Slayer. Ostatnia z Pogromczyń - Kiersten White

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie

Kto jak kto, ale aku­rat one powinny być mądrzej­sze - co to za pomysł, przy­cho­dzić na cmen­tarz o zacho­dzie słońca, gdy noc przej­muje wła­dzę nad świa­tem?

Łow­czyni obser­wo­wała matkę, która stała pew­nie, wypro­sto­wana jak wbity w zie­mię słup, pogrą­żona w żalu nad gro­bem, gdzie pocho­wano jej serce. Po obu jej stro­nach tkwiły dwie małe dziew­czynki w różo­wych kow­boj­skich butach, chude, blade i rudo­włose. W mroku jed­nak kolor ich czu­pryn nieco przy­gasł.

Ciem­ność zrów­nuje wszyst­kich. W ciem­no­ści wszy­scy są tacy sami. Bez­barwni. Nijacy.

Bez­bronni.

A ona miała zamiar dopil­no­wać, by tacy pozo­stali. To w końcu jej zada­nie. Odwró­ciła się ku cze­ka­ją­cemu obok wam­pi­rowi. W czar­nej wnęce mau­zo­leum oboje pozo­sta­wali nie­wi­doczni.

- Kobieta ma prze­żyć. Dzieci są twoje.

Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, tylko jedna z dziew­czy­nek musiała umrzeć, jed­nak z prze­po­wied­niami nie ma żar­tów i na wszelki wypa­dek lepiej nie zosta­wiać żad­nej furtki. Wam­pir ruszył w kie­runku pogrą­żo­nej w żało­bie rodziny. Nie czaił się ani nie pró­bo­wał się ukry­wać. Nie musiał.

Jedna z dziew­czy­nek kur­czowo chwy­ciła matkę za dłoń.

- Mamo! Mamo!

Kobieta odwró­ciła się ze znu­że­niem. Nie miała nawet czasu się zdzi­wić, gdy wam­pir popchnął ją z całej siły. Prze­wró­ciła się i ude­rzyła głową o gra­ni­towy nagro­bek męża. Nie­przy­tomna osu­nęła się na zie­mię tuż obok. MER­RICK JAMI­SON-SMY­THE, gło­sił napis wyryty kla­sycz­nymi, ele­ganc­kimi lite­rami.

Wszystko szło jak w ide­al­nie wyre­ży­se­ro­wa­nym fil­mie - jakże żało­wała, że nie może w tej chwili zro­bić zdję­cia!

- Witaj­cie, dziew­czynki. - W gło­sie wam­pira wyraź­nie sły­chać było uśmiech. Ona tym­cza­sem zer­k­nęła na zega­rek. Powinna była zde­cy­do­wać się na pie­kiel­nego psa albo demona z Zakonu Taraka. Obie opcje prze­kra­czały jed­nak jej moż­li­wo­ści finan­sowe, no i, szcze­rze mówiąc, uzna­wała je za lekką prze­sadę. Dwójka dzieci wymaga mini­mal­nej dawki zabi­ja­nia. Poza tym w wyko­rzy­sta­niu do tego celu wam­pira była czy­sta syme­tria, co nie­zwy­kle jej się podo­bało.

Ten wycią­gnął ramiona, jakby zamie­rzał uści­skać dziew­czynki.

- Może­cie ucie­kać, jeśli chce­cie. Nie mam nic prze­ciwko małej pogoni. To tylko wzmaga ape­tyt.

Spo­dzie­wała się, że dzieci zaczną krzy­czeć. Dziew­czynki jed­nak wymie­niły tylko poważne spoj­rze­nia. Być może dla­tego, że stały nad gro­bem swo­jego ojca, który stra­cił życie przez wam­pira, łatwiej było im zro­zu­mieć tę okrutną prawdę: takie było ich prze­zna­cze­nie.

Jedna z dziew­czy­nek ski­nęła głową, a druga rzu­ciła się do nóg wam­pira z tak nie­wia­ry­godną szyb­ko­ścią i furią, że ten potknął się i upadł do tyłu. Nim zdo­łał kop­nia­kiem odrzu­cić od sie­bie małą napast­niczkę, jej sio­stra wsko­czyła mu na klatkę pier­siową.

I wam­pir znikł. Dziew­czynki wstały i otrze­pały pył z ele­ganc­kich czar­nych sukie­nek. Druga z nich na powrót wsu­nęła kołek do cho­lewki wyso­kiego buta w kwiatki, po czym obie pod­bie­gły do matki. Kle­pały ją w policzki tak długo, aż się ock­nęła.

Przy­naj­mniej matka natych­miast zro­zu­miała, że spo­tka­nie z wam­pi­rem to powód do paniki. Łow­czyni wes­tchnęła ze znie­cier­pli­wie­niem, gdy tamta mocno przy­tu­liła do sie­bie córki. Wszyst­kie trzy zaczęły uważ­nie i czuj­nie wpa­try­wać się w ciem­ność nocy.

Do tej pory miała nadzieję, że zdoła unik­nąć ujaw­nie­nia się i bez­po­śred­niej kon­fron­ta­cji, ale cóż, kobieta nie pozo­sta­wiła jej wyboru. Się­gnęła po swój łuk.

Nie­ocze­ki­wa­nie ode­zwał się jej pager. Odru­chowo spoj­rzała w dół, a gdy pod­nio­sła wzrok, rodziny już nie było.

Zaklęła szpet­nie. Nie powinna była zatrud­niać wam­pira. Zachciało jej się odro­biny roman­tycz­nej tra­ge­dii - i oto efekt. Otrzy­mała roz­kaz, aby, o ile to moż­liwe, zosta­wić matkę przy życiu. Sama zresztą też chciała, aby kobieta żyła - w samot­no­ści, stra­ciw­szy przez tego samego demo­nicz­nego mie­szańca abso­lut­nie wszystko.

To kara za prze­ko­na­nie, że przed prze­po­wied­nią można uciec. Kara za nara­ża­nie całego świata przez wła­sne ego­istyczne pra­gnie­nia.

Cóż. Nie pozo­sta­nie jej nic innego, jak zna­leźć je ponow­nie. Narzu­ciw­szy kap­tur, ruszyła w kie­runku naj­bliż­szej sta­cji ben­zy­no­wej, gdzie słaby poblask oświe­tlał budkę tele­fo­niczną. Pod­nio­sła słu­chawkę i wybrała numer z pagera.

- Już po wszyst­kim? - padło pyta­nie.

- Nie - odpo­wie­działa.

- Zawio­dłaś mnie.

- Więc daj mi szla­ban. - Nachmu­rzona odło­żyła słu­chawkę i weszła do budynku sta­cji. Nie udało jej się zapo­biec apo­ka­lip­sie. Jesz­cze nie tym razem.

Teraz jed­nak potrze­bo­wała sło­dy­czy. Mnó­stwa sło­dy­czy.

Roz­dział 1

1

Ze wszyst­kich okrop­nych rze­czy, za które odpo­wie­dzialne są demony, łacina jest naj­praw­do­po­dob­niej naj­gor­sza. To przez nie wciąż jest utrzy­my­wana przy życiu, mimo że zasłu­guje na to, żeby być języ­kiem kom­plet­nie mar­twym.Cho­ciaż... jest jesz­cze sta­ro­żytny sume­ryj­ski. A sta­ro­żytny sume­ryj­ski tłu­ma­czony na łacinę? Istne pie­kło. Język plą­cze mi się przy pró­bie wymó­wie­nia tych słów. Z bólem usi­łuję prze­drzeć się przez tekst, który mam przed sobą. Kie­dyś uwiel­bia­łam spę­dzać czas w biblio­tece, w oto­cze­niu dzieł poprzed­nich poko­leń Obser­wa­to­rów. Jed­nak odkąd świat pra­wie się skoń­czył - czyli dokład­nie od sześć­dzie­się­ciu dwóch dni - nie jestem w sta­nie usie­dzieć spo­koj­nie w miej­scu. Wiercę się. Stu­kam ołów­kiem. Wbi­jam stopy w pod­łogę. Chcę iść pobie­gać. Nie rozu­miem, dla­czego tym razem, po całym tym hor­ro­rze i tra­ge­dii, jakie widzia­łam wcze­śniej, lęk zama­ni­fe­sto­wał się w inny spo­sób. Być może ist­nieje pewien powód, ale...

- Nie, to nie może być to. - Wpa­truję się w napi­sane przez sie­bie słowa. - Cień powsta­nie i świat zegnie się przed nim w łaskot­kach?

- Nie­na­wi­dzę łasko­tek. - Rhys odchyla się na swoim krze­śle i prze­ciąga. Jego krę­cone brą­zowe włosy znów żyją wła­snym życiem. Opa­dają mu miękko na czoło, łago­dząc wyraź­nie zazna­czoną linię brwi, które cały czas ścią­gają się w zamy­śle­niu lub tro­sce tuż nad opraw­kami oku­la­rów. Po zakoń­cze­niu poran­nych zajęć ja pójdę posprzą­tać mój mały gabi­net lekar­ski, a Rhys uda się na tre­ning sztuk walki razem z Arte­mis.

Otrze­puję ręce, czu­jąc, że muszę czymś poru­szyć. Może naprawdę powin­nam pójść pobie­gać. Nikomu nie będzie mnie bra­ko­wało. Albo zapy­tam, czy mogę wziąć udział w tre­ningu. Ni­gdy mi na to nie pozwa­lano, ale w sumie już od lat nie pro­si­łam o taką moż­li­wość. Naprawdę chce mi się w coś wal­nąć, choć nie wiem dla­czego. Prze­raża mnie to.

Może to przez te demo­niczne prze­po­wied­nie, które czy­ta­łam cały ranek. Szybko prze­kre­ślam moje bez­na­dziejne tłu­ma­cze­nie.

- Łaskotki to w sumie nie naj­gor­sza śmierć, zwłasz­cza pod­czas apo­ka­lipsy.

Imo­gen chrząka, ale pobłaż­liwy uśmiech nieco łago­dzi uda­waną suro­wość.

- Nina, możemy wró­cić do two­jego tłu­ma­cze­nia? Rhys, popro­szę o spra­woz­da­nie z kla­sy­fi­ka­cji pół ludzi, pół demo­nów.

Rhys pochyla głowę, czer­wie­niąc się lekko. Z nas wszyst­kich tylko on zosta­nie peł­no­praw­nym Obser­wa­to­rem, co ozna­cza, że pew­nego dnia będzie mógł dołą­czyć do Rady. Pew­nego dnia zosta­nie jed­nym z przy­wód­ców naszego świata i wej­dzie w skład zarządu orga­ni­za­cji, któ­rej jeste­śmy czę­ścią. Cię­żar spo­czy­wa­ją­cej na nim odpo­wie­dzial­no­ści już teraz widoczny jest we wszyst­kim, co robi. Rhys jako pierw­szy przy­cho­dzi do biblio­teki i jako ostatni z niej wycho­dzi. Tre­nuje pra­wie tyle samo co Arte­mis.

Obser­wa­to­rzy mieli być prze­wod­ni­kami dla Pogrom­czyń - Wybra­nych, dziew­czyn w szcze­gólny spo­sób uzdol­nio­nych do walki z demo­nami - jed­nak na prze­strzeni wie­ków wyewo­lu­owały one i stały się bar­dziej samo­dzielne. Obser­wa­to­rzy wciąż jed­nak muszą podej­mo­wać trudne decy­zje, a nie­kiedy ozna­cza to koniecz­ność uży­cia broni. Mie­czy. Uro­ków. Noży.

Pisto­letu, w przy­padku mojego ojca.

Ale nie wszy­scy tre­nu­jemy. Choć każdy z nas pod­cho­dzi do swo­jej edu­ka­cji poważ­nie, w moim przy­padku pre­sja ta jest nieco mniej­sza. Jestem tylko zam­kową lekarką i w hie­rar­chii znaj­duję się nie­zbyt wysoko. Naukę, jak odbie­rać życie, poważa się u nas bar­dziej niż naukę, jak je rato­wać.

Jed­nak bycie lekarką nie zwal­nia mnie z uczest­nic­twa w zaję­ciach z pod­staw prze­po­wiedni zagłady. Odkła­dam więc na bok Łaciń­sko-sume­ryj­ską apo­ka­lipsę łasko­tek.

- Imo­gen - jęczę. - Czy mogę dostać coś łatwiej­szego? Pro­szę...?

Imo­gen tylko wzdy­cha zre­zy­gno­wana. Nie miała zaj­mo­wać się naucza­niem. Ale ponie­waż wszyst­kich naszych nauczy­cieli wysa­dzono w powie­trze, teraz mamy jedy­nie ją. Każ­dego poranka pra­cuje z nami przez kilka godzin, a przez resztę czasu opie­kuje się Malu­chami.

Jej blond kucyk pod­ska­kuje nie­mrawo, gdy wstaje i pod­cho­dzi do półki z książ­kami. Ledwo mogę powstrzy­mać się od uśmie­chu peł­nego triumfu. Imo­gen zawsze jest dla mnie mil­sza niż dla innych. W sumie doty­czy to nie tylko jej. Pró­buję tego nie nad­uży­wać, ale skoro zamie­rzają mnie trak­to­wać jak zam­kową maskotkę tylko dla­tego, że nie niosę śmierci i znisz­cze­nia, gdzie­kol­wiek się poja­wiam, rów­nie dobrze mogę coś z tego mieć.

Półka, którą prze­szu­kuje Imo­gen, w zasa­dzie zawiera pozy­cje zabro­nione, ale odkąd Buffy - Pogrom­czyni, która w poje­dynkę nie­mal uni­ce­stwiła całą naszą orga­ni­za­cję - kilka mie­sięcy temu popsuła całą świa­tową magię, nie ma to już więk­szego zna­cze­nia. Książki, które nie­gdyś sta­no­wiły zagro­że­nie - o opę­ta­niach demo­nicz­nych, wzy­wa­niu sta­ro­żyt­nych bogów albo takie, któ­rych kart­kami można się było naprawdę ostro zaciąć - są teraz rów­nie nie­winne jak wszyst­kie pozo­stałe.

Co nie ozna­cza, że są łatwiej­sze do prze­tłu­ma­cze­nia.

- Magia wciąż jest popsuta, prawda? - pytam Imo­gen, gdy ta prze­suwa pal­cem po grzbie­cie księgi, która dawno temu, jesz­cze w pięt­na­stym wieku, zabiła całą salę Obser­wa­to­rów. Tym­cza­sem upływa wła­śnie drugi mie­siąc bez kro­pli magicz­nej ener­gii. Dla orga­ni­za­cji, którą na magii zbu­do­wano, to nie­ła­twa sytu­acja. Mnie co prawda nie uczono wyko­rzy­sty­wa­nia magii, ale mam respekt wobec jej potęgi. Czuję się więc dość nie­swojo, gdy Imo­gen obcho­dzi się z tą kon­kretną księgą tak samo jak ze wszyst­kimi innymi sto­ją­cymi obok.

- Bate­rie się wyczer­pały i nikt nie może zna­leźć odpo­wied­nich. - Rhys krzywi się, zer­ka­jąc na leżący przed nim tekst, jakby demon, o któ­rym wła­śnie czy­tał, mu naubli­żał. - Jak Buffy coś psuje, to na amen. Sam uwa­żam, że gdy­bym zna­lazł się bli­sko Ziarna Cudu, źró­dła całej magii na świe­cie, praw­dzi­wego mistycz­nego feno­menu, wolał­bym, no nie wiem, przyj­rzeć mu się uważ­nie. Zba­dać je. Na serio roz­wa­żyć dostępne opcje. Musiał ist­nieć jakiś inny spo­sób, żeby unik­nąć tej kon­kret­nej apo­ka­lipsy.

- Buffy widzi, Buffy nisz­czy - mam­ro­czę pod nosem.

Jej imię brzmi w moich ustach nie­mal jak prze­kleń­stwo. W naszej rodzi­nie ni­gdy nie wyma­wia się go na głos. Ale my w ogóle za dużo ze sobą nie roz­ma­wiamy. Co naj­wy­żej wymie­niamy tylko uwagi typu: "Widzia­łaś gdzieś mój naj­lep­szy szty­let?" albo: "Gdzie są nasze przy­rządy do stru­ga­nia koł­ków?" czy też: "Cześć, moje małe dziew­czynki, to ja, wasza mama. Jedną z was kocham bar­dziej niż drugą i gdy ogień miał stra­wić was obie, naj­pierw ura­to­wa­łam tę dobrą".

No dobra, ta ostat­nia uwaga może jed­nak nie padła. Bo, powtó­rzę: rzadko ze sobą roz­ma­wiamy. Życie pod wspól­nym dachem nie jest wcale takie miłe, jak mogłoby się wyda­wać, gdy dach ten roz­po­ściera się nad ogrom­nym zam­kiem.

- Pomy­śl­cie o wszyst­kim, czego mogli­by­śmy się nauczyć - cią­gnie Rhys z gory­czą - gdy­bym cho­ciaż na godzinę zdo­był dostęp do Ziarna Cudu.

- Na jej obronę - Imo­gen wsta­wia się za Buffy - świat zna­lazł się na kra­wę­dzi.

- Na jej nie-obronę, to przez nią świat zna­lazł się na kra­wę­dzi - pro­te­stuję. - A teraz magia umarła.

Imo­gen wzru­sza ramio­nami.

- No i koniec z Pie­kiel­nymi Ustami i por­ta­lami. Koniec z demo­nami wpa­da­ją­cymi do nas na waka­cje, żeby sobie pozwie­dzać.

Par­skam.

- Wycieczki dla miło­śni­ków dobrego jedze­nia na Pla­ne­cie Ludzi zostają odwo­łane. Sorry, demo­niczne wymiary! To oczy­wi­ście ozna­cza rów­nież, że teraz tury­ści nie mają jak wró­cić do przy­tul­nych pie­kiel­nych świa­tów, z któ­rych przy­byli.

Rhys krzywi się i zdej­muje oku­lary, by je prze­trzeć.

- Stro­isz sobie żarty, a to ozna­cza koniec naszych badań! Cała zgro­ma­dzona przez nas wie­dza o podró­żach demo­nów, por­ta­lach, wymia­rach, wro­tach i Pie­kiel­nych Ustach zdez­ak­tu­ali­zo­wała się w jed­nej chwili. Jest nie do użytku! Nawet gdy­bym chciał zro­zu­mieć, w jaki spo­sób to wszystko się zmie­niło, nie mam takiej moż­li­wo­ści!

- Widzisz? Buffy bruź­dzi wszyst­kim. Biedny Rhys. Nie ma na ten temat żad­nych ksią­żek. - Kle­pię go po gło­wie.

Imo­gen rzuca na stół olbrzymi tom.

- A ty na­dal nie upo­ra­łaś się z zada­niem. Spró­buj z tym.

Znad księgi uno­szą się kłęby kurzu. Odwra­cam się, zaty­ka­jąc nos.

Imo­gen krzywi się lekko.

- Prze­pra­szam.

- Nie ma sprawy. W sumie ostat­nimi czasy astma mnie jakoś nie męczy.

Faj­nie, że moja astma magicz­nie znik­nęła tego samego dnia, gdy Buffy znisz­czyła magię, świat się pra­wie skoń­czył, a ja zosta­łam ską­pana w mię­dzy­wy­mia­ro­wej demo­nicz­nej mazi. Spoko. To nie ma nic wspól­nego z żad­nym demo­nem. Podob­nie jak fakt, że tak strasz­nie chce mi się bie­gać, tre­no­wać albo w ogóle robić coś innego niż zwi­ja­nie się w kłę­bek i odda­wa­nie lek­tu­rze. A do nie­dawna tak wła­śnie wyglą­dało moje życie.

Ręka­wem deli­kat­nie prze­cie­ram skó­rzaną oprawę leżą­cego przede mną tomu.

- Apo­ka­lipsy Ark­tu­riusa Dale­ko­wzrocz­nego? Tytuł brzmi, jakby facet potrze­bo­wał moc­niej­szych oku­la­rów.

Rhys przy­suwa się i zagląda mi przez ramię wyraź­nie zacie­ka­wiony.

- Ja tego nie czy­ta­łem - stwier­dza z nutką zazdro­ści w gło­sie.

Na mar­gi­ne­sach wid­nieją notatki naba­zgrane zmie­nia­ją­cymi się na prze­strzeni wie­ków cha­rak­te­rami pisma. Na kilku ostat­nich stro­nach poma­rań­czowe odci­ski pal­ców wydają się wska­zy­wać, że czy­ta­jący chru­pał w trak­cie lek­tury che­etosy. Poprze­dza­jący mnie Obser­wa­to­rzy dopi­sy­wali z boku wła­sne komen­ta­rze i dodat­kowe infor­ma­cje. Patrze­nie na ich pracę wywo­łuje we mnie przy­tła­cza­jące poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści. Nie każda szes­na­sto­latka pocho­dzi z rodziny, która od stu­leci pomaga Pogrom­czy­niom, wal­czy z demo­nami i w ogóle zaj­muje się sze­roko poję­tym rato­wa­niem świata.

Rap­tem coś przy­kuwa moją uwagę.

- Wie­dzie­li­ście, że w tysiąc dzie­więć­set dzie­sią­tym roku jeden z Mer­ry­we­ather­sów zapo­biegł powsta­niu ośmior­nic? Demon Lewia­tan obda­rzył je świa­do­mo­ścią i miały zamiar nas oba­lić! Mer­ry­we­ather nie podaje zbyt wielu szcze­gó­łów. Wydaje się, że poko­nano je... - krzy­wię się - cytry­nami. I masłem. To chyba prze­pis.

Imo­gen stuka pal­cem w książkę.

- Prze­tłu­macz dzie­sięć ostat­nich prze­po­wiedni, okej?

Zabie­ram się do pracy. Rhys co jakiś czas zarzuca Imo­gen kolej­nymi pyta­niami i nim lek­cja dobiega końca, pię­trzy się przed nim wysoki stos ksią­żek. Kie­dyś byłoby wręcz nie do pomy­śle­nia, żeby­śmy uczyli się razem. Rhys sie­działby w kla­sie z tymi, któ­rzy w przy­szło­ści mieli dołą­czyć do Rady. Teraz jed­nak zostało nas tak nie­wielu, że nie­które struk­tury i tra­dy­cje się polu­zo­wały. Nie­które, ale nie wszyst­kie. Kimże bowiem byli­by­śmy bez tra­dy­cji? Bandą dzi­wa­ków ukry­wa­ją­cych się w zamku, zgłę­bia­jącą taj­niki zagad­nień, z jakimi nikt inny nie chce mieć do czy­nie­nia. Choć na dobrą sprawę chyba tym wła­śnie jeste­śmy, nawet z naszą tra­dy­cją. Ale świa­do­mość, że sta­no­wię część toczą­cej się od tysiąc­leci walki z siłami ciem­no­ści (i naj­wy­raź­niej rów­nież z ośmior­ni­cami), nadaje temu wszyst­kiemu głęb­szy wymiar.

Buffy i Pogrom­czy­nie mogły wypiąć się na Obser­wa­to­rów, odrzu­cić naszą pomoc i rady, ale my nie wypię­li­śmy się na świat. To dzięki naszej cięż­kiej pracy zwy­kli ludzie mogą wieść nor­malne, szczę­śliwe życie, pozo­sta­jąc w bło­giej nie­świa­do­mo­ści. I jestem z tego dumna. Nawet jeżeli ozna­cza to, że muszę tłu­ma­czyć idio­tyczne prze­po­wied­nie, i nawet jeżeli od kilku lat coraz czę­ściej się zasta­na­wiam, czy metody walki Obser­wa­to­rów i Pogrom­czyń ze złem zawsze są słuszne.

Drzwi biblio­teki otwie­rają się sze­roko i do środka wpada moja sio­stra bliź­niaczka, Arte­mis. Bie­rze głę­boki oddech i krzywi się, po czym mija mnie pędem, dopada do sta­rego okna i otwiera je na całą sze­rokość. Okno jęczy w pro­te­ście, ale Arte­mis dopina swego - jak zwy­kle zresztą. Następ­nie wyciąga z kie­szeni inha­la­tor i kła­dzie go obok mnie na stole. Wszystko w tym zamku działa dzięki Arte­mis. Jest siłą natury. Gniewną, lecz niezwy­kle sku­teczną siłą natury.

- Cie­bie też miło widzieć! - Uśmie­cham się do niej.

W odpo­wie­dzi sio­stra głasz­cze mnie po gło­wie. Obie mamy ogni­ście czer­wone fale, cho­ciaż jej włosy zawsze są zwią­zane w cia­sny kucyk. Ja mogę poświę­cić znacz­nie wię­cej czasu na pie­lę­gna­cję i zabawy z odżyw­kami niż ona. W twa­rzy Arte­mis widzia­ła­bym się niczym w lustrze - gdyby lustro to w pro­ro­czy spo­sób mogło uka­zy­wać, kim była­bym w innym życiu. Jej piegi są ciem­niej­sze przez to, że tyle czasu spę­dza na dwo­rze. Szare oczy błysz­czą inten­syw­niej niż moje, a szczękę ma wyraź­niej zary­so­waną. Zawsze wypro­sto­wana, o sil­nie zazna­czo­nych ramio­nach, nie spra­wia wra­że­nia kogoś, kto lubi się przy­tu­lać - raczej wszystko w niej zdaje się wysy­łać sygnał "znisz­czę-cię-jeśli-będzie-trzeba".

W skró­cie: Arte­mis to ta sil­niej­sza z nas. Bliź­niaczka pełna mocy. Wybrana. A ja...

Cóż, ja to ta druga.

I nie mam na myśli tylko pożaru. Chwila, w któ­rej moja mama została zmu­szona, aby doko­nać wyboru, którą z nas oca­lić od śmier­cio­no­śnych pło­mieni - i wybrała Arte­mis - z całą pew­no­ścią była prze­ło­mowa. Ale nawet póź­niej, nawet po tym, gdy udało mi się prze­żyć, mama wciąż wybie­rała ją. To Arte­mis została wybrana do szko­le­nia i tre­nin­gów. To Arte­mis przy­dzie­lano liczne zada­nia i obo­wiązki, to ona odgry­wała istotną rolę w spo­łecz­no­ści Obser­wa­to­rów. Ja nato­miast, zepchnięta na mar­gi­nes, wciąż tam tkwi­łam. Dopiero teraz odro­binę zyska­łam na zna­cze­niu, ale tylko dla­tego, że tylu z nas zgi­nęło. Arte­mis zna­czy­łaby wiele bez względu na wszystko, w każ­dych oko­licz­no­ściach. I serio - ja to rozu­miem.

Zrzą­dze­niem losu uro­dzi­łam się w spo­łecz­no­ści Obser­wa­to­rów, ale to Arte­mis zasłu­gi­wała na to, aby tutaj być.

Sie­dzi teraz obok mnie z kalen­da­rzem otwar­tym na dzi­siej­szej liście spraw do zała­twie­nia. Sta­ran­nym, mikro­sko­pij­nym pismem pokryto całą stronę i jesz­cze kawa­łek następ­nej. Nikt w całym zamku nie robi wię­cej niż Arte­mis.

- Słu­chaj­cie - odzywa się w końcu - chyba zro­bi­łam krzywdę Jade.

Spo­glą­dam na nią spo­nad księgi, nad którą ślę­czę. Na mar­gi­ne­sie obok każ­dej prze­po­wiedni wid­nieją notatki opi­su­jące spo­sób, w jaki danej apo­ka­lip­sie udało się zapo­biec. Odpły­wa­jąc na chwilę myślami, zasta­na­wiam się, co ozna­cza przy­pis, że to ostat­nia prze­po­wiednia. Czyżby Ark­tu­rius Dale­ko­wzroczny w końcu zdo­był oku­lary? Czy też ta apo­ka­lipsa oka­zała się tak apo­ka­lip­tyczna, że nie był w sta­nie dostrzec niczego poza nią? Ale przy tej prze­po­wiedni nie ma żad­nych nota­tek. A Obser­wa­to­rzy są skru­pu­latni. Brak nota­tek ozna­cza, że apo­ka­lipsa nie została jesz­cze odda­lona.

Chwi­lowo jed­nak waż­niej­sze są moje zam­kowe apo­ka­lipsy.

- Chwila, co dokład­nie rozu­miesz przez: "Chyba zro­bi­łam krzywdę Jade"?

Moja sio­stra wzru­sza ramio­nami.

- Hmm, wła­śnie to.

Jak na zawo­ła­nie do środka wpada Jade, kuś­ty­ka­jąc i kon­ty­nu­ując naj­wy­raź­niej trwa­jącą już od jakie­goś czasu tyradę.

- ... to, że magia nie działa, nie ozna­cza, że ja mam prze­jąć rolę worka tre­nin­go­wego Arte­mis! Wiem, że mój ojciec pra­co­wał w jed­nost­kach spe­cjal­nych, ale ja nie chcę tego robić. Byłam dobra w magii! W tym nie jestem!

- Nikt nie jest w tym dobry oprócz Arte­mis - rzuca Rhys cicho. W jego gło­sie nie ma cie­nia osądu, ale i tak wszy­scy zasty­gamy. To jeden z tema­tów, któ­rych nie poru­szamy. Ni­gdy nie mówi się o tym, że choć umie­jęt­no­ści Arte­mis nie mają sobie rów­nych, przy­pa­dła jej rola zwy­kłej asy­stentki, poma­giera, a to Rhys jest ofi­cjal­nie dziec­kiem szczę­ścia.

Obser­wa­to­rzy są świetni w naj­roz­ma­it­szych bada­niach i ana­li­zach, zna­ko­mi­cie idzie im pro­wa­dze­nie wszel­kiej doku­men­ta­cji, a także nie­po­ru­sza­nie pew­nych tema­tów. Cała orga­ni­za­cja jest aż do bólu bry­tyj­ska. Choć, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, ja i Arte­mis jeste­śmy Ame­ry­kan­kami. Zanim tu przy­je­cha­ły­śmy, miesz­ka­ły­śmy w Kali­for­nii i w Ari­zo­nie. Rhys, Jade i Imo­gen, któ­rzy wycho­wy­wali się w Lon­dy­nie, wciąż mają ze mnie ubaw, gdy deszcz urzeka mnie jak naj­więk­sza atrak­cja. Po ośmiu latach w Anglii i Irlan­dii wciąż się nim zachwy­cam - kocham zie­leń i wszystko, co nie jest pusty­nią.

Jade opada na miej­sce po mojej dru­giej stro­nie i kła­dzie mi na kola­nach swoją kostkę. Obra­cam ją, żeby spraw­dzić zakres ruchów.

- To się tłu­ma­czy jako "Pogrom­czyni". - Arte­mis zagląda mi przez ramię. Prze­kre­śliła słowo, które błęd­nie przetłu­ma­czyłam jako "zabójca". Co za róż­nica.

- Auć! - syczy Jade.

- Prze­pra­szam. Nie jest zła­mana, ale już spu­chła. To tylko nie­groźne skrę­ce­nie. - Spo­glą­dam na Arte­mis, która ucie­kła wzro­kiem, świa­doma, co sobie pomy­śla­łam.

Czę­sto tak ma. Wie, co zaraz jej powiem - że nie ma potrzeby, aby tak ciężko tre­no­wała. Nie aż tak, żeby zro­bić komuś krzywdę. Zamiast więc po raz kolejny zali­czyć naszą stan­dar­dową utarczkę, wska­zuję na swoje tłu­ma­cze­nie.

- A to słowo?

- Obrońca - pod­po­wiada.

- Nie pod­po­wia­dać! - rzuca śpiew­nie Imo­gen, wynu­rza­jąc się zza półki, na któ­rej prze­kła­dała książki.

- Ona mi nie pod­po­wiada! Prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, sta­no­wimy jedną osobę! - Nikt nie reaguje na moje nacią­gane wytłu­ma­cze­nie. Arte­mis nie powinna odra­biać za mnie zadań, ale pomaga mi bez pro­sze­nia. Tak to po pro­stu działa.

- Mia­łaś jakieś wie­ści od mamy? - pytam tak zdaw­kowo, jak tylko mogę. Obcho­dzę się z tym tema­tem jesz­cze deli­kat­niej niż z kostką Jade.

- Nic nowego od wtorku. Ale za parę dni powinna już skoń­czyć dzia­ła­nia w Ame­ryce Połu­dnio­wej. - Arte­mis zapla­no­wała całą misję zwia­dow­czą naszej mamy. Ja prak­tycz­nie nie mam z nią kon­taktu, odkąd sie­dem tygo­dni temu wyje­chała, ale Arte­mis oczy­wi­ście jest godna tego, by otrzy­my­wać regu­larne raporty.

- Możesz się sku­pić na mojej kostce? - prze­rywa Jade. Wcze­śniej była na misji w Szko­cji, żeby mieć oko na Buffy i jej pogrom­cze bła­ze­nady. Nie przy­nio­sło to jed­nak zbyt wiel­kiego pożytku - Buffy i tak udało się wywo­łać pra­wie-apo­ka­lipsę, w wyniku czego magia umarła, a Jade - nie­szcze­gól­nie z tego powodu szczę­śliwa - odkąd tylko wró­ciła do zamku, nie daje nam o tym zapo­mnieć nawet na chwilę.

Nawet na pół chwili.

- Rhys - zwra­cam się do przy­ja­ciela. Wiem, że Arte­mis rzu­ci­łaby się, żeby mi pomóc, ale jej dzi­siej­sza lista rze­czy do zro­bie­nia i tak jest już pora­ża­jąco długa, więc nie chcę obar­czać sio­stry jesz­cze tym. - Mógł­byś pójść do mojego gabi­netu i przy­nieść zestaw opa­trun­kowy?

Rhys wstaje. Nie powi­nien robić dla mnie takich rze­czy. W hie­rar­chii dzio­ba­nia znaj­duje się wysoko nade mną, ale bar­dziej od hie­rar­chii ceni sobie przy­jaźń. To on, oprócz Arte­mis, jest naj­bliż­szą mi osobą w zamku. Nie żeby ist­niała jakaś straszna kon­ku­ren­cja. Z nasto­lat­ków osta­li­śmy się tylko my: Rhys, Jade, Arte­mis i ja. Imo­gen nie­dawno skoń­czyła dwa­dzie­ścia lat, trójka Malu­chów cią­gle jest w przed­szkolu. A człon­ko­wie Rady - cała czwórka, któ­rej udało się prze­żyć - raczej nie sta­no­wią mate­riału na przy­ja­ciół na całe życie.

- Gdzie leżą te opa­trunki?

- Tuż obok paczki ze szwami, za zesta­wem do wstrzą­śnień mózgu.

- Okej.

Oddala się nie­spiesz­nie. Gabi­net to w zasa­dzie spory scho­wek w skrzy­dle po dru­giej stro­nie zamku, który zaanek­to­wa­łam dla sie­bie. Salę tre­nin­gową - oczy­wi­ście - urzą­dzono z peł­nym roz­ma­chem. Prio­ry­te­tem jest dla nas wale­nie, nie lecze­nie. Cze­ka­jąc na powrót Rhysa, pod­no­szę kostkę Jade i kładę ją na sto­sie ksią­żek, które nie­gdyś zawie­rały naj­mrocz­niej­sze moż­liwe uroki, lecz teraz mogą się przy­dać jedy­nie jako pod­pórka.

Chwilę póź­niej do biblio­teki wbiega Geo­rge Smy­the, naj­młod­szy z Malu­chów. Wtula się w spód­nicę Imo­gen i cią­gnie ją za rękaw.

- Imo, chodź się poba­wić.

Imo­gen bie­rze go na ręce. W cza­sie, gdy ona uczy, Malu­chami zaj­muje się Ruth Zabuto, stara jak próchno i zde­cy­do­wa­nie mniej roz­ryw­kowa. Trudno winić Geo­rge'a za to, że woli Imo­gen.

- Skoń­czy­łaś? - pyta mnie.

Trium­fal­nie pod­no­szę w górę kartkę papieru.

- Tak!

Dziecko Pogrom­czyni Dziecko Obser­wa­tora Dwoje staje się jed­nym Jedno zdaje się dwoj­giem Dzieci ognia Obrońca i Łowca Jedno, aby świat napra­wić I jedno, by roze­rwać go na strzępy

- Jest jesz­cze post­scrip­tum, jakby Ark­tu­rius nie mógł się powstrzy­mać od sko­men­to­wa­nia swo­jej upior­nej prze­po­wiedni. "Gdy wszystko inne się skoń­czy, gdy nadzieja umrze wraz z cudem, jej ciem­ność powsta­nie i wszystko będzie zje­dzone".

Imo­gen pry­cha.

- "Pożarte", nie "zje­dzone".

- Na swoją obronę powiem, że jestem głodna. Resztę zro­bi­łam dobrze?

Kiwa głową.

- Z czy­jąś pomocą.

- Cóż, nawet z pomocą Arte­mis to nie ma więk­szego sensu. Nie ma tu żad­nego prze­pisu na kała­mar­nice - odpo­wia­dam, wkła­da­jąc notatki z powro­tem do książki.

Rhys wraca z opa­trun­kiem w tej samej chwili, w któ­rej do biblio­teki wpada pozo­stała dwójka Malu­chów i rzuca się na Imo­gen. To naj­bar­dziej zapra­co­wana osoba w zamku - rzecz jasna nie licząc Arte­mis, która już wyszła, żeby przy­go­to­wać dla wszyst­kich lunch. Cza­sami marzę sobie po cichu, żeby moja sio­stra nale­żała do mnie rów­nie mocno jak do wszyst­kich innych.

Rhys pędzi w moją stronę z przy­nie­sio­nym pakun­kiem. Mały Geo­rge wpada mu pod nogi, przez co Rhys potyka się tuż przede mną, a paczuszka wyla­tuje mu z rąk. Bez namy­słu chwy­tam ją w locie jedną ręką. Zaska­kuję samą sie­bie nie­by­wałą w moim przy­padku gra­cją. Na ogół jestem strasz­li­wie nie­zdarna.

- Dobry chwyt! - chwali mnie Rhys. Była­bym ura­żona jego zdzi­wie­niem, gdyby nie fala nie­po­koju, która wła­śnie mnie zalewa. To był dobry chwyt. Zde­cy­do­wa­nie zbyt dobry jak na mnie.

- E tam, poszczę­ściło mi się - odpo­wia­dam, śmie­jąc się tro­chę zbyt ner­wowo. Wyj­muję kom­pres lodowy i przy­kła­dam go do kostki Jade.

- Trzy­maj to tak przez dwa­dzie­ścia minut, póź­niej godzina prze­rwy. Gdy kom­pres odpad­nie, zawinę ci kostkę jesz­cze raz. Dzięki temu opu­chli­zna szyb­ciej zej­dzie. I odpo­czy­waj, ile tylko się da.

- Żaden pro­blem. - Jade opiera się wygod­nie, zamy­ka­jąc oczy. Cały czas, który nie­gdyś prze­zna­czała na magię, teraz po pro­stu prze­sy­pia.

Wiem, że jest jej ciężko - tak jak nam wszyst­kim. Cały świat ponow­nie wywró­cił się do góry nogami. Ale robimy to, co należy do Obser­wa­to­rów: nie usta­jemy.

Nagle roz­dzwa­nia się mój tele­fon. Co do zasady uni­kamy kon­taktu ze świa­tem zewnętrz­nym. To sku­tek uboczny para­noi, która zaczyna ci nie­ustan­nie towa­rzy­szyć, gdy twoja rodzina i przy­ja­ciele wyla­tują w powie­trze. Ale pewna osoba ma ten numer. Dostał go ktoś, kto sta­nowi naj­ja­śniej­szy punkt naszego obec­nego życia w lesie na pery­fe­riach sen­nego irlandz­kiego nad­brzeż­nego mia­steczka.

- Cil­lian już pra­wie dotarł z zaopa­trze­niem.

Rhys wyraź­nie się oży­wia.

- Potrze­bu­jesz pomocy?

- Tak. Doprawdy nie wiem, jak sobie bez cie­bie pora­dzę. Po pro­stu musisz ze mną pójść i poflir­to­wać ze swoim chło­pa­kiem, kiedy ja będę spraw­dzać zawar­tość pude­łek.

Ogromny, zawsze chłodny kory­tarz zamku teraz oświe­tla blask popo­łu­dnio­wego słońca. W witra­żo­wych oknach tań­czą błę­kitne, czer­wone i zie­lone kwa­dra­ciki. Pcham lekko masywne dębowe drzwi i wycho­dzę na rześ­kie jesienne powie­trze. W zamku hulają prze­ciągi, mamy też pewne pro­blemy z hydrau­liką i ogromne z insta­la­cją elek­tryczną. Więk­szość okien w ogóle się nie otwiera, a te, które da się otwo­rzyć, są nie­szczelne. Połowa pomiesz­czeń jest zruj­no­wana, całe skrzy­dło sypialne przy­po­mina bar­dziej skła­dzik na graty niż prze­strzeń miesz­kalną, a tam, gdzie nie­gdyś znaj­do­wała się wieża, nawet nie możemy wcho­dzić - to zbyt nie­bez­pieczne.

Jed­nak ten zamek ura­to­wał nam życie i dał schro­nie­nie gar­stce z nas, która oca­lała. Więc kocham to miej­sce.

Na zewnątrz, na łące - która wresz­cie doszła do sie­bie po tym, jak dwa lata temu pośrodku niej ni z tego, ni z owego wylą­do­wał nasz zamek - stary Brad­ford Smy­the, mój przy­brany dzia­dek, wal­czy na mie­cze z okropną Wandą Wyn­dam-Pryce. Choć ich zma­ga­nia nale­ża­łoby okre­ślić raczej mia­nem ustawki na mie­cze, bo co chwilę prze­ry­wają, żeby usta­lić odpo­wied­nią pozy­cję. Tajem­nica ucieczki Malu­chów się wyja­śniła. Ruth Zabuto śpi jak zabita.

Patrzę na nią z oddali, aby upew­nić się, że jej klatka pier­siowa się poru­sza i tylko śpi jak zabita. Dono­śne chrap­nię­cie, wyraź­nie sły­szalne nawet z tej odle­gło­ści, wystar­cza, żeby mnie uspo­koić. Podą­żam zatem za Rhy­sem ścieżką pro­wa­dzącą poza teren zamku. Po dro­dze wciąż sły­szę, jak Wanda i Brad­ford kłócą się za moimi ple­cami.

Cil­lian pod­jeż­dża na sku­te­rze obła­do­wa­nym prze­zna­czo­nymi dla mnie pudłami. Unosi dłoń i macha do nas wesoło. Jego mama pro­wa­dziła kie­dyś jedyny magiczny sklep w oko­licy. Więk­szość ludzi nie ma poję­cia, że magia jest - była - czymś jak naj­bar­dziej rze­czy­wi­stym. Ale mama Cil­liana była nie­zwy­kle uta­len­to­waną i oczy­taną wiedźmą. No i, co naj­lep­sze, potra­fiła mil­czeć, kiedy było trzeba. Cil­lian i jego mama to obec­nie jedyni ludzie, któ­rzy wie­dzą, że Obser­wa­to­rzy wciąż ist­nieją. Że nie wszy­scy zgi­nę­li­śmy wtedy, kiedy mie­li­śmy zgi­nąć.

Nie powie­dzie­li­śmy im zbyt wiele o tym, kim jeste­śmy i co robimy. Tak jest bez­piecz­niej. A i oni ni­gdy nie zada­wali pytań, bo - dopóki Buffy nie znisz­czyła magii - byli­śmy ich naj­lep­szymi klien­tami. Ale nawet teraz Cil­lian wciąż dba o nasze nie­ma­giczne zaopa­trze­nie. O dziwo nikt nie chce dostar­czać zamó­wień pod adres: Zamek ukryty pośrodku lasu tuż za Shan­coom, Irlan­dia.

Cil­lian zatrzy­muje się tuż przed nami i scho­dzi ze sku­tera.

- Co tam?

- Ja...

Nagle dostrze­gam za nim jakiś ruch. Powie­trze prze­szywa sko­wyt, a ciemna mate­ria rzuca się ku niemu.

Mój mózg się wyłą­cza.

Ciało reaguje.

Pod­ska­kuję i wpa­dam na to coś w powie­trzu. Razem upa­damy ciężko na zie­mię i prze­ta­czamy się po tra­wie. Chwy­tam szczękę bestii, szu­ka­jącą drogi do mojego gar­dła. Gorąca, obrzy­dliwa ślina pali moją skórę w miej­scach, na które spada.

W następ­nej chwili wykrę­cam łeb potwora, szar­pię i... zapada cisza. Bestia milk­nie, choć wciąż czuję na sobie jej cię­żar.

Odrzu­cam mon­stru­alne ciel­sko na bok i powoli gra­molę się na nogi. Serce mi wali, oczy wypa­trują kolej­nego zagro­że­nia, nogi pozo­stają w peł­nej goto­wo­ści, by w razie potrzeby znów rzu­cić się do akcji.

W tej samej chwili sły­szę krzyk. Głu­chy, docho­dzący gdzieś z oddali. Może ktoś krzy­czał przez cały czas? Potrzą­sam głową, pró­bu­jąc spra­wić, by świat znów nabrał wyraź­nych kon­tu­rów. Pod nogami widzę jakieś stwo­rze­nie - jest mar­twe. Jakimś cudem pozba­wi­łam je życia. Cofam się chwiej­nie, brze­giem koszulki wycie­ra­jąc gorącą, kle­istą ciecz, którą to coś zosta­wiło na mojej szyi.

- Arte­mis! - pod­biega do nas Brad­ford Smy­the. - Arte­mis, wszystko w porządku? - Mija mnie i pochyla się nad kre­aturą, aby się jej bli­żej przyj­rzeć. Bestia wygląda jak pie­kielna wer­sja psa, co w sumie by się zga­dzało, bo jestem nie­mal pewna, że to pie­kielny pies. Czarna cęt­ko­wana skóra, sierść przy­po­mi­na­jąca w dotyku pleśń. Kły, pazury i pełna deter­mi­na­cja ukie­run­ko­wana na jeden cel - zabić.

Ale ten pies już nikogo nie zabije. Ponie­waż to ja zabi­łam jego.

Zabi­łam go?

Demon! - szep­cze głos w mojej gło­wie. I by­naj­mniej nie ma na myśli psa.

- Nina! - Rhys jest w takim samym szoku jak ja.

Brad­ford Smy­the spo­gląda w górę, zdez­o­rien­to­wany.

- Co takiego?

- To nie Arte­mis. To Nina... Nina go zabiła.

Wszy­scy się we mnie wpa­trują, jakby to mnie nagle wyro­sły kły i pazury. Nie mam poję­cia, co się stało. Jak to się stało. Dla­czego to się stało. Ni­gdy wcze­śniej nie zro­bi­łam cze­goś takiego.

Zaczyna mi się robić nie­do­brze, ale jed­no­cze­śnie mam poczu­cie... unie­sie­nia? Nie, to nie­moż­liwe. Ręce mi się trzęsą, ale nie czuję się tak, jak­bym musiała się poło­żyć. Wręcz prze­ciw­nie - mam wra­że­nie, że mogła­bym prze­biec z dzie­sięć mil. Prze­sko­czyć zamek. Wal­czyć z setką takich...

- Chyba chce mi się wymio­to­wać - mówię, zer­ka­jąc na mar­twe stwo­rze­nie. Nie jestem mor­dercą. Jestem lekarką. Niosę uzdro­wie­nie. To jest moje zada­nie.

- To było nie­praw­do­po­dobne. - Rhys przy­gląda mi się bacz­nie, jak­bym była jedną z jego ksią­żek, a on nie umiał prze­tłu­ma­czyć tego, co widzi.

Ma rację. Ja nie potra­fię robić takich rze­czy jak to, co wła­śnie zro­bi­łam.

Brad­ford Smy­the wydaje się mniej zasko­czony, ramiona smęt­nie mu opa­dły. Po chwili zdej­muje oku­lary i prze­ciera je wyraź­nie zre­zy­gno­wany. Dla­czego nie jest w szoku, skoro wie, że to nie Arte­mis poko­nała potwora? Spoj­rze­nie, które mi rzuca, prze­peł­nione jest żalem i współ­czu­ciem.

- Musimy zadzwo­nić do two­jej mamy.

Roz­dział 2

2

Skąd w Shan­coom wziął się pie­kielny pies? - Ton Wandy Wyn­dam-Pryce i jej pełen furii wyraz twa­rzy wydają się suge­ro­wać, że to wszystko moja wina. Jak­bym zgło­siła się jako wolon­ta­riuszka do opieki nad zwie­rzę­tami i przez przy­pa­dek zazna­czyła rubrykę "dia­bel­skie bestie".

Jed­nak nie mogę prze­stać się wpa­try­wać w tę leżącą na ziemi tuż obok, mar­twą.

Mar­twą.

Jak to zro­bi­łam?

Brad­ford Smy­the przy­gła­dza sumia­sty wąs.

- To nie­po­ko­jące. Shan­coom zawsze cie­szyło się natu­ralną mistyczną ochroną. To jeden z powo­dów, dla któ­rych je wybra­li­śmy.

- Nie ma już żad­nej mistycz­nej ochrony. - Ruth Zabuto jesz­cze głę­biej chowa się w koko­nie z szali i chust. - Nie czu­je­cie tego? Wszystko znik­nęło. Pozo­stało tylko zło.

- Co wy tu wszy­scy robi­cie? - Arte­mis pędzi w naszym kie­runku. Jej wzrok pada na pie­kiel­nego psa i - nim kto­kol­wiek z nas jest w sta­nie wydu­sić z sie­bie choć słowo wyja­śnie­nia - rzuca się mię­dzy mnie a mar­twą bestię. Zawsze w pierw­szym odru­chu chroni naj­pierw mnie.

- Blo­kada zamku! Wszy­scy do środka! Natych­miast!

Rhys zastyga w bez­ru­chu, a starsi Obser­wa­to­rzy - trzy czwarte tego, co pozo­stało z nie­gdyś impo­nu­ją­cej i potęż­nej Rady - wyglą­dają na prze­stra­szo­nych. Skoro poja­wiło się jedno zagro­że­nie, gdzieś obok mogą czaić się kolejne. Powinni byli zda­wać sobie z tego sprawę. Arte­mis nie musiała się zasta­na­wiać - to prze­cież oczy­wi­ste.

Rhys łapie Cil­liana za rękę i pociąga za sobą. Cil­lian marsz­czy czoło.

- Prze­cież nie mam wstępu do zamku, nie? Co to było?

- Ruchy! - Arte­mis truch­tem cofa się odro­binę, wypa­tru­jąc mię­dzy drze­wami kolej­nych zagro­żeń. Dba jed­nak o to, żebym cały czas była tuż obok. To ona tre­nuje. To ona potrafi radzić sobie w takich sytu­acjach.

Chrup, chrup­nęła szyja bestii.

Spiesz­nie ruszam ścieżką pro­wa­dzącą ku wro­tom zamku. Powin­nam się bać, że gdzieś tam czai się wię­cej tych stwo­rzeń, ale czuję, że tak nie jest. Skąd jed­nak mia­ła­bym to wie­dzieć?

Wcho­dzimy do środka, a Arte­mis zakłada blo­kadę na drzwi i war­cząc, wydaje dal­sze roz­kazy:

- Jade i Imo­gen mają pil­no­wać Malu­chów w skrzy­dle sypial­nym. Brad­ford, idź im to powie­dzieć. Rhys, weź Cil­liana i Ninę. Zaba­ry­ka­duj­cie się w biblio­tece. Za ostat­nim rega­łem znaj­duje się sekretne pomiesz­cze­nie z oknem, przez które można uciec, jeśli stra­cimy zamek.

- Sekretne pomiesz­cze­nie? - odzy­wam się nie­mal rów­no­cze­śnie z Rhy­sem, który wyraź­nie ura­żony pyta:

- To jest jesz­cze wię­cej ksią­żek, o któ­rych nic mi nie wia­domo?

Cil­lian pod­cho­dzi do drzwi.

- Zaba­ry­ka­du­je­cie się? Stra­ci­cie zamek? Do licha, co tu się wypra­wia?

Arte­mis pro­stuje ramię, żeby zablo­ko­wać mu drogę do wyj­ścia. Nie umknęło mojej uwa­dze, że wyzna­czyła Rhysa, aby pil­no­wał Cil­liana, nie­win­nego cywila oraz mnie. Nie ma poję­cia, że to ja zabi­łam pie­kiel­nego psa, a ja nie wiem, jak jej o tym powie­dzieć. Mam wra­że­nie, że to przy­da­rzyło się komuś innemu. Jestem... sko­ło­wana. I prze­ra­żona. Ponie­waż jeżeli poczu­łam, że coś prze­jęło nade mną kon­trolę, ozna­cza to ni mniej, ni wię­cej, tylko tyle, że cała ta... dziw­ność, którą przez ostat­nich kilka mie­sięcy sta­ra­łam się igno­ro­wać, jest jed­nak bar­dzo, bar­dzo rze­czy­wi­sta.

Arte­mis otwiera starą zaku­rzoną komodę sto­jącą obok drzwi i roz­daje nam broń. Wanda Wyn­dam-Pryce wzdryga się na widok ogrom­nego łuku. Arte­mis wbija w nią wzrok.

- Wola­ła­byś drew­niany kij?

- Tro­chę grzecz­niej - war­czy Wanda. Nic z tej wymiany słów nie rozu­miem, ale Wanda bie­rze w końcu łuk i oddala się pospiesz­nie. Rhys dostaje miecz. Brad­ford Smy­the rów­nież łuk. Ruth Zabuto wyciąga groź­nie wyglą­da­jący nóż, ukryty w pochwie mię­dzy war­stwami falu­ją­cych spód­nic.

- A co ze... - zaczy­nam.

- Do biblio­teki! - ryczy Arte­mis. - W tej chwili!

Brad­ford Smy­the rzuca w moim kie­runku cięż­kie, ponure spoj­rze­nie. Spra­wia wra­że­nie, jakby chciał coś powie­dzieć. W pew­nym sen­sie spo­dzie­wa­łam się, że zaraz wycią­gnie z kie­szeni cukierka, da mi go i pokle­pie po gło­wie - przez ostat­nich parę lat nasze inte­rak­cje w zasa­dzie do tego się ogra­ni­czały. Rada ni­gdy nie miewa powodu, by ze mną roz­ma­wiać. No ale w końcu moja mama jest w Radzie, a ni­gdy mnie nie potrze­buje, więc dla­czego reszta mia­łaby zacho­wy­wać się ina­czej?

Rhys łapie Cil­liana za rękę i pociąga go za sobą. Ruszam za nimi do biblio­teki. Jade gdzieś znik­nęła - mam nadzieję, że wró­ciła do swo­jego pokoju, gdzie Brad­ford Smy­the łatwo ją znaj­dzie. Rhys tym­cza­sem szuka dźwi­gni za rega­łem i gdy ją prze­kręca, naszym oczom uka­zuje się cia­sne, zaku­rzone pomiesz­cze­nie. Ładu­jemy się do środka.

- Może jakieś słówko wyja­śnie­nia? - pyta Cil­lian, cały zzia­jany. - Co to było, tam w lesie? I dla­czego sie­dzimy zamknięci w zamku? Wolno mi już w końcu zapy­tać, jak, do licha, w ogóle udało się wam go tutaj prze­nieść? Bo cho­ciaż uda­wa­łem, że jest ina­czej, miesz­kam w Shan­coom od zawsze i jestem abso­lut­nie pewien, że gdyby w tym lesie kie­dyś znaj­do­wał się zamek, wie­dział­bym o tym. Nina, a co... co... Jak ty to zro­bi­łaś?

Wbija we mnie prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie. Przy­jaź­ni­li­śmy się, jesz­cze zanim zaczął się uma­wiać z Rhy­sem. Teraz wydaje się bar­dziej prze­ra­żony tym, co ja zro­bi­łam pie­kiel­nemu psu, niż fak­tem, że taki pies w ogóle tam był.

Wpa­truję się w sta­reńki, zużyty par­kiet, pamię­ta­jący tyle poko­leń Obser­wa­to­rów. To tędy moi przod­ko­wie cho­dzili, tu się uczyli, tu robili plany. Tutaj odpo­czy­wali.

Zamek ni­gdy nie był naszą główną sie­dzibą. Nie­gdyś sta­no­wił odskocz­nię, miej­sce odpo­czynku. Jed­nak dwa lata temu, jesz­cze na długo przed całą tą kata­strofą z Ziar­nem Cudu, stara Rada oraz pra­wie wszy­scy człon­ko­wie spo­łecz­no­ści Obser­wa­to­rów zostali wysa­dzeni w powie­trze przez fana­tycz­nych wyznaw­ców sta­ro­żyt­nego bytu zna­nego jako Pierw­sze Zło. A wszystko to wyda­rzyło się, ponie­waż Buffy zakłó­ciła rów­no­wagę mię­dzy dobrem a złem tak bar­dzo, że pozo­sta­wione przez nią sze­roko otwarte przej­ście pozwo­liło Pierw­szemu się do nas prze­do­stać.

Wypra­wiło wtedy swo­ich wysłan­ni­ków, aby zamor­do­wali wszyst­kich, któ­rzy mogliby z nim wal­czyć. Wszyst­kich, czyli wszyst­kie poten­cjalne przy­szłe Pogrom­czy­nie - dziew­czynki, które przy­szły na świat po to, by pew­nego dnia, po śmierci poprzed­niej Pogrom­czyni, przy­wdziać jej szatę - jak rów­nież wszyst­kich Obser­wa­to­rów. Nawet kiedy Buffy nas porzu­ciła, Pierw­sze wie­działo, że sta­no­wimy zagro­że­nie.

W końcu jed­nak Buffy je poko­nała i oca­liła świat.

Ale nie oca­liła ani jed­nego Obser­wa­tora.

Ci z nas, któ­rzy prze­żyli, byli wtedy albo gdzieś na misji - tak jak Brad­ford Smy­the i córka Wandy Wyn­dam-Pryce, Honora - albo na wycieczce tutaj, tak jak Rhys Zabuto, Jade Weatherby, Arte­mis, Imo­gen Post, Malu­chy i ja. Moja mama, Ruth Zabuto oraz Wanda Wyn­dam-Pryce przy­wio­zły nas tutaj, żeby­śmy zoba­czyli, co pew­nego dnia nas czeka, zażyli świe­żego powie­trza i prze­szli parę rytu­al­nych oczysz­czeń, które przy­go­to­wy­wały do szko­leń z magii.

Mnie jed­nak one i tak nie doty­czyły. Ani szko­le­nia z magii, ani tre­ningi spor­towe nie miały stać się moim udzia­łem. Do moich zadań miała nale­żeć opieka nad Malu­chami w cza­sie, gdy Imo­gen sie­dzia­łaby na zaję­ciach. Wtedy jesz­cze dziećmi zaj­mo­wała się tylko doryw­czo. Nie pozwo­lono jej na tre­ning przy­go­to­wu­jący do roli peł­no­praw­nej Obser­wa­torki, ponie­waż jej matka, Gwen­do­lyn Post, z hukiem nas zdra­dziła, pod­stę­pem zmu­sza­jąc Pogrom­czy­nie, by dały jej broń o nie­wy­obra­żal­nej wręcz mocy. Zawsze bolało mnie zrzu­ca­nie na Imo­gen odpo­wie­dzial­no­ści za coś, czego nie zro­biła. Wszy­scy zna­leź­li­śmy się tutaj ze względu na to, kim byli nasi rodzice, jasne, ale nie ozna­czało to prze­cież, że jeste­śmy naszymi rodzi­cami - ani nawet kimś, kim oni chcie­liby nas widzieć. Ja zda­wa­łam sobie z tego sprawę lepiej niż kto­kol­wiek inny.

Ale Ruth nagięła zasady dla Imo­gen, ponie­waż chciała, żeby wszy­scy obda­rzeni magicz­nymi zdol­no­ściami prze­szli pod­sta­wowe szko­le­nie z uro­ków - a naj­lep­szym miej­scem do takich ćwi­czeń był ośro­dek sta­ro­żyt­nej mocy. Tak więc nasze dzie­dzic­two oca­liło nam życie. Dzięki zam­kowi nie wyle­cie­li­śmy w powie­trze wraz z całą resztą.

- Powin­ni­śmy być tam razem z nimi. - Przy­kła­dam dłoń do regału, przez który tu weszli­śmy. Nie mówię tego, co fak­tycz­nie mam na myśli: że to Rhys powi­nien tam być. To jego wybrano, by w przy­szło­ści dołą­czył do Rady. Ale oboje wiemy, dla­czego to Arte­mis kie­ruje obroną, a Rhys ukrywa się tutaj z nami.

Po pierw­sze, Arte­mis jest lep­sza od niego. Zawsze była.

A po dru­gie, Arte­mis wyzna­czyła Rhysa na mojego obrońcę. Brad­ford Smy­the tam w lesie zwró­cił się do mnie imie­niem mojej sio­stry. Zało­żył, że to ona zabiła pie­kiel­nego psa. Ponie­waż ja nie była­bym w sta­nie zro­bić tego, co zro­bi­łam. To wyda­wało się po pro­stu nie­moż­liwe. Ni­gdy nie tre­no­wa­łam, ni­gdy nie wal­czy­łam.

Ni­gdy mi na to nie pozwo­lono, a i sama wcale tego nie pra­gnę­łam.

Rhys wpa­truje się teraz we mnie jak w kogoś obcego.

- Spo­sób, w jaki się tam rusza­łaś. To, co zro­bi­łaś. Wyglą­da­łaś jak...

Cil­lian prze­rywa mu jed­nak w pół słowa.

- Po raz kolejny pytam, co tu się do dia­bła wypra­wia? Czy ktoś mógłby mi to wytłu­ma­czyć? Co to było, tam w lesie?

Opie­ram się o regał, wdzięczna, że muszę sku­pić się teraz na wyja­śnie­niu wszyst­kiego Cil­lia­nowi. Dzięki temu choć na chwilę mogę prze­stać się kon­cen­tro­wać na tym, co zro­bi­łam. Na tym, co Rhys miał na końcu języka.

- To był demon.

- Eee... co takiego? - Cil­lian prze­suwa pal­cami po swo­jej czu­pry­nie tak mocno, że aż dra­pie skórę głowy. Jego matka jest Nige­ryjką pocho­dze­nia bry­tyj­skiego, a ojciec dora­stał w Shan­coom. Cil­lian to pierw­sza osoba od cza­sów Leo Silvery, przy któ­rej szyb­ciej zabiło mi serce - trwało to całe trzy minuty, nim zda­łam sobie sprawę, że on nie odwza­jem­nia mojego afektu i nie ma naj­mniej­szych szans, żeby sytu­acja się zmie­niła. Rhys to szczę­ściarz.

Choć to i tak lepiej, niż w przy­padku mojego poprzed­niego obiektu uczuć - tamta sytu­acja skoń­czyła się tak upo­ka­rza­jącą kata­strofą, że przez trzy lata nie byłam w sta­nie nawet pomy­śleć o jakim­kol­wiek innym poten­cjal­nym kan­dy­da­cie. Może za kolejne trzy lata w końcu upo­ram się z upo­ko­rze­niem po Leo Silve­rze.

Choć, szcze­rze mówiąc, bar­dzo w to wąt­pię. Ze wszyst­kich traum, jakie prze­ży­łam - a zarę­czam, że było ich sporo - nie spo­tkało mnie nic gor­szego niż usły­sze­nie wier­szy miło­snych mojego autor­stwa odczy­ty­wa­nych na głos chło­pa­kowi, w któ­rym się zako­cha­łam. Boże, Honora Wyn­dam-Pryce mogła mnie rów­nie dobrze zabić na miej­scu. Ale ona nie jest zdolna nawet do lito­ści.

Nikt nie wie, czy Leo Silvera i jego matka żyją, bo od lat nie mie­li­śmy od nich żad­nych wie­ści. W spo­łecz­no­ści Obser­wa­to­rów na ogół ozna­cza to, że już po nich. Linia Gile­sów wyga­sła, a linie Zabuto, Crow­leyów, Tra­ver­sów, Sir­ków i Postów prze­trwały w szcząt­ko­wej postaci. Powody śmierci to, w odpo­wied­niej kolej­no­ści: kark skrę­cony przez byłego sprzy­mie­rzeńca, demon, demon, wybuch, wybuch, ręka odcięta w cza­sie pora­że­nia pio­ru­nem. To ostat­nie doty­czy mamy Imo­gen. Doszło do tego, gdy zdra­dziła Obser­wa­to­rów i pod­stę­pem prze­ko­nała Pogrom­czy­nie, aby prze­ka­zały jej broń o mocy, któ­rej nawet nie spo­sób sobie wyobra­zić. Biedna Imo­gen. Cie­szę się, że tu jest, bo dzięki niej widzę wła­sne pro­blemy w nieco innym świe­tle. Mogła mi się tra­fić gor­sza mama niż ta, którą mam.

W każ­dym razie zostało nas tylko tyle. Mam nadzieję, że jakimś cudem Silve­ro­wie wciąż gdzieś tam żyją.

Oraz rów­nie wielką nadzieję na to, że już ni­gdy wię­cej ich nie zoba­czę.

Nie wiem, dla­czego cały ten hor­ror spra­wił, że zaczę­łam myśleć o Leo. Cho­ciaż nie. To, że burz­liwe, skraj­nie nie­przy­jemne emo­cje wyzwo­liły wspo­mnie­nia o nim, jak naj­bar­dziej ma sens.

- Demon... - powta­rzam, pró­bu­jąc znów się sku­pić. - Ist­nieje wiele róż­nych rodza­jów demo­nów. Nie­które są prze­szcze­pień­cami z pie­kiel­nych wymia­rów. Nie­które pół demo­nami, pół ludźmi. Praw­dziwe demony na ogół nie wystę­pują na tej pla­ne­cie, ale cza­sami mogą zain­fe­ko­wać ludzi. Jak na przy­kład wam­piry.

- Wam­piry? - piskli­wym gło­sem powta­rza Cil­lian, odwra­ca­jąc się do Rhysa. - One są praw­dziwe. Wam­piry są praw­dziwe. Myśla­łem... Jasne, wie­dzia­łem o magii i w ogóle, ale myśla­łem, że jeste­ście po pro­stu jakąś szur­niętą sektą. Ni­gdy nawet sło­wem nie zająk­ną­łeś się o wam­pi­rach. A to chyba dość istotna infor­ma­cja, którą powi­nie­neś był podzie­lić się ze mną w ciągu tego roku, odkąd jeste­śmy razem. "Hej, Cil­lian, dobrze cału­jesz, a tak w ogóle to wiesz, że na świe­cie ist­nieją demony i wam­piry?".

Rhys zasta­wia sto­łem regał sta­no­wiący tajemne przej­ście. Wygląda na lekko spe­szo­nego.

- Nie chcia­łem z tobą roz­ma­wiać o spra­wach... zawo­do­wych. Podo­bało mi się, że nie jesteś czę­ścią tego wszyst­kiego. Zresztą jakoś zało­ży­łem, że i tak wiesz. W końcu twoja mama jest wiedźmą, no i w ogóle.

- To były krysz­ta­łowe kule, man­try i tyle! Odro­bina lewi­ta­cji. Nic z tych rze­czy, o któ­rych mi teraz opo­wia­dasz. Ile takich demo­nów w ogóle pałęta się po świe­cie?

- Hmm, zbyt wiele, aby je zli­czyć. Tysiące. Może dzie­siątki tysięcy. No i zależy, jak je skla­sy­fi­ku­jesz.

Cil­lian tak gwał­tow­nie pod­ska­kuje na swoim krze­śle, że nie­wiele bra­kuje, a runąłby do tyłu.

- Dzie­siątki tysięcy? To dla­czego rząd nic z tym nie robi?

- Który rząd?

- Nasz! Niny! Czyj­kol­wiek! Z pew­no­ścią ktoś podej­muje jakieś kroki.

- Cza­sami pew­nie tak. Ale demony świet­nie się ukry­wają. - Już mia­łam nawi­nąć na palec kosmyk wło­sów, gdy rap­tem zasty­głam. Tymi rękami zła­pa­łam łeb pie­kiel­nego psa i ode­bra­łam mu życie. Wzdry­gnę­łam się na samo wspo­mnie­nie. Cho­wam zatem ręce do kie­szeni i pozwa­lam Rhy­sowi dokoń­czyć wykład.

Demony ist­niały od zawsze. Dzięki por­ta­lom, Pie­kiel­nym Ustom i magii mogły prze­miesz­czać się mię­dzy wymia­rami. Trudne do namie­rze­nia. Trudne do poko­na­nia.

- I tutaj wła­śnie wcho­dzimy my. Nasza grupa od zara­nia dzie­jów dokłada sta­rań, aby chro­nić ludz­kość. Znamy wszyst­kie prze­po­wied­nie, wiemy o demo­nach i nad­cho­dzą­cych apo­ka­lip­sach. Ale nawet wtedy, na samym początku, nie byli­by­śmy w sta­nie pora­dzić sobie sami. Dla­tego my - to zna­czy oni - wypo­sa­żyli dziew­czynkę w demo­niczną moc, dzięki któ­rym została Pogrom­czy­nią i mogła poko­nać demony.

Cil­lian unosi brew.

- Więc ci sta­ro­żytni kole­sie pomy­śleli sobie, hmm, wybierzmy jakąś dziew­czynkę, żeby zapew­niła ludz­ko­ści ochronę? Co to za chory plan?

- Mówisz o naszych przod­kach - obru­sza się Rhys.

Ale tu muszę przy­znać Cil­lia­nowi rację. Tyle że wła­śnie dla­tego oprócz Pogrom­czyń ist­nieli rów­nież Obser­wa­to­rzy. To nie tak, że obar­czy­li­śmy Pogrom­czy­nie całą odpo­wie­dzial­no­ścią, a potem je porzu­ci­li­śmy.

To one porzu­ciły nas. Buffy zaczęła, jak zwy­kle. To ona, jako pierw­sza Pogrom­czyni w całej histo­rii, odrzu­ciła nasze prze­wod­nic­two. Naszą wie­dzę. Naszą pomoc. Jak­by­śmy byli jej prze­ciw­ni­kami, a nie robili wszystko, aby ją wspie­rać.

Kręci mi się w gło­wie. Wciąż czuję to chru­pa­nie łama­nego karku.

- Ale Buffy, nasza ostat­nia Pogrom­czyni... - zaczy­nam, ale Rhys mi prze­rywa.

- Nie ostat­nia, tylko jedna z naj­now­szych - uści­śla. - Wszyst­kie Pogrom­czy­nie zaczy­nają jako Poten­cjalne. Kiedy obecna Pogrom­czyni umiera, wzywa się następną. Więc zawsze jest tylko jedna. Więk­szość Poten­cjal­nych ni­gdy nie zostaje Pogrom­czyniami. W każ­dym razie Buffy umarła...

- Buffy umarła dwa razy - wcho­dzę mu w słowo.

- To chwi­lowo nie­istotne - unosi się Rhys. - Umarła, więc wezwano kolejną Pogrom­czy­nię, Ken­drę. Jed­nak Buffy udało się odra­to­wać, więc Pogrom­czy­nie były dwie, ale póź­niej Ken­dra zgi­nęła i Pogrom­czy­nią po niej została...

- Na miłość boską, streść mi to po ludzku! - Cil­lian zaczyna się już wyraź­nie nie­cier­pli­wić.

Gdy Rhys opo­wiada dal­szą część histo­rii, wcho­dzę na krze­sło sto­jące pod oknem i spo­glą­dam pomię­dzy drzewa. Nie chcę słu­chać tego, co mówi. Wszystko to wiem. Dwa lata temu, gdy Buffy wal­czyła z Pierw­szym Złem, od prze­gra­nej dzie­liło ją bar­dzo nie­wiele. Więc zro­biła to, co zwy­kle: coś popsuła. Tym razem moc Pogrom­czyń. Zasady, które obo­wią­zy­wały i dzia­łały od początku cza­sów, zostały wywró­cone na nice.

Nagle każda dziew­czynka, która miała poten­cjał, aby stać się Pogrom­czy­nią, stała się Pogrom­czy­nią - albo miała się nią stać po osią­gnię­ciu odpo­wied­niego wieku.

Buffy dopu­ściła więc, aby Obser­wa­to­rzy zgi­nęli, a następ­nie zalała świat nie­mal dwoma tysią­cami nowych Pogrom­czyń. Póź­niej - bo jak­żeby ina­czej - przy­czy­niła się do tego, że nie­mal tysiąc z nich zgi­nął w bitwie. Nie bez powodu Pogrom­czyni miała być jedna, a Obser­wa­to­rów cała rze­sza. To, że Pogrom­czyń nagle zro­biło się aż tyle, nie prze­chy­liło szali na stronę dobra. Sku­tek był dokład­nie odwrotny. Demony ukry­wa­jące się w mroku nocy, zajęte swo­imi demo­nicz­nymi spraw­kami, natu­ral­nie od razu poczuły się zagro­żone. Im bar­dziej Buffy napie­rała, tym bar­dziej ciem­ność odpie­rała. I w końcu odparła tak mocno, że świat się pra­wie skoń­czył.

Odsu­wam się od okna. Nic tam nie ma. Nie mam poję­cia, skąd to wiem, ale jestem tego pewna. I jest mi wręcz nie­do­brze z myślą, co te wszyst­kie nowe umie­jęt­no­ści i prze­czu­cia mogą ozna­czać. Przez cho­lerne sześć­dzie­siąt dwa dni sta­ra­łam się je igno­ro­wać. Ale dłu­żej już się po pro­stu nie da.

Rhys dotarł tym­cza­sem do naj­now­szych rewe­la­cji o Buffy.

- Pamię­tasz, jak parę mie­sięcy temu świat się pra­wie skoń­czył?

- Świat się pra­wie skoń­czył? - Cil­lian nie­mal pod­ska­kuje, osłu­piały.

- Och, no tak. - Rhys pociera czoło.

Może wła­śnie dla­tego nie roz­ma­wiamy o tych spra­wach z nikim spoza branży. To naprawdę skom­pli­ko­wane.

- Świat się pra­wie skoń­czył, ponie­waż inny wymiar zaczął przej­mo­wać nasz - wyja­śnia Rhys.

- Sześć­dzie­siąt dwa dni temu - dodaję cicho.

A my musie­li­śmy sie­dzieć w zamku, bier­nie obser­wu­jąc, jak to wszystko roz­grywa się na naszych oczach, bo gdy­by­śmy się ujaw­nili, praw­do­po­dob­nie zgi­nę­li­by­śmy w wymia­nie ognia. To było okropne. Arte­mis mało nie wyszła z sie­bie. Ale mnie szcze­gól­nie drę­czy fakt, że nawet bez naszej pomocy jakoś się udało. To zna­czy tak jakby.

- Żeby zapo­biec koń­cowi świata, Buffy znisz­czyła Ziarno Cudu, które zasi­lało całą magię na ziemi.

Cil­lian cicho gwiż­dże.

- Myśla­łem, że to było... no, po pro­stu, jedna z tych rze­czy. Coś w stylu utraty sygnału magicz­nego Wi-Fi czy coś.

- Nie zauwa­ży­łeś, że tam­tego dnia niebo się roz­warło, zie­mia zatrzę­sła, a wiele miejsc znisz­czyło tsu­nami?

Wzru­sza ramio­nami.

- Glo­balne ocie­ple­nie.

Rhys prze­padł tym­cza­sem, zbyt zajęty stu­dio­wa­niem grzbie­tów gru­bych tomów na pół­kach. Ciężko mu się sku­pić, gdy ma w zasięgu wzroku tyle ksią­żek, któ­rych ist­nie­nia jesz­cze przed chwilą nie był świa­dom! Przej­muję więc pałeczkę i teraz to ja kon­ty­nu­uję opo­wieść:

- Jasne. Glo­balne ocie­ple­nie i zara­zem glo­balne mię­dzy­wy­mia­rowe zagro­że­nie. A to wszystko - popsuta magia, nowe Pogrom­czy­nie, z tru­dem powstrzy­many koniec świata - wszystko przez Buffy!

Cil­lian par­ska.

- Prze­pra­szam, ja tylko... No nie mogę z tym imie­niem. Buffy.

Krzy­żuję ręce, pio­ru­nu­jąc go wzro­kiem.

- No i co, nosi dziew­częce imię, więc to ozna­cza, że nie jest w sta­nie znisz­czyć świata?

Cil­lian unosi ręce w obron­nym geście.

- Tego nie powie­dzia­łem.

- Zanim została Pogrom­czy­nią, była che­er­le­aderką - dodaje z oddali Rhys.

Cil­lian wybu­cha śmie­chem.

Nie chcę sta­wać w obro­nie Buffy - ani teraz, ani w ogóle kie­dy­kol­wiek - ale w tym momen­cie naprawdę się wku­rzam.

- Widzia­łeś zawody che­er­le­ade­rek? Każda z tych dziew­czyn mogłaby cię z łatwo­ścią poko­nać nawet bez mistycz­nych mocy Pogrom­czyń.

- Więc to dzięki temu zabi­łaś tam­tego demona? Też cho­dzi­łaś na tre­ningi che­er­le­ade­rek?

Znów czuję tamto chrup­nię­cie.

- Nie w tym rzecz. Ja nawet nie lubię Buffy. Zawsze tylko reaguje, ni­gdy nie myśli o kon­se­kwen­cjach swo­ich dzia­łań, a moja rodzina płaci za to naj­wyż­szą cenę. - Biorę głę­boki oddech. - Jak i zresztą cały świat. Bo ostat­nim razem świat też popsuła. Koniec z magią. Koniec z łącz­no­ścią z innymi świa­tami. Koniec z nowymi Pogrom­czy­niami. Na zawsze. Otwo­rzyła sze­roko drzwi, a potem głu­chym trza­śnię­ciem zamknęła je na amen.

- Musi się w końcu zde­cy­do­wać na któ­rąś wer­sję - stwier­dza Cil­lian. - Stwo­rzyć wię­cej Pogrom­czyń! Skoń­czyć z Pogrom­czy­niami. Znisz­czyć świat! Oca­lić świat.

Teraz to Rhys wska­kuje na krze­sło pod oknem i zaczyna przez nie wyglą­dać.

- Przy­znajmy uczci­wie, że na prze­strzeni wie­ków cał­kiem sporo osób pró­bo­wało znisz­czyć świat. Za dużo, by ci teraz o nich opo­wie­dzieć.

- Ech. Kto by się tego wszyst­kiego spo­dzie­wał?

- My - odpo­wiada cierpko Rhys.

- No tak. - Cil­lian łapie mnie za rękę i cią­gnie, żebym usia­dła obok niego. - Nina, to co z twoją histo­rią? Ta cała Buffy... Dla cie­bie to jakaś oso­bi­sta sprawa, nie?

Zamy­kam oczy. W gło­wie roz­brzmie­wają mi wpa­jane od uro­dze­nia słowa:

W każ­dym poko­le­niu rodzi się Pogrom­czyni: jedna dziew­czynka na całym świe­cie, Wybrana. Tylko ona będzie mieć siłę i moc, by zwal­czać wam­piry, demony i siły ciem­no­ści; tylko ona będzie zdolna powstrzy­mać roz­prze­strze­nia­nie się zła i ogra­ni­czyć jego ilość. Oto ona - Pogrom­czyni.

Gdy zaczy­nam mówić, w gar­dle czuję gulę.

- Każda Pogrom­czyni zwy­kła dosta­wać swo­jego Obser­wa­tora. I Buffy otrzy­mała naj­lep­szego. - Otwie­ram oczy i uśmie­cham się smutno. - Jej pierw­szym Obser­wa­to­rem był mój tata.

Gdy Mer­rick Jami­son-Smy­the ją odna­lazł, nie miała poję­cia, kim jest ani co ją czeka. Praca mojego taty od zawsze pole­gała na szko­le­niu Pogrom­czyń, ucze­niu ich i poma­ga­niu im. Widział śmierć tych, które szko­lił przed Buffy. Kiedy więc sta­nął w obli­czu wyboru - pozwo­lić, by wyko­rzy­stano go prze­ciw Buffy lub zgi­nąć, wybrał Wybraną.

Oca­lił ją. A my go stra­ci­li­śmy. Pałeczkę po moim tacie prze­jął Rupert Giles i to on został Obser­wa­to­rem, który zapi­sał się w pamięci wszyst­kich. Rela­cja łącząca go z Buffy - jego pobłaż­li­wość, gdy nie prze­strze­gała zasad, obo­jęt­ność wobec koniecz­no­ści utwo­rze­nia nowych struk­tur czy odrzu­ce­nie wła­snego dzie­dzic­twa - była począt­kiem końca. A i tak kiedy mowa o Obser­wa­to­rze Buffy, wszyst­kim staje przed oczami Giles. A nie mój tata.

- Więc kto jest teraz waszą Pogrom­czy­nią? - pyta Cil­lian, zręcz­nie zmie­nia­jąc temat. Kła­dzie mi jed­nak dłoń na ramie­niu, chcąc w ten spo­sób deli­kat­nie oka­zać mi wspar­cie. Wie, jak to jest mieć ojca na cmen­ta­rzu.

- Nie mamy żad­nej. - Rhys scho­dzi z krze­sła.

- Nie powin­ni­ście mieć, no, całej armii, skoro jest ich tak wiele?

- Po tym jak więk­szość z nas... - Rhys się waha. Wyle­ciała w powie­trze, koń­czę w myślach. Rhys ujmuje rzecz deli­kat­niej: - No, w każ­dym razie zostało nas tak nie­wielu, że pró­bu­jemy teraz okre­ślić naj­lep­szy kie­ru­nek dzia­ła­nia.

Nie wiemy, jaka byłaby reak­cja Pogrom­czyń, gdy­by­śmy się z nimi skon­tak­to­wali. Jak zare­ago­wa­łaby Buffy na wieść o tym, że wciąż ist­nieje aktywna grupka Obser­wa­to­rów. Szcze­rze mówiąc, nie mam poję­cia, czy kie­dy­kol­wiek uda nam się zaskle­pić rysę, którą Buffy stwo­rzyła mię­dzy Pogrom­czy­niami a Obser­wa­to­rami. A w mię­dzyczasie "pró­bu­jemy usta­lić naj­lep­szy kie­ru­nek dzia­ła­nia", co brzmi jak kryp­to­nim zwy­kłego ukry­wa­nia się. Totalny brak dzia­łań. Z jed­nej strony rozu­miem, że nie­wy­chy­la­nie się i uda­wa­nie, iż Rada Obser­wa­to­rów już nie ist­nieje, leży w naszym naj­lep­szym inte­re­sie. Roz­wią­za­nie orga­ni­za­cji na dobre ni­gdy nie wcho­dziło w grę. Wciąż, bez względu na wszystko, jeste­śmy Obser­wa­to­rami - opie­ku­nami. Ale teraz, gdy świat jest prze­peł­niony Pogrom­czy­niami (przez Buffy), magia umarła (przez Buffy), a wszyst­kie mię­dzywymiarowe por­tale szlag tra­fił (przez Buffy), znowu wszystko może się zmie­nić. To wła­śnie tym zaj­muje się teraz moja mama. Spraw­dza, czy na pewno mamy pełen obraz wszyst­kich zmian i nowych zagro­żeń.

Nie jestem pewna, jaki w zasa­dzie jest dłu­go­fa­lowy plan Rady ani jak to wszystko się poto­czy, kiedy mama skoń­czy już dzia­ła­nia w tere­nie. Tak czy ina­czej, jeśli my nie zba­damy, czy wszyst­kie Pie­kielne Usta i por­tale fak­tycz­nie są zamknięte, to kto to zrobi?

To dla­tego tak ważne jest, aby Obser­wa­to­rzy wciąż ist­nieli. W świe­cie, który co i rusz jest na nowo prze­bu­do­wy­wany, w któ­rym zasady ule­gają nie­ustan­nym zmia­nom, w któ­rym Wybrana staje się Wybra­nymi, w któ­rym znika magia, a stare spo­soby prze­stają dzia­łać - to my sta­no­wimy jedyną stałą.

Wciąż obser­wu­jemy.

Choć to, nie­stety, nie wystar­cza. Jak na razie Rada nie jest w sta­nie pod­jąć decy­zji co do dal­szych poczy­nań, ponie­waż pozo­stała nas zale­d­wie garstka, a Pogrom­czyń jest tak wiele. Jak mamy wybrać jedną spo­śród nich? I jak mamy zary­zy­ko­wać wła­snym życiem, wie­dząc, co Pogrom­czy­nie niosą ze sobą? Wszak ich darem jest śmierć.

I to wła­śnie pro­blem, z któ­rym się bory­kam, rze­czy­wi­stość mojego życia pośród Obser­wa­to­rów, dora­sta­nia i poma­ga­nia spo­łe­czeń­stwu ist­nie­ją­cemu dzięki Pogrom­czy­niom: ja ich nie­na­wi­dzę. Nie­na­wi­dzę tego, kim są i co robią.

A żad­nej z nich nie nie­na­wi­dzę rów­nie mocno co Buffy.

Roz­dział 3

3

Czysto! - Zza rega­łów dobiega gło­śny krzyk Jade. - I zwo­łali zebra­nie.

Otwie­ramy zama­sko­wane przej­ście i wpa­damy pro­sto na krzy­wiącą się z bólu Jade. Opa­tru­nek z lodem się zsu­nął, kostkę ma nie­wpraw­nie zaban­da­żo­waną.

Klę­kam, żeby to popra­wić. W zebra­niu miała uczest­ni­czyć ona, Brad­ford Smy­the, Ruth Zabuto i Wanda Wyn­dam-Pryce. Arte­mis będzie pro­to­ko­ło­wać. Gdyby nasza mama tu była - a cie­szę się, że jej nie ma - też wzię­łaby w nim udział. Ja nato­miast, jako zam­kowa lekarka, nie zasłu­guję na ten zaszczyt. Na ogół mnie to wku­rza - bo to kolejny przy­kład potwier­dza­jący, jak nisko ceni się u nas lecze­nie. Dzi­siaj jed­nak oddy­cham z ulgą.

- Popra­wię ci opa­tru­nek i odpro­wa­dzę Cil­liana - mówię non­sza­lancko z nadzieją, że w tym cha­osie nikt nie będzie zada­wał mi żad­nych pytań. Z nadzieją, że będą tak sku­pieni na pie­kiel­nym psie, że wygod­nie prze­oczą fakt, iż to ja go zabi­łam. Igno­ro­wali mnie przez lata. Z pew­no­ścią mogą robić to dalej.

- Cil­lian może pocze­kać - stwier­dza natych­miast Jade, żując gumę i odgar­nia­jąc z oczu dłu­gie, potar­gane włosy. - Ty musisz iść. Zwo­łali zebra­nie o tobie.

Czuję, jak zalewa mnie fala stra­chu. Nie mogę iść na to zebra­nie. Od dwóch mie­sięcy wiem, że dzieje się ze mną coś złego. Teraz wszy­scy to wie­dzą. A Obser­wa­to­rzy nie są szcze­gól­nie znani z deli­kat­no­ści w obcho­dze­niu się z demo­nami - albo z tymi, w któ­rych one wstą­piły.

- Dobra, dobra - odpo­wia­dam, szybko zakła­da­jąc jej nowy kom­pres, po czym bły­ska­wicz­nie prze­my­kam obok. - Nie muszę tam iść.

Niby powie­dziano nam, że nie ma żad­nego nie­bez­pie­czeń­stwa, ale ja czuję się jak na muszce. Bie­gnę do swo­jego pokoju. Ci z nas, któ­rzy nie należą do Rady, miesz­kają w skrzy­dle sypial­nym zamku. Nie­gdyś wypeł­niali je mło­dzi kan­dy­daci na Obser­wa­to­rów, rywa­li­zu­jący ze sobą, uczący się i wstę­pu­jący w szranki o naj­więk­szy zaszczyt - dołą­cze­nie do Rady.

Więk­szość człon­ków Rady miała doświad­cze­nie w pracy z Pogrom­czy­niami, cho­ciaż ich wie­dza była w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze aka­de­micka, a nie prak­tyczna. Zwa­żyw­szy na to, że Pogrom­czyni zawsze była jedna, a Rada liczna, więk­szość Obser­wa­to­rów ni­gdy nie pra­co­wała bez­po­śred­nio z Wybraną. Ci, któ­rych osta­tecz­nie przy­pi­sy­wano Pogrom­czyniom, cie­szyli się pewną... nazwijmy to szcze­gólną repu­ta­cją. Osób będą­cych zbyt bli­sko ciem­no­ści. Osób, któ­rym bra­kuje pro­fe­sjo­nal­nego dystansu i per­spek­tywy koniecz­nych przy podej­mo­wa­niu trud­nych decy­zji. To wła­śnie dla­tego moi rodzice sta­no­wili tak zgrany duet. Miej­sce taty było w cen­trum akcji; mamy - jako następ­nej w kolejce do Rady.

Ale i tak wśród aspi­ru­ją­cych do Rady było wystar­cza­jąco wiele osób, które świet­nie wypa­dały na testach, więc tacy jak ja - któ­rzy ni­gdy nie mieli zostać aktyw­nymi Obser­wa­to­rami ani nie kwa­li­fi­ko­wa­liby się do Rady - już nie pomie­ści­liby się w dormi­to­riach. Człon­ko­wie rodzin Obser­wa­to­rów, tak jak Jade, Imo­gen czy ja, zosta­liby zepchnięci gdzieś do bez­pł­cio­wych, sza­rych, nud­nych budyn­ków, żeby zaj­mo­wać się księ­go­wo­ścią, odde­le­go­wani do odle­głych pla­có­wek, by stu­dio­wać magię, albo - jeśli naprawdę by się im poszczę­ściło - dosta­liby przy­dział jako per­so­nel pomoc­ni­czy przy Radzie lub w jed­nost­kach spe­cjal­nych. Zamek ni­gdy nie był naszym prze­zna­cze­niem. No ale póź­niej Buffy wzięła Prze­zna­cze­nie i zro­biła z niego krwawą mia­zgę - i tak oto się tu zna­leź­li­śmy.

W dormi­to­riach prze­zna­czo­nych dla młod­szych adep­tów stały nie­gdyś liczne łóżka pię­trowe. Uprząt­nę­li­śmy je dwa lata temu, po cichu i bez żad­nych cere­mo­nii. Teraz Malu­chy miesz­kają wraz z Imo­gen w jej apar­ta­men­cie. Pozo­stali mają wła­sne pokoje - z wyjąt­kiem mnie i Arte­mis. Nie to, żeby nie było miej­sca - jeżeli Obser­wa­to­rzy mają teraz cze­goś w nad­mia­rze, to jest to wolna prze­strzeń - ale dla­tego, że Arte­mis nie chce prze­by­wać zbyt daleko ode mnie. Nawet we śnie.

Nie­na­wi­dzę spać.

Każ­dej nocy śni mi się ten sam kosz­mar - leżę tam, zosta­wiona na pastwę ognia. I to Arte­mis zawsze budzi mnie z tych kosz­marów. Ale ostat­nio w ogóle trudno mi zasnąć. Gdy tylko zapada zmierzch, moje ciało zaczyna buzo­wać adre­na­liną, robię się ner­wowa. A kiedy w końcu zasnę, nie śni mi się zwy­kły kosz­mar o porzu­ce­niu w pło­mie­niach. Teraz sny na ogół wcale nie są o mnie.

Ukry­wam się w naszym pokoju rap­tem od kilku minut, gdy znaj­duje mnie Arte­mis. Wśli­zguje się cicho przez drzwi i obej­muje mnie tak mocno, że czuję, jak cała drży. Jestem w szoku. Nie obej­mo­wa­ły­śmy się od lat. Swoją sio­strzaną miłość zawsze oka­zuje w naj­bar­dziej Arte­misowy spo­sób z moż­li­wych - moni­to­ru­jąc moją dietę, żeby upew­nić się, że dostar­czam sobie wszyst­kich potrzeb­nych skład­ni­ków, pil­nu­jąc, żeby moje inha­la­tory były zawsze gotowe do uży­cia na wypa­dek ataku astmy, śpiąc bli­sko mnie na wypa­dek, gdy­bym potrze­bo­wała pomocy.

Fizyczne mani­fe­sto­wa­nie przez nią uczuć od razu zapala u mnie lampkę ostrze­gaw­czą. Skoro teraz mnie przy­tula, mam rację. Coś jest bar­dzo, bar­dzo nie tak.

- Nie mam poję­cia, co tam fak­tycz­nie zaszło - mówi, wypusz­cza­jąc mnie w końcu z ramion. Przy­gląda mi się badaw­czo, jakby szu­kała potwier­dze­nia w mojej twa­rzy, że wszystko ze mną w porządku. - Kiedy zoba­czy­łam zwłoki pie­kiel­nego psa, tam w lesie, zało­ży­łam, że zabił go Rhys. Boże, Nina, powin­nam była tam być!

- Nie mogłaś tego prze­wi­dzieć. Nikt z nas nie mógł.

- Jak go zabi­łaś?

Czuję nara­sta­jącą panikę. Było tyle spraw, które w sobie dusi­łam, bo sama nie chcia­łam sta­nąć z nimi twa­rzą w twarz. Tyle spraw, o któ­rych nie mogę powie­dzieć gło­śno, ponie­waż to sprawi, że staną się realne. Ale tama w końcu się otwiera i z moich ust płyną pierw­sze słowa:

- To było tak jakby... jak­bym to już nie była ja - przy­znaję. - Arte­mis, jestem prze­ra­żona.

Oczy wypeł­niają mi się łzami.

- Gar­de­roba? - Dawno nie sły­sza­łam Arte­mis prze­ma­wia­ją­cej tak łagod­nie.

W jed­nej chwili nie jest już zam­kową Arte­mis. Teraz jest moją Arte­mis - moją sio­strą bliź­niaczką, któ­rej mogę powie­rzyć każdy pro­blem. Wcho­dzimy więc do gar­de­roby i sia­damy bli­sko sie­bie, ramię przy ramie­niu. W sta­rym domu robi­ły­śmy to czę­sto - gdy były­śmy małe, ukry­wa­ły­śmy się w gar­de­ro­bie, żeby tro­chę poroz­ra­biać. Póź­niej to wła­śnie tam mnie zabie­rała, gdy kosz­mary sta­wały się nie do znie­sie­nia i bałam się spać. To nasze miej­sce, w któ­rym opo­wia­damy sobie tajem­nice.

A ni­gdy nie mia­łam więk­szej od tej obec­nej.

Opie­ram się o ścianę, nie zwa­ża­jąc na gnio­tące się ubra­nia. Moje ciu­chy są jasne, w kolo­rach tęczy, żeby pod­trzy­my­wały mnie na duchu, kiedy tego potrze­buję. Ubra­nia Arte­mis - czarne, prak­tyczne. Nawet jeśli kie­dy­kol­wiek potrze­buje roz­we­se­le­nia, nie mia­łaby czasu, żeby szu­kać go w ubra­niach, które nosi.

Przy­suwa się do mnie.

- Opo­wiedz mi o tym - prosi.

Biorę głę­boki oddech.

- Kiedy pie­kielny pies rzu­cił się do ataku, nie wie­dzia­łam, co robię. To było... jak instynkt. Moje ciało cał­ko­wi­cie prze­jęło kon­trolę i zabi­łam to coś bez chwili zasta­no­wie­nia.

Nie odpo­wiada.

To, czego naj­bar­dziej się bałam, co tak bar­dzo sta­ra­łam się igno­ro­wać, powoli zaczyna wycho­dzić na jaw niczym demon wypeł­za­jący z naj­ciem­niej­szych zaka­mar­ków. Powin­nam była opo­wie­dzieć o wszyst­kim sio­strze już pierw­szego dnia, kiedy to poczu­łam. Ale co, jeżeli Arte­mis nie będzie w sta­nie temu zara­dzić? Arte­mis radzi sobie ze wszyst­kim, ale co, jeżeli mój pro­blem nawet dla niej okaże się zbyt duży? Co zrobi jej to coś, co we mnie sie­dzi, jeżeli sio­stra nie będzie w sta­nie mi pomóc? Co to coś zrobi mnie?

- Widzisz, czuję się... czuję się tro­chę dziw­nie. W zasa­dzie trwa to już parę mie­sięcy.

Zbieg oko­licz­no­ści oczy­wi­ście jej nie umyka.

- Parę mie­sięcy tak w ogóle, czy dokład­nie parę mie­sięcy?

- Pamię­tasz ten dzień z wiel­kimi mię­dzy­wy­mia­rowmi demo­nami?

Arte­mis lekko krztusi się od śmie­chu.

- Tak... pamię­tam tam­ten dzień.

Były­śmy na dwo­rze, żeby wyko­rzy­stać rzadką wolną chwilę Arte­mis.

Prze­cią­gnę­łam się na kocu i zmru­ży­łam oczy, wpa­tru­jąc się w niebo.

- Ta chmura, o tam, co ci przy­po­mina?

Arte­mis nawet nie pod­nio­sła wzroku znad swo­jej kanapki.

- Parę wodną.

Szturch­nę­łam ją w ramię.

- No weź. Użyj wyobraźni!

- Nie mogę. Moja wyobraź­nia umarła długą, bole­sną śmier­cią wsku­tek nawdy­cha­nia się zbyt dużej ilo­ści środka do czysz­cze­nia broni.

Obró­ci­łam się na bok, żeby zna­leźć się z nią twa­rzą w twarz.

- Prze­cież wiesz, że nie musisz odwa­lać całej czar­nej roboty.

Arte­mis tylko prze­wró­ciła oczami. Cza­sami patrząc na jej twarz, zasta­na­wia­łam się, czy moja wygląda tak samo, kiedy stroję miny. Niby nasze rysy są iden­tyczne, ale moja twarz nie zacho­wuje się tak jak jej. W wyko­na­niu Arte­mis wszystko jest sta­now­cze, dokładne, pełne mocy. W moim wyko­na­niu wszystko jest...

Cóż, dokład­nym prze­ci­wień­stwem tego.

Ode­gna­łam muchę bzy­czącą mi nad uchem.

- I tak jesteś mądrzej­sza niż ta zgraja sta­rych lese­rów. To ty powin­naś pro­wa­dzić bada­nia i pisać, a oni robić za sprzą­taczkę!

- Obla­łam test, więc to teraz moja rola. Poza tym nie ma tu nikogo innego, kto mógłby się tym zająć.

Rhys opadł na koc obok mnie. Zarówno on, jak i Arte­mis tre­no­wali od dzie­ciń­stwa. Gdy tylko dołą­czy­li­śmy do Obser­wa­to­rów, Arte­mis natych­miast tra­fiła do grupy szko­le­nio­wej poten­cjal­nych przy­szłych człon­ków Rady. Nasza mama bar­dzo na to nale­gała. Mnie ni­gdy nie pozwo­lono nawet spró­bo­wać. Ale dla­czego nie wybie­ra­li­śmy na człon­ków Rady osób potra­fią­cych leczyć? Osób, które postrze­gały świat - zarówno natu­ralny, jak i ponadnatu­ralny - jako coś, co należy uzdra­wiać, a nie zwal­czać?

- Co ci przy­po­mina kształt tam­tej chmury? - zapy­ta­łam Rhysa, wska­zu­jąc ten sam obłok, który pró­bo­wa­łam poka­zać Arte­mis.

Rhys się skrzy­wił.

- Wie­cie, jak trudno pozbyć się ciał? Wła­śnie przez cztery godziny testo­wa­łem różne sub­stan­cje che­miczne, pró­bu­jąc roz­pu­ścić szkie­let aba­ri­mona. A tu nagle Wanda Wyn­dam-Pryce infor­muje mnie, że tego typu szczątki po pro­stu wrzuca się do oce­anu!

Zacmo­ka­łam ze zro­zu­mie­niem.

- Wam­piry wydają się przy tym nie­mal grzeczne: puf i po wszyst­kim. Żad­nego sprzą­ta­nia.

- Cho­ciaż tyle mogą zro­bić. No, w każ­dym razie kazali mi już sobie iść. Z jakie­goś powodu Rada dostała świra. - Ziew­nął. - Naj­wi­docz­niej cho­dzi o coś, na co jesz­cze jestem za niski stop­niem.

- Mnie też wyko­pali - przy­znała Arte­mis.

Nie mia­łam nic prze­ciwko towa­rzy­stwu.

- Jak chce­cie się czymś póź­niej zająć, robię inwen­ta­ry­za­cję u sie­bie w gabi­ne­cie.

Arte­mis poło­żyła mi rękę czole.

- Bra­łaś ostat­nio swoje wita­miny? Coś blado wyglą­dasz.

- Ty też.

- Pra­wie jak­by­ście były bliź­niacz­kami - zakpił Rhys.

Arte­mis go zigno­ro­wała.

- Jadłaś już? Mogę ci coś przy­go­to­wać.

- To raczej ja mogę coś przy­go­to­wać tobie. Okrop­nie gotu­jesz.

Poka­za­łam jej język, żeby wie­działa, że tylko się z nią dro­czę. Cho­ciaż Arte­mis szy­ko­wała śnia­da­nia i lun­che, za kola­cję byli­śmy odpo­wie­dzialni wszy­scy po kolei. Nikt nie lubił, kiedy przy­pa­dał mój tydzień. Mniej wię­cej połowę moich zmian ogar­niała Arte­mis - kiedy przy­cho­dzi­łam do kuchni, zasta­wa­łam wszystko już przy­szy­ko­wane. W takich chwi­lach nie wie­działam, czy ją za to uwiel­biam, czy marzę o tym, żeby dała sobie spo­kój i pozwo­liła wszyst­kim zjeść moje roz­go­to­wane spa­ghetti z sosem z puszki.

Teraz zamknęła oczy, relak­su­jąc się. Tak rzadko można było ujrzeć jej twarz pełną spo­koju. Rhys też pró­bo­wał drze­mać. Tę umie­jęt­ność mia­łam opa­no­waną lepiej od nich obojga. Praw­do­po­dob­nie tylko tę jedną.

Spoj­rza­łam w górę na niebo, zado­wo­lona, że choć na chwilę Rhys i Arte­mis też zostali odsu­nięci na bok - dla mnie to codzien­ność. Chmury tym­cza­sem urzą­dziły praw­dziwy spek­takl. Teraz prze­miesz­czały się szyb­ciej, wiru­jąc i kłę­biąc się jak sza­lone. I rosnąc. I zacho­wu­jąc się zde­cy­do­wa­nie nie tak, jak powinny się zacho­wy­wać chmury.

Wtem wyło­niła się z nich pierw­sza macka.

- Ej, śpi­cie?

- Uhm. - Arte­mis obró­ciła się tak, że jej głowa spo­czy­wała teraz bli­żej mojego ramie­nia. Nagle ona też zamarła, wsłu­chu­jąc się w mój ury­wany oddech. Zerwała się, usia­dła i spoj­rzała mi pro­sto w oczy.

- Co się dzieje?

Wska­za­łam na niebo.

- Coś ze mną jest nie tak, czy ta chmura wygląda jak olbrzymi demon wynu­rza­jący się ze szcze­liny w nie­bie?

- Och! - Rhys też się ock­nął. - Masz rację, ale nie jestem w sta­nie okre­ślić, do jakiej kate­go­rii należy.

Na chwilę zapa­dła cisza, po czym...

- Broń! - krzyk­nęła Arte­mis. Rhys zerwał się na równe nogi i pomknął przez plac do przy­bu­dówki znaj­du­ją­cej się nie­opo­dal. Wró­cił po chwili z łukami, pikami i tyloma mie­czami, ile był w sta­nie unieść. Dzier­żył też zło­wiesz­czo wyglą­da­jącą strzelbę, już nabitą poci­skami zdol­nymi zno­kau­to­wać nawet naj­więk­sze demony.

Tyle że ten był zde­cy­do­wa­nie naj­więk­szym demo­nem, jakiego widzia­łam. Mon­stru­alna bestia, gigant pro­sto z pie­kieł. Więk­szość demo­nów, które widy­wa­li­śmy, była hybry­dami lub naczy­niami dla praw­dzi­wych demo­nów w innym wymia­rze.

To coś, co wycho­dziło teraz z nieba, nie wyglą­dało, jakby nale­żało do naszego świata. Wyglą­dało raczej jak poże­racz świata.

Usły­sza­łam za sobą jakieś śpiewne głosy. Odwró­ci­łam się - to Imo­gen i Ruth Zabuto rzu­cały zaklę­cia mające chro­nić zamek. Powie­trze drgnęło, jakby roz­po­starła się nad nami nie­wi­dzialna kopuła, wyzna­cza­jąc gra­nice chro­nio­nego tery­to­rium. Arte­mis instru­owała Rhysa. A ja sie­dzia­łam na kocu.

Bez­czyn­nie.

Dla­tego że jedyne, do czego mnie przy­go­to­wy­wano, to lecze­nie ludzi. Uzdra­wia­nie ich. A w tam­tej chwili bar­dzo wąt­pi­łam, że po zakoń­cze­niu tego arma­ge­donu zosta­nie nas wystar­cza­jąco dużo, żeby w ogóle było kogo leczyć.

Od pożaru - może z powodu moich kosz­ma­rów - mama zawsze upar­cie twier­dziła, że nie potra­fię radzić sobie ze stre­sem. Mia­łam uni­kać trud­nych sytu­acji. Ale gigan­tyczny, jed­no­oki demon z mac­kami pokry­tymi zębami, scho­dzący z góry, z miej­sca, w któ­rym rap­tem parę chwil wcze­śniej było nor­malne, przej­rzy­ste niebo? Cze­goś takiego raczej trudno unik­nąć.

No to koniec.

Już po nas.

Ciel­sko demona roz­lało się wokół magicz­nej bariery. Smród palą­cego się ciała spra­wił, że żołą­dek mi się skur­czył i chciało mi się wymio­to­wać. Demon jed­nak nie­stru­dze­nie parł dalej. Kro­sty na jego pod­brzu­szu pękły i wylała się z nich obrzy­dliwa, paru­jąca i skwier­cząca poma­rań­czowa maź, która obry­zgała nie­wi­dzialną zaporę oddzie­la­jącą nas od mon­strum. Macki opla­tały już całą magiczną bańkę, w któ­rej się chro­ni­li­śmy. Potwór był wielki jak cały zamek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki