Sława - Janusz Korczak
9.49 zł
7.78 zł
(7,39 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Najtrudniej zacząć opowiadanie, bo trzeba odrazu dużo powiedzieć. A jeżeli powiedzieć odrazu za dużo, może się wszystko poplątać. W tej powieści jest aż pięcioro dzieci, są ich rodzice, stara babcia, wuj, kot, ciocia i wiele innych osób. Właściwie warto mówić tylko o starszych. Bo i cóż może być ciekawego w małej Abu, która zawsze śpi, płacze lub mruczy: "aba, abu, abu?" Wicuś i Pchełka są starsi od Abu, ale niezadługo zachorują i umrą, więc i o nich niewiele można powiedzieć. Babcia też zaraz wyjedzie, a kot zostanie na dawnem mieszkaniu. I o dawnem mieszkaniu wspominać nie warto, bo przecież się wyprowadzą. Teraz Władek chodzi jeszcze do szkoły, ma pasek z klamrą, bluzę z boczną kieszenią, piórnik z kluczykiem. I Mania chodzi do szkoły, ale łatwej - gdzie tylko stawiają do kąta, jeżeli się źle sprawować. Właściwie Władek rozmawia tylko z Manią, ale też niechętnie. Bo Mania jest dziewczyna, pożaru nie widziała, a jak coś opowiada, nigdy wiedzieć nie można, czy było naprawdę, czy tylko tak wymyśliła. - Kłamiesz! - mówi Władek. - Jak mamę z duszy kocham, że prawda! I Władek w rozmowie z Manią ciągle powtarza: - Ty tam dużo wiesz! Albo: - Co ty tam wiesz! Albo: - Głupia jesteś... O cioci, której zawsze gorąco i nie znosi hałasów, też mówić nie warto, bo tatusiowi nie chciała pożyczyć stu rubli; a tatuś był łatwowierny i wszystkim pożyczał. Nawet wuj - ale nie cioci mąż, tylko ten drugi, który Pchełkę nazwał Pchełką i Władkowi dał domino i piórnik z kluczykiem - też nie będzie przychodził na nowe mieszkanie. I wszystko się zmieni. Można wspomnieć, że raz Abu wypadła z kołyski; że Pchełka znalazła za beczką mysz, która się jeszcze ruszała; że Władek bardzo pokłócił się z Wicusiem o pachnącą flaszkę od wody kolońskiej, bo nie wiedział przecie, że Wicuś zachoruje i umrze. Można wspomnieć, iż tatusiowi dlatego zaczęło się źle powodzić, że naprzeciwko Smok założył kawiarnię z marmurowemi stolikami dla gości i na szybach namalował kije i kule bilardowe. - Zobaczysz, że ten Smok nas połknie - powiedziała do ojca mama, kiedy zobaczyła marmurowe stoliki i duży śliczny szyld z namalowanym plackiem i szklankami. I naprawdę wszyscy zaczęli chodzić naprzeciwko, nie chcieli pić herbaty i mleka w kawiarni tatusia, przy stolikach, obitych ceratą. - Trzeba będzie gdzieindziej szukać chleba - mówiła mama, a tatuś wzdychał. Władek wiedział, że mają się wyprowadzić, ale nie rozumiał, dlaczego; bo tatuś był przecie pierwszy, więc po co ma ustępować? Muszę dodać, że akurat przed przeprowadzką rozkopano całą ulicę i położono długie żelazne rury. Można się było tak pysznie bawić w fortecę.
Przeprowadzka jest bardzo przyjemna, bo przy pakowaniu wolno wszystko robić; widzi się wiele przedmiotów, które były schowane, a pudełka i sznurki, które mama wyrzuca, można wziąć sobie na własność. Przeprowadzka nawet wtedy jest miła, kiedy na ulicy wykopano rowy; nawet wtedy, gdy się widzi łzy w oczach rodziców, smutek babci i kota. Bo i kot jest smutny. Ziewa, myje się, miauczy, ciągle chodzi za babcią i starannie unika Wicusia. Wicuś chce wytłómaczyć, co się dzieje, ale kot nie słucha. Wicuś bierze go na kolana; kot przypomina sobie coś bardzo ważnego i szybko odchodzi. Ojciec, Władek i Mania pojadą na furze z rzeczami, a babcia, mama i malcy - tramwajem. Władek trzyma dwa klosze od lampy, a Mania - klatkę z kanarkiem. Jechali długo - długo, zupełnie innemi ulicami; potem weszli bardzo wysoko, a na każdem piętrze wiele osób im się przyglądało. - Teraz będzie u nas czysto - pomyślał Władek. Bo mama mówiła, że brudno u nich jak w chlewie, że na parterze nie może być czysto, że dzieci przynoszą śmiecie i błoto z podwórza. Obiadu dnia tego nie było. Spali na podłodze, bo łóżka trzeba dopiero zestawić, a przy jednem łóżku ułamała się noga. Nazajutrz wszyscy wstali wcześnie. Wicuś nie chciał się ubrać - mama dała mu trzy głośne klapsy. Wicuś bardzo się zdziwił i zaraz przestał płakać. Zrozumiał, że na nowem mieszkaniu jest jakoś inaczej. - Pijcie herbatę i wynoście się na podwórko - powiedziała mama. Dawniej mama dodawała jeszcze: - I nie bawcie się z łobuzami. - Czy wszyscy mają wyjść? - zapytał Władek. - Wszyscy - powiedziała mama. Władek sprowadził ze schodów Wicusia tak samo ostrożnie, jak wczoraj niósł klosze od lampy. Wicuś był bardzo zadowolony, że tyle schodów ma do schodzenia; a Mania prowadziła Pchełkę i niosła trzy pudełka, bo się bała, że je mama wyrzuci. Na podwórzu stanęli koło muru, a dzieci z podwórza przyglądały im się ciekawie; nic nie mówiły, tylko podchodziły coraz bliżej i patrzały. To było bardzo nieprzyjemnie tak nie znać nikogo. Dopiero jedna starsza dziewczynka odpędziła wszystkich: - Czego się gapicie? nie widzieliście ludzi, czy co? Odejdźcie sobie. Posłuchali i odeszli, a ona została. - Wyście się wczoraj sprowadzili - prawda? - zapytała. - My - odpowiedziała Mania. Właściwie Władek powinien był odpowiedzieć, bo starszy; ale on myślał, co zrobić, aby obca dziewczynka zrozumiała, że nie jest zwyczajnym łobuzem. Powiedzieć odrazu, że chodził do szkoły, nie mógł przecie, bo nie chciał się chwalić; ukłonić się też nie mógł, bo czapkę zostawił na górze. Więc nagle powiedział: - Dziękuję. - Za co mi dziękujesz? - zapytała zdziwiona. - Że ci wszyscy poszli sobie od nas. Władek zrozumiał, że wyrwał się głupio, bo mama kazała dziękować za prezent, a dziewczynka nic im nie dała. Potem zaczęli rozmawiać, i nowa znajoma opowiedziała o swym ojcu bardzo dziwną historję. Mówiła szeptem, żeby nawet Mania nie słyszała, i zabroniła Władkowi powtarzać. Władek wrócił do mieszkania dumny, że powierzono mu tak wielką tajemnicę, o której nikt wiedzieć nie powinien.