Slayer. Ostatnia z Pogromczyń - Kiersten White

Reflow text when sidebars are open.
Kto jak kto, ale akurat one powinny być mądrzejsze - co to za pomysł, przychodzić na cmentarz o zachodzie słońca, gdy noc przejmuje władzę nad światem?
Łowczyni obserwowała matkę, która stała pewnie, wyprostowana jak wbity w ziemię słup, pogrążona w żalu nad grobem, gdzie pochowano jej serce. Po obu jej stronach tkwiły dwie małe dziewczynki w różowych kowbojskich butach, chude, blade i rudowłose. W mroku jednak kolor ich czupryn nieco przygasł.
Ciemność zrównuje wszystkich. W ciemności wszyscy są tacy sami. Bezbarwni. Nijacy.
Bezbronni.
A ona miała zamiar dopilnować, by tacy pozostali. To w końcu jej zadanie. Odwróciła się ku czekającemu obok wampirowi. W czarnej wnęce mauzoleum oboje pozostawali niewidoczni.
- Kobieta ma przeżyć. Dzieci są twoje.
Technicznie rzecz biorąc, tylko jedna z dziewczynek musiała umrzeć, jednak z przepowiedniami nie ma żartów i na wszelki wypadek lepiej nie zostawiać żadnej furtki. Wampir ruszył w kierunku pogrążonej w żałobie rodziny. Nie czaił się ani nie próbował się ukrywać. Nie musiał.
Jedna z dziewczynek kurczowo chwyciła matkę za dłoń.
- Mamo! Mamo!
Kobieta odwróciła się ze znużeniem. Nie miała nawet czasu się zdziwić, gdy wampir popchnął ją z całej siły. Przewróciła się i uderzyła głową o granitowy nagrobek męża. Nieprzytomna osunęła się na ziemię tuż obok. MERRICK JAMISON-SMYTHE, głosił napis wyryty klasycznymi, eleganckimi literami.
Wszystko szło jak w idealnie wyreżyserowanym filmie - jakże żałowała, że nie może w tej chwili zrobić zdjęcia!
- Witajcie, dziewczynki. - W głosie wampira wyraźnie słychać było uśmiech. Ona tymczasem zerknęła na zegarek. Powinna była zdecydować się na piekielnego psa albo demona z Zakonu Taraka. Obie opcje przekraczały jednak jej możliwości finansowe, no i, szczerze mówiąc, uznawała je za lekką przesadę. Dwójka dzieci wymaga minimalnej dawki zabijania. Poza tym w wykorzystaniu do tego celu wampira była czysta symetria, co niezwykle jej się podobało.
Ten wyciągnął ramiona, jakby zamierzał uściskać dziewczynki.
- Możecie uciekać, jeśli chcecie. Nie mam nic przeciwko małej pogoni. To tylko wzmaga apetyt.
Spodziewała się, że dzieci zaczną krzyczeć. Dziewczynki jednak wymieniły tylko poważne spojrzenia. Być może dlatego, że stały nad grobem swojego ojca, który stracił życie przez wampira, łatwiej było im zrozumieć tę okrutną prawdę: takie było ich przeznaczenie.
Jedna z dziewczynek skinęła głową, a druga rzuciła się do nóg wampira z tak niewiarygodną szybkością i furią, że ten potknął się i upadł do tyłu. Nim zdołał kopniakiem odrzucić od siebie małą napastniczkę, jej siostra wskoczyła mu na klatkę piersiową.
I wampir znikł. Dziewczynki wstały i otrzepały pył z eleganckich czarnych sukienek. Druga z nich na powrót wsunęła kołek do cholewki wysokiego buta w kwiatki, po czym obie podbiegły do matki. Klepały ją w policzki tak długo, aż się ocknęła.
Przynajmniej matka natychmiast zrozumiała, że spotkanie z wampirem to powód do paniki. Łowczyni westchnęła ze zniecierpliwieniem, gdy tamta mocno przytuliła do siebie córki. Wszystkie trzy zaczęły uważnie i czujnie wpatrywać się w ciemność nocy.
Do tej pory miała nadzieję, że zdoła uniknąć ujawnienia się i bezpośredniej konfrontacji, ale cóż, kobieta nie pozostawiła jej wyboru. Sięgnęła po swój łuk.
Nieoczekiwanie odezwał się jej pager. Odruchowo spojrzała w dół, a gdy podniosła wzrok, rodziny już nie było.
Zaklęła szpetnie. Nie powinna była zatrudniać wampira. Zachciało jej się odrobiny romantycznej tragedii - i oto efekt. Otrzymała rozkaz, aby, o ile to możliwe, zostawić matkę przy życiu. Sama zresztą też chciała, aby kobieta żyła - w samotności, straciwszy przez tego samego demonicznego mieszańca absolutnie wszystko.
To kara za przekonanie, że przed przepowiednią można uciec. Kara za narażanie całego świata przez własne egoistyczne pragnienia.
Cóż. Nie pozostanie jej nic innego, jak znaleźć je ponownie. Narzuciwszy kaptur, ruszyła w kierunku najbliższej stacji benzynowej, gdzie słaby poblask oświetlał budkę telefoniczną. Podniosła słuchawkę i wybrała numer z pagera.
- Już po wszystkim? - padło pytanie.
- Nie - odpowiedziała.
- Zawiodłaś mnie.
- Więc daj mi szlaban. - Nachmurzona odłożyła słuchawkę i weszła do budynku stacji. Nie udało jej się zapobiec apokalipsie. Jeszcze nie tym razem.
Teraz jednak potrzebowała słodyczy. Mnóstwa słodyczy.
1
Ze wszystkich okropnych rzeczy, za które odpowiedzialne są demony, łacina jest najprawdopodobniej najgorsza. To przez nie wciąż jest utrzymywana przy życiu, mimo że zasługuje na to, żeby być językiem kompletnie martwym.Chociaż... jest jeszcze starożytny sumeryjski. A starożytny sumeryjski tłumaczony na łacinę? Istne piekło. Język plącze mi się przy próbie wymówienia tych słów. Z bólem usiłuję przedrzeć się przez tekst, który mam przed sobą. Kiedyś uwielbiałam spędzać czas w bibliotece, w otoczeniu dzieł poprzednich pokoleń Obserwatorów. Jednak odkąd świat prawie się skończył - czyli dokładnie od sześćdziesięciu dwóch dni - nie jestem w stanie usiedzieć spokojnie w miejscu. Wiercę się. Stukam ołówkiem. Wbijam stopy w podłogę. Chcę iść pobiegać. Nie rozumiem, dlaczego tym razem, po całym tym horrorze i tragedii, jakie widziałam wcześniej, lęk zamanifestował się w inny sposób. Być może istnieje pewien powód, ale...
- Nie, to nie może być to. - Wpatruję się w napisane przez siebie słowa. - Cień powstanie i świat zegnie się przed nim w łaskotkach?
- Nienawidzę łaskotek. - Rhys odchyla się na swoim krześle i przeciąga. Jego kręcone brązowe włosy znów żyją własnym życiem. Opadają mu miękko na czoło, łagodząc wyraźnie zaznaczoną linię brwi, które cały czas ściągają się w zamyśleniu lub trosce tuż nad oprawkami okularów. Po zakończeniu porannych zajęć ja pójdę posprzątać mój mały gabinet lekarski, a Rhys uda się na trening sztuk walki razem z Artemis.
Otrzepuję ręce, czując, że muszę czymś poruszyć. Może naprawdę powinnam pójść pobiegać. Nikomu nie będzie mnie brakowało. Albo zapytam, czy mogę wziąć udział w treningu. Nigdy mi na to nie pozwalano, ale w sumie już od lat nie prosiłam o taką możliwość. Naprawdę chce mi się w coś walnąć, choć nie wiem dlaczego. Przeraża mnie to.
Może to przez te demoniczne przepowiednie, które czytałam cały ranek. Szybko przekreślam moje beznadziejne tłumaczenie.
- Łaskotki to w sumie nie najgorsza śmierć, zwłaszcza podczas apokalipsy.
Imogen chrząka, ale pobłażliwy uśmiech nieco łagodzi udawaną surowość.
- Nina, możemy wrócić do twojego tłumaczenia? Rhys, poproszę o sprawozdanie z klasyfikacji pół ludzi, pół demonów.
Rhys pochyla głowę, czerwieniąc się lekko. Z nas wszystkich tylko on zostanie pełnoprawnym Obserwatorem, co oznacza, że pewnego dnia będzie mógł dołączyć do Rady. Pewnego dnia zostanie jednym z przywódców naszego świata i wejdzie w skład zarządu organizacji, której jesteśmy częścią. Ciężar spoczywającej na nim odpowiedzialności już teraz widoczny jest we wszystkim, co robi. Rhys jako pierwszy przychodzi do biblioteki i jako ostatni z niej wychodzi. Trenuje prawie tyle samo co Artemis.
Obserwatorzy mieli być przewodnikami dla Pogromczyń - Wybranych, dziewczyn w szczególny sposób uzdolnionych do walki z demonami - jednak na przestrzeni wieków wyewoluowały one i stały się bardziej samodzielne. Obserwatorzy wciąż jednak muszą podejmować trudne decyzje, a niekiedy oznacza to konieczność użycia broni. Mieczy. Uroków. Noży.
Pistoletu, w przypadku mojego ojca.
Ale nie wszyscy trenujemy. Choć każdy z nas podchodzi do swojej edukacji poważnie, w moim przypadku presja ta jest nieco mniejsza. Jestem tylko zamkową lekarką i w hierarchii znajduję się niezbyt wysoko. Naukę, jak odbierać życie, poważa się u nas bardziej niż naukę, jak je ratować.
Jednak bycie lekarką nie zwalnia mnie z uczestnictwa w zajęciach z podstaw przepowiedni zagłady. Odkładam więc na bok Łacińsko-sumeryjską apokalipsę łaskotek.
- Imogen - jęczę. - Czy mogę dostać coś łatwiejszego? Proszę...?
Imogen tylko wzdycha zrezygnowana. Nie miała zajmować się nauczaniem. Ale ponieważ wszystkich naszych nauczycieli wysadzono w powietrze, teraz mamy jedynie ją. Każdego poranka pracuje z nami przez kilka godzin, a przez resztę czasu opiekuje się Maluchami.
Jej blond kucyk podskakuje niemrawo, gdy wstaje i podchodzi do półki z książkami. Ledwo mogę powstrzymać się od uśmiechu pełnego triumfu. Imogen zawsze jest dla mnie milsza niż dla innych. W sumie dotyczy to nie tylko jej. Próbuję tego nie nadużywać, ale skoro zamierzają mnie traktować jak zamkową maskotkę tylko dlatego, że nie niosę śmierci i zniszczenia, gdziekolwiek się pojawiam, równie dobrze mogę coś z tego mieć.
