Sława i śmierć - Nora Roberts

Kup ebooka

38.90 zł
30.89 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Zmarli byli jej spe­cjal­no­ścią. Żyła z nimi, pra­co­wała z nimi, zgłę­biała ich tajem­nice. Śniła o nich. A ponie­waż wciąż uwa­żała, że to za mało, gdzieś w głębi serca szcze­rze ich opła­ki­wała.

Dzie­sięć lat pracy w zawo­dzie poli­cjantki stę­piło jej wraż­li­wość, pozwo­liło przyj­mo­wać śmierć z kli­nicz­nym, cynicz­nym nie­mal chło­dem. Dla­tego scena zbrodni, na którą wła­śnie patrzyła, zbrodni popeł­nio­nej na zaśmie­co­nej, zala­nej desz­czem ulicy, wyda­wała jej się aż nazbyt zwy­czajna. Mimo to wciąż prze­ży­wała to, co się stało.

Mor­der­stwo wpraw­dzie już nie szo­ko­wało, lecz na­dal budziło w niej odrazę.

Zamor­do­wana kobieta była kie­dyś praw­dziwą pięk­no­ścią. Jej dłu­gie jasne włosy roz­sy­pały się na chod­niku niczym złote pro­mie­nie słońca. W sze­roko otwar­tych, fioł­ko­wych oczach wid­niał wyraz bez­gra­nicz­nego zdu­mie­nia i stra­chu, który pozo­sta­wia po sobie śmierć. Po bla­dych bez­kr­wi­stych policz­kach spły­wały kro­ple desz­czu.

Denatka ubrana była w ele­gancki kostium, dopa­so­wany kolo­rem do jej oczu. Sta­ran­nie zapięta mary­narka kon­tra­sto­wała rażąco z unie­sioną spód­nicą, odsła­nia­jącą szczu­płe uda. Dys­kretna, lecz kosz­towna biżu­te­ria zdo­biła palce ofiary, płatki uszu i klapę mary­narki. Obok wypro­sto­wa­nej ręki leżała torebka ze złotą zapinką.

Kobieta miała pode­rżnięte gar­dło.

Porucz­nik Eve Dal­las przy­kuc­nęła obok mar­twego ciała i przy­glą­dała mu się uważ­nie. Widok i zapach śmierci były jej dobrze znane, ale za każ­dym razem, w każ­dym przy­padku poja­wiało się coś nowego. Zarówno ofiara, jak i mor­derca zosta­wiali wła­sny nie­po­wta­rzalny ślad, swój styl, a to czy­niło zabój­stwo sprawą oso­bi­stą.

Ekipa docho­dze­niowa była już na miej­scu. Miej­sce zbrodni zostało oto­czone wyso­kimi ekra­nami, chro­nią­cymi je przed wzro­kiem gapiów. Ulicę zamknięto dla ruchu, lecz o tak wcze­snej porze nie było to dla kie­row­ców szcze­gól­nym utrud­nie­niem. Zza drzwi pobli­skiego sek­sklubu docho­dziło mia­rowe dud­nie­nie, któ­remu towa­rzy­szyły wrza­ski roz­ba­wio­nych gości. Pul­su­jący neon nad wej­ściem oble­wał ciało kobiety upior­nym bla­skiem.

Eve mogła zamknąć ten lokal na resztę nocy, uznała jed­nak, że wywo­ła­łoby to tylko nie­po­trzebne zamie­sza­nie. Nawet w roku 2058, kiedy broń została zde­le­ga­li­zo­wana, a testy gene­tyczne pozwa­lały wyeli­mi­no­wać zbrod­ni­cze skłon­no­ści, nim mogły obja­wić się w pełni, wciąż zda­rzały się mor­der­stwa. I docho­dziło do nich tak czę­sto, że goście noc­nego klubu z pew­no­ścią nie byliby zado­wo­leni, gdyby ktoś prze­rwał im zabawę z tak bła­hego powodu jak czy­jaś śmierć.

Obok pra­cu­ją­cej bez­gło­śnie kamery stał umun­du­ro­wany poli­cjant. Za jego ple­cami cze­kała na swą kolej grupa pra­cow­ni­ków z ekipy docho­dze­nio­wej. Sku­leni i okryci szczel­nie płasz­czami prze­ciw­desz­czo­wymi roz­ma­wiali wesoło o spo­rcie i zaku­pach. Nie spoj­rzeli jesz­cze nawet na ciało mar­twej kobiety, nie roz­po­znali jej.

Czy to lepiej, że ją zna­łam? - myślała Eve, patrząc na ślady krwi, nik­nące powoli w stru­gach desz­czu.

Zna­jo­mość z pro­ku­ra­tor Cicely Towers ogra­ni­czała się wyłącz­nie do spraw zawo­do­wych, mimo to Eve zdą­żyła sobie wyro­bić zda­nie na jej temat. Kobieta suk­cesu, myślała, silna i nie­ustę­pliwa, która zawsze wal­czyła o spra­wie­dli­wość.

Czy wła­śnie to spro­wa­dziło ją tutaj, do tej zaka­za­nej dziel­nicy?

Eve wes­tchnęła ciężko i się­gnęła do torebki ofiary, by potwier­dzić jej toż­sa­mość.

- Cicely Towers - mówiła do rekor­dera. - Kobieta, czter­dzie­ści pięć lat, roz­wie­dziona. Zamiesz­kała 2132 East 83, numer 61B. Motyw rabun­kowy wyklu­czony. Ofiara ma na sobie biżu­te­rię i około... - przej­rzała szybko zawar­tość port­fela - dwu­dzie­stu dola­rów gotówką, czter­dzie­ści żeto­nów kre­dy­to­wych i sześć kart płat­ni­czych. Brak śla­dów walki, napaść na tle sek­su­al­nym raczej mało praw­do­po­dobna.

Spoj­rzała na nie­ru­chome ciało.

Co ty tu, do dia­bła, robi­łaś, Towers? - zasta­na­wiała się gorącz­kowo. W tej brud­nej dziu­rze, z dala od two­jego ele­ganc­kiego miesz­ka­nia?

I ubrana jak na ważne spo­tka­nie, dodała w myślach. Eve dobrze znała styl Cicely Towers, nie­raz podzi­wiała jej strój w sali sądo­wej i w tele­wi­zji. Wyraźne, zde­cy­do­wane kolory, dosko­nale dobrane dodatki, nie­po­zba­wione kobie­cego wdzięku.

Wstała i odru­chowo wytarła wil­gotne na kola­nach dżinsy.

- Mor­der­stwo - orze­kła krótko. - Zaj­mij­cie się nią.

*

Eve wcale nie była zasko­czona, kiedy ujrzała grupę dzien­ni­ka­rzy ocze­ku­ją­cych na nią przed wej­ściem do budynku, w któ­rym miesz­kała Cicely Towers. Nie znie­chę­cał ich nawet fakt, że była trze­cia nad ranem i lało jak z cebra. W oczach repor­te­rów Eve doj­rzała napię­cie i żądzę sen­sa­cji. Wia­do­mość trak­to­wano jak zdo­bycz, a wzrost oglą­dal­no­ści - jak tro­feum.

Mogła zigno­ro­wać kamery skie­ro­wane w jej stronę, zbyć mil­cze­niem grad pytań, jakim zasy­pali ją dzien­ni­ka­rze. Zdą­żyła się już nie­mal przy­zwy­czaić do tego, że nie jest ano­ni­mową funk­cjo­na­riuszką. Sprawa, którą pro­wa­dziła i zamknęła minio­nej zimy, uczy­niła z niej osobę publiczną. Ta sprawa, pomy­ślała, obrzu­ca­jąc lodo­wa­tym spoj­rze­niem repor­tera, który miał czel­ność sta­nąć na jej dro­dze, i zwią­zek z Roar­kiem. Wtedy także cho­dziło o mor­der­stwo, a śmierć, choćby naj­bar­dziej nie­zwy­kła, szybko nudziła się mediom.

Nato­miast Roarke zawsze wzbu­dzał ich zain­te­re­so­wa­nie.

- Co pani już wie, pani porucz­nik? Czy są jacyś podej­rzani? Zna pani motyw? Czy potwier­dza pani infor­ma­cję, że mor­derca pozba­wił ofiarę głowy?

Eve zwol­niła kroku i ogar­nęła spoj­rze­niem tłum prze­mo­czo­nych i żąd­nych sen­sa­cji repor­te­rów. Sama także była mokra, zmę­czona i zzięb­nięta, wie­działa jed­nak, że musi uwa­żać na to stado dra­pież­ni­ków. Nauczyła się już, że jeśli odda mediom choćby naj­drob­niej­szą cząstkę sie­bie, bez­li­to­śnie to wyko­rzy­stają, wysy­sa­jąc z niej ostat­nią kro­plę krwi.

- Na razie nie mam dla pań­stwa żad­nych infor­ma­cji prócz tej, że wydział zabójstw pro­wa­dzi śledz­two w spra­wie śmierci pro­ku­ra­tor Cicely Towers.

- Czy to wła­śnie pani zaj­muje się tą zbrod­nią?

- Jestem ofi­ce­rem pro­wa­dzą­cym sprawę - odparła krótko, minęła dwóch umun­du­ro­wa­nych poli­cjan­tów i weszła do budynku.

Hol pełen był kwia­tów. Dłu­gie rzędy roz­ło­ży­stych, barw­nych roślin, zwi­sa­jące pędy okryte bia­łymi pąkami przy­wo­dziły jej na myśl wio­snę w jakimś egzo­tycz­nym miej­scu - na przy­kład na wyspie, na któ­rej spę­dziła z Roar­kiem trzy cudowne dni po zakoń­cze­niu poprzed­niego śledz­twa.

Nie uśmiech­nęła się nawet do tych wspo­mnień, choć zro­bi­łaby to zapewne w innych oko­licz­no­ściach, tylko szyb­kim kro­kiem prze­kro­czyła wyło­żony płyt­kami kory­tarz i sta­nęła przed pierw­szą z brzegu windą.

Dokoła aż roiło się od umun­du­ro­wa­nych poli­cjan­tów. Dwaj funk­cjo­na­riu­sze spraw­dzali infor­ma­cje zare­je­stro­wane w kom­pu­te­rze ochrony, inni obser­wo­wali wej­ście do budynku, jesz­cze inni stali przy win­dach. Eve pomy­ślała, że jest ich tutaj zde­cy­do­wa­nie zbyt wielu, z dru­giej jed­nak strony to oczy­wi­ste, że kiedy ginie ktoś zwią­zany z poli­cją czy wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści, sprawa nabiera wyjąt­ko­wego wymiaru.

- Czy miesz­ka­nie zostało już zabez­pie­czone? - spy­tała naj­bliż­szego poli­cjanta.

- Tak jest. Nie wpusz­cza­li­śmy tam nikogo od momentu, gdy pani do nas zadzwo­niła, to jest od dru­giej dzie­sięć.

- Chcę dostać kopie wszyst­kich dys­kie­tek ochrony. - Eve weszła do windy. - Na razie z ostat­nich dwu­dzie­stu czte­rech godzin. - Spoj­rzała na nazwi­sko wyszyte na mun­du­rze poli­cjanta. - Posta­raj­cie się, żeby dotarły do mnie w ciągu naj­bliż­szej godziny, Biggs. Poziom sześć­dzie­siąt jeden - rzu­ciła do mikro­fonu i drzwi windy zamknęły się bez­sze­lest­nie.

Na sześć­dzie­sią­tym pierw­szym pię­trze przy­wi­tała ją abso­lutna cisza. Pod­łoga wąskiego kory­ta­rza, podob­nego do kory­ta­rzy wszyst­kich budyn­ków miesz­kal­nych wznie­sio­nych w ciągu ostat­niego pół­wie­cza, pokryta była gru­bym, mięk­kim dywa­nem. Na kre­mo­wych ścia­nach wisiały w rów­nych odstę­pach lustra, które powięk­szały optycz­nie nie­wielką prze­strzeń.

Eve pomy­ślała, że dla miesz­kań­ców tego budynku prze­strzeń nie sta­no­wiła pro­blemu. Na całym pię­trze znaj­do­wały się tylko trzy apar­ta­menty. Korzy­sta­jąc ze swej uni­wer­sal­nej poli­cyj­nej karty, Eve odko­do­wała zamki apar­ta­mentu 61-B i weszła do ele­ganc­kiego wnę­trza.

Rozej­rzaw­szy się dokoła, uznała, że Cicely Towers lubiła życie ele­ganc­kie i nie szczę­dziła na to pie­nię­dzy. Nie tra­cąc czasu na dłuż­sze roz­my­śla­nia, wpięła w kie­szeń minia­tu­rową kamerę wideo i roz­po­częła dokład­niej­sze oglę­dziny. Od razu roz­po­znała dwa obrazy uzna­nego współ­cze­snego arty­sty, zdo­biące różowe ściany pomiesz­cze­nia, w któ­rym znaj­do­wała się kon­sola komu­ni­ka­cyjna w kształ­cie wiel­kiej pod­kowy, poma­lo­wa­nej w zie­lono-różowe paski. To dzięki zna­jo­mo­ści z Roar­kiem potra­fiła bez trudu ziden­ty­fi­ko­wać dzieła sztuki i domy­ślić się, jakie pie­nią­dze wło­żyła Cicely Towers w pozor­nie pro­sty i nie­wy­szu­kany wystrój pokoju.

Cie­kawe, ile rocz­nie zara­bia pro­ku­ra­tor? - zasta­na­wiała się, spo­glą­da­jąc na bogate wnę­trza.

Miesz­ka­nie utrzy­mane było w ide­al­nym porządku, każdy przed­miot miał tutaj swoje miej­sce. Eve pamię­tała Cicely Towers wła­śnie jako kobietę nie­zwy­kle upo­rząd­ko­waną, wręcz pedantkę. Ta skru­pu­lat­ność doty­czyła nie tylko jej wyglądu, ale także pracy i spo­sobu zacho­wa­nia.

Co więc taka ele­gancka, bystra i upo­rząd­ko­wana kobieta robiła w paskud­nej dziel­nicy w środku paskud­nej nocy?

Eve prze­cha­dzała się powoli po miesz­ka­niu. Pod­łoga wyło­żona bia­łym drew­nem lśniła jak lustro w tych nie­licz­nych miej­scach, gdzie nie zakry­wały jej piękne dywany dobrane barwą do ścian i mebli. Hono­rowe miej­sce na stole zaj­mo­wały opra­wione w drewno holo­gramy dwojga dzieci w róż­nych okre­sach dora­sta­nia, od nie­mow­lęc­twa do pierw­szych lat stu­diów; chło­piec i dziew­czyna, oboje bar­dzo ładni, uśmiech­nięci.

To dziwne, pomy­ślała Eve. Pra­co­wała z pro­ku­ra­tor Towers od lat, roz­wią­zy­wały razem wiele spraw. Czy wie­działa, że Cicely ma dzieci? Krę­cąc głową, pode­szła do małego kom­pu­tera wbu­do­wa­nego w sty­lowe biurko usta­wione w rogu pokoju. Ponow­nie użyła uni­wer­sal­nej karty, by go uru­cho­mić.

- Pokaż mi wszyst­kie spo­tka­nia Cicely Towers zapla­no­wane na dru­giego maja. - Wydęła lekko usta, czy­ta­jąc dane wyświe­tlone na moni­to­rze kom­pu­tera. Godzina w eks­klu­zyw­nym klu­bie fit­ness, potem cały dzień pracy w sądzie, o szó­stej spo­tka­nie z uzna­nym adwo­ka­tem, a potem kola­cja. Eve unio­sła nagle brwi, zasko­czona. Kola­cja z Geo­rge'em Ham­met­tem!

Pamię­tała, że Roarke pro­wa­dzi jakieś inte­resy z Ham­met­tem. Sama miała oka­zję spo­tkać go już dwa razy i wie­działa, że ten cza­ru­jący, inte­li­gentny męż­czy­zna zara­bia ogromne pie­nią­dze i bez skru­pu­łów wydaje je na luk­su­sowe życie.

Kola­cja z Ham­met­tem była ostat­nim punk­tem dnia Cicely Towers.

- Wydru­kuj - mruk­nęła, a po chwili scho­wała kartkę do kie­szeni.

Potem pode­szła do tele­łą­cza i popro­siła o wykaz wszyst­kich roz­mów prze­pro­wa­dzo­nych przez Cicely Towers w ciągu ostat­nich czter­dzie­stu ośmiu godzin. Wie­działa, że być może będzie musiała się­gnąć jesz­cze głę­biej, na razie jed­nak poprze­stała na takim wydruku, by potem zająć się dokład­nym prze­szu­ka­niem miesz­ka­nia.

Po dwóch godzi­nach roz­bo­lała ją głowa, a oczy pie­kły z nie­wy­spa­nia. Poprzed­niego wie­czoru kochała się z Roar­kiem i krótki, led­wie godzinny sen nie wystar­czył na zre­ge­ne­ro­wa­nie nad­wą­tlo­nych sił.

- Według zebra­nych dotych­czas infor­ma­cji - mówiła ze znu­że­niem do rekor­dera - ofiara miesz­kała sama. Nic nie wska­zuje na to, by została zmu­szona do opusz­cze­nia swego apar­ta­mentu siłą. Zapisy z kom­pu­tera i tele­łą­cza nie wyja­śniają, dla­czego zna­la­zła się o tej porze na miej­scu mor­der­stwa. Ofi­cer pro­wa­dzący zabez­pie­czył wszyst­kie dane do dal­szego bada­nia, skon­fi­sko­wane zostaną dys­kietki ochrony budynku. Ofi­cer pro­wa­dzący opusz­cza w tej chwili miesz­ka­nie ofiary i udaje się do jej biura w ratu­szu. Porucz­nik Eve Dal­las, piąta osiem.

Wyłą­czyła nagry­wa­nie, wło­żyła apa­rat do torby i wyszła.

*

Było już dobrze po dzie­sią­tej, kiedy Eve wró­ciła do cen­trali. Poga­niana gło­śnym bur­cze­niem w żołądku naj­pierw zaj­rzała do sto­łówki i prze­ko­nała się z roz­cza­ro­wa­niem, choć bez zasko­cze­nia, że wszyst­kie lep­sze potrawy znik­nęły już z jadło­spisu. Po krót­kim namy­śle zde­cy­do­wała się na kanapki sojowe i napój, który bez więk­szego powo­dze­nia uda­wał kawę. Pochło­nęła posi­łek w ciągu kilku minut, nie zasta­na­wia­jąc się nad jego sma­kiem czy zapa­chem, i dopiero wtedy prze­szła do biura.

Led­wie usia­dła za biur­kiem, roz­ja­rzył się ekran jej tele­łą­cza.

- Porucz­nik Dal­las.

Stłu­miła wes­tchnie­nie i spoj­rzała na sze­roką posępną twarz Whit­neya.

- Zgła­szam się, panie komen­dan­cie.

- Pro­szę przyjść do mojego biura, natych­miast.

Nie zdą­żyła nawet zamknąć ust, gdy moni­tor znów stał się czarny.

Do dia­bła, zaklęła w duchu. Potarła twarz obiema dłońmi, potem prze­cią­gnęła nimi przez krót­kie, brą­zowe włosy. Nie miała nawet czasu, by spraw­dzić wia­do­mo­ści prze­słane na jej kom­pu­ter, poin­for­mo­wać Roarke'a, co się z nią dzieje, czy zdrzem­nąć się choćby przez dzie­sięć minut, o czym marzyła przed wej­ściem do biura.

Wstała ponow­nie, poru­szyła ramio­nami, by ode­gnać do sie­bie znu­że­nie, potem zdjęła kurtkę. Skó­rzane okry­cie chro­niło ją przed desz­czem, ale tutaj nie było już potrzebne. Nie zwra­ca­jąc uwagi na wciąż wil­gotne dżinsy, zebrała wszyst­kie dane, które udało jej się do tej pory zdo­być. Łudziła się nadzieją, że w biu­rze komen­danta zosta­nie poczę­sto­wana kolej­nym kub­kiem kawy.

Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi w gabi­ne­cie prze­ło­żo­nego, zro­zu­miała, że kawa będzie musiała pocze­kać.

Whit­ney nie sie­dział za biur­kiem, jak to miał w zwy­czaju. Stał obok prze­szklo­nej ściany i patrzył na pano­ramę mia­sta, któ­remu słu­żył i które chro­nił od ponad trzy­dzie­stu lat. Pozor­nie roz­luź­niony, trzy­mał za ple­cami złą­czone dło­nie, lecz tej posta­wie prze­czyły zbie­lałe od kur­czo­wego zaci­ska­nia kostki.

Eve przy­glą­dała się przez chwilę sze­ro­kim ple­com i krótko przy­cię­tym, szpa­ko­wa­tym wło­som czło­wieka, który przed kil­koma mie­sią­cami zre­zy­gno­wał z posady głów­nego komi­sa­rza poli­cji, by zostać tu, w swym macie­rzy­stym wydziale.

- Jestem, panie komen­dan­cie.

- Prze­stało padać.

Zdu­miona Eve zmru­żyła oczy, szybko jed­nak przy­brała na powrót bez­na­miętny wyraz twa­rzy.

- Tak jest.

- W grun­cie rze­czy to dobre mia­sto, Dal­las. Łatwo o tym zapo­mnieć, pra­cu­jąc w naszym fachu, ale to dobre mia­sto. Szcze­gól­nie teraz muszę o tym pamię­tać.

Eve mil­czała. Nie miała nic do powie­dze­nia. Cze­kała.

- Wyzna­czy­łem panią na ofi­cera pro­wa­dzą­cego. Teo­re­tycz­nie powinna zaj­mo­wać się tym Deblinksy. Chcia­łem wie­dzieć, czy nie robiła z tego powodu żad­nych trud­no­ści.

- Deblin­sky jest dobrą poli­cjantką.

- Ow­szem. Ale pani jest lep­sza.

Eve była zado­wo­lona, że Whit­ney stoi zwró­cony do niej tyłem, nie mogła bowiem powstrzy­mać gry­masu zasko­cze­nia.

- Doce­niam pań­skie zaufa­nie, komen­dan­cie.

- Zasłu­żyła pani na nie. Postą­pi­łem wbrew pro­ce­du­rze i odda­łem pani tę sprawę ze wzglę­dów oso­bi­stych. Potrze­buję kogoś naj­lep­szego, kogoś, kto zrobi wszystko, by dopaść tego dra­nia.

- Więk­szość z nas znała pro­ku­ra­tor Towers, panie komen­dan­cie. W całym Nowym Jorku nie ma chyba gli­nia­rza, który nie zro­biłby wszyst­kiego, byle tylko zła­pać mor­dercę.

Whit­ney wes­tchnął ciężko, a wes­tchnie­nie to niczym fala prze­bie­gło przez całe jego ciało. Potem odwró­cił się i przez chwilę patrzył na kobietę, któ­rej powie­rzył tak ważną dla sie­bie sprawę. Była szczu­pła, wyda­wała się wręcz chuda, wie­dział jed­nak, że to tylko pozory i że Eve Dal­las jest nie­zwy­kle silna i wytrzy­mała.

Teraz na jej twa­rzy wid­niały oznaki zmę­cze­nia, miała pod­krą­żone oczy, była blada. Nie mógł jed­nak pozwo­lić sobie na współ­czu­cie. Nie teraz.

- Cicely Towers była moją przy­ja­ciółką... bli­ską przy­ja­ciółką.

- Rozu­miem. - Eve nie była pewna, czy rze­czy­wi­ście rozu­mie. - Przy­kro mi, panie komen­dan­cie.

- Zna­łem ją od lat. Razem zaczy­na­li­śmy, gor­liwy poli­cjant i świeżo upie­czona praw­niczka. Moja żona i ja jeste­śmy rodzi­cami chrzest­nymi jej syna - zamilkł na chwilę, jakby nie mógł zapa­no­wać nad emo­cjami. - Zawia­do­mi­łem już o wszyst­kim jej dzieci. Moja żona spo­tka się z nimi. Zostaną u nas do pogrzebu. - Odchrząk­nął gło­śno i zaci­snął moc­niej usta. - Cicely nale­żała do kręgu moich naj­bliż­szych i naj­star­szych przy­ja­ciół, darzy­łem ją sza­cun­kiem i podzi­wem ze względu na jej osią­gnię­cia zawo­dowe, ale przede wszyst­kim kocha­łem ją jako czło­wieka. Moja żona jest zdru­zgo­tana tą wia­do­mo­ścią, dzieci Cicely są w szoku. Mogłem im jedy­nie powie­dzieć, że zro­bię wszystko, co w mojej mocy, by odna­leźć czło­wieka, który doko­nał tego czynu, i oddać Cicely to, dla czego pra­co­wała przez całe życie - spra­wie­dli­wość.

Whit­ney zajął wresz­cie ulu­bione miej­sce za biur­kiem, nie zro­bił tego jed­nak po to, by pod­kre­ślić swoją wła­dzę, lecz ze zwy­kłego zmę­cze­nia.

- Mówię pani o tym, Dal­las, by wie­działa pani od początku, że w tej spra­wie nie może ocze­ki­wać ode mnie obiek­ty­wi­zmu. Żad­nego. I wła­śnie dla­tego powie­rzam ją pani.

- Doce­niam pań­ską szcze­rość, komen­dan­cie - zawa­hała się, lecz tylko na moment. - Ponie­waż był pan bli­sko zwią­zany z ofiarą, będę musiała pana prze­słu­chać, i to jak naj­szyb­ciej. - Patrzyła uważ­nie na twarz szefa, dostrze­ga­jąc, jak mruga powie­kami, zasko­czony. - Pań­ską żonę także, panie komen­dan­cie. Mogę to zro­bić w pań­skim domu, jeśli pan sobie tego życzy.

- Rozu­miem. - Whit­ney wcią­gnął gło­śno powie­trze. - Wła­śnie dla­tego pro­wa­dzi pani to śledz­two, Dal­las. Nie­wielu gli­nia­rzy mia­łoby odwagę przejść tak od razu do rze­czy. Był­bym pani wdzięczny, gdyby pocze­kała pani z prze­słu­cha­niem mojej żony do jutra, może dzień dłu­żej. Wolał­bym także, by zro­biła to pani u nas w domu. Zor­ga­ni­zuję to.

- Tak jest, panie komen­dan­cie.

- Co zro­biła pani do tej pory?

- Prze­szu­ka­łam dom ofiary i jej biuro. Mam infor­ma­cje doty­czące spraw, które pro­wa­dziła, i tych, które zamknęła w ciągu ostat­nich pię­ciu lat. Muszę spraw­dzić nazwi­ska jej rodziny i zna­jo­mych, dowie­dzieć się, czy kto­kol­wiek z oskar­żo­nych przez nią prze­stęp­ców został ostat­nio zwol­niony. Szcze­gól­nie tych ska­za­nych za naj­cięż­sze prze­stęp­stwa. Pani Towers wysłała za kratki sporo takich łotrów.

- Cicely była praw­dzi­wym tygry­sem na sali sądo­wej. Ni­gdy niczego nie prze­oczyła, nie popeł­niła błędu. Aż do teraz.

- Co ona tam robiła, panie komen­dan­cie, w środku nocy? Zgod­nie z tym, co wyka­zała sek­cja, zgon nastą­pił jakiś kwa­drans po pierw­szej. To nie­cie­kawa dziel­nica, napady, han­dla­rze nar­ko­ty­ków, domy publiczne.

- Nie wiem. Cicely była ostrożna, lecz zara­zem... pewna sie­bie. - Whit­ney uśmiech­nął się lekko. - Podzi­wia­łem ją za to. Sta­wała twardo do walki z naj­gor­szymi szu­mo­wi­nami tego mia­sta. Ale żeby świa­do­mie nara­żać się na nie­bez­pie­czeń­stwo... No, nie wiem.

- Pro­wa­dziła pewną sprawę. Oskar­żony, nie­jaki Flu­en­tes, udu­sił swoją przy­ja­ciółkę. Adwo­kat chciał przed­sta­wić to jako zbrod­nię w afek­cie, ale pro­ku­ra­tor Towers podobno miała już sprawcę na widelcu. Spraw­dzam to.

- Czy ten czło­wiek jest na wol­no­ści?

- Tak. Nie był wcze­śniej karany, usta­lono bar­dzo niską kau­cję. Jako oskar­żony o mor­der­stwo miał nosić bran­so­letę iden­ty­fi­ka­cyjną, ale każdy, kto zna się choć tro­chę na elek­tro­nice, pora­dzi sobie bez trudu z taką zabawką. Jak pan sądzi, czy to z nim wła­śnie chciała się spo­tkać?

- Na pewno nie. Spo­tka­nie z oskar­żo­nym poza salą sądową to dla sza­nu­ją­cego się pro­ku­ra­tora rzecz nie do pomy­śle­nia. - Whit­ney pomy­ślał o Cicely i ener­gicz­nie pokrę­cił głową. - Ni­gdy nie pod­ję­łaby takiego ryzyka. Ale on mógł użyć jakichś innych spo­so­bów, by ją tam zwa­bić.

- Jak już powie­dzia­łam, spraw­dzam to. Poprzed­niego wie­czoru była umó­wiona na kola­cję z Geo­rge'em Ham­met­tem. Zna go pan?

- Dość słabo. Spo­ty­kali się cza­sem. Nic poważ­nego, zda­niem mojej żony. Ona zawsze pró­bo­wała zna­leźć dla Cicely ide­al­nego męż­czy­znę.

- Panie komen­dan­cie, naj­le­piej będzie, jeśli zapy­tam o to teraz, pry­wat­nie. Czy łączyły pana z ofiarą sto­sunki intymne?

Na sze­ro­kiej twa­rzy Whit­neya drgnął lekko mię­sień, jego oczy pozo­sta­wały jed­nak spo­kojne.

- Nie. Byli­śmy przy­ja­ciółmi i oboje bar­dzo ceni­li­śmy sobie tę przy­jaźń. Wła­ści­wie Cicely była jesz­cze jed­nym człon­kiem naszej rodziny. Pani tego nie rozu­mie, Dal­las.

- Nie - odparła bez­na­mięt­nym tonem Eve. - Przy­pusz­czam, że nie.

- Prze­pra­szam. - Whit­ney zaci­snął mocno powieki i potarł twarz obiema dłońmi. - To było nie­po­trzebne i nie­uczciwe. A pani musiała zadać to pyta­nie. - Opu­ścił ręce. - Ni­gdy nie stra­ciła pani kogoś bli­skiego, prawda, Dal­las?

- Przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­domo.

- To po pro­stu roz­wala czło­wieka na drobne kawałki - wyszep­tał Whit­ney.

On sam był tego żywym dowo­dem. Przez ostat­nich dzie­sięć lat Eve poznała go z róż­nych stron, widziała, jak bywał wście­kły, znie­cier­pli­wiony, a nawet okrutny. Ni­gdy jed­nak nie wyda­wał się tak roz­bity i przy­gnę­biony jak teraz.

Pomy­ślała, że skoro utrata kogoś bli­skiego tak bar­dzo może dotknąć czło­wieka rów­nie sil­nego jak Whit­ney, to powinna się cie­szyć, że nie ma rodziny i że zostały jej tylko strasz­liwe wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Jej dru­gie życie zaczęło się, gdy jako ośmio­let­nia dziew­czynka została zna­le­ziona w Dal­las w Tek­sa­sie, zmal­tre­to­wana i pozo­sta­wiona na pastwę losu. Wszystko, co zda­rzyło się wcze­śniej, nie miało teraz zna­cze­nia. Wła­snymi siłami spra­wiła, że stała się tym, kim teraz była, czym teraz była. Miała kilku przy­ja­ciół, na któ­rych jej zale­żało i któ­rych darzyła zaufa­niem. Jedyną osobą, zna­czącą dla niej wię­cej niż tamci przy­ja­ciele, był Roarke. Wal­czył o nią, zdo­by­wał ją krok po kroku, aż pozwo­liła mu się zbli­żyć do sie­bie, dała mu wię­cej niż innym. Na tyle dużo, że cza­sami wpra­wiało ją to w prze­ra­że­nie - wie­działa bowiem, że Roarke nie spo­cznie, dopóki nie dosta­nie wszyst­kiego.

Gdyby oddała mu wszystko, a potem go utra­ciła, czy też byłaby taka zdru­zgo­tana?

Wolała się nad tym nie zasta­na­wiać. Odszu­kała w biurku resztę jakie­goś bato­nika i zja­dła go, popi­ja­jąc kawą z auto­matu. Lunch był teraz mrzonką rów­nie nie­re­alną jak tydzień urlopu w tro­pi­kach. Dopi­ja­jąc resztki kawy, czy­tała dokładne spra­woz­da­nie z sek­cji zwłok.

Czas śmierci został usta­lony już wcze­śniej. Przy­czyna zgonu - prze­cięta tcha­wica, brak powie­trza i utrata krwi. Ofiara zja­dła na kola­cję posi­łek skła­da­jący się z małży, świe­żych warzyw, wina, praw­dzi­wej kawy i owo­ców z bitą śmie­taną. Stało się to jakieś pięć godzin przed śmier­cią.

Wia­do­mość nade­szła bar­dzo szybko. Minęło zale­d­wie dzie­sięć minut od śmierci Cicely Towers, kiedy jakiś tak­sów­karz, dość odważny lub zde­spe­ro­wany, by jeź­dzić w tej oko­licy, zna­lazł ciało i zawia­do­mił poli­cję. Pierw­szy wóz poli­cyjny był na miej­scu już po trzech minu­tach.

Zabójca dzia­łał szybko, myślała Eve. Z dru­giej jed­nak strony nie­trudno było ukryć się w jakimś ciem­nym zakątku, w samo­cho­dzie czy jed­nym z pobli­skich klu­bów. Na pewno miał na sobie krew ofiary, ale pomógł mu ulewny deszcz, który zapewne zmył wszel­kie ślady zbrodni.

Będzie musiała prze­cze­sać tamtą oko­licę, zadać pyta­nia, na które i tak praw­do­po­dob­nie nie otrzyma żad­nej odpo­wie­dzi. Oczy­wi­ście wie­działa już z doświad­cze­nia, że tam, gdzie nie skut­kują prze­wi­dziane pro­ce­durą groźby i ostrze­że­nia, wiele zdzia­łać mogą łapówki.

Przy­glą­dała się wła­śnie zdję­ciu Cicely Towers, gdy ktoś do niej zadzwo­nił.

- Dal­las, wydział zabójstw.

Na ekra­nie poja­wiła się twarz mło­dego męż­czy­zny, wykrzy­wiona w chy­trym uśmieszku.

- Porucz­niku, co ma pani do mnie?

Eve stłu­miła paskudne prze­kleń­stwo cisnące jej się na usta. Ni­gdy nie miała zbyt dobrego zda­nia o repor­te­rach, ale C.J. Morse był ucie­le­śnie­niem wszyst­kiego, co naj­gor­sze w tym fachu.

Teraz uśmie­chał się sze­roko.

- Śmiało, Dal­las. Opi­nia publiczna ma prawo wie­dzieć, jak Stróże prawa wypeł­niają swoje obo­wiązki. Pamię­tasz?

- Nie mam nic dla cie­bie.

- Nic? Chcesz, żebym oświad­czył na ante­nie, że porucz­nik Eve Dal­las, naj­lep­szy gli­niarz w Nowym Jorku, nie ma nic do powie­dze­nia na temat zabój­stwa jed­nej z naj­bar­dziej powa­ża­nych i naj­wy­bit­niej­szych postaci naszego mia­sta? Mógł­bym to zro­bić, Dal­las - cią­gnął Morse, mla­ska­jąc gło­śno języ­kiem. - Mógł­bym, ale nie wyszłoby ci to na dobre.

- Uwa­żasz, że ma to dla mnie jakieś zna­cze­nie? - Uśmiech Eve był ostry jak pro­mień lasera, jej palec zawisł nad przy­ci­skiem wyłą­cza­ją­cym komu­ni­ka­tor. - Mylisz się.

- Może nie dotyka cię to oso­bi­ście, ale na pewno sta­wia w złym świe­tle cały wydział. - Morse zatrze­po­tał dłu­gimi, dziew­czę­cymi rzę­sami. - I komen­danta Whit­neya, który wbrew pro­ce­du­rze oddał ci tę sprawę. Dosta­łoby się też Roarke'owi.

Eve wypro­sto­wała palce, a potem powoli zaci­snęła je w pięść.

- Śledz­two w spra­wie zabój­stwa Cicely Towers to sprawa prio­ry­te­towa dla wydziału, komen­danta Whit­neya i dla mnie.

- Zacy­tuję to.

Pie­przony, cwany gno­jek.

- A moja praca w wydziale nie ma nic wspól­nego z Roar­kiem.

- Hej, piękna, teraz wszystko, co robisz, doty­czy także Roarke'a i vice versa. A fakt, że twój facet pro­wa­dził inte­resy z Cicely Towers, jej eks­mę­żem i jej obec­nym part­ne­rem, może mieć tutaj klu­czowe zna­cze­nie.

Eve nie mogła już dłu­żej kryć wście­kło­ści.

- Roarke pro­wa­dzi inte­resy z mnó­stwem róż­nych ludzi. Nie wie­dzia­łam, że wró­ci­łeś do plo­tek, C.J.

Ta uwaga starła wresz­cie z twa­rzy repor­tera cwany uśmie­szek. C.J. Morse zaczy­nał swą karierę w dziale towa­rzy­skim, żywią­cym się plot­kami i miałką sen­sa­cją. Nie­na­wi­dził, kiedy ktoś wypo­mi­nał mu prze­szłość, szcze­gól­nie teraz, gdy tra­fił wresz­cie do grona powa­ża­nych dzien­ni­ka­rzy.

- Mam kon­takty, Dal­las.

- Tak, i masz też pryszcz na środku czoła. Na twoim miej­scu natych­miast bym się tym zajęła. - Zakoń­czyw­szy roz­mowę tym tanim, lecz satys­fak­cjo­nu­ją­cym chwy­tem, Eve wyłą­czyła komu­ni­ka­tor.

Wstała i zaczęła prze­cha­dzać się ner­wowo po pokoju, wbi­ja­jąc ręce w kie­sze­nie i wycią­ga­jąc je co chwila. Do dia­bła, dla­czego nazwi­sko Roarke'a musiało poja­wić się w związku z tą wła­śnie sprawą? Czy rze­czy­wi­ście wią­zały go z Cicely Towers i jej przy­ja­ciółmi jakieś ważne inte­resy?

Eve opa­dła na krze­sło i spoj­rzała na raporty roz­ło­żone na biurku. Musiała się tego dowie­dzieć, i to szybko.

Przy­naj­mniej tym razem, w wypadku tego mor­der­stwa, Roarke miał muro­wane alibi. W cza­sie, gdy Cicely Towers umie­rała na ulicy, pie­przył się z ofi­ce­rem pro­wa­dzą­cym śledz­two.

Rozdział 2

2

Eve wola­łaby pójść do wła­snego miesz­ka­nia, choć nie zaglą­dała do niego już od wielu dni. Tam mogłaby spo­koj­nie się prze­spać, poza­sta­na­wiać, prze­śle­dzić w myślach raz jesz­cze ostatni dzień życia Cicely Towers. Osta­tecz­nie jed­nak zde­cy­do­wała, że poje­dzie do Roarke'a.

Była już tak zmę­czona, że powie­rzyła pro­wa­dze­nie pojazdu auto­ma­towi. Myślała o tym, co będzie robić po dotar­ciu na miej­sce, i uznała, że przede wszyst­kim musi się porząd­nie najeść. Dobrze byłoby też zna­leźć dzie­sięć minut na odpo­czy­nek i oczysz­cze­nie umy­słu.

Wio­sna obja­wiła już w pełni swój urok. Eve zapra­gnęła otwo­rzyć sze­roko okna samo­chodu, nie zwa­ża­jąc na nie­usta­jący pomruk mia­sta, szum sil­ni­ków, głosy prze­chod­niów.

Chcąc unik­nąć natręt­nego wrza­sku prze­wod­ni­ków, krą­żą­cych nad cen­trum, skrę­ciła w ulicę Dzie­siątą. Mogła co prawda sko­rzy­stać z krót­szej drogi, wtedy jed­nak musia­łaby wysłu­chać opo­wie­ści o nie­zli­czo­nych atrak­cjach tury­stycz­nych Nowego Jorku, o histo­rii i tra­dy­cji Broad­wayu, cudow­nych muze­ach i świet­nie zaopa­trzo­nych skle­pach z pamiąt­kami.

Znała całą tę wyli­czankę na pamięć, ponie­waż trasa prze­wod­ni­ków powietrz­nych pro­wa­dziła też nad jej miesz­ka­niem. Nie chciała po raz kolejny sły­szeć o dogod­nym połą­cze­niu powietrz­nym mię­dzy pasa­żem han­dlo­wym przy Pią­tej a Madi­son albo o naj­now­szej tra­sie wjaz­do­wej na Empire State Buil­ding.

Przy kolej­nym skrzy­żo­wa­niu utwo­rzył się nie­wielki korek. Eve miała więc oka­zję obej­rzeć reklamę, na któ­rej nie­praw­do­po­dob­nie przy­stojny męż­czy­zna i znie­wa­la­jąco piękna kobieta wymie­niają namiętny poca­łu­nek, osło­dzony - jak sami infor­mują, gdy na moment odry­wają się od sie­bie - odświe­ża­czem odde­chu "Gór­ski Potok".

Dwaj tak­sów­ka­rze, któ­rzy przed chwilą omal nie roz­bili swo­ich wozów, teraz obrzu­cali się wyzwi­skami. Mak­si­bus wypeł­niony po brzegi pasa­że­rami zatrą­bił gło­śno, ścią­ga­jąc na sie­bie gniewne okrzyki i prze­kleń­stwa prze­chod­niów.

Nad skrzy­żo­wa­niem zawisł poli­cyjny podusz­ko­wiec. Sta­now­czy głos naka­zał obu męż­czy­znom natych­miast pod­jąć jazdę pod groźbą grzywny lub aresztu. Skłó­ceni tak­sów­ka­rze z ocią­ga­niem zajęli miej­sca w samo­cho­dach i pojazdy ruszyły w dół ulicy.

W miarę jak Eve opusz­czała cen­trum i wjeż­dżała na przed­mie­ścia zamiesz­kane przez boga­tych i uprzy­wi­le­jo­wa­nych oby­wa­teli, mia­sto zmie­niało swe obli­cze. Szer­sze, czy­ściej­sze ulice, wię­cej zie­leni. Tutaj samo­chody nie czy­niły żad­nego hałasu, a prze­chod­nie nosili ele­ganc­kie ubra­nia i dro­gie buty.

Minęła jakie­goś męż­czy­znę, który pro­wa­dził dwa wspa­niałe dogi. Nie­zna­jomy bogacz kro­czył wynio­śle i sztywno niczym dobrze zapro­gra­mo­wany android.

Kiedy doje­chała do rezy­den­cji Roarke'a, musiała pocze­kać chwilę, aż sys­tem ochrony przy bra­mie potwier­dzi jej toż­sa­mość. Drzewa w ogro­dzie pokryte były róż­no­barw­nym kwie­ciem, różowe i białe pąki prze­pla­tały się z pla­mami głę­bo­kiej czer­wieni i błę­kitu. Równo przy­strzy­żona, soczy­ście zie­lona trawa sta­no­wiła dosko­nałe tło dla tej orgii kolo­rów.

Kil­ka­dzie­siąt metrów dalej wzno­siła się rezy­den­cja Roarke'a, wynio­sła budowla z sza­rego kamie­nia. W wyso­kich oknach odbi­jały się czer­wone pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca. Minęło już wiele mie­sięcy od dnia, w któ­rym ujrzała to wszystko po raz pierw­szy, wciąż jed­nak nie mogła przy­zwy­czaić się do prze­py­chu i bogac­twa, jakim tchnął ten dom. Cią­gle zada­wała sobie pyta­nie, co ona tutaj robi.

Zosta­wiła samo­chód przed gra­ni­to­wymi scho­dami i wspięła się do wej­ścia. Ni­gdy nie pukała do tych drzwi. Była na to zbyt dumna i zbyt uparta. Lokaj Roarke'a pogar­dzał nią i wcale tego nie ukry­wał.

Zgod­nie z jej ocze­ki­wa­niami Sum­mer­set poja­wił się w holu niczym obłok czar­nego dymu. Na jego dłu­giej twa­rzy malo­wał się wyraz dez­apro­baty.

- Pani porucz­nik. - Zmie­rzył Eve prze­cią­głym spoj­rze­niem, jakby chciał jej uświa­do­mić, że ma na sobie ten sam strój, w któ­rym wyszła, i że jej ubiór jest w opła­ka­nym sta­nie. - Nie wie­dzie­li­śmy, kiedy zamie­rza pani powró­cić, a w isto­cie, czy w ogóle zamie­rza pani wró­cić.

- Doprawdy? - Eve wzru­szyła ramio­nami. Ponie­waż wie­działa, że Sum­mer­set nie cierpi jej ubrań, podała mu swoją skó­rzaną kurtkę. - Roarke jest w domu?

- W tej chwili odbiera trans­mi­sję spoza Ziemi.

- Z Ośrodka Olim­pij­skiego?

Sum­mer­set wydął usta.

- Nie wtrą­cam się do jego inte­re­sów.

Dosko­nale wiesz, co robi i kiedy, pomy­ślała i bez słowa ruszyła w stronę scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro.

- Idę na górę. Muszę się wyką­pać - oświad­czyła, wstę­pu­jąc na pierw­szy sto­pień. Spoj­rzała przez ramię na Sum­mer­seta. - Możesz powie­dzieć mu, gdzie jestem, kiedy już skoń­czy tę trans­mi­sję.

Zatrza­snęła drzwi apar­ta­mentu na pię­trze i natych­miast zaczęła zrzu­cać z sie­bie ubra­nie, zna­cząc drogę do łazienki ukła­danką butów, dżin­sów, koszuli i bie­li­zny.

Zaży­czyła sobie wodę o tem­pe­ra­tu­rze pięć­dzie­się­ciu sze­ściu stopni i wrzu­ciła do niej garść soli kąpie­lo­wych, które Roarke przy­wiózł jej z Silas. Już po chwili powierzch­nia pokryła się gęstą pianą, roz­ta­cza­jąc dokoła cudowny zapach lasu.

Eve miała ochotę tarzać się ze szczę­ścia w ogrom­nej wan­nie, pła­kać z rado­ści, kiedy relak­su­jące cie­pło ogar­nęło całe jej zmę­czone ciało i prze­ni­kało je aż do kości. Wzięła głę­boki oddech, zanur­ko­wała pod wodę i poli­czyw­szy do trzy­dzie­stu, wynu­rzyła się ponow­nie, wzdy­cha­jąc z roz­ko­szą. Potem zamknęła oczy i po chwili ogar­nęło ją bło­gie roz­le­ni­wie­nie.

Tak wła­śnie zna­lazł ją Roarke.

Ujrzaw­szy Eve w takiej sytu­acji, więk­szość ludzi powie­dzia­łaby, że jest roz­luź­niona. Lecz oni nie znali i nie rozu­mieli Eve Dal­las tak jak Roarke. Zbli­żył się do niej bar­dziej i poznał ją lepiej niż każdą inną kobietę w swym życiu. Mimo to wciąż kryła przed nim wiele tajem­nic.

Zawsze pozo­sta­wała dlań fascy­nu­jącą zagadką.

Leżała naga, zanu­rzona po szyję w paru­ją­cej wodzie i aro­ma­tycz­nej pia­nie. Twarz miała zaczer­wie­nioną od gorąca, oczy zamknięte, wcale jed­nak nie czuła się roz­luź­niona. Roarke wie­dział, z jaką siłą zaci­ska dłoń na sze­ro­kiej kra­wę­dzi wanny, widział, jak marsz­czy czoło, zasta­na­wia­jąc się nad czymś inten­syw­nie.

Zro­zu­miał, że Eve się czymś mar­twi. I że coś pla­nuje. Pod­szedł do wanny, szybko, bez­sze­lest­nie, tak jak nauczył się tego w dzie­ciń­stwie spę­dzo­nym w brud­nych, nie­bez­piecz­nych dziel­ni­cach Dublina, w jego śmier­dzą­cych ulicz­kach i ciem­nych zauł­kach. Gdy usiadł obok Eve, by obser­wo­wać ją w mil­cze­niu, nie poru­szyła się jesz­cze przez kilka minut. Zauwa­żył, kiedy wyczuła wresz­cie jego obec­ność.

Unio­sła nagle powieki, a jej brą­zowe oczy spoj­rzały z nie­po­ko­jem w roz­ba­wione błę­kitne oczy Roarke'a. Jak zawsze sam jego widok przy­pra­wił ją o zawrót głowy. Jego twarz, obra­mo­wana kosmy­kami kru­czo­czar­nych wło­sów, przy­po­mi­nała obli­cza anio­łów ze sta­rych płó­cien. Ten nie­zwy­kły widok zawsze był dla Eve zasko­cze­niem.

Unio­sła brwi i prze­chy­liła lekko głowę.

- Zbo­cze­niec.

- To moja wanna. - Nie odry­wa­jąc od Eve spoj­rze­nia, wło­żył palce do wody i prze­su­nął nimi po jej pier­siach. - Ugo­tu­jesz się w tej wodzie.

- Odpo­wiada mi taka tem­pe­ra­tura. Potrze­buję dużo cie­pła.

- Mia­łaś trudny dzień.

On wie to naj­le­piej, pomy­ślała Eve, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać urazy. On wie wszystko. Wzru­szyła tylko ramio­nami, kiedy Roarke wstał i pod­szedł do wbu­do­wa­nego w ścianę auto­ma­tycz­nego barku. Po chwili na półeczce poja­wiły się dwa krysz­ta­łowe kie­liszki z winem.

Powró­cił do wanny, usiadł na kra­wę­dzi i podał Eve kie­li­szek.

- Nie spa­łaś. Nie jadłaś.

- To się da napra­wić.

Wino sma­ko­wało jak płynne złoto.

- Mimo to mar­twię się o cie­bie, porucz­nik Dal­las.

- Zbyt łatwo się mar­twisz.

- Kocham cię.

To wyzna­nie, uczy­nione cudow­nie aksa­mit­nym, śpiew­nym gło­sem, oraz świa­do­mość, że w jakiś nie­po­jęty spo­sób jest ono praw­dziwe, spra­wiły Eve przy­jem­ność i jed­no­cze­śnie wpra­wiły ją w zakło­po­ta­nie. Ponie­waż nie mogła dać mu żad­nej odpo­wie­dzi, wbiła spoj­rze­nie w wino.

Nie ode­zwał się, dopóki nie stłu­mił iry­ta­cji wywo­ła­nej bra­kiem reak­cji z jej strony.

- Możesz mi powie­dzieć, co się stało z Cicely Towers?

- Zna­łeś ją - zauwa­żyła.

- Nie­zbyt dobrze. Ot, zwy­kła zna­jo­mość, wspólne inte­resy, głów­nie zresztą z jej byłym mężem. - Pocią­gnął łyk wina i przez moment patrzył w mil­cze­niu na kłęby pary uno­szące się nad wanną. - Uwa­ża­łem ją za kobietę godną podziwu, mądrą i nie­bez­pieczną.

- Nie­bez­pieczną? Dla cie­bie?

- Nie bez­po­śred­nio. - Jego usta wykrzy­wiły się w led­wie dostrze­gal­nym uśmie­chu, nim znów pod­niósł kie­li­szek. - Dla nie­le­gal­nych inte­re­sów, róż­nego rodzaju szwin­dli, dla cho­rych umy­słów. Pod tym wzglę­dem była bar­dzo podobna do cie­bie. Mam szczę­ście, że w porę zsze­dłem z tej drogi.

Eve nie była tego cał­kiem pewna, odło­żyła jed­nak ten pro­blem na póź­niej.

- Czy jako jej zna­jomy i były part­ner w inte­re­sach znasz kogoś, kto mógłby chcieć jej śmierci?

Roarke znów łyk­nął wina, tym razem znacz­nie wię­cej.

- Czy to prze­słu­cha­nie, pani porucz­nik?

Roz­ba­wie­nie ukryte w jego gło­sie nagle ją ziry­to­wało.

- Może być - odrze­kła krótko.

- Jak sobie życzysz. - Wstał, odsta­wił kie­li­szek i zaczął roz­pi­nać koszulę.

- Co ty robisz?

- Szy­kuję się do kąpieli. - Odrzu­cił koszulę na bok i zaczął roz­pi­nać spodnie. - Skoro jestem prze­słu­chi­wany przez nagą poli­cjantkę, to powi­nie­nem przy­naj­mniej do niej dołą­czyć.

- Do dia­bła, Roarke, cho­dzi o mor­der­stwo.

Skrzy­wił się, kiedy spa­rzyła go gorąca woda.

- Nie musisz mi o tym przy­po­mi­nać. - Usa­do­wił się po dru­giej stro­nie wanny i spoj­rzał w oczy Eve. - Co takiego jest we mnie, że wciąż cię iry­tuję? - Nim zdą­żyła ostro odpo­wie­dzieć, dodał: - I co takiego jest w tobie, że nie mogę ci się oprzeć nawet teraz, kiedy sie­dzisz tu z nie­wi­dzialną odznaką na two­jej ślicz­nej piersi?

Wsu­nąw­szy dłoń pod wodę, powoli prze­su­wał pal­cami wzdłuż kostki Eve i łydki, aż dosię­gnął czu­łego punktu pod kola­nem.

- Chcę cię - mruk­nął. - Teraz.

Omal nie wypu­ściła z dłoni kie­liszka, nim zdo­łała się opa­no­wać.

- Opo­wiedz mi o Cicely Towers.

Roarke z filo­zo­ficz­nym spo­ko­jem oparł się o brzeg wanny. Nie zamie­rzał wypu­ścić Eve z łazienki, zanim dosta­nie to, na czym mu w tej chwili zale­żało, mógł więc pozwo­lić sobie na cier­pli­wość.

- Ona, jej były mąż i Geo­rge Ham­mett zasia­dali w radzie nad­zor­czej jed­nego z moich przed­się­biorstw. Nazywa się "Mer­kury", na cześć boga han­dlu. Import, eks­port, poza tym usługi trans­por­towe i dostaw­cze.

- Wiem, czym zaj­muje się "Mer­kury" - prze­rwała mu gniew­nie. Nie wie­działa, że ta kom­pa­nia także należy do Roarke'a, i była zła na sie­bie za tę igno­ran­cję.

- Kiedy kupi­łem "Mer­ku­rego" dzie­sięć lat temu, firma była źle zarzą­dzana i stała na kra­wę­dzi ban­kruc­twa. Zain­we­sto­wał w nią Marco Ange­lini, były mąż Cicely, ona sama także. Zdaje się, że w tym cza­sie jesz­cze byli mał­żeń­stwem albo krótko po roz­wo­dzie. Naj­wy­raź­niej ich roz­sta­nie odbyło się w przy­ja­znej atmos­fe­rze, tak jak to powinno zawsze wyglą­dać. Ham­mett także był inwe­sto­rem. Wydaje mi się, że zwią­zał się bli­żej z Cicely dopiero kilka lat póź­niej.

- A ten trój­kąt, Ange­lini, Towers i Ham­mett, czy oni też pra­co­wali w atmos­fe­rze przy­jaźni?

- Takie odnio­słem wra­że­nie. - Postu­kał lekko w jedną z pły­tek. Kiedy się odwró­ciła, odsła­nia­jąc ukryty panel, zapro­gra­mo­wał muzykę. Coś powol­nego i sen­ty­men­tal­nego. - Jeśli zasta­na­wiasz się, co było wtedy moim celem, mogę ci powie­dzieć, że cho­dziło tylko o zwy­kły inte­res i do tego cał­kiem udany.

- Ile towa­rów prze­myca się przez "Mer­ku­rego"?

Roarke bły­snął zębami w uśmie­chu.

- Doprawdy, pani porucz­nik.

Woda chlap­nęła mu na piersi, kiedy Eve usia­dła nagle pro­sto.

- Nie pró­buj się ze mną bawić, Roarke.

- Eve, nie marzę teraz o niczym innym.

Zgrzyt­nęła zębami i odtrą­ciła dłoń, którą się­gał do jej kostki.

- Cicely Towers miała opi­nię uczci­wego pro­ku­ra­tora, odda­nego spra­wie, czy­stego jak łza. Gdyby dowie­działa się, że dzia­ła­nia "Mer­ku­rego" są nie­zgodne z pra­wem, na pewno nie uszłoby ci to na sucho.

- Więc przej­rzała moją per­fidną grę, a ja zwa­bi­łem ją do pod­łej dziel­nicy i kaza­łem pode­rżnąć jej gar­dło. - Jego głos był cał­ko­wi­cie opa­no­wany, spoj­rze­nie bez­na­miętne. - Czy tak wła­śnie myślisz?

- Nie, do dia­bła, dobrze wiesz, że nie, ale...

- Ale inni mogą tak przy­pusz­czać - dokoń­czył za nią. - Co sta­wia cię w bar­dzo nie­zręcz­nej sytu­acji.

- Tym się nie mar­twię. - W tej chwili mar­twiła się tylko o niego. - Roarke, muszę to wie­dzieć. Musisz mi powie­dzieć, czy jest cokol­wiek, choćby naj­drob­niej­sza rzecz, która wiąże cię z tym śledz­twem.

- A jeśli tak?

Eve poczuła, jak prze­raź­liwy chłód ogar­nia jej serce.

- Będę musiała oddać je komuś innemu.

- Czy nie pro­wa­dzi­li­śmy już kie­dyś takiej roz­mowy?

- To nie to samo co sprawa DeBlassa. Zupeł­nie nie to samo. Nie jesteś podej­rza­nym. - Kiedy uniósł brwi w nie­mym pyta­niu, Eve sta­rała się zapa­no­wać nad swym gło­sem i usu­nąć z niego wszel­kie ślady iry­ta­cji. Dla­czego wszystko, co doty­czyło Roarke'a, było takie skom­pli­ko­wane? - Uwa­żam, że nie mia­łeś nic wspól­nego z mor­der­stwem Cicely Towers. Czy to wystar­czy?

- Nie dokoń­czy­łaś myśli.

- W porządku. Jestem gliną. Muszę zada­wać pewne pyta­nia. Muszę zadać je tobie i każ­demu, kto był w jaki­kol­wiek spo­sób zwią­zany z ofiarą. Nie mogę tego omi­nąć.

- Jak bar­dzo mi ufasz?

- To nie ma nic wspól­nego z zaufa­niem do cie­bie.

- To nie jest odpo­wiedź na moje pyta­nie. - W jego oczach poja­wiły się chłód i smu­tek, a Eve zro­zu­miała, że popeł­niła błąd. - Jeśli do tej pory nie potra­fi­łaś mi zaufać i uwie­rzyć, to nie łączy nas nic poza sek­sem.

- Odwra­casz kota ogo­nem. - Sta­rała się za wszelką cenę zacho­wać spo­kój, choć słowa Roarke'a napeł­niały ją stra­chem. - Nie oskar­żam cię o nic. Gdy­bym pro­wa­dziła to śledz­two, nie zna­jąc cie­bie, gdyby mi na tobie nie zale­żało, natych­miast umie­ści­ła­bym cię na liście podej­rza­nych. Ale znam cię i nie cho­dzi mi o to, o czym mówi­łeś. - Zamknęła oczy i prze­su­nęła mokrymi dłońmi po twa­rzy. Nie potra­fiła mówić o wła­snych uczu­ciach. - Sta­ram się uzy­skać odpo­wie­dzi, dzięki któ­rym będę mogła trzy­mać cię jak naj­da­lej od tej sprawy. Robię to, bo mi na tobie zależy. Ale nie mogę jed­no­cze­śnie prze­stać myśleć o tym, jak wyko­rzy­stać twoje powią­za­nia z Cicely Towers. I wyłącz­nie te powią­za­nia, koniec kropka. Ani jedno, ani dru­gie nie przycho­dzi mi łatwo.

- Szkoda, że tak trudno przy­cho­dzi ci też o tym mówić - mruk­nął Roarke, a potem pokrę­cił głową. - "Mer­kury" pro­wa­dzi teraz cał­ko­wi­cie legalną dzia­łal­ność, nie ma potrzeby dokła­dać jakichś lewych zysków, bo firma i bez tego przy­nosi cał­kiem nie­zły pro­fit. I choć mogłaś pomy­śleć, że jestem na tyle bez­czelny, by wcią­gać do nie­le­gal­nych inte­re­sów pro­ku­ra­tora, to jed­nak powin­naś wie­dzieć, że nie jestem aż tak głupi.

Eve wie­rzyła mu, co pozwa­lało jej wresz­cie pozbyć się drę­czą­cego nie­po­koju, który towa­rzy­szył jej od samego rana.

- W porządku. - Ski­nęła głową. - Ale to na pewno jesz­cze nie koniec pytań. Media już wie­dzą o twoim związku z tą sprawą.

- Wiem. Przy­kro mi. Bar­dzo zatru­wają ci życie?

- Na razie jesz­cze nie zaczęli. - Kie­ro­wana spon­ta­nicz­nym odru­chem, się­gnęła po jego dłoń i uści­snęła ją ser­decz­nie. - Prze­pra­szam cię. Zdaje się, że znowu mamy kło­poty.

- Możemy temu zara­dzić. - Przy­su­nął się bli­żej, by móc pod­nieść do ust ich złą­czone dło­nie. Kiedy się uśmiech­nęła, wie­dział już, że wresz­cie gotowa jest cał­ko­wi­cie się roz­luź­nić. - Nie musisz trzy­mać mnie od tego z daleka. Sam sobie pora­dzę. Nie musisz też czuć się winna czy nie­spo­kojna tylko dla­tego, że twoim zda­niem mogę przy­dać ci się w śledz­twie.

- Dam ci znać, kiedy nadej­dzie taka chwila. - Tym razem unio­sła tylko brwi, kiedy jego wolna dłoń zaczęła się prze­su­wać po jej udzie. - Jeśli chcesz zro­bić to tutaj, będziemy potrze­bo­wali sprzętu do nur­ko­wa­nia.

- Och, jestem pewien, że dosko­nale pora­dzimy sobie i bez tego.

Uśmiech­nął się i poca­ło­wał ją namięt­nie, by to udo­wod­nić.

*

Późno w nocy, kiedy Eve już zasnęła, Roarke leżał obok niej na wznak i patrzył na roz­gwież­dżone niebo widoczne przez okno nad łóż­kiem. W jego oczach poja­wiła się tro­ska, którą przed­tem sta­ran­nie ukry­wał przed Eve. Ich losy wciąż spla­tały się ze sobą, w życiu oso­bi­stym i zawo­do­wym. Połą­czyło ich mor­der­stwo, a teraz kolejne mor­der­stwo znów było mię­dzy nimi. Kobieta leżąca u jego boku wystę­po­wała w obro­nie ofiar.

Podob­nie jak Cicely Towers, pomy­ślał, zasta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, czy to wła­śnie taka postawa ścią­gnęła na jej głowę nie­szczę­ście.

Sta­rał się nie mar­twić zbyt czę­sto tym, co robi Eve. Praca okre­ślała jej życie, nada­wała mu sens. Roarke dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę.

Oboje zbu­do­wali swoje życie - a raczej odbu­do­wali je - z tej odro­biny, z tych nędz­nych resz­tek, które dał im los. On był biz­nes­me­nem, który kupuje i sprze­daje, który kon­tro­luje i czer­pie z tego przy­jem­ność. I zyski.

Zro­zu­miał jed­nak, że nie­które spo­śród jego przed­się­wzięć mogłyby wpę­dzić Eve w kło­poty, gdyby wyszły na jaw. "Mer­kury" rze­czy­wi­ście pro­wa­dził obec­nie cał­ko­wi­cie legalną dzia­łal­ność, nie zawsze jed­nak tak było. Roarke miał także inne firmy, inne przed­się­bior­stwa, które dzia­łały w stre­fie cie­nia. On sam dora­stał prze­cież w takich ciem­nych zaka­mar­kach. Dobrze je znał i potra­fił wyko­rzy­sty­wać do swo­ich celów.

Prze­myt, zarówno na Ziemi, jak i mię­dzy­pla­ne­tarny, był zaję­ciem bar­dzo zyskow­nym i eks­cy­tu­ją­cym. Wspa­niałe wina z Tau­rusa Pięć, nie­praw­do­po­dob­nie błę­kitne dia­menty z jaskiń Refini, dro­go­cenne krysz­tały wytwa­rzane w Kolo­nii Sztuki na Mar­sie.

To prawda, nie musiał już obcho­dzić prawa, by żyć, i to żyć dobrze. Ale trudno było mu pozbyć się sta­rych nawy­ków.

Pozo­stał ten sam pro­blem: co by się stało, gdyby do tej pory nie zmie­nił "Mer­ku­rego" w legalną firmę? To, co dla niego było tylko nie­szko­dliwą roz­rywką, Eve uzna­łaby za nie­do­pusz­czalne.

W dodatku musiał pogo­dzić się z upo­ka­rza­ją­cym fak­tem, że mimo tego wszyst­kiego, co razem stwo­rzyli, Eve wcale nie czuje się go pewna.

Mruk­nęła coś przez sen i zmie­niła pozy­cję. Nawet we śnie, pomy­ślał Roarke, nie umiała przy­tu­lić się do niego. Było mu z tym bar­dzo ciężko. Nale­żało to zmie­nić, i to szybko, dla dobra ich obojga.

Posta­no­wił, że na razie zaj­mie się tym, nad czym ma kon­trolę. Prze­pro­wa­dze­nie kilku roz­mów tele­fo­nicz­nych i zebra­nie infor­ma­cji o Cicely Towers od jej przy­ja­ciół i zna­jo­mych było dzie­cin­nie łatwe. Znacz­nie trud­niej­sze i bar­dziej cza­so­chłonne mogło się oka­zać prze­kształ­ce­nie wszyst­kich inte­re­sów ukry­tych w sza­rej stre­fie w cał­ko­wi­cie legalne i uczciwe firmy.

Przez chwilę przy­glą­dał się Eve. Spała spo­koj­nie, jej roz­luź­niona ręka leżała na poduszce, obok głowy. Wie­dział, że cza­sami drę­czą ją kosz­mary. Lecz tej nocy jej umysł był od nich wolny. Mając nadzieję, że ten stan nie ule­gnie zmia­nie, Roarke wyśli­znął się z łóżka, by roz­po­cząć reali­za­cję swego planu.

*

Obu­dził ją zapach kawy. Praw­dzi­wej aro­ma­tycz­nej kawy z zia­ren zbie­ra­nych na plan­ta­cji Roarke'a w Ame­ryce Połu­dnio­wej. Swo­bodny dostęp do owego rary­tasu był jedną z nie­wielu rze­czy w domu Roarke'a, do któ­rych przy­wy­kła nie­mal natych­miast, a po pew­nym cza­sie wręcz się od tego napoju uza­leż­niła.

Nim jesz­cze unio­sła powieki, uśmiech­nęła się błogo.

- Boże, chyba jestem już w nie­bie.

- Cie­szę się, że tak myślisz.

Choć jej umysł nie prze­bu­dził się jesz­cze cał­ko­wi­cie, zdo­łała jakoś sku­pić wzrok na postaci Roarke'a. Ubrany był w jeden z tych ciem­nych gar­ni­tu­rów, które nada­wały mu ele­gancki, a jed­no­cze­śnie groźny wygląd. Sie­dział w dru­giej czę­ści pokoju, odda­lo­nej od pod­wyż­sze­nia, na któ­rym usta­wione było łóżko, jadł śnia­da­nie i prze­glą­dał jed­no­cze­śnie ostat­nie wia­do­mo­ści na ekra­nie swo­jego kom­pu­tera.

Wielki kot, któ­rego Eve nazwała Gala­had, leżał nie­ru­chomo jak wielki futrzany śli­mak na opar­ciu fotela i spo­glą­dał na Roarke'a róż­no­barw­nymi oczyma.

- Która godzina? - spy­tała, a zegar przy łóżku odpo­wie­dział jej aksa­mit­nym gło­sem: szó­sta zero zero. - Boże, od kiedy ty jesteś na nogach?

- Od jakie­goś czasu. Nie powie­dzia­łaś mi, o któ­rej musisz być w cen­trali.

- Mam jesz­cze kilka godzin. - Powoli wygra­mo­liła się z łóżka i rozej­rzała dokoła nie­przy­tom­nie, szu­ka­jąc jakie­goś ubra­nia.

Roarke patrzył na nią przez chwilę. Uwiel­biał obser­wo­wać Eve wcze­snym ran­kiem, nagą i zaspaną. Wska­zał ręką na koszulę, którą android pod­niósł przed­tem z pod­łogi i uło­żył równo na opar­ciu łóżka. Eve wło­żyła ją, zbyt otę­piała, by pamię­tać, jak dziw­nym dozna­niem wciąż jest dla niej dotyk jedwa­biu.

Nalał kawy do fili­żanki i cze­kał w mil­cze­niu, pod­czas gdy Eve usia­dła naprze­ciwko i raczyła się aro­ma­tycz­nym napo­jem. Wiecz­nie głodny kot wsko­czył jej na kolana, licząc na jakiś sma­ko­łyk.

- Dobrze spa­łaś?

- Tak. - Pochła­niała kawę łap­czy­wymi łykami, krzy­wiąc się tylko lekko, kiedy Gala­had posta­no­wił zmie­nić pozy­cję i wbił w jej uda ostre pazury. - Znów czuję się jak czło­wiek.

- Jesteś głodna?

Eve jęk­nęła tylko cicho. Wie­działa już, że w kuchni Roarke'a pra­cują praw­dziwi arty­ści. Pod­nio­sła ze srebr­nej tacy ciastko w kształ­cie łabę­dzia i pochło­nęła je trzema kęsami. Kiedy się­gnęła do dzbanka z kawą, oczy miała już sze­roko otwarte i cał­ko­wi­cie przy­tomne. Nad­gry­za­jąc kolej­nego łabę­dzia, spoj­rzała na Gala­hada i kie­ro­wana odru­chem lito­ści oddała mu kawa­łek.

- Zawsze z przy­jem­no­ścią obser­wuję, jak się budzisz - powie­dział Roarke. - Ale cza­sami zasta­na­wiam się, czy chcesz mnie tylko ze względu na moją kawę.

- Cóż... - Uśmiech­nęła się do niego sze­roko i wypiła kolejny łyk. - Bar­dzo sma­kuje mi też jedze­nie. No i seks jest cał­kiem nie­zły.

- Rze­czy­wi­ście, nie narze­ka­łaś wczo­raj wie­czo­rem. Muszę być dzi­siaj w Austra­lii. Być może wrócę dopiero jutro albo poju­trze.

- Och...

- Chciał­bym, żebyś została przez ten czas tutaj.

- Roz­ma­wia­li­śmy już o tym. Nie czuję się tu swo­bod­nie.

- Być może poczu­ła­byś się tak w końcu, gdy­byś uznała, że to także twój dom, Eve... - Nim mogła odpo­wie­dzieć, nakrył jej dłoń i dodał: - Kiedy wresz­cie zaak­cep­tu­jesz to, co czuję do cie­bie?

- Posłu­chaj, po pro­stu wolę miesz­kać u sie­bie, kiedy wyjeż­dżasz. Mam teraz mnó­stwo pracy, a tu nie mogła­bym się nią zająć.

- Nie odpo­wie­dzia­łaś na moje pyta­nie - mruk­nął. - Nie­ważne. Dam ci znać, kiedy wrócę. - Jego głos stał się chłodny i rze­czowy. Roarke odwró­cił moni­tor w jej stronę. - Skoro już wspo­mnia­łaś o swo­jej pracy, może chcesz wie­dzieć, co mówią o tym mor­der­stwie media.

Eve czy­tała kolejne nagłówki z posępną rezy­gna­cją. Zaci­snęła mocno usta, prze­glą­da­jąc kolejne dzien­niki. Wszę­dzie poja­wiały się podobne tytuły i pod­ty­tuły. Znana nowo­jor­ska pro­ku­ra­tor zamor­do­wana na ulicy. Poli­cja odma­wia komen­ta­rzy. Tek­stom towa­rzy­szyły oczy­wi­ście zdję­cia Cicely Towers w sali roz­praw i przed gma­chem sądu. Foto­gra­fie jej dzieci, komen­ta­rze i cytaty.

Eve par­sk­nęła ze zło­ścią, ujrzaw­szy swoje zdję­cie i pod­pis, w któ­rym została okre­ślona jako naj­lep­szy ofi­cer śled­czy nowo­jor­skiego wydziału zabójstw.

- Tego mi tylko bra­ko­wało - mruk­nęła.

Zna­la­zła oczy­wi­ście znacz­nie wię­cej mate­ria­łów na swój temat. Kilka gazet przy­po­mniało w skró­cie sprawę, którą zamknęła poprzed­niej zimy. Żaden z dzien­ni­ków nie omiesz­kał też wspo­mnieć o jej związku z Roar­kiem.

- Do dia­bła, jakie ma znacz­nie to, kim i z kim jestem?

- Sta­łaś się osobą publiczną, pani porucz­nik. Twoje nazwi­sko jest teraz towa­rem na rynku mediów.

- Jestem gliną, a nie gwiazdą pop. - Krę­cąc głową z iry­ta­cją, odwró­ciła się w stronę prze­ciw­le­głej ściany. - Odsłoń ekran - roz­ka­zała. - Kanał sie­dem­dzie­siąty piąty.

Ściana roz­su­nęła się na boki, uka­zu­jąc ogromny moni­tor. Pokój wypeł­niły dźwięki poran­nego dzien­nika. Eve zmru­żyła oczy i zgrzyt­nęła zębami z wście­kło­ści.

- Jest ten pie­przony szma­ciarz.

Roarke, roz­ba­wiony, popi­jał kawę i patrzył na C.J. Morse'a, pro­wa­dzą­cego poranne wia­do­mo­ści. Wie­dział dosko­nale, że nie­chęć, jaką Eve darzyła media, prze­ro­dziła się w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy w praw­dziwą odrazę. Odrazę wywo­łaną pro­stym fak­tem, że teraz musiała bory­kać się z nimi na każ­dym kroku, zarówno w życiu zawo­do­wym, jak i pry­wat­nym. C.J. Morse był jed­nak przy­pad­kiem wyjąt­ko­wym i Roarke wcale się nie dzi­wił, że Eve obrzu­cała go obe­lgami.

- I tak ta wspa­niała kariera została prze­rwana w okrutny, strasz­liwy spo­sób. Kobieta o nie­ska­la­nej opi­nii, oddana całym ser­cem swemu zawo­dowi, padła ofiarą mor­der­stwa, zgi­nęła na ulicy jak bez­domny pies. Wszy­scy będziemy pamię­tać Cicely Towers jako czło­wieka, który wal­czył o spra­wie­dli­wość i ni­gdy się nie pod­da­wał. Nawet ta śmierć nie może przy­ćmić jej nie­zwy­kłych osią­gnięć. Jed­nak czy jej zabójca sta­nie przed obli­czem spra­wie­dli­wo­ści, któ­rej słu­żyła przez całe życie? Nowo­jor­ska poli­cja nie daje nam żad­nej nadziei. Ofi­cer pro­wa­dzący śledz­two, porucz­nik Eve Dal­las, perła wydziału zabójstw, także nie zna odpo­wie­dzi na to pyta­nie.

Eve omal nie jęk­nęła, kiedy na ekra­nie poja­wiła się jej twarz. Morse mówił dalej:

- Pod­czas roz­mowy tele­fo­nicz­nej porucz­nik Dal­las odmó­wiła wszel­kich komen­ta­rzy na temat mor­der­stwa i postę­pów w śledz­twie. Nie zaprze­czyła też, że sprawa zosta­nie objęta spe­cjalną klau­zulą taj­no­ści...

- A to gno­jek. Nie pytał mnie o żadną klau­zulę. Jaka klau­zula? - Eve ude­rzyła pię­ścią w poręcz fotela. Gala­had uznał, że powi­nien poszu­kać sobie bez­piecz­niej­szego miej­sca, i zesko­czył z jej kolan. - Zaczę­łam tę sprawę nie­całe trzy­dzie­ści godzin temu.

- Szsz... - uspo­ka­jał ją Roarke. Zerwała się z krze­sła i zaczęła cho­dzić ner­wo­wym kro­kiem po pokoju.

- ...długa lista zna­nych osób, które utrzy­my­wały zna­jo­mość z pro­ku­ra­tor Towers. Jest wśród nich także komen­dant Whit­ney, prze­ło­żony porucz­nik Dal­las. Kilka mie­sięcy temu komen­dant odmó­wił przy­ję­cia sta­no­wi­ska szefa sił poli­cyj­nych Nowego Jorku. Jak nam wia­domo, komen­dant był bli­skim przy­ja­cie­lem zmar­łej, utrzy­my­wał z nią stałe kon­takty...

- O nie, tego już za wiele! - Roz­wście­czona Eve wyłą­czyła ekran. - Potnę go na kawałki, zgniotę tego robaka na mia­zgę. Gdzie jest Nad­ine Furst, do dia­bła? Jeśli już jakiś repor­ter musi nam sie­dzieć na karku, to niech to będzie Nad­ine, ona przy­naj­mniej ma tro­chę oleju w gło­wie.

- Zdaje się, że jest na sta­cji kar­nej Omega, przy­go­to­wuje arty­kuł o refor­mie wię­zien­nic­twa. Może powin­naś po pro­stu zor­ga­ni­zo­wać kon­fe­ren­cję pra­sową, Eve. Rzu­cisz im coś na pożar­cie i choć przez chwilę będziesz miała święty spo­kój.

- Pie­przę to. Poza tym, co to miało być? Dzien­nik czy komen­tarz autor­ski?

- Odkąd trzy­dzie­ści lat temu zmie­niono prawo pra­sowe, jedno nie różni się zbyt­nio od dru­giego. Poda­jąc wia­do­mość, dzien­ni­karz ma prawo wyra­żać wła­sne opi­nie, jeśli tylko zazna­czy wyraź­nie, że jest to wyłącz­nie jego zda­nie.

- Znam to cho­lerne prawo. - Jedwabna koszula powie­wała jej mię­dzy nogami, kiedy Eve prze­mie­rzała pokój ener­gicz­nym kro­kiem. - Ta histo­ria z klau­zulą taj­no­ści nie ujdzie mu na sucho, dopil­nuję tego. Whit­ney pro­wa­dzi czy­sty wydział. Ja pro­wa­dzę czy­ste śledz­two. Nie pozwolę, żeby mie­szał do tego jesz­cze cie­bie i rzu­cał podej­rze­nia na nas oboje - oświad­czyła. - Czuję, że wła­śnie do tego zmie­rzał. To była następna wia­do­mość.

- On mnie wcale nie mar­twi, Eve. Nie powi­nien też mar­twić cie­bie.

- On mnie nie mar­twi. On mnie wku­rza. - Zamknęła oczy i wzięła głę­boki oddech, by uspo­koić nerwy, a po chwili uśmiech­nęła się chy­trze. - Wiem już, jak mu za to odpłacę. - Otwo­rzyła oczy. - Jak myślisz, co powie­działby ten mały śmier­dziel, gdy­bym skon­tak­to­wała się z Nad­ine Furst i udzie­liła jej wywiadu?

Roarke odsta­wił fili­żankę z kawą.

- Chodź do mnie.

- Po co?

- Nie­ważne. - Nie cze­ka­jąc dłu­żej, sam pod­niósł się z miej­sca i pod­szedł do niej. Objął dłońmi jej twarz i poca­ło­wał ją mocno. - Sza­leję za tobą.

- A więc twoim zda­niem pomysł jest nie naj­gor­szy.

- Mój nie­od­ża­ło­wany zmarły ojciec nauczył mnie jed­nej cen­nej rze­czy. "Chłop­cze, mawiał, kiedy był pijany jak bela, jeśli już musisz wal­czyć, to walcz bez par­donu. Jeśli ude­rzysz, to poni­żej pasa". Coś mi się zdaje, że nim skoń­czy się dzień, Morse będzie maso­wał swoje obo­lałe jądra.

- Nie, nie będzie ich maso­wał. - Zado­wo­lona z sie­bie Eve oddała poca­łu­nek. - Bo mu je utnę.

Roarke udał, że trzę­sie się ze stra­chu.

- Okrutne kobiety są bar­dzo atrak­cyjne. Powie­dzia­łaś, że masz jesz­cze kilka godzin?

- Już nie.

- Tego się wła­śnie oba­wia­łem. - Cof­nął się o krok i wyjął z kie­szeni dys­kietkę. - Pro­szę. To może ci się przy­dać.

- Co to jest?

- Tro­chę infor­ma­cji na temat Ham­metta i byłego męża Cicely Towers. Doku­menty doty­czące "Mer­ku­rego".

Eve się­gnęła nie­pew­nie po dys­kietkę.

- Nie pro­si­łam cię o to.

- Nie, nie pro­si­łaś. Sama też zna­la­zła­byś to wszystko, tyle że zaję­łoby ci to znacz­nie wię­cej czasu. Wła­śnie, jeśli będziesz potrze­bo­wała mojego sprzętu, możesz korzy­stać z niego bez ogra­ni­czeń.

Wie­działa, że mówi o nie­za­re­je­stro­wa­nych urzą­dze­niach, zain­sta­lo­wa­nych w spe­cjal­nym pokoju, gdzie nie wykry­wał ich wszech­obecny sys­tem Com­pu­Gu­ard.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki