Andrzej Kosmala: Początek historii naszej
znajomości, a potem owocnej współpracy i przede wszystkim przyjaźni
trwającej przez blisko pięćdziesiąt lat, był dość niefortunny.
Wielokrotnie to opisywałem na łamach gazet. Potem w książce
autobiograficznej Życie jak wino, także Krzysztof z lubością opowiadał
o tym w wywiadach telewizyjnych, radiowych i prasowych.
Przypomnę krótko: gdzieś w początkach lat 70. zostałem przez Halinę
Żytkowiak - ówczesną żonę Krzysztofa, a moją przyjaciółkę z czasów,
kiedy razem pracowaliśmy w zespole Tarpany, zaproszony do auli
Uniwersytetu Adama Mickiewicza w moim Poznaniu na koncert Trubadurów.
Zespół ten nie był absolutnie z mojej bajki i po koncercie, kiedy
poszedłem za kulisy, głośno wyrażałem swoje zdanie, szczególnie
dotyczące sztuki wokalnej Krawczyka. Coś o jego cygańskim beczeniu.
Usłyszał to mój przyszły przyjaciel. I wykrzyczał: "Jak się panu nie
podobało, to oddam panu pieniądze za bilet!". Rzecz w tym, że bilet
miałem za darmo od Haliny.
Było mi strasznie głupio, gdyż on, kiedy ujrzał w klapie mojej marynarki
znaczek Polskiego Radia, pomyślał sobie: co będę zadzierał z facetem, od
którego zależy, czy grać będą na antenie radiowej nasze utwory. Raptem
zdobył się na bardzo koncyliacyjną ze mną rozmowę, w której wytłumaczył,
jak ciężkie jest życie artysty. Brzmiący ciepło głos wzbudził we mnie
sympatię, a jeszcze do tego czule mnie przytulił, jak to się dzisiaj
mówi - wykonał ze mną misia. Miałem łzy w oczach, dopiero potem
dowiedziałem się, że jest to rytualny sposób witania się i żegnania
przez Krzysztofa. Nie był to wtedy tak powszechny w teutońskim Poznaniu
gest, no chyba że po dobrze zakrapianej libacji. No a najważniejszymi
lansjerami tej formy byli przywódcy Związku Radzieckiego: Chruszczow i Breżniew. Oni porywali w objęcia Honeckera i Gomułkę. Myślałem najpierw,
że Krzysztof nauczył się tego w Związku Radzieckim, potem, że jest on
widocznie taki zniewieściały, ale brało się to bardziej z jego
serdecznego podejścia do ludzi. Zastanawiał też jego makijaż na twarzy...
Mogło to wtedy budzić wiele dwuznacznych skojarzeń, tak dzisiaj modnych.
I jeszcze jedno: zawsze był skropiony dobrą markową wodą pachnącą. No
cóż, prawdziwy artysta - komentowaliśmy!
Andrzej Kosmala: Jedna pani redaktor,
która od lat uważa się za alfę i omegę wiedzy o artystach i pisania o nich (a nazwisko nic wam nie powie, w każdym razie domyślacie się, że to
autorka głupot w kolorowych gazetkach), ogłosiła się po śmierci
Krzysztofa jego biografem. Zanim to zrobiła, mogłaby zapoznać się choćby
z określeniem tego hasła w Wikipedii.
Otóż ta pani rozmawiała może z pół godziny z Krzysztofem, ze mną i Ewą
wcześniej nigdy. Nawet w naszych telefonach i kalendarzach nie mogliśmy
znaleźć po niej śladu. A przecież mamy kontakty do najważniejszych ludzi
branży dziennikarskiej. Kiedy zadzwoniła po śmierci Krzysztofa z wiadomością, że już wcześniej zaczęła pisać biografię, nie mieliśmy dla
niej czasu, bo byliśmy zajęci ważniejszymi sprawami. Oczywiście
zrewanżowała się w książce opiniami, że dołowałem karierę Krzysztofa.
Ciekawe to dołowanie, jeżeli artysta jest na szczycie popularności,
jeżeli na ostatnie koncerty wali tłumnie młodzież oraz seniorzy, kiedy
staje się symbolem więzi międzypokoleniowej, kiedy pozostawia po sobie
129 płyt, w tym 30 złotych i 10 platynowych, posiada najwyższe
odznaczenia państwowe oraz muzyczne? I to przy tak kiepskim menedżerze?
Z zakamarków pamięci i treści jej książki, której nie doczytałem do
końca, odkryłem tylko, że to ona nazwała kiedyś Krawczyka i Bregovicia
królami kiczu. Na co Bregović odpowiedział: Tak, jesteśmy królami kiczu,
bo lubimy pracować: "in kitchen". My jesteśmy nawet "Kings of The
Kitchen!".
Autorka powołuje się na wątpliwe autorytety, których obiektywizm jest
dla mnie przynajmniej podejrzany, tym bardziej że pracując 58 lat w branży muzycznej, poznałem ich osobiście. Każdy z nich załatwiał i jak
może załatwia dalej swoje interesiki albo wylewa żale. Wolę nie
wymieniać ich nazwisk, bo w tej książce są one zarezerwowane dla ludzi,
autorów jeszcze większych podłości, przy których ich złośliwość jest jak
ukąszenie komara.
Taka jest ta branża! Szczególnie jak opisuje ją jakaś dziennikarka z lat
80. i 90., lat, w których ludziom piszącym - jak to mówił Laskowik:
"Odwaga pomyliła się z odważnikiem". A mogłaby jeszcze zacytować na
przykład Marka Sierockiego, Hirka Wronę, Wojciecha Trzcińskiego, ojca
polskiego rocka Franka Walickiego. A przede wszystkim samego Krzysztofa
Krawczyka. Więc ja to uczynię za nią poniżej.
Nie mogę tego zrozumieć, że jakiejś nieznanej mi bliżej dziennikarce
muszę udowadniać, kim byłem w życiu Krzysztofa Krawczyka. To już jest
dowodem braku kompetencji tej pani w opisywaniu kariery Krzysztofa
Krawczyka. Ale widocznie taki czas i tacy ludzie. Choć Młynarski pisał
już w 1967 roku: "Ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle
głośno, byle głupio!".
I niestety, choć zmieniliśmy ustrój, świat zmienił układ geopolityczny,
to głupota jest wszechobecna, a wolność przy postępie technicznym
przyjęła swobodną konstrukcję Facebooków, Instagramów, YouTube,
tabloidów i różnych bulwarówek.
Dlaczego?
Dlaczego?
Andrzej Kosmala: Co jest ważniejsze:
pytanie czy odpowiedź? Dla wielu odpowiedź! Pytanie jest zbędne.
Dlaczego? Bo już samo w sobie formułuje treść, jest oświadczeniem,
poglądem, sugestią.
Jednak by uzyskać odpowiedź, trzeba zadać pytanie. Ale ludzie lubią
sobie sami zadawać pytania i sami na nie odpowiadać. Bo wydaje im się,
że wszystko wiedzą najlepiej, chociaż ta ich mądrość prowadzi często do
kreacji nieprawdziwych faktów i ocen. A to, że zadają ból drugiemu
człowiekowi, szczególnie gdy on czymś się w życiu pozytywnie wyróżnił,
to już jest problem drugiej strony.
Życie ludzkie składa się z podstawowych pytań. Zawarte są w słowach:
kto, co, kiedy, gdzie, komu i dlaczego? To ostatnie jest trudniejsze,
wcześniejsze też trudne, ale są określeniem danych, a nie zawierają
pytania o przyczyny stanu rzeczy.
Jakże często zadajemy je sobie sami i nie potrafimy na nie odpowiedzieć.
Nie potrafimy czy nie mamy odwagi? Szczególnie kiedy pytanie:
dlaczego jest prowokacją ludzi nam wrogich, chcących zniekształcić
rzeczywistość.
My w tej książce postaramy się odpowiedzieć na wiele pytań. W tym to
najważniejsze: dlaczego? To pytanie kierujemy też do czytelników,
szczególnie tych, którzy dali się zwieść sensacjom brukowców i portali
internetowych.
Chcieliśmy najpierw zatytułować tę książkę: Sława tak często
zniesławia. To tytuł piosenki śpiewanej przez Krzysztofa Krawczyka.
Żeby ludzie zaczęli cię niszczyć, to musisz najpierw stać się kimś! Coś
znaczyć! Dla jednych staniesz się obiektem podziwu i zachwytu, dla
innych wygodnym celem wylewania żółci, kompleksów, zazdrości,
nienawiści.
Takim obiektem stała się postać artysty, którego byłem przez
czterdzieści siedem lat menedżerem, a Ewa Krawczyk przez blisko
czterdzieści lat żoną, ale też tak zwanym road menedżerem (czyli
organizatorem i koordynatorem tras koncertowych), a także występowała na
scenie z Krzysztofem jako chórzystka.
ŚP. KRZYSZTOF KRAWCZYK
Odszedł od nas do wieczności
5 kwietnia 2021 roku
Krzysztof Krawczyk był wielką postacią polskiej piosenki, ale zawsze
znalazło się kilka procent osób mu nieprzychylnych, choć większość go
kochała. Jednak ta mniejszość sprawiała mu wiele bólu, tym bardziej że
była krzykliwa. Mimo to Krzysztofowi w dniu odejścia wszyscy pokazali
szczere wzruszenie, a łzy wylane nad jego trumną i sposób, w jaki
pożegnała go Polska, był szczery, wzruszający. Takiego pogrzebu nie miał
dawno w Polsce żaden artysta.
Byliśmy w rozpaczy, ale też dumni, że tak pięknie został pożegnany.
Ale niedługo. Już po tygodniu wylał się pospolity hejt na Krawczyka oraz
na Ewę Krawczyk i mnie jako menedżera - ludzi mu oddanych.
Ci dziwni ludzie przebierali nogami, oczekując tragicznej dla nas
wiadomości, kiedy Krzysztof walczył jeszcze o życie. Cztery dni przed
śmiercią, i o zgrozo w prima aprilis, ukazał się na tytułowej stronie
"Super Expressu" sensacyjny artykuł:
Fala nienawiści!
Artysta walczy z koronawirusem
i ogromną falą nienawiści.
Ludzie życzą mu...
To się w głowie nie mieści! Fala nienawiści spłynęła na Krzysztofa
Krawczyka. Po tym, jak gwiazdor za pomocą mediów społecznościowych
poinformował fanów, że z powodu koronawirusa trafił do szpitala i prosi
o modlitwę, źli ludzie postanowili go zaatakować. Jedni nazywają go
głupcem, inni zarzucają, że promuje się na pandemii, a inni... życzą mu
śmierci.
"Kochani. Niestety i mnie dopadł COVID. Jestem w szpitalu, muszę podjąć
walkę, jeszcze jedną w moim życiu walkę! (...) Nie oczekujcie żadnych
wiadomości ode mnie. I proszę, nie nękajcie moich bliskich. Mogę tylko
Was prosić o modlitwę!" - napisał w ubiegłym tygodniu Krawczyk. Pod
wpisem gwiazdora pojawiło się wiele słów wsparcia, lecz niestety także
okrutne ataki: "Krzychu, skończ ten cyrk", "Kolejny zapomniany artysta
potrzebuje rozgłosu". "Chory ledwo daje radę, ale na fejsbuku musi się
podzielić nowiną". "Ludzie, kiedy skumacie, że gwiazdy się sprzedają, bo
robią reklamę COVID" - czytamy.
Pojawili się również i tacy, którzy życzą muzykowi śmierci: "Żegnaj
Krzysiu. Moje hemoroidy ronią krwawe łzy rozpaczy" czy "Wstrzyknęli panu
COVID i truciznę, a nie szczepionkę. Do zobaczenia w tamtym innym
lepszym świecie" - pisali brutalnie.
Falę hejtu na Krawczyka postanowił skomentować jego menedżer: "Kochani,
nie jest źle z Krzysztofem. Choć złośliwcy, kiedy podajemy takie
wiadomości, uważają, że to piar. Jeden zapytał, dlaczego podajemy takie
wiadomości o Krzysztofie Krawczyku, a nie o Janie Kowalskim? "Choćby
dlatego, że Jan Kowalski nie nagrał przebojów: Rysunek na szkle,
Parostatek, Jak minął dzień czy Byle było tak. Kiedy wreszcie w tym kraju zginie zawiść? Kiedy czytam te krytyczne uwagi, to sprawdzam,
skąd pochodzą. I są to jednorazowo założone konta, żeby przyłożyć
znanemu człowiekowi. Polska zawiść!" - grzmi Andrzej Kosmala.
Panie Krzysztofie, "Super Express" życzy szybkiego powrotu do zdrowia!
Ten tekst ukazał się (o ironio!) 1 kwietnia 2021 roku w "Super
Expressie". A 5 kwietnia Krzysztof zmarł. Ale ataki, które potem się
pojawiły na tych samych i podobnych kontach, pochodziły z tych samych
źródeł.
Z każdym dniem hejterzy uderzali ze zdwojoną siłą; a najpodlejszy z zarzutów, jakie mogłem wyczytać to: "Dlaczego Krawczyk miał pogrzeb
państwowy, czyli za nasze pieniądze? Pani Ewunia chciała
przyoszczędzić?". Na czele tej grupy stanęli niestety: Marian Lichtman,
syn Igor i jego tajemniczy opiekun Krzysztof Cwynar ze swoim menedżerem
Zbigniewem Rabińskim. Na pochyłe drzewo każda koza skacze, mówi polskie
przysłowie, więc dołączyła się także niejaka pani Filipiak, w nowej
sytuacji kolejna narzeczona Igora Krawczyka. Kolejna osoba licząca, że i jej skapnie coś z gwiazdorskiego spadkowego stołu, tym bardziej że
komornik pukał do jej drzwi z jej znanego powodu. Jednak życie szybko
się zmienia i kiedy oddaję tę książkę do druku, pani Kasia nie jest już
partnerką Igora tylko ofiarą niestałości jego uczuć.
Spróbujmy na razie przyjąć postępowanie tych ludzi jako pozytywne. Chcą
pomóc synowi, sierocie po wielkiej polskiej gwieździe piosenki
Krzysztofie Krawczyku i wywalczyć dla niego jak najwięcej, bo przecież
ojciec zostawił po sobie majątek. A to, że przy okazji szkodzą legendzie
polskiej piosenki, człowiekowi, który już nie może się bronić, to ich
nie wzrusza. To ich napędza, a przecież jeżeli widzieli krzywdę, mogli
wcześniej porozmawiać z Krzysztofem Seniorem.
W tej książce, autorzy, osoby najbliższe Krzysztofowi, postarają się
odpowiedzieć na wiele pytań zawierających słowo: "dlaczego?", używając
także cytatów z wywiadów prasowych, radiowych i telewizyjnych, rozmów
czy wpisów na Facebooku.
Reagując na niszczenie legendy Krawczyka, chcemy dopowiedzieć wiele o jego życiu. Nie wszystko znalazło się w książce Życie jak wino. A ci
wylewający hejt na życie Krawczyka, jego życie prywatne, niech
pamiętają, że nie wymażą tych niezliczonych nagrań piosenek na antenach,
w archiwach, a przede wszystkim ze świadomości Polaków. Nie zniszczycie
legendy wielkiego Artysty!
Sława zniesławia.
I tak w końcu zatytułowaliśmy tę naszą rozmowę, czyli wspomnienia
sprowokowane hejtem, jaki spadł na wielkiego artystę i na osoby mu
najbliższe. Zniesławianie sławnego człowieka to ulubione zajęcie podłych
ludzi. Ale zazwyczaj nieprzynoszące tego, co chciał osiągnąć
zniesławiający. Czyli przekreślenia dorobku życia artysty, który dzięki
swoim osiągnięciom stał się sławny, a jego sława jest nie do zniszczenia.
Możecie sobie mówić o Krzysztofie Krawczyku, co chcecie, bo on, stając
się wielką legendą polskiej piosenki, stał się także waszą własnością, a to, że w życiu prywatnym nie wszystko mu się ułożyło, to tak już bywa.
Któż z nas jest idealny?
Jego życie przypominało bystrą, rwącą rzekę, raz zwalniającą, raz
przyspieszającą, porywającą różne nieczystości, ale też i kwiaty piękna,
które po przeobrażeniu, po jakimś czasie, i nabraniu dystansu tworzyły
upojne dzieła. W tym wypadku pieśni wpadające w ucho. Bo siłą piosenek
Krawczyka było to, co pozostawało w uszach ludzi i pozostanie na zawsze!
Ewa Krawczyk: Kiedy po śmierci Krzysztofa
zaczął się festyn pomówień, oskarżeń, kłamstw, emocjonalnie
odpowiadałam: ja wam jeszcze napiszę całą prawdę. Tak to często
powtarzałam, że zwróciły na to uwagę wydawnictwa tabloidowe.
Bardzo zapragnęły wydać tę książkę, oczywiście pełną pikantnych,
sensacyjnych szczegółów. Nawet nie musiałam pisać, miałam tylko
porozmawiać z wysłaną panią redaktor, która nagra moje wspomnienia i już
sama nada im właściwy kształt.
Tymczasem ja zapragnęłam sama od siebie napisać, bo tak mnie bolały te
kalumnie, jakie na mnie spadły. Gdyby to tylko dotyczyło tego, jaką
byłam macochą dla Juniora. Zapewne mogłabym być lepszą, ale sprawa była
bardziej skomplikowana, o czym opowiem na kartach tej książki. Poza tym
ataki na mnie, które przede wszystkim formułował w bezczelny sposób niby
przyjaciel Krzysztofa Marian Lichtman, zwalały z nóg, a moje serce już
nie odzyska dawnego spokoju. Jeżeli umrę na serce, to Twoja zasługa,
Marianie!
Wiecie, że ja tak kochająca mojego męża, będąca dla niego przez
trzydzieści lat żoną, niańką, pielęgniarką i podporą, zostałam przez
tego człowieka i drugiego, nieznanego mi dotąd, niejakiego Cwynara, oraz
Igora oskarżona, że wpędziłam Krzysztofa Krawczyka do grobu. Ja, która
najchętniej poszłabym tam za nim!
Zaczęli biegać po tabloidach i opowiadać jakieś niestworzone rzeczy o naszym życiu prywatnym, które przecież łączyliśmy także z zawodowym.
Tego pierwszego strzegliśmy z Krzysztofem w naszej samotni w Grotnikach.
Owszem, była pomoc domowa, ogrodnik i ludzie pomagający nam w kontakcie
ze światem, bo przecież z Krzysztofem kochaliśmy strzec miru życia
domowego w tej naszej jedliczowskiej brzezinie. Gdyby nawet ktoś z ludzi
nam towarzyszących w życiu codziennym chciał zachować się nielojalnie,
to nie miał po prostu szansy sprzedać informacji będącej przedmiotem
zainteresowania tabloidów, bo nasze życie domowe i rodzinne dalekie było
od tego, co interesuje brukowce. Oczywiście jak w każdej rodzinie były
chwile lepsze lub gorsze, ale nigdy nie było awantur, które mogłyby
stanowić pożywkę dla ludzi karmiących się sensacją.
Teraz wracam do książki. Dotychczas byłam tylko zawziętą czytelniczką.
Żeby Krzysiu mógł spać, to gdy czytałam po nocach, oświetlałam sobie
stronice latarką.
Ale co innego czytać, a co innego napisać i to w sytuacji, kiedy targała
mną wściekłość, bezradność, bo jak walczyć z kłamstwem? Myślałam, jak
się zabezpieczyć przed moim brakiem doświadczenia. Żeby przez
nieopatrznie wyrzucone z siebie słowa, niedokładnie przekazane myśli i rozmowy, zapomnienie czy emocje nie zrobić komuś czy też sobie krzywdy.
I postanowiłam zrobić to, co zrobił Krzysztof, kiedy przyszło zamówienie
na autobiografię. Krzysztof bez wahania odpowiedział: mogę to zrobić
tylko z Andrzejem Kosmalą, od czterdziestu lat moim menedżerem. On wie
więcej o mnie niż ja sam. On ma całe archiwa pełne dokumentów, filmów,
zdjęć, nagrań. Bez niego nie powstałby Leksykon Krzysztofa Krawczyka
wydany przez Agorę w 2007 i 2008 roku. Tak powstała wydana trzykrotnie
książka Życie jak wino, pierwsze wydanie jeszcze za życia Krzysia, a drugie, rozszerzone, po jego śmierci, a potem w wersji special
edition. Bez Andrzeja wiedzy i archiwum nie powstałby w 2020 roku
wspaniały film dokumentalny TVP w reżyserii Krystiana Kuczkowskiego i Michała Bandurskiego Krzysztof Krawczyk - całe moje życie, który był
ukoronowaniem kariery Krzysztofa.
Podczas premiery telewizyjnej tego filmu w pierwszy dzień świąt
ostatniego w życiu Krzysztofa Bożego Narodzenia, cały czas z Krzysztofem
płakaliśmy, i pierwsze, co zrobił Krzysztof, to zadzwonił do Andrzeja z podziękowaniem. Powiedział: "Bez ciebie by tego filmu nie było", a Andrzej odpowiedział: "Krzysztof, co ty mówisz - to bez ciebie by tego
filmu nie było!". Na to Krzysztof pojednawczo: "No to powiedzmy: bez nas
dwóch. To efekt naszej pracy, naszych fascynacji i przede wszystkim
przyjaźni".
I tę książkę, którą macie Drodzy Czytelnicy przed sobą, napisaliśmy
teraz wspólnie. Choć to, co przeczytacie, jest wynikiem osobnego pisania
i towarzyszących temu pisaniu długich naszych rozmów telefonicznych
między Grotnikami a Rosnowem. Pojechaliśmy nawet do Chicago tropem
Krzysztofa...
Tematy, które poruszamy są trudne, kiedy odpowiadam na zaczepki wobec
mojej osoby, ale żeby tylko mojej...
Przede wszystkim kalające pamięć mojego męża, Wielkiego Artysty.
Konieczny był mi tutaj jako współautor i redaktor prowadzący wydawnictwo
mistrz pióra, ale nade wszystko człowiek pracujący i przyjaźniący się z Krzysztofem przez czterdzieści siedem lat. Człowiek, którego do
ostatniej chwili mój mąż zwał wodzem. Nawet po rozmowach, w których się
sprzeczali, padało ze strony Krzysztofa sakramentalne: Wodzu, prowadź!
Tak też brzmiały ostatnie słowa wypowiedziane przez Krzysztofa do
Andrzeja na łączu FaceTime.
I który też doznał ataków od ludzi znających Krzysztofa przelotnie,
gdzieś na marginesie jego życia...
I jeszcze jedna uwaga: o Krzysztofie Krawczyku Seniorze piszemy,
używając imienia Krzysztof, ze zdrobnieniami typu Krzysiu. Natomiast o synu zgodnie z metryką - Igor albo jak on lubi - Junior. Żeby nie
wkradły się jakieś przekłamania.
Jeszcze o Andrzeju
Jeszcze o Andrzeju
Ewa Krawczyk: Andrzej Kosmala, z którym
znam się ponad trzydzieści lat, był przez czterdzieści siedem lat
menedżerem Krzysztofa Krawczyka - do jego śmierci. I chociaż artysta
odszedł, Andrzej w dalszym ciągu pełni tę funkcję. Nie wyobrażam sobie,
co by było, gdyby Andrzeja zabrakło, ponieważ nie ogarnęłabym tego
wszystkiego, chociażby zorganizowania pogrzebu, koncertów opolskich,
wydania książki o Krzysztofie, pamiątkowych znaczków pocztowych, serii
płyt i pomocy w wyborze projektu nagrobka i jego realizacji i wielu
spraw upamiętniających Krzysztofa.
Andrzeja pomysły były i są najlepsze i każdy wyjątkowy. Rzadko się myli.
Ja osobiście nie znam drugiego tak inteligentnego człowieka i zawsze
powtarzam, że Kosmala ma dwa mózgi, bo jeden to za mało przy takiej
wiedzy i pomysłach. On wie wszystko; jak nie mogę sobie przypomnieć daty
lub czegokolwiek - on mi zawsze podpowie i o wielu innych ważnych
rzeczach przypomni, których ja niestety nie pamiętam. Na początku nie
mieliśmy takiego porozumienia, ale docieraliśmy się dziesięć lat. Rzadko
kiedy żona artysty toleruje menedżera. Bardzo dużo artystów zrywało
współpracę właśnie przez żony.
Mnie denerwowały niekończące się rozmowy telefoniczne do późna w nocy,
tym bardziej że Andrzej żyje w strefie czasowej amerykańskiej. Chodzi
rano spać, po czym śpi cały dzień, śniadanie jada między szesnastą a osiemnastą, a w nocy pracuje, gdy my chodziliśmy spać po polsku. Więc
telefony i dyskusje do dwudziestej trzeciej, a nawet do drugiej w nocy.
Żadna żona artysty by tego nie wytrzymała. Wpadłam więc na pomysł
ukrócenia tego i wyłączałam telefon z gniazdka, bo mi było z tym źle.
Wtedy nie było telefonów komórkowych, tylko stacjonarne. Nie można było
wyjść do drugiego pomieszczenia. Choć kiedy pojawiły się komórki,
Krzysztof przeniósł swoje rozmowy z Andrzejem do łazienki. Ale zanim
nastąpiła ta epoka, Krzyś się dziwił, dlaczego Kosmala nie dzwoni, a ja
milczałam i dzięki temu mogliśmy pooglądać telewizję czy poczytać
książki lub gazety. Oczywiście przyznałam się po jakimś czasie i panowie
postanowili, że rozmawiają tylko do dwudziestej drugiej.
Na początku też nie mieliśmy do siebie zaufania, ale Andrzej twierdzi,
że gdyby Krawczyk przyjechał z Ameryki z inną żoną, to nigdy nie zająłby
się nim jako artystą. Pewnie pomyślał młoda, to ją się ułoży i wychowa.
Na początku może tak było, ale poznałam tę branżę i mogłam już zabrać
głos. Nigdy nie wtrącałam się do pracy Andrzeja i Krzysia, co mają
nagrywać, gdzie i tak dalej. To nie moja działka. Sprawy artystyczne
zostawiałam panom, dlatego tutaj nie było żadnych problemów.
Jak zapytano mnie, czy mi się coś podoba, to powiedziałam swoje zdanie i tyle. Andrzej z Krzysiem decydowali. A potem współpracowałam z Andrzejem, bo wiedzieliśmy, że razem można wiele osiągnąć. Krzyś bardzo
szanował Andrzeja, jego pracę i wszystko, co dla niego robił.
Branża zazdrościła Krawczykowi, że ma takiego wspaniałego menedżera.
Wielu chciało go nam po prostu podkupić, ale Kosmala to poznaniak z charakterem i jest bardzo lojalny. Nigdy nie brał tego pod uwagę,
dlatego panowie pracowali bez żadnej umowy. Chyba potem coś podpisali,
bo wymagała tego firma, w której nagrywali płytę. Andrzej musiał mieć
pisemne oświadczenie, że reprezentuje artystę Krzysztofa Krawczyka.
Andrzej angażował Krzysia bardzo często do różnych produkcji
telewizyjnych, programów radiowych, a my nie zawsze po męczącej trasie
mieliśmy na to siły. Musieliśmy odpocząć. Wtedy właśnie były kłótnie, do
których ja wkraczałam. Rzadko wygrywałam tę walkę, bo argumenty były
mocne i to dzięki determinacji Andrzeja telewizja posiada ogromny
materiał o Krzysiu. Podejrzewam, że żaden polski artysta nie ma takiego
menedżera, a nawet jestem pewna tego po śmierci Krzysia, kiedy nie ma go
wśród żywych, a żyje artystycznie na antenach radiowych i telewizyjnych,
ukazują się płyty, a Andrzej ma wiele pomysłów, by utrwalać legendę
Krzysztofa. Ale za życia Krzysia czasami jak uznaliśmy, że program nie
jest wart naszego wyjazdu, to po prostu artysta był chory, bolało go
gardło, i nie było mowy, żeby wyzdrowiał do piątku. I wtedy już Andrzej
nie miał żadnych argumentów. Myślę, że doskonale wiedział o naszych
kłamstwach.
Często zapraszał ekipy telewizyjne do domu, czego nie cierpiałam. Dwa
razy musiałam wymieniać parkiet, bo zniszczyli podłogę, ale jak mówiłam
Kosmali o kosztach, to powtarzał: "Ewa, daj spokój". I wtedy były
spięcia, nigdy nikt mi nie zapłacił za te zniszczenia, więc położyłam
kafle. Bałagan był zawsze okropny, a sprzątania na dwa dni.
Dzisiaj mogę tylko Andrzejowi podziękować za to, że mnie przymuszał do
tej kłopotliwej sytuacji. Dzięki temu w archiwach pozostał taki ogromny
materiał. To dzięki Andrzejowi!
Napiszę w dalszej części, jak walczyliśmy wspólnie z różnymi
nieprzemyślanymi pomysłami Krzysztofa. Często musieliśmy gasić je z Andrzejem jak straż pożarna ogień.
Współpraca układała nam się w miarę dobrze. Jego żona, świętej pamięci
Izunia, bardzo kochała mojego Krzysia, więc też miałam ją po swojej
stronie. Wtedy, kiedy była potrzeba, Andrzej nie chciał Izy zabierać na
wyjazdy zagraniczne, ale Krzyś bardzo ją lubił. I on jej fundował takie
wyjazdy. Byliśmy w Australii, Stanach Zjednoczonych, Grecji, Niemczech i Anglii.
Obecna żona Kasia jest cudowną i ciepłą osobą. Jak jeździliśmy razem na
koncerty, to już byłam spokojna, bo Kasia nie odstępowała Krzysia na
krok, pomagała mu we wszystkim, a Krzyś zawsze powtarzał: "Kasiu, jak ty
jesteś, to ja jestem dużo spokojniejszy". Kawa, herbata, jedzenie -
Kasia dbała o niego jak o dziecko.
Kasiunia do dzisiaj jest bardzo troskliwa, martwi się o mnie, dzwoni,
pyta, czy mi czegoś potrzeba. Pomaga mi przy książce, przepisując na
komputerze moje wspomnienia, pisane przeze mnie ręcznie. Tę swoją troskę
o Krawczyka przelała na mnie, za co jestem jej ogromnie wdzięczna.
Andrzej to chyba do dzisiaj nie wie, jakie ma szczęście do kobiet w swoim życiu, bo ja za żadne pieniądze nie dałabym rady z takim jak jego
charakterem wytrzymać!
A ludzie już zrobili z nas parę. Nawet w internecie piszą wiersze o naszej wielkiej miłości. Przepraszam, ale trzeba być naprawdę głupcem,
żeby w ogóle o tym pomyśleć. Andrzej nigdy nie próbował mnie podrywać.
Może mu się nie podobam? Tak jak on mnie. Oboje kochaliśmy Krzysia. I to
było święte. A ja byłam tylko jego, jak on mój.
O Andrzeju można by napisać piękną książkę, ale to jest może dobry
pomysł na następną. Krzyś zawsze powtarzał: Kosmala to drugi Krawczyk, i miał rację, bo bez Andrzeja nie byłoby Krawczyka!
Nie mam słów, żeby podziękować Andrzejowi za te lata ciężkiej pracy. Bo
praca z artystą należy do bardzo ciężkich. Dzisiaj dzięki Andrzejowi
świat dalej ogląda i czyta o Krzysztofie Krawczyku. Andrzej nie pozwoli
zamknąć w szufladzie twórczości Krzysia. Pracuje jeszcze więcej niż za
życia Krzysia, a ja modlę się o zdrowie Andrzeja codziennie, bo bez
Andrzeja menedżera i przyjaciela zginęłabym.
Andrzej Kosmala to jest największy przyjaciel mojego męża i nie było
innych przez czterdzieści lat, jak byłam z Krzysiem. Jeśli ktoś mówi, że
był przyjacielem Krzysztofa Krawczyka, to nadużywa tego słowa. Niech
udowodni tę przyjaźń, a ja chętnie go poznam.
Z podziękowaniem, Andrzeju!
Ewa
Andrzej Kosmala: Wiesz, że jeżeli chodzi o nasze rodzinne spotkania: Krawczyków i rodziny Kosmalów, to było
odbębnianie całego towarzyskiego ceremoniału. A Krzysztof uwielbiał
celebrować spotkania towarzyskie. Bywalcy tych spotkań pamiętali je
potem długo. Powiedziałem mu kiedyś: wiesz, pomyliłeś się z zawodem, ty
powinieneś zostać szefem protokołu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych
albo na jakiejś placówce dyplomatycznej.
Zresztą już w drugiej połowie lat 70. z pierwszych zarobionych
pieniędzy, głównie w NRD, zaczął budować w Szklarskiej Porębie
pensjonat, który chciał prowadzić osobiście, a jako bonus dla gości
dołączać swoje śpiewanie! Jak na tamte czasy był to szalony pomysł, ale
Krawczyk tak zrozumiał rzucone wtedy przez Edwarda Gierka hasło: musimy
brać sprawy w swoje ręce! I kiedy z wizytą na budowie Krawczyk gościł
Zenona Laskowika, ten miał tylko jeden komentarz: Szalony Krawiec!
Ale tak naprawdę, jeżeli chodzi o nasze tego typu spotkania, to po
przejściu wstępnej celebry, zarówno on, jak i ja czekaliśmy na moment
swobody, żebyśmy mogli omówić sprawy zawodowe. Bo my byliśmy
pracoholikami!
Było to omawianie planów, często wyrzucanie wzajemnych pretensji,
polemizowanie, a nawet kłótnie.
Ewa, widząc ten błysk w naszych oczach, mówiła do mojej świętej pamięci
Izy, a potem czyniła to do Kasi: "No to chodźmy i zajmijmy się kuchnią,
bo panowie mają swoje sprawy do omówienia". A te sprawy wydawały nam się
niecierpiące zwłoki, do tego rozmowy często nie były łatwe, a Krzysztof
bardzo chciał, byśmy rozmawiali sami i nigdy nie były to rozmowy
dotyczące na przykład pieniędzy. Myśmy właściwie nigdy się nie kłócili i nie dyskutowali o pieniądzach, no chyba że chodziło o kwoty negocjacyjne
ewentualnych honorariów dla Krzysztofa, ale wtedy jak spod ziemi
pojawiała się Ewa i wchodziła w rozmowę. Bo ona była księgową w tym
związku. Zresztą czy nie jest tak w większości związków małżeńskich czy
partnerskich?
Były też w naszej przyjaźni chwile specjalne. Krzysiu, śpiewałeś na
ślubie mojej córki Joanny Ave Maria w kościele i bawiłeś się na jej
weselu... Śpiewałeś nad trumną i grobem mojej małżonki, a waszej
przyjaciółki Izabeli... Byłeś przy pierwszej komunii mojego wnuka
Fryderyka... Ewa zaś została matką chrzestną mojej wnuczki Izuni...
I byłeś przy grobie mojego syna Roberta w momencie mojej największej
tragedii w życiu. Tych naszych wspólnych łez nie da się wymazać przez
zapomnienie...
Zawsze można było liczyć na Twoje wsparcie wynikające z pozycji
zawodowej i pozycji społecznej, ale przede wszystkim mogłem liczyć na
Ciebie jako Przyjaciela, który pomoże dobrym słowem, ale i przestrzeże
przed niewłaściwymi krokami w życiu osobistym. I tutaj też moja
wdzięczność nie zna granic.
Przyjdzie czas, będzie rada
Przyjdzie czas, będzie rada
Nowy dzień
a ty już
problem masz
jak co dnia
Ten twój świat
niesie ci
milion spraw
i kłopotów sto
Ale ty
siłę masz
zmierzyć się
z każdym z nich
Bo co dnia
jesteś jak
słońca blask
co nie zgasi go
najmocniejszy wiatr
Przyjdzie czas, będzie rada
nie ma co martwić się
przestań już w kółko biadać
jak w życiu jest ci źle
Przyjdzie czas, będzie rada
zacznij lepiej słuchać mnie
przestań gadać dziś o kłopotach swych
zacznij życiem cieszyć się
Każda noc
jak twój sen
zawsze źle kończy się
widzisz znów
życie swe
jak zły sen
niekończący się
Ale gdy
wraca dzień
w całej tej
życia grze
Jesteś jak
dama kier
dobrze wiesz, dobrze wiesz
trzeba w życiu brać
tę najlepszą z kart
Przyjdzie czas, będzie rada
nie ma co martwić się
przestań już w kółko biadać
jak w życiu jest ci źle
Przyjdzie czas, będzie rada
zacznij lepiej słuchać mnie
przestań gadać dziś o kłopotach swych
zacznij życiem cieszyć się
no tak
Słowa: Andrzej Kosmala
Muzyka: Robert Kalicki
Śpiew: Krzysztof Krawczyk
Ewa Krawczyk: Andrzeju! Pamiętam też
bardzo poważne wasze kłótnie z Krzysztofem, ale nigdy nie kłóciliście
się o pieniądze. Kłóciliście się o repertuar, o nagrania, promocje,
ogólnie o sprawy zawodowe, do których ja się nigdy nie wtrącałam.
Żeby łagodzić wybuch, miałyśmy z twoją Izunią metody, żeby was godzić,
bo obaj bardzo to przeżywaliście i aż bałyśmy się o wasze zdrowie.
Czasem te wasze konflikty wręcz już prawie kończyły współpracę. Ale
wiedziałyśmy z Izunią, a potem z Kasią, że nigdy do tego nie dojdzie.
Starałyśmy się was godzić, stosując nasze kobiece sztuczki. Nawet nie
wiedzieliście o tych naszych gorących liniach.
Muszę powiedzieć szczerze, żeby tak nie słodzić: wasze decyzje wykuwały
się niejednokrotnie w konfliktach. Ale nie dam dziś złego słowa
powiedzieć o waszej współpracy.
Krzysztof wielokrotnie po takich kłótniach, nieprzespanych nocach,
dyskusjach ze mną, opowiadał: "Ewunia, jaki jest ten Kosmala, to jest,
ale ja bez Kosmali nie istnieję!". Ja też byłam często bardzo zła, bo
mnie również denerwowałeś.
I często po nocnych dyskusjach dochodziliśmy do wniosku, że mamy
szczęście, że mamy tego Kosmalę! I trzeba się pogodzić. Trzeba sobie
podać rękę.
A co najlepiej świadczy, że mieliście do siebie zaufanie? To, że
pracowaliście bez spisanego kontraktu. I nigdy nie zostawiliście się
nawzajem w potrzebie.
Gdzie na świecie menedżer pracuje z artystą bez kontraktu? Nie ma
takiego przypadku! Zawsze mogliście na siebie liczyć. Taka jest prawda.
I teraz, po śmierci mego męża, kiedy są ludzie, którzy chcą zniszczyć
karierę Krzysztofa, nie są w stanie tego uczynić, bo Krzysztof ma w tobie najlepszego adwokata. Bo za dużo zrobiliście. Przede wszystkim,
Andrzeju, miałeś fantastycznego artystę. I stworzyliście wspaniały duet!
I tego nie da się zniszczyć! Gdyby nawet wojna wybuchła, to i tak w archiwach legenda Krawczyka pozostanie. Bo miał dobrego menedżera, który
dbał o wszystko, nawet po śmierci artysty...
Andrzej Kosmala: Co do jednego byliśmy
zgodni zawsze w sprawach artystycznych: nie dać się zaszufladkować
repertuarowo.
Krzysztof mówił: "musimy uciekać od stereotypu. Musimy być jak Elvis w swym dojrzałym okresie drogi artystycznej".
Nie chciał tak jak większość polskich gwiazd śpiewać wciąż tej samej
piosenki, tylko pod innym tytułem i w innej oprawie. Mówił: "Przecież ja
bym sam się sobą zanudził!".
Niedawno znalazłem nasz wspólny wywiad z 1987 roku, udzielony w TVP
Marii Szabłowskiej, słynnej "Pućce", która nie zawsze była przychylna
Krzysztofowi, ale zrobiła dla nas wiele dobrego.
Spisuję tutaj z taśmy fragment tej rozmowy, bo idealnie ilustruje to, o czym powiedziałem powyżej.
Maria Szabłowska: Panów właściwie nie
trzeba przedstawiać. Krzysztof Krawczyk, a drugi nasz gość to pan
Andrzej Kosmala, dyrektor artystyczny Zjednoczonych Przedsiębiorstw
Rozrywkowych w Poznaniu. We wrześniu 1987 roku minęły dwa lata od
powrotu Krzysztofa Krawczyka na polskie estrady, ale mówi się, że nie
jest to tak zupełnie zasługa twoja, Krzysztofie, ale że za tym wszystkim
stoi pan Andrzej Kosmala. No i teraz tak powiedzmy sobie szczerze, że
duża część publiczności zaakceptowała cię po tym powrocie, jeździsz,
koncertujesz, bardzo się podobasz, ale są osoby, które uważają, że
powinieneś po powrocie ze Stanów Zjednoczonych przedstawić coś nowego,
zaśpiewać inaczej, nowocześniej.
Krzysztof Krawczyk: Zgadza się, ja
zresztą z takim zamiarem tutaj wracałem i do swojego szefa zwróciłem się
zaraz po powrocie: posłuchaj Phila Collinsa. Taka wspaniała płyta, może
pójdziemy w tym kierunku? Za głowę się złapał, mówiąc: ty masz śpiewać
dla ludzi, którzy znają twoje piosenki, ale pozbawiłeś ich na pięć lat
kontaktu ze sobą. Poczekaj rok, dwa, bo teraz taka zmiana byłaby zbyt
drastyczna...
Andrzej Kosmala: Przypomnij sobie, jak
cię zapytałem, czy w dalszym ciągu chcesz śpiewać dla tak zwanej
szerokiej publiczności?
Krzysztof Krawczyk: Tak, było takie
pytanie...
Andrzej Kosmala: Powiedziałeś, że
chcesz. Trudno połączyć wodę z ogniem, w związku z czym pojechaliśmy w dziesięciodniową trasę po województwie tarnowskim. Pojechałem razem z Krzysztofem. Krzysztof śpiewał bardzo różne piosenki: od swoich
największych polskich przebojów po rock and rolle Elvisa Presleya. I ja
przez te dziesięć dni bacznie obserwowałem publiczność i prawdziwy
entuzjazm budziły sprawdzone przeboje Krzysztofa. Dlatego postanowiliśmy
jednak ewoluować stopniowo, a przede wszystkim przyjąć jedną zasadę, nie
dać się zaszufladkować. Raz pop, raz country, raz rock and roll, a nawet
dance - łamać konwencję, stereotypy. Akurat wydaje mi się, że Krzysztofa
na to stać, że po prostu przy jego możliwościach wokalnych może i powinien być tego typu wykonawcą...
Maria Szabłowska: Panie Andrzeju, ale
czy zawsze trzeba się tak słuchać publiczności i iść za jej gustem, czy
nie należy czasami jej czegoś narzucić, zaskoczyć, zaszokować?
Andrzej Kosmala: Proszę pani, mnie się
wydaje, że od dwóch lat próbujemy to robić. Nagrywamy a to bigbandowo
swingujące piosenki, a to płytę z muzyką country, a to dyskotekę z zespołem Bolter, a z orkiestrą symfoniczną kolędy i pastorałki. To już
jest zaskakiwanie pewnego rodzaju i będziemy dalej zaskakiwać. W mojej
działalności impresaryjnej, menedżerskiej, promocyjnej i tak dalej, bo
przecież pracuję także z innymi wykonawcami, kieruję się zawsze jedną
zasadą: publiczność ma rację nawet wtedy, kiedy jej nie ma, bo dzięki
niej istniejemy i dla niej pracujemy.
Krzysztof Krawczyk: Poza tym tego
wyboru dokonałem już wcześniej. Czy będę piosenkarzem śpiewającym
piosenki do słuchania, do nucenia czy do tańca wręcz, czy też po prostu
będę starał się bardzo, żeby być dobrze ocenianym przez krytykę. Zrobię
wszystko, by połączyć różne style. W Ameryce jest teraz takie modne
określenie muzyczne crossover, czyli krzyżowanie. To taka
wielostylistyczność budowana w zaskakujący sposób. Ale przede wszystkim
chodzi o to, że co bym nie zaśpiewał, to ma to być przede wszystkim
Krzysztof Krawczyk.
Jeżeli piosenkarz jest jednostylistyczny, bierze się to zazwyczaj z możliwości wokalnych: skali, barwy głosu, jego dynamiki, umiejętności
operowania głosem i co tu dużo gadać: czy podchodzi z sercem do
wykonywanej piosenki, bowiem nie można jej śpiewać wbrew sobie!
Otóż Krzysztof posiadał takie walory wokalne i umiejętności techniczne,
że aż żal było go zamykać w jednej konwencji stylistycznej. Tym bardziej
że łatwo dawał się przekonywać do ładnych melodii, ale jako dziecko rock
and rolla lubił też utwory bardzo rytmiczne, dynamiczne.
Kiedy trafił w moje ręce, to szybko się zorientowałem, że dostałem
skarb. Z takim artystą to można nagrywać wszystko. I dlatego nagraliśmy
aż tyle płyt. Nikt w Polsce, a nawet i Europie, nie nagrał ich tak
wiele.
Co tu gadać, miałem w ręku dojrzałego Elvisa Presleya pożenionego z Tomem Jonesem, Cliffem Richardem, Julio Iglesiasem, Demisem Roussosem,
Frankiem Sinatrą czy Deanem Martinem, Kennym Rogersem, Rayem Charlesem,
Bobem Dylanem i Leonardem Cohenem, a nawet Mieczysławem Foggiem. Kogo
jeszcze wrzucicie do tego kotła? I kto mi wskaże na świecie piosenkarza,
który wyszedłby obronną ręką z takiego kotła?
Pięknie skomentował to Marek Sierocki:
Ja Krzysztofa nazywałem Mister Voice. Bo to niepowtarzalny głos. Mówi
się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Krzysztofa nikt nie zastąpi, bo
nikt nie ma, nie miał i chyba nie będzie miał takiego głosu w Polsce,
jaki miał Krzysztof. On był takim muzycznym kameleonem. Świetnie czuł
się w różnych gatunkach muzycznych, ale jedno, co go wyróżniało, to był
właśnie ten głos, który był jego znakiem rozpoznawczym i obojętnie czy
śpiewał utwory Elvisa Presleya, czy śpiewał piosenki taneczne, czy
bałkańskie klimaty z Goranem Bregovićem, czy produkcję Smolika, to
zawsze ten jego głos był czymś najważniejszym! Niezwykle
charakterystyczny głos i co do tego wszyscy absolutnie jesteśmy zgodni.