Półka, którą przeszukuje Imogen, w zasadzie zawiera pozycje zabronione, ale odkąd Buffy - Pogromczyni, która w pojedynkę niemal unicestwiła całą naszą organizację - kilka miesięcy temu popsuła całą światową magię, nie ma to już większego znaczenia. Książki, które niegdyś stanowiły zagrożenie - o opętaniach demonicznych, wzywaniu starożytnych bogów albo takie, których kartkami można się było naprawdę ostro zaciąć - są teraz równie niewinne jak wszystkie pozostałe.
Co nie oznacza, że są łatwiejsze do przetłumaczenia.
- Magia wciąż jest popsuta, prawda? - pytam Imogen, gdy ta przesuwa palcem po grzbiecie księgi, która dawno temu, jeszcze w piętnastym wieku, zabiła całą salę Obserwatorów. Tymczasem upływa właśnie drugi miesiąc bez kropli magicznej energii. Dla organizacji, którą na magii zbudowano, to niełatwa sytuacja. Mnie co prawda nie uczono wykorzystywania magii, ale mam respekt wobec jej potęgi. Czuję się więc dość nieswojo, gdy Imogen obchodzi się z tą konkretną księgą tak samo jak ze wszystkimi innymi stojącymi obok.
- Baterie się wyczerpały i nikt nie może znaleźć odpowiednich. - Rhys krzywi się, zerkając na leżący przed nim tekst, jakby demon, o którym właśnie czytał, mu naubliżał. - Jak Buffy coś psuje, to na amen. Sam uważam, że gdybym znalazł się blisko Ziarna Cudu, źródła całej magii na świecie, prawdziwego mistycznego fenomenu, wolałbym, no nie wiem, przyjrzeć mu się uważnie. Zbadać je. Na serio rozważyć dostępne opcje. Musiał istnieć jakiś inny sposób, żeby uniknąć tej konkretnej apokalipsy.
- Buffy widzi, Buffy niszczy - mamroczę pod nosem.
Jej imię brzmi w moich ustach niemal jak przekleństwo. W naszej rodzinie nigdy nie wymawia się go na głos. Ale my w ogóle za dużo ze sobą nie rozmawiamy. Co najwyżej wymieniamy tylko uwagi typu: "Widziałaś gdzieś mój najlepszy sztylet?" albo: "Gdzie są nasze przyrządy do strugania kołków?" czy też: "Cześć, moje małe dziewczynki, to ja, wasza mama. Jedną z was kocham bardziej niż drugą i gdy ogień miał strawić was obie, najpierw uratowałam tę dobrą".
No dobra, ta ostatnia uwaga może jednak nie padła. Bo, powtórzę: rzadko ze sobą rozmawiamy. Życie pod wspólnym dachem nie jest wcale takie miłe, jak mogłoby się wydawać, gdy dach ten rozpościera się nad ogromnym zamkiem.
- Pomyślcie o wszystkim, czego moglibyśmy się nauczyć - ciągnie Rhys z goryczą - gdybym chociaż na godzinę zdobył dostęp do Ziarna Cudu.
- Na jej obronę - Imogen wstawia się za Buffy - świat znalazł się na krawędzi.
- Na jej nie-obronę, to przez nią świat znalazł się na krawędzi - protestuję. - A teraz magia umarła.
Imogen wzrusza ramionami.
- No i koniec z Piekielnymi Ustami i portalami. Koniec z demonami wpadającymi do nas na wakacje, żeby sobie pozwiedzać.
Parskam.
- Wycieczki dla miłośników dobrego jedzenia na Planecie Ludzi zostają odwołane. Sorry, demoniczne wymiary! To oczywiście oznacza również, że teraz turyści nie mają jak wrócić do przytulnych piekielnych światów, z których przybyli.
Rhys krzywi się i zdejmuje okulary, by je przetrzeć.
- Stroisz sobie żarty, a to oznacza koniec naszych badań! Cała zgromadzona przez nas wiedza o podróżach demonów, portalach, wymiarach, wrotach i Piekielnych Ustach zdezaktualizowała się w jednej chwili. Jest nie do użytku! Nawet gdybym chciał zrozumieć, w jaki sposób to wszystko się zmieniło, nie mam takiej możliwości!
- Widzisz? Buffy bruździ wszystkim. Biedny Rhys. Nie ma na ten temat żadnych książek. - Klepię go po głowie.
Imogen rzuca na stół olbrzymi tom.
- A ty nadal nie uporałaś się z zadaniem. Spróbuj z tym.
Znad księgi unoszą się kłęby kurzu. Odwracam się, zatykając nos.
Imogen krzywi się lekko.
- Przepraszam.
- Nie ma sprawy. W sumie ostatnimi czasy astma mnie jakoś nie męczy.
Fajnie, że moja astma magicznie zniknęła tego samego dnia, gdy Buffy zniszczyła magię, świat się prawie skończył, a ja zostałam skąpana w międzywymiarowej demonicznej mazi. Spoko. To nie ma nic wspólnego z żadnym demonem. Podobnie jak fakt, że tak strasznie chce mi się biegać, trenować albo w ogóle robić coś innego niż zwijanie się w kłębek i oddawanie lekturze. A do niedawna tak właśnie wyglądało moje życie.
Rękawem delikatnie przecieram skórzaną oprawę leżącego przede mną tomu.
- Apokalipsy Arkturiusa Dalekowzrocznego? Tytuł brzmi, jakby facet potrzebował mocniejszych okularów.
Rhys przysuwa się i zagląda mi przez ramię wyraźnie zaciekawiony.
- Ja tego nie czytałem - stwierdza z nutką zazdrości w głosie.
Na marginesach widnieją notatki nabazgrane zmieniającymi się na przestrzeni wieków charakterami pisma. Na kilku ostatnich stronach pomarańczowe odciski palców wydają się wskazywać, że czytający chrupał w trakcie lektury cheetosy. Poprzedzający mnie Obserwatorzy dopisywali z boku własne komentarze i dodatkowe informacje. Patrzenie na ich pracę wywołuje we mnie przytłaczające poczucie odpowiedzialności. Nie każda szesnastolatka pochodzi z rodziny, która od stuleci pomaga Pogromczyniom, walczy z demonami i w ogóle zajmuje się szeroko pojętym ratowaniem świata.
Raptem coś przykuwa moją uwagę.
- Wiedzieliście, że w tysiąc dziewięćset dziesiątym roku jeden z Merryweathersów zapobiegł powstaniu ośmiornic? Demon Lewiatan obdarzył je świadomością i miały zamiar nas obalić! Merryweather nie podaje zbyt wielu szczegółów. Wydaje się, że pokonano je... - krzywię się - cytrynami. I masłem. To chyba przepis.
Imogen stuka palcem w książkę.
- Przetłumacz dziesięć ostatnich przepowiedni, okej?
Zabieram się do pracy. Rhys co jakiś czas zarzuca Imogen kolejnymi pytaniami i nim lekcja dobiega końca, piętrzy się przed nim wysoki stos książek. Kiedyś byłoby wręcz nie do pomyślenia, żebyśmy uczyli się razem. Rhys siedziałby w klasie z tymi, którzy w przyszłości mieli dołączyć do Rady. Teraz jednak zostało nas tak niewielu, że niektóre struktury i tradycje się poluzowały. Niektóre, ale nie wszystkie. Kimże bowiem bylibyśmy bez tradycji? Bandą dziwaków ukrywających się w zamku, zgłębiającą tajniki zagadnień, z jakimi nikt inny nie chce mieć do czynienia. Choć na dobrą sprawę chyba tym właśnie jesteśmy, nawet z naszą tradycją. Ale świadomość, że stanowię część toczącej się od tysiącleci walki z siłami ciemności (i najwyraźniej również z ośmiornicami), nadaje temu wszystkiemu głębszy wymiar.
Buffy i Pogromczynie mogły wypiąć się na Obserwatorów, odrzucić naszą pomoc i rady, ale my nie wypięliśmy się na świat. To dzięki naszej ciężkiej pracy zwykli ludzie mogą wieść normalne, szczęśliwe życie, pozostając w błogiej nieświadomości. I jestem z tego dumna. Nawet jeżeli oznacza to, że muszę tłumaczyć idiotyczne przepowiednie, i nawet jeżeli od kilku lat coraz częściej się zastanawiam, czy metody walki Obserwatorów i Pogromczyń ze złem zawsze są słuszne.
Drzwi biblioteki otwierają się szeroko i do środka wpada moja siostra bliźniaczka, Artemis. Bierze głęboki oddech i krzywi się, po czym mija mnie pędem, dopada do starego okna i otwiera je na całą szerokość. Okno jęczy w proteście, ale Artemis dopina swego - jak zwykle zresztą. Następnie wyciąga z kieszeni inhalator i kładzie go obok mnie na stole. Wszystko w tym zamku działa dzięki Artemis. Jest siłą natury. Gniewną, lecz niezwykle skuteczną siłą natury.
- Ciebie też miło widzieć! - Uśmiecham się do niej.
W odpowiedzi siostra głaszcze mnie po głowie. Obie mamy ogniście czerwone fale, chociaż jej włosy zawsze są związane w ciasny kucyk. Ja mogę poświęcić znacznie więcej czasu na pielęgnację i zabawy z odżywkami niż ona. W twarzy Artemis widziałabym się niczym w lustrze - gdyby lustro to w proroczy sposób mogło ukazywać, kim byłabym w innym życiu. Jej piegi są ciemniejsze przez to, że tyle czasu spędza na dworze. Szare oczy błyszczą intensywniej niż moje, a szczękę ma wyraźniej zarysowaną. Zawsze wyprostowana, o silnie zaznaczonych ramionach, nie sprawia wrażenia kogoś, kto lubi się przytulać - raczej wszystko w niej zdaje się wysyłać sygnał "zniszczę-cię-jeśli-będzie-trzeba".
W skrócie: Artemis to ta silniejsza z nas. Bliźniaczka pełna mocy. Wybrana. A ja...
Cóż, ja to ta druga.
I nie mam na myśli tylko pożaru. Chwila, w której moja mama została zmuszona, aby dokonać wyboru, którą z nas ocalić od śmiercionośnych płomieni - i wybrała Artemis - z całą pewnością była przełomowa. Ale nawet później, nawet po tym, gdy udało mi się przeżyć, mama wciąż wybierała ją. To Artemis została wybrana do szkolenia i treningów. To Artemis przydzielano liczne zadania i obowiązki, to ona odgrywała istotną rolę w społeczności Obserwatorów. Ja natomiast, zepchnięta na margines, wciąż tam tkwiłam. Dopiero teraz odrobinę zyskałam na znaczeniu, ale tylko dlatego, że tylu z nas zginęło. Artemis znaczyłaby wiele bez względu na wszystko, w każdych okolicznościach. I serio - ja to rozumiem.
Zrządzeniem losu urodziłam się w społeczności Obserwatorów, ale to Artemis zasługiwała na to, aby tutaj być.
Siedzi teraz obok mnie z kalendarzem otwartym na dzisiejszej liście spraw do załatwienia. Starannym, mikroskopijnym pismem pokryto całą stronę i jeszcze kawałek następnej. Nikt w całym zamku nie robi więcej niż Artemis.
- Słuchajcie - odzywa się w końcu - chyba zrobiłam krzywdę Jade.
Spoglądam na nią sponad księgi, nad którą ślęczę. Na marginesie obok każdej przepowiedni widnieją notatki opisujące sposób, w jaki danej apokalipsie udało się zapobiec. Odpływając na chwilę myślami, zastanawiam się, co oznacza przypis, że to ostatnia przepowiednia. Czyżby Arkturius Dalekowzroczny w końcu zdobył okulary? Czy też ta apokalipsa okazała się tak apokaliptyczna, że nie był w stanie dostrzec niczego poza nią? Ale przy tej przepowiedni nie ma żadnych notatek. A Obserwatorzy są skrupulatni. Brak notatek oznacza, że apokalipsa nie została jeszcze oddalona.
Chwilowo jednak ważniejsze są moje zamkowe apokalipsy.
- Chwila, co dokładnie rozumiesz przez: "Chyba zrobiłam krzywdę Jade"?
Moja siostra wzrusza ramionami.
- Hmm, właśnie to.
Jak na zawołanie do środka wpada Jade, kuśtykając i kontynuując najwyraźniej trwającą już od jakiegoś czasu tyradę.
- ... to, że magia nie działa, nie oznacza, że ja mam przejąć rolę worka treningowego Artemis! Wiem, że mój ojciec pracował w jednostkach specjalnych, ale ja nie chcę tego robić. Byłam dobra w magii! W tym nie jestem!
- Nikt nie jest w tym dobry oprócz Artemis - rzuca Rhys cicho. W jego głosie nie ma cienia osądu, ale i tak wszyscy zastygamy. To jeden z tematów, których nie poruszamy. Nigdy nie mówi się o tym, że choć umiejętności Artemis nie mają sobie równych, przypadła jej rola zwykłej asystentki, pomagiera, a to Rhys jest oficjalnie dzieckiem szczęścia.
Obserwatorzy są świetni w najrozmaitszych badaniach i analizach, znakomicie idzie im prowadzenie wszelkiej dokumentacji, a także nieporuszanie pewnych tematów. Cała organizacja jest aż do bólu brytyjska. Choć, technicznie rzecz biorąc, ja i Artemis jesteśmy Amerykankami. Zanim tu przyjechałyśmy, mieszkałyśmy w Kalifornii i w Arizonie. Rhys, Jade i Imogen, którzy wychowywali się w Londynie, wciąż mają ze mnie ubaw, gdy deszcz urzeka mnie jak największa atrakcja. Po ośmiu latach w Anglii i Irlandii wciąż się nim zachwycam - kocham zieleń i wszystko, co nie jest pustynią.
Jade opada na miejsce po mojej drugiej stronie i kładzie mi na kolanach swoją kostkę. Obracam ją, żeby sprawdzić zakres ruchów.
- To się tłumaczy jako "Pogromczyni". - Artemis zagląda mi przez ramię. Przekreśliła słowo, które błędnie przetłumaczyłam jako "zabójca". Co za różnica.
- Auć! - syczy Jade.
- Przepraszam. Nie jest złamana, ale już spuchła. To tylko niegroźne skręcenie. - Spoglądam na Artemis, która uciekła wzrokiem, świadoma, co sobie pomyślałam.
Często tak ma. Wie, co zaraz jej powiem - że nie ma potrzeby, aby tak ciężko trenowała. Nie aż tak, żeby zrobić komuś krzywdę. Zamiast więc po raz kolejny zaliczyć naszą standardową utarczkę, wskazuję na swoje tłumaczenie.
- A to słowo?
- Obrońca - podpowiada.
- Nie podpowiadać! - rzuca śpiewnie Imogen, wynurzając się zza półki, na której przekładała książki.
- Ona mi nie podpowiada! Praktycznie rzecz biorąc, stanowimy jedną osobę! - Nikt nie reaguje na moje naciągane wytłumaczenie. Artemis nie powinna odrabiać za mnie zadań, ale pomaga mi bez proszenia. Tak to po prostu działa.
- Miałaś jakieś wieści od mamy? - pytam tak zdawkowo, jak tylko mogę. Obchodzę się z tym tematem jeszcze delikatniej niż z kostką Jade.
- Nic nowego od wtorku. Ale za parę dni powinna już skończyć działania w Ameryce Południowej. - Artemis zaplanowała całą misję zwiadowczą naszej mamy. Ja praktycznie nie mam z nią kontaktu, odkąd siedem tygodni temu wyjechała, ale Artemis oczywiście jest godna tego, by otrzymywać regularne raporty.
- Możesz się skupić na mojej kostce? - przerywa Jade. Wcześniej była na misji w Szkocji, żeby mieć oko na Buffy i jej pogromcze błazenady. Nie przyniosło to jednak zbyt wielkiego pożytku - Buffy i tak udało się wywołać prawie-apokalipsę, w wyniku czego magia umarła, a Jade - nieszczególnie z tego powodu szczęśliwa - odkąd tylko wróciła do zamku, nie daje nam o tym zapomnieć nawet na chwilę.
Nawet na pół chwili.
- Rhys - zwracam się do przyjaciela. Wiem, że Artemis rzuciłaby się, żeby mi pomóc, ale jej dzisiejsza lista rzeczy do zrobienia i tak jest już porażająco długa, więc nie chcę obarczać siostry jeszcze tym. - Mógłbyś pójść do mojego gabinetu i przynieść zestaw opatrunkowy?
Rhys wstaje. Nie powinien robić dla mnie takich rzeczy. W hierarchii dziobania znajduje się wysoko nade mną, ale bardziej od hierarchii ceni sobie przyjaźń. To on, oprócz Artemis, jest najbliższą mi osobą w zamku. Nie żeby istniała jakaś straszna konkurencja. Z nastolatków ostaliśmy się tylko my: Rhys, Jade, Artemis i ja. Imogen niedawno skończyła dwadzieścia lat, trójka Maluchów ciągle jest w przedszkolu. A członkowie Rady - cała czwórka, której udało się przeżyć - raczej nie stanowią materiału na przyjaciół na całe życie.
- Gdzie leżą te opatrunki?
- Tuż obok paczki ze szwami, za zestawem do wstrząśnień mózgu.
- Okej.
Oddala się niespiesznie. Gabinet to w zasadzie spory schowek w skrzydle po drugiej stronie zamku, który zaanektowałam dla siebie. Salę treningową - oczywiście - urządzono z pełnym rozmachem. Priorytetem jest dla nas walenie, nie leczenie. Czekając na powrót Rhysa, podnoszę kostkę Jade i kładę ją na stosie książek, które niegdyś zawierały najmroczniejsze możliwe uroki, lecz teraz mogą się przydać jedynie jako podpórka.
Chwilę później do biblioteki wbiega George Smythe, najmłodszy z Maluchów. Wtula się w spódnicę Imogen i ciągnie ją za rękaw.
- Imo, chodź się pobawić.
Imogen bierze go na ręce. W czasie, gdy ona uczy, Maluchami zajmuje się Ruth Zabuto, stara jak próchno i zdecydowanie mniej rozrywkowa. Trudno winić George'a za to, że woli Imogen.
- Skończyłaś? - pyta mnie.
Triumfalnie podnoszę w górę kartkę papieru.
- Tak!
Dziecko Pogromczyni Dziecko Obserwatora Dwoje staje się jednym Jedno zdaje się dwojgiem Dzieci ognia Obrońca i Łowca Jedno, aby świat naprawić I jedno, by rozerwać go na strzępy
- Jest jeszcze postscriptum, jakby Arkturius nie mógł się powstrzymać od skomentowania swojej upiornej przepowiedni. "Gdy wszystko inne się skończy, gdy nadzieja umrze wraz z cudem, jej ciemność powstanie i wszystko będzie zjedzone".
Imogen prycha.
- "Pożarte", nie "zjedzone".
- Na swoją obronę powiem, że jestem głodna. Resztę zrobiłam dobrze?
Kiwa głową.
- Z czyjąś pomocą.
- Cóż, nawet z pomocą Artemis to nie ma większego sensu. Nie ma tu żadnego przepisu na kałamarnice - odpowiadam, wkładając notatki z powrotem do książki.
Rhys wraca z opatrunkiem w tej samej chwili, w której do biblioteki wpada pozostała dwójka Maluchów i rzuca się na Imogen. To najbardziej zapracowana osoba w zamku - rzecz jasna nie licząc Artemis, która już wyszła, żeby przygotować dla wszystkich lunch. Czasami marzę sobie po cichu, żeby moja siostra należała do mnie równie mocno jak do wszystkich innych.
Rhys pędzi w moją stronę z przyniesionym pakunkiem. Mały George wpada mu pod nogi, przez co Rhys potyka się tuż przede mną, a paczuszka wylatuje mu z rąk. Bez namysłu chwytam ją w locie jedną ręką. Zaskakuję samą siebie niebywałą w moim przypadku gracją. Na ogół jestem straszliwie niezdarna.
- Dobry chwyt! - chwali mnie Rhys. Byłabym urażona jego zdziwieniem, gdyby nie fala niepokoju, która właśnie mnie zalewa. To był dobry chwyt. Zdecydowanie zbyt dobry jak na mnie.
- E tam, poszczęściło mi się - odpowiadam, śmiejąc się trochę zbyt nerwowo. Wyjmuję kompres lodowy i przykładam go do kostki Jade.
- Trzymaj to tak przez dwadzieścia minut, później godzina przerwy. Gdy kompres odpadnie, zawinę ci kostkę jeszcze raz. Dzięki temu opuchlizna szybciej zejdzie. I odpoczywaj, ile tylko się da.
- Żaden problem. - Jade opiera się wygodnie, zamykając oczy. Cały czas, który niegdyś przeznaczała na magię, teraz po prostu przesypia.
Wiem, że jest jej ciężko - tak jak nam wszystkim. Cały świat ponownie wywrócił się do góry nogami. Ale robimy to, co należy do Obserwatorów: nie ustajemy.
Nagle rozdzwania się mój telefon. Co do zasady unikamy kontaktu ze światem zewnętrznym. To skutek uboczny paranoi, która zaczyna ci nieustannie towarzyszyć, gdy twoja rodzina i przyjaciele wylatują w powietrze. Ale pewna osoba ma ten numer. Dostał go ktoś, kto stanowi najjaśniejszy punkt naszego obecnego życia w lesie na peryferiach sennego irlandzkiego nadbrzeżnego miasteczka.
- Cillian już prawie dotarł z zaopatrzeniem.
Rhys wyraźnie się ożywia.
- Potrzebujesz pomocy?
- Tak. Doprawdy nie wiem, jak sobie bez ciebie poradzę. Po prostu musisz ze mną pójść i poflirtować ze swoim chłopakiem, kiedy ja będę sprawdzać zawartość pudełek.
