaną królową
miasteczka. Gdyby nie ona, nie byłoby spajających społeczność letnich
imprez, wyprzedaży rzeczy używanych, dożynkowych herbatek, przyjęć z okazji Halloween, klubów książki czy zabaw tanecznych w Święto Pracy.
Wszystko to działo się za sprawą niesamowitej Flappy Scott-Booth, choć
ona sama nigdy nie przypisywała sobie zasług. W głębi duszy była łaskawa
i życzliwa. Lecz gdy w niedzielę, w kościele, para dorobkiewiczów z Londynu bezczelnie zajęła miejsca Flappy i Kennetha Scott-Boothów w pierwszej ławce, gdzie siadywali przez blisko trzydzieści lat, jej
łaskawość i życzliwość się kończyły. Coś należało zrobić.
Flappy bacznie obserwowała tę parę. Nie słyszała, co mówią. Mimo że była
dobra właściwie we wszystkim, nie radziła sobie z czytaniem z ust. Potem
skupiła uwagę na jabłoni i wyobraziła sobie, że tamci się zastanawiają,
czy ściąć to drzewo, czy nie. Gdyby poprosili ją o radę ekspertki,
zasugerowałaby, aby zainteresowali się różą himalajską. Ona sama miała
jeden okaz w Darnley, naprawdę wspaniały. Rzeczywiście, kiedy Flappy i Kenneth otwierali w lipcu na trzy tygodnie ogrody w Darnley Manor dla
publiczności -?wiele pięknych ogrodów -?ta róża wzbudzała podziw i strach wśród zwiedzających, przybyłych zewsząd specjalnie po to, by ją
zobaczyć. Róża himalajska bez wątpienia należała do cudów Badley
Compton.
Flappy skierowała lornetkę i swoje krytyczne spojrzenie na rabaty.
Biedactwa, prawdziwe biedactwa, pomyślała, czując Schadenfreude, co,
gdyby zdawała sobie z tego sprawę, powinno ją zawstydzić. Była jednak
dogodnie nieświadoma mniej łaskawej i życzliwej strony swojej natury. W zarośniętych ogrodach Hollyberry House panował niesłychany bałagan,
przywrócenie w nich porządku wymagało ogromnej pracy. Westchnęła na myśl
o pechu tamtej pary i pomyślała o swoim niewiarygodnym szczęściu -?miała
w Darnley małą armię ogrodników, którzy bardzo dbali o rabaty, trawniki,
arboretum i sady. Zastanawiała się, kogo ta nieszczęsna para zatrudni do
usunięcia plątaniny chwastów i czarnego bzu, którym obrósł ich nowy dom.
Opuściła lornetkę. Jedno było jasne -?młode małżeństwo tu przybyło i tu
pozostanie.
Wydostała się z krzaków na drogę i wygładziła spodnie. W tej samej
chwili zobaczyła znajomego żółtego Volkswagena. Mabel, jej najlepsza
przyjaciółka, a nieoficjalnie dama dworu, pochylała się nad kierownicą
całkowicie skoncentrowana na drodze. Na widok Flappy zerknęła w lusterko
wsteczne i stwierdziwszy, że nie ma nikogo na ogonie, zatrzymała się.
Opuściła szybę.
-?Flappy! -?zawołała, od razu zauważając lornetkę. -?Co ty robisz?
Ta podniosła głowę i uśmiechnęła się wyniośle, jakby ją zaskoczyło, że
Mabel sama się nie domyśliła, choć rzecz była całkiem oczywista.
-?Obserwuję ptaki, Mabel -?odparła. -?Wypatrzyłam właśnie niezwykle
rzadkiego wydrzyka długosternego, nie mylić z wydrzykiem żółtoszyim.
Łatwo je pomylić. -?Tak naprawdę nie miała pojęcia, jak wyglądają te
ptaki, słyszała jednak kilka dni wcześniej w lokalnych wiadomościach
rozmowę dwóch norweskich obserwatorów ptaków o wydrzykach. Jeśli Flappy
była w czymś dobra, to w wyławianiu informacji z pamięci, gdy zachodziła
taka potrzeba. Miała rzeczywiście nadzwyczajną pamięć, a to był
pierwszorzędny tego przykład.
Na Mabel te słowa zrobiły odpowiednie wrażenie, choć trochę ją zdziwiło,
że przyjaciółka obserwowała ptaki w mieście. Przecież obserwatorzy na
ogół robią to na plaży lub na terenach wiejskich. Nie zamierzała jednak
kwestionować tego, co powiedziała Flappy, która zawsze wie lepiej.
-?Podwieźć cię? -?zapytała.
Flappy usiadła na siedzeniu pasażera.
-?Zostawiłam Range Rovera przed pubem -?wyjaśniła.
Mabel zachichotała.
-?Gdyby ktoś to zobaczył, pomyślałby, że właśnie pijesz poranne piwo.
Flappy się skrzywiła.
-?Nie wydaje mi się, Mabel.
-?Nie, oczywiście, że nie. Masz całkowitą rację. Jeśli w Badley Compton
jest ktoś, kto nie piłby piwa w pubie, to właśnie jesteś ty, Flappy. -
Mabel bardzo chciała zadowolić przyjaciółkę, a ponieważ przejeżdżały
właśnie wzdłuż żywopłotu, za którym znajdował się Hollyberry House, o czymś sobie przypomniała. -?Pamiętasz tę parę, która usiadła w niedzielę
na waszych miejscach kościele?
