Ślady na piasku - Ewa Krystyna Hoffman-Jędruch

-
Proszę czekać

Rozdział I  Bytom. Marzec 1946

Dzień szary, tak szary jak tylko może być dzień zimowy w mieście uczernionym węglem i dymem. Kamienica po przeciwnej stronie ulicy, umorusana pyłem węgielnym i osmolona sadzą, nie gorzej wygląda od naszej, ale z okna drugiego piętra naszych ścian nie widzę. Na chodniku leżą płaty brudnego śniegu, środkiem jezdni ciężkie perszerony ciągną wozy z węglem, koła podskakują na kocich łbach, grudki czarnych kryształków rozpryskują się na obie strony.

Nadchodzący mrok, szarość dnia i mury domu naprzeciw pogłębiają beznadziejną nudę, a jedyna żarówka samotnie zawieszona nad stołem nie może jej rozproszyć. Życie stało się nieznośnie monotonne, od kiedy wróciłam z więzienia i znów jestem Ewą Krystyną Hoffmanówną. Ciocia poszła na zakupy i zostawiła mnie u sąsiadki; na tym piętrze są tylko dwa mieszkania, jej i nasze. Bawić się nie ma z kim, bo pani Bąblińska otulona szalem siedzi przy stole pod tą słabą żarówką, kładzie pasjansa i co chwila nad nim drzemie. Jej głowa, o siwych rzadkich włosach spiętych harnadlami, pochyla się lekko nad stołem, gruby włóczkowy popielaty szal osuwa się z ramion, a okulary w drucianej oprawie zjeżdżają na koniec nosa. Wtedy się ocknie, sięgnie po następną kartę z talii i znów zasypia, i powtarza to tak regularnie jak kukułka w naszym starym zegarze, co to wychyla się na kuku-kuku-kuku i zaraz drzwiczki zatrzaskują się z powrotem. A tymczasem ja koczuję na wytartej skórzanej kanapie pod oknem z moją lalką, nogi mam podwinięte pod siebie i czekam, aż szal pani Bąblińskiej wreszcie spadnie na podłogę albo okulary na stół.

W tej smutnej, sennej atmosferze jak odległa wydaje się wiosenna zieleń mojego rodzinnego Lwowa, ogród przy willi, sad ze złotą renetą, tulipany pod oknem, irysy przy ścieżce i bzy wzdłuż parkanu. Zamiast na brudne ściany, z naszego balkonu patrzyłam na falujące czubki drzew i rozległą panoramę dachów pozieleniałych prawie jak drzewa. Tylko że balkonu tam już nie ma, bo zdmuchnęły go dwie bomby sowieckie razem z pelargoniami w drewnianych skrzynkach, wielkim czarnym fortepianem wujka Zbyszka i obrazem prałata w liliowym szaliku znad kanapy w salonie.

O mojej więziennej przygodzie nie wolno mi opowiadać "Pamiętaj, ani słówka, nikomu!". Wuj Zbyszek ostrzega codziennie, do znudzenia. Więc marnuję zapas ciekawych słów, bo nie mam się przed kim popisywać tą "zieloną granicą", co to naprawdę była tylko drewnianym mostem i wcale nic na nim nie było zielonego, tylko brudny śnieg leżał. I tajniakiem w brązowym kapeluszu, co gwizdnięciem i machnięciem ręki ponaglał nas i podobno szedł za nami od samego mostu aż do stacji kolejowej, jak to pan Dydyński później wujkowi tłumaczył. O celi, w której Czesi zamknęli mnie i panią Zofię, też nie wolno wspominać. W domu ciocia obejmuje mnie co chwila i płacze nie wiadomo dlaczego, bo przecież nic strasznego się nie stało. Bardzo mnie to peszy, małym dzieckiem nie jestem, za parę miesięcy kończę osiem lat. Oddałam cioci szaliczek jedwabny, który przed wyjazdem zawiązała mi na szyi; w Cieszynie co noc ściskałam go w garści przed zaśnięciem, ale się do tego nie przyznaję. Pokazuję wujkom różaniec z białych i czerwonych szklanych paciorków od czeskich zakonnic i czuję się bardzo dzielna, co ciocia sama często powtarza, więc musi to być prawda. Na ulicy trzymam ją mocno za rękę i wciąż oglądam się za siebie i to niebywale ją denerwuje.