Ogromny, zawsze chłodny korytarz zamku teraz oświetla blask popołudniowego słońca. W witrażowych oknach tańczą błękitne, czerwone i zielone kwadraciki. Pcham lekko masywne dębowe drzwi i wychodzę na rześkie jesienne powietrze. W zamku hulają przeciągi, mamy też pewne problemy z hydrauliką i ogromne z instalacją elektryczną. Większość okien w ogóle się nie otwiera, a te, które da się otworzyć, są nieszczelne. Połowa pomieszczeń jest zrujnowana, całe skrzydło sypialne przypomina bardziej składzik na graty niż przestrzeń mieszkalną, a tam, gdzie niegdyś znajdowała się wieża, nawet nie możemy wchodzić - to zbyt niebezpieczne.
Jednak ten zamek uratował nam życie i dał schronienie garstce z nas, która ocalała. Więc kocham to miejsce.
Na zewnątrz, na łące - która wreszcie doszła do siebie po tym, jak dwa lata temu pośrodku niej ni z tego, ni z owego wylądował nasz zamek - stary Bradford Smythe, mój przybrany dziadek, walczy na miecze z okropną Wandą Wyndam-Pryce. Choć ich zmagania należałoby określić raczej mianem ustawki na miecze, bo co chwilę przerywają, żeby ustalić odpowiednią pozycję. Tajemnica ucieczki Maluchów się wyjaśniła. Ruth Zabuto śpi jak zabita.
Patrzę na nią z oddali, aby upewnić się, że jej klatka piersiowa się porusza i tylko śpi jak zabita. Donośne chrapnięcie, wyraźnie słyszalne nawet z tej odległości, wystarcza, żeby mnie uspokoić. Podążam zatem za Rhysem ścieżką prowadzącą poza teren zamku. Po drodze wciąż słyszę, jak Wanda i Bradford kłócą się za moimi plecami.
Cillian podjeżdża na skuterze obładowanym przeznaczonymi dla mnie pudłami. Unosi dłoń i macha do nas wesoło. Jego mama prowadziła kiedyś jedyny magiczny sklep w okolicy. Większość ludzi nie ma pojęcia, że magia jest - była - czymś jak najbardziej rzeczywistym. Ale mama Cilliana była niezwykle utalentowaną i oczytaną wiedźmą. No i, co najlepsze, potrafiła milczeć, kiedy było trzeba. Cillian i jego mama to obecnie jedyni ludzie, którzy wiedzą, że Obserwatorzy wciąż istnieją. Że nie wszyscy zginęliśmy wtedy, kiedy mieliśmy zginąć.
Nie powiedzieliśmy im zbyt wiele o tym, kim jesteśmy i co robimy. Tak jest bezpieczniej. A i oni nigdy nie zadawali pytań, bo - dopóki Buffy nie zniszczyła magii - byliśmy ich najlepszymi klientami. Ale nawet teraz Cillian wciąż dba o nasze niemagiczne zaopatrzenie. O dziwo nikt nie chce dostarczać zamówień pod adres: Zamek ukryty pośrodku lasu tuż za Shancoom, Irlandia.
Cillian zatrzymuje się tuż przed nami i schodzi ze skutera.
- Co tam?
- Ja...
Nagle dostrzegam za nim jakiś ruch. Powietrze przeszywa skowyt, a ciemna materia rzuca się ku niemu.
Mój mózg się wyłącza.
Ciało reaguje.
Podskakuję i wpadam na to coś w powietrzu. Razem upadamy ciężko na ziemię i przetaczamy się po trawie. Chwytam szczękę bestii, szukającą drogi do mojego gardła. Gorąca, obrzydliwa ślina pali moją skórę w miejscach, na które spada.
W następnej chwili wykręcam łeb potwora, szarpię i... zapada cisza. Bestia milknie, choć wciąż czuję na sobie jej ciężar.
Odrzucam monstrualne cielsko na bok i powoli gramolę się na nogi. Serce mi wali, oczy wypatrują kolejnego zagrożenia, nogi pozostają w pełnej gotowości, by w razie potrzeby znów rzucić się do akcji.
W tej samej chwili słyszę krzyk. Głuchy, dochodzący gdzieś z oddali. Może ktoś krzyczał przez cały czas? Potrząsam głową, próbując sprawić, by świat znów nabrał wyraźnych konturów. Pod nogami widzę jakieś stworzenie - jest martwe. Jakimś cudem pozbawiłam je życia. Cofam się chwiejnie, brzegiem koszulki wycierając gorącą, kleistą ciecz, którą to coś zostawiło na mojej szyi.
- Artemis! - podbiega do nas Bradford Smythe. - Artemis, wszystko w porządku? - Mija mnie i pochyla się nad kreaturą, aby się jej bliżej przyjrzeć. Bestia wygląda jak piekielna wersja psa, co w sumie by się zgadzało, bo jestem niemal pewna, że to piekielny pies. Czarna cętkowana skóra, sierść przypominająca w dotyku pleśń. Kły, pazury i pełna determinacja ukierunkowana na jeden cel - zabić.
Ale ten pies już nikogo nie zabije. Ponieważ to ja zabiłam jego.
Zabiłam go?
Demon! - szepcze głos w mojej głowie. I bynajmniej nie ma na myśli psa.
- Nina! - Rhys jest w takim samym szoku jak ja.
Bradford Smythe spogląda w górę, zdezorientowany.
- Co takiego?
- To nie Artemis. To Nina... Nina go zabiła.
Wszyscy się we mnie wpatrują, jakby to mnie nagle wyrosły kły i pazury. Nie mam pojęcia, co się stało. Jak to się stało. Dlaczego to się stało. Nigdy wcześniej nie zrobiłam czegoś takiego.
Zaczyna mi się robić niedobrze, ale jednocześnie mam poczucie... uniesienia? Nie, to niemożliwe. Ręce mi się trzęsą, ale nie czuję się tak, jakbym musiała się położyć. Wręcz przeciwnie - mam wrażenie, że mogłabym przebiec z dziesięć mil. Przeskoczyć zamek. Walczyć z setką takich...
- Chyba chce mi się wymiotować - mówię, zerkając na martwe stworzenie. Nie jestem mordercą. Jestem lekarką. Niosę uzdrowienie. To jest moje zadanie.
- To było nieprawdopodobne. - Rhys przygląda mi się bacznie, jakbym była jedną z jego książek, a on nie umiał przetłumaczyć tego, co widzi.
Ma rację. Ja nie potrafię robić takich rzeczy jak to, co właśnie zrobiłam.
Bradford Smythe wydaje się mniej zaskoczony, ramiona smętnie mu opadły. Po chwili zdejmuje okulary i przeciera je wyraźnie zrezygnowany. Dlaczego nie jest w szoku, skoro wie, że to nie Artemis pokonała potwora? Spojrzenie, które mi rzuca, przepełnione jest żalem i współczuciem.
- Musimy zadzwonić do twojej mamy.
2
Skąd w Shancoom wziął się piekielny pies? - Ton Wandy Wyndam-Pryce i jej pełen furii wyraz twarzy wydają się sugerować, że to wszystko moja wina. Jakbym zgłosiła się jako wolontariuszka do opieki nad zwierzętami i przez przypadek zaznaczyła rubrykę "diabelskie bestie".
Jednak nie mogę przestać się wpatrywać w tę leżącą na ziemi tuż obok, martwą.
Martwą.
Jak to zrobiłam?
Bradford Smythe przygładza sumiasty wąs.
- To niepokojące. Shancoom zawsze cieszyło się naturalną mistyczną ochroną. To jeden z powodów, dla których je wybraliśmy.
- Nie ma już żadnej mistycznej ochrony. - Ruth Zabuto jeszcze głębiej chowa się w kokonie z szali i chust. - Nie czujecie tego? Wszystko zniknęło. Pozostało tylko zło.
- Co wy tu wszyscy robicie? - Artemis pędzi w naszym kierunku. Jej wzrok pada na piekielnego psa i - nim ktokolwiek z nas jest w stanie wydusić z siebie choć słowo wyjaśnienia - rzuca się między mnie a martwą bestię. Zawsze w pierwszym odruchu chroni najpierw mnie.
- Blokada zamku! Wszyscy do środka! Natychmiast!
Rhys zastyga w bezruchu, a starsi Obserwatorzy - trzy czwarte tego, co pozostało z niegdyś imponującej i potężnej Rady - wyglądają na przestraszonych. Skoro pojawiło się jedno zagrożenie, gdzieś obok mogą czaić się kolejne. Powinni byli zdawać sobie z tego sprawę. Artemis nie musiała się zastanawiać - to przecież oczywiste.
Rhys łapie Cilliana za rękę i pociąga za sobą. Cillian marszczy czoło.
- Przecież nie mam wstępu do zamku, nie? Co to było?
- Ruchy! - Artemis truchtem cofa się odrobinę, wypatrując między drzewami kolejnych zagrożeń. Dba jednak o to, żebym cały czas była tuż obok. To ona trenuje. To ona potrafi radzić sobie w takich sytuacjach.
Chrup, chrupnęła szyja bestii.
Spiesznie ruszam ścieżką prowadzącą ku wrotom zamku. Powinnam się bać, że gdzieś tam czai się więcej tych stworzeń, ale czuję, że tak nie jest. Skąd jednak miałabym to wiedzieć?
Wchodzimy do środka, a Artemis zakłada blokadę na drzwi i warcząc, wydaje dalsze rozkazy:
- Jade i Imogen mają pilnować Maluchów w skrzydle sypialnym. Bradford, idź im to powiedzieć. Rhys, weź Cilliana i Ninę. Zabarykadujcie się w bibliotece. Za ostatnim regałem znajduje się sekretne pomieszczenie z oknem, przez które można uciec, jeśli stracimy zamek.
- Sekretne pomieszczenie? - odzywam się niemal równocześnie z Rhysem, który wyraźnie urażony pyta:
- To jest jeszcze więcej książek, o których nic mi nie wiadomo?
Cillian podchodzi do drzwi.
- Zabarykadujecie się? Stracicie zamek? Do licha, co tu się wyprawia?
Artemis prostuje ramię, żeby zablokować mu drogę do wyjścia. Nie umknęło mojej uwadze, że wyznaczyła Rhysa, aby pilnował Cilliana, niewinnego cywila oraz mnie. Nie ma pojęcia, że to ja zabiłam piekielnego psa, a ja nie wiem, jak jej o tym powiedzieć. Mam wrażenie, że to przydarzyło się komuś innemu. Jestem... skołowana. I przerażona. Ponieważ jeżeli poczułam, że coś przejęło nade mną kontrolę, oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że cała ta... dziwność, którą przez ostatnich kilka miesięcy starałam się ignorować, jest jednak bardzo, bardzo rzeczywista.
Artemis otwiera starą zakurzoną komodę stojącą obok drzwi i rozdaje nam broń. Wanda Wyndam-Pryce wzdryga się na widok ogromnego łuku. Artemis wbija w nią wzrok.
- Wolałabyś drewniany kij?
- Trochę grzeczniej - warczy Wanda. Nic z tej wymiany słów nie rozumiem, ale Wanda bierze w końcu łuk i oddala się pospiesznie. Rhys dostaje miecz. Bradford Smythe również łuk. Ruth Zabuto wyciąga groźnie wyglądający nóż, ukryty w pochwie między warstwami falujących spódnic.
- A co ze... - zaczynam.
- Do biblioteki! - ryczy Artemis. - W tej chwili!
Bradford Smythe rzuca w moim kierunku ciężkie, ponure spojrzenie. Sprawia wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć. W pewnym sensie spodziewałam się, że zaraz wyciągnie z kieszeni cukierka, da mi go i poklepie po głowie - przez ostatnich parę lat nasze interakcje w zasadzie do tego się ograniczały. Rada nigdy nie miewa powodu, by ze mną rozmawiać. No ale w końcu moja mama jest w Radzie, a nigdy mnie nie potrzebuje, więc dlaczego reszta miałaby zachowywać się inaczej?
Rhys łapie Cilliana za rękę i pociąga go za sobą. Ruszam za nimi do biblioteki. Jade gdzieś zniknęła - mam nadzieję, że wróciła do swojego pokoju, gdzie Bradford Smythe łatwo ją znajdzie. Rhys tymczasem szuka dźwigni za regałem i gdy ją przekręca, naszym oczom ukazuje się ciasne, zakurzone pomieszczenie. Ładujemy się do środka.
- Może jakieś słówko wyjaśnienia? - pyta Cillian, cały zziajany. - Co to było, tam w lesie? I dlaczego siedzimy zamknięci w zamku? Wolno mi już w końcu zapytać, jak, do licha, w ogóle udało się wam go tutaj przenieść? Bo chociaż udawałem, że jest inaczej, mieszkam w Shancoom od zawsze i jestem absolutnie pewien, że gdyby w tym lesie kiedyś znajdował się zamek, wiedziałbym o tym. Nina, a co... co... Jak ty to zrobiłaś?
Wbija we mnie przeszywające spojrzenie. Przyjaźniliśmy się, jeszcze zanim zaczął się umawiać z Rhysem. Teraz wydaje się bardziej przerażony tym, co ja zrobiłam piekielnemu psu, niż faktem, że taki pies w ogóle tam był.
Wpatruję się w stareńki, zużyty parkiet, pamiętający tyle pokoleń Obserwatorów. To tędy moi przodkowie chodzili, tu się uczyli, tu robili plany. Tutaj odpoczywali.
Zamek nigdy nie był naszą główną siedzibą. Niegdyś stanowił odskocznię, miejsce odpoczynku. Jednak dwa lata temu, jeszcze na długo przed całą tą katastrofą z Ziarnem Cudu, stara Rada oraz prawie wszyscy członkowie społeczności Obserwatorów zostali wysadzeni w powietrze przez fanatycznych wyznawców starożytnego bytu znanego jako Pierwsze Zło. A wszystko to wydarzyło się, ponieważ Buffy zakłóciła równowagę między dobrem a złem tak bardzo, że pozostawione przez nią szeroko otwarte przejście pozwoliło Pierwszemu się do nas przedostać.
Wyprawiło wtedy swoich wysłanników, aby zamordowali wszystkich, którzy mogliby z nim walczyć. Wszystkich, czyli wszystkie potencjalne przyszłe Pogromczynie - dziewczynki, które przyszły na świat po to, by pewnego dnia, po śmierci poprzedniej Pogromczyni, przywdziać jej szatę - jak również wszystkich Obserwatorów. Nawet kiedy Buffy nas porzuciła, Pierwsze wiedziało, że stanowimy zagrożenie.
W końcu jednak Buffy je pokonała i ocaliła świat.
Ale nie ocaliła ani jednego Obserwatora.
Ci z nas, którzy przeżyli, byli wtedy albo gdzieś na misji - tak jak Bradford Smythe i córka Wandy Wyndam-Pryce, Honora - albo na wycieczce tutaj, tak jak Rhys Zabuto, Jade Weatherby, Artemis, Imogen Post, Maluchy i ja. Moja mama, Ruth Zabuto oraz Wanda Wyndam-Pryce przywiozły nas tutaj, żebyśmy zobaczyli, co pewnego dnia nas czeka, zażyli świeżego powietrza i przeszli parę rytualnych oczyszczeń, które przygotowywały do szkoleń z magii.
Mnie jednak one i tak nie dotyczyły. Ani szkolenia z magii, ani treningi sportowe nie miały stać się moim udziałem. Do moich zadań miała należeć opieka nad Maluchami w czasie, gdy Imogen siedziałaby na zajęciach. Wtedy jeszcze dziećmi zajmowała się tylko dorywczo. Nie pozwolono jej na trening przygotowujący do roli pełnoprawnej Obserwatorki, ponieważ jej matka, Gwendolyn Post, z hukiem nas zdradziła, podstępem zmuszając Pogromczynie, by dały jej broń o niewyobrażalnej wręcz mocy. Zawsze bolało mnie zrzucanie na Imogen odpowiedzialności za coś, czego nie zrobiła. Wszyscy znaleźliśmy się tutaj ze względu na to, kim byli nasi rodzice, jasne, ale nie oznaczało to przecież, że jesteśmy naszymi rodzicami - ani nawet kimś, kim oni chcieliby nas widzieć. Ja zdawałam sobie z tego sprawę lepiej niż ktokolwiek inny.
Ale Ruth nagięła zasady dla Imogen, ponieważ chciała, żeby wszyscy obdarzeni magicznymi zdolnościami przeszli podstawowe szkolenie z uroków - a najlepszym miejscem do takich ćwiczeń był ośrodek starożytnej mocy. Tak więc nasze dziedzictwo ocaliło nam życie. Dzięki zamkowi nie wylecieliśmy w powietrze wraz z całą resztą.
- Powinniśmy być tam razem z nimi. - Przykładam dłoń do regału, przez który tu weszliśmy. Nie mówię tego, co faktycznie mam na myśli: że to Rhys powinien tam być. To jego wybrano, by w przyszłości dołączył do Rady. Ale oboje wiemy, dlaczego to Artemis kieruje obroną, a Rhys ukrywa się tutaj z nami.
Po pierwsze, Artemis jest lepsza od niego. Zawsze była.
A po drugie, Artemis wyznaczyła Rhysa na mojego obrońcę. Bradford Smythe tam w lesie zwrócił się do mnie imieniem mojej siostry. Założył, że to ona zabiła piekielnego psa. Ponieważ ja nie byłabym w stanie zrobić tego, co zrobiłam. To wydawało się po prostu niemożliwe. Nigdy nie trenowałam, nigdy nie walczyłam.
Nigdy mi na to nie pozwolono, a i sama wcale tego nie pragnęłam.
Rhys wpatruje się teraz we mnie jak w kogoś obcego.
- Sposób, w jaki się tam ruszałaś. To, co zrobiłaś. Wyglądałaś jak...
Cillian przerywa mu jednak w pół słowa.
- Po raz kolejny pytam, co tu się do diabła wyprawia? Czy ktoś mógłby mi to wytłumaczyć? Co to było, tam w lesie?
Opieram się o regał, wdzięczna, że muszę skupić się teraz na wyjaśnieniu wszystkiego Cillianowi. Dzięki temu choć na chwilę mogę przestać się koncentrować na tym, co zrobiłam. Na tym, co Rhys miał na końcu języka.
- To był demon.
- Eee... co takiego? - Cillian przesuwa palcami po swojej czuprynie tak mocno, że aż drapie skórę głowy. Jego matka jest Nigeryjką pochodzenia brytyjskiego, a ojciec dorastał w Shancoom. Cillian to pierwsza osoba od czasów Leo Silvery, przy której szybciej zabiło mi serce - trwało to całe trzy minuty, nim zdałam sobie sprawę, że on nie odwzajemnia mojego afektu i nie ma najmniejszych szans, żeby sytuacja się zmieniła. Rhys to szczęściarz.
Choć to i tak lepiej, niż w przypadku mojego poprzedniego obiektu uczuć - tamta sytuacja skończyła się tak upokarzającą katastrofą, że przez trzy lata nie byłam w stanie nawet pomyśleć o jakimkolwiek innym potencjalnym kandydacie. Może za kolejne trzy lata w końcu uporam się z upokorzeniem po Leo Silverze.
Choć, szczerze mówiąc, bardzo w to wątpię. Ze wszystkich traum, jakie przeżyłam - a zaręczam, że było ich sporo - nie spotkało mnie nic gorszego niż usłyszenie wierszy miłosnych mojego autorstwa odczytywanych na głos chłopakowi, w którym się zakochałam. Boże, Honora Wyndam-Pryce mogła mnie równie dobrze zabić na miejscu. Ale ona nie jest zdolna nawet do litości.
Nikt nie wie, czy Leo Silvera i jego matka żyją, bo od lat nie mieliśmy od nich żadnych wieści. W społeczności Obserwatorów na ogół oznacza to, że już po nich. Linia Gilesów wygasła, a linie Zabuto, Crowleyów, Traversów, Sirków i Postów przetrwały w szczątkowej postaci. Powody śmierci to, w odpowiedniej kolejności: kark skręcony przez byłego sprzymierzeńca, demon, demon, wybuch, wybuch, ręka odcięta w czasie porażenia piorunem. To ostatnie dotyczy mamy Imogen. Doszło do tego, gdy zdradziła Obserwatorów i podstępem przekonała Pogromczynie, aby przekazały jej broń o mocy, której nawet nie sposób sobie wyobrazić. Biedna Imogen. Cieszę się, że tu jest, bo dzięki niej widzę własne problemy w nieco innym świetle. Mogła mi się trafić gorsza mama niż ta, którą mam.
W każdym razie zostało nas tylko tyle. Mam nadzieję, że jakimś cudem Silverowie wciąż gdzieś tam żyją.
Oraz równie wielką nadzieję na to, że już nigdy więcej ich nie zobaczę.
Nie wiem, dlaczego cały ten horror sprawił, że zaczęłam myśleć o Leo. Chociaż nie. To, że burzliwe, skrajnie nieprzyjemne emocje wyzwoliły wspomnienia o nim, jak najbardziej ma sens.
- Demon... - powtarzam, próbując znów się skupić. - Istnieje wiele różnych rodzajów demonów. Niektóre są przeszczepieńcami z piekielnych wymiarów. Niektóre pół demonami, pół ludźmi. Prawdziwe demony na ogół nie występują na tej planecie, ale czasami mogą zainfekować ludzi. Jak na przykład wampiry.
- Wampiry? - piskliwym głosem powtarza Cillian, odwracając się do Rhysa. - One są prawdziwe. Wampiry są prawdziwe. Myślałem... Jasne, wiedziałem o magii i w ogóle, ale myślałem, że jesteście po prostu jakąś szurniętą sektą. Nigdy nawet słowem nie zająknąłeś się o wampirach. A to chyba dość istotna informacja, którą powinieneś był podzielić się ze mną w ciągu tego roku, odkąd jesteśmy razem. "Hej, Cillian, dobrze całujesz, a tak w ogóle to wiesz, że na świecie istnieją demony i wampiry?".
Rhys zastawia stołem regał stanowiący tajemne przejście. Wygląda na lekko speszonego.
- Nie chciałem z tobą rozmawiać o sprawach... zawodowych. Podobało mi się, że nie jesteś częścią tego wszystkiego. Zresztą jakoś założyłem, że i tak wiesz. W końcu twoja mama jest wiedźmą, no i w ogóle.
- To były kryształowe kule, mantry i tyle! Odrobina lewitacji. Nic z tych rzeczy, o których mi teraz opowiadasz. Ile takich demonów w ogóle pałęta się po świecie?
- Hmm, zbyt wiele, aby je zliczyć. Tysiące. Może dziesiątki tysięcy. No i zależy, jak je sklasyfikujesz.
Cillian tak gwałtownie podskakuje na swoim krześle, że niewiele brakuje, a runąłby do tyłu.
- Dziesiątki tysięcy? To dlaczego rząd nic z tym nie robi?
- Który rząd?
- Nasz! Niny! Czyjkolwiek! Z pewnością ktoś podejmuje jakieś kroki.
- Czasami pewnie tak. Ale demony świetnie się ukrywają. - Już miałam nawinąć na palec kosmyk włosów, gdy raptem zastygłam. Tymi rękami złapałam łeb piekielnego psa i odebrałam mu życie. Wzdrygnęłam się na samo wspomnienie. Chowam zatem ręce do kieszeni i pozwalam Rhysowi dokończyć wykład.
Demony istniały od zawsze. Dzięki portalom, Piekielnym Ustom i magii mogły przemieszczać się między wymiarami. Trudne do namierzenia. Trudne do pokonania.
- I tutaj właśnie wchodzimy my. Nasza grupa od zarania dziejów dokłada starań, aby chronić ludzkość. Znamy wszystkie przepowiednie, wiemy o demonach i nadchodzących apokalipsach. Ale nawet wtedy, na samym początku, nie bylibyśmy w stanie poradzić sobie sami. Dlatego my - to znaczy oni - wyposażyli dziewczynkę w demoniczną moc, dzięki którym została Pogromczynią i mogła pokonać demony.
Cillian unosi brew.
- Więc ci starożytni kolesie pomyśleli sobie, hmm, wybierzmy jakąś dziewczynkę, żeby zapewniła ludzkości ochronę? Co to za chory plan?
- Mówisz o naszych przodkach - obrusza się Rhys.
Ale tu muszę przyznać Cillianowi rację. Tyle że właśnie dlatego oprócz Pogromczyń istnieli również Obserwatorzy. To nie tak, że obarczyliśmy Pogromczynie całą odpowiedzialnością, a potem je porzuciliśmy.
To one porzuciły nas. Buffy zaczęła, jak zwykle. To ona, jako pierwsza Pogromczyni w całej historii, odrzuciła nasze przewodnictwo. Naszą wiedzę. Naszą pomoc. Jakbyśmy byli jej przeciwnikami, a nie robili wszystko, aby ją wspierać.
Kręci mi się w głowie. Wciąż czuję to chrupanie łamanego karku.
- Ale Buffy, nasza ostatnia Pogromczyni... - zaczynam, ale Rhys mi przerywa.
- Nie ostatnia, tylko jedna z najnowszych - uściśla. - Wszystkie Pogromczynie zaczynają jako Potencjalne. Kiedy obecna Pogromczyni umiera, wzywa się następną. Więc zawsze jest tylko jedna. Większość Potencjalnych nigdy nie zostaje Pogromczyniami. W każdym razie Buffy umarła...
- Buffy umarła dwa razy - wchodzę mu w słowo.
- To chwilowo nieistotne - unosi się Rhys. - Umarła, więc wezwano kolejną Pogromczynię, Kendrę. Jednak Buffy udało się odratować, więc Pogromczynie były dwie, ale później Kendra zginęła i Pogromczynią po niej została...
- Na miłość boską, streść mi to po ludzku! - Cillian zaczyna się już wyraźnie niecierpliwić.
Gdy Rhys opowiada dalszą część historii, wchodzę na krzesło stojące pod oknem i spoglądam pomiędzy drzewa. Nie chcę słuchać tego, co mówi. Wszystko to wiem. Dwa lata temu, gdy Buffy walczyła z Pierwszym Złem, od przegranej dzieliło ją bardzo niewiele. Więc zrobiła to, co zwykle: coś popsuła. Tym razem moc Pogromczyń. Zasady, które obowiązywały i działały od początku czasów, zostały wywrócone na nice.
Nagle każda dziewczynka, która miała potencjał, aby stać się Pogromczynią, stała się Pogromczynią - albo miała się nią stać po osiągnięciu odpowiedniego wieku.
Buffy dopuściła więc, aby Obserwatorzy zginęli, a następnie zalała świat niemal dwoma tysiącami nowych Pogromczyń. Później - bo jakżeby inaczej - przyczyniła się do tego, że niemal tysiąc z nich zginął w bitwie. Nie bez powodu Pogromczyni miała być jedna, a Obserwatorów cała rzesza. To, że Pogromczyń nagle zrobiło się aż tyle, nie przechyliło szali na stronę dobra. Skutek był dokładnie odwrotny. Demony ukrywające się w mroku nocy, zajęte swoimi demonicznymi sprawkami, naturalnie od razu poczuły się zagrożone. Im bardziej Buffy napierała, tym bardziej ciemność odpierała. I w końcu odparła tak mocno, że świat się prawie skończył.
Odsuwam się od okna. Nic tam nie ma. Nie mam pojęcia, skąd to wiem, ale jestem tego pewna. I jest mi wręcz niedobrze z myślą, co te wszystkie nowe umiejętności i przeczucia mogą oznaczać. Przez cholerne sześćdziesiąt dwa dni starałam się je ignorować. Ale dłużej już się po prostu nie da.
Rhys dotarł tymczasem do najnowszych rewelacji o Buffy.
- Pamiętasz, jak parę miesięcy temu świat się prawie skończył?
- Świat się prawie skończył? - Cillian niemal podskakuje, osłupiały.
- Och, no tak. - Rhys pociera czoło.
Może właśnie dlatego nie rozmawiamy o tych sprawach z nikim spoza branży. To naprawdę skomplikowane.
- Świat się prawie skończył, ponieważ inny wymiar zaczął przejmować nasz - wyjaśnia Rhys.
- Sześćdziesiąt dwa dni temu - dodaję cicho.
A my musieliśmy siedzieć w zamku, biernie obserwując, jak to wszystko rozgrywa się na naszych oczach, bo gdybyśmy się ujawnili, prawdopodobnie zginęlibyśmy w wymianie ognia. To było okropne. Artemis mało nie wyszła z siebie. Ale mnie szczególnie dręczy fakt, że nawet bez naszej pomocy jakoś się udało. To znaczy tak jakby.
- Żeby zapobiec końcowi świata, Buffy zniszczyła Ziarno Cudu, które zasilało całą magię na ziemi.
Cillian cicho gwiżdże.
- Myślałem, że to było... no, po prostu, jedna z tych rzeczy. Coś w stylu utraty sygnału magicznego Wi-Fi czy coś.
- Nie zauważyłeś, że tamtego dnia niebo się rozwarło, ziemia zatrzęsła, a wiele miejsc zniszczyło tsunami?
Wzrusza ramionami.
- Globalne ocieplenie.
Rhys przepadł tymczasem, zbyt zajęty studiowaniem grzbietów grubych tomów na półkach. Ciężko mu się skupić, gdy ma w zasięgu wzroku tyle książek, których istnienia jeszcze przed chwilą nie był świadom! Przejmuję więc pałeczkę i teraz to ja kontynuuję opowieść:
- Jasne. Globalne ocieplenie i zarazem globalne międzywymiarowe zagrożenie. A to wszystko - popsuta magia, nowe Pogromczynie, z trudem powstrzymany koniec świata - wszystko przez Buffy!
Cillian parska.
- Przepraszam, ja tylko... No nie mogę z tym imieniem. Buffy.
Krzyżuję ręce, piorunując go wzrokiem.
- No i co, nosi dziewczęce imię, więc to oznacza, że nie jest w stanie zniszczyć świata?
Cillian unosi ręce w obronnym geście.
- Tego nie powiedziałem.
- Zanim została Pogromczynią, była cheerleaderką - dodaje z oddali Rhys.
Cillian wybucha śmiechem.
Nie chcę stawać w obronie Buffy - ani teraz, ani w ogóle kiedykolwiek - ale w tym momencie naprawdę się wkurzam.
- Widziałeś zawody cheerleaderek? Każda z tych dziewczyn mogłaby cię z łatwością pokonać nawet bez mistycznych mocy Pogromczyń.
- Więc to dzięki temu zabiłaś tamtego demona? Też chodziłaś na treningi cheerleaderek?
Znów czuję tamto chrupnięcie.
- Nie w tym rzecz. Ja nawet nie lubię Buffy. Zawsze tylko reaguje, nigdy nie myśli o konsekwencjach swoich działań, a moja rodzina płaci za to najwyższą cenę. - Biorę głęboki oddech. - Jak i zresztą cały świat. Bo ostatnim razem świat też popsuła. Koniec z magią. Koniec z łącznością z innymi światami. Koniec z nowymi Pogromczyniami. Na zawsze. Otworzyła szeroko drzwi, a potem głuchym trzaśnięciem zamknęła je na amen.
- Musi się w końcu zdecydować na którąś wersję - stwierdza Cillian. - Stworzyć więcej Pogromczyń! Skończyć z Pogromczyniami. Zniszczyć świat! Ocalić świat.
Teraz to Rhys wskakuje na krzesło pod oknem i zaczyna przez nie wyglądać.
- Przyznajmy uczciwie, że na przestrzeni wieków całkiem sporo osób próbowało zniszczyć świat. Za dużo, by ci teraz o nich opowiedzieć.
- Ech. Kto by się tego wszystkiego spodziewał?
- My - odpowiada cierpko Rhys.
- No tak. - Cillian łapie mnie za rękę i ciągnie, żebym usiadła obok niego. - Nina, to co z twoją historią? Ta cała Buffy... Dla ciebie to jakaś osobista sprawa, nie?
Zamykam oczy. W głowie rozbrzmiewają mi wpajane od urodzenia słowa:
W każdym pokoleniu rodzi się Pogromczyni: jedna dziewczynka na całym świecie, Wybrana. Tylko ona będzie mieć siłę i moc, by zwalczać wampiry, demony i siły ciemności; tylko ona będzie zdolna powstrzymać rozprzestrzenianie się zła i ograniczyć jego ilość. Oto ona - Pogromczyni.
Gdy zaczynam mówić, w gardle czuję gulę.
- Każda Pogromczyni zwykła dostawać swojego Obserwatora. I Buffy otrzymała najlepszego. - Otwieram oczy i uśmiecham się smutno. - Jej pierwszym Obserwatorem był mój tata.
Gdy Merrick Jamison-Smythe ją odnalazł, nie miała pojęcia, kim jest ani co ją czeka. Praca mojego taty od zawsze polegała na szkoleniu Pogromczyń, uczeniu ich i pomaganiu im. Widział śmierć tych, które szkolił przed Buffy. Kiedy więc stanął w obliczu wyboru - pozwolić, by wykorzystano go przeciw Buffy lub zginąć, wybrał Wybraną.
Ocalił ją. A my go straciliśmy. Pałeczkę po moim tacie przejął Rupert Giles i to on został Obserwatorem, który zapisał się w pamięci wszystkich. Relacja łącząca go z Buffy - jego pobłażliwość, gdy nie przestrzegała zasad, obojętność wobec konieczności utworzenia nowych struktur czy odrzucenie własnego dziedzictwa - była początkiem końca. A i tak kiedy mowa o Obserwatorze Buffy, wszystkim staje przed oczami Giles. A nie mój tata.
- Więc kto jest teraz waszą Pogromczynią? - pyta Cillian, zręcznie zmieniając temat. Kładzie mi jednak dłoń na ramieniu, chcąc w ten sposób delikatnie okazać mi wsparcie. Wie, jak to jest mieć ojca na cmentarzu.
- Nie mamy żadnej. - Rhys schodzi z krzesła.
- Nie powinniście mieć, no, całej armii, skoro jest ich tak wiele?
- Po tym jak większość z nas... - Rhys się waha. Wyleciała w powietrze, kończę w myślach. Rhys ujmuje rzecz delikatniej: - No, w każdym razie zostało nas tak niewielu, że próbujemy teraz określić najlepszy kierunek działania.
Nie wiemy, jaka byłaby reakcja Pogromczyń, gdybyśmy się z nimi skontaktowali. Jak zareagowałaby Buffy na wieść o tym, że wciąż istnieje aktywna grupka Obserwatorów. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek uda nam się zasklepić rysę, którą Buffy stworzyła między Pogromczyniami a Obserwatorami. A w międzyczasie "próbujemy ustalić najlepszy kierunek działania", co brzmi jak kryptonim zwykłego ukrywania się. Totalny brak działań. Z jednej strony rozumiem, że niewychylanie się i udawanie, iż Rada Obserwatorów już nie istnieje, leży w naszym najlepszym interesie. Rozwiązanie organizacji na dobre nigdy nie wchodziło w grę. Wciąż, bez względu na wszystko, jesteśmy Obserwatorami - opiekunami. Ale teraz, gdy świat jest przepełniony Pogromczyniami (przez Buffy), magia umarła (przez Buffy), a wszystkie międzywymiarowe portale szlag trafił (przez Buffy), znowu wszystko może się zmienić. To właśnie tym zajmuje się teraz moja mama. Sprawdza, czy na pewno mamy pełen obraz wszystkich zmian i nowych zagrożeń.
Nie jestem pewna, jaki w zasadzie jest długofalowy plan Rady ani jak to wszystko się potoczy, kiedy mama skończy już działania w terenie. Tak czy inaczej, jeśli my nie zbadamy, czy wszystkie Piekielne Usta i portale faktycznie są zamknięte, to kto to zrobi?
To dlatego tak ważne jest, aby Obserwatorzy wciąż istnieli. W świecie, który co i rusz jest na nowo przebudowywany, w którym zasady ulegają nieustannym zmianom, w którym Wybrana staje się Wybranymi, w którym znika magia, a stare sposoby przestają działać - to my stanowimy jedyną stałą.
Wciąż obserwujemy.
Choć to, niestety, nie wystarcza. Jak na razie Rada nie jest w stanie podjąć decyzji co do dalszych poczynań, ponieważ pozostała nas zaledwie garstka, a Pogromczyń jest tak wiele. Jak mamy wybrać jedną spośród nich? I jak mamy zaryzykować własnym życiem, wiedząc, co Pogromczynie niosą ze sobą? Wszak ich darem jest śmierć.
I to właśnie problem, z którym się borykam, rzeczywistość mojego życia pośród Obserwatorów, dorastania i pomagania społeczeństwu istniejącemu dzięki Pogromczyniom: ja ich nienawidzę. Nienawidzę tego, kim są i co robią.
A żadnej z nich nie nienawidzę równie mocno co Buffy.
3
Czysto! - Zza regałów dobiega głośny krzyk Jade. - I zwołali zebranie.
Otwieramy zamaskowane przejście i wpadamy prosto na krzywiącą się z bólu Jade. Opatrunek z lodem się zsunął, kostkę ma niewprawnie zabandażowaną.
Klękam, żeby to poprawić. W zebraniu miała uczestniczyć ona, Bradford Smythe, Ruth Zabuto i Wanda Wyndam-Pryce. Artemis będzie protokołować. Gdyby nasza mama tu była - a cieszę się, że jej nie ma - też wzięłaby w nim udział. Ja natomiast, jako zamkowa lekarka, nie zasługuję na ten zaszczyt. Na ogół mnie to wkurza - bo to kolejny przykład potwierdzający, jak nisko ceni się u nas leczenie. Dzisiaj jednak oddycham z ulgą.
- Poprawię ci opatrunek i odprowadzę Cilliana - mówię nonszalancko z nadzieją, że w tym chaosie nikt nie będzie zadawał mi żadnych pytań. Z nadzieją, że będą tak skupieni na piekielnym psie, że wygodnie przeoczą fakt, iż to ja go zabiłam. Ignorowali mnie przez lata. Z pewnością mogą robić to dalej.
- Cillian może poczekać - stwierdza natychmiast Jade, żując gumę i odgarniając z oczu długie, potargane włosy. - Ty musisz iść. Zwołali zebranie o tobie.
Czuję, jak zalewa mnie fala strachu. Nie mogę iść na to zebranie. Od dwóch miesięcy wiem, że dzieje się ze mną coś złego. Teraz wszyscy to wiedzą. A Obserwatorzy nie są szczególnie znani z delikatności w obchodzeniu się z demonami - albo z tymi, w których one wstąpiły.
- Dobra, dobra - odpowiadam, szybko zakładając jej nowy kompres, po czym błyskawicznie przemykam obok. - Nie muszę tam iść.
Niby powiedziano nam, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa, ale ja czuję się jak na muszce. Biegnę do swojego pokoju. Ci z nas, którzy nie należą do Rady, mieszkają w skrzydle sypialnym zamku. Niegdyś wypełniali je młodzi kandydaci na Obserwatorów, rywalizujący ze sobą, uczący się i wstępujący w szranki o największy zaszczyt - dołączenie do Rady.
Większość członków Rady miała doświadczenie w pracy z Pogromczyniami, chociaż ich wiedza była w przeważającej mierze akademicka, a nie praktyczna. Zważywszy na to, że Pogromczyni zawsze była jedna, a Rada liczna, większość Obserwatorów nigdy nie pracowała bezpośrednio z Wybraną. Ci, których ostatecznie przypisywano Pogromczyniom, cieszyli się pewną... nazwijmy to szczególną reputacją. Osób będących zbyt blisko ciemności. Osób, którym brakuje profesjonalnego dystansu i perspektywy koniecznych przy podejmowaniu trudnych decyzji. To właśnie dlatego moi rodzice stanowili tak zgrany duet. Miejsce taty było w centrum akcji; mamy - jako następnej w kolejce do Rady.
Ale i tak wśród aspirujących do Rady było wystarczająco wiele osób, które świetnie wypadały na testach, więc tacy jak ja - którzy nigdy nie mieli zostać aktywnymi Obserwatorami ani nie kwalifikowaliby się do Rady - już nie pomieściliby się w dormitoriach. Członkowie rodzin Obserwatorów, tak jak Jade, Imogen czy ja, zostaliby zepchnięci gdzieś do bezpłciowych, szarych, nudnych budynków, żeby zajmować się księgowością, oddelegowani do odległych placówek, by studiować magię, albo - jeśli naprawdę by się im poszczęściło - dostaliby przydział jako personel pomocniczy przy Radzie lub w jednostkach specjalnych. Zamek nigdy nie był naszym przeznaczeniem. No ale później Buffy wzięła Przeznaczenie i zrobiła z niego krwawą miazgę - i tak oto się tu znaleźliśmy.
W dormitoriach przeznaczonych dla młodszych adeptów stały niegdyś liczne łóżka piętrowe. Uprzątnęliśmy je dwa lata temu, po cichu i bez żadnych ceremonii. Teraz Maluchy mieszkają wraz z Imogen w jej apartamencie. Pozostali mają własne pokoje - z wyjątkiem mnie i Artemis. Nie to, żeby nie było miejsca - jeżeli Obserwatorzy mają teraz czegoś w nadmiarze, to jest to wolna przestrzeń - ale dlatego, że Artemis nie chce przebywać zbyt daleko ode mnie. Nawet we śnie.
Nienawidzę spać.
Każdej nocy śni mi się ten sam koszmar - leżę tam, zostawiona na pastwę ognia. I to Artemis zawsze budzi mnie z tych koszmarów. Ale ostatnio w ogóle trudno mi zasnąć. Gdy tylko zapada zmierzch, moje ciało zaczyna buzować adrenaliną, robię się nerwowa. A kiedy w końcu zasnę, nie śni mi się zwykły koszmar o porzuceniu w płomieniach. Teraz sny na ogół wcale nie są o mnie.
Ukrywam się w naszym pokoju raptem od kilku minut, gdy znajduje mnie Artemis. Wślizguje się cicho przez drzwi i obejmuje mnie tak mocno, że czuję, jak cała drży. Jestem w szoku. Nie obejmowałyśmy się od lat. Swoją siostrzaną miłość zawsze okazuje w najbardziej Artemisowy sposób z możliwych - monitorując moją dietę, żeby upewnić się, że dostarczam sobie wszystkich potrzebnych składników, pilnując, żeby moje inhalatory były zawsze gotowe do użycia na wypadek ataku astmy, śpiąc blisko mnie na wypadek, gdybym potrzebowała pomocy.
Fizyczne manifestowanie przez nią uczuć od razu zapala u mnie lampkę ostrzegawczą. Skoro teraz mnie przytula, mam rację. Coś jest bardzo, bardzo nie tak.
- Nie mam pojęcia, co tam faktycznie zaszło - mówi, wypuszczając mnie w końcu z ramion. Przygląda mi się badawczo, jakby szukała potwierdzenia w mojej twarzy, że wszystko ze mną w porządku. - Kiedy zobaczyłam zwłoki piekielnego psa, tam w lesie, założyłam, że zabił go Rhys. Boże, Nina, powinnam była tam być!
- Nie mogłaś tego przewidzieć. Nikt z nas nie mógł.
- Jak go zabiłaś?
Czuję narastającą panikę. Było tyle spraw, które w sobie dusiłam, bo sama nie chciałam stanąć z nimi twarzą w twarz. Tyle spraw, o których nie mogę powiedzieć głośno, ponieważ to sprawi, że staną się realne. Ale tama w końcu się otwiera i z moich ust płyną pierwsze słowa:
- To było tak jakby... jakbym to już nie była ja - przyznaję. - Artemis, jestem przerażona.
Oczy wypełniają mi się łzami.
- Garderoba? - Dawno nie słyszałam Artemis przemawiającej tak łagodnie.
W jednej chwili nie jest już zamkową Artemis. Teraz jest moją Artemis - moją siostrą bliźniaczką, której mogę powierzyć każdy problem. Wchodzimy więc do garderoby i siadamy blisko siebie, ramię przy ramieniu. W starym domu robiłyśmy to często - gdy byłyśmy małe, ukrywałyśmy się w garderobie, żeby trochę porozrabiać. Później to właśnie tam mnie zabierała, gdy koszmary stawały się nie do zniesienia i bałam się spać. To nasze miejsce, w którym opowiadamy sobie tajemnice.
A nigdy nie miałam większej od tej obecnej.
Opieram się o ścianę, nie zważając na gniotące się ubrania. Moje ciuchy są jasne, w kolorach tęczy, żeby podtrzymywały mnie na duchu, kiedy tego potrzebuję. Ubrania Artemis - czarne, praktyczne. Nawet jeśli kiedykolwiek potrzebuje rozweselenia, nie miałaby czasu, żeby szukać go w ubraniach, które nosi.
Przysuwa się do mnie.
- Opowiedz mi o tym - prosi.
Biorę głęboki oddech.
- Kiedy piekielny pies rzucił się do ataku, nie wiedziałam, co robię. To było... jak instynkt. Moje ciało całkowicie przejęło kontrolę i zabiłam to coś bez chwili zastanowienia.
Nie odpowiada.
To, czego najbardziej się bałam, co tak bardzo starałam się ignorować, powoli zaczyna wychodzić na jaw niczym demon wypełzający z najciemniejszych zakamarków. Powinnam była opowiedzieć o wszystkim siostrze już pierwszego dnia, kiedy to poczułam. Ale co, jeżeli Artemis nie będzie w stanie temu zaradzić? Artemis radzi sobie ze wszystkim, ale co, jeżeli mój problem nawet dla niej okaże się zbyt duży? Co zrobi jej to coś, co we mnie siedzi, jeżeli siostra nie będzie w stanie mi pomóc? Co to coś zrobi mnie?
- Widzisz, czuję się... czuję się trochę dziwnie. W zasadzie trwa to już parę miesięcy.
Zbieg okoliczności oczywiście jej nie umyka.
- Parę miesięcy tak w ogóle, czy dokładnie parę miesięcy?
- Pamiętasz ten dzień z wielkimi międzywymiarowmi demonami?
Artemis lekko krztusi się od śmiechu.
- Tak... pamiętam tamten dzień.
Byłyśmy na dworze, żeby wykorzystać rzadką wolną chwilę Artemis.
Przeciągnęłam się na kocu i zmrużyłam oczy, wpatrując się w niebo.
- Ta chmura, o tam, co ci przypomina?
Artemis nawet nie podniosła wzroku znad swojej kanapki.
- Parę wodną.
Szturchnęłam ją w ramię.
- No weź. Użyj wyobraźni!
- Nie mogę. Moja wyobraźnia umarła długą, bolesną śmiercią wskutek nawdychania się zbyt dużej ilości środka do czyszczenia broni.
Obróciłam się na bok, żeby znaleźć się z nią twarzą w twarz.
- Przecież wiesz, że nie musisz odwalać całej czarnej roboty.
Artemis tylko przewróciła oczami. Czasami patrząc na jej twarz, zastanawiałam się, czy moja wygląda tak samo, kiedy stroję miny. Niby nasze rysy są identyczne, ale moja twarz nie zachowuje się tak jak jej. W wykonaniu Artemis wszystko jest stanowcze, dokładne, pełne mocy. W moim wykonaniu wszystko jest...
Cóż, dokładnym przeciwieństwem tego.
Odegnałam muchę bzyczącą mi nad uchem.
- I tak jesteś mądrzejsza niż ta zgraja starych leserów. To ty powinnaś prowadzić badania i pisać, a oni robić za sprzątaczkę!
- Oblałam test, więc to teraz moja rola. Poza tym nie ma tu nikogo innego, kto mógłby się tym zająć.
Rhys opadł na koc obok mnie. Zarówno on, jak i Artemis trenowali od dzieciństwa. Gdy tylko dołączyliśmy do Obserwatorów, Artemis natychmiast trafiła do grupy szkoleniowej potencjalnych przyszłych członków Rady. Nasza mama bardzo na to nalegała. Mnie nigdy nie pozwolono nawet spróbować. Ale dlaczego nie wybieraliśmy na członków Rady osób potrafiących leczyć? Osób, które postrzegały świat - zarówno naturalny, jak i ponadnaturalny - jako coś, co należy uzdrawiać, a nie zwalczać?
- Co ci przypomina kształt tamtej chmury? - zapytałam Rhysa, wskazując ten sam obłok, który próbowałam pokazać Artemis.
Rhys się skrzywił.
- Wiecie, jak trudno pozbyć się ciał? Właśnie przez cztery godziny testowałem różne substancje chemiczne, próbując rozpuścić szkielet abarimona. A tu nagle Wanda Wyndam-Pryce informuje mnie, że tego typu szczątki po prostu wrzuca się do oceanu!
Zacmokałam ze zrozumieniem.
- Wampiry wydają się przy tym niemal grzeczne: puf i po wszystkim. Żadnego sprzątania.
- Chociaż tyle mogą zrobić. No, w każdym razie kazali mi już sobie iść. Z jakiegoś powodu Rada dostała świra. - Ziewnął. - Najwidoczniej chodzi o coś, na co jeszcze jestem za niski stopniem.
- Mnie też wykopali - przyznała Artemis.
Nie miałam nic przeciwko towarzystwu.
- Jak chcecie się czymś później zająć, robię inwentaryzację u siebie w gabinecie.
Artemis położyła mi rękę czole.
- Brałaś ostatnio swoje witaminy? Coś blado wyglądasz.
- Ty też.
- Prawie jakbyście były bliźniaczkami - zakpił Rhys.
Artemis go zignorowała.
- Jadłaś już? Mogę ci coś przygotować.
- To raczej ja mogę coś przygotować tobie. Okropnie gotujesz.
Pokazałam jej język, żeby wiedziała, że tylko się z nią droczę. Chociaż Artemis szykowała śniadania i lunche, za kolację byliśmy odpowiedzialni wszyscy po kolei. Nikt nie lubił, kiedy przypadał mój tydzień. Mniej więcej połowę moich zmian ogarniała Artemis - kiedy przychodziłam do kuchni, zastawałam wszystko już przyszykowane. W takich chwilach nie wiedziałam, czy ją za to uwielbiam, czy marzę o tym, żeby dała sobie spokój i pozwoliła wszystkim zjeść moje rozgotowane spaghetti z sosem z puszki.
Teraz zamknęła oczy, relaksując się. Tak rzadko można było ujrzeć jej twarz pełną spokoju. Rhys też próbował drzemać. Tę umiejętność miałam opanowaną lepiej od nich obojga. Prawdopodobnie tylko tę jedną.
Spojrzałam w górę na niebo, zadowolona, że choć na chwilę Rhys i Artemis też zostali odsunięci na bok - dla mnie to codzienność. Chmury tymczasem urządziły prawdziwy spektakl. Teraz przemieszczały się szybciej, wirując i kłębiąc się jak szalone. I rosnąc. I zachowując się zdecydowanie nie tak, jak powinny się zachowywać chmury.
Wtem wyłoniła się z nich pierwsza macka.
- Ej, śpicie?
- Uhm. - Artemis obróciła się tak, że jej głowa spoczywała teraz bliżej mojego ramienia. Nagle ona też zamarła, wsłuchując się w mój urywany oddech. Zerwała się, usiadła i spojrzała mi prosto w oczy.
- Co się dzieje?
Wskazałam na niebo.
- Coś ze mną jest nie tak, czy ta chmura wygląda jak olbrzymi demon wynurzający się ze szczeliny w niebie?
- Och! - Rhys też się ocknął. - Masz rację, ale nie jestem w stanie określić, do jakiej kategorii należy.
Na chwilę zapadła cisza, po czym...
- Broń! - krzyknęła Artemis. Rhys zerwał się na równe nogi i pomknął przez plac do przybudówki znajdującej się nieopodal. Wrócił po chwili z łukami, pikami i tyloma mieczami, ile był w stanie unieść. Dzierżył też złowieszczo wyglądającą strzelbę, już nabitą pociskami zdolnymi znokautować nawet największe demony.
Tyle że ten był zdecydowanie największym demonem, jakiego widziałam. Monstrualna bestia, gigant prosto z piekieł. Większość demonów, które widywaliśmy, była hybrydami lub naczyniami dla prawdziwych demonów w innym wymiarze.
To coś, co wychodziło teraz z nieba, nie wyglądało, jakby należało do naszego świata. Wyglądało raczej jak pożeracz świata.
Usłyszałam za sobą jakieś śpiewne głosy. Odwróciłam się - to Imogen i Ruth Zabuto rzucały zaklęcia mające chronić zamek. Powietrze drgnęło, jakby rozpostarła się nad nami niewidzialna kopuła, wyznaczając granice chronionego terytorium. Artemis instruowała Rhysa. A ja siedziałam na kocu.
Bezczynnie.
Dlatego że jedyne, do czego mnie przygotowywano, to leczenie ludzi. Uzdrawianie ich. A w tamtej chwili bardzo wątpiłam, że po zakończeniu tego armagedonu zostanie nas wystarczająco dużo, żeby w ogóle było kogo leczyć.
Od pożaru - może z powodu moich koszmarów - mama zawsze uparcie twierdziła, że nie potrafię radzić sobie ze stresem. Miałam unikać trudnych sytuacji. Ale gigantyczny, jednooki demon z mackami pokrytymi zębami, schodzący z góry, z miejsca, w którym raptem parę chwil wcześniej było normalne, przejrzyste niebo? Czegoś takiego raczej trudno uniknąć.
No to koniec.
Już po nas.
Cielsko demona rozlało się wokół magicznej bariery. Smród palącego się ciała sprawił, że żołądek mi się skurczył i chciało mi się wymiotować. Demon jednak niestrudzenie parł dalej. Krosty na jego podbrzuszu pękły i wylała się z nich obrzydliwa, parująca i skwiercząca pomarańczowa maź, która obryzgała niewidzialną zaporę oddzielającą nas od monstrum. Macki oplatały już całą magiczną bańkę, w której się chroniliśmy. Potwór był wielki jak cały zamek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki