Ślady na piasku - Aldona Górna

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

po co ci to?

*

Po dwóch tygodniach przedmałżeńskiej sielanki mój narzeczony oznajmia znudzonym tonem, że pora na chwilkę od siebie odetchnąć.

- Wyjdę na dwie godziny skarbie, będę niedaleko. Wczoraj się dowiedziałem, że mój najlepszy przyjaciel, który mieszka w Hurgadzie, zawitał do Port Said. Pracowaliśmy kiedyś razem, jako animatorzy hotelowi. Jest dla mnie, jak brat. Posiedzę z nim dzisiaj sam, powspominamy stare czasy, a ty może wyjdź z Haną do koleżanki, mówiła mi, że się umówiła na plotkowanie i jeśli masz ochotę, to możesz dołączyć - obejmuje mnie czule, a ja w sekundę zapominam o niesmaku, jaki wywołał pierwszy komentarz o potrzebie oddechu od siebie.

- Wiesz co? Chętnie wybiorę się z twoją siostrą do koleżanki, ale nie dziś. Będzie jeszcze masa okazji. Tym razem przygotuję sobie chłodną kąpiel z olejkami i pobawię się chwilę w Kleopatrę - całuję go prosto w usta.

Dwie godziny później, kiedy już drzwi mieszkania zatrzaskują się najpierw za H., a później za Haną i wszystkimi jej dziećmi, kieruję swoje kroki do odtwarzacza CD i zapodaję sobie bachatę na pełny regulator. Odkręcam kurek chłodnej wody, wlewam do wanny pół litra olejku kokosowego i zapalam świecę. Wracając po piżamę, zatrzymuję się na chwilę przy działającym wentylatorze, a mój buzujący energią mózg zachęca mnie do tańca wszechczasów. Szczerzę zęby do samej siebie, obserwując swoje niezdarne, ale seksowne ruchy w szybie sypialnianego kredensu. Wyrzucam z siebie całą radość życia i padam zmęczona na łóżko. Zwlekam się jednak z niego, rozbieram i krokiem egipskiej księżniczki zmierzam wprost w stronę łazienki. Udaje mi się zamoczyć jedną stopę w wannie i wtedy do moich uszu dobiegają dźwięki głośnego pukania do drzwi. Wtóruje im dzwonek, przytłumiony dźwiękami niepowtarzalnej piosenki Santosa. Pewnie H. czegoś zapomniał... Dość niedbale, zarzucam na siebie cienki szlafroczek i nie trudzę się nawet na mocne zawiązywanie go w pasie.

- Przepraszam, że przeszkadzam i przychodzę z niezapowiedzianą wizytą... młoda damo i przyszła synowo - figlarny uśmiech, który stoi w progu omal mnie nie zabija. Pomimo podeszłego, w moich dwudziestokilkuletnich oczach, wieku jest diabelsko przystojny, a jego angielski nie pozostawia nic do życzenia.

- Boże... to ja przepraszam - postanawiam rozdziawiony w szoku dziób, najpierw zamknąć, a potem jakoś produktywnie wykorzystać. Zaciskam pasek szlafroka i gestem ręki zapraszam przyszłego teścia do salonu.

Po dziesięciu minutach, niewykąpana w chłodnej wodzie, ale za to nienagannie ubrana siedzę na sofie naprzeciwko mojego gościa, zaśmiewając się do łez z jego opowieści. W międzyczasie otrzymuję naszyjnik z egipskich bursztynów i dowiaduję się, że ojciec H. od dawna cieszy się wojskową emeryturą, podczas której przede wszystkim zwiedza Egipt i okolice oraz stara się dokładać swoją cegiełkę do wychowywania i rozpieszczania wnuków. Widział dużo i umie o tym opowiadać, nie odstępuje mnie jednak myśl, że nie pojawił się tutaj, aby chwalić się swoją zawodową przeszłością.

- Muszę o coś zapytać - patrzy mi głęboko w oczy, a jego twarz przybiera poważny albo zatroskany wyraz.

- Chodzi o mojego syna. Właśnie... gdzie on jest? - rozgląda się wokół tak, jakby dopiero teraz, po dwugodzinnej rozmowie dostrzegł nieobecność H.

- Wyszedł. Chciał spotkać się z przyjacielem, który przyjechał na wakacje z Hurghady - nie wiem dlaczego, ale dopiero teraz czuję się z tym faktem trochę nieswojo.

- Brawo! - gdyby była okazja poderwać się na równe nogi, to jestem pewna, że mój przyszły teść właśnie to by teraz zrobił. Zachowuje jednak udawany spokój.

- Zostawił cię bez opieki w domu swojej siostry.

- To nie tak, ja... nie chciałam pójść i naprawdę mi dobrze w swoim towarzystwie - wymyślam naprędce tę prawie przekonującą wymówkę, myśląc jednocześnie o mojej niedokończonej kąpieli przy świecach.

- To nieistotne dziecko. Takich rzeczy się po prostu nie robi. Jesteś w Egipcie po raz pierwszy w życiu, nie znasz tu nikogo, poza nami. Mój syn nie jest taki zły... Cóż, chyba rodzice zawsze tak mówią o swoich dzieciach. Myślę jednak, że powinnaś się zastanowić nad tym, jaki masz pomysł na wasze małżeństwo, a później rodzinę. Nie miałbym wątpliwości, gdyby moje dziecko kiedykolwiek nauczyło się ogólnie przyjętych zasad. On jest inny. Bardzo niezależny, butny, czasem nieokrzesany. Nie jestem pewnie, czy da radę funkcjonować w związku małżeńskim bez szwanku dla swojej wymyślonej wolności. Wspólne życie to wielka odpowiedzialność, a ty jesteś jeszcze bardzo młoda i...

Prawie wybucham płaczem. Czy to możliwe, że mój przyszły teść, zamiast reklamować walory swojego syna, daje mi w dyplomatyczny sposób do zrozumienia, że cały ten pomysł ze ślubem to jakaś jedna, wielka porażka?

- Przepraszam cię dziecko, nie chciałem cię zasmucić. Nie po to tutaj przyszedłem - niezdarnie głaszcze mnie po włosach.

- To wasze decyzje, twoja intuicja. Przede wszystkim nią powinnaś się kierować, aby to się udało. Słuchanie głosu serca nie zawsze się sprawdza. Jeśli więc jesteś pewna tak poważnego kroku, kieruj się intuicją, a wszystko się poukłada.

Po tym komentarzu czuję się, jakby trzytonowy kamień spadł mi z serca.

- Dziękuję panu, tak właśnie zrobię - tylko tyle przychodzi mi do głowy.

- Przemyśl to po prostu. O nic więcej nie proszę. Ponadto wyglądasz na zmęczoną. Dokończ swoją kąpiel i połóż się spać. Chyba że wcześniej wolisz potańczyć - puszcza mi oko.

- Ja tu sobie posiedzę aż do powrotu syna. Muszę z nim porozmawiać - wzdycha i gestem dłoni wskazuje mi drzwi łazienki, a ja potulnie zmierzam w jej stronę, myśląc o tym, że na świece i długi relaks z olejkiem jest już trochę za późno i zadowoli mnie szybki, acz chłodny prysznic.

- Obudź się kochanie, dziś nasz wielki dzień - H. delikatnie całuje mnie w czubek nosa, a ja uśmiecham się przez sen.

Przez cały ostatni tydzień nie odstępuje mnie na krok. Przygotowuje posiłki, zabiera na długie spacery po plaży, podczas których nieustająco szepcze mi do ucha czułe słowa, sprząta, pomaga w wyborze tematu pracy magisterskiej i oferuje pomoc w tłumaczeniu tekstów do niej. Dumnie prezentuje mnie swojemu najlepszemu przyjacielowi i już nigdy więcej nie spotyka się z nim sam na sam. Moje serce wypełnia teraz całą klatkę piersiową, emanuję i otulam się szczęściem, które zostaje przypieczętowane podpisem pod oficjalnym kontraktem przedmałżeńskim, dostarczonym nam przez przyszłego teścia. Do jego zapisków nie przywiązuję zbyt dużej wagi, ale ojciec H., nie zwracając uwagi na moje prawie nastoletnie roztrzepanie, ze stoickim spokojem tłumaczy zdanie po zdaniu. Będę miała zatem prawo do natychmiastowego rozwodu, jeśli mojemu mężowi wpadnie do głowy pomysł poślubienia innej kobiety (sic!), znalezienia sobie kochanki (sic!) lub narzucenia mi zasad swojej kultury. Od siebie dodaję tylko, że chcę ochrzcić nasze wspólne dzieci, co i tak nie ma najmniejszego znaczenia, bo dzieci muzułmanina dziedziczą religię po ojcu w sposób automatyczny. Na te i inne bolące mnie pierdoły nie zwracam jednak najmniejszej uwagi. Wspólnie zaśmiewamy się z faktu, że mój przyszły mąż nie jest w stanie obdarować mnie dziesięcioma sztabami czystego złota, wybieramy dwóch świadków płci męskiej i ustalamy datę ślubu, a raczej rejestracji w kairskim Urzędzie Stanu Cywilnego.

Pierwszego maja dwa tysiące czwartego roku, dokładnie w wielkim dniu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, H. budzi mnie czułym całusem w koniuszek nosa, przypominając tym samym, że to już dziś stanę się panią Ahmed Mahmoud. Nie zważając na koszmarny upał zrywam się żwawo z łóżka i wpadam prosto w jego ramiona.

- Nie, aż do ślubu - odpycham go delikatnie i dwoma sprawnymi ruchami zakładam uszytą, specjalnie na ten dzień, łososiową sukienkę z koronki.

- Trochę to za bardzo prześwituje - narzeczony przygląda mi się najpierw jak oczarowany, a następnie kiwając głową z lekkim politowaniem wskazuje na moje czerwone majtki.

- Zaraz je zmienię, zapomniałam - wyraz przerażenia nie schodzi z jego twarzy, gdy wyciągam z szuflady dolną część bielizny w kolorze łososiowym.

- Miałem raczej na myśli spódnicę - nie odpuszcza.

- To sukienka, idioto! - śmieję się bardziej do siebie niż do niego, zastanawiając się jednocześnie, czy dane mi będzie kiedyś spotkać faceta, który umie odróżnić od siebie te dwie części garderoby.

- No! Ubieraj się, bo się spóźnimy na własny ślub - ponaglam do ruchem ręki.