Ślady. Psim tropem - Katarzyna Kielecka

Kup ebooka

29.90 zł
25.42 zł (24,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Kilka miesięcy wcześniej

Błażej siedział sam, z wyciągniętymi do przodu nogami, na wygodnej, drewnianej ławce pod wiatą przystankową. Tuż przed nosem, po drugiej stronie jezdni, widział ogrodzenie podstawówki. Obszerny budynek z czerwonej cegły ciągnął się wzdłuż znacznej części ulicy i sprawiał dość sympatyczne wrażenie. Estetyczny niski płot z ceglanymi słupkami, w głębi plac zabaw i boisko. Dużo trawy, drzew oraz zieleni, a wszystko czyste i zadbane. Wyglądało zupełnie inaczej niż odrapane i cuchnące miejsce oświatowej kaźni z jego wspomnień. Dziecku powinno być tu dobrze. O ile oczywiście jakiemukolwiek dziecku mogłoby być dobrze w jakiejkolwiek szkole.

Raz po raz powtarzał sobie w duchu, że nie każdy ma w życiu pecha. Są tacy, których zło omija, żyją sobie w świętym spokoju i nie muszą walczyć o to, co im się zwyczajnie należy. Pocieszała go ta konkluzja i uspokajała. W ogóle to nieustanne wegetowanie na sielskiej, zwykle pustej i niewielkiej uliczce z dala od centrum Świnoujścia wpływało na niego kojąco. W najbliższym czasie nie zamierzał w tej kwestii niczego zmieniać. W sumie to wygodne miejsce, może nawet lepsze od innych.

Odsunął nieco zamek brązowej sportowej bluzy z kapturem i wyciągnął spod niej otwartą puszkę piwa V.I.P. z widocznym logo Biedronki. Pociągnął zdrowy łyk i skrzywił się lekko. Mimo krzepiącej nazwy nie urywało dupy, zwłaszcza że się zagrzało. Za to można je było legalnie nabyć za totalne grosze. Z dnia na dzień Błażej obiecywał sobie, że w końcu musi ogłosić małe prywatne święto i skołować czteropak ulubionego heinekena. Oszronionego, prosto z lodówki. Obiecywał, obiecywał, a potem i tak lądował z tym dziadostwem. Człowiek chociaż od czasu do czasu powinien napić się czegoś dobrego. Zwłaszcza jeśli poza tym ma naprawdę niewiele. Trzeba się zebrać w sobie i zmusić mózg do trybienia. A potem działać.

Niedawno skończył trzydzieści trzy lata i wciąż kręcił się po świecie na równej flaucie, unikając co większych wstrząsów. Niby osiągnął wiek symboliczny, co skłaniało go do pewnej refleksji, jednak na tym kończyły się jego wiekopomne sukcesy - i fakt ten zaczynał go powoli mierzić. W ogóle nie miał o sobie zbyt wysokiego mniemania. Trwał nawet w niezłym zdrowiu, jeśli wziąć pod uwagę atrakcje, które ustawicznie fundował własnemu ciału. Od niemal dziewięciu lat wiódł koczowniczy tryb życia, wędrując z miejsca na miejsce, szukając przeznaczenia i kogoś, kto wreszcie go zrozumie. Powoli tracił nadzieję, bo z każdej kolejnej próby wychodził coraz bardziej rozczarowany. Jak mógł czuć się dobrze sam ze sobą, skoro nie miał nikogo, kto zechciałby go choć trochę dowartościować? Życie bywa przytłaczająco ponure.

Nie spieszyło mu się zupełnie. Przychodził na przystanek każdego dnia, od kiedy w blasku wczesnojesiennego wieczoru przyjechał nad morze swoim rozpadającym się mondeo, siedząc uparcie na ogonie ślepemu tumanowi z czarnego lexusa IS III. Tamten nawet go nie zauważył, skupiony na laluni, którą wiózł na fotelu obok. Musiał być kompletnym frajerem bez fantazji albo odstawiać z nią w czasie jazdy jakieś absorbujące macanki, skoro na wpół zeżarty przez rdzę wiekowy ford za nim nadążył, nawet na autostradzie. Do tego drań skończony naraził śledzącego go faceta na koszty przy bramkach. Wkrótce odda co do grosza, za tę autostradę i za wszystko inne...

Błażej szukał go od ładnych paru miesięcy, a kiedy znalazł, zaczął spokojnie zbierać informacje i gromadzić istotne fakty. Powoli, bo nie lubił się spieszyć. Narobił się jak wściekły chart podczas nagonki na łowach, więc teraz, w upojeniu, korzystał z zasłużonego luzu. Potem sięgnie po wszelkie należne mu trofea, bo na tym właśnie polega sprawiedliwość dziejowa. Tego dzianego kolesia nienawidził ze wszystkich sił. Bardziej niż kogokolwiek innego. Uosabiał wszelkie zło i całą wyższość pieprzonego świata bogactwa i przepychu. Nie znosił go już za samo to, że od zawsze był lepszy i Błażej nigdy nie miał szans na uczciwą konkurencję. Gdyby zdołał wreszcie zebrać się w sobie i raz jakiemuś facetowi porządnie oklepać mordę, to tylko jemu. Całej reszcie świata potrafił darować. Czasem, kiedy nie mógł zasnąć, wyobrażał sobie, jak oczy tego burżuja zachodzą krwią i puchnie wypielęgnowana gładka gęba. Głęboko wierzył, że kiedyś los pozwoli mu starannie wycyrklować zdrowy cios - i to może okazać się przyjemniejsze niż seks, niż paczka mentolowych fajek albo nawet czteropak heinekena.

Ta cała wyprawa do Świnoujścia nieco zbiła Błażeja z tropu. W ogóle się jej nie spodziewał i w sumie niezbyt mu była na rękę. Krajobraz morski miał generalnie w czterech literach, piękno przyrody go nie zmiękczało. Łódź już oswoił, umiał się po niej poruszać i korzystać z zalet tego miasta. Znał też ludzi, wystarczająco wielu, żeby nie brać się do roboty bez wsparcia na tyłach. Tymczasem wylądował w zupełnie obcym miejscu, gdzie coraz zimniejsze październikowe noce dawały mu się we znaki, a zmiany termiczne szły w kiepskim kierunku.

Niby mógł wycofać się na swój rewir, spokojnie obmyślić jakiś plan i wrócić dopiero z czymś konkretnym. Ciągle jednak nie potrafił się do tego zmusić, bo nie dość, że jadąc na ślepo za lexusem, znalazł to, czego szukał, to jeszcze wpadł mu w oko dodatkowy gratis, który trzymał w zanadrzu swoich myśli na czarną godzinę. Wyciągnie po niego ręce, kiedy przyjdzie czas. Siedział zatem jak ostatnia lebiega, obserwował spod wiaty szkolne błonie i czekał na nadejście natchnienia. Lazło wyjątkowo ospale albo miało cholernie pod górkę.

Interesujący go dzieciak był niewysoki, chociaż stanowczo nie konus. Lekki, sprężysty, niby drobny, lecz żylasty. W klasie chyba nieszczególnie wyróżniał się wyglądem. Szczupła, łagodna i dość jeszcze dziecinna twarz, jasne włosy, przenikliwe błękitne oczy. Tyle dało się ocenić z przelotnej obserwacji. Za to był nad podziw szybki, dynamiczny, zdecydowanie sprawny, zmyślny i wytrzymały. Wyraźnie przykuwał wzrok, kiedy po lekcjach bez końca kopał z kumplami piłkę na boisku. Nadawał się. Mógłby trenować w najlepszych klubach. Idealny materiał na napastnika. Wuefista powinien go wyhaczyć, jeśli tylko nie był ostatnim tępym patałachem.

Błażej oderwał wzrok od boiska i sprawdził czas na pękniętym wyświetlaczu starego LG. Prawie piętnasta. Za chwilę powinna się pojawić. Jeszcze ze dwa łyki i będzie. Wystarczy poczekać i dostanie w nagrodę swój ulubiony moment w ciągu dnia. Drugi, dla ścisłości. Pierwszy następował tuż przed ósmą rano, wtedy jednak mężczyzna był jeszcze trochę nieprzytomny i nie doceniał w pełni jakości zjawiska.

Wyjął słuchawki z uszu i strząsnął z siebie ostatnie dźwięki Maleńczuka. Czas otworzyć wszystkie zmysły na doznania. Podobno w życiu piękne są tylko chwile. Jeśli tak, trzeba korzystać, ile się da.

Dziesięć minut później na wąskie miejsce parkingowe naprzeciwko szkoły podjechała srebrna toyota yaris. Wysiadły z niej najpierw długie, zgrabne nogi, kompletnie bez sensu zmarnowane zwykłymi dżinsami i sportowym obuwiem. Barbarzyństwo, jednak od czegóż jest wyobraźnia? Błażej bez trudu potrafił zwizualizować je sobie w znacznie stosowniejszym przyodziewku. Za nogami pojawiła się reszta szczupłej i gibkiej postaci, którą zwieńczała nieprzeciętna oraz silnie przykuwająca uwagę burza długich kręconych rudych włosów. Tak, to stanowczo kluczowy element. Jak zwykle natychmiast poczuł, że chętnie by ją poobracał. W sumie nic dziwnego, bo nie dość, że w jego typie, to jeszcze w jakimś sensie sporo ich łączyło. Od dawna znał ją doskonale, tak jak tamtego pieprzonego onasisa, chociaż podejrzewał, że ona nie wiedziała o obserwującym ją człowieku niemal nic. Trudno. Ważne, żeby uwzględnić ją w swoich zamierzeniach. Przecież Błażej w końcu się doczeka i dostanie wszystko to, co są mu winni.

Kobieta przeszła chodnikiem tuż obok wiaty. Do jego rozszerzonych zachłannie nozdrzy dotarł zapach jej perfum. Wietrzył jak pies. Puszką V.I.P.-a zasłonił spodnie, wyraźnie wskazujące nagłe zainteresowanie jej osobą. Nadmierna ostrożność, bo nawet nie zerknęła w tę stronę, tylko przebiegła przez jezdnię, wpadła na teren szkoły i zawołała dzieciaka, stając na skraju boiska. Ten rozpromienił się gwałtownie, wykonał ostatnie potężne kopnięcie na bramkę, godne mistrza Lewandowskiego, i machając do kumpli na pożegnanie, pognał w stronę budynku. Gęste złote włosy lśniły w jesiennym słońcu. Urosły już trochę za bardzo i powinni je przyciąć, po męsku, maszynką. Ruda przysiadła na ławce i czekała na pełnym luzie, grzebiąc z zacięciem w komórce.

Chłopak był wyraźnie samodzielny. Nie ma co, zdecydowanie nie trzeba wiązać mu butów i wycierać nosa. Żadne ciepłe kluchy czy inne ecie-pecie. Jak zwykle poradził sobie raz-dwa i po kilku minutach oboje przeszli obok przystanku, zajęci bez reszty rozmową. Wsiedli do toyoty, po czym odjechali w stronę centrum.

Błażej wziął trzy głębokie oddechy, upił łyk z niemal pustej już puszki i oparł ciężko głowę o ściankę z pleksi, którą miał za plecami. Czekał, aż minie podniecenie i będzie można bez żalu wrócić do Maleńczuka.

Ciepłe jesienne słońce grzało mu nogi od kolan w dół. Przez śliski materiał wysłużonych czarnych dresów z białym znaczkiem dzikiego kota na nogawce niemal parzyło, lecz Błażejowi nie chciało się ruszać. Jego głowa szczęśliwie zostawała w cieniu i zażywał bezgranicznego relaksu. Czuł, że na to zasłużył po tylu godzinach na warcie. Pasowało mu tak nigdzie nie pędzić i nic nie musieć. Wiedział, że potrafi robić niezłe wrażenie i świetnie grać butnego cwaniaczka, jednak w gruncie rzeczy uważał się za człowieka stonowanego i łagodnego, może nawet flegmatycznego i ustępliwego. Nie gadał dużo i nie podnosił głosu bez powodu, nie lubił wdawać się w rękoczyny i prać po gębach, jeśli nie było to konieczne. Na co dzień kobiety też wolał uległe i niezbyt energiczne, tylko czasem pochłaniała go jakaś ognista odmiana, jak ta ruda. Bronił się, jak mógł. Do czasu. Taką już miał naturę i wcale nie uważał, że to źle. Gdy idąc przez życie, natrafiał przeszkodę, zwykle ją omijał, bo przeskakiwać lub walczyć zwyczajnie mu się nie chciało. Rzadko ponosiły go emocje i raczej nie rzucał mięsem. Oczywiście poza chwilami, gdy dopadała go dzika pasja, jak chociażby podczas ważnych meczów. Jednak to przecież zupełnie inna sprawa. Mundial zacznie się dopiero za kilka miesięcy.

Nagle w błogą niemrawość świętego spokoju wdarł się całkiem niepotrzebny ruch. Na tej samej ławce, tuż obok, przysiadł wysoki bykowaty gość w typie przechodzonego kulturysty, z okrągłą, nalaną twarzą, ogoloną czaszką i mięśniami jak u Pudziana. Ubrany był zwyczajnie, w jakieś dżinsy i czarny polar, do tego porządne buty z logo Adidasa, które jednak swoje najlepsze czasy miały już zdecydowanie za sobą. Na skórze głowy byczka, po lewej stronie, widniała długa, jasna blizna. Drewno siedziska jęknęło złowieszczo.

- Na co tak, kurwa, filujesz? - zagadnął łysy ostrym głosem.

- Bo co? - odszczeknął Błażej, podciągając rękawy bluzy i prezentując imponujące dziary.

- Bo nic. Po prostu widzę. Od kilku dni gapisz się na gnoja i tę rudą dzidę, która go odbiera. Masz coś do nich?

- A ty kto? Bodyguard? Na Costnera mi nie wyglądasz.

- Stonuj, koguciku, bo u mnie styknie moment i nie poznasz własnego ryja - wycedził kafar, uśmiechając się krzywo. - Planuję robotę. Szukam wspólnika. Byle miał jaja.

- Juma? - padło krótkie pytanie, od razu innym tonem, bo właściwie coś w ten deseń chodziło Błażejowi po głowie.

- Lepiej. Juma to zabawa dla leszczy. Tam jest do zrobienia oczywista rzecz - dodał koleś, wskazując głową na miejsce, gdzie jeszcze niedawno stała toyota.

Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa, usiłując się wzajemnie wybadać. Wreszcie byczek potrząsnął głową z rozczarowaniem, jakby spodziewał się szóstki w lotto, a ustrzelił ledwo czwórkę. Liczył, że ten obcy facet okaże się bardziej kumaty i bez gadania ogarnie, w czym rzecz. Ech, trudno, mimo wszystko zawsze to coś. Tępawy i posłuszny pomagier mógł się okazać nabytkiem na wagę złota. Przyciszonym głosem przez dłuższą chwilę wyłuszczał swój plan. Błażej przytaknął ze zrozumieniem i łypnął na łysego zadowolony, jakby Gwiazdka przyszła nad Bałtyk ponad dwa miesiące za wcześnie. Idealnie się wszystko składało, tego właśnie potrzebował.

- Metę zapewniasz? - Postanowił wybadać, ogarnięty nagłym entuzjazmem, bo od tak dawna nocował na tylnych siedzeniach mondeo, że zaczynał mieć tego serdecznie dość.

- Mhm... Wprawdzie bez luksusów, ale obleci. Za to przydałaby się fura.

- Wchodzę w to. Furę dorzucam od siebie. Do tego sporo informacji, nie pożałujesz. Możemy zaliczyć podwójny strzał - dodał tajemniczo Błażej, po czym zgniótł w dłoni pustą puszkę i wykonał zgrabny rzut do śmietnika stojącego tuż przy wiacie.

Natychmiast sięgnął do leżącej przy nodze reklamówki i wydobył kolejny browar. Podsunął pod nos łysemu z zachęcającym gestem. Tamten skrzywił się tylko i odepchnął z obrzydzeniem jego rękę.

- Szczyn nie pijam - oświadczył i wrócił do tematu: - No to mamy umowę. Aha, jeden warunek. Trzymasz się z daleka od mojej kobiety. W tym temacie nie toleruję podjebek.

- Szprycha kumpla święta rzecz - zgodził się Błażej, otwierając z sykiem piwo. Opróżnił duszkiem połowę puszki, jakby się obawiał, że bez tego nektaru nie zdoła dalej oddychać. - Tylko ostrzegam, jeśli sama zacznie się pchać, to nie pogonię kota. Mam słabą silną wolę i raczej babom nie odmawiam - oświadczył, po czym dodał: - Dzieciak ma wyjść z tego cały.

Łysy uśmiechnął się szeroko i wyciągnął potężną łapę.

- Spokojnie. Włos mu z głowy nie spadnie. Nie jestem bandytą i ty też nie wyglądasz. Sprawa jest czysta. Zysk dzielimy fifty-fifty - mruknął, potrząsając wytatuowanym przedramieniem nowego kumpla. Na koniec rzucił: - Spierdalamy. Zabieram cię na metę. Kołujemy poważniejsze napoje, trzeba obgadać szczegóły współpracy.

Jesień malowała czterdzieści cztery wyspy wokół delty Świny w kolorową, niemal bajkową październikową mozaikę. Wciąż było ciepło i pogodnie, a wszelkie sztormy i szarugi omijały Wybrzeże. Karsibór wydawał się sielskim i przyjaznym miejscem, idealnym do rodzinnego życia.

Tego dnia ośmioletni Grześ pojechał na wycieczkę klasową do Gniezna i Biskupina, a jego przybrana matka Edyta Blińska wyskoczyła do Łodzi, by pozałatwiać formalności związane z przeprowadzką nad morze i rezygnacją z pracy w Future Banku. Skończył jej się urlop macierzyński, z którego korzystała po sądownym przyznaniu pieczy zastępczej nad dzieckiem, i przyszedł czas na uporządkowanie ostatnich łódzkich spraw zawodowych. Zdalnie nie mogła wszystkiego załatwić. Planowała poodhaczać kartę obiegową, oddać służbowy telefon, identyfikator i odebrać świadectwo pracy, a przy okazji skontrolować, jak układa się bratu z nową rodziną. Do domu zamierzała wrócić dopiero nazajutrz.

Doktor ornitologii Andrzej Bliński nie towarzyszył żonie, bo dopiero co rozpoczął się rok akademicki i nie mógł sobie pozwolić na zaniedbywanie studentów oraz opuszczanie wykładów. W zamian postanowił spędzić wieczór na napawaniu się ciszą i dumaniu nad nowym pomysłem na życie, który coraz wyraźniej zaczynał dopominać się o uwagę.

Jędrek dotarł do domu koło siedemnastej. Dość pobieżnie uwinął się z bałaganem standardowo wykreowanym w ciągu dnia przez zrozpaczoną samotnością bokserkę Kufę. Pół wycieraczki szlag trafił. Niszczarka najwyższego sortu. W dodatku psica rozbebeszyła kosz na brudną bieliznę, bo ktoś zostawił otwartą łazienkę. W kieszeniach spodni Grzesia znalazła jakieś cukierki. Poczęstowała się, siejąc zwłokami papierków po podłodze salonu. Mężczyzna wstawił pranie, pomstując pod nosem na diabelskiego potwora, po czym, uzbrojony w smycz oraz motywacyjne psie ciasteczka służące do nauki karności, ruszył uskutecznić popołudniowy spacer.

W ciągu pierwszych dwóch kwadransów odebrał cztery z rzędu służbowe telefony. Każdy kolejny wyprowadzał go coraz bardziej z równowagi, bo poza godzinami pracy nie miał ochoty na żadne uczelniane debaty. Nie pełnił służby jako lekarz, strażak ani glina. Nie był nawet dyrektorem, tak jak szwagier, i zawracanie mu gitary podczas relaksacyjnej łazęgi z Kufą uważał za wysoce niestosowne. Cenił prywatność i swój wolny czas. W związku z tym piąte połączenie przyjął raczej niecierpliwie, nawet nie patrząc na wyświetlacz. Przy poprzednich zdążyły go rozboleć ręka i ucho. Miał dość.

- Bliński, słucham - warknął niezbyt przyjaźnie.

- Słuchaj, Bliński, słuchaj... - W tonie rozmówcy pobrzmiewała skoncentrowana pigułka ironii. - Słuchaj i płacz, bo zdążyłeś mnie wkurzyć.

- Już? I to zdalnie? Dopiero zaczęliśmy rozmowę. To chyba mój rekord - podjął pogawędkę, natychmiast się odprężając. - Czym konkretnie tym razem? Bałaganu nie mogłaś zobaczyć, chyba że za moimi plecami zamontowałaś w domu monitoring.

- Pomysł wart rozważenia. Podpadłeś, bo się dodzwonić nie mogłam. Pytlujesz i pytlujesz przez tę komórkę, jakbyś miał w tym jakiś interes. Natrętne studentki już do ciebie wydzwaniają? - Głos Edyty grzmiał słusznym małżeńskim gniewem. - Przecież sezon polowania na podstarzałych doktorków dopiero się zaczął.

- Asystentki, nie studentki. Mamy dwie nowe, śliczne jak z obrazka. Na mój widok nieustannie wywracają oczami. Najwidoczniej uważają, że nadal jestem wart zachodu, mimo obrączki i podeszłego wieku niemal trzydziestu pięciu lat.

- Wnerwiaj mnie tak dalej, to wcale do ciebie nie wrócę. Piękna złota jesień osaczyła moje rodzinne miasto. Nie mogę się napatrzeć, jak tu uroczo.

- Wrócisz. Po pierwsze, w swoim mieszkaniu zainstalowałaś lokatorów, a Wojtek nie będzie cię trzymał na waleta bez końca. Na pewno już mu zbrzydło twoje pyskowanie. Po drugie, jutro ściąga do domu z wycieczki Grześ. Chociaż próbujesz mi udowodnić, że nie nadajesz się na żonę, w roli matki, na razie, aż tak nie nawalasz.

- No dobra, tu mnie masz. Dziecka nie porzucę. Jutro wieczorem się zjawię i dopiero ci pokażę, jak wybitnie nie nadaję się na żonę. Nabierzesz pewności nieodwracalnej. A niech znajdę w domu cień śladu po obcej babie, asystentce czy studentce, to zasadzę ci takiego kopa, że polecisz wyżej niż to całe twoje ornitologiczne badziewie.

- Z całego ornitologicznego badziewia najbardziej by mi pasowało, żeby przyleciał mój osobisty ślubny Rudzik. Najlepiej z jakąś misją pokojową, bez wycelowanej we mnie armaty. Jedź grzecznie, nie spiesz się i nie rozbijaj po drodze żadnych hydrantów. Odbiorę Grzesia spod szkoły i spotkamy się w domu. Teraz kończę, bo asystentka mi się niecierpliwi.

- Czego chce?

- Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zaangażowania w rzucaniu patykiem. Tylko nie wiem, czy zasłużyła, bo obgryzła pół wycieraczki. Za to niewątpliwie będzie dzisiaj spać na twoim miejscu.

- Wymiziaj ją ode mnie po brzuszku. - Usłyszał jeszcze. Następnie w głośniku zabrzmiał krótki, beztroski chichot i połączenie zostało przerwane.

Od kiedy zdołali z Edytą wszystko między sobą poukładać i stworzyć szczęśliwe stadło, wciąż atakowali się wzajemnie uszczypliwymi docinkami na bazie zazdrości i wszystkiego innego, co akurat się napatoczyło. Bawiło ich to i znacznie skuteczniej dodawało ikry niż wszelkie mdlące, słodkie tkliwości. Jędrek nie był pewien, kto zaczął, choć trwał w przekonaniu, że jednak ona, jakby przedkładała pieprzne docinki nad czułostki i górnolotne wyznania. Często się zastanawiał, czy to aby na pewno wyłącznie żarty. Niby wszystko toczyło się w jak najlepszym porządku, a szczęście tryskało kolorami niczym jesienny krajobraz, lecz czasem miał wrażenie, że w tym udawanym niepokoju i podejrzliwości tkwi jakieś ziarno prawdy.

Mimo wszelkich zapewnień pani Blińska, zwana przez męża Rudzikiem z racji barwy swoich włosów, wciąż nosiła w sobie okruch obawy, że kiedyś coś się po prostu spieprzy. Histerycznie omijała wszelkie zagadnienia z przeszłości małżonka, zwłaszcza te dotyczące jej poprzedniczki. W sumie Jędrek też nie rwał się do zwierzeń dotyczących pierwszego małżeństwa, bo nie lubił wracać do tamtych czasów. Tak powstał temat tabu, bardzo niewygodny, niby nieistotny, a mimo to niedający się wykasować z pamięci, jak kredyt na samochód, którego na co dzień się nie roztrząsa, a jednak gdzieś z tyłu głowy wciąż gniecie myśl o konieczności wykonania kolejnego przelewu.

Bliński obleciał z psem wszystkie ulubione ścieżki, porzucał wymuszone patyki i wreszcie, po godzinie, wrócił pod dom. Planował zimną butelkę kozela i wieczór przy komputerze. Słomiana samotność miała swoje niezaprzeczalne zalety, o ile była krótkotrwała. Nic, tylko korzystać.

Pod bramą czekała na niego kobieta. Tkwiła przy domofonie, jakby od dłuższego czasu zastanawiała się, czy zadzwonić. Wprawdzie już się ściemniło, jednak tuż przy furtce znajdowała się uliczna latarnia i oświetlała przybyłą niczym na modowym wybiegu. Od razu rozpoznał kto to, chociaż nie była tak elegancko ubrana jak kiedyś. Prawdę mówiąc, wyglądała wręcz skromnie. Niby po staremu, w krótkiej sukience, żakiecie i szpilkach, lecz wszystko to dziwnie przykurzone. A może tylko mu się wydawało? Poza tym jakoś specjalnie się nie zmieniła. Te same krótkie gęste pszeniczne włosy, niezwykłe, przenikliwe, niemal granatowe oczy i wydatne usta pociągnięte obficie błyszczykiem. Wszystko dokładnie takie jak w czasach, kiedy stawał na głowie, żeby trzymać się jak najbliżej niej. Minęło zaledwie pięć lat. No, prawie sześć. Wtedy, gdy odeszła, trwała zima...

- Cześć, Endriu - zagaiła dawną ksywką. - Ale zarosłeś.

Skrócił smycz i przyciągnął psa do siebie. Próbował ukryć zaskoczenie i nagłą, nieproszoną falę dawnych emocji, których nie miał okazji wyrzucić z siebie kiedyś, przy rozstaniu. Pogładził się dłonią po równo przystrzyżonej brodzie, skarcił Kufę za wyrwanie się z nieuzasadnioną radością i wreszcie, usiłując zachować obojętność, spytał:

- Co tu robisz?

- Gawędzę z tobą i zachodzę w głowę, czemu nie golisz się tak jak dawniej. Uległeś tej dziwnej propagandzie, że niby brodacze są bardziej seksowni?

- Nie uważałaś mnie za seksownego niezależnie od tego, co mi rosło na twarzy, więc daruj sobie komentarze.

- Wiesz, to nie do końca było tak. - Usiłowała wzbudzić jego zainteresowanie.

- To teraz bez znaczenia. Czego chcesz?

- Porozmawiać. Spokojnie porozmawiać.

- Nie mamy o czym.

- Mylisz się. Muszę ci o czymś opowiedzieć.

- Spieszę się. - Wciąż próbował się wywinąć. - Nie mam czasu na pogawędki.

- Dokąd? Żona cię tak krótko trzyma? - spytała z kpiną w głosie, dostrzegając obrączkę na palcu. - Jakaś urocza i potulna domatorka? Gotuje obiadki, pierze skarpetki i z radością zachodzi w kolejne ciąże, tak jak dawniej marzyłeś? Wysłała cię na spacer z psem, a sama została przy garach?

- Nie twoja sprawa.

- Niby nie, a jednak jestem ciekawa. Powiedzmy, że się stęskniłam.

- Nie raczyłaś się zjawić nawet na rozprawie rozwodowej. Teraz nagle dopadły cię sentymenty?

- Byłam zajęta.

- Nie wątpię - mruknął i ulegając pokusie, że oto pokaże tej idiotce, jak bardzo jest mu bez niej dobrze, dodał: - Jeśli ci zależy, to chodź. Powiesz, co masz do powiedzenia, przy kawie.

Nie oglądając się za siebie, pchnął furtkę i ruszył przez ciemne podwórko w stronę wejścia.

Zgodnie z jego przewidywaniem poszła za nim. Przepuścił ją na małym, ciasnym ganku, tuż przed progiem. Weszła do domu, rozglądając się z zaciekawieniem po niewidzianych od kilku lat kątach. Dawniej na dole prowadzono coś na kształt knajpki z piwem i domowymi obiadami, a na piętrze mieścił się nieduży pensjonat. Teraz całość służyła wyłącznie do celów prywatnych. Omiatając w przelocie wzrokiem obszerny, wygodnie urządzony salon, powędrowała za gospodarzem do kuchni.

Pomieszczenie było intensywnie żółte, z białymi szafkami, ciemnym mahoniowym blatem, dużym stołem i wygodną wysepką na środku. Nie mogła sobie przypomnieć, czy to te same meble co kiedyś, choć klimat nieco się zmienił. Nie pchały się w oczy bibeloty, zbędne, dekoracyjne duperele i wszechobecne doniczki z różnymi odmianami paprotek, które tak lubiła jej teściowa. Lodówkę oblepiało mnóstwo karteczek i dziecięcych rysunków, w kącie parapetu nastroszyło się kilka kaktusów, bufet uginał się pod arsenałem herbat i kaw, a na stole piętrzył się niezły bałagan chyba jeszcze po śniadaniu.

Kobieta zdjęła żakiet i powiesiła go na najbliższym krześle.

- Pijasz kawę? - zdziwiła się, zerkając ku imponującej maszynie i obserwując, jak podwójna ciemna strużka płynie jednocześnie do dwóch kubków.

- Pijam. Żona mnie wciągnęła w ten nałóg. W tej kwestii jest nieuleczalną maniaczką - oznajmił Andrzej, a jego głos nabrał tak głębokiej barwy, że aż zakłuło ją w środku. - Zresztą w wielu sprawach to maniaczka i wariatka - dodał z rozpędu, jakby nie mógł się powstrzymać od mówienia o niej, jakby była dla niego niezwykle ważna.

- Pewnie urodziła ci mnóstwo dzieci? - palnęła kobieta na pewniaka, ruszając bezczelnie na obchód budynku, który w czasach jej bytności tutaj należał do teściów.

Doskonale wiedziała, że od dawna nie żyją i na włościach króluje tylko on. Zdążyła zebrać informacje o tym, że drugi syn państwa Blińskich, Janek, wyjechał na stałe do Norwegii i od dobrych czterech lat mieszka z rodziną w Trondheim. Pozostało wyjaśnienie kilku drobnych spraw, żeby zyskać pełen obraz sytuacji.

- Nie urodziła mi żadnego - odparł ze spokojem Jędrek, sięgając po gotowe napoje. Dolał mleko, upił łyk z jednego kubka, a do drugiego mechanicznie dosypał cukier. Wreszcie wyjaśnił, idąc krok w krok za nią: - Edyta nie może mieć dzieci. Wychowujemy przybranego syna.

- Ożeniłeś się z bezpłodną kobietą? - spytała z ogromnym zdumieniem, bo tego akurat się nie spodziewała.

- Tak - potwierdził, podając jej kawę.

- Dlaczego? - Stanęła w bezruchu, gdy za kolejnymi drzwiami natrafiła na sypialnię małżonków.

W pokoju panował nieład, jak zwykle u Andrzeja. Nigdy nie przywiązywał dużego znaczenia do porządków. Na fotelu obok wielkiego, niezaścielonego łóżka kotłowały się damskie i męskie fatałaszki. Na komodzie w ramkach stały zdjęcia, a obok nich muszle, kamyki i inne duperele, które można znaleźć na plaży. Zastanawiała się przez chwilę, czy zbierali je razem. Pewnie tak. Przecież normalni ludzie tak właśnie robią.

Podeszła bliżej i skrupulatnie przyjrzała się każdej fotografii. Chciała wyczytać z nich i zapamiętać jak najwięcej.

- Bo ją kocham. - Usłyszała gdzieś zza pleców.

- Rozmnażanie już jest nieważne? - Odwróciła się na pięcie. - Przecież ode mnie oczekiwałeś przede wszystkim tego. Przez to się rozstaliśmy!

- Nie przez to. Po pierwsze, to ty odeszłaś. Po drugie, z tobą nie było nawet szans na rozmowę o dzieciach - wyjaśnił, popijając drobnymi łykami kawę ze swojego kubka. - W ogóle nie chciałaś ze mną sypiać, chyba że na twoich warunkach, zabezpieczona po zęby, a i to niechętnie. W dodatku jakoś nigdy nie wpadłaś na to, żeby mi wytłumaczyć dlaczego.

- I z tego powodu, w ramach zemsty, musiałeś gzić się z połową Pomorza Zachodniego?

- Trochę przesadzasz - przerwał stanowczym tonem tę wzajemną falę pretensji. - Zresztą to bez znaczenia. Sama widzisz, że nasze małżeństwo okazało się kompletnym niewypałem. Nie ma do czego wracać.

- Sprawdźmy - zaproponowała. Następnie odstawiła kubek na podłogę i wczepiając się rękami w koszulę Andrzeja, zaczęła go znienacka całować.

Przez krótką chwilę poddawał się bez oporu, ulegając czemuś, co było dziwną mieszanką zadawnionego żalu i obecnego zaciekawienia. W jednej ręce wciąż trzymał kawę, drugą nonszalancko włożył do kieszeni, udając, że zachowuje pełną kontrolę i to spotkanie wcale nie jest dla niego trudne. Wreszcie cofnął się o dwa kroki i spytał z ironią:

- I co? Nagle po latach zrozumiałaś, że jednak coś nas łączyło?

Przyglądała mu się badawczo, jakby usiłowała go rozgryźć. Kiedy tak stała, musiał przyznać, że wciąż jest niezwykle piękną kobietą. Może nawet piękniejszą niż dawniej. Wydawała mu się bardziej naturalna, nie tak dopracowana, z tą nadmierną starannością we wszystkich szczegółach wyglądu i w każdym ruchu, jak sztuczna kukła.

- Niewątpliwie. Nadal wiesz, jaką lubię kawę - stwierdziła, wskazując porzucony na podłodze kubek.

- Po prostu mam dobrą pamięć - odparował, wzruszając ramionami. - To przecież bez znaczenia...

- Pieprzysz - przerwała mu i pozornie niedbałym gestem rozpięła zamek błyskawiczny w sukience, ciągnący się przez środek, na całej długości, od dekoltu po uda.

Nie założyła pod nią nic. Zanim zdążył zareagować, stała przed nim całkowicie naga.

- Jesteś szczęśliwy? - spytała jakiś czas później, gdy stanęli na ganku.

- Tak. Mam nadzieję, że ty też.

Przemilczała to. W ciszy opuściła dom. Nie ostrzegła go, nie zdradziła się ani słowem, chociaż w gruncie rzeczy dopuszczała taką myśl, gdy do niego szła. Mijało się to jednak z celem. Wszystko, co mógłby jej dać, było tylko marną namiastką jej wyobrażeń i oczekiwań. Nie po to wybrała się na tę wycieczkę w przeszłość. W tej sytuacji wolała pogodzić się z losem i zgodnie z własnym zwyczajem dołączyć do silniejszego.

Akson dopadł ją po kilku minutach, gdy wchodziła do niemal pustego autobusu.

- I co? - wysyczał przez zaciśnięte wargi, a jego nalana, okrągła twarz natychmiast poczerwieniała.

- Nic. - Wzruszyła ramionami i przycupnęła na pierwszym wolnym miejscu. - Wykonałam badanie terenowe, tak jak chciałeś. Możecie powoli planować tę waszą akcję. Wychodzi na to, że twój pomysł faktycznie ma sens.

Opadł z impetem na siedzenie. Jak na takiego byka poruszał się bardzo dziarsko. Pokiwał z zadowoleniem głową i pogładził ją po ramieniu.

- Powoli. Przyczaimy się na jakiś czas i wrócimy do tematu na wiosnę. Muszę znaleźć miejsce i przygotować je tak, żeby nie użerać się za bardzo. Chwilowo dorwałem inną fuchę. Szkoda odpuścić, bo śmierdzi kasą. To nie ucieknie. Spadamy na kwaterę. Błażeja nie ma. Zanim wróci, zdążymy się zabawić.

Jędrek przesiedział dobrą godzinę przy stole, zastanawiając się, po co w ogóle wpuszczał byłą żonę. Przez lata zmywał ją z siebie setki razy: alkoholem, kobietami, pracą. Nie chciał szukać odpowiedzi, zgłębiać, wyjaśniać ani znać żadnych szczegółów. Pragnął tylko zapomnieć, wywabić z głowy jak tłustą plamę z ulubionych dżinsów. Wreszcie doszedł do punktu, w którym nabrał niezachwianej pewności, że wraz ze swoim nowym, lepszym życiem zdołał wszystkie związane z nią myśli powyrywać jak chwasty i spalić w ognisku pamięci tak dokumentnie, by nie zostało nic poza resztką chłodnego popiołu. Tymczasem wystarczył jeden wieczór, żeby nabrać obaw, iż to jedynie ułuda.

Wszystkie silne przeżycia zostawiają ślady. Niedokończone, zgaszone w połowie myśli nie dają się upchnąć w żadnej bezpiecznej szufladzie. Błądzą po krańcach świadomości, obijając się o ściany ludzkiej duszy mniej lub bardziej głośnym echem, i tylko czekają na okazję, żeby wyjść na wierzch i upraszać się o należną im uwagę. Stłumiony żal jest jak upiór, który nie zaznał spokoju. Nigdy nie zasypia, wciąż gotów ukazać się w pełnej krasie i rzucić światu wszystkie pomijane dotąd pytania: "dlaczego?".

Bliński przez chwilę otarł się myślami o matkę i ojca. Rzadko ich wspominał, stanowczo za rzadko. W końcu wstał, wygrzebał z szafki butelkę ballantine'a, nalał dobre pół szklanki i uzupełnił kostkami lodu. Pociągnął spory łyk. Smętnie poczłapał do małego gabinetu zwanego przez wszystkich pierdzielnikiem, pewnie z powodu nieładu. Tak, coś mogło w tym być. Usiadł przy biurku, otworzył laptopa i uruchomił ostatnio używany plik.

Kwadrans później podjął ostateczną decyzję, że nie wspomni Edycie o tych niespodziewanych, zaskakujących odwiedzinach. Nad ranem, gdy oderwał się od komputera, w ogóle już nie pamiętał, że miał gościa.

Rozdział 1

Klamka w drzwiach sypialni opuściła się cichutko i do środka zajrzała piegowata twarz otoczona nieprzebranym bogactwem rudych loków. Przez okno wpadało poranne majowe słońce, które ożywiło barwę sprężynek aż do poziomu ognistej pomarańczy. Pod wpływem światła schowane za okularami bystre szare oczy przymrużyły się, a zadarty nosek zabawnie zmarszczył.

- Śpicie? - rzuciła w kierunku łóżka dziewczynka zadziornym, lekko chropowatym głosem.

- Ciii... - wyszeptał jej ojciec, kładąc palec na ustach. - Daj mi chwilę, już do ciebie idę.

- To ja lecę zrobić kawkę - odszepnęła znacznie ciszej i wycofała się, nie zamykając drzwi.

Dudnienie energicznych, szybkich kroków po schodach wypełniło cały dom.

Wojtek Rawicki przeciągnął się leniwie, ziewnął i z cichym westchnieniem usiadł na materacu, analizując, jak to możliwe, że stopy sześciolatki mogą czynić aż taki hałas. Przeczesał ręką ciemną czuprynę i podpierając się na łokciu, wreszcie spojrzał na śpiącą obok postać.

Leżała twarzą do niego. Na poduszce plątały się w nieładzie jej miodowe włosy. Okrągłe, pogodne oblicze było spokojne i odprężone. Kobieta zakopała się pod kołdrą niemal po szyję, jednak nie dało się ukryć znacznej wypukłości, na której nawet przez sen trzymała rękę. Nie schodziła z warty ani na moment, przynajmniej w swoim przekonaniu. Matka pozostaje matką, nawet kiedy śpi.

Pogłaskał ciepłym gestem wyraźnie powiększony brzuch, nie odkrywając go, a potem pochylił się i pocałował Anię w czoło.

- Wstajesz? - mruknęła nieprzytomnym głosem.

- Wstaję - potwierdził, uśmiechając się lekko.

- To ja jeszcze pośpię - sapnęła i odwróciła się na drugi bok, lekceważąc ewentualne nadprogramowe czułości.

Nie poczuł się urażony. To był ich zwykły, codzienny rytuał. Zdążył przywyknąć i pogodzić się z faktem, że jego żona jest śpiochem. Odkrył to na długo, zanim zaczął spędzać z nią noce. Wtedy jeszcze nie miał pewności, że uda mu się ją odzyskać. Szczęście jednak się do niego uśmiechnęło i od wielu miesięcy nieustannie szczerzyło zęby. Razem ze szczęściem i on się szczerzył, chłonąc je jak gąbka. W przyspieszonym tempie uzupełniał braki z ponad trzydziestu lat ponurego i trudnego życia.

Powoli wstał i obserwując śpiącą Anię, zmusił się do kilku niemrawych ćwiczeń rozciągających. Syknął, gdy strzyknęło mu w karku. Cholera, przez tę ciążę i zimę makabrycznie się rozleniwił. Czas wrócić do codziennego biegania, bo za chwilę i jemu zacznie rosnąć z przodu wór. Może warto podpuścić Emila dla towarzystwa? Ostatnio on też wyhodował niemrawy prawniczy bandzioch. Należałoby to ukrócić. Rodzinne życie najwidoczniej sprzyja pęcznieniu. Z głębokim postanowieniem podszczucia przyjaciela do regularnego ruchu wykonał serię brzuszków, pompek i wymachów, po czym wreszcie stanął na nogi.

Sypialnia była przestronna i pozwalała na realizację dowolnych potrzeb gimnastycznych. Do tego lśniła nowością. Miała dwa okna, komplet jasnych, ciepłych mebli i kilka przyjemnych górskich landszaftów. Zdawała się wręcz nasycona optymizmem. I pomyśleć, że jeszcze rok temu ten pokój należał do przyrodniego rodzeństwa Wojtka, a on sypiał samotnie we własnym gabinecie! Przez dwie niezwykłe dziewczyny - małą i dużą - cały jego świat, razem z nim samym, stanął na głowie. Rawicki miał nadzieję, że już w tej pozycji pozostanie. Chwilami czuł się jak jogin lub akrobata, lecz bardzo mu odpowiadał aktualny status quo.

Umył się i ubrał. Po chwili wahania zrezygnował z golenia. To nie te czasy, kiedy zawsze chodził zapięty na ostatni guzik, z idealnie gładkim licem. Nie był już nadętym bankowym sztywniakiem, który niemal spał w garniturze. Przede wszystkim czuł się mężem i ojcem, a dopiero potem dyrektorem. Żeby znieść rodzinną codzienność z godnością, potrzeba chociaż minimalnego luzu, więc skoro tego dnia nie wybierał się do pracy, wskoczył w dżinsy i zwykłą polówkę. Podszedł do łóżka i pokręcił smętnie głową, widząc pustą szafkę nocną po stronie żony. Rozejrzał się po pokoju i wypatrzył na komodzie glukometr. Położył urządzenie tuż przed nosem Ani, żeby nie zapomniała zmierzyć poziomu cukru, kiedy tylko się obudzi. Trzeba było pilnować ją na każdym kroku. Nadmiernie przejmująca się resztą rodziny, regularnie zapominała o sobie - i zupełnie nie przemawiały do niej argumenty, że walka z cukrzycą ciążową to nie tylko przejaw troski o nią samą, lecz także o rosnące w niej maleństwo.

Kiedy Wojtek dotarł do kuchni, na wysokim stole stanowiącym przedłużenie bufetu stała kawa przygotowana w wielkim, pękatym kubku w rozsypane kolorowe nutki. Naczynie należało do jego żony, zagorzałej pianistki, a napój smakował dokładnie tak, jak Wojtek lubił. Dziecko w tym względzie zostało idealnie wyszkolone.

- Dzięki, córuś - mruknął, przysiadając na krześle barowym naprzeciwko Zuzi.

Machnęła tylko ręką, popijając przez pomarańczową słomkę kakao, które także wykonała samodzielnie, w tym samym ekspresie, stanowiącym podstawowy element pomieszczenia.

Dziewczynka była niewysoka i drobna, chociaż dzielnie nadrabiała braki w stosunku do rówieśników. Nieźle wystrzeliła przez ostatni rok, kiedy to po ostatniej, zasadniczej i trzeciej operacji serca jej życie mogło wreszcie wrócić do normy. Zyskała wówczas nie tylko zdrowie, lecz także tatę, nowy dom i starszego kuzyna znad morza, w najbliższej zaś perspektywie obiecano jej zupełnie nową i absolutnie wymarzoną siostrę. No, może nie tak absolutnie. Wolałaby brata, najlepiej dużego, takiego jak Grześ, jednak skoro to niemożliwe, niech już będzie ta mała Agatka. Byle wreszcie się urodziła, bo cierpliwość jest okropnie nudna.

- Kiedy przyjadą? - zapytała, gdy tylko udało jej się dosiorbać do samego dna szklanki.

- Wieczorem - odpowiedział spokojnie Wojtek chyba setny raz na to samo pytanie w ciągu ostatniego tygodnia.

- Czemu dopiero wieczorem?

- Bo dziś wujek i ciocia jeszcze pracują, a Grześ ma lekcje.

- Dlaczego my nie możemy jechać do nich? Mogłabym nie iść do przedszkola. Ty i tak zrobiłeś sobie wagary od banku.

- Bo lekarz odradzał mamie taką podróż. Mówiłem ci. Pojedziemy do nich pod koniec wakacji, kiedy już dzidziuś się urodzi.

- Nie dzidziuś, tylko Agatka. Nie mów na nią "dzidziuś", bo się obrazi - pouczyła go ruda mądrala, marszcząc przy tym nos dokładnie tak samo jak jej ciotka Edyta, po czym z impetem zeskoczyła ze stołka.

- Niech ci będzie - zgodził się z udawaną rezygnacją i natychmiast pogonił pierworodną do działania. - A teraz leć się ubierać. Tylko nie hałasuj, bo obudzisz mamę.

Już pół godziny później, gdy zostawił dziecko w przedszkolu, przebijał się przez Łódź czarnym lexusem w stronę Fundacji Gajusz, gdzie udzielał się jako wolontariusz ośrodka preadopcyjnego Tuli Luli. Towarzyszyła mu myśl, że tegoroczny maj będzie z pewnością lepszy od wszystkich poprzednich w życiu jego i całej rodziny. Czeka ich wspólna beztroska majówka z Edytą, Jędrkiem i Grzesiem. Nic, absolutnie nic nie zakłóci im spokoju. Żadnych rozstań, dramatów, kłótni i nieporozumień. Żadnych łez. Był pewien, że jedyna rewolucja, jaka wisi im nad głową, to nowy członek rodziny, a i to jeszcze nie teraz. Zostało dwanaście długich tygodni, żeby się na to przygotować.

Zanim Blińscy dotarli pod właściwą bramę na łódzkich Stokach, Zuzia doprowadziła ojca na granicę histerii, pytając co kilka minut o to, gdzie goście są teraz i kiedy dojadą. Była zagorzałą wielbicielką Grzesia i nie mogła się doczekać spotkania. Rawicki w pełni popierał jej entuzjazm. On również przepadał za swoim przybranym niemal dziewięcioletnim siostrzeńcem nie tylko dlatego, że to bystry, przedsiębiorczy i zabawny dzieciak, lecz także z uwagi na fakt, że zmarła biologiczna matka chłopca odgrywała niegdyś w życiu Wojtka bardzo ważną rolę. To po niej siostra Zuzi miała otrzymać imię.

- Zobacz, wujek! - zawołał chłopiec, gdy w gasnącym świetle wieczoru wyskoczył z samochodu na podwórko. - Ona już wszystko umie i niczego nie niszczy! Jest zupełnie grzeczna!

Nieokiełznana w radości młoda, na oko dwuletnia bokserka biegała jak szalona wokół freelandera Jędrka. Psi pysk cieszył się w pełnym rozwarciu, raz po raz chlastając kogoś, niby przypadkiem, wywieszonym, chłodnym i nieprzeciętnie długim jęzorem.

- Tak, Grzesiu, prawie ci wierzę - odpowiedział wesoło Wojtek, próbując w panice chronić brzuch żony przed tym żywiołowym powitaniem.

Musiał jednak przyznać, że już od progu dostrzegł pierwszą jaskółkę zmian, bo suka wprawdzie bez żadnego zmiłuj prała ogonem po łydkach i kolanach, lecz nie wskakiwała łapami na plecy, jak to miała w zwyczaju jeszcze zimą. Pozostawała w parterze, co dawało pewne nadzieje.

- Dywanów też nie żre? - spytał z powątpiewaniem, taszcząc przywiezione przez gości klamoty.

- Nic nie żre - zapewnił chłopiec, drepcząc za nim krok w krok.

- To długo nie pożyje - skwitował Rawicki, przystając i odwracając się do niego. Nie mógł się powstrzymać od drobnej złośliwości.

Dla Grzesia, zaprawionego w bojach z rodzicami, nie stanowiło to jednak większego wyzwania.

- Wujek, nie szydź ze szkolonego psa. Nie żre nic niejadalnego. Wszystkie dywany, firanki, buty i nawet pluszaki Zuzki są całkowicie bezpieczne. Ale jak zostawisz schabowego na bufecie, no to sorry, sam będziesz sobie winien. Już się nauczyła, co dobre. A, i uwielbia wodę z ogórków kiszonych. W litrowym słoju sięga językiem do samego dna!

- To nieźle musi ją potem gonić - prowokował dalej Wojtek. - Chyba nie narzekasz na brak spacerów, co?

Chłopiec prychnął tylko coś niezrozumiałego i zaniechał dalszych komentarzy.

Po pospiesznym rozlokowaniu gości Zuzia natychmiast zaanektowała ciotecznego brata, ogłaszając swoje wyłączne prawo do jego użytkowania. Chłopiec protestował raczej słabo i bez większego przekonania. Bliński wywlókł z bagażnika swojego fendera stratocastera i podpuścił szwagierkę na tradycyjne wspólne muzykowanie. Oboje mieli przyzwoite głosy i całkiem niezły warsztat, chociaż Ania zdawała sobie sprawę z tego, że daleko jej do talentu rodzinnego wirtuoza gitary. Granie z nim było nie tylko czystą frajdą, lecz także potężnym wyzwaniem. Bez wahania usadowiła się przy pianinie; brzuch przeszkadzał jej tylko trochę. Po chwili dom wypełnił się dźwiękami polskich hitów z przełomu wieków.

- Hej, rudzielcu, rusz tyłek! Pomożesz mi ze ścierwem na grilla - zagaił Wojtek, korzystając z okazji, żeby spokojnie poplotkować z bliźniaczką. - No, już, już, nie leseruj. Przecież nie pogonię ciężarnej, zwłaszcza że Jędrek nie wypuści jej teraz ze szponów. Poza tym to by było niehumanitarne, bo musi przestrzegać cukrzycowej diety i nie może zjeść niczego dobrego.

Edyta niechętnie oderwała się od obserwacji dzieci, wytrwale ćwiczących psa w chodzeniu na zadnich łapach, i poczłapała do kuchni.

- Faktycznie potrzebujesz wsparcia czy tak bardzo się za mną stęskniłeś? - burknęła, gdy oboje tkwili już nad bufetem, a jej brat z zapałem kroił mięso. - Widzę, że niezły z ciebie rzeźnik. Czyżby po kontroli KNF-u obcięli wam premie? Musisz dorabiać przy rozbiorze padliny? Gdzieś się tak wytrenował?

- Stęskniłem się pioruńsko - przyznał szczerze. - Twój wrodzony sarkazm skutecznie stawia mnie do pionu. Nie musisz w tym dłubać. Stój i patrz. Trenuję, szlachtując niesubordynowanych podwładnych. Rozwiązuję przy okazji wszelkie problemy kadrowe. Potem dostarczam towar na służbową stołówkę i wychodzą mi z tego gigantyczne oszczędności.

Wojtek z rozmachem przeciął powietrze imponującym kuchennym nożem, bez większych sukcesów próbując przywołać na twarz minę groźnego psychopaty.

- Naczytałeś się horrorów czy kiełkuje ci między zwojami niezidentyfikowana choroba psychiczna? - palnęła z rozbawieniem Edyta. - Nie znoszę bezczynności. Pozwolisz mi rzucić okiem do lodówki? Wykombinuję coś, co twoja małżonka będzie mogła pochłonąć bez ryzyka.

- A rzucaj. Byleby miało niski indeks glikemiczny i dało się strawić.

Blińska dała nura do chłodziarki i po chwili z zadowoleniem wysupłała z niej dwie pękate cukinie, kilka papryk oraz cztery monstrualne pieczarki.

- Da się to upiec na grillu? - spytał z powątpiewaniem Wojtek.

- Patrz i ucz się od mistrza! - Edyta ochoczo przystąpiła do szorowania warzyw. - Swoją drogą paskudnie z twojej strony, że sam na to nie wpadłeś.

- Chciałem dać ci szansę. Nie może być tak, że zawsze to ja jestem ten bardziej szlachetny - mruknął, nadal grzebiąc w mięsie. Szybko jednak zmienił temat: - Gdzie wam podmienili psa?

- Na szkoleniu.

- Na jakim szkoleniu? - Wojtek zerknął z powątpiewaniem na rosnący w misce kolorowy galimatias, który nijak nie korespondował z myślą o grillu i piwie. - Nie szykuj aż tyle. Nikt poza Anią tego nie tknie, a ona to nie odbiorca hurtowy. Musi po trochu, za to regularnie.

- Jeszcze się zdziwisz. Sam będziesz wsuwał jak maszyna, zobaczysz. A co do Kufy... Jędrek wybrał się z nią do zoopsychologa behawiorysty. Bardzo sympatyczna babka, znają się jeszcze ze studiów. Na szczęście przypomniał sobie o niej, zanim ta cholera, znaczy Kufa, zdążyła zeżreć cały dom włącznie z fundamentami. Spotykali się regularnie przez kilkanaście tygodni i efekt jest fenomenalny.

- Nie byłaś zazdrosna? Jędrek i behawiorystka? Dawna znajoma? To brzmi podejrzanie.

- Nie bywam zazdrosna - warknęła Edyta, zarzucając rudą kitą i wydymając wargi.

- Jasne, tylko udajesz, kłamczucho. Mów lepiej, czego się nauczył ten nieprzeciętny, superinteligentny pies. Rozumiem, że już was słucha?

- Wiesz, to nawet nie tyle pies musiał się nauczyć nas słuchać, co my do niego mówić - wyjaśniała, krojąc warzywa na paski i plasterki. - Wszyscy dostawaliśmy regularne prace domowe. Grześ się przykładał znacznie porządniej niż w szkole. W sumie niezłą mieliśmy zabawę. Wciąż jestem zaskoczona, że to takie proste. Zastanawiam się nawet, czy nie można by zastosować takich samych trików na dzieciach, zwłaszcza gdy zaczynają pyskować.

- Interesujące... Wezmę od Jędrka namiary i pójdę z Zuzką do tej behawiorystki - zdecydował Wojtek.

Edyta łypnęła na brata z powątpiewaniem.

- Próbuj. Chociaż twoja córka to twardszy orzech niż nasza pokorna psina. Tak czy siak, to najlepiej wydane pieniądze w tym roku. Jak dotąd, bo kiedy Agatka się urodzi, mam zamiar poszaleć. Będę ją rozpuszczać tak samo jak Zuzię, nawet jeśli nie okaże się ruda.

- Mam nadzieję, że się nie okaże.

- Masz coś do rudych? - zaperzyła się, hojnie obsypując warzywa ziołami.

- Ależ skąd! Po prostu dorobiłem się już klona siostry, więc teraz marzy mi się córka podobna do żony.

- Robisz się zachłanny - skomentowała, zerkając figlarnie na Wojtka.

- A ty nie? Podobno chodzicie na szkolenie dla rodziców adopcyjnych? Jędrek mi doniósł. Nie wystarcza tamten kurs, który skończyliście rok temu, zanim dostaliście Grzesia?

- Nie, tamten był dla rodziców zastępczych. I okazuje się, cholera, że to wcale nie to samo. Jakby instrukcja obsługi młodego człowieka w obu przypadkach wyglądała zupełnie inaczej. Trudno, jakoś przetrwamy. A potem skołujemy Agatce towarzystwo. - Edyta złapała michę z warzywami i ruszyła w stronę tarasu, rzucając na odchodnym: - Ja się wyrobiłam, a ty teraz siedź nad tą padliną do nocy. - Po chwili ryknęła władczo, przebijając się przez głośne takty Bajmu: - Ej, Hendrix! Zostaw tego piekielnego pagaja! Rozpal grilla, bo rzeźnik ma obsuwę i jeszcze sieka.

Wojtek, niewzruszony tym przytykiem, spokojnie kończył walkę z karkówką oraz udkami kurczaka.

Godzinę później musiał przyznać, że ta wredna zołza się nie myliła - grillowana cukinia to faktycznie niebo w gębie. Pomijając już paprykę i pieczarki, bo to było oczywiste. Ściemniło się, ale dzieci nadal biegały po ogródku. Ich śmiechy i poszczekiwania psa rozlegały się raz z jednej, raz z drugiej strony domu. Jędrek siedział na podłodze tarasu z poduszką pod pośladkami. Brzdąkał na gitarze, tworząc sielski, miękki, rodzinny klimat. Edyta zwinęła się w precel na ratanowym fotelu i wlepiła w niego maślany wzrok niczym zabujana nastolatka w plakat z gwiazdorem rocka. Niby marudziła na tę gitarę, a jednak talent męża niezmiennie ją zachwycał. Bliński grał melodyjne senne ballady i chyba nikt poza nim nie wiedział, czy on skądś je zna, czy tak na poczekaniu po prostu wymyśla. Można było go słuchać bez końca.

Wojtek obserwował ich, zastanawiając się, czy czuliby się szczęśliwsi, gdyby szwagier zamiast na jego tarasie grał na stadionach lub w salach koncertowych. Podobno kiedyś przegapił na to szansę. Rawicki uznał w końcu, że jego siostrze taka kariera męża na pewno nie ułatwiłaby życia, a co do szwagra... Raczej nigdy nie uda się tego stwierdzić na pewno. Diabli wiedzą, gdzie zamyka się świat jego aspiracji, chociaż Wojtek był przekonany, że wykraczają one daleko poza ornitologiczne tematy, w które zagłębiał się na co dzień. Jędrek miał w sobie coś z artysty, jakąś zamkniętą, niedostępną dla świata część duszy, i chyba nikomu nie dał się nigdy poznać do samego końca. Nawet Edycie.

Wojtek odchylił głowę do tyłu, usiłując rozprostować zesztywniały kark. Siedział okrakiem na rozkładanej ogrodowej leżance. Przed sobą usadowił żonę, tak by mogła oprzeć się o niego plecami. Obejmował ją, splótłszy ręce na jej brzuchu. Każdy drobny przejaw nowego życia, jaki wyczuwał pod opuszkami palców, odbierał jak kłujące gdzieś od środka igiełki szczęścia. Przy pierwszej ciąży Ani nie miał okazji nacieszyć się tym zjawiskiem, teraz czerpał bez umiaru, pełnymi garściami. Gdyby się dało, nie odstępowałby jej brzucha na krok. Mógł się z tym kryć do woli, jednak w gruncie rzeczy był niezwykle wrażliwym i sentymentalnym człowiekiem.

- Szwagier, czego nauczyła się Kufa, pomijając to, że odróżnia kotlet od butów? - zapytał, przerywając leniwą chwilę błogiego spokoju. - Edyta nie potrafi składnie wytłumaczyć, plącze się w zeznaniach, podejrzewam, że zwyczajnie zżera ją zazdrość o tę psią trenerkę. Pewnie ładna dziewczyna, co?

- No ba! Pierwsza klasa - potwierdził Jędrek, filując badawczo na żonę. - Nie ma się do czego przyczepić, a oko samo się cieszy. W dodatku zero symptomów podłego charakteru, czego nie można powiedzieć o twojej siostrze... - Gwałtownie podniósł ręce, by złapać lecący w jego stronę plastikowy nóż. - Uff... Ciągle się boję, że kiedyś rzuci we mnie siekierą albo tasakiem i zginę marnie.

Rawiccy zgodnie zachichotali, a Edyta zerwała się ze swojego siedziska i zaczęła ganiać uciekającego męża po ciemnym ogródku, miotając wyszukanymi obelgami. Kilka razy wpadli na psa, który uporczywie starał się podciąć im nogi, dostrzegając szansę na gratisową uciechę. W końcu dopiął swego, sprowadzając rudowłose uosobienie zemsty do parteru. Perfidny i zdradziecki mąż padł tuż przy Edycie. Przeturlali się, by ostatecznie zatrzymać się pod iglakami od strony ulicy. Zarówno śmiech, jak i wykrzykiwane pogróżki gwałtownie umilkły.

- To teraz przefikane - skomentował rozbawiony widowiskiem Grześ. Podszedł do stołu, by spośród niebudzącej jego zainteresowania cukinii wyłowić czerwone paprykowe paski. - Nie wrócą, póki im się nie znudzi.

- Dlaczego? - spytała Zuzia, precyzyjnie naśladując jego działania i omijając smakowite zielone plastry.

- Na pewno się całują. Nie ma bata. I w życiu się od nich nie dowiecie, co ten pies wyprawia. A jest genialna! Całkiem jak Alex, wiecie, ten policyjny z telewizji.

- To ty nam opowiedz - poprosiła Ania, sięgając bez wybrzydzania do warzywnego stosu.

- Nie ma mowy - ofuknęła ją córka, łapiąc kuzyna za rękę i ciągnąc przez oszklone drzwi tarasowe w głąb domu. - To mój cioteczny brat, a nie wasz i będzie się bawił ze mną. Jak nie macie się czym zająć, to zróbcie sobie romantyczną atfosmerę i całujcie się tak jak wujek z ciocią.

Chłopiec przywołał na twarz minę zrezygnowanego cierpiętnika i dał się zaciągnąć przed telewizor. Po chwili na cały salon zagrzmiała czołówka Pingwinów z Madagaskaru. Mały uparty rudzielec jak zwykle postawił na swoim.

- Skoczę po glukometr, co? - zaproponował Wojtek, wstając z leżanki.

- Nie chcę... - jęknęła Ania. - Nie lubię kłucia.

- Wiem, że nie lubisz. Ale musisz być dzielna i jeszcze trochę wytrzymać. Przecież za parę miesięcy wszystko wróci do normy. Skoczę, sprawdzimy. Jeszcze ci zmierzę ciśnienie, a potem zrobimy "atfosmerę" i w nagrodę cię pocałuję. Deal? - negocjował Wojtek jak niemal każdego dnia.

Oboje wiedzieli, że Ania w końcu ustąpi, jednak musiała sobie pomarudzić. Kiedy ostatecznie kiwnęła głową, poszedł do sypialni. Po drodze zerknął na dzieci, które wyszperały skądś paczkę słonych orzeszków i natychmiast straciły zainteresowanie warzywami.

Po chwili wrócił na taras, przysunął sobie niski, drewniany taborecik, sprawdził, co trzeba, i zanotował w specjalnym kajecie, a potem przez jakiś czas gorliwie oddawał się gratyfikowaniu odwagi żony.

- Teraz Agatka - zarządził w końcu.

Przesiadł się na podłogę przy leżance, podciągnął cienki materiał kwiecistej, bawełnianej tuniki Ani, przytulił twarz do napiętej skóry jej brzucha i zamilkł na dłuższą chwilę.

Za każdym razem w tę niewątpliwą przyjemność bycia we troje wdzierały się trudne wspomnienia sięgające wydarzeń sprzed niemal siedmiu lat, kiedy Ania przechodziła przez pierwszą ciążę sama, ze świadomością, że jej dziecko ma poważną wadę serca. Wojtek nie miał pojęcia o tym, że Zuzia przyjdzie na świat, i niezaprzeczalnie ponosił odpowiedzialność za ten stan rzeczy. Wciąż nie potrafił pozbyć się żalu do samego siebie i nawracających falami wyrzutów sumienia. Jego żona, niczym perfekcyjnie nastrojone radio, doskonale potrafiła wychwycić jego nastrój.

- Wojtuś... - szepnęła, głaszcząc go po włosach. - Nie myśl o tym. Bądź z nami tu i teraz.

Nikomu więcej nie pozwalał tak do siebie mówić. Nikt inny nie mógłby zdobyć się na taką poufałość. Nie było na świecie osoby, która znałaby go tak dogłębnie jak ona. Nawet Edyta, niewątpliwie bardzo mu bliska, odpadała w przedbiegach.

- Jestem - odpowiedział równie cicho. - I bardzo was kocham, wszyst... Auuu! - krzyknął nagle, bo precyzyjnie wymierzony cios mikroskopijną stopą trafił go prosto w oko.

Odskoczył, trzymając się za obolałe miejsce. Smętna zaduma pękła z hukiem jak przekłuty balon. Ania nie kryła uciechy.

- Myślisz, że zostanie ci limo? Chwacka dziołcha, już stawia ojca do pionu! - skomentowała, dusząc się ze śmiechu. - Zapowiada się jeszcze bardziej wojowniczy charakterek niż w przypadku prototypu. Ciekawe po kim, bo przecież nie po mnie. Ja jestem do rany przyłóż...

- Tiaaa, jasne. Przyłóż, a nigdy się nie zagoi - dokończył Wojtek, zanim ją pocałował.

Płot od strony ulicy i wzdłuż bocznych granic podwórka był szczelny, wysoki i betonowy. Nie dawał żadnych szans na filowanie do środka. Inaczej wyglądała sprawa na tyłach, gdzie działkę dyrektora Rawickiego oddzielała od sąsiedniego ogrodu zwykła, choć wysoka siatka, dość gęsto obsadzona iglakami. Mieszkańcy posesji najwyraźniej wyjechali na majówkę, bo okna ziały czernią i wszystko pozamykano na głucho. Nie mieli monitoringu ani puszczonego luzem psa. Tylko ryby pluskały się niemrawo w sporym oczku wodnym. Nikt nie dostrzegł przemykającej kocimi ruchami ciemnej postaci z zarzuconym na jasne włosy brązowym kapturem sportowej bluzy. Spod podwiniętych rękawów wystawały rozległe tatuaże; w ciemności ciężko byłoby rozróżnić kształty, jednak bez wątpienia pokrywały całe przedramiona, a nawet dłonie.

Mężczyzna rozsiadł się wygodnie na trawie, tuż przy siatce. Pod pośladki, dla ochrony od wilgoci, podłożył cienką torbę-zrywkę z marketu, z której uprzednio wyjął cztery piwa marki V.I.P. Z cichym sykiem otwierał kolejne puszki sikacza, marząc o heinekenie. Przez szerokie prześwity między iglakami obserwował pobliski taras i wszystko, co się na nim działo. Bezsprzecznie pili lepszy browar niż on - już to niezmiernie go wkurzało.

Warował tak przez bite trzy godziny, dopóki nie zabrakło mu piwa. Zdążył się znudzić, parę razy zirytować, wściec, zawilgotnieć na tej cholernej trawie, a przy tym dowiedzieć się mnóstwa rzeczy. Docierały do niego strzępy rozmów, gwar i śmiechy. Kilkakrotnie tuż pod jego nosem przebiegły dzieci. Pies węszył przez dłuższą chwilę i nawet zamyszkował w krzakach. Przed nim nie szło się ukryć. O dziwo, nie przejął się obecnością podglądacza. Może wyczuł coś znajomego w zapachu albo nie chciało mu się podnosić rabanu, bo cóż go obchodził jakiś nieruchomy intruz, skoro tkwił po drugiej stronie siatki? Machnął niemrawo ogonem bez większego przekonania i wrócił do swoich. Przyczajonego faceta wcale to nie zdumiało. Znał się na psach. Lubiły go. Całe życie zwierzęta lgnęły do niego znacznie bardziej niż ludzie.

Zapach grillowanych potraw drażnił zmysły i wzmagał złość. Mężczyzna poczuł głód, a nie zabrał ze sobą niczego poza piwem. Jednocześnie nie chciał jeszcze się oddalać, musiał wykorzystać czas do maksimum, zobaczyć jak najwięcej. Mieli coś, co należało do niego. Sięgnęli po to bez pytania, jakby posiadali do tego prawo, jakby byli od niego lepsi. Furda! Wiedział, że są lepsi. Przecież widział to jak na dłoni. Nigdy taki nie będzie, nawet by nie potrafił. I co z tego? Są tylko parszywymi złodziejami, okradli go z jego własności i zapłacą za to z nawiązką. Tylko jak się zabrać do egzekwowania długu? Tego właśnie nie wiedział.

Mieli dużo, cholernie dużo. W życiu nie posiadał nawet połowy tego, co nadęty dyrektorek i ten drugi bubek. Ale istniało coś, czego obaj mogli mu zazdrościć. Do diabła, powinni mu zazdrościć! Docierało to do niego wyraźnie z każdą mijającą minutą.

Browar z wolna otumaniał jego umysł. Mimo to przez cały czas zdawał sobie sprawę z tego, kim jest, kim oni są i czego od nich oczekuje. Nie wiedział tylko, jak to zdobyć. Jego zwykłe złodziejskie sztuczki i prywatne metody wendety już tu nie wystarczały. Nie o to chodziło, to nie ten kaliber, bo pragnął dostać znacznie więcej, niż zwykł dotąd brać. Niespodziewanie splotły mu się dwie sprawy i nijak nie potrafił ich rozdzielić. Czuł, że nie podoła temu bez kogoś, kto pociągnie za wszystkie sznurki, sensownie nim pokieruje i nada sprawie bieg. Potrzebował wsparcia, przewodnika, może nawet szefa. Mógł nawet za to zapłacić. Dlatego skumał się z Aksonem, chociaż przeczuwał w nim lepszą mendę. Bez szemrania podporządkował się jego zasadom. No, prawie wszystkim. Połączył ich wspólny interes i ta współpraca to był świetny pomysł. Przygotowali, co trzeba, a nawet więcej. Jeśli plan się powiedzie, będą górą. Nie zostawią na tych ludziach suchej nitki. Na razie zbierał dane. Zostało mu kilka dni na zgromadzenie informacji. Potem zdecydują z Aksonem, jak je wykorzystać, w kogo uderzyć najpierw. A on przy okazji, nie pytając już wspólnika o zdanie, spróbuje ugrać coś jeszcze wyłącznie dla siebie.