- Nie oglądaj się ciągle i nie wieszaj się na moim rękawie - mówi. Czy ciocia naprawdę nie wie, że świat jest pełen tajniaków w brązowych kapeluszach, nawet w Bytomiu?

Już trzy tygodnie minęło od powrotu do domu z mojej wielkiej wyprawy "na Zachód", nieudanej, bo zakończonej w celi więziennej w Czeskim Cieszynie. Przez ten czas czekałam wciąż na nową wiadomość od mojej mamy, ale już nikt się u nas nie pojawił, a po takich wrażeniach widok pani Bąblińskiej drzemiącej nad pasjansem już mi nie wystarcza. Czas wlecze się nieznośnie, ciocia nie wraca, nagle słyszę kroki na schodach i pukanie do naszego mieszkania po przeciwnej stronie korytarzyka. Jak sprężyna zeskakuję z kanapy, nim starsza pani zdoła otrząsnąć się z pasjansowego letargu, pędzę do drzwi wejściowych i otwieram je hałaśliwie. W korytarzu plecami odwrócona do mnie stoi kobieta w beżowym płaszczu i włóczkowej brązowej czapce i na dźwięk otwieranych drzwi obraca się.

- Czy to mieszkanie doktora Neuhoffa? - pyta.

- Tak - wyrywam się nie czekając na panią Bąblińską - ale ciocia poszła do miasta, a wujek pojechał do Katowic.

Chwilę patrzy na mnie w milczeniu i lekko przygryza wargę, jakby się nad czymś zastanawiała, ale zaraz zwraca się do pani Bąblińskiej, która tymczasem doczłapała do wejścia:

- Czy mogłabym na nich poczekać? Przyjechałam z Krakowa w ważnej sprawie.

Nasza sąsiadka waha się, bo zaledwie wczoraj cioci mówiła, że w dzisiejszych czasach, pani Haniu, nic nie wiadomo, kto i co. Ale w końcu szerzej otwiera drzwi, kobieta podnosi z podłogi swoją małą torbę podróżną z brązowej skóry, inną od naszych dużych podrapanych waliz, i w trójkę wracamy do pokoju. Ja wdrapuję się z powrotem na kanapę koło mojej lalki, gość siada obok mnie, pani Bąblińska prosi ją, żeby zdjęła płaszcz, ale ona ciaśniej się w niego otula i mówi, że przemarzła. Jedynie ściąga czapkę i wtedy jej krótkie ciemnoblond włosy rozsypują się wokół twarzy. Przez chwilę rozmawia z panią Bąblińską, po czym zwraca się do mnie:

- Jak się twoja lalka nazywa?

- Zosia - mówię - tak jak moja mamusia.

Mruży oczy, jakby patrzyła gdzieś daleko, choć przed nią jest tylko ściana. Jej oczy są zielone, ale mają bardzo zaczerwienione obwódki. Nigdy zielonych oczu nie widziałam. Wujka Zbyszka są niebieskie tak jak moje, a cioci Hani prawie czarne.

- To ty pewnie jesteś Ajka. - Zaskoczyła mnie, ale ja się zaskoczyć nie dam. Więzienne doświadczenie nie idzie na marne.

- Skąd pani wie, jak ja się nazywam? - pytam podejrzliwie i nieco zaczepnie.

Uśmiecha się. - Jestem dawną przyjaciółką twojej mamusi - mówi i więcej mną się nie zajmuje.

Przyglądam się jej z ukosa i myślę, że to pewnie znowu taka "okazja", jak te co moja mama od czasu do czasu przysyła z Londynu, bo tak je nazywa wuj Zbyszek: "okazje". Kiedyś jedna zjawiła się u niego w konserwatorium w czasie zebrania; otworzyły się drzwi do gabinetu i młoda kobieta wetknęła głowę:

- Szukam doktora Neuhoffa.

Wuj Zbyszek podniósł się z krzesła. - To ja.

- Mam dla pana wiadomość od pana siostry z Londynu.

- Zrobiło mi się niedobrze - wujek opowiadał cioci wieczorem w domu. - Co za idiotka.

- Pani się myli, ja nie mam w ogóle siostry, ani w Londynie, ani nigdzie indziej.

Zniknęła i już więcej nie wróciła.

- Potem w gabinecie było jak makiem zasiał - dodał wuj Zbyszek.

Nawet ja wiem, iż nie wolno mówić, że się ma mamę w Londynie.

Inaczej było, jak po Nowym Roku zjawili się u nas pan Dydyński i pani Zofia Mścichowska. Powiedzieli wujkom, że są z wojska, że przyjechali z Anglii, że są znajomymi mamy i że mama koniecznie, ale to koniecznie chce, abyśmy z nimi jechali "na Zachód". A Zachód oznacza Londyn. Wuj Zbyszek tłumaczył, że to bardzo niebezpieczne brać dziecko, że nie może mnie na takie ryzyko narażać. Ale wtedy pan Dydyński powiedział, że w takim razie ja sama powinnam z nimi jechać, o ile wujkowie nie zdecydują się, bo tak chce moja mama.

- Nie wiem, czy Zosia naprawdę tak powiedziała, ale co mogę zrobić? - tego wieczoru wuj Zbyszek mówił do ciotki tak cicho, że ledwie go słyszałam przez niedomknięte drzwi, choć normalnie słyszę wszystko. - Ale jeżeli matka rzeczywiście żąda...

Rozmowy trwały wiele dni, aż wreszcie wujek zgodził się, żebym sama jechała z panem Adamem i panią Zofią. Dostałam nowy szary płaszczyk i białe filcowe boty obszyte czerwoną skórką, grubą czapkę, rękawiczki włóczkowe i szalik. I jeszcze ciotka Hanka zawiązała mi na szyi swój najlepszy jedwabny szaliczek, którego nie wolno mi było brać do zabawy w teatr. Od tej chwili nazywałam się Ewa Dydyńska, pan Adam był moim ojcem, pani Zofia moją ciotką, a moja mama zginęła w czasie Powstania Warszawskiego. Tak wyruszyliśmy w mroźny styczniowy poranek do Cieszyna. Nim pociąg ruszył, wujkowie stali na peronie, ciotka bardzo blada, wuj Zbyszek w kapeluszu nasuniętym nisko na oczy.

- Masz być bardzo dzielna, Ajciu - szepnął, kiedy mnie wsadzał do wagonu.

Siedząc na drewnianej ławce przy oknie przycisnęłam nos do szyby, gardło miałam ściśnięte i tak suche, że z trudem przełykałam ślinę. Lokomotywa ciężko sapnęła, ostry gwizd przeciął powietrze, pociąg szarpnął, na peronie wuj podtrzymywał słaniającą się ciotkę, kaskada złotych iskier w kłębach pary przeleciała przed oknem. Na południe dotarliśmy do Cieszyna, a stamtąd przez most graniczny, na czeską stronę, odwiedzić krewnego w szpitalu, tak to czeskiemu strażnikowi tłumaczył pan Adam. Tyle że nie zbaczając nigdzie, pomaszerowaliśmy wprost na stację kolejową; pan Adam niósł wielką walizę, pani Zofia małą z moimi rzeczami.

W hali dworcowej posadzili mnie na tej dużej walizie, a sami poszli do kasy po bilety, bo mieliśmy jechać dalej do Niemiec. Dość długo nie wracali i już zaczęłam się martwić, że może się zgubili i nie mogą mnie znaleźć. Ludzie przechodzili, jedni uśmiechali się, inni marszczyli czoło, oglądali się parę razy, jakiś starszy człowiek popatrzył na mnie i potrząsnął głową. Poczułam strach. Co będzie, jeżeli nie wrócą? Rozglądałam się na wszystkie strony, aż nagle zobaczyłam ich z daleka, z nimi szedł mężczyzna w rozpiętym trenczu i brązowym kapeluszu zsuniętym na tył głowy. Pan Adam podszedł do mnie, podniósł walizę, coś chciał mi szepnąć, ale tamten przywołał nas gwizdnięciem i niecierpliwym gestem. Poszliśmy za nim. Na komisariat wprowadził nas bocznymi drzwiami przez mały pokoik, gdzie dwóch policjantów grało w warcaby przy stoliku pod oknem; nawet głów nie podnieśli, kiedy przechodziliśmy. Brunatny koc luźno przykrywał wąskie łóżko przy ścianie.

W biurze na piętrze detektyw sprawdził nasze dokumenty, coś notował, potem pojawił się umundurowany policjant i zabrał pana Adama, a mnie i panią Zofię policjantka poprowadziła do podziemia. Wąski korytarz, ściany malowane na szaro, po jednej stronie ślepy mur, po drugiej co parę kroków ciężkie metalowe drzwi z poprzeczną sztabą i małym okienkiem. W połowie korytarza trzy kobiety na kolanach myły podłogę, ale usunęły się, żeby nas przepuścić. Krępa strażniczka wyciągnęła klucz wiszący u paska, otworzyła skrzypiące drzwi celi, potem drzwi zatrzasnęły się za nami z łoskotem, zazgrzytał klucz przekręcony w zamku i stuknęła zasuwana sztaba.

W celi była jakaś kobieta i na wstępie ostro zwróciła się do pani Zofii, mówiąc, że ta cela jest czysta i tak mamy ją utrzymać. Ręką wskazała miotłę w rogu. Wyraźnie nasze wejście jej się nie podobało. Pod ścianami stały dwie prycze, między nimi stolik, pod nim miednica. Kratki w wąskim oknie napełniły mnie dławiącą paniką. Okno wychodziło na ulicę na poziomie chodnika i ledwie widoczny był skrawek nieba. W zapadającym mroku z zewnątrz dochodziły kroki przechodniów i głosy dzieci, zapewne wracających ze szkoły. Pani Zofia bez słowa usiadła na brzegu wolnego posłania, przyciągnęła mnie do siebie i objęła ramieniem. Nasza współtowarzyszka odwróciła się do nas plecami i siedząc na swojej pryczy coś majstrowała przy szarym kitlu. Po dłuższej chwili szepnęłam pani Zofii na ucho, że chcę siusiu. Rozglądnęła się bezradnie po celi i wreszcie zwróciła się do więźniarki:

- Dziecko chce do klozetu.

Tamta spojrzała na mnie z grymasem, wzruszyła ramionami, ale głową wskazała na drzwi. Po dłuższym pukaniu w okienku pojawiła się gniewna twarz strażniczki.

- Czego? - spytała.

- Dziecko chce do klozetu. - Przez chwilę małe świdrujące oczka w okrągłej twarzy przyglądały mi się przez kratkę, jakby ważyły prawdziwość mojej potrzeby, wreszcie ze stukiem żelaznej sztaby drzwi się otworzyły.

- To nie pora - sarknęła, ale pozwoliła nam wyjść i poprowadziła w głąb korytarza. Idąc za nią pani Zofia szybko pochyliła się nade mną:

- Pamiętaj, nic nie mów.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałyśmy z panią Zofią na twardym sienniku obok siebie bokiem, bo było wąsko, przykryte burym kocem. Ja ściskałam w palcach jedwabny szaliczek cioci Hanki i wtedy dopiero zaczęłam płakać, ale na milcząco. Pierwszy raz od wyjazdu z domu poczułam przerażającą samotność.

Mój pobyt w więzieniu trwał trzy dni, po czym przyszedł policjant i zabrał mnie razem z moją walizeczką. Pamiętam zaczerwienione oczy i zaciśnięte usta pani Zofii, kiedy mnie obejmowała. Dotąd poza chodzeniem do klozetu nie opuściłyśmy celi ani razu, teraz wychodząc na ulicę poczułam się oszołomiona przestrzenią, nagłą falą świeżego powietrza, ruchem ulicznym, nawet nagimi konarami drzew, co wydawały się groźnie sięgać nieba. Młody policjant trzymał mnie mocno za rękę, jakby w obawie, że mu się wyrwę i tak odprowadził mnie do klasztoru. Siostry zakonne widać były niespokojne, że może wraz ze mną z więzienia przywędrowały inne niepożądane stworzonka. Na stole kuchennym ustawiły wielką balię z ciepłą wodą i młoda zakonnica zabrała się do szorowa34nia mnie od czubka włosów aż po pięty. Potem dały mi jeść i zaprowadziły do małego pokoiku, gdzie było łóżko. Nigdy już w życiu nie doceniłam tak dotyku śnieżnobiałej nakrochmalonej pościeli jak tej nocy. Następnego dnia dostałam młynki i domki z kartonu do zabawy, choć nie bardzo wiedziałam, co miałam z nimi robić. Z pobytu w klasztorze pozostało mi wspomnienie ciszy i łagodnych twarzy zakonnic. Może czeskie siostry już wiedziały, iż mój polski świat uległ gwałtownym wstrząsom, ale nie przypuszczały, że w krótkim czasie ich własny takim samym wstrząsom ulegnie.

Po jednej dobie znów zjawił się policjant, wręczono mu moją walizeczkę, zakonnice otoczyły mnie, a jedna, pewnie matka przełożona, położyła mi dłoń na głowie, zrobiła znak krzyża na czole i do ręki wsunęła różaniec ze szklanych białych i czerwonych paciorków. Tym razem odstawiono mnie do czeskiej rodziny. Domek skromny, z przodu mały ogródek. Policjant zatrzymał się przy furtce, lecz nim zdążył ją pchnąć, niska, pulchna brunetka wyszła nam naprzeciw. Zamienili parę słów, kobieta wzięła mnie za rękę i odebrała od niego walizeczkę z ubraniem.

Mam mgliste wspomnienie następnych dwóch tygodni. Rodzina, ojciec, matka, syn kilkunastoletni i córka, może o trzy, cztery lata ode mnie starsza. Dzieliłam z nią pokój, gdzie stały dwa łóżka. Kiedy Jindrka była w szkole, ja siedziałam z jej matką w kuchni. Wiedziałam, że czasem przez sen głośno mówię, bo wuj Zbyszek nieraz żartował, że "nawet we śnie buzia ci się nie zamyka", i teraz bałam się, że zdradzę moje prawdziwe nazwisko albo powiem coś o mamie w Londynie. Ta myśl mnie dręczyła i na wszelki wypadek postanowiłam przeciwdziałać. Jednego34 dnia siedząc w kuchni, zaczęłam opowiadać gospodyni o ciotce Hance i o wujku, którzy zginęli w czasie nalotu i plotłam niestworzone historie rodzinne. Trudno zgadnąć jak dalece byłam wiarygodna, pewnie nie bardzo, ale ta dobra kobieta obierając kartofle z cierpliwością wysłuchiwała mojej paplaniny i nie starała się dociekać prawdy, bo chyba niewiele ją ona obchodziła.

W dnie kiedy Jindrka nie była w szkole, zajmowała się mną z oddaniem starszej siostry. Dom stał przy stromej, wąskiej i błotnistej uliczce, jezdnię pokrywała warstwa śniegu na tyle gruba, że można było jechać na sankach, toteż zjeżdżałyśmy z piskiem aż do podnóża, tam gdzie kończyła się wśród zabudowań i parkanów. Kiedy indziej Jindrka zabierała mnie z wizytą do krewnych. Dom jej ciotki był odgrodzony od drogi rowem, po drewnianej kładce wchodziło się wprost do pustej sieni, gdzie podłoga wyszorowana była prawie do białości, ale panował w niej silny mdły zapach, od którego niezmiennie zaczynało mnie nudzić. Wybiegałam wtedy na pomost, pochylona nad rowem ustami łapałam powietrze i płaczliwie tłumaczyłam Jindrce, że mnie zawsze nudzi, jak jadę tramwajem, bo wstyd mi się było przyznać, że to od tego zapachu. Na szczęście nikt nie powiedział, że przecież nie jestem w tramwaju, tylko u cioci, która trzyma pod domem świnie i że stamtąd dochodzi zapach chlewu. Noce były najgorsze. Wtedy napawał mnie nieokreślony strach i tak jak w celi płakałam bezgłośnie w szaliczek ciotki Hanki. Przez czternaście dni tkwiłam w stanie oczekiwania, choć dokładnie nie wiedziałam na co, ale chyba z intuicją dziecka rozumiałam, że mój pobyt w tej rodzinie nie może trwać w nieskończoność.

Po dwóch tygodniach znów przyszedł policjant i zabrał mnie na komisariat. W biurze na piętrze za biurkiem siedział rosły mężczyzna w cywilnym ubraniu, pani Zofia naprzeciw niego na krześle, obok niej pan Adam. Duża waliza stała pod ścianą. Jak tylko pojawiłam się w drzwiach, komisarz wstał, uprzejmie podał rękę pani Zofii i panu Adamowi i wśród wzajemnych uśmiechów opuściliśmy komisariat w towarzystwie funkcjonariusza w cywilu. Nie mogłam pojąć, jak dorośli mogą się do siebie uśmiechać, kiedy przecież zamknięto nas w kryminale, a więc wyrządzono nam krzywdę. Nie wiedziałam wtedy, że naszą względną woln34ość okupiły sztaby złota w walizie pana Adama. Względną, bo droga mimo złota nie wiodła na Zachód, lecz z powrotem do cieszyńskiego mostu granicznego. Wiele lat później zrozumiałam, dlaczego Czesi pozwolili nam wolno wrócić do Polski, zamiast oddać nas w ręce bezpieki, jak to pewnie najczęściej się zdarzało - otóż wtedy musieliby zwrócić to, co przy nas znaleźli, a ze złotem nie chcieli się rozstawać. Dlaczego jednak ich szczodrość nie posunęła się do tego, żeby pozwolić nam jechać dalej, do Niemiec? Masaryk[2] jeszcze żył, Gottwald[3]jeszcze nie panował nad krajem, przynajmniej nie oficjalnie. Widocznie działały tu racje wyższe.

Tę noc spędziliśmy w hotelu w polskim Cieszynie i następnego dnia dotarliśmy do Bytomia na ulicę Fałata. Szok i ulga wujków na nasz widok były aż nadto wyraźne, jak i to, że obawy wujka Zbyszka co do wyjazdu się sprawdziły. Pani Zofia i pan Adam zostali u nas krótko. Umyli się, zjedli obiad naprędce przygotowany przez ciotkę i jak tylko zapadł zmrok, zniknęli razem ze swoją wielką, pustą walizą i więcej już się nie pokazali.

Po tym przeżyciu ja zaczęłam się pławić w oparach bohaterstwa w oczach wujków, a przy tym życie codzienne wydało mi się nieznośnie nudne i bezbarwne. Więc teraz siedzimy w mieszkaniu pani Bąblińskiej, ja i ta obca pani, i czekamy na powrót cioci z zakupów. Wreszcie słyszę jej kroki na schodach i zgrzyt klucza w drzwiach do naszego mieszkania.

- Ciocia wróciła - wołam, chwytam lalkę, pędzę na korytarz, ale ciotka drzwi już zamknęła, bo poszła wyłożyć sprawunki i przebrać się, jak to zawsze czyni po powrocie do domu. Walę pięścią w drzwi.

- Idę, już, idę - woła.

Za mną stoi gość, za nią ciekawa pani Bąblińska. Słyszę kroki ciotki w korytarzyku, drzwi się otwierają, jak bomba wpadam do mieszkania, ciotka cofa się gwałtownie, szybko w przelocie rzucam, że jakaś pani przyjechała z Krakowa i biegnę do sypialni, do mojej książki. Za mną drzwi wejściowe zamykają się gwałtownie z trzaskiem. Wyciągnięta na łóżku zabieram się do czytania. W mieszkaniu panuje cisza, ale nie zwracam uwagi na to, co się dzieje w drugim pokoju. Po chwili ciotka wchodzi do sypialni.

- Ajciu, czy wiesz, kto to jest ta pani?

Niechętnie odrywam oczy od książki.

- Wiem - odpowiadam burkliwie, niezadowolona, że mi przerywa czytanie - to jakaś przyjaciółka mojej mamusi. Ciotka kręci głową.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[2] Jan Masaryk (1886-1948), czeski minister spraw zagranicznych (1940-1948) - przyp. red.

[3] Klement Gottwald (1896-1953), premier od 1946, prezydent od VI 1948 roku - przyp. red

Przedmowa

Świat moich rodziców rozpadł się na dwoje 1 września 1939 roku. Lecące na Warszawę bomby niemieckie rozszarpywały na strzępy strukturę całego kraju, a w dwa tygodnie później gąsienice czołgów sowieckich ryjące ulice Lwowa rozrywały osnowę tego miasta kresowego, położonego jak Rzym na siedmiu wzgórzach, usilnie zacierając wszelkie ślady jego historii i jedynej w swoim rodzaju kultury. A była to kultura niezwykle bogata, bo składała się na nią ogromna różnorodność etniczna kształtująca się tam przez wiele pokoleń. Lwów leżący od wieków na obrzeżach Polski, był istnym kalejdoskopem, gdyż poza ludnością polską i ruską zamieszkującą te tereny, zgromadził wśród swoich mieszkańców sporo innych grup narodowościowych: niemiecką, żydowską, ormiańską, tatarską, a po rozbiorach, kiedy w dziewiętnastym wieku został stolicą habsburskiej Galicji - i austriacką.

Tę różnorodność zawdzięczał też Lwów swojemu położeniu geopolitycznemu: tak więc będąc miastem granicznym, wystawiony był na częste najazdy Tatarów, a ci brani w niewolę pozostawali w mieście i z czasem tworzyli następne generacje lwowian. Osadzony na jedynym szlaku handlowym prowadzącym ze wschodu do Gdańska nad Bałtykiem, Lwów stał się miastem bardzo zamożnym, bo przez nie szły karawany kupieckie wiozące jedwabie z Chin, cenne kamienie z Indii, imbir, muszkat, korzenie, kadzidła, dywany z Arabii, a podążając w odwrotnym kierunku do Morza Czarnego, kupcy wieźli zapasy soli, srebra, płócien, narzędzi i zbroi. Bogate kupiectwo ormiańskie zapuszczało we Lwowie korzenie, a od wieków przybywali do Lwowa rzemieślnicy niemieccy przyciągani tolerancją religijną, dobrobytem i przywilejami miejskimi, takimi jak prawo magdeburskie nadane miastu przez Kazimierza Wielkiego w 1356 roku. Wędrowali tu i osiadali na stałe. Z biegiem stuleci grupy te mieszały się, zawierając małżeństwa i tworząc rodziny.

Po rozbiorach Polski pod koniec osiemnastego wieku tereny Małopolski, obejmujące województwa lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie, znalazły się pod zaborem Austrii i weszły w skład Galicji, której stolicą został Lwów. Z trzech zaborów, na jakie Polska została podzielona, zabór austriacki, w porównaniu z rosyjskim i pruskim, okazał się najmniej uciążliwy, a władze tolerancyjne w stosunku do języka polskiego i polskich sentymentów patriotycznych, szanujące równość wobec prawa wszystkich obywateli cesarstwa austro-węgierskiego. Połączenie tej względnej tolerancji, wpływów Wiednia i polskiej tradycji wytworzyło na tych ziemiach specyficzną warstwę "haute bourgeoisie", do której należała moja rodzina. Ogromną rolę odegrały tu zmiany gospodarcze, rozwój technologii i powstanie przemysłu. Pierwsza wojna światowa nie tyle rozpoczęła dwudzieste stulecie, ile zamknęła wiek dziewiętnasty, kładąc kres istniejącym układom geopolitycznym i społecznym, a "haute bourgeoisie" przekształciła się w klasę inteligencji pracującej.

Historia Lwowa nadała szczególny charakter jego mieszkańcom i promieniowała na inne miasta kresowe, Tarnopol, Stanisławów i jeszcze dalej. Kiedy przywołuję historie poszczególnych członków mojej rodziny, nie mogę pominąć środowiska, które ich ukształtowało, ponieważ byli organiczną jego częścią. Szczególnie chcąc pisać o losach mojej matki, ażeby naszkicować jej sylwetkę, musiałam sięgnąć znacznie dalej w przeszłość, niż początkowo zamierzałam. Za konieczne uznałam odtworzenie tego niepowtarzalnie bogatego w różnorodność świata, do którego ona należała, a o którym Adam Zagajewski w wierszu Jechać do Lwowa pisze, że było go aż za dużo:

... Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał

zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć

szeptu każdego kamienia, spalonego przez

słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie

inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili

rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,

rosły bez pamięci, a radość kryła się

wszędzie, w korytarzach i młynkach do

kawy, które obracały się same, w niebieskich

imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym

formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach

róż. Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje.

Książka ta jest pamiętnikiem zbiorowym. Składają się na nią wspomnienia mojej matki, jej brata, mojego wuja Zbigniewa Neuhoffa, siostry mojego ojca, ciotki Ludwiki Düringowej i moje własne przeżycia wojenne widziane oczami dziecka. Oddając ją do rąk czytelnika, chciałabym utrwalić obraz barwnego społeczeństwa lwowskiego i jego zaginionej, a bardzo unikatowej kultury, której korzenie tkwiły głęboko w miłości do rodzinnego miasta.