-?To nie są nasze miejsca, Mabel -?odparła Flappy, udając, że nie ma nic
przeciwko temu.
-?Cóż, oficjalnie nie, ale wszyscy wiedzą, że ty i Kenneth zawsze tam
siadacie.
-?Wiesz coś o nich, o tej parze? -?Wpatrywała się w widok za szybą w poszukiwaniu wydrzyka z długim ogonem, chcąc w ten sposób zademonstrować
brak zainteresowania tymi ludźmi.
-?Niedawno przeprowadzili się z Londynu, mieszkali w Bloomsbury. On jest
jakimś specem od komputerów, a ona jest dziennikarką. Mają dwoje małych
dzieci, Marthę i Rafe'a.
Flappy, która nie miała zaufania ani do specjalistów od komputerów, ani
do dziennikarzy, prychnęła na znak dezaprobaty.
-?Słyszałam, że wprowadzili się do Hollyberry House -?rzuciła lekkim
tonem. -?Podobno ich ogród to dżungla. Może powinnam podesłać któregoś z moich ogrodników, żeby im doradził. To byłoby miłe, prawda?
-?Ach, oczywiście -?zgodziła się Mabel.
-?Nic bym z tego nie miała, ale dla nich miałoby to duże znaczenie.
-?Jesteś taka wspaniałomyślna, Flappy. Oni z pewnością docenią ten gest.
-?Zabiorę się do tego od razu. -?Flappy zamknęła oczy. -?Jakoś mi
uciekło ich nazwisko -?dodała, co nie było prawdą, ponieważ ona nigdy
niczego nie zapominała.
-?Nazywają się Price. Jim i Molly Price -?podpowiedziałała Mabel. -?Ona
była dziś rano u Dużej Mary. Sama. Zauważyłam, że wypiła tylko kawę.
Przypuszczam, że nikt nie miałby takiej figury, gdyby nie odmawiał sobie
croissantów i ciasta.
-?Młodzi ludzie -?powiedziała Flappy z westchnieniem. -?W starzeniu się
wspaniałe jest to, że nie trzeba już przejmować się wagą. Jak wiesz,
Mabel, ja jem bardzo dużo. Są ważniejsze rzeczy do przejmowania się niż
figura.
Mabel zatrzymała się przed pubem Dzwon i Smok.
-?Czy mam wpaść później? -?zapytała skwapliwie, ponieważ cieszyła się
statusem najlepszej przyjaciółki Flappy i miała specjalny przywilej
wpadania do Darnley bez zaproszenia.
-?Dzisiaj mam herbatę z Heddą. Może przyjdziesz jutro na przedpołudniową
kawę i zabierzesz ze sobą panie? Musimy zaplanować bal sylwestrowy.
-?Bal? Myślałam, że chodzi o przyjęcie -?zdziwiła się Mabel. Od lat w ratuszu odbywało się przyjęcie noworoczne.
-?To będzie bal, a ja będę jego gospodynią -?oznajmiła Flappy, która
przed chwilą wpadła na ten pomysł.
Oczy Mabel rozbłysły.
-?Och, Flappy, to cudownie.
-?Wiem. -?Bardzo z siebie zadowolona Flappy wciągnęła powietrze przez
nos. Skoro Hedda Harvey-Smith mogła wydać z okazji końca lata przyjęcie,
które olśniło tutejszą społeczność, to ona, Flappy Scott-Booth, może
zrobić to jeszcze lepiej. -?Wspaniały bal, jakiego Badley Compton nigdy
nie widziało.
-?Ale przyjęcie u Heddy i Charlesa było naprawdę niezwykłe -
przypomniała jej Mabel. Zaprosili na nie Monty'ego Dona i zatrudnili
Jasona Donovana, żeby wystąpił.
-?Moje będzie jeszcze lepsze -?zapewniła stanowczo Flappy, a Mabel nie
miała wątpliwości, że tak się stanie.
Flappy wysiadła z samochodu. Gdy odchodziła, Mabel przyglądała się jej z zazdrością i podziwem. Oto cała ona. Po sześćdziesiątce, o figurze o wiele młodszej kobiety. Mabel pochłaniała wzrokiem świetnie skrojone
spodnie przyjaciółki, jej kaszmirowy sweter, pasujący kolorem do jej
akwamarynowych oczu, perfekcyjnie ostrzyżone na boba blond włosy, ładny
kontur twarzy i kości policzkowe sprawiające, że twarz Flappy od razu
przyciągała uwagę. Mabel pomyślała, że takie piękno osiągnięte bez
wysiłku to prawdziwy cud, i westchnęła. Ona sama była mizerną imitacją,
choć usilnie próbowała stać się kopią swojej przyjaciółki, która nie
zdawała sobie z tego sprawy, ponieważ Mabel nigdy nie spełniała jej
oczekiwań, pomagając w licznych przedsięwzięciach podejmowanych przez
królową miasta. Gdyby jednak Flappy to zauważyła, byłaby bardzo
zadowolona. Czyż nie jest prawdą, że naśladownictwo to najdoskonalsza
forma pochlebstwa?
Flappy wracała do domu, słuchając Dolly Parton. Gdyby miała w samochodzie towarzystwo, włączyłaby jakąś klasykę, choćby Andreę
Boccellego, lecz ponieważ była sama, ochoczo wtórowała Dolly, wielce
zadowolona z brzmienia własnego głosu. W gruncie rzeczy gdyby jej życie
ułożyło się inaczej, gdyby było w nim mniej odpowiedzialności i mniej
Kennetha, mogłaby zostać piosenkarką.
Wreszcie skręciła do okazałej bramy Darnley Manor i pojechała wysadzaną
drzewami aleją do domu. W odstępach między drzewami rzucała okiem na
ogród, gdzie ogrodnicy w zielonych T-shirtach i spodniach przystrzygali
żywopłoty z cisów i krzewy, ponieważ jesień zaczęła już dawać o sobie
znać, malując liście na żółto, brązowo i czerwono. Ilekroć widziała swój
dom, czuła prawdziwą satysfakcję i wdzięczność, tak, wdzięczność,
ponieważ uważała, że ma wielkie szczęście jako posiadaczka tego
wyjątkowo pięknego domu.
Darnley Manor rzeczywiście można by opisać jako "ważny" dom. Niezbyt
okazały, ale przyjemny. Zbudowano go w osiemnastym wieku, co było bardzo
szykowne, i przebudowano sto lat później; dodano wówczas na tyłach duże,
przestronne pokoje z dużymi oknami szprosowymi wychodzącymi na trawnik
do krokieta, gdzie Flappy organizowała przyjęcia. Dom był uroczy dzięki
harmonijnym proporcjom, zbudowano go z wiekowego kamienia koloru mokrego
piasku i oplatała go kwitnąca wiosną glicynia; jej zebrane w grona
kwiaty miały przepiękny odcień fioletu.
Flappy zaparkowała na żwirze, obok karmelowego Jaguara swojego męża, i wysiadła. Lekkim krokiem, ponieważ była w doskonałym nastroju, wbiegła
po schodach prowadzących do drzwi frontowych i wkroczyła do holu. Ledwie
znalazła się w domu, u szczytu schodów pojawił się Kenneth, niski i korpulentny, w czerwonych spodniach i niebieskiej koszuli, bo już się
przebrał ze stroju do golfa.
-?O, jest już ktoś, kogo chciałem zobaczyć -?powiedział.
-?Cześć, kochanie. Jak ci poszło na golfie?
-?Cholerny pies zwiał z moją piłką.
-?Myślałam, że psów nie wolno wpuszczać na pole golfowe. -?Flappy mówiła
oczywiście o Polu Golfowym Scott-Bootha, które Kenneth założył, gdy
zamieszkali w Badley Compton około trzydziestu lat wcześniej.
Nienagannie utrzymane i drogie było przedmiotem dumy i radości Kennetha
i wybawieniem dla Flappy, bo która żona chciałaby cały czas mieć męża w domu?
-?Okropny zwierzak uciekł z czyjegoś samochodu.
-?To duże zaniedbanie ze strony właściciela. Mam nadzieję, że zwróciłeś
mu uwagę. Ludziom nie powinno się pozwalać na takie zachowanie.
-?Miałem taki zamiar, dopóki nie odkryłem, do kogo należy ten pies.
-?Do kogo? -?Zainteresowanie Flappy nagle wzrosło, ponieważ Kenneth był
typem człowieka, który nie odróżnia księcia od śmieciarza. W końcu
pochodził z nizin i zbił fortunę na sieci fast foodów, którą następnie
sprzedał za ogromne pieniądze. Flappy natomiast zauważała wszelkie
niuanse związane z klasą i statusem. Zastanawiało ją, kogo Kenneth uznał
za wystarczająco ważnego, by pozwolić jego psu biegać po polu golfowym.
-?Do Colina Montgomery'ego -?oznajmił Kenneth.
Flappy przewróciła oczami.
-?Tego golfisty?
Dobry Boże, pomyślała rozczarowana. Spodziewałam się co najmniej członka
rodziny królewskiej.
-?To wielki człowiek. Nie mogłem mu powiedzieć, żeby zabrał psa z pola
golfowego, prawda? Nawet jeśli ten cholerny zwierzak ganiał po trawie z moją piłką golfową w pysku! Co innego, gdyby wrzucił piłkę do dołka. -
Kenneth schodził po schodach, chichocząc. -?Właśnie rozmawiałem z Jasperem i wiesz co? -?Uniósł brwi i uśmiechnął się szeroko.
-?Czyżby nasz syn zarabiał wreszcie wystarczająco dużo, żeby nie musiał
nas prosić o spłatę debetu na jego koncie?
-?Nie tym razem. On i Briony przeprowadzają się do... -?Kenneth się
zawahał. Miał nadzieję zrobić na żonie wrażenie, a tylko ją zirytował.
Flappy nie lubiła swojej synowej, uważała ją za kobietę chcącą wspiąć
się po drabinie społecznej, a do tego pretensjonalną. -?Badley Compton -
oznajmił Kenneth triumfalnie.
Flappy wydawała się zbulwersowana.
-?Co? Przyjeżdżają tu? Żeby tu zamieszkać?
-?Właściwie nie tutaj, nie do Darnley, ale zamierzają wynająć dom w mieście. Czy to nie jest dobra wiadomość? Przyjeżdżają w przyszłym
tygodniu, a to znaczy, że będą tu w Boże Narodzenie!
-?To trochę niespodziewane.
-?Najwyraźniej planowali to od pewnego czasu.
-?A więc dlaczego nas nie poinformowali?
-?Są spontaniczni, Flappy. Tacy są ludzie z antypodów, wiesz.
Spontaniczni.
-?Ja to nazywam pokrzyżowaniem moich planów.
-?Będzie miło mieć, dla odmiany, jedno z naszych dzieci w naszym kraju.
Szkoda, że Jasper nie może zostawić swojej żony w Australii, pomyślała
Flappy, wolała jednak nie mówić tego głośno. Była przecież kobietą
mającą nadzwyczaj dobre maniery.
-?To wspaniała wiadomość! -?wykrzyknęła radośnie, ponieważ jeśli
istniała jedna rzecz, w której Flappy była dobra, była nią gra w zadowolenie, gdy zachodziła taka potrzeba. -?Chodźmy na lunch -
zaproponowała. -?Właśnie odkryłam, kto się wprowadził do Hollyberry
House. Chodź, wszystko ci o nich opowiem.
-?Czy ten człowiek gra w golfa? -?zapytał Kenneth z nadzieją, wchodząc
za żoną do kuchni.
-?Raczej nie, kochanie. Wygląda na ten typ mężczyzny, który czuje się
jak w domu w modnym barze w Soho, gdzie popija wytrawne martini, a nie
na polu golfowym przy trzecim dołku. Badley Compton strasznie go
rozczaruje. My tutaj nie gonimy za modą. Jim i Molly Price to robią. -
Kenneth dobrze wiedział, że zdaniem jego żony "modne" oznaczało także
"bardzo pospolite".
Zjedli, a z przerwy na lunch wróciła Persephone, dwudziestoośmioletnia
osobista asystentka Flappy. Persephone spędziła przerwę na ławce w ogrodzie, rozkoszując się jesiennym słońcem i śpiewem ptaków. Flappy
zatrudniła ją pod koniec sierpnia; potrzebowała pomocy, ponieważ wzięła
na siebie tak dużo obowiązków, że nawet kobiecie takiej jak ona,
mistrzyni wielozadaniowości, trudno było się z nimi uporać. Persephone,
ładna dziewczyna o brązowych włosach i oczach, z piegami na nosie, była
miła i życzliwa, sprawna i rzetelna, a co najważniejsze dyskretna.
Flappy niczym nie brzydziła się bardziej niż plotkami, zwłaszcza gdy
dotyczyły jej. W razie absolutnej konieczności dozwolona była odrobina
plotek o innych osobach. Persephone nie plotkowała i między innymi
dlatego Flappy ją polubiła. Wiedziała, że cokolwiek ta dziewczyna
zobaczy lub usłyszy w Darnley, nie stanie się to pożywką dla plotek w mieście. Z Persephone czuła się bezpieczna. Czyż asystentka nie
sprawdziła się ostatnio po nakryciu jej w objęciach Charlesa
Harvey-Smitha podczas przyjęcia wydanego przez Harvey-Smithów na
zakończenie lata? Flappy wiedziała, że może liczyć na to, że w razie
konieczności Persephone będzie trzymała buzię na kłódkę.
-?Dobrze, Persephone, bierzmy się do pracy -?powiedziała Flappy,
wkraczając do biblioteki, gdzie przy oknie stało biurko asystentki.
Dziewczyna się uśmiechnęła.
-?Nie wzięłaś na siebie kolejnego zadania, prawda, Flappy? -?zapytała,
zwracając się do szefowej po imieniu. Po wpadce na przyjęciu Flappy
nalegała, by skończyły z tą etykietą. W drodze powrotnej z przyjęcia
przyznała się Persephone do romansu i w ten sposób asystentka osobista
awansowała na powierniczkę. Córki Flappy mieszkały w Kanadzie i Australii, nie mogła więc dzielić z nimi swoich trosk i była szczęśliwa,
że może zwierzyć się Persephone.
-?Wzięłam. Coś naprawdę małego, a przy tym nic, z czym ty i ja nie
mogłybyśmy sobie poradzić. Zamierzam zorganizować bal noworoczny.
-?Boże, jaki cudowny pomysł!
Flappy ucieszyła się, że Persephone podziela jej entuzjazm, nie była
jednak zaskoczona. Był to kolejny powód, dla którego ją zatrudniała. Ta
dziewczyna miała krzepiące nastawienie "da się zrobić", podobnie jak
sama Flappy. Cecha godna podziwu. Jedna z najlepszych cech Flappy.
-?Bal musi być wyjątkowy, niepowtarzalny. W rodzaju tych, o których
ludzie rozmawiają przez lata. Opowiadają o nim wnukom, wspominając
najlepsze chwile w swoim życiu.
-?Jakie to ekscytujące! -?wykrzyknęła Persephone.
Flappy zmrużyła oczy.
-?Potrzebujemy motywu przewodniego.
-?A czy Nowy Rok nie jest sam w sobie motywem przewodnim?
-?Potrzebujemy czegoś bardziej oryginalnego. Czegoś mocniejszego. To nie
może być Nowy Rok taki jak u wszystkich innych. Musimy dodać coś
wyjątkowego. -?Flappy wyciszyła burzę w swoim mózgu; robiła to zawsze,
gdy musiała się skoncentrować. -?Bal maskowy! -?wykrzyknęła po chwili. -
Wenecki bal kostiumowy. -?Wyobraziła sobie siebie we wspaniałej sukni
wzorowanej na strojach z obrazów weneckich mistrzów renesansu, i uśmiechnęła się z satysfakcją. -?Tak, un ballo in maschera -
powiedziała po włosku, ponieważ wśród jej rozlicznych talentów był
także, oczywiście, talent językowy. -?Che meraviglia!
Persephone była podekscytowana. Także jej spodobał się pomysł
wystąpienia w pięknej szacie.
-?A więc namiot musi być w stylu włoskim.
-?Musi wyglądać jak Wenecja -?stwierdziła Flappy stanowczo. -?Z kanałem
i mostem. Da się to zrobić?
-?Będzie kosztowało, ale jestem pewna, że znajdziemy kogoś, kto to
zrobi.
-?Doskonale. Co za wspaniały sposób wydawania czyichś pieniędzy. -
Flappy wiedziała, że Kenneth się zgodzi. Jak nikt inny uwielbiał
przyjęcia.
-?Przygotowania zostaw mnie -?powiedziała Persephone, otwierając notes.
U góry strony napisała dużymi literami: ballo in maschera Flappy. -?Ty
musisz zrobić listę gości.
Flappy błyszczały oczy, gdy zastanawiała się nad udoskonaleniem swojego
pomysłu.
-?Nie będziemy oszczędzać na detalach. Na stołach będą złote kielichy,
migające gwiazdy na suficie i gondole na kanale. Może uda nam się
wynająć kilku włoskich gondolieri, żeby wmieszali się w tłum gości w tych swoich pasiastych koszulach i kapeluszach z czerwonymi wstążkami.
Molto chic, no?
Persephone, która mówiła płynnie po włosku, hiszpańsku i francusku,
uśmiechała się, słysząc włoski szefowej, ponieważ wiedziała, jak bardzo
jest on ubogi. Nikt inny nie zdawał sobie z tego sprawy. Przyjaciółki
Flappy uważały, że mówi ona melodyjnym językiem Dantego.
-?Badley Compton nie wie, co je czeka -?powiedziała Persephone.
-?Tal quale, tak właśnie myślałam -?dodała Flappy.
Punktualnie o czwartej -?Flappy przywiązywała dużą wagę do punktualności
-?lśniący szary Range Rover Flappy przejechał przez bramę Compton Court.
Z samochodu dochodziły głośne dźwięki Królowej Nocy Mozarta; tak na
wszelki wypadek, gdyby ktoś słuchał. Na końcu długiej, krętej drogi stał
okazały georgiański dom Charlesa i Heddy. Flappy musiała przyznać, że
jest piękny. Aby nie poczuć zazdrości -?ponieważ zazdrość nie przystoi
kobiecie obdarzonej wszystkimi dobrami materialnym -?przypomniała sobie,
że w Compton Court nie ma basenu. A basen w Darnley był naprawdę
wspaniały, łączył w sobie zalety basenu krytego i otwartego dzięki
ścianie ze szkła z wyjściem na taras i ogród. Po naciśnięciu guzika
ściana się rozsuwała i można było pływać na słońcu i świeżym powietrzu.
Parkując samochód przed klasycystyczną fasadą, Flappy intensywnie
myślała o basenie.
Johnson, kamerdyner, otworzył drzwi i zaprowadził ją do salonu.
-?Zawiadomię panią Harvey-Smith, że pani przyszła -?oznajmił i zostawił
Flappy samą, by mogła podziwiać obrazy na ścianach i zdjęcia w srebrnych
ramkach na stolikach. Flappy, w przeciwieństwie do Heddy, skrupulatnie
dbała o porządek. Pokój był przyjemny, choć nieco zabałaganiony. Na
stoliku kawowym walały się czasopisma, na innych stolikach zalegały
różne przedmioty i cacka, a poduszki ułożone byle jak na sofach i fotelach do niczego nie pasowały kolorystycznie. To bardzo angielski
salon, pomyślała Flappy, a przy tym arystokratyczny. W końcu Hedda była
bratanicą markiza. Gdy Flappy przypomniała sobie o pochodzeniu nowej
przyjaciółki, jej chęć rywalizacji mocno osłabła, ponieważ królowa
Badley Compton nie mogła rywalizować z arystokratką, nie mogła też nic
poradzić na to, że arystokracja jej imponowała. Tytuł sprawiał, że czuła
się dziwnie uległa. To uczucie przynosiło ulgę, ponieważ jeśli była
jedna rzecz, którą Flappy się brzydziła, była nią gra w prześciganie
się; wystarczająco męczące było już utrzymanie się na szczycie.
Właśnie miała usiąść, gdy w szklanych drzwiach na taras ukazał się
Charles. Flappy wstrzymała oddech. Charles był niewiarygodnie
przystojny. Miał gęste siwe włosy, długi prosty nos, zmysłowe usta i zdumiewające zielone oczy, jakich nie widziała u nikogo. Naprawdę były
absurdalnie zielone jak nefryt. Pierwszą reakcją na jego widok było
podekscytowanie. Jakże uwielbiała te popołudnia, gdy się kochali w domku
na terenie Darnley Manor.
-?Piękna! -?wykrzyknął Charles, wchodząc do salonu. Stanął
niebezpiecznie blisko, jakby chciał ją objąć. Flappy bardzo pragnęła
znaleźć się w tych silnych ramionach i poczuć pocałunek tych delikatnych
zmysłowych ust.
Cofnęła się niczym spłoszona łania.
-?Cześć, Charlesie -?przywitała się powściągliwie, całą siłą woli
zamykając w klatce drzemiącą w niej bestię, która zaledwie parę tygodni
wcześniej była wolna i nieokiełznana.
-?Wyglądasz olśniewająco.
-?Dziękuję -?powiedziała, a gdy on zrobił krok w jej kierunku,
przesunęła się za sofę.
Charles zmarszczył brwi.
-?Nie przywitasz się ze mną, Piękna? Czy nie zasłużyłem na całusa? No
chodź. Skąd ta nagła powściągliwość? -?Ściszył głos. -?Tylko jeden raz.
-?Charlesie, to skończone -?syknęła, spoglądając niespokojnie na drzwi.
Wiedziała, że Hedda może wejść w każdej chwili.
Charles uśmiechnął się szelmowsko; Flappy uwielbiała kiedyś ten
uśmieszek, teraz jednak przeszedł ją dreszcz.
-?To się nigdy nie skończy, Piękna. Zaszłaś mi za skórę. Myślę o tobie w każdej minucie każdego dnia. Miłości nie można tak po prostu wyrzucić
jak ogryzek.
-?To nie była miłość, Charlesie. Dobrze o tym wiesz.
Z lubieżnym uśmiechem wodził wzrokiem po jej ciele, łapczywie pożerając
każdy jego centymetr.
-?Masz rację. To było także pożądanie. Przepyszne, niebezpieczne
pożądanie. Pamiętasz, jak cię wynosiłem na szczyty przyjemności?
Oczywiście pamiętała; policzki jej poczerwieniały. -?Nigdy nie miałaś
dość. Nie udawaj, że zapomniałaś. Znów możemy to zrobić.
Flappy usłyszała kroki na korytarzu. Podniosła głowę i oznajmiła swoim
najbardziej władczym tonem: -?Nie, Charlesie, musisz zachowywać się
przyzwoicie. Hedda jest moją przyjaciółką, nie zdradzę jej.
W tym momencie, jak przewidziała, do salonu weszła Hedda. Rzuciła mężowi
spojrzenie pełne dezaprobaty, takie, jakimi karci się niegrzeczne
dzieci.
-?Chcesz mnie zdenerwować, Charlesie? -?zapytała. -?Przepraszam, Flappy.
-?Cóż, zostawię panie -?powiedział ani trochę nie zakłopotany. -?Miło
cię widzieć, Flappy. Gdybym nie wiedział, pomyślałbym, że jest wiosna.
Wyszedł z salonu, a Flappy odetchnęła z ulgą.
-?Heddo -?powiedziała, obejmując przyjaciółkę.
-?Flappy. Usiądźmy. Mamy wiele do omówienia. Powiedz mi, czy odkryłaś,
kim są ci ludzie, którzy w niedzielę usiedli w kościele na miejscach
twoim i Kennetha? Umieram z ciekawości.
Rozdział 2
-?Co z tym zrobimy? -?zapytała Hedda, odgryzając kęs ciastka
czekoladowego. Flappy zrezygnowała z ciastka, choć wyglądało na bardzo
smakowite.
-?Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu
siedzieli na naszych miejscach -?skłamała Flappy i upiła łyk herbaty z filiżanki z delikatnej chińskiej porcelany kostnej. Najlepszej
porcelany. Z pewnością Hedda ją odziedziczyła, pomyślała z aprobatą. -
Ale naprawdę nie chcę, żeby tam siedzieli w każdą niedzielę.
-?Trzeba im o tym powiedzieć -?stwierdziła stanowczo Hedda. Oni nie mogą
tak po prostu wprowadzać się do Hollyberry House i zajmować miejsca w pierwszej ławce w kościele. To jest aroganckie. Czy oni nie mają
szacunku dla osób takich jak ty i Kenneth, którzy od lat mieszkają w Badley Compton?
-?Przypuszczam, że uważają się za bardzo ważnych -?powiedziała Flappy.
Hedda rozmyślała o tym przez chwilę, zlizując czekoladę z palców.
-?Tak, sądzę, że masz rację -?zgodziła się.
-?Ale musimy zdobyć się na wyrozumiałość -?dodała stanowczo Flappy. -
Mogli nie wiedzieć, że to są nasze miejsca, przecież dopiero co się
przeprowadzili, prawda? Może przypuszczali, że mogą usiąść gdziekolwiek.
-?Jestem pewna, że będą zawstydzeni, gdy się o tym dowiedzą -
stwierdziła Hedda.
-?Jasne, że będą -?przyznała Flappy zadowolona, że udało jej się okazać
wspaniałomyślność. Przecież nie byłoby dobrze kogoś osądzać, skoro ona
brzydziła się osądzaniem u innych ludzi. -?Oni są z miasta. Miastowi nie
mają pojęcia, jak się u nas załatwia sprawy.
-?No to im powiemy. Delikatnie i życzliwie. Ale jasno i wyraźnie -
postanowiła Hedda.
-?Dla ich własnego dobra -?dodała Flappy.
-?Kolacja tutaj, w Compton Court, z tobą i Kennethem?
-?I Grahamem -?zasugerowała Flappy. Przy takich okazjach zawsze dobrze
jest zaprosić pastora, aby przydać wydarzeniu atmosferę powagi.
-?Dobry pomysł, choć jego żona, jak jej tam, jest straszliwie nudna.
-?Danie bez soli -?przytaknęła Flappy. -?Choć nigdy przenigdy nie mówię
o nikim źle.
-?On jest solą, czyż nie? -?zauważyła Hedda; spodobała jej się ta
przenośnia. -?Bez niego ona byłaby nikim. Ale razem tworzą zgrany duet.
Tak, kolacja na przywitanie Price'ów w społeczności. Ludzie byli tacy
życzliwi, gdy się tu wprowadziliśmy. To właśnie jest cudowne w Badley
Compton. Tego rodzaju wspólnota jest w dzisiejszych czasach rzadkością.
Jestem pewna, że oni to zrozumieją.
-?Oczywiście, że tak -?zgodziła się Flappy zadowolona, że ma w tej
sprawie sojuszniczkę. Potężną sojuszniczkę. Bratanicę markiza, ni miej,
ni więcej. -?A my im wybaczymy i serdecznie powitamy.
Hedda wzięła z talerza drugie ciastko.
-?Jesteś pewna, że nie chcesz spróbować? Są boskie.
-?Wyglądają smakowicie -?odparła Flappy. -?Ale ja mam twarde zasady,
jeśli chodzi o utrzymanie figury. Gdybym teraz je złamała, straciłabym
umiar i gdzie bym się znalazła? Byłabym gruba i nieszczęśliwa i nie
zmieściłabym się w żadne z moich ubrań. -?A Flappy miała naprawdę piękne
ubrania.
Hedda zaśmiała się chrapliwie.
-?Ja mam to już za sobą. -?Ugryzła kęs ciastka. -?Jestem o wiele za
stara, żeby się martwić o talię. Gdy moje ubrania robią się za małe, po
prostu kupuję większe. Przestałam się przejmować figurą lata temu i nigdy nie byłam szczęśliwsza.
Flappy przyjrzała się przyjaciółce, jej korpulentnej budowie,
niestarannie ufarbowanym włosom, niemodnemu ubraniu, ustom pełnym ciasta
i uznała, że Hedda jest rzeczywiście szczęśliwa. Nie puszy się, niczego
nie udaje, nie pragnie być kimś innym, niż jest. Zupełnie jak Flappy.
Właśnie dlatego tak bardzo ją lubiła. Mimo że tak bardzo różniły się
budową ciała, wyczuciem stylu (Hedda zupełnie go nie miała) i oczywiście
pochodzeniem (Flappy nie mogła temu zaprzeczyć) naprawdę były jak dwie
krople wody.
-?Może weźmiesz ciastka dla Persephone? -?podsunęła Hedda. -?Poproszę
Johnsona, żeby je zapakował. Ona i George są uroczy razem, prawda?
-?Młodzieńcza miłość -?powiedziała Flappy i tęsknie westchnęła.
Rzeczywiście brakowało jej tych upojnych, pełnych namiętności chwil z Charlesem. Zerknęła na drzwi i nagle poczuła nadzieję, że on wróci.
-?Tak, młodzieńcza miłość. Oni doskonale do siebie pasują. Postąpiłaś
bardzo mądrze, aranżując ich romans.
-?Och, to był łut szczęścia, naprawdę. Gdybyś nie zaprosiła jej na
przyjęcie, ona już by go więcej nie zobaczyła.
-?Wiem, że sprawy idą ku dobremu, a Persephone jest odpowiednia dla
mojego syna.
-?Zgadzam się.
Hedda wezwała dzwonkiem Johnsona.
-?W przyszłym tygodniu zaproszę Price'ów na kolację. Co tam masz w kalendarzu?
Flappy nie miała nic w kalendarzu, lecz zrobiła minę mającą wyrażać, że
jest bardzo zajęta.
-?Zdecydowanie za dużo -?pożaliła się, wzdychając ze smutkiem. -
Postaram się jednak znaleźć czas. Nigdy nie odwołuję kolacji, gdy
dostanę lepsze zaproszenie. Ale to jest ważne. A my musimy zrobić to
szybciej niż później.
-?Mało powiedziane. Inaczej oni usadowią się na waszych miejscach i już
się ich nie da stamtąd ściągnąć!
Z tą straszną wizją w głowie Flappy wsiadła do samochodu i wyjechała
przez bramę na drogę. Wkrótce potem zatrzymała się w zatoczce
postojowej. Myśl, że Price'owie zajmą jej i Kennetha miejsca w kościele
nie wiadomo na jak długo, tak ją zdenerwowała, że wyjęła z torebki
ciastko czekoladowe i je zjadła.
Następnego dnia rano Hedda zadzwoniła do Flappy, by jej powiedzieć, że
kolacja z Price'ami oraz pastorostwem odbędzie się w przyszłym tygodniu
w środę. Flappy postukała palcami po stronie otwartego kalendarza, gdzie
nie było żadnego wpisu na ten dzień, i wymruczała:
-?Cóż, przesunę to spotkanie na czwartek rano i zrezygnuję z kolacji,
powinnam dać radę. Tak -?dodała po chwili namysłu. -?Mogę to zrobić,
Heddo. Miło z twojej strony, że wydasz tę kolację. -?A potem zapisała w kalendarzu: "Kolacja, Compton Court".
Reszta tygodnia upłynęła jej na rozmyślaniach o własnej łaskawości wobec
Price'ów. Para przyjęła zaproszenie Heddy na kolację i jak utrzymywała
Mabel, zostawiła bardzo duży napiwek w dzbanku na napiwki w kawiarni
Dużej Mary po tym, jak Jim pochłonął nie jedną, ale dwie porcje jej
kremu cytrynowego. Oni muszą być dobrymi ludźmi, powiedziała sobie w myślach, gdy jej mózg szukał wytchnienia od wyczerpującej pracy.
W niedzielny poranek postanowiła nie pozostawiać niczego przypadkowi.
-?Kenneth, kochanie, pośpiesz się. Dzisiaj powinniśmy być w kościele
wcześniej! -?krzyknęła, stojąc u podnóża schodów, podczas gdy jej mąż
poprawiał krawat w lustrze wiszącym na ścianie na górze. Kenneth bardzo
lubił ten krawat, ponieważ był to oficjalny krawat Klubu Golfowego
Scott-Bootha, zaprojektowany przez jego żonę specjalnie dla członków.
Różowe i szmaragdowe paski na granatowym tle. Szczyt szyku i ekstrawagancji, jak sama Flappy. Kenneth podniósł głowę, przygładził
nieliczne włosy i zszedł na dół, by dołączyć do żony.
-?Jeśli się denerwujesz, że ci, jak im tam, znów usiądą na naszych
miejscach...
-?Price'owie -?przypomniała Flappy.
-?Niepotrzebnie się denerwujesz. Jestem pewny, że Graham skieruje ich do
jakiejś ławki z tyłu.
-?Nie możemy liczyć na Grahama. To boży człowiek, a w oczach Boga
wszyscy ludzie są równi. -?Flappy pomaszerowała do mężowskiego Jaguara.
-?Nie zamierzam polegać na Grahamie -?powiedziała, otwierając drzwi
samochodu. W dzisiejszych czasach można polegać tylko na sobie.
Kenneth usiadł obok żony i odpalił silnik. Jaguar wydał z siebie niski
pomruk. Ruszyli wiejskimi drogami do miasta, a Flappy, która zwykle
zachwycała się kolorami liści i jesiennym światłem, nie była w stanie
myśleć o niczym innym niż jej drogocenne miejsce w pierwszej ławce w kościele i niebezpieczeństwo jego utraty.
Przyjechali piętnaście minut wcześniej. Flappy odetchnęła z ulgą, gdy
okazało się, że ścieżką prowadzącą do kościoła szło powoli tylko kilkoro
sędziwych osób. Pomyślała z satysfakcją, że stylowi ludzie tacy jak
Price'owie nigdy nie pojawiają się przedwcześnie, miejsca jej i Kennetha
były więc bezpieczne.
Kroczyła nieśpiesznie, ciesząc się widokiem złocistych liści kasztanowca
i ciepłym, bursztynowym światłem słonecznym padającym na ścieżkę, którą
szła. Uwielbiała jesień. Tę atmosferę zadumy, przyjemnej melancholii, to
rozkoszne poczucie zmiany unoszące się w powietrzu, gdy lato w końcu
ustępowało, co prawda zrywami, innej porze roku, porze "mgieł i miękkiego owoców rumienia"1. Ach ten Keats, dumała, jakim był
mistrzem słowa, "Powiernico sekretów Słońca".
Wchodząc do kościoła, z ulgą zobaczyła, że staruszkowie już siedzą na
swoich zwykłych miejscach. Jej ławka, jej i Kennetha, czekała na nią w imię poszanowania prawa do zasiadania na tym miejscu. Ten widok ją
uszczęśliwił. Bez dalszej zwłoki zostawiła Kennetha rozmawiającego z panem Bartleyem, który opiekował się cmentarzem, podeszła do ławki i usiadła.
-?Wcześnie przyszliście -?zauważył Graham, gdy się pojawił, już w sutannie, aby przywitać się ze swoimi parafianami.
-?Chciałam mieć trochę spokoju i pokontemplować w ciszy to piękne
wnętrze i te wspaniałe kwiaty -?powiedziała Flappy i wskazała głową dość
żałosny bukiet umieszczony przez Esther Tennant w niszy naprzeciwko
ławki. Zapisała w pamięci, że musi porozmawiać z Esther. Przecież jako
przewodnicząca Komitetu Kościelnego w Badley Compton dźwigała na barkach
odpowiedzialność za kwiaty do kościoła. Istniał spis zasad i norm, a Esther spełniła tylko jedno z tych wymagań.
Wkrótce kościół napełnił się wiernymi. Po tym, jak dziesiąta osoba
wyraziła zdumienie, że widzi ją w ławce tak wcześnie, Flappy zaczęła
tracić cierpliwość. Była jednak kobietą o wielu ukrytych talentach, po
prostu się uśmiechała i odpowiadała poważnym tonem:
-?Spędzenie kilku minut więcej w domu bożym jest bardzo dobre dla duszy,
nie sądzicie? -?A natręci wracali na swoje miejsca pełni podziwu dla jej
pobożności.
Kenneth siedział już u boku żony, nabożeństwo miało się właśnie
rozpocząć, gdy otworzyły się duże tylne drzwi, a po nawie przeszedł
szmer niczym niemile widziany wiatr. Flappy odwróciła się, by zobaczyć,
kto przyszedł tak późno, i okazać swoją dezaprobatę. Spóźnianie się do
kościoła było zdecydowanie niedopuszczalne.
-?Bardzo mi przykro -?syknęła Molly Price, choć wcale nie było tego po
niej widać. Trzymając jedno z dzieci za rękę, maszerowała nawą do
pierwszej ławki. Flappy uśmiechnęła się do siebie, ponieważ ona i Kenneth byli bezpieczni na swoich miejscach. Nie istniało
niebezpieczeństwo, że zostaną bezprawnie usunięci. Miała pewność, że
Graham skieruje ich do tylnych ławek, bez wątpienia z wolnymi miejscami
dla nowo przybyłych takich jak oni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki