Kraków, 30 maja 1972
Drogi Panie,
dostałem dziś list Pana z 16 maja, na dzień przed wyjazdem do Zakopanego, gdzie chciałbym popracować - i poczta będzie dochodziła do mnie tam z wielkim opóźnieniem. Dobrze więc, że jeszcze Pana list zdążył w porę.
Oczywiście widziałem słabość tłumaczenia, ale, proszę Pana, co ja mogłem na to poradzić? Pan nie sądzi chyba, że umiałbym przetłumaczyć tytuły fikcyjnej biblioteki z rozdziału "archiwalnego" [94]? To przecież nie może nawet być tłumaczenie, musi wszak być zastosowana metoda ekwiwalentu, którą, widziałem już, stosował Pan w pierwszych partiach Pamiętnika. ("Red shift" [95]). Oczywiście, że tylko tak. Miałem teraz przekład niemiecki ostatnich moich Dzienników gwiazdowych [96] i z rozpaczy zacząłem pisać trawestacje niemieckich wierszy. No, bo skoro u mnie "Cóż to za robot piękny i młody, / I cóż to za robotniczka, / Ona mu z kosza daje pentody, / A on jej wtyczki z koszyczka" [97], i jeśli to dosłownie przełożyć, robi się zupełny kretynizm. Toteż Heinego zbezcześciłem. ("Es liebte ein Roboter / Eine Roboterin / Sie war ihm eine Otter / So werd sein Glück dahin" [98]). No a co mam robić? Jeśli jednak tekst jest angielski, muszę pasować. Jużem miał GORSZE tłumaczenia, kiedy np. przekładany byłem systemem sztafetowym z języka-pośrednika, a i tak cud się stał, że Solaris jest zupełnie możliwa po takim potraktowaniu. Uwagi moje o Cyberiadzie muszą być na wyrost i wiem, że Pan nie może ze wszystkich korzystać, lecz sądzę, że to, co mogę podszepnąć, ma pewną wartość. Kiedy powiem Panu np., że Malapucyusz Chałos [99] to jest rodzaj wcielenia Marksa, powinno to mieć pewne znaczenie. A z kolei Teorycy Klapostoł [100] to w 60% ja sam, proszę Pana, tznaczy moja sytuacja "generalnego zapoznania". Wie Pan, że byłem rozczarowany, czytając oryginał angielski Swinburne'a? ("I porzuciwszy gniew, nadzieję, pychę..." - przekład Horzycy [101]). Polska wersja jest wprawdzie młodopolska, ale i Miłosz pisał o niej, że niesie tzwane "rozdzierające piękno" [102], a oryginał jest bardziej lakoniczny i suchy, gdy my, Polacy, lubimy jednak pewne takie rozbebeszenia liryczne...
Skończyłem właśnie pisanie nowych rozdziałów do mojej Fantastyki i futurologii, była to straszna, dwumiesięczna męka, ponieważ nie znoszę wracania do dawnych tekstów, nigdy nie wracam, ale musiałem, bo obowiązek gnał, że za mało było w I wydaniu o futurologii, i to jeszcze niekrytycznie. Z bożą pomocą wszystko dziś oddałem do wydawnictwa i mam stosunkowo puste biurko.
Spojrzawszy na stronę przekładu z Pana poprawkami, pomyślałem, że tłumacząc całość raz jeszcze, miałby Pan bodaj mniej roboty! Pana pomysł - jak by się Pan przygotował do tłumaczenia - znakomity, tylko Pan przecież wie, jak płatne są tłumaczenia, więc taka zaprawa i takie podejście muszą być motywowane czystym idealizmem. Ja, proszę Pana, jestem zahartowany; kiedy mi tłumaczą borowodory jako kwas borny (zamiast hydroboron - boric acid) - czyli planetę polewa się z rakiety jak z sikawki kroplami na oczy - to jeszcze mogę poprawić, ale niewiele więcej!
Musimy pokładać w kimś nadzieję. We Francuzach nie mogę, bo ich literatura zalatuje od paru ładnych lat jak zdezaktualizowany ser - a teraz czytałem książkę dwu mędrców L'Anti-Oedipe, znany filozof z psychiatrą poburzyli Freuda [103], żeby wykazać, że schizofrenia to jest kapitalizm, a paranoja - faszyzm, i to się poważnie dyskutuje na rozkładówce w "Le Monde" [104], i tylko jeden człowiek, psychiatra, notabene Żyd polskiego pochodzenia, zdobywa się na odwagę, żeby powiedzieć, że to jest po prostu zupełny nonsens, oczywiście mówi to b. grzecznie. Pogoń za sensacją, nawet w filozofii człowieka, to przyprawia o rozpacz. (Filozof, współautor Anty-Edypa, był na tyle uczciwy, że spokojnie przyznał się w książce, iż w życiu nie widział schizofrenika...).
Cóż, bardzo chętnie zniosę wszelkie zainteresowania moim pisaniem, tylko że ja doprawdy nie mówię i nie rozumiem angielskiego - mogę tylko czytać i pisać: jak głuchoniemy. Nigdy się nie uczyłem, po prostu czytałem ze słownikiem w ręku, jeszcze w czasie okupacji. Ostatnio zaś napisałem kilka małych artykulików po angielsku, na zasadzie tego dowcipu, w którym pytają Meyera, czy umie grać na skrzypcach, a on mówi, że nie wie, bo jeszcze nie próbował. No więc właśnie spróbowałem.
Hogarth. Cóż, on się po prostu siebie wstydził, bo myślał, że siebie dobrze zna, nie ma takiego racjonalisty, spod którego nie łyśnie irracjonalizmem, jak poskrobać. Wiedział, że znajduje uciechę w cudzej biedzie, i dlatego nie ufał sobie. Na ogół prawdziwi grzesznicy czują się nieźle, to ci, co właściwie nic okropnego nie zrobili, mają wyrzuty sumienia, bo to jest nierówno rozdzielone. Zabawne jest, że w literaturze pięknej, nie myślę nawet o SF, bardzo głucho jest o uczonych, bo to jest osobny gatunek. Niektórzy są święci, jak Einstein, ale niektórzy to potwory i nie daj Bóg, żeby dostali władzę nad światem. Zresztą myślę, że właśnie napisać paszkwil na Einsteina (nie jako vie romancée [105] oczywiście, ale biorąc go po kryjomu za model), byłoby rzeczą niezwykle ciekawą. Był on sporządzony z myślenia bezustannego i był on postacią wszechstronnie tragiczną, bo to, za co jest sławny, zrobił po dwudziestym roku życia, a potem przez pół wieku pracował nad tym, z czego absolutnie nic nie wyszło (teoria pola) - i nie przestał wierzyć, że ma słuszność, bo "Pan Bóg nie może grać ze światem w kości" [106]. Ciekaw jestem, czy nigdy nie pomylił się w imieniu, gdy się zwracał do następnej żony. Był on tak niesamowicie obiektywnym, szlachetnym i spokojnie rzeczowym człowiekiem, że to nastraja podejrzliwie...
Mam dla Hogartha wiele sympatii. Nie mieć złudzeń jest to rzecz miażdżąca, więc on sobie trochę to miejsce podsztukował. A Baloyne jest to pewien sławny krytyk polski i mój przyjaciel, który się natychmiast rozpoznał... [107] Tam są i inne osoby zaszyfrowane, bo mnie to bawiło. (Rappaport nie, tego wymyśliłem z powietrza).
Ale nie chcę już Panu zabierać czasu. Jeśli Pan przyśle mi zdjęcia synka, to się odwzajemnię.
Oddany
St. Lem
PS Wyszło nowe pismo naszego IBL-u "Teksty", w którym ogłosiłem Uwagi antysemioty [108]. Piszę tam, że tłumaczenia arcydzieł, nawet arcydzielne starzeją się, a same oryginały nie, bo tłumaczenie arcydzieła jest projekcją tekstu w skarbiec wartości drugiego języka (drugiej kultury), natomiast oryginał sam stanowi część tego Tezaurusa w swoim kręgu kulturowym. Posłałbym to Panu, ale mam tylko 1 egz. i żadnych odbitek, bo ten IBL to bidne jak mysz kościelna. Ale na pewno Pan te "Teksty" dostanie łatwiej niż ja. (850 egz. nakładu...). To dobre pismo i dalipan nie dlatego, że ja tam piszę, lecz że to robi paru najlepszych naszych ludzi. Numery są problemowe, pierwszy semiotyczny, więc od razu się podłożyłem, bo trzeba, żeby ktoś był przeciw! Zaproponowałem numer, w którym słowo "struktura" byłoby zakazane. (Znajomość sensu słowa poznać wszak po tym, że można go NIE używać, lecz je omawiać). Redaktorem naczelnym jest przyjaciel mój, nasza wieża krytyczna, doc. Błoński - proszę robić reklamę wśród slawistów "Tekstom"! O mały włos, a byłoby się nie ukazało, ale jakoś się udało w ostatniej chwili. To b. dobrze, że Pan Gombrowicza ceni, bo to największy polski prozaik naszego stulecia.