Rozdział 1
1
Zmarli byli jej specjalnością. Żyła z nimi, pracowała z nimi, zgłębiała
ich tajemnice. Śniła o nich. A ponieważ wciąż uważała, że to za mało,
gdzieś w głębi serca szczerze ich opłakiwała.
Dziesięć lat pracy w zawodzie policjantki stępiło jej wrażliwość,
pozwoliło przyjmować śmierć z klinicznym, cynicznym niemal chłodem.
Dlatego scena zbrodni, na którą właśnie patrzyła, zbrodni popełnionej na
zaśmieconej, zalanej deszczem ulicy, wydawała jej się aż nazbyt
zwyczajna. Mimo to wciąż przeżywała to, co się stało.
Morderstwo wprawdzie już nie szokowało, lecz nadal budziło w niej
odrazę.
Zamordowana kobieta była kiedyś prawdziwą pięknością. Jej długie jasne
włosy rozsypały się na chodniku niczym złote promienie słońca. W szeroko
otwartych, fiołkowych oczach widniał wyraz bezgranicznego zdumienia i strachu, który pozostawia po sobie śmierć. Po bladych bezkrwistych
policzkach spływały krople deszczu.
Denatka ubrana była w elegancki kostium, dopasowany kolorem do jej oczu.
Starannie zapięta marynarka kontrastowała rażąco z uniesioną spódnicą,
odsłaniającą szczupłe uda. Dyskretna, lecz kosztowna biżuteria zdobiła
palce ofiary, płatki uszu i klapę marynarki. Obok wyprostowanej ręki
leżała torebka ze złotą zapinką.
Kobieta miała poderżnięte gardło.
Porucznik Eve Dallas przykucnęła obok martwego ciała i przyglądała mu
się uważnie. Widok i zapach śmierci były jej dobrze znane, ale za każdym
razem, w każdym przypadku pojawiało się coś nowego. Zarówno ofiara, jak
i morderca zostawiali własny niepowtarzalny ślad, swój styl, a to
czyniło zabójstwo sprawą osobistą.
Ekipa dochodzeniowa była już na miejscu. Miejsce zbrodni zostało
otoczone wysokimi ekranami, chroniącymi je przed wzrokiem gapiów. Ulicę
zamknięto dla ruchu, lecz o tak wczesnej porze nie było to dla kierowców
szczególnym utrudnieniem. Zza drzwi pobliskiego seksklubu dochodziło
miarowe dudnienie, któremu towarzyszyły wrzaski rozbawionych gości.
Pulsujący neon nad wejściem oblewał ciało kobiety upiornym blaskiem.
Eve mogła zamknąć ten lokal na resztę nocy, uznała jednak, że wywołałoby
to tylko niepotrzebne zamieszanie. Nawet w roku 2058, kiedy broń została
zdelegalizowana, a testy genetyczne pozwalały wyeliminować zbrodnicze
skłonności, nim mogły objawić się w pełni, wciąż zdarzały się
morderstwa. I dochodziło do nich tak często, że goście nocnego klubu z pewnością nie byliby zadowoleni, gdyby ktoś przerwał im zabawę z tak
błahego powodu jak czyjaś śmierć.
Obok pracującej bezgłośnie kamery stał umundurowany policjant. Za jego
plecami czekała na swą kolej grupa pracowników z ekipy dochodzeniowej.
Skuleni i okryci szczelnie płaszczami przeciwdeszczowymi rozmawiali
wesoło o sporcie i zakupach. Nie spojrzeli jeszcze nawet na ciało
martwej kobiety, nie rozpoznali jej.
Czy to lepiej, że ją znałam? - myślała Eve, patrząc na ślady krwi,
niknące powoli w strugach deszczu.
Znajomość z prokurator Cicely Towers ograniczała się wyłącznie do spraw
zawodowych, mimo to Eve zdążyła sobie wyrobić zdanie na jej temat.
Kobieta sukcesu, myślała, silna i nieustępliwa, która zawsze walczyła o sprawiedliwość.
Czy właśnie to sprowadziło ją tutaj, do tej zakazanej dzielnicy?
Eve westchnęła ciężko i sięgnęła do torebki ofiary, by potwierdzić jej
tożsamość.
- Cicely Towers - mówiła do rekordera. - Kobieta, czterdzieści pięć lat,
rozwiedziona. Zamieszkała 2132 East 83, numer 61B. Motyw rabunkowy
wykluczony. Ofiara ma na sobie biżuterię i około... - przejrzała szybko
zawartość portfela - dwudziestu dolarów gotówką, czterdzieści żetonów
kredytowych i sześć kart płatniczych. Brak śladów walki, napaść na tle
seksualnym raczej mało prawdopodobna.
Spojrzała na nieruchome ciało.
Co ty tu, do diabła, robiłaś, Towers? - zastanawiała się gorączkowo. W tej brudnej dziurze, z dala od twojego eleganckiego mieszkania?
I ubrana jak na ważne spotkanie, dodała w myślach. Eve dobrze znała styl
Cicely Towers, nieraz podziwiała jej strój w sali sądowej i w telewizji.
Wyraźne, zdecydowane kolory, doskonale dobrane dodatki, niepozbawione
kobiecego wdzięku.
Wstała i odruchowo wytarła wilgotne na kolanach dżinsy.
- Morderstwo - orzekła krótko. - Zajmijcie się nią.
*
Eve wcale nie była zaskoczona, kiedy ujrzała grupę dziennikarzy
oczekujących na nią przed wejściem do budynku, w którym mieszkała Cicely
Towers. Nie zniechęcał ich nawet fakt, że była trzecia nad ranem i lało
jak z cebra. W oczach reporterów Eve dojrzała napięcie i żądzę sensacji.
Wiadomość traktowano jak zdobycz, a wzrost oglądalności - jak trofeum.
Mogła zignorować kamery skierowane w jej stronę, zbyć milczeniem grad
pytań, jakim zasypali ją dziennikarze. Zdążyła się już niemal
przyzwyczaić do tego, że nie jest anonimową funkcjonariuszką. Sprawa,
którą prowadziła i zamknęła minionej zimy, uczyniła z niej osobę
publiczną. Ta sprawa, pomyślała, obrzucając lodowatym spojrzeniem
reportera, który miał czelność stanąć na jej drodze, i związek z Roarkiem. Wtedy także chodziło o morderstwo, a śmierć, choćby
najbardziej niezwykła, szybko nudziła się mediom.
Natomiast Roarke zawsze wzbudzał ich zainteresowanie.
- Co pani już wie, pani porucznik? Czy są jacyś podejrzani? Zna pani
motyw? Czy potwierdza pani informację, że morderca pozbawił ofiarę
głowy?
Eve zwolniła kroku i ogarnęła spojrzeniem tłum przemoczonych i żądnych
sensacji reporterów. Sama także była mokra, zmęczona i zziębnięta,
wiedziała jednak, że musi uważać na to stado drapieżników. Nauczyła się
już, że jeśli odda mediom choćby najdrobniejszą cząstkę siebie,
bezlitośnie to wykorzystają, wysysając z niej ostatnią kroplę krwi.
- Na razie nie mam dla państwa żadnych informacji prócz tej, że wydział
zabójstw prowadzi śledztwo w sprawie śmierci prokurator Cicely Towers.
- Czy to właśnie pani zajmuje się tą zbrodnią?
- Jestem oficerem prowadzącym sprawę - odparła krótko, minęła dwóch
umundurowanych policjantów i weszła do budynku.
Hol pełen był kwiatów. Długie rzędy rozłożystych, barwnych roślin,
zwisające pędy okryte białymi pąkami przywodziły jej na myśl wiosnę w jakimś egzotycznym miejscu - na przykład na wyspie, na której spędziła z Roarkiem trzy cudowne dni po zakończeniu poprzedniego śledztwa.
Nie uśmiechnęła się nawet do tych wspomnień, choć zrobiłaby to zapewne w innych okolicznościach, tylko szybkim krokiem przekroczyła wyłożony
płytkami korytarz i stanęła przed pierwszą z brzegu windą.
Dokoła aż roiło się od umundurowanych policjantów. Dwaj funkcjonariusze
sprawdzali informacje zarejestrowane w komputerze ochrony, inni
obserwowali wejście do budynku, jeszcze inni stali przy windach. Eve
pomyślała, że jest ich tutaj zdecydowanie zbyt wielu, z drugiej jednak
strony to oczywiste, że kiedy ginie ktoś związany z policją czy wymiarem
sprawiedliwości, sprawa nabiera wyjątkowego wymiaru.
- Czy mieszkanie zostało już zabezpieczone? - spytała najbliższego
policjanta.
- Tak jest. Nie wpuszczaliśmy tam nikogo od momentu, gdy pani do nas
zadzwoniła, to jest od drugiej dziesięć.
- Chcę dostać kopie wszystkich dyskietek ochrony. - Eve weszła do windy.
- Na razie z ostatnich dwudziestu czterech godzin. - Spojrzała na
nazwisko wyszyte na mundurze policjanta. - Postarajcie się, żeby dotarły
do mnie w ciągu najbliższej godziny, Biggs. Poziom sześćdziesiąt jeden -
rzuciła do mikrofonu i drzwi windy zamknęły się bezszelestnie.
Na sześćdziesiątym pierwszym piętrze przywitała ją absolutna cisza.
Podłoga wąskiego korytarza, podobnego do korytarzy wszystkich budynków
mieszkalnych wzniesionych w ciągu ostatniego półwiecza, pokryta była
grubym, miękkim dywanem. Na kremowych ścianach wisiały w równych
odstępach lustra, które powiększały optycznie niewielką przestrzeń.
Eve pomyślała, że dla mieszkańców tego budynku przestrzeń nie stanowiła
problemu. Na całym piętrze znajdowały się tylko trzy apartamenty.
Korzystając ze swej uniwersalnej policyjnej karty, Eve odkodowała zamki
apartamentu 61-B i weszła do eleganckiego wnętrza.
Rozejrzawszy się dokoła, uznała, że Cicely Towers lubiła życie
eleganckie i nie szczędziła na to pieniędzy. Nie tracąc czasu na dłuższe
rozmyślania, wpięła w kieszeń miniaturową kamerę wideo i rozpoczęła
dokładniejsze oględziny. Od razu rozpoznała dwa obrazy uznanego
współczesnego artysty, zdobiące różowe ściany pomieszczenia, w którym
znajdowała się konsola komunikacyjna w kształcie wielkiej podkowy,
pomalowanej w zielono-różowe paski. To dzięki znajomości z Roarkiem
potrafiła bez trudu zidentyfikować dzieła sztuki i domyślić się, jakie
pieniądze włożyła Cicely Towers w pozornie prosty i niewyszukany wystrój
pokoju.
Ciekawe, ile rocznie zarabia prokurator? - zastanawiała się, spoglądając
na bogate wnętrza.
Mieszkanie utrzymane było w idealnym porządku, każdy przedmiot miał
tutaj swoje miejsce. Eve pamiętała Cicely Towers właśnie jako kobietę
niezwykle uporządkowaną, wręcz pedantkę. Ta skrupulatność dotyczyła nie
tylko jej wyglądu, ale także pracy i sposobu zachowania.
Co więc taka elegancka, bystra i uporządkowana kobieta robiła w paskudnej dzielnicy w środku paskudnej nocy?
Eve przechadzała się powoli po mieszkaniu. Podłoga wyłożona białym
drewnem lśniła jak lustro w tych nielicznych miejscach, gdzie nie
zakrywały jej piękne dywany dobrane barwą do ścian i mebli. Honorowe
miejsce na stole zajmowały oprawione w drewno hologramy dwojga dzieci w różnych okresach dorastania, od niemowlęctwa do pierwszych lat studiów;
chłopiec i dziewczyna, oboje bardzo ładni, uśmiechnięci.
To dziwne, pomyślała Eve. Pracowała z prokurator Towers od lat,
rozwiązywały razem wiele spraw. Czy wiedziała, że Cicely ma dzieci?
Kręcąc głową, podeszła do małego komputera wbudowanego w stylowe biurko
ustawione w rogu pokoju. Ponownie użyła uniwersalnej karty, by go
uruchomić.
- Pokaż mi wszystkie spotkania Cicely Towers zaplanowane na drugiego
maja. - Wydęła lekko usta, czytając dane wyświetlone na monitorze
komputera. Godzina w ekskluzywnym klubie fitness, potem cały dzień pracy
w sądzie, o szóstej spotkanie z uznanym adwokatem, a potem kolacja. Eve
uniosła nagle brwi, zaskoczona. Kolacja z George'em Hammettem!
Pamiętała, że Roarke prowadzi jakieś interesy z Hammettem. Sama miała
okazję spotkać go już dwa razy i wiedziała, że ten czarujący,
inteligentny mężczyzna zarabia ogromne pieniądze i bez skrupułów wydaje
je na luksusowe życie.
Kolacja z Hammettem była ostatnim punktem dnia Cicely Towers.
- Wydrukuj - mruknęła, a po chwili schowała kartkę do kieszeni.
Potem podeszła do telełącza i poprosiła o wykaz wszystkich rozmów
przeprowadzonych przez Cicely Towers w ciągu ostatnich czterdziestu
ośmiu godzin. Wiedziała, że być może będzie musiała sięgnąć jeszcze
głębiej, na razie jednak poprzestała na takim wydruku, by potem zająć
się dokładnym przeszukaniem mieszkania.
Po dwóch godzinach rozbolała ją głowa, a oczy piekły z niewyspania.
Poprzedniego wieczoru kochała się z Roarkiem i krótki, ledwie godzinny
sen nie wystarczył na zregenerowanie nadwątlonych sił.
- Według zebranych dotychczas informacji - mówiła ze znużeniem do
rekordera - ofiara mieszkała sama. Nic nie wskazuje na to, by została
zmuszona do opuszczenia swego apartamentu siłą. Zapisy z komputera i telełącza nie wyjaśniają, dlaczego znalazła się o tej porze na miejscu
morderstwa. Oficer prowadzący zabezpieczył wszystkie dane do dalszego
badania, skonfiskowane zostaną dyskietki ochrony budynku. Oficer
prowadzący opuszcza w tej chwili mieszkanie ofiary i udaje się do jej
biura w ratuszu. Porucznik Eve Dallas, piąta osiem.
Wyłączyła nagrywanie, włożyła aparat do torby i wyszła.
*
Było już dobrze po dziesiątej, kiedy Eve wróciła do centrali. Poganiana
głośnym burczeniem w żołądku najpierw zajrzała do stołówki i przekonała
się z rozczarowaniem, choć bez zaskoczenia, że wszystkie lepsze potrawy
zniknęły już z jadłospisu. Po krótkim namyśle zdecydowała się na kanapki
sojowe i napój, który bez większego powodzenia udawał kawę. Pochłonęła
posiłek w ciągu kilku minut, nie zastanawiając się nad jego smakiem czy
zapachem, i dopiero wtedy przeszła do biura.
Ledwie usiadła za biurkiem, rozjarzył się ekran jej telełącza.
- Porucznik Dallas.
Stłumiła westchnienie i spojrzała na szeroką posępną twarz Whitneya.
- Zgłaszam się, panie komendancie.
- Proszę przyjść do mojego biura, natychmiast.
Nie zdążyła nawet zamknąć ust, gdy monitor znów stał się czarny.
Do diabła, zaklęła w duchu. Potarła twarz obiema dłońmi, potem
przeciągnęła nimi przez krótkie, brązowe włosy. Nie miała nawet czasu,
by sprawdzić wiadomości przesłane na jej komputer, poinformować
Roarke'a, co się z nią dzieje, czy zdrzemnąć się choćby przez dziesięć
minut, o czym marzyła przed wejściem do biura.
Wstała ponownie, poruszyła ramionami, by odegnać do siebie znużenie,
potem zdjęła kurtkę. Skórzane okrycie chroniło ją przed deszczem, ale
tutaj nie było już potrzebne. Nie zwracając uwagi na wciąż wilgotne
dżinsy, zebrała wszystkie dane, które udało jej się do tej pory zdobyć.
Łudziła się nadzieją, że w biurze komendanta zostanie poczęstowana
kolejnym kubkiem kawy.
Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi w gabinecie przełożonego, zrozumiała,
że kawa będzie musiała poczekać.
Whitney nie siedział za biurkiem, jak to miał w zwyczaju. Stał obok
przeszklonej ściany i patrzył na panoramę miasta, któremu służył i które
chronił od ponad trzydziestu lat. Pozornie rozluźniony, trzymał za
plecami złączone dłonie, lecz tej postawie przeczyły zbielałe od
kurczowego zaciskania kostki.
Eve przyglądała się przez chwilę szerokim plecom i krótko przyciętym,
szpakowatym włosom człowieka, który przed kilkoma miesiącami zrezygnował
z posady głównego komisarza policji, by zostać tu, w swym macierzystym
wydziale.
- Jestem, panie komendancie.
- Przestało padać.
Zdumiona Eve zmrużyła oczy, szybko jednak przybrała na powrót
beznamiętny wyraz twarzy.
- Tak jest.
- W gruncie rzeczy to dobre miasto, Dallas. Łatwo o tym zapomnieć,
pracując w naszym fachu, ale to dobre miasto. Szczególnie teraz muszę o tym pamiętać.
Eve milczała. Nie miała nic do powiedzenia. Czekała.
- Wyznaczyłem panią na oficera prowadzącego. Teoretycznie powinna
zajmować się tym Deblinksy. Chciałem wiedzieć, czy nie robiła z tego
powodu żadnych trudności.
- Deblinsky jest dobrą policjantką.
- Owszem. Ale pani jest lepsza.
Eve była zadowolona, że Whitney stoi zwrócony do niej tyłem, nie mogła
bowiem powstrzymać grymasu zaskoczenia.
- Doceniam pańskie zaufanie, komendancie.
- Zasłużyła pani na nie. Postąpiłem wbrew procedurze i oddałem pani tę
sprawę ze względów osobistych. Potrzebuję kogoś najlepszego, kogoś, kto
zrobi wszystko, by dopaść tego drania.
- Większość z nas znała prokurator Towers, panie komendancie. W całym
Nowym Jorku nie ma chyba gliniarza, który nie zrobiłby wszystkiego, byle
tylko złapać mordercę.
Whitney westchnął ciężko, a westchnienie to niczym fala przebiegło przez
całe jego ciało. Potem odwrócił się i przez chwilę patrzył na kobietę,
której powierzył tak ważną dla siebie sprawę. Była szczupła, wydawała
się wręcz chuda, wiedział jednak, że to tylko pozory i że Eve Dallas
jest niezwykle silna i wytrzymała.
Teraz na jej twarzy widniały oznaki zmęczenia, miała podkrążone oczy,
była blada. Nie mógł jednak pozwolić sobie na współczucie. Nie teraz.
- Cicely Towers była moją przyjaciółką... bliską przyjaciółką.
- Rozumiem. - Eve nie była pewna, czy rzeczywiście rozumie. - Przykro
mi, panie komendancie.
- Znałem ją od lat. Razem zaczynaliśmy, gorliwy policjant i świeżo
upieczona prawniczka. Moja żona i ja jesteśmy rodzicami chrzestnymi jej
syna - zamilkł na chwilę, jakby nie mógł zapanować nad emocjami. -
Zawiadomiłem już o wszystkim jej dzieci. Moja żona spotka się z nimi.
Zostaną u nas do pogrzebu. - Odchrząknął głośno i zacisnął mocniej usta.
- Cicely należała do kręgu moich najbliższych i najstarszych przyjaciół,
darzyłem ją szacunkiem i podziwem ze względu na jej osiągnięcia
zawodowe, ale przede wszystkim kochałem ją jako człowieka. Moja żona
jest zdruzgotana tą wiadomością, dzieci Cicely są w szoku. Mogłem im
jedynie powiedzieć, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by odnaleźć
człowieka, który dokonał tego czynu, i oddać Cicely to, dla czego
pracowała przez całe życie - sprawiedliwość.
Whitney zajął wreszcie ulubione miejsce za biurkiem, nie zrobił tego
jednak po to, by podkreślić swoją władzę, lecz ze zwykłego zmęczenia.
- Mówię pani o tym, Dallas, by wiedziała pani od początku, że w tej
sprawie nie może oczekiwać ode mnie obiektywizmu. Żadnego. I właśnie
dlatego powierzam ją pani.
- Doceniam pańską szczerość, komendancie - zawahała się, lecz tylko na
moment. - Ponieważ był pan blisko związany z ofiarą, będę musiała pana
przesłuchać, i to jak najszybciej. - Patrzyła uważnie na twarz szefa,
dostrzegając, jak mruga powiekami, zaskoczony. - Pańską żonę także,
panie komendancie. Mogę to zrobić w pańskim domu, jeśli pan sobie tego
życzy.
- Rozumiem. - Whitney wciągnął głośno powietrze. - Właśnie dlatego
prowadzi pani to śledztwo, Dallas. Niewielu gliniarzy miałoby odwagę
przejść tak od razu do rzeczy. Byłbym pani wdzięczny, gdyby poczekała
pani z przesłuchaniem mojej żony do jutra, może dzień dłużej. Wolałbym
także, by zrobiła to pani u nas w domu. Zorganizuję to.
- Tak jest, panie komendancie.
- Co zrobiła pani do tej pory?
- Przeszukałam dom ofiary i jej biuro. Mam informacje dotyczące spraw,
które prowadziła, i tych, które zamknęła w ciągu ostatnich pięciu lat.
Muszę sprawdzić nazwiska jej rodziny i znajomych, dowiedzieć się, czy
ktokolwiek z oskarżonych przez nią przestępców został ostatnio
zwolniony. Szczególnie tych skazanych za najcięższe przestępstwa. Pani
Towers wysłała za kratki sporo takich łotrów.
- Cicely była prawdziwym tygrysem na sali sądowej. Nigdy niczego nie
przeoczyła, nie popełniła błędu. Aż do teraz.
- Co ona tam robiła, panie komendancie, w środku nocy? Zgodnie z tym, co
wykazała sekcja, zgon nastąpił jakiś kwadrans po pierwszej. To
nieciekawa dzielnica, napady, handlarze narkotyków, domy publiczne.
- Nie wiem. Cicely była ostrożna, lecz zarazem... pewna siebie. - Whitney
uśmiechnął się lekko. - Podziwiałem ją za to. Stawała twardo do walki z najgorszymi szumowinami tego miasta. Ale żeby świadomie narażać się na
niebezpieczeństwo... No, nie wiem.
- Prowadziła pewną sprawę. Oskarżony, niejaki Fluentes, udusił swoją
przyjaciółkę. Adwokat chciał przedstawić to jako zbrodnię w afekcie, ale
prokurator Towers podobno miała już sprawcę na widelcu. Sprawdzam to.
- Czy ten człowiek jest na wolności?
- Tak. Nie był wcześniej karany, ustalono bardzo niską kaucję. Jako
oskarżony o morderstwo miał nosić bransoletę identyfikacyjną, ale każdy,
kto zna się choć trochę na elektronice, poradzi sobie bez trudu z taką
zabawką. Jak pan sądzi, czy to z nim właśnie chciała się spotkać?
- Na pewno nie. Spotkanie z oskarżonym poza salą sądową to dla
szanującego się prokuratora rzecz nie do pomyślenia. - Whitney pomyślał
o Cicely i energicznie pokręcił głową. - Nigdy nie podjęłaby takiego
ryzyka. Ale on mógł użyć jakichś innych sposobów, by ją tam zwabić.
- Jak już powiedziałam, sprawdzam to. Poprzedniego wieczoru była
umówiona na kolację z George'em Hammettem. Zna go pan?
- Dość słabo. Spotykali się czasem. Nic poważnego, zdaniem mojej żony.
Ona zawsze próbowała znaleźć dla Cicely idealnego mężczyznę.
- Panie komendancie, najlepiej będzie, jeśli zapytam o to teraz,
prywatnie. Czy łączyły pana z ofiarą stosunki intymne?
Na szerokiej twarzy Whitneya drgnął lekko mięsień, jego oczy pozostawały
jednak spokojne.
- Nie. Byliśmy przyjaciółmi i oboje bardzo ceniliśmy sobie tę przyjaźń.
Właściwie Cicely była jeszcze jednym członkiem naszej rodziny. Pani tego
nie rozumie, Dallas.
- Nie - odparła beznamiętnym tonem Eve. - Przypuszczam, że nie.
- Przepraszam. - Whitney zacisnął mocno powieki i potarł twarz obiema
dłońmi. - To było niepotrzebne i nieuczciwe. A pani musiała zadać to
pytanie. - Opuścił ręce. - Nigdy nie straciła pani kogoś bliskiego,
prawda, Dallas?
- Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
- To po prostu rozwala człowieka na drobne kawałki - wyszeptał Whitney.
On sam był tego żywym dowodem. Przez ostatnich dziesięć lat Eve poznała
go z różnych stron, widziała, jak bywał wściekły, zniecierpliwiony, a nawet okrutny. Nigdy jednak nie wydawał się tak rozbity i przygnębiony
jak teraz.
Pomyślała, że skoro utrata kogoś bliskiego tak bardzo może dotknąć
człowieka równie silnego jak Whitney, to powinna się cieszyć, że nie ma
rodziny i że zostały jej tylko straszliwe wspomnienia z dzieciństwa. Jej
drugie życie zaczęło się, gdy jako ośmioletnia dziewczynka została
znaleziona w Dallas w Teksasie, zmaltretowana i pozostawiona na pastwę
losu. Wszystko, co zdarzyło się wcześniej, nie miało teraz znaczenia.
Własnymi siłami sprawiła, że stała się tym, kim teraz była, czym teraz
była. Miała kilku przyjaciół, na których jej zależało i których darzyła
zaufaniem. Jedyną osobą, znaczącą dla niej więcej niż tamci przyjaciele,
był Roarke. Walczył o nią, zdobywał ją krok po kroku, aż pozwoliła mu
się zbliżyć do siebie, dała mu więcej niż innym. Na tyle dużo, że
czasami wprawiało ją to w przerażenie - wiedziała bowiem, że Roarke nie
spocznie, dopóki nie dostanie wszystkiego.
Gdyby oddała mu wszystko, a potem go utraciła, czy też byłaby taka
zdruzgotana?
Wolała się nad tym nie zastanawiać. Odszukała w biurku resztę jakiegoś
batonika i zjadła go, popijając kawą z automatu. Lunch był teraz mrzonką
równie nierealną jak tydzień urlopu w tropikach. Dopijając resztki kawy,
czytała dokładne sprawozdanie z sekcji zwłok.
Czas śmierci został ustalony już wcześniej. Przyczyna zgonu - przecięta
tchawica, brak powietrza i utrata krwi. Ofiara zjadła na kolację posiłek
składający się z małży, świeżych warzyw, wina, prawdziwej kawy i owoców
z bitą śmietaną. Stało się to jakieś pięć godzin przed śmiercią.
Wiadomość nadeszła bardzo szybko. Minęło zaledwie dziesięć minut od
śmierci Cicely Towers, kiedy jakiś taksówkarz, dość odważny lub
zdesperowany, by jeździć w tej okolicy, znalazł ciało i zawiadomił
policję. Pierwszy wóz policyjny był na miejscu już po trzech minutach.
Zabójca działał szybko, myślała Eve. Z drugiej jednak strony nietrudno
było ukryć się w jakimś ciemnym zakątku, w samochodzie czy jednym z pobliskich klubów. Na pewno miał na sobie krew ofiary, ale pomógł mu
ulewny deszcz, który zapewne zmył wszelkie ślady zbrodni.
Będzie musiała przeczesać tamtą okolicę, zadać pytania, na które i tak
prawdopodobnie nie otrzyma żadnej odpowiedzi. Oczywiście wiedziała już z doświadczenia, że tam, gdzie nie skutkują przewidziane procedurą groźby
i ostrzeżenia, wiele zdziałać mogą łapówki.
Przyglądała się właśnie zdjęciu Cicely Towers, gdy ktoś do niej
zadzwonił.
- Dallas, wydział zabójstw.
Na ekranie pojawiła się twarz młodego mężczyzny, wykrzywiona w chytrym
uśmieszku.
- Poruczniku, co ma pani do mnie?
Eve stłumiła paskudne przekleństwo cisnące jej się na usta. Nigdy nie
miała zbyt dobrego zdania o reporterach, ale C.J. Morse był
ucieleśnieniem wszystkiego, co najgorsze w tym fachu.
Teraz uśmiechał się szeroko.
- Śmiało, Dallas. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jak Stróże prawa
wypełniają swoje obowiązki. Pamiętasz?
- Nie mam nic dla ciebie.
- Nic? Chcesz, żebym oświadczył na antenie, że porucznik Eve Dallas,
najlepszy gliniarz w Nowym Jorku, nie ma nic do powiedzenia na temat
zabójstwa jednej z najbardziej poważanych i najwybitniejszych postaci
naszego miasta? Mógłbym to zrobić, Dallas - ciągnął Morse, mlaskając
głośno językiem. - Mógłbym, ale nie wyszłoby ci to na dobre.
- Uważasz, że ma to dla mnie jakieś znaczenie? - Uśmiech Eve był ostry
jak promień lasera, jej palec zawisł nad przyciskiem wyłączającym
komunikator. - Mylisz się.
- Może nie dotyka cię to osobiście, ale na pewno stawia w złym świetle
cały wydział. - Morse zatrzepotał długimi, dziewczęcymi rzęsami. - I komendanta Whitneya, który wbrew procedurze oddał ci tę sprawę.
Dostałoby się też Roarke'owi.
Eve wyprostowała palce, a potem powoli zacisnęła je w pięść.
- Śledztwo w sprawie zabójstwa Cicely Towers to sprawa priorytetowa dla
wydziału, komendanta Whitneya i dla mnie.
- Zacytuję to.
Pieprzony, cwany gnojek.
- A moja praca w wydziale nie ma nic wspólnego z Roarkiem.
- Hej, piękna, teraz wszystko, co robisz, dotyczy także Roarke'a i vice
versa. A fakt, że twój facet prowadził interesy z Cicely Towers, jej
eksmężem i jej obecnym partnerem, może mieć tutaj kluczowe znaczenie.
Eve nie mogła już dłużej kryć wściekłości.
- Roarke prowadzi interesy z mnóstwem różnych ludzi. Nie wiedziałam, że
wróciłeś do plotek, C.J.
Ta uwaga starła wreszcie z twarzy reportera cwany uśmieszek. C.J. Morse
zaczynał swą karierę w dziale towarzyskim, żywiącym się plotkami i miałką sensacją. Nienawidził, kiedy ktoś wypominał mu przeszłość,
szczególnie teraz, gdy trafił wreszcie do grona poważanych dziennikarzy.
- Mam kontakty, Dallas.
- Tak, i masz też pryszcz na środku czoła. Na twoim miejscu natychmiast
bym się tym zajęła. - Zakończywszy rozmowę tym tanim, lecz
satysfakcjonującym chwytem, Eve wyłączyła komunikator.
Wstała i zaczęła przechadzać się nerwowo po pokoju, wbijając ręce w kieszenie i wyciągając je co chwila. Do diabła, dlaczego nazwisko
Roarke'a musiało pojawić się w związku z tą właśnie sprawą? Czy
rzeczywiście wiązały go z Cicely Towers i jej przyjaciółmi jakieś ważne
interesy?
Eve opadła na krzesło i spojrzała na raporty rozłożone na biurku.
Musiała się tego dowiedzieć, i to szybko.
Przynajmniej tym razem, w wypadku tego morderstwa, Roarke miał murowane
alibi. W czasie, gdy Cicely Towers umierała na ulicy, pieprzył się z oficerem prowadzącym śledztwo.
Rozdział 2
2
Eve wolałaby pójść do własnego mieszkania, choć nie zaglądała do niego
już od wielu dni. Tam mogłaby spokojnie się przespać, pozastanawiać,
prześledzić w myślach raz jeszcze ostatni dzień życia Cicely Towers.
Ostatecznie jednak zdecydowała, że pojedzie do Roarke'a.
Była już tak zmęczona, że powierzyła prowadzenie pojazdu automatowi.
Myślała o tym, co będzie robić po dotarciu na miejsce, i uznała, że
przede wszystkim musi się porządnie najeść. Dobrze byłoby też znaleźć
dziesięć minut na odpoczynek i oczyszczenie umysłu.
Wiosna objawiła już w pełni swój urok. Eve zapragnęła otworzyć szeroko
okna samochodu, nie zważając na nieustający pomruk miasta, szum
silników, głosy przechodniów.
Chcąc uniknąć natrętnego wrzasku przewodników, krążących nad centrum,
skręciła w ulicę Dziesiątą. Mogła co prawda skorzystać z krótszej drogi,
wtedy jednak musiałaby wysłuchać opowieści o niezliczonych atrakcjach
turystycznych Nowego Jorku, o historii i tradycji Broadwayu, cudownych
muzeach i świetnie zaopatrzonych sklepach z pamiątkami.
Znała całą tę wyliczankę na pamięć, ponieważ trasa przewodników
powietrznych prowadziła też nad jej mieszkaniem. Nie chciała po raz
kolejny słyszeć o dogodnym połączeniu powietrznym między pasażem
handlowym przy Piątej a Madison albo o najnowszej trasie wjazdowej na
Empire State Building.
Przy kolejnym skrzyżowaniu utworzył się niewielki korek. Eve miała więc
okazję obejrzeć reklamę, na której nieprawdopodobnie przystojny
mężczyzna i zniewalająco piękna kobieta wymieniają namiętny pocałunek,
osłodzony - jak sami informują, gdy na moment odrywają się od siebie -
odświeżaczem oddechu "Górski Potok".
