O
ósmej wieczór mieszkanie państwa X. było gotowe na przyjęcie gości.
W salonie, w buduarze pani, w pokoju jej siostry, panny Emilji, i w
gabinecie pana już zapalono lampy. W jadalni kredencerz z
pomocnikiem budowali na stołach kolumnadę z talerzy, a w
przedpokoju dwaj służący, we frakach z herbownemi guzikami,
przygotowywali marki na odzież, krytykując, dla zabicia czasu,
różne ułomności swoich panów.
Dziś miało odbyć się nader ciekawe zebranie, mianowicie raut z
magnetyzerem i to niepospolitym. Zwyczajni magnetyzerowie
ograniczają się na usypianiu medjów, lub pozbawianiu ich władzy w
rozmaitych częściach ciała; ten zaś miał zmusić swoje medjum do...
prorokowania. W kole znajomych państwa X. od tygodnia zajmowano się rautem i
szukano kandydatów, którzy zgodziliby się na wyjawienie ich
tajemnic przeszłych, teraźniejszych i przyszłych zapomocą sztuki
magnetyzerskiej. Jakkolwiek o przepowiedniach magnetycznych mówiono
z niedowierzaniem, uważając je za oryginalną rozrywkę, nikt przecie
nie życzył sobie, aby mu prorokowano. Ludzie nie mają ochoty
zaglądać w przyszłość, ani w licznem towarzystwie słuchać dziejów
swojej przeszłości. W braku kandydata z osób obecnych, postanowiono posłużyć się
nieobecnym. Był nim Juljan Z., krewny pani domu. Młodzieniec ten,
skończywszy uniwersytet, przed siedmioma laty wyjechał na dalsze
studja do Paryża. Z początku komunikował się z rodziną i
przyjeżdżającymi do Francji znajomymi; nagle jednak (a stało się to
jeszcze w roku 1880) gdzieś znikł i od tej pory nie odpisywał nawet
na listy. Był to człowiek zdolny, ambitny i zamknięty w sobie. Jego
zniknięcie wywołało rozmaite domysły. Przypuszczano, że się
zakochał, szeptano, że się zabił; niektórzy posądzali go o
należenie do jakiegoś spisku, inni o zwykły występek, za który
dostał się do aresztu. Dopiero w ostatnich czasach nadeszły cokolwiek dokładniejsze
wieści. Juljan nie zginął, ani siedział w więzieniu, ale od pięciu
lat, zerwawszy stosunki z ludźmi, pracował w jakiemś laboratorjum.
Ktoś z dawnych kolegów widział go i ogłosił, że wygląda jak nędzarz
i manjak. Dodał też, że Juljan pracuje nad wynalazkiem
niedorzeczniejszym od perpetuum mobile, ale - co mianowicie robi,
niewiadomo. Tego to człowieka tajemnice miał dziś odsłonić magnetyzm, częścią
dla uspokojenia rodziny, częścią dla zabawienia wiecznie nudzącego
się towarzystwa. Rozumie się, że krewni zastrzegli, ażeby
magnetyzer nie ogłaszał faktów zbyt skandalicznych, gdyby takowe
znalazły się w życiu Juljana. - O, niech państwo będą spokojni, takich tajemnic niema - odparł
dość nieostrożnie magnetyzer, co niektórym dało do myślenia, że ów
