Śledztwa Markusa Hegera (Tom 2). Cień wątpliwości - Jan-Erik Fjell, Jorn Lier Horst


Reflow text when sidebars are open.
- Jest późna wrześniowa noc - powiedział cicho Markus do mikrofonu przykręconego na stałe do ławy w saloniku. - Jest tak późno, że wkrótce wstanie dzień.
Białe zasłony, zrobione na szydełku dawno temu, w świetle lampy wydawały się żółte. Na ekranie laptopa słupki dźwięku podnosiły się i opadały w rytm jego głosu.
- Mam kilka stałych miejsc, gdzie parkuję, kiedy jestem w okolicach Oslo. Jedno z nich znajduje się przy Sognsvann. Drugie przy Sj?strand w Asker, niedaleko domu, w którym mieszkałem przez kilka lat jako chłopiec, zanim z matką musieliśmy się przeprowadzić do mieszkania w bloku na T?yen. Jest jeszcze trzecie, które lubię chyba najbardziej: na skraju lasu przy Grefsenkleiva, tuż pod alpejskim stokiem. Ale teraz nie nocuję w żadnej z tych miejscówek.
Markus Heger odsunął zasłonę i wyjrzał przez okno.
- Zaparkowałem w małej zatoce drogowej w Holmenkollen. Przez prześwity między drzewami widzę Oslo, które rozpościera się i jaśnieje w dole, oraz fiord, czarny jak ropa, a w oddali Nesoddtangen i Ekeberg. Trudno o lepszy punkt widokowy, kiedy nad stolicą zapada zmrok.
Po kilkusekundowej teatralnej pauzie mówił dalej:
- Ale nie przyjechałem tutaj, żeby podziwiać widoki albo spać. Po drugiej stronie ulicy, na której zaparkowałem, stoi ogromna willa z czarną, szkliwioną dachówką. Tę niemal majestatyczną posiadłość otacza wysoki żywopłot, a za bramą z kutego żelaza, na środku przestronnego, brukowanego dziedzińca znajduje się fontanna, która tworzy rondo. Niejedna para marzy o tym, by zamieszkać w takim domu, jawiącym się jako bezpieczna, wygodna przystań, w której można spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi, w spokojnej dzielnicy, oddalonej o zaledwie dwadzieścia pięć minut od zgiełku ścisłego centrum. To miejsce, w którym naprawdę można urzeczywistnić marzenie o rodzinie, tak często romantyzowane w mediach społecznościowych i lifestylowych magazynach.
Ekran laptopa migotał, gdy Markus go regulował. Zegar w rogu wskazywał 3:14.
- Kilka dni temu odebrałem telefon od ojca. Zwykle dzwoni do mnie dwa-trzy razy w tygodniu i rzadko ma do przekazania jakieś newsy. Zazwyczaj jest to ta sama stara śpiewka. Ale gdy zadzwonił do mnie w zeszłą środę, nie opowiadał o tym, co jadł na obiad ani jaki film dokumentalny oglądał poprzedniego wieczoru. Zaczął od tego, że ma nowego sąsiada, miłego faceta o imieniu Terje, i że powinienem go poznać. Zdaniem mojego ojca Terje ma do opowiedzenia ciekawą historię, którą powinienem się zainteresować. Historię, która nadaje się na podcast. Szczerze mówiąc, ojciec nigdy wcześniej do niczego mnie tak intensywnie nie namawiał.
Markus podgłośnił dźwięk w słuchawkach.
- Jeśli jesteś nowym słuchaczem Krimcasten, być może pomyślisz, że parkuję w pobliżu domu, w którym mój stary ojciec poznał tego całego Terjego. Że stojąc po dwóch stronach wysokiego żywopłotu, popijali kawę i rozmawiali o pogodzie i o tym, jak szkodliwy dla norweskiego biznesu jest podatek od majątku. I nie jesteś aż tak daleki od prawdy, bo Terje i jego żona Emma kupili tę nieruchomość w 2006 roku. Ale jeśli śledzisz ten podcast od jakiegoś czasu, to wiesz, że mój ojciec i Terje nie mogli się tutaj spotkać. Bo moim ojcem jest Frank Drage, więzień z wyrokiem bezterminowym*, a więc Frank i Terje nie poznali się w dzielnicy willowej, lecz w zakładzie karnym Ullersmo, na oddziale dla osadzonych z długimi wyrokami.
Wstrzymał nagranie i przeczytał notatki na ekranie, po czym kontynuował:
- Innymi słowy, nowy sąsiad mojego ojca już nie mieszka w Holmenkollen. W oknach tego domu dawno nie paliło się światło. Po rodzinie i przyjaciołach nie ma śladu. Dom stoi opuszczony, a fontanna wyschła. Bo ani sąd rejonowy, ani okręgowy nie dały wiary słowom Terjego, a w zeszłym miesiącu Sąd Najwyższy odrzucił jego apelację. A to oznacza, że wyrok dwudziestu jeden lat pozbawienia wolności jest prawomocny. I trudno nie zgodzić się z tym wyrokiem. Sędziowie dokładnie zbadali sprawę i wydaje się wręcz nieprawdopodobne, by mogli dojść do innego wniosku.
Markus odchylił się i pociągnął za sobą ramię mikrofonu.
- Mimo to zgodziłem się z nim jutro spotkać. Mój ojciec twierdzi, że zdobyli informacje, które rzucą na sprawę nowe światło. Właśnie dlatego tutaj zaparkowałem. Chciałem zobaczyć, gdzie mieszkał Terje, zanim wprowadził się do lokalu o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych w Ullersmo. Chciałem zobaczyć, gdzie mieszkał Terje, zanim dwa i pół roku temu został aresztowany za brutalne zabójstwo swojej żony Emmy.
Dwie rzeczy zaskoczyły Markusa, gdy strażniczka więzienna otworzyła drzwi z napisem "POKÓJ ODWIEDZIN 2". Jedną z nich był jego ojciec. A raczej jego ubiór. Podczas wszystkich poprzednich wizyt nosił typowy strój osadzonego: spodnie dresowe i T-shirt. Rzadko dżinsy. Tym razem jednak stał na środku pokoju, obok swojego nowego sąsiada, w ciemnych spodniach garniturowych i białej, świeżo wyprasowanej koszuli, starannie wpuszczonej w spodnie i opinającej się na jego atletycznych ramionach. Kołnierzyk koszuli zakrywał większą część blizny po oparzeniu, którą miał na szyi od ponad dwudziestu lat. Jego przyprószone siwizną włosy były jak zwykle zaczesane do tyłu.
Drugim zaskoczeniem był wzrost nowego sąsiada ojca. Markus widział tylko dwa jego zdjęcia. Jedno zostało zrobione zeszłej zimy podczas wizji lokalnej, przeprowadzonej na wniosek sądu okręgowego, i przedstawiało mężczyznę, który kucał i dłońmi w kajdankach wskazywał na ziemię. Z jego ust wydobywała się para wodna. Terjego otaczali prokurator, obrońca i trzej funkcjonariusze Służby Więziennej. Drugie, standardowe zdjęcie portretowe ściągnięte z profilu na LinkedIn, umieszczano w każdym artykule, jaki ukazał się na temat zabójstwa Emmy Wekre od chwili aresztowania jej męża. Obecnie pięćdziesięcioczteroletni eksdoradca finansowy był na nim widoczny od pasa w górę i prezentował się nienagannie w granatowym garniturze i idealnie dobranym krawacie. Twarz miał nieco szeroką, z wyraźnie zaznaczoną linią szczęki. Włosy krótkie, starannie zaczesane, z głębokimi zakolami. Nie uśmiechał się, a jego spojrzenie wyrażało pewność siebie i powagę, chętnie widziane u ludzi, którzy zarządzają cudzymi pieniędzmi.
Dziś włosy Terjego nie były już elegancko zaczesane, a poza tym zaczęły siwieć. Był szczupły, ale dużo niższy, niż Markus sobie wyobrażał, co rzucało się w oczy, gdy stał obok Franka, który przewyższał go o głowę.
Strażniczka zamknęła za nimi drzwi. Rozległ się szczęk zamka. Markus zdążył zauważyć cienką teczkę na dokumenty, leżącą na stole między dwiema sfatygowanymi dwuosobowymi kanapami, zanim Frank Drage podszedł do niego z rozłożonymi ramionami.
- Miło cię znowu widzieć, mój chłopcze - powiedział, przytulając syna. - Poznaj Terjego.
Uścisk Wekrego był mocny, ale jego dłoń była prawie mokra od potu. Markus dyskretnie wytarł palce o nogawkę.
- Może usiądziemy? - Frank przeszedł przez pokój w kierunku zestawu wypoczynkowego. - Mamy tylko pół godziny, a ponieważ nie ma z nami Cato, więc dzisiaj trzydzieści minut oznacza dokładnie trzydzieści minut.
Zajął miejsce na kanapie. Terje usiadł obok niego, a Markus opadł ciężko na kanapę stojącą naprzeciwko i zerknął na teczkę. Była nieoznaczona. Ponownie obrzucił spojrzeniem ojca i zapytał:
- Czy ktoś tu się dzisiaj żeni?
Uśmiechnął się krzywo, ale ojciec nie zareagował na przytyk.
- Kto wie - odparł Frank. - Pomyślałem, że potem moglibyśmy zamienić kilka słów na osobności.
- Okej...? - Markus poczuł, że mimowolnie uniósł brwi. - Stało się coś?
- Później o tym porozmawiamy. - Ojciec położył rękę na oparciu kanapy. - Przyniosłeś ze sobą sprzęt? Mikrofony i tak dalej? Mam nadzieję, że strażnicy nie robili ci problemów?
- Nie, wszystko w porządku.
Wsunął rękę do kieszeni kurtki i wyjął dwa bezprzewodowe mikrofony krawatowe. Przypiął jeden sobie i pochylił się, żeby drugi przymocować do ubrania Wekrego. Sprawdził, czy na wyświetlaczu pojawił się sygnał, po czym spojrzał tamtemu w oczy i włączył nagrywanie.
- Zdajesz sobie sprawę, że jeśli zdecyduję się coś z tym zrobić, wykorzystam całość lub część dzisiejszego nagrania?
- Tak - odpowiedział Terje.
- Poza tym nie zamierzam gryźć się w język i w żaden sposób ograniczać, bez względu na to, jakie informacje wypłyną.
- Chcę tylko, żeby prawda wyszła na jaw.
- Przyznaję, że nie znam szczegółów twojej sprawy. W tamtym czasie byłem w czteromiesięcznej podróży po Ameryce Południowej i nie śledziłem zbyt uważnie wiadomości z Norwegii, ale wiem, że zostałeś skazany w dwóch instancjach, a Sąd Najwyższy niedawno odrzucił twoją apelację i...
- Po prostu mi nie uwierzono - przerwał mu Wekre.
- Zupełnie jak Andy?emu Dufresne - wtrącił Drage. - Jemu też nikt nie wierzył, ale Andy nie zabił żony.
Markus spojrzał pytająco na ojca.
- Geniusz od cyferek w Skazanych na Shawshank - kontynuował Frank. - Facet, który wydostał się z więzienia wykopanym przez siebie tunelem. Grany przez Tima Robbinsa. Morgan Freeman też...
- Ale teraz ja gram - przerwał mu Markus, wskazując "pchełkę" przyczepioną do kołnierza kurtki. - Myślę, że najlepiej będzie, jeśli sam porozmawiam z Terjem.
- A niech mnie... - Frank zmarszczył czoło i zarechotał krótko. - W porządku. - Poklepał Wekrego po ramieniu. - Widzisz? Z Markusem nie ma żartów. Właśnie kazał swojemu staremu ojcu stulić dziób.
Terje uśmiechnął się nieśmiało, a Frank uniósł ręce w pojednawczym geście, po czym przyłożył dwa palce do ust i przekręcił wyimaginowany klucz. Markus spojrzeniem zachęcił Wekrego, żeby mówił dalej.
- Na nożu, którego według nich użyłem, żeby zmusić ją do wyjścia ze mną z domu w środku nocy, były moje odciski palców. Więcej dowodów nie potrzebowali. To, że mówiłem prawdę, nie miało żadnego znaczenia, bo moja prawda to były - zdaniem sędziów - kłamstwa i manipulacje. Kłamstwa i manipulacje. - Omal nie wypluł tych słów. - Niby kiedy kłamałem i manipulowałem informacjami? Ani razu nie zmieniłem swoich wyjaśnień. Dokładnie to samo powiedziałem pierwszemu patrolowi policji, który przybył na miejsce tamtej nocy, oraz podczas obu procesów. I powiem ci jeszcze jedno, Markusie, zresztą Frank też to ode mnie usłyszał: gdybym to ja zrobił coś takiego Emmie, znaleźliby mnie wiszącego w celi aresztu już następnego ranka, bo nie mógłbym z tym żyć.
- Czy możesz mi opowiedzieć, co się stało tamtej nocy?
- Tak, ale żeby twoja wizyta w ogóle miała sens i żebyś mógł zrozumieć to, czego sędziowie nie mogli lub nie chcieli zrozumieć, muszę opowiedzieć trochę więcej.
Markus odchylił się do tyłu. Wiedział, co go czeka. Wszystko znajdowało się w pięćdziesięciosiedmiostronicowym wyroku sądu okręgowego, który przejrzał wczoraj wieczorem przed willą w Holmenkollen, ale nie wspomniał o tym. Wolał, żeby mężczyzna siedzący przed nim opowiedział wszystko własnymi słowami. To będzie ciekawsze dla słuchaczy.
- Czytałeś wyrok?
- Pobieżnie - odparł Markus.
- Więc wiesz, kim była Lykke?
- Tak, ale wyjaśnij to słuchaczom, którzy tego nie wiedzą.
Terje wpatrywał się w blat stołu.
- Lykke była naszą córką - powiedział cicho. - Straciliśmy ją w 2007 roku. Zapalenie opon mózgowych.
Zaczął skubać bransoletkę, która do tej pory była ukryta pod rękawem swetra.
- Terje ma bransoletkę na nadgarstku - dopowiedział Markus z myślą o słuchaczach podcastu. - Jest zrobiona z różnokolorowych plastikowych koralików.
Był pewien, że zna odpowiedź, ale i tak zapytał:
- Czy to Lykke ją zrobiła?
- Tak.
Wekre podciągnął lekko rękaw swetra i obrócił nadgarstek, przyglądając się koralikom. - Ta bransoletka i kilka zdjęć to wszystko, co mam po niej w swojej celi. Kiedy zmarła, to... tak... to nas, oczywiście, zniszczyło. Byliśmy zdruzgotani. Ja uciekłem w pracę, to było moje "lekarstwo", natomiast Emma zamknęła się w sobie. Przez kilka lat prawie nie wychodziła z domu. Musiałem zanosić ją do łazienki, żeby wzięła prysznic. Z czasem zaczęła brać leki i sytuacja się poprawiła. Mijały lata i... Nie powiem, że dawna Emma wróciła, bo to nigdy nie nastąpiło. Oboje się zmieniliśmy. Ale mimo to było nam razem dobrze. Udało nam się odnaleźć radość i sens życia. Jednak w okresie poprzedzającym morderstwo zauważyłem, że Emma znów zaczyna tracić grunt pod nogami.
Frank pochylił się, sięgając po teczkę leżącą na stole. Położył ją sobie na kolanach i otworzył.
- To znaczy?
- Była stale przygnębiona. Zdenerwowana. Miała paranoję.
- Wiesz, z jakiego powodu?
- To się pojawiło po dwóch epizodach na początku maja dwa i pół roku temu.
- Emma została zamordowana wieczorem w niedzielę 8 maja, zgadza się?
- Tak. - Wekre skinął głową i ponownie spuścił wzrok. - Do pierwszego zdarzenia doszło w zwykły dzień. Był dość późny wieczór. Wycierałem się w łazience na piętrze, bo właśnie skończyłem brać prysznic. Nagle z dołu doleciał krzyk Emmy. Taki sam krzyk słyszałem już wcześniej. Jeden jedyny raz. Na korytarzu w Rikshospitalet w 2007 roku. Mrożący krew w żyłach krzyk umierającego człowieka. Nie potrafię opisać tego inaczej. Z ręcznikiem owiniętym wokół pasa zbiegłem po schodach. Emma stała jak skamieniała na środku salonu. Powiedziała, że kiedy oglądała telewizję, zauważyła, że jakiś mężczyzna stoi w oknie i ją obserwuje. Wciągnąłem spodnie i wybiegłem przed dom, ale nikogo nie zobaczyłem.
- Potrafiła opisać wygląd tego mężczyzny?
- Nie. Miał na sobie czarne ubranie i kaptur.
- Ale to był mężczyzna?
- Tak, w każdym razie tak jej się wydawało.
- Okej.
Markus gestem pokazał Wekremu, żeby kontynuował opowieść.
- Nic więcej nie dało się z tym zrobić. Nie mogłem przecież zadzwonić na policję i powiedzieć, że ktoś wtargnął na naszą posesję, ale już sobie poszedł. I oczywiście Emma też to rozumiała. Kilka dni później, w piątek, oboje mieliśmy ochotę na przekąskę. Pojechałem do sklepu, żeby zdążyć przed zamknięciem o dwudziestej trzeciej, i kiedy robiłem zakupy, Emma zadzwoniła, płacząc histerycznie. Ledwo mogła mówić, ale zrozumiałem, że znowu widziała tego mężczyznę. Upuściłem na podłogę to, co trzymałem w rękach, i pognałem do domu. Znalazłem żonę zamkniętą w łazience w piwnicy - roztrzęsioną i śmiertelnie przestraszoną.
- Również tym razem po mężczyźnie nie było śladu?
- Nie. Ale powiedziałem jej, że mimo wszystko powinniśmy zgłosić to na policję, więc zapytałem, gdzie go widziała. Wskazała róg żywopłotu z tyłu domu. Rosną tam dwa dość stare drzewa, a przez ostatnie kilka dni porządnie wiało. Zobaczyłem, że jedna z gałęzi gwałtownie kołysze się na wietrze. "Jesteś pewna, że to nie była gałąź?", zapytałem. I wtedy zaczęła mieć wątpliwości. Byłem tym tak zdezorientowany, że postanowiliśmy nie zawiadamiać policji.
Markus skinął głową. Wersja przedstawiona w wyroku sądu była znacznie krótsza.
- Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nikogo nie widziała, w każdym razie za drugim razem. Szczerze mówiąc, co do pierwszego również byłem sceptyczny, bo właśnie wtedy Emma zaczęła się dziwnie zachowywać. Żyła w ciągłym lęku. Bez przerwy spoglądała w stronę okien. Pamiętam, że zastanawiałem się, czy jest coś, o czym mi nie mówi, bo nie miała nawet odwagi wyjść z domu i nie chciała zostawać sama. Gdy nadeszła niedziela...
- Pytałeś ją o to? - przerwał mu Markus. - Czy było coś, o czym ci nie mówiła?
- Nie... - Wekre pokręcił krótko głową. - Nie spytałem. - Odchrząknął. - W niedzielę Emma była tak zdołowana, że spytała, czy nie moglibyśmy przenocować gdzie indziej. Zgodziłem się, ale pod warunkiem, że następnego dnia skontaktuje się ze swoim lekarzem rodzinnym, bo wtedy naprawdę zacząłem się o nią martwić. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w tak złym stanie. Nawet po stracie Lykke. Wtedy przeżywała żałobę. A w maju...
Patrzył przed siebie pustym wzrokiem.
- ...było zupełnie inaczej.
- Zgodziła się na wizytę u lekarza?
- Tak, tak. I wtedy zaproponowałem, żebyśmy przenocowali w naszym domku letniskowym w Stavern. Wyraźnie jej ulżyło.
Wstał i wziął głęboki oddech. Następnie z jękiem wypuścił powietrze z płuc i zrobił kilka kroków. Podszedł do półki w rogu, na której piętrzyły się w nieładzie gry planszowe i przybory do rysowania. Frank zerknął ukradkiem na syna.
- Co to jest? - wyszeptał Markus.
Spojrzał na otwartą teczkę leżącą na kolanach ojca. Frank przesunął palcem wskazującym i kciukiem po ustach, udając, że zamyka je zamkiem błyskawicznym. Markus przewrócił oczami. Ojciec wyszczerzył zęby w uśmiechu i przepraszająco wzruszył ramionami, po czym spojrzał przez oparcie kanapy na Wekrego, który stał teraz z rękami na zakratowanym oknie, spoglądając na spacerniak.
- Czas ucieka, Terje - powiedział Frank.
- Przepraszam - odparł tamten i wrócił na kanapę. Wpatrując się w blat, zmarszczył czoło. Skinął głową, jakby cofnął się w myślach o dwa i pół roku. - Do Stavern dotarliśmy około osiemnastej. Z parkingu do naszego domku jest jakieś sto metrów i już podczas tego krótkiego spaceru zauważyłem, że się uspokoiła. - Ponownie spuścił wzrok. - Przygotowaliśmy razem kolację. Do posiłku wypiliśmy butelkę wina. Szczerze mówiąc, nie lubiłem, kiedy piła alkohol, bo kilka lat wcześniej przez pewien czas go nadużywała, ale tamtego wieczoru marzyłem tylko o tym, żeby była spokojna.
- Zadziałało?
- Zdecydowanie tak. Udało mi się nawet ją rozśmieszyć. Pamiętam, że wtedy pomyślałem: "Wszystko będzie dobrze".
- Siedzieliście do późna?
- Nie. - Terje zamknął oczy, a nos i usta zakrył dłońmi. Odetchnął ciężko i mówił dalej: - To wino tak nas zmęczyło, że około dwudziestej trzeciej byliśmy w łóżkach. - Tętnica szyjna pulsowała mu pod skórą. - A potem... coś mnie obudziło.
* Frank Drage został skazany na forvaring, To najwyższy wymiar kary w Norwegii, wprowadzony do norweskiego systemu prawnego w 2001 roku, stosowany wobec poczytalnych sprawców najpoważniejszych przestępstw, którzy są postrzegani jako zagrożenie dla społeczeństwa. Przy orzekaniu kary pozbawienia wolności sąd ustala ramy czasowe, maksymalny i minimalny okres jej trwania, ale karę tę można wielokrotnie przedłużać o kolejne pięć lat, jeśli skazany nie udowodni, że przeszedł resocjalizację. W praktyce forvaring może odpowiadać karze dożywotniego pozbawienia wolności w innych systemach karnych, ponieważ nie istnieje górna granica czasu trwania takiej kary. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
- Słyszałaś to? - wymamrotał Terje.
Pokój tonął w całkowitym mroku, a on leżał z otwartymi oczami, wytężając słuch. Czekał na odpowiedź żony, ale jedyny dźwięk, jaki do niego docierał, to był szum deszczu za oknami.
- Emmo - powiedział cicho. - Słyszałem jakiś dźwięk.
Gdy nie doczekał się żadnej reakcji, dźwignął się na łokciu, odwrócił i wyciągnął drugą rękę. Jego palce napotkały jedynie luźną pościel. Leżał w napięciu przez parę sekund, a potem odrzucił kołdrę i zsunął nogi z łóżka. Chłód podłogi szczypał go w stopy.
Po omacku dotarł do drzwi. Zwykle były uchylone, ale tym razem Emma musiała je za sobą zamknąć, żeby go nie obudzić.
Zrobił kilka kroków i zajrzał do łazienki. Ciemno. Pusto. Drewniane deski podłogowe zaskrzypiały, gdy ruszył do kuchni. Na blacie stały kieliszki po winie, które wypili poprzedniego wieczoru. Przesunął butelkę nieco głębiej i odwrócił się w stronę salonu. Żar w kominku zgasł, została tylko szara kupka popiołu. Na podłokietniku fotela Emmy leżał koc.
Przez spowity ciemnością domek przemknął słaby powiew wiatru, cichy świst, zbyt słaby, by mógł to być dźwięk, który obudził Terjego.
Mężczyzna dotknął nagiej klatki piersiowej i stał tak przez chwilę, po czym ruszył dalej. Wokół niego zatańczyły cienie, prześliznęły się po dużym obrazie wiszącym na ścianie salonu i zniknęły w mroku.
Głośny łomot sprawił, że Terje się odwrócił. Kieliszki na blacie zabrzęczały cicho. Emma musiała wyjść na dwór. Drzwi wejściowe ponownie uderzyły o futrynę.
Deszcz bębnił o dach i ściekał z okapu. Wiatr szarpał gałęziami drzew, ocierały się o siebie, powodując ten sam szeleszczący dźwięk, który Wekre słyszał, będąc w środku.
Odwrócił się, wbiegł do domu i w ciemności włożył spodnie i T-shirt. Na korytarzu wsunął pospiesznie buty. Wyjął latarkę z szuflady i ponownie wyszedł na zewnątrz.
Zacinający deszcz uderzał go w twarz zimnymi, ostrymi podmuchami.
Nagle poczuł, że ktoś go obserwuje. Zatrzymał się, podniósł wyżej latarkę i mrużąc oczy, spojrzał na czarny las. Bateria była słaba. Snop światła zamigotał i przygasł, zanim dotarł do linii drzew.
W powietrzu unosił się ciężki zapach słonej wody. Terje skręcił za róg domku. Fale uderzały cicho, lecz rytmicznie o skalisty brzeg.
- Emmo!
Usłyszałaby go, gdyby była tam na dole, odpowiedziałaby mu, gdyby mogła.
Gdzieś w ciemności rozległ się trzask, jakby gałązka pękła pod czyimś butem. Nasłuchiwał, ale wiatr przechwycił dźwięk i poniósł go w dal.
Wekre zrobił kilka kroków przed siebie. Snop światła wylądował na czymś metalowym, co połyskiwało w trawie. Nóż.
Terje zerknął w stronę pomalowanej na czerwono szopy pod drzewami, po czym schylił się i podniósł nóż.
- Skąd on się tam wziął? - przerwał mu Markus.
- Nie wiem - odparł Wekre. - To nie był mój nóż.
- Jeden ze świadków zeznał w sądzie, że kiedyś widział go w twojej skrzynce z narzędziami.
- To był zwykły nóż Mora* - jęknął Wekre. - I owszem, miałem kiedyś taki. Ale nigdy z czerwoną rękojeścią, tak jak tamten.
- Świadek twierdził, że nóż, który widział u ciebie, miał czerwoną rękojeść.
- W wyroku nie wspomniano, że świadek nawet na trzeźwo ledwo odróżnia czerwony od zielonego, a zawsze, kiedy przychodził w odwiedziny, był pod wpływem alkoholu.
- W takim razie gdzie jest teraz twój nóż? Albo gdzie był w chwili morderstwa?
- Wyrzuciłem go kilka lat temu, robiąc gruntowne porządki.
- Którą ręką podniosłeś nóż?
- Prawą.
- Czyli latarkę trzymałeś w lewej?
- Tak.
- Jesteś leworęczny?
Wekre się zamyślił. Uniósł lewą rękę, jakby trzymał w niej latarkę.
- Przepraszam. Pomyliłem się. Lewą ręką. Podniosłem nóż lewą ręką, bo w prawej trzymałem latarkę. I nie, nie jestem leworęczny.
- Okej, kontynuuj.
Deszcz spływał mu po twarzy. Terje zrobił kilka chwiejnych kroków, omiatając światłem latarki teren wokół siebie.
- Emmo!
Zawołał w deszcz, lecz odpowiedziała mu tylko cisza. Drżał na całym ciele. Jego ruchy były gwałtowne i nieskoordynowane, jakby stracił nad nimi kontrolę.
Nagle przez zapach słonej wody i mokrej trawy przebiła się charakterystyczna woń.
Dym.
Odwrócił się, przeczesał okolicę matowym światłem latarki. Na parkingu dostrzegł jakiś odblask, niespokojne migotanie za zasłoną deszczu. Płomienie.
Przez moment stał jak wryty, a gdy odzyskał władzę w nogach, zaczął biec, ciężko i niepewnie, kamienistą ścieżką. W pewnej chwili źle postawił stopę, potknął się i rozbił kolano, ale podniósł się i pobiegł dalej.
Ich samochód się palił. Płomienie buchały z komory silnika i lizały przednią szybę, rzucając pomarańczowy blask na strugi deszczu. Uderzyła w niego fala gorąca, zmuszając go do zakrycia twarzy ramieniem.
Emma siedziała za kierownicą. Jej twarz jaśniała wśród rozedrganych rozbłysków światła i cienia. Patrzyła prosto na niego, z ustami otwartymi bezgłośnie, gdy waliła głową w boczną szybę.
Wykrzyczał jej imię i rzucił się do przodu. Zacisnął palce na klamce. Metal palił jego skórę, ale Terje wciąż napierał. Szarpał. Mocował się z klamką. Naciskał z całej siły. Ale drzwi były zamknięte.
Wysoka temperatura i kłęby dymu zmusiły go do cofnięcia się na bezpieczną odległość. Odwrócił się gwałtownie i pobiegł do domku letniskowego. z haka na ścianie w korytarzu zerwał gaśnicę.
Z trudem powlókł się z powrotem na parking. Płomienie zassały powietrze i wystrzeliwały je w nocne niebo. Dwie szyby w samochodzie pękły. W migoczącym świetle Emma przypominała już tylko zniekształcony cień.
W chwili, gdy wycelował wąż gaśnicy proszkowej, samochód eksplodował. Z wnętrza auta buchnęły płomienie razem z odłamkami szkła i metalu. Fala uderzeniowa trafiła go niczym pięść i rzuciła na ziemię.
* Popularna szwedzka marka małego noża z ostrzem stałym i pochwą, produkowanego w Mora w regionie Dalarna.
- Nie byłeś pierwszą osobą, która wybrała numer alarmowy - zauważył Markus.
- Nie - odparł Wekre. Znów stał przy oknie. Odwrócił się do Franka i Markusa, którzy wciąż siedzieli na swoich kanapach, i dodał: - Po drugiej stronie cieśniny był ktoś, kto zauważył pożar przede mną.
- A ty nikogo innego nie widziałeś ani nie słyszałeś?
- Nikogo. Ale musiał tam być. Jestem tego pewien. I właśnie to prześladuje mnie po nocach. - Wolnym krokiem podszedł do zestawu wypoczynkowego. - To nie widok Emmy jest ostatnią rzeczą, którą widzę, zanim rano otworzę oczy, lecz postać, która śledzi mnie z ukrycia. Jestem pewien, że obserwował, jak zrozpaczony miotam się wokół samochodu.
- Jak myślisz, kto to mógł być?
- Mężczyzna w oknie. - Terje opadł na kanapę obok Franka. - To nie mógł być nikt inny. Gdyby chodziło tylko o jeden incydent, nie zastanawiałbym się nad tym tak długo. Uznałbym, że to był czysty przypadek, że ktoś niechcący wszedł na teren naszej posiadłości. Ale niestety dopiero po czasie dotarło do mnie, że to nie poruszana wiatrem gałąź przestraszyła Emmę w tamten piątek w maju. To był on. Nagle wszystko nabrało sensu. Patrząc wstecz, zrozumiałem, że on ją - nas - obserwował. Czekał na nią. Wiedział, że Emma wyjdzie na dwór.
- Ale przecież tamtego wieczoru oboje poszliście spać?
- Tak, ale po tym pierwszym incydencie z mężczyzną, który obserwował ją przez okno, znowu zaczęła popalać.
- I po to wyszła z domu?
- Tak.
- Wcześniej mówiłeś, że nie miała odwagi wyjść sama nawet za próg?
- Cóż - jęknął Wekre - kiedy byłem w domu, sytuacja wyglądała trochę inaczej. Kilka ostatnich nocy wstawała po tym, jak poszliśmy spać, schodziła cicho po schodach i zaciągała się parę razy w otwartych drzwiach. Gdy przebudziłem się tamtej feralnej nocy, pomyślałem, że Emma wyszła zapalić.
- Czyli twoim zdaniem tamten facet zrobił rekonesans?
Markus usłyszał, że w jego głosie pobrzmiewa sceptycyzm.
- Tak.
Zerknął na ojca, który siedział z pochyloną głową i spoglądając na otwartą teczkę z dokumentami, przysłuchiwał się rozmowie.
- A co z wybuchem? - podjął po chwili Markus. - W bagażniku samochodu stał dziesięciolitrowy kanister z benzyną...
- Tak.
- Twój kanister.
Wekre spojrzał na zaciśnięte pięści, które spoczywały na jego kolanach.
- Bo to był twój kanister, prawda?
- Tak... - odpowiedział tak cicho, że ledwo było go słychać. - Ale on zwykle stał na tyłach domku, więc każdy miał do niego dostęp.
- A więc uważasz, że sprawca zobaczył kanister i postanowił umieścić go w bagażniku twojego samochodu?
- Tak.
Tym razem to Markus podniósł się i stanął za kanapą, na której wcześniej siedział. Terje znowu zaczął się bawić koralikami.
- Tę samą historię opowiedziałeś zarówno w sądzie rejonowym, jak i okręgowym i nic dziwnego, że nikt ci nie uwierzył, biorąc pod uwagę fakt, że zanim Emma została zamordowana, nikt inny nie słyszał o tajemniczym mężczyźnie w oknie.
- To dlatego, że się całkowicie odizolowała. Przez kilka ostatnich dni rozmawiała właściwie tylko ze mną. - Zaczął masować grzbiet dłoni kciukiem. - I jeśli mam być zupełnie szczery... ja... nie chciałem nikomu o tym mówić, bo bałem się, że ludzie pomyślą... pomyślą, że Emma...
Spojrzał na kciuk.
- Zwariowała? - dokończył Markus.
- Tak. I dlatego nikomu o tym nie mówiłem, zanim sprawa trafiła na wokandę.
- Dlaczego niby miałbym ci uwierzyć?
Terje przeniósł wzrok na Franka.
- Chciałbym prosić o głos - powiedział ojciec, unosząc dwa palce, jakby siedział w klasie i zgłaszał się do odpowiedzi. - Oczywiście, jeśli pan gospodarz programu nie ma nic przeciwko temu, żeby zdjąć kaganiec inicjatorowi tego spotkania - dodał, chichocząc.
Markus patrzył na niego z głupią miną. Ojciec położył teczkę na stole i po chwili jego twarz spoważniała. Zerknął ukradkiem na Wekrego, po czym wskazał głową drzwi i rzekł do współwięźnia:
- Muszę zamienić kilka słów z chłopakiem sam na sam.
Wekre wstał z kanapy, zanim Frank dokończył zdanie. Markus odpiął mikrofon z ubrania Terjego i uścisnął mu dłoń.
- Dziękuję za poświęcony czas, Markusie - powiedział Wekre, zerkając na dokumenty. - Mam nadzieję, że zawartość tej teczki wystarczy, żeby wzbudzić twoje zainteresowanie.
Spojrzał mu prosto w oczy, przytrzymując jego rękę nieco dłużej, po czym puścił ją i podszedł do drzwi. Zapukał. Rozległ się szczęk zamka i drzwi otworzyła ta sama strażniczka, która przeprowadziła Markusa przez śluzę. Terje wyszedł i zamek ponownie zazgrzytał.
Markus zatrzymał nagrywanie i sięgnął po teczkę. Na pierwszej stronie znajdowały się dane osobowe Wekrego, a poniżej adnotacja: "Poligrafer: Travis Goldberg - Seattle Polygraph & Security". Markus przełożył kartkę i spojrzał na dokument techniczny z wykresem biegnącym przez cały arkusz.
Następnie przeczytał tekst w języku angielskim: "Pan Terje Wekre został skazany za zabójstwo żony. Nie przyznaje się do winy. Na prośbę adwokata, Emila Ulvena, w zakładzie karnym Ullersmo przeprowadzono trzy serie testów, których celem była ocena wiarygodności wyjaśnień dotyczących morderstwa złożonych przez pana Wekrego. Zarejestrowano następujące parametry: oddech (klatka piersiowa i brzuch), reakcję skórno-galwaniczną (GSR), tętno i ciśnienie krwi". Wzrok Markusa powędrował w dół, do wniosków końcowych: "Nie stwierdzono żadnych fizjologicznych nieprawidłowości sugerujących oszustwo, co oznacza, że pan Wekre odpowiedział na pytania dotyczące śmierci żony zgodnie z prawdą. Wzorzec odpowiedzi był spójny we wszystkich trzech seriach".
Na dole znajdowała się pieczęć amerykańskiej firmy przeprowadzającej badania wariograficzne oraz podpis Travisa Goldberga. Markus przełożył kartkę, ale nic więcej nie znalazł. Przekrzywił głowę i spojrzał na ojca z niedowierzaniem.
- Wykrywacz kłamstw...?
- Nie musisz tego mówić w taki sposób.
- W jaki?
- Z wyższością.
- Kiedy powiedziałeś, że zdobyliście nieznane dotąd informacje, które rzucą nowe światło na sprawę, pomyślałem, że to coś bardziej istotnego.
- Markusie. - Ojciec pochylił się i poklepał dokumenty leżące na stole. - Tych testów nie przeprowadził badacz amator z zapadłej dziury, ale sam Travis Goldberg. A tak przy okazji, wiesz, kto jest uważany za najlepszego na świecie poligrafera?
- Nie.
- Zgadnij.
- Nie mam pojęcia.
- Travis Goldberg. - Frank odchylił się do tyłu i rzucił synowi triumfalny uśmiech. - Przez dwadzieścia trzy lata pracował dla FBI, zanim otworzył własną działalność. I tak, wiem, że badanie wykrywaczem kłamstw w sądzie się nie liczy, ale z pewnością może dać wskazówkę - i tak jest w tym przypadku.
- Wierzysz w wersję Terjego?
- Spotkałem tutaj tak wielu morderców, że straciłem rachubę, ale jednego możesz być pewien, a mianowicie tego, że Terje nie jest jednym z nich. Więc... czy mu wierzę? NA STO PROCENT. - Twarz Franka przybrała ostry, nieco zamyślony wyraz, ale po chwili jej rysy złagodniały. - A ty nie?
- Nie, ja nie łykam tego jak młody pelikan.
- Cholernie mi żal tego faceta.
- Okej...?
- Jeśli się nie mylę, to już drugi raz, kiedy państwo norweskie popełnia wobec niego fatalny błąd.
- Drugi raz?
- Za pierwszym razem chodziło o błąd w sztuce lekarskiej, który doprowadził do tego, że Terje musiał pochować swoje jedyne dziecko, zanim skończyło osiem lat.
- Co się stało?
- Nie znam szczegółów. Terje nie bardzo lubi o tym rozmawiać. Pewnie sam to zauważyłeś. Mówi chętnie i dużo o wszystkim, tylko nie o córce.
- Rozumiem.
- Więc... Co o tym myślisz?
- Sam nie wiem.
- Ale ja wiem. Terje nie jest żadnym mordercą. I jeśli możesz w to uwierzyć, to masz już punkt zaczepienia.
Markus nie odpowiedział.
- W porządku - rzekł Frank. - Nie będę ci już dłużej zawracał głowy, ale możesz się temu dokładnie przyjrzeć, zanim podejmiesz ostateczną decyzję?
Markus spojrzał na ostatnią kartkę. Jeszcze raz przeczytał wnioski końcowe, zanim schował dokumenty do teczki.
- Zastanowię się, ale niczego nie obiecuję.
- To mi wystarczy. - Frank zmienił pozycję na kanapie. - Jakieś ekscytujące plany na weekend?
- W zasadzie nie - odparł Markus. - Później zamierzam odwiedzić kumpla na Hvaler.
- Szykuje się impreza?
- Nie. Ma mi pomóc wymienić układ wydechowy w kamperze.
- Ach tak? To b...
Przerwał mu zgrzyt zamka. Strażnik więzienny postawił nogę na progu i powiedział:
- Za pięć minut wracasz na oddział, Frank.
Drage przytaknął, kiwając głową. Drzwi się zamknęły.
- Muszę ci jeszcze o czymś powiedzieć. Właściwie nie miałem zamiaru nic mówić, dopóki sprawa nie zostanie załatwiona, bo chciałem, żeby to była niespodzianka, ale zasługujesz na to, żeby dowiedzieć się o tym ode mnie, a nie z nagłówków gazet. - Spoglądając nad blatem stołu, pochylił się i zacisnął pięści między kolanami. - O czternastej idę na wysłuchanie z funkcjonariuszką Służby Więziennej, biegłym sądowym i przedstawicielem policji w Oslo.
Markus skomentował bez namysłu:
- Ubiegasz się o zwolnienie warunkowe.
- Tak.
- Najpierw musiałbyś się przyznać do zamordowania tamtych trzech osób? Zrobiłeś to?
- Tak.
- Przyznałeś się?
- Tak.
- Do wszystkiego?
- Tak. Przyznałem się do faktów opisanych w wyroku.
- Kiedy to zrobiłeś?
- Mniej więcej rok temu. Zaraz po tym, jak odnowiliśmy kontakty. Bo chciałbym cię widywać częściej niż raz lub dwa razy w miesiącu. W końcu mamy sporo do nadrobienia. - Uśmiechnął się blado. - Chyba nie do końca zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele znaczą dla mnie te nasze krótkie spotkania.
- Ale... - Markus położył dłoń na potylicy. Pod palcami poczuł kłujący, przystrzyżony maszynką zarost. - Czy nie powinienem... Chciałem powiedzieć... Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz?
- Jak już powiedziałem: to miała być niespodzianka, ale...
- Nie o to pytam - przerwał mu Markus. - Miałem na myśli twoje przyznanie się do winy. Dlaczego nie pisano o tym w gazetach?
- Ponieważ ten dokument stanie się oficjalny dopiero z chwilą uznania go za część formalnego postępowania, co w tym przypadku nastąpi w momencie przekazania wniosku o przedterminowe zwolnienie do sądu. A ten proces rozpocznie się dopiero po dzisiejszym spotkaniu.
Markus nie wiedział, co powiedzieć.
- Szok i niedowierzanie, co?
- Nie... to znaczy... - Wpatrywał się w ścianę za plecami ojca. - Po prostu jestem zaskoczony. Co mówi twoja prawniczka? Uważa, że masz szansę?
- Anna jest dobrej myśli. Absolutnie. Ostatecznie to sąd zdecyduje, ale oczywiście im bardziej pozytywny protokół z dzisiejszej rozprawy, tym większa szansa, że sąd przychyli się do wniosku. Nie oczekuję, że wszyscy będą zachwyceni. Najważniejsze to mieć poparcie biegłego sądowego, a ja je mam. Od niej dostanę dwa kciuki w górę. Dzisiaj muszę przekonać do siebie funkcjonariusza SW i przedstawiciela stołecznej policji, ale sądzę, że mój oficer łącznikowy* może stać się tutaj języczkiem u wagi.
- Cato?
- Tak.
- On też tam idzie?
- Tak - odparł Frank - i ma dość oleju w głowie, żeby nie mówić o mnie nic negatywnego.
* Odpowiednik wychowawcy w polskim systemie penitencjarnym.
- Zostaniesz na kolacji, prawda?
Głos Kenta Grana dobiegł spod kampera, umieszczonego na podpórkach warsztatowych na środku stodoły. Markus stał z założonymi rękami i patrzył. Mężczyzna na leżance warsztatowej wysunął się lekko i wyciągnął rękę. Blizna, której dorobił się w Kabulu w 2009 roku, sięgała mu od barku do łokcia i była w połowie ukryta, a w połowie uwydatniona przez tatuaże pokrywające umięśnione ramiona.
- Podaj mi jeszcze raz ten klucz nasadowy - poprosił Kent.
Narzędzia leżały rozrzucone na betonowej wylewce. Markus podniósł odpowiedni klucz i włożył mu go do ręki. Po chwili rozległo się kilka kliknięć i metaliczny zgrzyt.
- Nie - odpowiedział Markus. - Narobiłem ci wystarczająco dużo kłopotów z tym układem wydechowym, więc nie będę się wpraszał na kolację. Jannicke na pewno chce mieć spokój w piątkowy wieczór.
- Przestań. Jannicke kupiła tyle jedzenia, jakbyś miał tu zostać na cały weekend.
Markus uśmiechnął się, patrząc na stopy przyjaciela wystające spod samochodu.
- Jesteś pewien?
- Tak.
- Okej. W takim razie chętnie zostanę na kolacji. - Ukucnął. - Kończysz?
- Tak. Prawie... - Kolejny szczęk metalu. - Gotowe.
Kent wyjechał spod kampera, postawił pięty na podłodze i wstał, jęcząc cicho. Na jego twarzy wciąż utrzymywała się letnia opalenizna, a czubek wygolonej głowy miał poplamiony olejem.
- Teraz musimy go tylko zdjąć z koziołków - powiedział - i znów będzie gotowy do drogi.
Wyciągnął szmatkę z tylnej kieszeni spodni i wytarł ręce, zanim podniósł puszkę piwa i rzucił pytające spojrzenie Markusowi, który sięgnął po swoją puszkę i wzniósł toast.
- Dzięki za pomoc.
Obaj długo pili. W końcu Kent opuścił puszkę i grzbietem dłoni wytarł pianę z krzaczastej brody. Stary układ wydechowy leżał między nimi, rdzawobrązowy i pokryty sadzą, z wygiętym hakiem do zawieszenia i pęknięciem w rurze. Kent podniósł go i wrzucił do skrzyni na złom. Rozległ się dźwięk metalu uderzającego o drewno, który szybko ucichł.
- Tato!
W otwartych drzwiach stodoły pojawił się syn Kenta, rozczochrany i w kaloszach, które z każdym jego krokiem stukały o betonową podłogę. Z malującym się na twarzy wysiłkiem wprowadził do środka mały rower z bocznymi kółkami.
- Tato! Łańcuch znowu spadł!
Kent odstawił puszkę i podszedł do syna. Chwycił rower, odwrócił go kołami do góry i oparł tak, by balansował na siodełku i kierownicy. Markus nachylił się nad stołem warsztatowym i pociągnął łyk piwa. Stał i patrzył.
Kumpel pochylił się, sprawdził układ napędowy i zaczął wyjaśniać. Spokojnie, cierpliwie. Pokazywał, tłumaczył tak, by syn miał szansę za nim nadążyć. Wyrwał splątane źdźbła trawy, które utknęły w łańcuchu.
- Może się tak zdarzyć, kiedy w zębatkach są paprochy albo łańcuch jest za luźny - opowiadał. - Wtedy traci przyczepność i spada. Spójrz, teraz wystarczy założyć go z powrotem i pokręcić trochę do tyłu.
Markus się uśmiechnął. Zupełnie jakby słuchał sierżanta Grana w obozie w Afganistanie. W garażu, w którym kierowcy pojazdów wojskowych i technicy przebywali między patrolami. Nie kogoś, kto nauczał, lecz kogoś, kto prowadził. Dzielił się swoim doświadczeniem, dbał o to, by inni rozumieli, o czym mówi. Pewny siebie, praktyczny i przystępny. Naturalny przywódca, który nie starał się nim być.
Łańcuch wskoczył na swoje miejsce z cichym kliknięciem.
- Proszę. Gotowe.
Kent ponownie obrócił rower i lekko zmierzwił synowi włosy.
- Dzięki! - krzyknął chłopiec, chwycił kierownicę i wyprowadził rower.
Markus podszedł do drzwi stodoły i oparł się o futrynę. Obserwował, jak malec zjeżdża w kierunku pomostu. Morze lśniło w promieniach nisko wiszącego słońca, miękkie i złociste na tle wysepek i gołych skał.
Tacy właśnie powinni być ojcowie, pomyślał. Może tacy właśnie są. Nie wiedział.
Wypił kolejny łyk piwa i wrócił do środka. W głębi stodoły dostrzegł Harleya-Davidsona, częściowo ukrytego za przyczepą do łodzi i stojakiem z butlami do nurkowania, kompresorem i innymi akcesoriami do napełniania butli.
Kent usiadł na zniszczonej sofie w najdalszym kącie pomieszczenia. Do ściany była przyczepiona duża norweska flaga z hełmem wikinga pośrodku. Nad nią widniał napis: "Do Walhalli". Wokół flagi wisiało kilka oprawionych zdjęć. Wszystkie zrobione w Afganistanie. Markus zatrzymał wzrok na jednym, na którym rozpoznał siebie. Był w mundurze khaki, na głowie miał hełm i górną częścią ciała wystawał z otworu w dachu pojazdu opancerzonego. Jego dłonie spoczywały na karabinie maszynowym. Kent stał oparty o otwarte drzwi kierowcy. Mieli niespełna dwadzieścia lat. Obaj się uśmiechali.
Markus opadł na kanapę z puszką piwa. Kent spojrzał na niego.
- Jak ostatnio sypiasz?
- Trochę lepiej - odparł Markus. - Rzadziej budzę się zlany potem, ale wciąż z natłokiem myśli.
- Nadal chodzisz do psycholożki?
- Tak, nawet dzwoniłem do niej w drodze do ciebie. Umówiłem się na wtorek. Dość dawno tam nie byłem i czuję, że dobrze by było znów porozmawiać.
Kent skinął głową i spokojnie pociągnął łyk piwa.
- Dobrze, że do niej chodzisz. - Przeniósł wzrok na bliznę, która przecinała tatuaż na przedramieniu. - Doskonale wiesz, że niektórych ran nie widać, co nie znaczy, że są mniej prawdziwe.
Siedział przez chwilę w milczeniu, zanim zapytał:
- Co sądzisz o facecie, o którym mi opowiadałeś? O tym całym Wekrem? Zamierzasz przyjrzeć się jego sprawie?
Markus wzruszył ramionami. Kent oparł puszkę piwa na kolanie i mówił dalej:
- Kiedy miałem jedenaście albo dwanaście lat, kiedy sytuacja w domu była najgorsza, mieszkałem w zawodowej rodzinie zastępczej.
- Pamiętam.
- Tak, ale o tym, o czym chcę ci teraz opowiedzieć, jeszcze nikomu nie mówiłem. Było nas tam ośmioro: pięciu chłopców i trzy dziewczynki. Prawie wszyscy w podobnym wieku. Pewnego dnia mieliśmy obchodzić urodziny chłopaka o imieniu Dennis. Poprzedniego wieczoru dwie osoby, które tam pracowały, upiekły tort czekoladowy, ale następnego ranka w kuchni powitało nas dwoje wkurzonych na maksa pracowników. Ciasto zniknęło. Całe ciasto wyparowało. - Kent wziął kolejny łyk. - O kradzież tortu oskarżono mnie. Jedna z mieszkających tam osób upierała się, że widziała mnie w nocy na schodach, gdy szła do łazienki. Inni twierdzili nawet, że w moim pokoju znaleźli okruchy po cieście. Cała grupa stanęła wokół mnie w kręgu. Dorośli również. Wskazywali na mnie palcami, jedno przez drugie rzucali oskarżenia i wołali, żebym przestał kłamać. Ale ja nie dałem się złamać i obstawałem twardo przy swoim. W końcu dziewczyna, która twierdziła, że widziała mnie na schodach, przyznała, że nie jest do końca pewna, czy to byłem ja. A te okruchy w moim pokoju, trzy małe ciemne ziarna, mogły być czymkolwiek. Wtedy nastrój trochę się zmienił i w końcu mi uwierzyli. Ale to była potwornie trudna sytuacja dla małego chłopca - dwieście kilometrów od domu - mieć wszystkich przeciwko sobie. - Pokręcił puszką z piwem. - Nigdy, nigdy nie czułem się tak mały. To, że nikt mi nie wierzył, było cholernie ciężkim doświadczeniem.
Markus dopił resztę piwa. Postawił pustą puszkę na stole warsztatowym i wytarł usta. Spojrzał na Kenta, który właśnie pił.
- Ale tort był smaczny?
- Tak. - Kumpel uśmiechnął się znad piwa i głośno beknął. - Najlepsze ciasto, jakie kiedykolwiek jadłem.
Obaj wybuchnęli śmiechem. Rechocząc, Kent zgniótł puszkę i rzucił ją na stół. Kiedy wstawał z kanapy, zatrzeszczało mu w kolanach. Bez słowa podszedł do kampera. Markus pozostał na swoim miejscu.
- A więc uważasz, że powinienem trzymać się od tej sprawy z dala?
- Mówię tylko, że facet może zaprzeczać, aż zsinieje na twarzy - tak jak ja w sytuacji z tortem - i nadal być winny. - Zaczął zwalniać nacisk podnośnika. Kamper powoli i równomiernie opadał na betonową wylewkę, centymetr po centymetrze w dół z podpórek. - Oczywiście, nie można porównywać zwędzenia ciasta do zabicia człowieka, ale presja otoczenia mogła być podobna, biorąc pod uwagę wiek. Dorosły mężczyzna z odpowiednio mocną psychiką może kłamać na każdy temat. - Wysunął lewarek. - Z drugiej strony dla Krimcasten najważniejsza jest dobra historia. Jeśli udałoby ci się zasiać odrobinę wątpliwości co do winy skazanego, nawet jeśli tylko przez jeden lub dwa odcinki, ludzie będą śledzić twój podcast z zapartym tchem. - Uśmiechnął się do Markusa. - A z tego przecież biorą się wpływy od sponsorów.
- Tato! Wujku Malkusie! - krzyknął jego syn. - Musicie to zobaczyć!
Markus wstał. Chłopiec przejechał obok z rękami wyciągniętymi na boki. Kent wyszedł i stanął w otwartych drzwiach stodoły. Markus dołączył do niego. Patrzyli, jak Lukas z dużą prędkością zjeżdża w stronę pomostu.
- Nie tak szybko! - krzyknął Kent.
Malec gwałtownie zahamował i postawił jedną stopę na ziemi.
- Problem polega na tym - odezwał się Markus - że wersja Wekrego jest tak niewiarygodna, że doskonale rozumiem, dlaczego mu nie uwierzono. Właściwie ja też tego nie kupuję. Że niby jego żona była tak cholernie zdołowana psychicznie... Ta historia o mężczyźnie w oknie, o której tylko on wiedział...
- Czy mi się wydaje, czy słyszę tu jakieś "ale"?
- Tak.
- Wal.
- Większa część mnie mówi to samo, co próbowałeś powiedzieć, przytaczając historię o torcie: trzymaj się od tego z daleka. Ale... Nie... - Pokręcił głową. - Sam nie wiem. Czuję, jakby wszystko się we mnie buntowało, a mimo to...
- A mimo to nie możesz przestać o tym myśleć.
- Dokładnie.
- Chyba powinieneś nagrać ten podcast.
Markus wyjął telefon komórkowy z kieszeni kurtki i sprawdził godzinę. Było po wpół do drugiej.
- Zgłodniałeś? - zapytał Kent.
- Nie... - Markus śledził wzrokiem Lukasa, który zawrócił i zaczął pedałować z powrotem w stronę stodoły. - Zastanawiam się tylko, jak tam posiedzenie?
- Jakie posiedzenie?
Dalsza część w wersji pełnej