Śledzie - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po maszynopis "Śledzi", nie wiedziałem, czego się spodziewać. Tytuł sugerował może skromny kryminał kulinarny, może sielską opowieść o kaszubskich rybakach. Szybko jednak okazało się, że trzymam w rękach coś zupełnie innego - powieść, która śmiało żongluje konwencjami, łamie tabu i zadaje pytania, na które żaden szanujący się teolog ani żaden doświadczony prokurator nie odważyłby się odpowiedzieć wprost.

A jednak autor tej książki odważył się.

"Śledzie" to rzecz o ośmiu klerykach, którzy wyruszają na pielgrzymkę, a trafiają do piekła. Nie tego biblijnego, z ogniem i siarką, ale znacznie gorszego - piekła absolutnej ciemności, głodu, zimna i zwątpienia. Piekła, w którym jedynym pokarmem jest surowy śledź, a jedynym napojem - jego mlecz. Piekła, które rodzi herezję. I królestwo.

Jako ktoś, kto przez lata zajmował się literaturą kryminalną, muszę przyznać, że rzadko spotyka się tak misternie skonstruowaną intrygę. Każdy rozdział to kolejna warstwa śledztwa - tyle że nie prowadzi go detektyw w prochowcu, lecz grupa rozbitków na arktycznej wyspie. Ich zbrodnią jest wiara. Ich ofiarą - sami siebie. A ich wyrokiem - śmierć w paszczy rekina. Autor z niezwykłą precyzją buduje napięcie, stopniując je od niepokoju po czysty terror. Gdy w pierwszym rozdziale gasną światła w zakrystii, czytelnik nie wie jeszcze, że to zapowiedź czegoś znacznie gorszego. Gdy w rozdziale trzecim klerycy budzą się w ładowni pełnej śledzi, nie ma już odwrotu. A gdy w rozdziale piętnastym kapitan Mitchell wydaje rozkaz wyrzucenia ich za burtę - wiemy, że żadne z nich nie ujdzie z życiem. I w tym tkwi prawdziwy geniusz tej powieści: nie chodzi o to, czy zginą, ale jak umrą. I czy ich śmierć okaże się zbawieniem, czy potępieniem.

Z kolei jako teolog z zamiłowania (i z wykształcenia) muszę zdjąć czapkę przed odwagą autora. "Śledzie" to bowiem nie tylko kryminał, ale i głęboko teologiczna parabola o naturze wiary, ofiary i sakramentu. Autor świadomie sięga po chrześcijańską symbolikę - jest tu swoje "Ojcze nasz" i swoje "Ave Maria", ale przełożone na język śledzi. Jest Eucharystia, tyle że z mleczem zamiast wina i ciałem śledzia zamiast chleba. Jest katedra, tyle że z głazów i czaszek. Jest objawienie, tyle że w ciemności ładowni. I to wszystko nie jest bluźnierstwem - to jest pytanie. Pytanie, które autor zadaje czytelnikowi, sobie, a może i samemu Bogu: gdzie kończy się herezja, a zaczyna prawdziwa wiara? Czy Bóg może być rybą? Czy ryba może być Bogiem? I czy to, co jemy i pijemy, nie jest przypadkiem Jego ciałem i krwią?

Nie przypominam sobie drugiej takiej książki, która tak bezwzględnie demaskowałaby nasze przyzwyczajenia religijne. Autor nie oszczędza nikogo - ani pobożnych kleryków, którzy tracą wiarę, ani cynicznych marynarzy, którzy ją odzyskują, ani nas, czytelników, którzy z niedowierzaniem śledzimy losy ośmiu szaleńców na krańcu świata. Bo czy na pewno są szaleńcami? Czy może to my jesteśmy ślepi, głusi i niemi na wołanie Śledzia?

Fabuła, choć z pozoru absurdalna, trzyma się logiki wewnętrznej z żelazną konsekwencją. Autor nie oszukuje czytelnika - od pierwszych stron wiemy, że ta podróż nie zakończy się szczęśliwie. Wiemy, że śledzie będą patroszone, msze odprawiane, a rekiny przyjdą po swoje. Ale mimo tej (a może właśnie dzięki tej) nieuchronności, czytelnik wciąga się w losy bohaterów z narastającą pasją. Kim jest tajemniczy Leon, który widzi wizje i słyszy śledzie? Dlaczego to właśnie on prowadzi innych? Czy jest prorokiem, szaleńcem, czy może kimś pośrednim? I co symbolizuje Filip - najmłodszy, najczulszy, najbardziej podatny na wizje? Te postacie nie są papierowe. Mają w sobie cierpienie, wątpliwości, momenty zwątpienia i momenty olśnienia. Wierzy się w ich wiarę. I współczuje ich cierpieniu.

Język powieści jest zresztą osobnym tematem do analizy. Autor operuje słowem z mistrzowską precyzją - raz oszczędnym, ascetycznym, prawie biblijnym, innym razem rozbuchanym, pełnym makabrycznych szczegółów, które na długo zapadają w pamięć. Opisy ładowni, w której klerycy przez dwadzieścia jeden dni żywią się surowymi rybami, są nie do zniesienia - i właśnie o to chodzi. Czytelnik ma poczuć ten sam niesmak, tę samą ciemność, tę samą utratę zmysłów co bohaterowie. I czuje. Po kilkunastu stronach przestaje się odróżniać dzień od nocy, prawdę od halucynacji, śledzia od Boga. To jest mistrzostwo.

Nie sposób też nie wspomnieć o zakończeniu. Rozdział osiemnasty i epilog to prawdziwa eksplozja znaczeń - wszystko, co dotąd wydawało się przypadkowe, okazuje się elementem większego planu. Śledź, który przez całą powieść był tylko rybą, symbolem, pretekstem, w finale staje się Kimś. I choć autor pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi (czy to dobrze? czy to źle? czy to w ogóle miało sens?), to nie czuje się zawodu. Czuje się za to coś, co w literaturze współczesnej jest rzadkością - niedosyt. Chce się więcej. Chce się jeszcze raz przeczytać, jeszcze raz przeżyć, jeszcze raz uwierzyć.

"Śledzie" to książka nie dla każdego. Nie dla tych, którzy szukają lekkiej lektury na plażę. Nie dla tych, którzy boją się pytań o sens wiary, cierpienia i ofiary. Nie dla tych, którzy nie przepadają za surowymi rybami. Ale dla tych, którzy odważą się sięgnąć po tę powieść, czeka przeżycie niezwykłe - literackie, teologiczne i kryminalne jednocześnie. To rzecz, o której nie zapomina się po zamknięciu ostatniej strony. To rzecz, która zostaje w czytelniku. Jak ość. Jak łuska. Jak śledź.

Polecam z całego serca.

I ostrzegam: po tej lekturze inaczej spojrzy pan na śledzia w supermarkecie. I na własną wiarę.

Janusz M. - autor kryminałów teologicznych (m.in. "Rybak i śmierć", "Ości grzechu", "Kielich pełen krwi")