seans magnetyczny będzie poprostu mistyfikacją. Sam magnetyzer od niedawna bawił w Warszawie; był on wszędzie
gorąco zapraszany, ale - nie cieszył się sympatją. Wygłaszał bowiem
zdania bardzo ekscentryczne o tutejszych klasach inteligentnych. - Jesteście - mówił - zacofani, a co gorsze: pogrążeni w umysłowym
letargu. Wielkie ideje cywilizacyjne, jeżeli kiedy były, zamarły w
was, zostawiając po sobie skorupy i strzępy. Wy skorupy te
podajecie z rąk do rąk i sami nie wierząc w ich wartość, głośno
nazywacie skarbami przeszłości. Dokoła was wszystko poszło naprzód,
Zachód i Wschód. Na niwie świata wyrosły i dojrzały nowe idee
naukowe, filozoficzne, artystyczne i społeczne, powstały nowe
zagadnienia i nowi bohaterowie. Wy tego wszystkiego nie znacie; gdy
coś wpadnie do was jak kontrabanda, przyjmujecie drwinami lub
gniewem i, aby czemśkolwiek zająć wyjałowione umysły, cofacie się
marzeniami do wieków średnich. Jest to złowrogi objaw. Przypomina
on zgrzybiałych starców, którzy, ślepi i głusi na otaczającą ich
rzeczywistość, lubią myśleć i rozprawiać tylko o dawnych czasach. Rozumie się, że tak niesmacznych wywodów słuchano z obawą i
wstrętem. Ludzie inteligentni twierdzili, że magnetyzer jest
zarozumialcem, który nie zna położenia kraju, że, prócz tego, uległ
zarazie radykalizmu; damy zaś zarzucały mu najstraszniejszy
występek, mówiąc, ze zgrozą pełną wdzięku: - Ależ ten człowiek wcale nie ma wychowania!... Ponieważ jednak przyjechał z zagranicy i budził ciekawość, a tem
samem tworzył świetną ozdobę rautów, więc wydzierano go sobie. W
krótkim czasie stał się tak modnym, że zepchnął na drugi plan
wszystkie osiadłe tu znakomitości, nawet przejezdnych koncertantów.
Zaćmić go mógłby tylko człowiek z wystającemi kłami w ustach, albo
z rogami na głowie, gdyby taki istniał i zgodził się swoją osobą
uświetniać rauty. Szczególny magnetyzer wybrał sobie niemniej dziwne medjum. Był nim
drugi kuzyn pani X., młody chemik, poeta i entuzjasta. Młodzian ten
chętniej czytywał romanse Juljusza Verne'a, aniżeli kursa
uniwersyteckie, zapalał się do każdej nowości, wierzył w wynalazek
machin latających, w możność korzystnego używania wody na opał, w
wielkie reformy społeczne, a nadewszystko w to, że studenci, jako
ludzie pracujący nad nauką, są najznakomitszą klasą narodu. Zaznajomiwszy się z magnetyzerem, przesiadywał z nim od rana do
wieczora i nietylko poddawał się wszelkim próbom, ale, co gorsze,
nasiąknął jego przewrotnemi ideami. Pewnego nawet dnia, w swoim
malowniczym języku oświadczył kuzynce, że, jego zdaniem, damy są
lalkami, salony - trupiarniami, a cała inteligencja - zgnilizną.
Pani X. o mało nie dostała spazmów i przez kilka dni nie rozmawiała
z kuzynem. Na jego szczęście postanowiony został raut z
przepowiedniami, a ponieważ magnetyzer uważał młodego studenta za
najwłaściwsze medjum, więc przywrócono go do łaski. W nawiasie wypada dodać, że młodziutki przyrodnik znał swego
kuzyna Juljana i bardzo go kochał. On był jednym z ostatnich,
którzy widzieli Juljana w Paryżu, tęsknił za nim i twierdził, że
wuj zrobi coś wielkiego w nauce. Gdy zaś uchwalono odwołać się do
pomocy sił wyższych dla wyjaśnienia losów zaginionego, młody chemik
z magnetyzerem przez kilka dni odbywał w tej sprawie bardzo
szczegółowe konferencje, nawet z pomocą papieru i ołówka. Umyślnie wspominamy o tych drobiazgach, gdyż na ich podstawie,
jeden z lekarzy, który przyjmował udział w magnetycznym seansie,
głosił po mieście, że cała przepowiednia, dotycząca Juljana, była
figlem magnetyzera i studenta. Rozumie się, nikt z ludzi rozsądnych
nie uwierzył tym plotkom, damy były oburzone, a jeden z przyjaciół
doktora począł od tej pory gardzić nim i mówił: - Prawda, że każdemu wolno mieć własne zdanie; ale tylko człowiek
bardzo zarozumiały wątpi o tem, co uznało za prawdę kilkadziesiąt
osób, mających także conajmniej rozsądek. W parę minut po ósmej, pani X., jak przystoi na gospodynią, była
już ubrana i szeleszcząc powłóczystą suknią, przebiegła oświetlone
pokoje, aby przekonać się, czy wszystko jest w porządku. Nie
musiało jednak być zupełnie dobrze, gdyż z nerwowym pośpiechem
uderzyła w elektryczny dzwonek, wołając: - Jest tam który?... Z jadalni wbiegł kredencerz, z przedpokoju obaj wygalonowani
lokaje. - W sali lustro przy kominku niewytarte... W pokoju pana lampa
filuje i fotele zanadto przysunięte do stołu... W moim - na albumie
inkrustowanym leżą dwa ciężkie... Ładny porządek! Lokaje rozbiegli się, ażeby poprawić uszkodzenia; kredencerz stał
wyprostowany. Pani zwróciła się do niego. - Kucharz przyszedł? - Już jest. Mówi, że masła za mało. - Jeżeli za mało, niech dołoży ze swojej śpiżarni. Wino
przyniesione z piwnicy? - Jeszcze jaśnie pan nie dał klucza. - A co pan robi? - Jaśnie pan czyta "Kurjera Porannego." - O tej porze?... Proś pana, ażeby ubrał się i dał klucz. A wina
wziąć tylko dwadzieścia butelek, bo jutro się sprawdzi. Kredencerz cofnął się za drzwi, pani przeszła do salonu. Tam
spojrzała w lustro, a dostrzegłszy na twarzy ślady gniewu,
uśmiechnęła się dla wygładzenia rysów i ukłoniła się samej sobie: z
powagą, serdecznie, majestatycznie i wyjątkowo grzecznie - dla
wprawy, aby każdemu gościowi oddać taki ukłon, jaki odpowiada jego
towarzyskiej pozycji. Zegar wybił wpół do dziewiątej i pani zaczęła się niecierpliwić,
że niema gości, choć raut, na żądanie magnetyzera, zapowiedziano w
wyjątkowo wczesnej porze. Wnet jednak, opamiętawszy się, powtórzyła
serją uśmiechów: szczerych, pobłażliwych, naiwnych i wesołych,
wiedząc, że dziś każdy się przyda. Naprzeciw lustra, przed którem
odbywały się te ćwiczenia, w drugim końcu sali stało również
lustro. I otóż pani X. zobaczyła w niem swój salon, znowu salon,
jeszcze salon i nieskończenie długi szereg wielkich, pięknych lecz
pustych salonów, a w każdym samą siebie zawsze piękną, zawsze
pięknie ubraną, i zawsze niezadowoloną. Zdawało jej się, że na
każdem ze złoconych krzeseł, jedwabnych kanap i lubieżnie wtył
wygiętych foteli, siedzi i ziewa nie dające się wygnać, szare widmo
nudów. - Boże, jakież to życie okropne!... - westchnęła, niejasno
przypominając sobie, że kiedyś marzyło się jej inne życie. Na
chwilę błysnęły jej dawno wygasłe nadzieje i pragnienia. Jacyś
mężczyźni o bohaterskich sercach i duszach szlachetnych, którzy
dążyli do wielkich celów, - równe im kobiety zawsze jednakowo
uwielbiane i pożądane, - kraj zalany powodzią bogactw nowych idei,
- praca przy pieśni, - prawda, piękno i dobro, sprawujące rządy nad
światem... - Skąd ja o tem wiem?... - szepnęła. - Ach, to on, ten oryginał
Julek opisywał mi takie dziwy... Ale wyjechał i - wszystko się
skończyło. Oczy jej zaszły łzami, lecz wnet oprzytomniawszy, obtarła je
prędko i zmusiła się do uśmiechu zadowolenia. - Nie - to uśmiech smutny, poprawmy się, bo zaraz goście
przyjdą... Teraz dobrze. W dalszych pokojach rozległ się odgłos kroków. Wszedł pan X. - Ciekawym - rzekł - czy zbierze się dziś komplet? - Jakto, myślisz grać? - zawołała przestraszona pani. - Rozumie się, skoro przez cały wieczór goście będą zajęci tym
waszym magnetyzerem. - I nie jesteś ciekawy rzeczy tak cudownej? - W preferansie trafiają się większe cuda - odpowiedział pan. - A los Julka, nicże cię nie obchodzi? - Półgłówek! - wzruszył pan X. ramionami. - Mógł być dyrektorem
cukrowni i akcjonarjuszem, a zmarnował czas na jakieś tam
wynalazki. Tylko czekam, że poprosi, abym jego długi spłacił.
Wynalazca... Reformator... Z za okna doleciał głuchy turkot i na dziedziniec wjechała jedna
kareta, druga, trzecia. Szwajcar kilka razy uderzył w dzwonek,
brzęknęły drzwi w przedpokoju, goście zaczęli się schodzić. Pan spojrzał na zegarek. - Nigdybym nie pomyślał - rzekł - ażeby raut mógł zacząć się o
dziewiątej. Zrobiliśmy coup d'état. Jutro będzie o tem mówić całe
miasto.... Zaszeleściły suknie dam, zaskrzypiały kamasze panów i, poprzedzone
dźwiękami francuskiej rozmowy, weszło odrazu kilkanaście osób.
Wszystkie twarze były uśmiechnięte, nikt bowiem nie znalazł się
pierwszy w salonie, jak Robinson na odludnej wyspie. Jednocześnie w
drugich drzwiach ukazała się siostra gospodyni domu, urocza panna
Emilja. Zaczęły się powitania, wykrzykniki, wszystkie rodzaje uśmiechów i
ukłonów. Znalazł się też magnetyzer i jego medjum, ubrane we frak
ostatniej mody i nowe binokle, które trochę za często spadały mu z
zadartego nosa. Pani A. zaczęła poszukiwać takiego punktu, w którym
najlepiej wydałyby się jej brylanty, - pani B. majestatycznie
chodziła po sali, nie dlatego, ażeby upokorzyć ludzkość, ale, aby
zwrócić uwagę na swoją paryską suknią, a pani C., mająca prawie
pełnoletniego syna, który już przegrał w karty swój mająteczek,
otaczała posażną pannę Emilję dowodami niezwykłej tkliwości.
Współcześnie pan D. szukał okazji do wymienienia kilku słów z panią
E., tak jednakże, aby ich mąż nie widział, - pan F. w natrętny
sposób kokietował dyrektora kolei, pan G. upatrywał partnerów do
winta, a panowie J. i K. usiłowali okazać pewnej młodej osobie, że
się wcale między sobą nie znają, że wcale o siebie nie dbają i że
przy pierwszej sposobności zażądają od siebie wyjaśnień. Grywając w
bilard, gdzie nie było owej młodej osoby, dwaj rywale mieli dla
siebie nieco pobłażliwsze uczucia. Magnetyzer i lekarz, nie wierzący w magnetyzm, usunęli się w kąt,
z którego można było widzieć całe towarzystwo. - Kto jest ten pan? - pytał lekarza magnetyzer, mający słabość do
nieustannego zasięgania informacyj. - Ten? Jest to bardzo przyjemny młody człowiek. - A co on robi? - Jak pan widzisz - robi ładne pozy. - Ale z czego on się utrzymuje? - Tymczasem zaciąga długi. - A czem je spłaci? - Może posagiem, jeżeli się bogato ożeni. - Wy tu wogóle mało robicie? - pytał dalej niestrudzony
magnetyzer. - Przynajmniej staramy się o to - objaśnił lekarz. - A ta pani kto jest? - Majętna wdowa. - Jej fizjognomja bardzo mnie interesuje. Wygląda, jakby wiecznie
toczyła walkę sama ze sobą. - I toczy ją. - Czy ona jest filozofką? - Może nią być. Tymczasem chciałaby wyjść zamąż, a boi się trafić
tak, jak za pierwszym razem. - Miała złego męża? - Gorzej, bo mówi, że go wcale nie miała. - A ten pan, czy on jest zakochany w tej damie? - Tu nikt nie kocha się w nikim. - Więc co robią? - Jedna strona udaje, że się kocha, a druga - że w to wierzy. - Nie umiecie nawet grzeszyć? - Owszem, grzeszymy, ale tak, ażeby nie dostać się do piekła,
tylko do czyśćca. - To jest przezorność. - Jedna z niewielu, jakie posiadamy. W tej chwili pani X. zbliżyła się do magnetyzera z najsłodszym
uśmiechem, oznaczającym prośbę. - Jestem gotów - rzekł do niej - możemy zacząć. W sali szmer spotęgował się. Osoby chciwe wrażeń z pośpiechem
zaczęły zajmować miejsca, grupa zaś panów różnego wieku i wzrostu,
pod dowództwem gospodarza, wyniosła się do dalszych pokojów, gdzie
były stoliki do kart. Na środku sali został tylko magnetyzer i
medjum, napróżno usiłujące utrzymać binokle na nosie, tudzież
pewien młody człowiek nieśmiały, który, nie wiedząc, gdzie się
podziać i co począć z rękoma, tak żywo manewrował swoim
szapoklakiem, że nagle otworzył go, robiąc wielki łoskot. Wzbudziło
to ogólną, choć pełną dyskrecji wesołość, co doreszty zmieszało
młodego człowieka. Cofając się ze środka sali, przysiadł na
kolanach znakomitemu kompozytorowi, i wkońcu umieściwszy się za
krzesłem swego osobistego nieprzyjaciela, rzekł - do całkiem
nieznanej damy, że oddawna pragnął przepędzić wieczór w jej miłem
towarzystwie. Dama zlękła się, osobisty nieprzyjaciel szyderczo
patrzył na sufit, a młody człowiek nieśmiały zapragnął odebrać
sobie życie. We drzwiach, korzystając z ogólnego ruchu, dwaj bywalcy rozmawiali
półgłosem: - Nie wiesz, co jest na kolacją? - Owszem, mówił mi kredencerz, że będzie łosoś, zwierzyna, bażanty
i lody. Ktoś, zboku, uśmiechnął się; ażeby dać mu naukę, pierwszy pan
odezwał się już głośniej: - Bo widzisz, jeżeli my przychodzimy do takich dudków, to mamy
prawo żądać przynajmniej dobrej kolacji. W tej chwili przecisnęła się między nimi gospodyni; bywalcy
powitali ją z protekcjonalną życzliwością, ona zaś, mocno
zarumieniwszy się, rzekła w przelocie: - Magnetyzer jest bardzo zajmujący. N'est-ce pas? - Cudowna kobieta - szepnął bywalec, który rozmawiał z
kredencerzem, sądząc, że tym sposobem najłatwiej przywróci chwilowo
naruszoną harmonją z gospodynią. - Ravissante! - poparł go towarzysz. Tymczasem magnetyzer i medjum wyszli z salonu do buduaru pani,
zamykając za sobą drzwi. Szmer cichnął, jeszcze tylko było słychać
przesuwanie krzeseł i dyskretne skrzypienie butów jakiegoś
spóźnionego gościa. - Pst! pst!... Magnetyzer otworzył obie połowy drzwi, a obecni ujrzeli w głębi
buduaru, przy niebieskawem świetle lampy, uśpionego na fotelu
przyrodnika. Był on bardzo blady; lewa połowa fraka odchyliła mu
się tak, że widać było kawałek białego rękawa koszuli. Magnetyzer
wykonał nad jego głową jeszcze parę ruchów dopełniających i medjum
zmartwiało; binokle zsunęły mu się z nosa i z cichym brzękiem
spadły na kamizelkę. Widzowie obojej płci wstrzymali dech w piersiach; jedna z
wrażliwszych dam zerwała się z miejsca i uciekła z salonu, wąchając
po drodze mały flakonik, a urocza siostra gospodyni zaczęła z
wdziękiem ziewać, na znak, że i ona potrafiłaby ulec potędze
magnetycznych fluidów. Nareszcie młody człowiek nieśmiały upuścił z
hałasem swój szapoklak i uległ silnym potom, wobec czego sąsiadka
zaczęła obrzucać go spojrzeniami, wyrażającemi obawę i współczucie.
Im dama goręcej odczuwała jego zakłopotanie, tem on obficiej
potniał, im on bardziej potniał, tem ją ogarniała większa litość.
Trudno przewidzieć do czegoby doszli, gdyby uwagi obojga nie
odwrócił magnetyzer, podnosząc rękę dogóry. Posiedzenie odbywało się w języku francuskim. - Czy możesz widzieć Paryż? - spytał magnetyzer uśpionego chemika. - Mogę - odparło medjum z wielką pewnością. - Tylko proszę zwrócić
mnie twarzą w stronę południowo-zachodnią. Magnetyzer pomyślał, poruszył fotel w tę i ową stronę, a nareszcie
ustawił go w sposób wedle swego rozumienia najwłaściwszy. Blada
twarz medjum była skierowana ku wschodowi. - A teraz czy widzisz Paryż? - spytał magnetyzer. - Doskonale - rzekło medjum. Pamiętna ta chwila stała się początkiem nieporozumień pomiędzy
doktorem, który nie wierzył w magnetyzm, i jego przyjacielem, który
miał pasją do rzeczy niezwykłych. Doktór bowiem, spostrzegłszy, że
medjum patrzy na wschód, a mimo to widzi Paryż - uśmiechnął się. - Jakto, już się pan śmiejesz? - szepnął jego przyjaciel - już pan
drwisz, choć jeszcze nic nie widziałeś?... - To, co widzę, wystarcza. - Wystarcza pańskim uprzedzeniom!... - mruknął przyjaciel, gryząc
wargi. Magnetyzer znowu podniósł rękę. W sali ucichło. - A teraz - mówił magnetyzer - cofam twoją myśl o lat pięć wstecz.
Rok... (Tu cofnął fotel.) Dwa lata... (Drugie cofnięcie.) Trzy,
cztery, pięć lat!... Skutkiem cofania myśli w przeszłość, fotel ze śpiącym naturalistą
znalazł się pod piecem. Magnetyzer musiał sprowadzić go na
poprzednie miejsce, co powinnoby zatrzeć w pamięci medjum obrazy
przeszłości. Doktór znowu uśmiechnął się. - Pan, widzę, umyślnie mnie szykanujesz - rzekł drżący z gniewu
przyjaciel i, napiętnowawszy wzrokiem impertynenckie miny doktora,
przeszedł na drugi koniec sali, mrucząc: - Dziś dopiero zrozumiałem tego człowieka... Po tylu latach!... Boleść jego o wiele przewyższała winę sceptycznego doktora. Tymczasem magnetyzer począł zadawać uśpionemu szereg pytań, na
które medjum odpowiadało mniej lub więcej jasno. W taki sposób
utworzyła się dosyć dziwna historja, dotycząca przeszłości i
przyszłości Juljana Z., którą tu podajemy.