Dwaj taksówkarze, którzy przed chwilą omal nie rozbili swoich wozów,
teraz obrzucali się wyzwiskami. Maksibus wypełniony po brzegi pasażerami
zatrąbił głośno, ściągając na siebie gniewne okrzyki i przekleństwa
przechodniów.
Nad skrzyżowaniem zawisł policyjny poduszkowiec. Stanowczy głos nakazał
obu mężczyznom natychmiast podjąć jazdę pod groźbą grzywny lub aresztu.
Skłóceni taksówkarze z ociąganiem zajęli miejsca w samochodach i pojazdy
ruszyły w dół ulicy.
W miarę jak Eve opuszczała centrum i wjeżdżała na przedmieścia
zamieszkane przez bogatych i uprzywilejowanych obywateli, miasto
zmieniało swe oblicze. Szersze, czyściejsze ulice, więcej zieleni. Tutaj
samochody nie czyniły żadnego hałasu, a przechodnie nosili eleganckie
ubrania i drogie buty.
Minęła jakiegoś mężczyznę, który prowadził dwa wspaniałe dogi.
Nieznajomy bogacz kroczył wyniośle i sztywno niczym dobrze
zaprogramowany android.
Kiedy dojechała do rezydencji Roarke'a, musiała poczekać chwilę, aż
system ochrony przy bramie potwierdzi jej tożsamość. Drzewa w ogrodzie
pokryte były różnobarwnym kwieciem, różowe i białe pąki przeplatały się
z plamami głębokiej czerwieni i błękitu. Równo przystrzyżona, soczyście
zielona trawa stanowiła doskonałe tło dla tej orgii kolorów.
Kilkadziesiąt metrów dalej wznosiła się rezydencja Roarke'a, wyniosła
budowla z szarego kamienia. W wysokich oknach odbijały się czerwone
promienie zachodzącego słońca. Minęło już wiele miesięcy od dnia, w którym ujrzała to wszystko po raz pierwszy, wciąż jednak nie mogła
przyzwyczaić się do przepychu i bogactwa, jakim tchnął ten dom. Ciągle
zadawała sobie pytanie, co ona tutaj robi.
Zostawiła samochód przed granitowymi schodami i wspięła się do wejścia.
Nigdy nie pukała do tych drzwi. Była na to zbyt dumna i zbyt uparta.
Lokaj Roarke'a pogardzał nią i wcale tego nie ukrywał.
Zgodnie z jej oczekiwaniami Summerset pojawił się w holu niczym obłok
czarnego dymu. Na jego długiej twarzy malował się wyraz dezaprobaty.
- Pani porucznik. - Zmierzył Eve przeciągłym spojrzeniem, jakby chciał
jej uświadomić, że ma na sobie ten sam strój, w którym wyszła, i że jej
ubiór jest w opłakanym stanie. - Nie wiedzieliśmy, kiedy zamierza pani
powrócić, a w istocie, czy w ogóle zamierza pani wrócić.
- Doprawdy? - Eve wzruszyła ramionami. Ponieważ wiedziała, że Summerset
nie cierpi jej ubrań, podała mu swoją skórzaną kurtkę. - Roarke jest w domu?
- W tej chwili odbiera transmisję spoza Ziemi.
- Z Ośrodka Olimpijskiego?
Summerset wydął usta.
- Nie wtrącam się do jego interesów.
Doskonale wiesz, co robi i kiedy, pomyślała i bez słowa ruszyła w stronę
schodów prowadzących na piętro.
- Idę na górę. Muszę się wykąpać - oświadczyła, wstępując na pierwszy
stopień. Spojrzała przez ramię na Summerseta. - Możesz powiedzieć mu,
gdzie jestem, kiedy już skończy tę transmisję.
Zatrzasnęła drzwi apartamentu na piętrze i natychmiast zaczęła zrzucać z siebie ubranie, znacząc drogę do łazienki układanką butów, dżinsów,
koszuli i bielizny.
Zażyczyła sobie wodę o temperaturze pięćdziesięciu sześciu stopni i wrzuciła do niej garść soli kąpielowych, które Roarke przywiózł jej z Silas. Już po chwili powierzchnia pokryła się gęstą pianą, roztaczając
dokoła cudowny zapach lasu.
Eve miała ochotę tarzać się ze szczęścia w ogromnej wannie, płakać z radości, kiedy relaksujące ciepło ogarnęło całe jej zmęczone ciało i przenikało je aż do kości. Wzięła głęboki oddech, zanurkowała pod wodę i policzywszy do trzydziestu, wynurzyła się ponownie, wzdychając z rozkoszą. Potem zamknęła oczy i po chwili ogarnęło ją błogie
rozleniwienie.
Tak właśnie znalazł ją Roarke.
Ujrzawszy Eve w takiej sytuacji, większość ludzi powiedziałaby, że jest
rozluźniona. Lecz oni nie znali i nie rozumieli Eve Dallas tak jak
Roarke. Zbliżył się do niej bardziej i poznał ją lepiej niż każdą inną
kobietę w swym życiu. Mimo to wciąż kryła przed nim wiele tajemnic.
Zawsze pozostawała dlań fascynującą zagadką.
Leżała naga, zanurzona po szyję w parującej wodzie i aromatycznej
pianie. Twarz miała zaczerwienioną od gorąca, oczy zamknięte, wcale
jednak nie czuła się rozluźniona. Roarke wiedział, z jaką siłą zaciska
dłoń na szerokiej krawędzi wanny, widział, jak marszczy czoło,
zastanawiając się nad czymś intensywnie.
Zrozumiał, że Eve się czymś martwi. I że coś planuje. Podszedł do wanny,
szybko, bezszelestnie, tak jak nauczył się tego w dzieciństwie spędzonym
w brudnych, niebezpiecznych dzielnicach Dublina, w jego śmierdzących
uliczkach i ciemnych zaułkach. Gdy usiadł obok Eve, by obserwować ją w milczeniu, nie poruszyła się jeszcze przez kilka minut. Zauważył, kiedy
wyczuła wreszcie jego obecność.
Uniosła nagle powieki, a jej brązowe oczy spojrzały z niepokojem w rozbawione błękitne oczy Roarke'a. Jak zawsze sam jego widok przyprawił
ją o zawrót głowy. Jego twarz, obramowana kosmykami kruczoczarnych
włosów, przypominała oblicza aniołów ze starych płócien. Ten niezwykły
widok zawsze był dla Eve zaskoczeniem.
Uniosła brwi i przechyliła lekko głowę.
- Zboczeniec.
- To moja wanna. - Nie odrywając od Eve spojrzenia, włożył palce do wody
i przesunął nimi po jej piersiach. - Ugotujesz się w tej wodzie.
- Odpowiada mi taka temperatura. Potrzebuję dużo ciepła.
- Miałaś trudny dzień.
On wie to najlepiej, pomyślała Eve, starając się nie okazywać urazy. On
wie wszystko. Wzruszyła tylko ramionami, kiedy Roarke wstał i podszedł
do wbudowanego w ścianę automatycznego barku. Po chwili na półeczce
pojawiły się dwa kryształowe kieliszki z winem.
Powrócił do wanny, usiadł na krawędzi i podał Eve kieliszek.
- Nie spałaś. Nie jadłaś.
- To się da naprawić.
Wino smakowało jak płynne złoto.
- Mimo to martwię się o ciebie, porucznik Dallas.
- Zbyt łatwo się martwisz.
- Kocham cię.
To wyznanie, uczynione cudownie aksamitnym, śpiewnym głosem, oraz
świadomość, że w jakiś niepojęty sposób jest ono prawdziwe, sprawiły Eve
przyjemność i jednocześnie wprawiły ją w zakłopotanie. Ponieważ nie
mogła dać mu żadnej odpowiedzi, wbiła spojrzenie w wino.
Nie odezwał się, dopóki nie stłumił irytacji wywołanej brakiem reakcji z jej strony.
- Możesz mi powiedzieć, co się stało z Cicely Towers?
- Znałeś ją - zauważyła.
- Niezbyt dobrze. Ot, zwykła znajomość, wspólne interesy, głównie
zresztą z jej byłym mężem. - Pociągnął łyk wina i przez moment patrzył w milczeniu na kłęby pary unoszące się nad wanną. - Uważałem ją za kobietę
godną podziwu, mądrą i niebezpieczną.
- Niebezpieczną? Dla ciebie?
- Nie bezpośrednio. - Jego usta wykrzywiły się w ledwie dostrzegalnym
uśmiechu, nim znów podniósł kieliszek. - Dla nielegalnych interesów,
różnego rodzaju szwindli, dla chorych umysłów. Pod tym względem była
bardzo podobna do ciebie. Mam szczęście, że w porę zszedłem z tej drogi.
Eve nie była tego całkiem pewna, odłożyła jednak ten problem na później.
- Czy jako jej znajomy i były partner w interesach znasz kogoś, kto
mógłby chcieć jej śmierci?
Roarke znów łyknął wina, tym razem znacznie więcej.
- Czy to przesłuchanie, pani porucznik?
Rozbawienie ukryte w jego głosie nagle ją zirytowało.
- Może być - odrzekła krótko.
- Jak sobie życzysz. - Wstał, odstawił kieliszek i zaczął rozpinać
koszulę.
- Co ty robisz?
- Szykuję się do kąpieli. - Odrzucił koszulę na bok i zaczął rozpinać
spodnie. - Skoro jestem przesłuchiwany przez nagą policjantkę, to
powinienem przynajmniej do niej dołączyć.
- Do diabła, Roarke, chodzi o morderstwo.
Skrzywił się, kiedy sparzyła go gorąca woda.
- Nie musisz mi o tym przypominać. - Usadowił się po drugiej stronie
wanny i spojrzał w oczy Eve. - Co takiego jest we mnie, że wciąż cię
irytuję? - Nim zdążyła ostro odpowiedzieć, dodał: - I co takiego jest w tobie, że nie mogę ci się oprzeć nawet teraz, kiedy siedzisz tu z niewidzialną odznaką na twojej ślicznej piersi?
Wsunąwszy dłoń pod wodę, powoli przesuwał palcami wzdłuż kostki Eve i łydki, aż dosięgnął czułego punktu pod kolanem.
- Chcę cię - mruknął. - Teraz.
Omal nie wypuściła z dłoni kieliszka, nim zdołała się opanować.
- Opowiedz mi o Cicely Towers.
Roarke z filozoficznym spokojem oparł się o brzeg wanny. Nie zamierzał
wypuścić Eve z łazienki, zanim dostanie to, na czym mu w tej chwili
zależało, mógł więc pozwolić sobie na cierpliwość.
- Ona, jej były mąż i George Hammett zasiadali w radzie nadzorczej
jednego z moich przedsiębiorstw. Nazywa się "Merkury", na cześć boga
handlu. Import, eksport, poza tym usługi transportowe i dostawcze.
- Wiem, czym zajmuje się "Merkury" - przerwała mu gniewnie. Nie
wiedziała, że ta kompania także należy do Roarke'a, i była zła na siebie
za tę ignorancję.
- Kiedy kupiłem "Merkurego" dziesięć lat temu, firma była źle zarządzana
i stała na krawędzi bankructwa. Zainwestował w nią Marco Angelini, były
mąż Cicely, ona sama także. Zdaje się, że w tym czasie jeszcze byli
małżeństwem albo krótko po rozwodzie. Najwyraźniej ich rozstanie odbyło
się w przyjaznej atmosferze, tak jak to powinno zawsze wyglądać. Hammett
także był inwestorem. Wydaje mi się, że związał się bliżej z Cicely
dopiero kilka lat później.
- A ten trójkąt, Angelini, Towers i Hammett, czy oni też pracowali w atmosferze przyjaźni?
- Takie odniosłem wrażenie. - Postukał lekko w jedną z płytek. Kiedy się
odwróciła, odsłaniając ukryty panel, zaprogramował muzykę. Coś powolnego
i sentymentalnego. - Jeśli zastanawiasz się, co było wtedy moim celem,
mogę ci powiedzieć, że chodziło tylko o zwykły interes i do tego całkiem
udany.
- Ile towarów przemyca się przez "Merkurego"?
Roarke błysnął zębami w uśmiechu.
- Doprawdy, pani porucznik.
Woda chlapnęła mu na piersi, kiedy Eve usiadła nagle prosto.
- Nie próbuj się ze mną bawić, Roarke.
- Eve, nie marzę teraz o niczym innym.
Zgrzytnęła zębami i odtrąciła dłoń, którą sięgał do jej kostki.
- Cicely Towers miała opinię uczciwego prokuratora, oddanego sprawie,
czystego jak łza. Gdyby dowiedziała się, że działania "Merkurego" są
niezgodne z prawem, na pewno nie uszłoby ci to na sucho.
- Więc przejrzała moją perfidną grę, a ja zwabiłem ją do podłej
dzielnicy i kazałem poderżnąć jej gardło. - Jego głos był całkowicie
opanowany, spojrzenie beznamiętne. - Czy tak właśnie myślisz?
- Nie, do diabła, dobrze wiesz, że nie, ale...
- Ale inni mogą tak przypuszczać - dokończył za nią. - Co stawia cię w bardzo niezręcznej sytuacji.
- Tym się nie martwię. - W tej chwili martwiła się tylko o niego. -
Roarke, muszę to wiedzieć. Musisz mi powiedzieć, czy jest cokolwiek,
choćby najdrobniejsza rzecz, która wiąże cię z tym śledztwem.
- A jeśli tak?
Eve poczuła, jak przeraźliwy chłód ogarnia jej serce.
- Będę musiała oddać je komuś innemu.
- Czy nie prowadziliśmy już kiedyś takiej rozmowy?
- To nie to samo co sprawa DeBlassa. Zupełnie nie to samo. Nie jesteś
podejrzanym. - Kiedy uniósł brwi w niemym pytaniu, Eve starała się
zapanować nad swym głosem i usunąć z niego wszelkie ślady irytacji.
Dlaczego wszystko, co dotyczyło Roarke'a, było takie skomplikowane? -
Uważam, że nie miałeś nic wspólnego z morderstwem Cicely Towers. Czy to
wystarczy?
- Nie dokończyłaś myśli.
- W porządku. Jestem gliną. Muszę zadawać pewne pytania. Muszę zadać je
tobie i każdemu, kto był w jakikolwiek sposób związany z ofiarą. Nie
mogę tego ominąć.
- Jak bardzo mi ufasz?
- To nie ma nic wspólnego z zaufaniem do ciebie.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. - W jego oczach pojawiły się
chłód i smutek, a Eve zrozumiała, że popełniła błąd. - Jeśli do tej pory
nie potrafiłaś mi zaufać i uwierzyć, to nie łączy nas nic poza seksem.
- Odwracasz kota ogonem. - Starała się za wszelką cenę zachować spokój,
choć słowa Roarke'a napełniały ją strachem. - Nie oskarżam cię o nic.
Gdybym prowadziła to śledztwo, nie znając ciebie, gdyby mi na tobie nie
zależało, natychmiast umieściłabym cię na liście podejrzanych. Ale znam
cię i nie chodzi mi o to, o czym mówiłeś. - Zamknęła oczy i przesunęła
mokrymi dłońmi po twarzy. Nie potrafiła mówić o własnych uczuciach. -
Staram się uzyskać odpowiedzi, dzięki którym będę mogła trzymać cię jak
najdalej od tej sprawy. Robię to, bo mi na tobie zależy. Ale nie mogę
jednocześnie przestać myśleć o tym, jak wykorzystać twoje powiązania z Cicely Towers. I wyłącznie te powiązania, koniec kropka. Ani jedno, ani
drugie nie przychodzi mi łatwo.
- Szkoda, że tak trudno przychodzi ci też o tym mówić - mruknął Roarke,
a potem pokręcił głową. - "Merkury" prowadzi teraz całkowicie legalną
działalność, nie ma potrzeby dokładać jakichś lewych zysków, bo firma i bez tego przynosi całkiem niezły profit. I choć mogłaś pomyśleć, że
jestem na tyle bezczelny, by wciągać do nielegalnych interesów
prokuratora, to jednak powinnaś wiedzieć, że nie jestem aż tak głupi.
Eve wierzyła mu, co pozwalało jej wreszcie pozbyć się dręczącego
niepokoju, który towarzyszył jej od samego rana.
- W porządku. - Skinęła głową. - Ale to na pewno jeszcze nie koniec
pytań. Media już wiedzą o twoim związku z tą sprawą.
- Wiem. Przykro mi. Bardzo zatruwają ci życie?
- Na razie jeszcze nie zaczęli. - Kierowana spontanicznym odruchem,
sięgnęła po jego dłoń i uścisnęła ją serdecznie. - Przepraszam cię.
Zdaje się, że znowu mamy kłopoty.
- Możemy temu zaradzić. - Przysunął się bliżej, by móc podnieść do ust
ich złączone dłonie. Kiedy się uśmiechnęła, wiedział już, że wreszcie
gotowa jest całkowicie się rozluźnić. - Nie musisz trzymać mnie od tego
z daleka. Sam sobie poradzę. Nie musisz też czuć się winna czy
niespokojna tylko dlatego, że twoim zdaniem mogę przydać ci się w śledztwie.
- Dam ci znać, kiedy nadejdzie taka chwila. - Tym razem uniosła tylko
brwi, kiedy jego wolna dłoń zaczęła się przesuwać po jej udzie. - Jeśli
chcesz zrobić to tutaj, będziemy potrzebowali sprzętu do nurkowania.
- Och, jestem pewien, że doskonale poradzimy sobie i bez tego.
Uśmiechnął się i pocałował ją namiętnie, by to udowodnić.
*
Późno w nocy, kiedy Eve już zasnęła, Roarke leżał obok niej na wznak i patrzył na rozgwieżdżone niebo widoczne przez okno nad łóżkiem. W jego
oczach pojawiła się troska, którą przedtem starannie ukrywał przed Eve.
Ich losy wciąż splatały się ze sobą, w życiu osobistym i zawodowym.
Połączyło ich morderstwo, a teraz kolejne morderstwo znów było między
nimi. Kobieta leżąca u jego boku występowała w obronie ofiar.
Podobnie jak Cicely Towers, pomyślał, zastanawiając się jednocześnie,
czy to właśnie taka postawa ściągnęła na jej głowę nieszczęście.
Starał się nie martwić zbyt często tym, co robi Eve. Praca określała jej
życie, nadawała mu sens. Roarke doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Oboje zbudowali swoje życie - a raczej odbudowali je - z tej odrobiny, z tych nędznych resztek, które dał im los. On był biznesmenem, który
kupuje i sprzedaje, który kontroluje i czerpie z tego przyjemność. I zyski.
Zrozumiał jednak, że niektóre spośród jego przedsięwzięć mogłyby wpędzić
Eve w kłopoty, gdyby wyszły na jaw. "Merkury" rzeczywiście prowadził
obecnie całkowicie legalną działalność, nie zawsze jednak tak było.
Roarke miał także inne firmy, inne przedsiębiorstwa, które działały w strefie cienia. On sam dorastał przecież w takich ciemnych zakamarkach.
Dobrze je znał i potrafił wykorzystywać do swoich celów.
Przemyt, zarówno na Ziemi, jak i międzyplanetarny, był zajęciem bardzo
zyskownym i ekscytującym. Wspaniałe wina z Taurusa Pięć,
nieprawdopodobnie błękitne diamenty z jaskiń Refini, drogocenne
kryształy wytwarzane w Kolonii Sztuki na Marsie.
To prawda, nie musiał już obchodzić prawa, by żyć, i to żyć dobrze. Ale
trudno było mu pozbyć się starych nawyków.
Pozostał ten sam problem: co by się stało, gdyby do tej pory nie zmienił
"Merkurego" w legalną firmę? To, co dla niego było tylko nieszkodliwą
rozrywką, Eve uznałaby za niedopuszczalne.
W dodatku musiał pogodzić się z upokarzającym faktem, że mimo tego
wszystkiego, co razem stworzyli, Eve wcale nie czuje się go pewna.
Mruknęła coś przez sen i zmieniła pozycję. Nawet we śnie, pomyślał
Roarke, nie umiała przytulić się do niego. Było mu z tym bardzo ciężko.
Należało to zmienić, i to szybko, dla dobra ich obojga.
Postanowił, że na razie zajmie się tym, nad czym ma kontrolę.
Przeprowadzenie kilku rozmów telefonicznych i zebranie informacji o Cicely Towers od jej przyjaciół i znajomych było dziecinnie łatwe.
Znacznie trudniejsze i bardziej czasochłonne mogło się okazać
przekształcenie wszystkich interesów ukrytych w szarej strefie w całkowicie legalne i uczciwe firmy.
Przez chwilę przyglądał się Eve. Spała spokojnie, jej rozluźniona ręka
leżała na poduszce, obok głowy. Wiedział, że czasami dręczą ją koszmary.
Lecz tej nocy jej umysł był od nich wolny. Mając nadzieję, że ten stan
nie ulegnie zmianie, Roarke wyśliznął się z łóżka, by rozpocząć
realizację swego planu.
*
Obudził ją zapach kawy. Prawdziwej aromatycznej kawy z ziaren zbieranych
na plantacji Roarke'a w Ameryce Południowej. Swobodny dostęp do owego
rarytasu był jedną z niewielu rzeczy w domu Roarke'a, do których
przywykła niemal natychmiast, a po pewnym czasie wręcz się od tego
napoju uzależniła.
Nim jeszcze uniosła powieki, uśmiechnęła się błogo.
- Boże, chyba jestem już w niebie.
- Cieszę się, że tak myślisz.
Choć jej umysł nie przebudził się jeszcze całkowicie, zdołała jakoś
skupić wzrok na postaci Roarke'a. Ubrany był w jeden z tych ciemnych
garniturów, które nadawały mu elegancki, a jednocześnie groźny wygląd.
Siedział w drugiej części pokoju, oddalonej od podwyższenia, na którym
ustawione było łóżko, jadł śniadanie i przeglądał jednocześnie ostatnie
wiadomości na ekranie swojego komputera.
Wielki kot, którego Eve nazwała Galahad, leżał nieruchomo jak wielki
futrzany ślimak na oparciu fotela i spoglądał na Roarke'a różnobarwnymi
oczyma.
- Która godzina? - spytała, a zegar przy łóżku odpowiedział jej
aksamitnym głosem: szósta zero zero. - Boże, od kiedy ty jesteś na
nogach?
- Od jakiegoś czasu. Nie powiedziałaś mi, o której musisz być w centrali.
- Mam jeszcze kilka godzin. - Powoli wygramoliła się z łóżka i rozejrzała dokoła nieprzytomnie, szukając jakiegoś ubrania.
Roarke patrzył na nią przez chwilę. Uwielbiał obserwować Eve wczesnym
rankiem, nagą i zaspaną. Wskazał ręką na koszulę, którą android podniósł
przedtem z podłogi i ułożył równo na oparciu łóżka. Eve włożyła ją, zbyt
otępiała, by pamiętać, jak dziwnym doznaniem wciąż jest dla niej dotyk
jedwabiu.
Nalał kawy do filiżanki i czekał w milczeniu, podczas gdy Eve usiadła
naprzeciwko i raczyła się aromatycznym napojem. Wiecznie głodny kot
wskoczył jej na kolana, licząc na jakiś smakołyk.
- Dobrze spałaś?
- Tak. - Pochłaniała kawę łapczywymi łykami, krzywiąc się tylko lekko,
kiedy Galahad postanowił zmienić pozycję i wbił w jej uda ostre pazury.
- Znów czuję się jak człowiek.
- Jesteś głodna?
Eve jęknęła tylko cicho. Wiedziała już, że w kuchni Roarke'a pracują
prawdziwi artyści. Podniosła ze srebrnej tacy ciastko w kształcie
łabędzia i pochłonęła je trzema kęsami. Kiedy sięgnęła do dzbanka z kawą, oczy miała już szeroko otwarte i całkowicie przytomne. Nadgryzając
kolejnego łabędzia, spojrzała na Galahada i kierowana odruchem litości
oddała mu kawałek.
- Zawsze z przyjemnością obserwuję, jak się budzisz - powiedział Roarke.
- Ale czasami zastanawiam się, czy chcesz mnie tylko ze względu na moją
kawę.
- Cóż... - Uśmiechnęła się do niego szeroko i wypiła kolejny łyk. - Bardzo
smakuje mi też jedzenie. No i seks jest całkiem niezły.
- Rzeczywiście, nie narzekałaś wczoraj wieczorem. Muszę być dzisiaj w Australii. Być może wrócę dopiero jutro albo pojutrze.
- Och...
- Chciałbym, żebyś została przez ten czas tutaj.
- Rozmawialiśmy już o tym. Nie czuję się tu swobodnie.
- Być może poczułabyś się tak w końcu, gdybyś uznała, że to także twój
dom, Eve... - Nim mogła odpowiedzieć, nakrył jej dłoń i dodał: - Kiedy
wreszcie zaakceptujesz to, co czuję do ciebie?
- Posłuchaj, po prostu wolę mieszkać u siebie, kiedy wyjeżdżasz. Mam
teraz mnóstwo pracy, a tu nie mogłabym się nią zająć.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - mruknął. - Nieważne. Dam ci znać,
kiedy wrócę. - Jego głos stał się chłodny i rzeczowy. Roarke odwrócił
monitor w jej stronę. - Skoro już wspomniałaś o swojej pracy, może
chcesz wiedzieć, co mówią o tym morderstwie media.
Eve czytała kolejne nagłówki z posępną rezygnacją. Zacisnęła mocno usta,
przeglądając kolejne dzienniki. Wszędzie pojawiały się podobne tytuły i podtytuły. Znana nowojorska prokurator zamordowana na ulicy. Policja
odmawia komentarzy. Tekstom towarzyszyły oczywiście zdjęcia Cicely
Towers w sali rozpraw i przed gmachem sądu. Fotografie jej dzieci,
komentarze i cytaty.
Eve parsknęła ze złością, ujrzawszy swoje zdjęcie i podpis, w którym
została określona jako najlepszy oficer śledczy nowojorskiego wydziału
zabójstw.
- Tego mi tylko brakowało - mruknęła.
Znalazła oczywiście znacznie więcej materiałów na swój temat. Kilka
gazet przypomniało w skrócie sprawę, którą zamknęła poprzedniej zimy.
Żaden z dzienników nie omieszkał też wspomnieć o jej związku z Roarkiem.
- Do diabła, jakie ma znacznie to, kim i z kim jestem?
- Stałaś się osobą publiczną, pani porucznik. Twoje nazwisko jest teraz
towarem na rynku mediów.
- Jestem gliną, a nie gwiazdą pop. - Kręcąc głową z irytacją, odwróciła
się w stronę przeciwległej ściany. - Odsłoń ekran - rozkazała. - Kanał
siedemdziesiąty piąty.
Ściana rozsunęła się na boki, ukazując ogromny monitor. Pokój wypełniły
dźwięki porannego dziennika. Eve zmrużyła oczy i zgrzytnęła zębami z wściekłości.
- Jest ten pieprzony szmaciarz.
Roarke, rozbawiony, popijał kawę i patrzył na C.J. Morse'a, prowadzącego
poranne wiadomości. Wiedział doskonale, że niechęć, jaką Eve darzyła
media, przerodziła się w ciągu ostatnich kilku miesięcy w prawdziwą
odrazę. Odrazę wywołaną prostym faktem, że teraz musiała borykać się z nimi na każdym kroku, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. C.J.
Morse był jednak przypadkiem wyjątkowym i Roarke wcale się nie dziwił,
że Eve obrzucała go obelgami.
- I tak ta wspaniała kariera została przerwana w okrutny, straszliwy
sposób. Kobieta o nieskalanej opinii, oddana całym sercem swemu
zawodowi, padła ofiarą morderstwa, zginęła na ulicy jak bezdomny pies.
Wszyscy będziemy pamiętać Cicely Towers jako człowieka, który walczył o sprawiedliwość i nigdy się nie poddawał. Nawet ta śmierć nie może
przyćmić jej niezwykłych osiągnięć. Jednak czy jej zabójca stanie przed
obliczem sprawiedliwości, której służyła przez całe życie? Nowojorska
policja nie daje nam żadnej nadziei. Oficer prowadzący śledztwo,
porucznik Eve Dallas, perła wydziału zabójstw, także nie zna odpowiedzi
na to pytanie.
Eve omal nie jęknęła, kiedy na ekranie pojawiła się jej twarz. Morse
mówił dalej:
- Podczas rozmowy telefonicznej porucznik Dallas odmówiła wszelkich
komentarzy na temat morderstwa i postępów w śledztwie. Nie zaprzeczyła
też, że sprawa zostanie objęta specjalną klauzulą tajności...
- A to gnojek. Nie pytał mnie o żadną klauzulę. Jaka klauzula? - Eve
uderzyła pięścią w poręcz fotela. Galahad uznał, że powinien poszukać
sobie bezpieczniejszego miejsca, i zeskoczył z jej kolan. - Zaczęłam tę
sprawę niecałe trzydzieści godzin temu.
- Szsz... - uspokajał ją Roarke. Zerwała się z krzesła i zaczęła chodzić
nerwowym krokiem po pokoju.
- ...długa lista znanych osób, które utrzymywały znajomość z prokurator
Towers. Jest wśród nich także komendant Whitney, przełożony porucznik
Dallas. Kilka miesięcy temu komendant odmówił przyjęcia stanowiska szefa
sił policyjnych Nowego Jorku. Jak nam wiadomo, komendant był bliskim
przyjacielem zmarłej, utrzymywał z nią stałe kontakty...
- O nie, tego już za wiele! - Rozwścieczona Eve wyłączyła ekran. - Potnę
go na kawałki, zgniotę tego robaka na miazgę. Gdzie jest Nadine Furst,
do diabła? Jeśli już jakiś reporter musi nam siedzieć na karku, to niech
to będzie Nadine, ona przynajmniej ma trochę oleju w głowie.
- Zdaje się, że jest na stacji karnej Omega, przygotowuje artykuł o reformie więziennictwa. Może powinnaś po prostu zorganizować konferencję
prasową, Eve. Rzucisz im coś na pożarcie i choć przez chwilę będziesz
miała święty spokój.
- Pieprzę to. Poza tym, co to miało być? Dziennik czy komentarz
autorski?
- Odkąd trzydzieści lat temu zmieniono prawo prasowe, jedno nie różni
się zbytnio od drugiego. Podając wiadomość, dziennikarz ma prawo wyrażać
własne opinie, jeśli tylko zaznaczy wyraźnie, że jest to wyłącznie jego
zdanie.
- Znam to cholerne prawo. - Jedwabna koszula powiewała jej między
nogami, kiedy Eve przemierzała pokój energicznym krokiem. - Ta historia
z klauzulą tajności nie ujdzie mu na sucho, dopilnuję tego. Whitney
prowadzi czysty wydział. Ja prowadzę czyste śledztwo. Nie pozwolę, żeby
mieszał do tego jeszcze ciebie i rzucał podejrzenia na nas oboje -
oświadczyła. - Czuję, że właśnie do tego zmierzał. To była następna
wiadomość.
- On mnie wcale nie martwi, Eve. Nie powinien też martwić ciebie.
- On mnie nie martwi. On mnie wkurza. - Zamknęła oczy i wzięła głęboki
oddech, by uspokoić nerwy, a po chwili uśmiechnęła się chytrze. - Wiem
już, jak mu za to odpłacę. - Otworzyła oczy. - Jak myślisz, co
powiedziałby ten mały śmierdziel, gdybym skontaktowała się z Nadine
Furst i udzieliła jej wywiadu?
Roarke odstawił filiżankę z kawą.
- Chodź do mnie.
- Po co?
- Nieważne. - Nie czekając dłużej, sam podniósł się z miejsca i podszedł
do niej. Objął dłońmi jej twarz i pocałował ją mocno. - Szaleję za tobą.
- A więc twoim zdaniem pomysł jest nie najgorszy.
- Mój nieodżałowany zmarły ojciec nauczył mnie jednej cennej rzeczy.
"Chłopcze, mawiał, kiedy był pijany jak bela, jeśli już musisz walczyć,
to walcz bez pardonu. Jeśli uderzysz, to poniżej pasa". Coś mi się
zdaje, że nim skończy się dzień, Morse będzie masował swoje obolałe
jądra.
- Nie, nie będzie ich masował. - Zadowolona z siebie Eve oddała
pocałunek. - Bo mu je utnę.
Roarke udał, że trzęsie się ze strachu.
- Okrutne kobiety są bardzo atrakcyjne. Powiedziałaś, że masz jeszcze
kilka godzin?
- Już nie.
- Tego się właśnie obawiałem. - Cofnął się o krok i wyjął z kieszeni
dyskietkę. - Proszę. To może ci się przydać.
- Co to jest?
- Trochę informacji na temat Hammetta i byłego męża Cicely Towers.
Dokumenty dotyczące "Merkurego".
Eve sięgnęła niepewnie po dyskietkę.
- Nie prosiłam cię o to.
- Nie, nie prosiłaś. Sama też znalazłabyś to wszystko, tyle że zajęłoby
ci to znacznie więcej czasu. Właśnie, jeśli będziesz potrzebowała mojego
sprzętu, możesz korzystać z niego bez ograniczeń.
Wiedziała, że mówi o niezarejestrowanych urządzeniach, zainstalowanych w specjalnym pokoju, gdzie nie wykrywał ich wszechobecny system
CompuGuard.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki