Ślady moich nieznajomych - Maja Jakubowska

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Senność deszczu

Pip... pip...

Wziął głęboki wdech. Zdawało mu się, że trwał w nim całe swoje życie, aż w końcu zdecydował się zwrócić mu wolność. Otworzył powoli oczy, jak gdyby starał się jak najdłużej uciekać od obrazu świata, w którym żył. Świata, który stale go zawodził, rzucał mu przeszkody pod nogi. Ale czy na pewno? Może jednak to on przeszkadzał światu? Po latach krążenia w labiryncie podobnych myśli mógł uznać, że takie spojrzenie na sprawy już go nie martwi - napawa go śmiechem. Kiedyś usłyszał, że pozytywne nastawienie jest dobrym sposobem radzenia sobie z przeciwnościami losu, nie był pewien, czy w to wierzy, ale postanowił tymczasowo obrać to za swoją tarczę. Lepsze to, niż nic, prawda? Z czasem stawał się w tym coraz lepszy, jednak bliskie mu osoby nie zawsze były w stanie podzielać jego specyficznego poczucia humoru - zamiast rozbawienia, wyraźniej zauważał w ich oczach zmartwienie. Czy go to raziło? Nie, ludzie się martwią. Nie potrafił jednak przyswoić do wiadomości faktu, że mogliby się martwić o niego. W przeszłości podejmował wiele prób zrozumienia tego, nadania sobie we własnych oczach statusu osoby przynajmniej minimalnie istotnej, jednak zawsze kończyło się na utracie połączenia z wewnętrznym sobą, rozdrażnieniu i porzuceniu próby na rzecz słodkiej utraty wiary w siebie oraz dobrze znanej, monotonnej egzystencji. Podążanie wyznaczonymi szlakami, odznaczając kolejne zadania na wytartej już ścieżce codzienności, było jego domeną. Odnajdywał się w tym znacznie lepiej, czuł się bezpieczniej i chętnie do tego wracał. Od czasu do czasu zdarzały się uchylenia, zmiany, jednak zawsze wplatał je ciasno w grafik, tak, by nie zostawić sobie ani minuty czasu wolnego, mogącej być wykorzystaną przez jednego z demonów, jakie w sobie nosił - demonów, które mogły wpełznąć na ciche stepy umysłu, w których hulał tylko wiatr, i skutecznie zmącić spokój skrywający się w leniwie kołyszących się trawach. A zasianego w ten sposób terroru niełatwo można się było pozbyć.

Rozchylenie powiek nie przyniosło jednak znanego rozczarowania akceptacją stanu rzeczy, do którego się przyzwyczaił. Przez chwilę mrugał oczami w niezrozumieniu, jak gdyby był szczęśliwcem, który właśnie odzyskał wzrok. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że widzi. Nie tylko patrzy, ale naprawdę widzi. Kończyła się zima, podczas której słońce rzadko objawiało swoją obecność, teraz jednak zdawało się z ogromną siłą i uporem przeganiać nagromadzające się chmury i wyciągać swoje promienie na tyle mocno, by z ich pomocą malować wyraźne cienie na okolicznych budynkach oraz podłożu. Ich ciemny kontrast na tle oświetlonych, lekko zażółconych obiektów, zdawał się być widowiskiem niemal teatralnym, wypełniającym go nienaturalnym zachwytem i wdzięcznością za możliwość bycia świadkiem tej sztuki, będącej dziełem natury.

Mężczyzna rozejrzał się wokół, chłonąc obraz, który zdawał się nie mieć końca w swoich szczegółach, kolorach, ruchach czy pięknie statyczności. Stał na chodniku przed swoim domem i uważnie przyglądał się okolicy, którą widywał przez całe swoje niekrótkie życie. Czy na tej posesji zawsze znajdowało się to idealnie wycięte w trawie koło? Kiedy to drzewo tak urosło? Czy ten dom zawsze tu stał? Kolejne pytania podróżowały przez jego głowę w miarę, jak przemieszczał się do celu swej podróży, który sam w sobie zdążył stracić znaczenie. Liczyło się tylko tu i teraz. To, co czuł, to, co widział i to, co słyszał. Szedł powoli, starając się nie uronić ani kropli z tej przesyconej szczegółami misy. Łatwo mógł zrozumieć, dlaczego tak wiele pomijał. Zawsze szedł pospiesznie, dążąc do celu. Cholera, dokładnie tak, jak to robił w życiu. Nie rozglądać się, nie wychylać się, po prostu iść do celu. Jak wiele stracił, żyjąc w tej sposób? Jak wiele ludzi nadal w tym tkwi? Czy od teraz będzie w stanie bardziej rozumnie odbierać świat i wszystko, co się dzieje wokół niego, czy też jest to chwilowy wyskok umysłu, mający dać mu do zrozumienia i zabijać go w przyszłości myślą o tym, co traci? Jedyne, co wiedział, to to, że zrobi wiele, by ten stan nie minął. Sądził, że tak właśnie mógłby wyglądać wstęp do spełniania jednego z jego marzeń - mężczyzna miał ich trzy, z czego dwa nie kończyły się dla niego dobrze. Czyżby w końcu, po latach wyrzucania w powietrze milczących błagań do nieistniejącego adresata, nastał moment, w którym rozbudził w sobie chęć do życia? Był gotów przyjąć ją i ugościć z wszystkimi honorami. Wiedział, od zawsze czuł, że gdzieś wewnątrz tli się iskra życia, gotowa, by się nią zająć, rozniecić i ubrać w rozłożystą, świetlistą suknię z ognia. Ognia, będącego czystym pragnieniem życia, szczęściem i łaską.

Ze zdziwieniem zauważył, jak jego strumień myśli zostaje bezpowrotnie zmącony przez charakterystyczne koła pojawiające się miarowo na powierzchni kałuży u jego stóp. Po chwili był w stanie skupić się na tyle, by wychwycić niemal bezgłośny plusk kropli uderzającej w taflę wody. Potrząsnął głową zaskoczony i rozejrzał się wokół, po to, by zdać sobie sprawę ze zmian, jakie zaszły wokół niego, podczas gdy beztrosko zanurzał się głębiej i głębiej w swoją świadomość. Słońce sprzed chwili, żywo rozjaśniające jego wnętrze, zaczynało zanikać za chmurami, które jeszcze moment temu musiały być niegroźnymi obłoczkami, sunącymi po niebie. Skrzywił się, nie chcąc, by pierwszy od dawna dzień, w którym czuł coś więcej niż szarość i wszechobecną ciszę, został stracony choćby przez deszcz. Deszcz, to tylko deszcz, pomyślał. Część ekosystemu, w którym żyjemy, który nas utrzymuje, obdarowuje i karze swoimi skarbami. Nauczyliśmy się kochać piękną, słoneczną pogodę za napełnianie nas pozytywnymi emocjami i rozświetlenie wnętrza naszej skorupy swym promieniem, który czasem jest jedynym ciepłem, potrafiącym tam zawitać - dlaczego więc nie jesteśmy w stanie otworzyć się na deszcz, zaakceptować go i pokochać w pełni doznań, które nam oferuje? Na tym polu wyjawia się prawda powielana między innymi przez rodowitych mieszkańców Ameryki Północnej - rośliny są mądrzejsze od nas. Nie bez powodu w indiańskiej kulturze ludzie nazywani są młodszymi braćmi - pojawiliśmy się na Ziemi najpóźniej, inne gatunki mogą jawić się nam jako nauczyciele, doskonale obeznani w sztuce przetrwania i wdzięczności za swoją egzystencję.

Decydując się wyrwać z tych rozmyślań, wstał powolnie, odczuwając wszystkie sensacje, które nagromadziły się w jego ciele, podczas gdy kucał przy kałuży, starając się dostrzec w niej coś więcej. Dał nogom chwilę na przyzwyczajenie się, poruszając nimi lekko, po czym spojrzał wokół siebie, ze zdumieniem zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia, jak tu dotarł, ile czasu trwał przy kałuży, kucając, oraz że nie ma wokół niego nikogo innego. To ostatnie nie byłoby zaskoczeniem, w końcu nie jest to zbyt popularne miejsce, by roiło się w okolicy od ludzi. Niemniej wiedział, że kilka metrów dalej znajduje się sklep, a wokół niego niemal zawsze krążyło co najmniej kilka osób. Otrząsnął się z tych rozmyślań, zdając sobie sprawę, że jest mu to właściwie obojętne, bo jeśli miałby przemierzać wzrokiem przez skupiska ludzi, to tylko po to, by znaleźć w niej jedną, konkretną twarz. Przez chwilę nawet wydawało mu się, że ją dostrzegł. Odległą, rozmytą, znikającą, jak tylko starał się przykuć do niej wzrok na dłużej. Sądził, że zna jej obraz na pamięć, jednak za każdym razem przyglądał jej się równie zapalczywie, jakby starał się odkryć coś nowego i wyryć ją w swojej pamięci jeszcze wyraźniej. Wiedział, że zamknięcie jej pod swoimi powiekami to jedyny sposób na spędzanie czasu w ilości, jakiej by chciał i na sposób, jaki by sobie życzył. Poświęcił wiele czasu na staraniach pozbycia się tej kobiety ze swego umysłu, jednak równie uparcie jak szła przez życie, tak samo wracała do niego w myślach, raniąc go iskrami strzelającymi z jej lśniących, wesołych oczu. Rzadko śmiała się w jego towarzystwie, jednak gdy to robiła, świat się zatrzymywał, a on był w stanie zrobić dokładne nagranie każdej sekundy trwania jej radości. Wiele czytał o tym, że ludzka pamięć jest bardzo zawodnym narzędziem, a wspomnienia zniekształcają się na przestrzeni czasu, nawet te silnie zakorzenione w emocjach. Jednak był w stanie przysiąc, że te zdawały się nigdy nie tracić swojego blasku. Westchnął ciężko, usilnie pozbywając się tego obrazu sprzed oczu.

Pip... pip...

W ciemności, która go otoczyła, był w stanie usłyszeć wzmagający się deszcz, który zdawał się nie chcieć w szybkim tempie przybierać na sile. Z kilku leniwie padających kropel przerodził się w kilkadziesiąt, kapiących od czasu do czasu, przerażająco regularnie. Zaraz za ich dźwiękiem usłyszał inny. Nie rozpoznał go z początku. Jawił się jak szmer, biały szum z telewizora, aż w końcu był w stanie formować się w bełkot, a następnie w słowa. Nie mógł znaleźć dokładnego miejsca, z którego się dobywa, ani ludzi, którzy byliby ich autorami. Sądził na podstawie słuchu, że były to dwie osoby, jedna z nich zdawała się brzmieć smutno, druga spokojnie, od czasu do czasu chyba starając się dodać otuchy rozmówcy.

- Nic nie jest jeszcze przesądzone. Proszę być dobrej myśli.

Usłyszał te słowa wyraźnie, czując zaraz wszechogarniający go smutek. Nigdy nie mógł pochwalić się zbyt rozwiniętą empatią, jednak w tamtym momencie czuł dokładnie to, co rozmówca. Jakby on sam był adresatem usłyszanych słów. Próbował zgadnąć z jakiego powodu cierpi tamta osoba, która, jak zdał sobie sprawę, prawdopodobnie była kobietą. Śmiertelna choroba? Strata dużej ilości gotówki? Ciężka sytuacja kogoś bliskiego? A może śmierć ukochanego zwierzęcia? Ludzie bywają zaskakująco mocno przywiązani do swoich pupili, tego był pewien. Sam w dzieciństwie miał psa, więc dobrze wiedział, jak smakuje taka strata.

Z jakiegoś powodu przywołał w pamięci obraz własnej matki. Nigdy nie był zbyt wylewny w uczuciach wobec niej, czego żałował nieraz, zdając sobie sprawę, że jak nikt inny zasługiwała na dobro tego marnego świata. Wspomnianego dobra natomiast często nie była w stanie uświadczyć, zamykając z dnia na dzień kolejne rozdziały swojego życia cichym płaczem bezsilności. Wyrzucał sobie niedojrzałość w działaniu, nie potrafiąc znaleźć sposobu na pomoc dla niej, dobre słowo czy zwyczajne okazanie wsparcia. W jego umyśle istniała niewidzialna bariera, która pomimo najlepszych chęci nie pozwalała na to, by zostać skruszoną i pozwolić wydostać się na zewnątrz kiełkującym gdzieś głęboko intencjom. Zdawało się, że im bardziej mu na kimś zależy i im większy problem waży się na szali - tym trudniej znajduje się właściwe słowa i gesty. Sądził, że nie jest osamotniony w tej przypadłości. Bolało go jednak, że najbliższa mu osoba zdaje się być wyalienowana w codziennych zmaganiach. Oczywiście, nie była samotna, pomoc nadciągała z różnych stron, jednak, jak często w życiu bywa - największa walka, ta ze sobą, zawsze rozgrywa się w odosobnieniu. Mógł się o tym przekonać na własnej skórze. Miał tylko nadzieję, że oboje wyjdą z tej walki pokiereszowani, lecz z tarczą.

Jeszcze przez chwilę słyszał cichy płacz i zastanawiał się, czy nie powinien poszukać jego właścicielki, postarać się jakoś pomóc. Szybko jednak zrezygnował, zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia, co mógłby zrobić lub powiedzieć. Ponadto wierzył, że niektóre chwile warto czasem przeżyć samemu, by potem móc dzielić je z innymi we własnym tempie, gdy będzie się gotowym. Zauważył też, że słyszany płacz zniknął zaraz w padającym, tym razem już w pełni, deszczu. Nie czuł też obecności nikogo wokół siebie, co jeszcze przed chwilą był w stanie zrobić pod wpływem toczącego się gdzieś obok dialogu. Poczuł się... samotny, opuszczony. Nieraz zdarzało mu się już czuć w ten sposób, jednak nigdy jeszcze tak dogłębnie. Pustka, która wytworzyła się wewnątrz, wypierając na dobre wspomnienie o zbawiennych promieniach słońca, zdawała się wręcz wylewać na zewnątrz, idealnie wpisując się w pogodę. Był niemal pewien, że deszcz pada również w jego ciele, duchu, świadomości lub czymkolwiek innym, co ludzie określają swoim Środkiem.

Przymknął oczy i pozwolił dudnieniu kropel wypełnić całą przestrzeń, wsłuchując się i dostrajając do doznań z tym związanych. Znaleźć pozytywy również w deszczu, by nie pozwolić znów upaść na sam dół i dać się pokonać demonom. Było to zadanie, jak zawsze, trudne. Zauważył, że jego umysł dzieli się na dwa obozy: jeden, który podziwiał deszcz jako dobrobyt dla świata, chwilę oddechu dla zmęczonych żarem, gdzieś w odległym czasie i przestrzeni, czy świadka spokojnych, melancholijnych rozmyślań rzeszy ludzi; drugi skupiał się na emocjonalnych zawirowaniach, które szarpały go złośliwie, nie pozwalając znaleźć spokoju i harmonii, do której pragnął znów wrócić. Nie tak dawno przecież był w stanie czuć się jednym ze szczęśliwców, których wypełniała bezbrzeżna radość istnienia. Gdzie się to podziało? Dlaczego nie mogło trwać dłużej, dając się nacieszyć swoją obecnością? Wiedział, że tak się to skończy, zawsze tak było, jednak ta utrata za każdym razem bolała równie mocno, a oddanie tego skarbu w ręce Świata smakowało jak spłata długu na wysoki procent. Czy tym było to doświadczenie? Pożyczką czynników, które miały pomóc na chwilę wstać z kolan, po to, by w nieumiejętny sposób stracić zaraz wszystkie środki i ze smutkiem zacząć czołgać się w błocie, zbierając konsekwencje czynu?

Pip... pip...

Pojawiła się wraz z burzą. Najpierw usłyszał trzask grzmotu w odległości, a następnie poczuł jej zapach. Delikatny, elegancki. Jej zapach. Otworzył oczy, by ujrzeć ją tuż przed sobą. Milczał, nie potrafiąc znaleźć słów, lecz pozwolił jej poprowadzić się wprost w swoją obecność, pod parasol, by uniknąć deszczu. Śmiała się, powiedziała coś, pewnie o tym, że stał jak wariat, moknąc. Odpowiedział lekkim uśmiechem i ruszył z nią powoli, kontynuując drogę. Nie był pewien celu ich podróży, ale czy nie takie wędrówki są właśnie najlepsze? Byli blisko i nie czuli w swojej obecności presji ciszy, za co był zawsze wdzięczny. Zdawali się korzystać z tego także teraz, delektując się spokojną przechadzką w strugach deszczu, które mocno przybrały na sile przez ostatnie kilka minut. Jej obecność sprawiła, że nawet zbliżająca się burza czy widmo przeziębienia nie było w stanie nakazać mu powrotu do domu w podskokach. Chciał zaprosić ją później na wspólne spędzenie popołudnia z gorącą herbatą z miodem i cytryną, w towarzystwie śmiechu i żartów z tego spotkania, jednak odłożył to na później, biorąc głęboki wdech i decydując się pogodzić z tym, co się dzieje.

Działo się, zmieniało. Wiedział o tym. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że nadchodzi coś nieuchronnego. Coś, czemu nie może się nawet opierać, coś bezdyskusyjnego. Tak, jakby już to przechodził, swoiste déja vu. Wypuścił głośniej powietrze i pozwolił, by delikatny uśmiech znów wpełzł na jego usta i zagościł tam na długo. Spokój znów go wypełnił i rozpuścił się w pustce, która powoli kończyła królować w jego wnętrzu. Jeśli tak miałoby się to odbywać, cieszył się, że będzie to miało miejsce u jej boku. Może to ona w swój specyficzny sposób przyczyniła się do powstania tego spokoju? Było mu to obojętne. Tak samo, jak obojętnym był mu fakt, że stanęli na chodniku, skupiając się na wodzie spływającej wartkim strumieniem przez kratkę kanalizacyjną. Jej szum, zmieszany z deszczem i okazjonalnymi dźwiękami burzy zdawał się zagarniać całą przestrzeń wokół nich oraz ich świadomość. Jego świadomość. Przypomniał sobie wszystko, czując, jak w tej chwili zawładnęła nim myśl o własnej śmierci. Nie było to niczym specjalnym, takie myśli przewijały się po jego głowie niczym duchy dość często, nawiedzając go swoimi detalicznymi niemal wizjami.

- Przepraszam. - Cichy szept dziewczyny, który zdawał się odbijać echem od nieistniejących ścian. - Przepraszam.

Uśmiechnął się na te słowa, nie patrząc w jej stronę. Wiedział, że ona również nie patrzyła na niego. Nie mogłaby. Nie potrafiła patrzeć mu w oczy, płacząc. Wiedział o tym. Jednak czuł lekki uścisk jej dłoni na swojej skórze, pozwalając zatopić się w tym doznaniu na chwilę. Tylko ten ostatni moment, który nie miał przeznaczenia trwać długo, ale był na tyle litościwy, by pozwolić mu wypełnić lukę odrobiną pozytywnego wietrzyku.

Wybaczył jej wszystko. Oczywiście, że jej wybaczył, zawsze to robił. Tak samo, jak sekundę później wybaczył kierowcy ciężarówki, który tamtego dnia stracił panowanie nad pojazdem na mokrej powierzchni i uderzył w niego, przygniatając go do płotu człowieka, któremu czasem pomagał w pracach remontowych.

Przy całym jego nastawieniu do życia i skłonności do czynienia krzywdy samemu sobie, musiał przyznać, że wizja przypadkowej śmierci była czymś zaskakującym i zabawnym.

Ostatnim, co pozostało w jego umyśle był plusk deszczu. Epilog życia zaklęty w jego kroplach.

Pip... pip... piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii...

Sąsiadka

Chłopiec został odnaleziony martwy około godziny dziewiątej w pobliżu...

Jedno zdanie. Tyle wystarczyło, by wyrwać mnie z toku codziennych czynności i pogrążyć na nieokreślony czas w samym jądrze ciemności, do którego dotarł zatarty przez pustkę odgłos rozbijanego kubka, wypadającego bezwiednie z mojej ręki. Powinnam się przejąć, to w końcu mój ulubiony kubek. Ale jakie miał znaczenie w obliczu takiej wiadomości?

Nie, nie byłam matką tego chłopca. Nie byłam z nim w żaden sposób spokrewniona, nie stanowił nawet najmniejszej części mojego życia codziennego, do czasu, kiedy dotarła do mnie wieść o jego zaginięciu. Po tym wydarzeniu, jak pewnie większość osób w kraju, a szczególnie w epicentrum tragedii - śledziłam uważnie losy rozgrywające się na przestrzeni... ile to już? Trzy, cztery dni? Tak, dziś około godziny piętnastej wybiłby dokładnie czwarty dzień. Niesamowite, że czas płynął, choć każda minuta zdawała się rozciągać w nieskończoność. Szczególnie, gdy po poszukiwaniach, ciągnących się godzinami, człowiek musiał usiąść i czekać, oddając los z własnych rąk. Tak, mówię także o sobie, ponieważ wszystko miało miejsce w obrębie dwóch kilometrów od mojego miejsca zamieszkania i choć jestem w stanie przysiąc, że jakimś cudem nigdy wcześniej nie wymieniłam spojrzenia z matką chłopca, ani nie odnalazłam jego głowy radośnie pląsającej wśród dziesiątek innych mu podobnych - szczerze współczułam i przejmowałam się sprawą, będąc gotową do pomocy, jak znaczna większość okolicznych mieszkańców.

Zatem przez ostatnie dni z grupą wolontariuszy wywieszałam plakaty z wizerunkiem kilkulatka, uczestniczyłam w organizowanych przeszukaniach okolicy czy udostępniałam z zapałem posty na swojej tablicy na Facebooku. Odkąd jakieś dwa miesiące temu zostałam zwolniona i bezskutecznie poszukiwania pracy źle odbijały się na mojej psychice, starałam się znaleźć zajęcie, które przyniosłoby mi poczucie produktywności i bycia potrzebną. Zaginięcie dziecka nie jest sprawą z pogranicza tych przyjemnych i nie pragnę brzmieć egoistycznie, twierdząc, że dzięki temu znalazłam chwilowy sens w życiu. Zdecydowanie jednak postanowiłam wykorzystać swój czas wolny, którego i tak miałam w nadmiarze, na rzecz może niewielkiej, ale zawsze pomocy, która miała szansę zrobić różnicę w toku śledztwa. W takich sytuacjach liczy się wszystko, zdaje się, że tak często mówią.

Jedynym minusem mojego zaangażowania w sprawę stanowiła konieczność zmierzenia się z duszącymi falami wspomnień z czasów wczesnoszkolnych. Skrzywiłam się, czując po raz kolejny nagły ucisk w gardle i klatce piersiowej. Nawiązując do licznych ćwiczeń, pozwoliłam, by te doznania przejęły kilka sekund mojego życia, a następnie głębokimi wdechami pozbyłam się ich z organizmu. Zwykle wystarczały dwa czy trzy wydechy. Tym razem było ich trzeba pięć, co wywołało lekki podmuch zaniepokojenia w mojej głowie. Czy to powód, by zacząć myśleć o powrocie do terapii?

Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk połączenia przychodzącego i przeklęłam, kiedy szukając telefonu, prawie stanęłam stopą na stłuczony kubek. Udało mi się zniknąć tak głęboko w myślach, że zapomniałam o zniszczonym naczyniu. Ucieczki w krainę refleksji także zwiększyły swój udział w moim codziennym życiu, odnotowane.

- Halo? - powiedziałam do telefonu, mierząc wzrokiem kuchnię i robiąc mentalną listę rzeczy, które będę musiała dziś wykonać, wraz z załączoną adnotacją czasową do każdego podpunktu.

- Cześć. Dzwoniłaś wcześniej. - Usłyszałam głos sąsiadki, z którą na przestrzeni kilku lat udało mi się nawiązać przyjacielskie stosunki.

- Hej, tak. Chciałam zaprosić na spacer lub coś podobnego. Czułam potrzebę obecności drugiej osoby - wyjaśniłam, zażenowana swoją postawą. Nie należę do osób chętnie proszących o pomoc, szczególnie odnoszącą się do ingerencji we własną sferę psychiczną.

- Widzisz? Mówiłam, że powinnaś się wygadać. Od razu poczułabyś się lepiej - rzuciła, a jej radosny ton rezonował boleśnie w mojej głowie.

- Tak - przyznałam przeciągle, wiedząc, że częściowo ma rację.

Nie mogłam jednak nic poradzić na fakt, jak ciężko przychodziło mi otwarcie się na ludzi. Szczególnie na takich, którzy nie zdawali się być szczerze zainteresowani mną, a raczej plotkami, jakich mogę dostarczyć. W duchu musiałam przyznać, że rezerwa wobec sąsiadki brała się również z nieufności wobec jej zamiarów.

- Chodzi raczej o samo przebywanie z drugim człowiekiem, czyjąś obecność - dodałam uprzejmie, będąc przekonaną, że mimo wszystko jej obecność nie jest dla mnie czymś negatywnym. Znałam ją oraz jej poglądy, umiałam rozpoznać tematy, których powinnam unikać, a które prowadzić dalej czy sposób, w jaki powinnam się zachowywać w jej obecności. Nie było to ciężkie, więc z chęcią wypełniałam kolejne podpunkty na liście, a samo spotkanie dostarczało nieraz rozrywki tak potrzebnej mojej samotnej duszy. Właśnie ta lekkość czy przyziemność w sposobie komunikacji i myślenia sąsiadki przyciągała mnie do niej, dając ulgę umysłowi zmęczonemu codziennymi potyczkami na polu filozoficzno-psychologicznym, a w ostatnim czasie - także setkami pytań bez odpowiedzi, pojawiającymi się ze względu na zaginięcie chłopca.

- Wpadaj śmiało, poradzimy coś i od razu będziesz lepiej spała! Ja ostatnio... - dodała, zanurzając się zaraz w jej ulubionej stercie, złożonej z "ja to" oraz "ja tamto". Pozwoliłam jej mówić, skupiając się bardziej na tęsknocie za zmarnowaną kawą. Nie to, żebym była egoistką i ignorowała zwierzenia mojej rozmówczyni. Raczej po prostu już to wszystko słyszałam, co najmniej trzy razy. A jeśli to coś nowego, to bardzo możliwe, że jest to uzupełniająca informacja do tych, które już znałam i miałam świadomość, że nawet, jeśli umknie mi jeden fragment, to zdążę jeszcze o nim kiedyś usłyszeć lub uzupełnić ciąg zdarzeń w kolejnych rozmowach, przepełnionych przez "ja", gdzie nie mieści się już "ty". Rozumiałam więc, że mimo zapewnień, najprawdopodobniej nie odezwę się ani słowem na temat mojego stanu psychicznego, ponieważ nie będę miała ku temu okazji, jak się to już wielokrotnie zdarzało, bądź też osobista niechęć i milcząca umowa między nami sprawi, że każde pytanie o mnie skrócę do nic nieznaczącego szczegółu i odbiję piłeczkę, wracając do jej życia. Jest to bardzo przydatna umiejętność, którą lubię wykorzystywać i mam wrażenie, że nie ja jedna widzę w niej praktycznie same zalety.

Po pół godzinie udało nam się dojść do konsensusu odnośnie godziny i miejsca umówionego spotkania, pożegnałam się i rozłączyłam, po czym, wzdychając ciężko, zabrałam się za sprzątnięcie kubka. Szybko przywiązuję się do przedmiotów i potrafię być zaborcza. Często więc, kiedy jeszcze mieszkałam w domu rodzinnym, rodzeństwo szybko uczyło się omijać moje rzeczy. Nie dlatego, że robiłam awantury z powodu pożyczania należących do mnie przedmiotów, co sama ich nieobecność potrafiła wywołać we mnie dyskomfort i kilka razy, kiedy zdarzyło mi się głośno, acz niezobowiązująco narzekać, że nie ma czegoś, co jest moje, wystarczyło, by inni woleli nie narażać powietrza na psucie się go od mojej negatywnej energii. Konieczność trzymania skorup ze wzorem w brązową kratę sprawiło mi mimowolnie przykrość po kilku latach cieszenia się kawą czy herbatą w jego obecności. Cóż, przynajmniej oboje jesteśmy teraz tacy sami - w kawałkach.

Zrezygnowałam z parzenia nowej dawki kofeiny, decydując się wypić ją dopiero u znajomej, i przerzuciłam moje skupienie na przeszukanie Internetu pod kątem większej ilości informacji o okolicznościach odnalezienia ciała chłopca, a następnie zaoferowałam wsparcie i pomoc dla jego rodziny, z którą nawiązałam nić więzi na przestrzeni ostatnich dni. Wiedziałam, że moje słowa znikną w potoku im podobnych i nie przyniosą żadnej ulgi, a samo wsparcie najpewniej nie zostanie wykorzystane, ale czułam, że jest to coś, co powinnam zrobić i coś, co szczerze chciałam ofiarować. Nie potrafiłam nawet wyobrazić sobie bycia w położeniu najbliższych osób dziecka. Przerażała mnie ta myśl, a mimo to nie mogłam usunąć z umysłu obrazów mojej siostrzenicy, pełnej energii i emanującej radością, na której zbudowany był obecnie świat mojej rodziny. Myśl o straceniu jej, szczególnie w tak bestialski sposób, przyprawiała mnie o dreszcze i mdłości. By uspokoić umysł, postanowiłam umówić się z jej rodzicami na spotkanie - czysta ludzka potrzeba odreagowania i utwierdzenia się w przekonaniu, że wbrew chaosowi panującemu dookoła, ten mały ośrodek pozostaje niezachwiany.

Mimo podjętych działań, mających rozproszyć moją uwagę, nie mogłam wyrzucić z głowy zdań opisujących rany kłute, obrzęki, siniaki czy inne uszkodzenia znajdujące się na ciele chłopca. W swoim życiu przeszłam przez fazę zainteresowania makabrycznymi morderstwami, objawiającą się w czytaniu różnych thrillerów czy kryminałów, bądź oglądaniu filmów, seriali, reportaży lub innych materiałów o podobnej tematyce. Psychologia jako dziedzina, również z obrzeży działania umysłów przestępców, nie była mi całkowicie obca. Jednak nadal ciężko zrozumieć tak zwyrodniałe działanie człowieka, tym bardziej skierowane w stronę niewinnego, małego dziecka. Policja nadal szuka sprawcy, w związku z czym nie wiadomo, czy był on lub ona jakkolwiek związany z ofiarą, ani jakimi motywami mógł czy też mogła się kierować. Potrząsnęłam nieznacznie głową, rezygnując z dalszych przemyśleń na ten temat. Wiedziałam bowiem, że donikąd z nimi nie zajdę, ponieważ nie jestem uzdolniona na tyle, by potrafić rozgryźć sprawę, niezależnie od działań policji. Nie umiałam też wyobrazić sobie ani jednego powodu, dla którego ktoś mógłby dokonać takiej zbrodni. Zresztą, prawdę mówiąc, po tych kilku dniach nie jestem pewna, czy moja głowa jest w stanie jeszcze wyprodukować choćby jedną sensowną myśl w tym wątku. Czas więc spróbować go powoli zamknąć, wiedząc, że w roli cywila nie da się zrobić już nic produktywnego.

Wrzuciłam coś na szybko do żołądka, bardziej z rozumnej kalkulacji niż faktycznej potrzeby, która opuściła mnie już jakiś czas temu. Po raz kolejny zacisnęłam mocniej powieki, starając się przetrwać wizję starszego mężczyzny, cicho zapraszającego mnie na spacer po okolicy, z obietnicą lodów. Miałam wtedy jakieś sześć lat, a wszechobecna bieda w domu sprawiała, że lody były dla mnie bardzo kuszącą propozycją. Szczególnie, że byłam po prostu dzieckiem. Zajęło mi całe lata, by zrozumieć, jakie szczęście miałam tego dnia, kiedy mama zawołała mnie, zaniepokojona całą sytuacją. Całe lata, by zrozumieć, dlaczego starszy pan nagle zniknął, zamiast zabrać mnie na obiecane lody. Całe lata, by przetrawić złość i winę, jaką obarczałam moją rodzicielkę. A nawet więcej lat, by pozbyć się tego wydarzenia z głowy. Wszystko po to, by znaleźć się tu i teraz, przeżywając wspomnienia wewnętrznie na nowo. Pamiętam, jak mocno wróciło to do mnie, podczas usłyszenia pierwszej informacji o zaginięciu chłopca. Potrzebowałam około godziny, by otrząsnąć się z pierwotnego szoku i przestać rozkładać własną historię na czynniki pierwsze znów i znów. Kiedy to jednak przetrwałam, postawiłam sobie za święty cel przyczynić się do odnalezienia małej ofiary. Mogłam sobie tylko wyobrażać setki sposobów, na jakie jego porwanie mogło się odbywać. Czy faktycznie sprawca zagrał kartą zachęty? A może udawał znajomego rodziców, co także zdarza się często? Ewentualnie nie zawracał sobie głowy udawaniem miłego, naznaczając dziecko od początku agresywnym piętnem? Wzdrygnęłam się, zauważając, jak negatywnie potrafią wpłynąć na mnie takie rozważania i skupiłam się, by odsunąć je od siebie, próbując w zamian zmusić się do pokierowania niechętnych do ruchu nóg w stronę szafy, aby zmienić przed spotkaniem z sąsiadką spodnie, na których od porannego wypadku odznaczały się plamy po kawie.

Wykonanie tego zadania pomogło rozruszać zastane mięśnie na tyle, bym zdecydowała się na ekstrawaganckie posunięcie, jakim było rozczesanie włosów. Po kilku dniach nieobecności tej czynności w codziennej rutynie, teraz stanowiło to wyzwanie, po którym po raz kolejny obiecałam sobie systematyczność w tej dziedzinie. Wyliczyłam też na palcach kilka kolejnych, które pasowałyby do tego działu. Z tyłu głowy jaśniało jednak przekonanie, że tak szybko, jak wpisałam je na listę, tak szybko tę listę "zgubię", co tłumaczy się na "przestanie mieć to dla mnie znaczenie za pięć i pół minuty". Dbanie o siebie, nawet w tak małych szczegółach, jest dobre dla działania mojej psychiki, pomaga mi czuć się odrobinę bardziej wartościową i sprawia, że odczuwam troszkę większą chęć do życia. Nic jednak nie poradzę na to, że mój mózg już na starcie podkłada mi kłody pod nogi, nie pozwalając nawet przejść z myśli do czynów.

Godzinę później stanęłam przed drzwiami sąsiadki i, czekając na ich otwarcie, przyglądałam się swoim paznokciom z poziomem zaciekawienia, jaki znają osoby zakłopotane w dosłownie każdej najmniejszej sytuacji.

- Jesteś! - Usłyszałam zaraz po uchyleniu się drzwi.

- Jestem. - Uśmiechnęłam się nieznacznie, po czym dodałam: - I mam ciastka.

- Nie trzeba było, wchodź. - Zaprosiła mnie gestem do środka.

Przekroczyłam próg, wciągając głęboko powietrze i zamknęłam za sobą drzwi, kierując się następnie do salonu, po dobrze znanej mi już przestrzeni.

- Słyszałaś, że znaleźli tego chłopca?

- Tak - przyznałam, czując kolejną falę smutku. Chciałam spytać o to, jak na niej odbija się cała sprawa.

- Wiesz - zaczęła, wybijając mnie z rytmu - w zasadzie nie mówiłam tego nikomu, ale wydaje mi się, że widziałam go wtedy, w dniu zniknięcia. Pamiętasz tego faceta, co pukał jakiś tydzień wcześniej i proponował naczynia kuchenne? - spytała, a ja zamknęłam się w uczuciu, jakie zawładnęło moim ciałem: całkowitą pustką i chłodem, przejmującym mnie z każdym jej kolejnym słowem. Tak, pamiętałam. Nie, nie skojarzyłam. Nie, nie wiem, dlaczego nic nie powiedziała, choć mogła tym zmienić cały bieg sprawy. - Chyba rozmawiali chwilę przy tej starej budzie, w której kiedyś był kiosk. - Pokiwała głową, utwierdzając się w tym wspomnieniu, a ja próbowałam zwalczyć torsje i wewnętrzne krzyki. - W ogóle, przyszły mi te ubrania, o których ci mówiłam. Ale chyba coś jest z nimi nie tak. Zaraz ci pokażę. - Zaśmiała się beztrosko, całkowicie zmieniając temat, i napełniła kubki wrzątkiem.

Nowa skala znaczeniowa

Wszystko zaczyna się od przyglądania się zwykłemu przedmiotowi. Nic nieznaczącemu zadaniu, jakim jest obserwacja kompletnie obojętnego obiektu. Weźmy na ten przykład szklany flakonik. Zakupiony kilka lat wstecz, jako dodatek do aromatyzera w płynie i patyczków, które po nasączeniu miały zapewniać przez określony czas przyjemny, odświeżający zapach w pomieszczeniu, w którym zostały ułożone. Przezroczysty pojemniczek służył jeszcze w tym celu kilkakrotnie przy zakupie uzupełniającego płynu i drewnianych kawałków, które lepiej prezentowały się w wyżej wymienionym przedmiocie, niźli w krzyczącej taniością, zabarwionej na biało, plastikowej buteleczce, swym surowym wyglądem kiepsko korespondującej z zawartością stworzoną w celu zapewniania jakiegoś rodzaju komfortu i sympatycznej atmosfery.

Wzrastające stale ceny zestawu aromatycznego skierowały właścicielkę w stronę stopniowego wycofywania się z cyklicznego zaopatrywanie się w nie oraz rozcieńczania bezbarwnej cieczy wodą, w stosunku około 1:4, dzięki czemu zapasy starczały na dłużej, bez znacznego ubytku w jakości doświadczenia. Ciekawostką jest, że aromatyczny płyn przy zetknięciu z wodą zmieniał swoją barwę z przezroczystej na mętną, mleczną. Zapewne ma to swoje pokrycie w chemicznych zasadach oddziaływania składników w nim zawartych, jednak ani ja specjalistą nie jestem, ani ty nie jesteś tu po to, by wczytywać się w zawiłe wiersze pełne podejrzanych znaczków, zaszyfrowanych w literach słów i zagmatwanych równań, które nie wniosłyby prawdopodobnie nic do opisywanego tekstu, choć niewątpliwie stanowić mogłyby ciekawy dodatek i podniosłyby wartość tego dokumentu czy też osoby za nim stojącej, wskazując na jej wysoki iloraz inteligencji. Nie daj się uwieść, to nie randka, a ja nie mam w sobie nawet krzty mądrości, którą byłbyś lub byłabyś gotowa mi przypisać. Nie zrozum mnie źle, schlebia mi to, ale nie jestem tu po to, by kłamać. To nie ten tekst.

Skoro już wyjaśniliśmy sobie te kwestie, chętnie zajmę ci kolejne kilka minut, starając się opisać wspomniany wyżej pojemniczek, który teraz obecnie stoi pusty, prawdopodobnie nie muszę nawet wyjaśniać dlaczego. Nie zawsze jednak tak było - między uzupełnianiem płynu, a czasem obecnym, zdarzyło się kilka razy, by pełnił inną rolę, zgoła lepszą, niż była mu przypisywana w oryginale. O tym jednak za chwilę. Jak wspomniano uprzednio, przedmiot ów stworzony został ze szkła, ściślej mówiąc przezroczystego szkła. Jego podstawę stanowi kwadrat o wymiarach zbliżonych do 4,5 × 4,5 cm. Chemikiem nazwać się nie mogę, ale z kwestii matematycznych, szczególnie sięgających wczesnych lat szkolnych, wiem tyle, by móc zapewnić cię, że pole powierzchni podstawy flakonika wynosi 20,25 cm?. Zapytasz pewnie, do czego potrzebna ci ta wiedza w obliczu tego tekstu? Ja stwierdzę śmiało: jesteś jedyną osobą, która może sobie na to obecnie odpowiedzieć. Nie ma to nic wspólnego z faktem, że nie mam na to uzasadnienia, gdyż takowe najprawdopodobniej nie istnieje, a całe równanie służyć ma zwiększeniu objętości tekstu, zmyleniu cię jego wielowątkowością i dodaniu mi w twoich oczach kilku punktów inteligencji, czyli użycie wcześniej wspomnianej sztuczki. Choć raczej nie mogę na to liczyć, biorąc pod uwagę, że może zdarzyć się tak, że posiadasz dziecko, a to dziecko byłoby w stanie na własną rękę podać ci adekwatne rozwiązanie, choć w skali szkolnictwa nie wykroczyłoby poza wczesne lata nauczania.

Wracając do tematu, przy zawrotnej wielkości w podstawie, warto także wspomnieć o wysokości szklanego pojemniczka. Pamiętasz nadal, że to na nim się skupiamy, prawda? Dobrze. Więc zasadniczo wysokość można podzielić na dwie części. Jak to?, zapytasz. Jest dwuczęściowy?, dodasz. Sprawa ma się tak, że wysokość całkowita wynosi około dziewięć i pół centymetra, jednak po pokonaniu jakichś sześciu centymetrów, mierząc od podstawy, flakonik zaczyna się zwężać równomiernie ze wszystkich stron i niecałe półtora centymetra później przekształca się w okrągłą szyjkę, zwieńczoną krawędzią o szerokości około pół centymetra. Jest więc raczej niewielki, choć skrywa w sobie sporo magii. Mały, ale dzielny, można by rzec. Rozwarcie szyjki pozwala, by włożyć w nią palec środkowy, choć to pewnie zależy od anatomii dłoni człowieka i poziomu szaleństwa - nie każdy przecież życzy sobie wciskać palce w flakoniki i udawać kwiatki. Tu gładko przechodzimy do kolejnej atrakcji, jaką skrywa w sobie ów przedmiot - oprócz przetrzymywania płynu i patyczków aromatyzujących, może służyć także z powodzeniem jako mały, poręczny wazon na niewielkie bukiety. Warte polecenia, choć należy mieć na uwadze jego stosunkowo ograniczającą szyjkę, przez którą objętość wspomnianego bukietu zmuszona jest do drastycznego ograniczenia swoich rozmiarów. Jako plus należy dodać, że swym prostym acz klasycznym wyglądem świetnie współgra z barwnymi i zróżnicowanymi kwiatami, które może w sobie gościć, a przy odpowiednim świetle zapewnić także niezłą gratkę dla estetyka poszukującego prostych wrażeń, bazujących na martwej naturze. Z tego względu flakonik sprawdzi się także jako obiekt dla wprawnego artysty, który dostrzeże w nim ukryte piękno i zechce uchwycić je na dłużej za pomocą kresek, plam czy majestatycznych pociągnięć. Szczególnie polecane zdaje się być użycie akwareli, ze względu na potrzebę wyłapania organicznych i jednocześnie dynamicznych wartości światłocienia, które prezentuje wspomniany przedmiot.

Dobrze, mając za sobą względnie wystarczający opis wyglądu, można przejść do dalszych punktów. Umownie uznajmy zatem, że opisywanie wrażeń za pomocą słuchu, smaku czy zapachu nie ma większego sensu i mija się z celem, po czym przejdźmy do krótkiego naznaczenia kilku słów odnośnie wrażeń, które otrzymać możemy na podstawie badania przedmiotu zmysłem dotyku. Flakonik jest twardy, gładki i chłodny. To chyba na tyle.

Powód lub powody, dla których poświęcone zostało kilka akapitów na wnikliwe zamknięcie opisu tego przedmiotu, będą jasne wkrótce, ewentualnie z pewnością na końcu tego tekstu.

Tak naprawdę, wybranie tego właśnie przedmiotu wynikało poniekąd z przypadku, a wartą odnotowania wzmianką jest to, że każda rzecz mogłaby zostać obiektem tego badania. Rozejrzyj się wokół, a z pewnością znajdziesz coś, co przykuje twoją uwagę na tyle, byś był lub była w stanie wypisać na jej temat kilka solidnych zdań. Książka, telefon, długopis, półka - cokolwiek, co wywołuje w tobie jakąś reakcję. A teraz wyobraź sobie, że to, co widzisz, to, co jest ci tak znajome, nagle traci znaczenie i staje się kompletnie obce. Przywitaj zespół depersonalizacji-derealizacji, bo to nim będziemy się dziś zajmować. Bardzo możliwe, że nigdy nie zdarzyło ci się tego przeżywać - wobec tego należą ci się gratulacje i życzenia na przyszłość, by nigdy cię to nie dotknęło. Nie jest to szczególnie krzywdzące przeżycie, choć dla osób wrażliwych może się takowym stać i mocno namieszać w głowie.

Flakonik, pamiętasz go jeszcze? Co, jeśli wnikliwe przyglądanie się mu i trzymanie go w dłoni, nagle staje się niewystarczające? Patrzysz, ale nie widzisz. Dotykasz, ale nie czujesz. Twoje wspomnienia z nim związane i wrażenia z obcowania z tym przedmiotem nagle stają się całkowicie obce, rozmywają się w granicach twojej świadomości. Do twojego mózgu docierają poszczególne bodźce, a receptory reagują odpowiednio na podejmowane działania i otoczenie. Twoje ciało działa sprawnie. Tylko twój umysł i twoje "ja" zostało zaburzone, stopniowo coraz bardziej nie potrafiąc pogodzić się z tym, co dzieje się wokół. Czy to nadal rzeczywistość? Czym jest rzeczywistość i jakie masz w niej miejsce? Rozglądasz się wokół, chłonąc wszystko w zasięgu wzroku. Wszystko, co dotychczas stanowiło esencję twojego pokoju, twojej przestrzeni osobistej, ciebie. Wydaje się, że nic się nie zmieniło w ciągu minionych kilku minut, prawda? Ulubione książki, które latami zbierałeś lub zbierałaś, znajdują się na swoim miejscu, na wysłużonych meblach. Wiesz, że w tej szafce znajdują się ubrania, a w tamtej szufladzie spoczywa bielizna. Po zamknięciu oczu prawdopodobne byłoby wymienienie z pamięci większości bibelotów, które znajdują się na twoim biurku. Jesteś pewien lub pewna koloru pościeli czy zasłon. Wiesz to, bo wszystko jest twoje. Dlaczego więc jednocześnie masz wrażenie takiego wyobcowania? Dlaczego rzeczy wokół, niegdyś posiadające w sobie pokaźne zabarwienie emocjonalne, teraz zdają się nie mieć znaczenia i jesteś w stanie przysiąc, że coś jest nie tak? Jak ta jedna osobna jedynka w całym ciągu wielkich liter "i", która daje ci poczucie braku spójności przy jednoczesnym sprawianiu trudności w zlokalizowaniu jej - wiesz, że coś nie gra, ale nie umiesz określić, co się zmieniło, bo wszystko wygląda jak niemal idealna kopia twojego życia. Niemal idealna, bo nie posiadająca w sobie "tego" czynnika, z pomocą którego bez wahania udałoby ci się potwierdzić autentyczność rzeczywistości. Tak się jednak nie dzieje i z uporczywych myśli na temat tego, dlaczego wszystko jest nierealne, zaczynasz zadawać sobie pytanie, czy to może ty nie stanowisz problemu, może to ty tu nie pasujesz? Czujesz się jak oszust i wiesz, że nie możesz z nikim o tym porozmawiać, bo uznają cię za wariata lub, co gorsza, faktycznie nagle przyszło ci przeskoczyć w granice innego wymiaru, którego rezydenci mogą rozpoznać twoje niedopasowanie. Tak czy inaczej, zachowujesz milczenie i starasz się racjonalnie podejść do sprawy. Stawiasz na psychologiczne podstawy i zatapiasz się w myśli, że przeżywasz najzwyklejszy w świecie epizod derealizacji. Trudno, wystarczy przeczekać, prawda? Być może, ale musisz przyznać, że coraz trudniej jest ci ignorować fakt, że nie czujesz się częścią tego świata ani swojego ciała, mimo, że robisz wszystko, co powinieneś i reagujesz tak, jak jest to od ciebie wymagane. Poruszasz się wypracowanym kluczem, ale czy masz kontrolę, by sterować sobą na bieżąco? Coraz ciężej uwierzyć ci w to drugie, więc z czasem zmęczenie bierze górę i pozwalasz sobie na zajęcie miejsca z tyłu swojej głowy. Przypomnę tylko, że ten stan trwa już kilka godzin, więc masz prawo czuć wykończenie. Pozwalasz, by wszystko biegło swoim rytmem, o tej godzinie zwykle robisz jedno, potem zrobisz drugie, tu umyjesz kubek, tam wydasz z siebie coś na kształt śmiechu, bo ktoś opowiedział coś, co miało być zabawną anegdotą, której nie rozumiesz, bo nie jesteś w stanie słuchać i skupić się na słyszanych czy wypowiadanych słowach. Zgadzasz się, by wszystko działo się samo, gdzieś obok ciebie, choć obserwując interakcje z otoczeniem pożera cię poczucie bycia oszustem, a obejmując kogoś bliskiego na pożegnanie, przygryzasz wnętrze policzka w złości, zdając sobie sprawę, że emocje, których okazanie powinno stanowić klucz komunikacji, nie stanowiły dla ciebie żadnego problemu, bo nie niosły ze sobą żadnego ładunku - były szablonem dla początkujących, który za chwilę przyłożysz do innej sytuacji, zaaplikujesz do innej osoby i wydarzenia będą toczyć się dalej, bez twojego udziału.

W pewnym momencie tej maskarady czujesz wstręt wobec siebie i grozisz otwarcie osobie tobą kierującej, że jeśli sprawy nie przybiorą innego obrotu, zaczniesz uderzać wściekle pięściami w ściany i prosić innych o spoliczkowanie cię, by tylko poczuć odrobinę bólu, który miałby przywołać do życia ciebie, pozwalając ci na odzyskanie choć namiastki autonomii w tej chodzącej biomaszynie, w której kokpicie zajmujesz miejsce, nie potrafiąc dosięgnąć sterów.

Masz ochotę krzyczeć.

Masz ochotę płakać.

Masz ochotę błagać o pomoc.

Masz ochotę się zabić.

Potrafisz jedynie obserwować kartonowy świat wokół i marionetki, wchodzące bezrefleksyjnie w interakcje ze sztuczną wersją ciebie.

Nagle robi się ciemno, choć pora jeszcze na to nie wskazuje. Nie chodzi jednak o zmrok za oknami, ale ten, który rozlega się wewnątrz ciebie. Odsunięto cię jeszcze dalej. Dotychczas zajmowałeś lub zajmowałaś miejsce relatywnie blisko ekranu, z możliwością wnikliwej obserwacji czegoś, co niegdyś stanowiło twoje życie - dzięki temu było cię stać na burzliwe reakcje i oponowanie względem wyborów dokonywanych przez twoją postać. Teraz wokół ciebie jest pustka, a ty znajdujesz się kilkanaście metrów w głąb tego bezkresnego, ziejącego chłodem i przerażającą próżnią pomieszczenia. Wiesz, że nikt cię nie uratuje, nikt cię tu nie usłyszy, nie masz absolutnie żadnej władzy nad tym, co dzieje się po drugiej stronie oczu. Dostrzegasz też, że coraz trudniej obserwować ci ten obraz, a bodźce słuchowe docierają z coraz większym zniekształceniem, nie mówiąc już o pozostałych zmysłach, których przytępienie spowodowało, że praktycznie nie są w stanie dotrzeć do miejsca, w którym się znajdujesz. Z tej pustki nic nie ucieknie, ani nic nie dostanie się do jej potwornego wnętrza.

Siedzisz na pojedynczym krześle i próbujesz skupić wzrok na widoku przed sobą, zastanawiając się, czy jego rozmycie wynika ze stale pogarszającej się jakości bodźców, czy twoich łez, bezsilnie płynących po nieistniejących policzkach osoby, która wraz z upływem czasu także przestaje istnieć.

Czujesz, że przegrywasz.

Czujesz, że nie ma ratunku.

Czujesz tęsknotę za swoim życiem, za bliskimi, nawet za tym szklanym flakonikiem.

Czujesz, że w tej bezkresnej pustce nie jesteś jedyną istotą.

Zwracasz uwagę na fakt, że chłód w otaczającej cię przestrzeni wzmógł się nieznacznie w czasie, który już dłużej nie poddaje się we władanie wszelkich określeń. Nie jesteś już w stanie śledzić tego, co dzieje się na ekranie, bo jego powierzchnia zasłonięta została przez mrok. Nie, nie mrok. Przez coś, co jest dużo ciemniejsze niż mrok, choć jednocześnie jesteś w stanie wyraźnie rejestrować jego kształty. W dodatku to coś ma twarz, jedną z najpaskudniejszych, jakie zdarzyło ci się kiedykolwiek zobaczyć i przenika cię pewność, że żaden reżyser nie byłby w stanie oddać jej osobliwego piękna z właściwą dokładnością. Patrzysz na zarys, który w cudowny niemal sposób jest w stanie odcinać się od nieskończonej ciemności, w której się znajdujecie. Przechodzi ci przez głowę pytanie, czy ty także jesteś jeszcze w stanie zaznaczać swoją obecność w tym miejscu, biorąc pod uwagę, jak bardzo przezroczyście i bezwartościowo czujesz się od jakiegoś czasu. Mimo przerażenia, nie jesteś w stanie oderwać wzroku od tej jednak dystyngowanej i złożonej w swoim pięknie twarzy. Nie boisz się, bo nie stać cię już nawet na strach. Czujesz zmęczenie i pragniesz zapytać, kiedy to się skończy. Zdajesz sobie jednak sprawę, że odpowiedź nie nastąpi. Wszystko, co leży w zakresie twoich możliwości, to patrzenie i niema rozmowa z bytem, który z gracją zajął miejsce naprzeciw ciebie, odbierając ci całkowicie szansę na obcowanie z własnym życiem.

Wiesz, dlaczego tu jesteś.

Wiesz, dlaczego To tu jest.

Nie wiesz, co masz z tym zrobić innego, niż czekać.

Czekasz.

Na peryferiach świadomości majaczy pojęcie, że tam, na zewnątrz, wszystko toczy się założonym rytmem i nikt inny zdaje się nie zauważać, że nie istniejesz poza fizyczną formą. Jesteś chodzącą skorupką, która okazuje się być wystarczająca dla bliskich ci osób. Czujesz, jak twoja wartość maleje, wraz z akceptacją tego faktu.

Obiecujesz sobie czerpać więcej ze swojego życia.

Deklarujesz przywiązanie nawet do najprostszego posiadanego przedmiotu.

Znikasz z nadzieją, że zdołasz obudzić się na jutrzejsze śniadanie.

Meteoryt

Sobotnia noc. Zanim gaszę ekran, na wyświetlaczu telefonu pokazuje się godzina pierwsza dwadzieścia cztery. Zazwyczaj nie pozwalam sobie na ślęczenie do późna ze względu na zaburzony cykl snu i świadomość, że jeśli nie zasnę przed dwudziestą trzecią - prawdopodobnie skazuję siebie na kolejne nieokreślone ilościowo godziny przewracania się z boku na bok, w prawie bezcelowych próbach opuszczenia granic jawy. Ostatnie wydarzenia wywołały we mnie jednak głęboką potrzebę znalezienia ujścia w postaci poświęcenia dodatkowego czasu na odprężenie się przy binge-watchingu serialu komediowego. Przyznaję, trochę mnie poniosło, ale w pewnym punkcie po prostu uznałam, że i tak już nie zasnę, więc równie dobrze mogę przeczekać pozostały czas w fikcyjnym świecie, w towarzystwie fikcyjnych postaci, z ich fikcyjnymi problemami.

Rozluźnienie działa na tyle dobrze, że po odłożeniu telefonu bezmyślnie podnoszę się i otwieram okno, by przewietrzyć pokój na te kilka minut, jakie zajmie mi skorzystanie z toalety. Przechodząc przez zaciemniony dom i słysząc gdzieniegdzie pomrukiwania śpiących bliskich, witam z radością osobiste poczucie zmęczenia, jakie rozpływa się niespodziewanie po moim mózgu niczym ciepła czekolada. Pozwalam, by następne czynności zostały wykonane w trybie półautomatycznym, dzięki czemu mogę przy okazji myślami odpływać w przyjemną krainę snów. Po trudach ostatnich tygodni i stale wiążącym mnie napięciu, jestem w stanie oddać wiele za kilka godzin ciągłego, niezaburzonego niczym snu. Potrzebuję odpoczynku i da się to zauważać na każdym kroku. Jak na przykład teraz, gdy podejmuję starania umycia dłoni pozostawionym z jakiegoś powodu na umywalce kremem do twarzy. Potrząsam głową z lekko wymuszonym śmiechem, chowam butelkę, myję poprawnie dłonie i wycieram je, starając się przywołać resztki świadomości do wykonywanych czynności. Z ciężkim westchnieniem i gratulacjami dla samej siebie gaszę światło, zamykam drzwi i wracam do pokoju.

Jestem dziwna. Jestem dziwna, z tego powodu przyznaję, że czasem lubię bawić się w ducha, czyli poruszać się jak najciszej, niezauważenie dla pozostałych członków rodziny. Robię to głównie z nudów, ale wykształcone w ten sposób umiejętności przydają się na przykład nocą, gdy nie chcę budzić swoją obecnością innych. Dlatego też z łatwością wsuwam się do odpowiedniego pomieszczenia, po tym, jak praktycznie bezszelestnie otworzyłam drzwi. Z tamtego miejsca wystarczyło równie cicho te drzwi zamknąć, zrobić cztery kroki i ułożyć się w świeżo zmienionej pościeli, w wywietrzonym pokoju. Cholera, wypadałoby jeszcze zamknąć okno. Za chwilę. Jest mi w tej pozycji zbyt dobrze - myślę z uśmiechem i postanawiam przeciągnąć przyjemność do granic możliwości.

W zaśnięciu przeszkadza mi odgłos chrupania, więc przez chwilę irytuję się, że pies musiał przemknąć mi między nogami i przynieść sobie do pokoju kości, mimo tego, że skutecznie z młodszą siostrą próbowałyśmy nauczyć go, że nie wolno mu tego robić. Sądziłam, że jest to przynajmniej jedna zasada, o której zaimplementowanie starałyśmy się dość skutecznie, dotychczas z niemałym sukcesem. No nic, trzeba będzie z rana pamiętać, by uważać na ewentualne cząstki, na które można by było boleśnie nadepnąć. Uznając to za problem na przyszłość, poruszam się nieznacznie, rozpoczynając niechętnie proces podnoszenia się, by zamknąć okno. Chyba właśnie ten ruch, wyrywając mnie z umysłowego odrętwienia, spowodował, że jak za pomocą strzały, zostaję trafiona prawdą prosto w splot słoneczny. Nasz pies zaginął jakieś trzy dni temu.

Chaos, który powstał w mojej głowie skutecznie wymazał mi z niej umiejętność oddychania i kontroli nad mięśniami, skutkiem czego leżę spięta, sumując bicia serca, jakie w szaleńczy sposób kumulują się pod nieobecność procesu wymiany powietrza w płucach.

Po całej wieczności, w której towarzyszyły mi głośne odgłosy mlaskania i gryzienia chrząstek, udaje mi się nakrzyczeć na siebie w myślach i podjąć próbę uszeregowania wszystkiego, co kłębi mi się w głowie.

Jakieś cztery miesiące temu w mediach gruchnęła informacja o uderzeniu w ziemię meteorytu, wielkością przypominającego dorosłego dobermana. Smaczku sprawie dodawał fakt, że kosmiczny kamień wylądował w granicach mojego kraju i zdawał się wykraczać poza bramy zwyczajności, więc szybko powstało masę artykułów, zdjęć i memów dotyczących całego bałaganu. Obiekt został przejęty przez naukowców, którzy chcieli zbadać go i sprawdzić, czy wygenerowane wyniki mogą przełożyć się na powiększanie wiedzy ludzkości o kosmosie. Jednak, jak spod ziemi wyrosła chwilę później prywatna spółka z ogromnym kapitałem, dzięki czemu znalezisko szybko przeszło z rąk przedstawicieli nauki, prosto w sektor prywatny, pozostawiając tym pierwszym kilka rozpoczętych eksperymentów i niewielką próbkę zapasową, którą mogli posiłkować się na przyszłość. Co stało się z resztą kosmicznej materii? Pędząc na fali zainteresowania społecznego, podjęto decyzję o wdrożeniu kruszcu do przeróżnych ozdób typu wisiorki, breloki i tym podobne. Istniała także opcja zakupu małych rozmiarów meteorytu samego w sobie. Wszystko to w cenie śmiesznie niskiej, która razem z utrzymującą się uwagą ludzi doprowadziła do błyskawicznego wykupienia całego asortymentu na terenie kraju, a w nielicznych przypadkach także poza nim.

W międzyczasie zaczęły pojawiać się nieprzychylne raporty od zaangażowanych naukowców oraz pierwsze teorie spiskowe, o których wyciszanie skutecznie dbała firma, nie chcąc naruszać dobrego imienia swojego i całego przedsięwzięcia. Na szczęście, dysponując wystarczającą ilością pieniędzy, stać ich było także na opłacenie czterech z pięciu naukowców, których zaniepokojone słowa sprzeciwu szybko w ten sposób umilkły. Pozostały członek nie miał siły przebicia, która zdolna byłaby otworzyć jego wnioski na szerszą skalę. Wkrótce zmuszony został także do ukrycia się w obawie o własne bezpieczeństwo i towarzyszące temu liczne przypadki prześladowań.

Ludzie cieszyli się zakupem i tworzyli setki materiałów w Internecie, chwaląc się swoją zdobyczą, testując ją czy wyznaczając nowe trendy w modzie, obejmujące obowiązkowy dodatek w postaci futurystycznej biżuterii. Wszystko miało się dobrze i pięknie, do czasu aż policję w całym kraju nie zaczęły zalewać zgłoszenia zaginięć, które zaczęły się pojawiać niemal jednocześnie. W toku śledztwa ustalono, że dziewięćdziesiąt osiem procent przypadków opiera się wokół osób uczestniczących w aukcji zakupu cząstki meteorytu. Niestety, ogniskowa niejednokrotnie obejmowała w sobie także najbliższe osoby zaginionych, na podstawie czego wnioskowano, że wszyscy mający przez bliżej nieokreśloną ilość czasu kontakt z kosmiczną materią, znajdowali się w grupie ryzyka.

Gdy ta informacja nieoficjalnie wypłynęła, w społeczeństwie rozpętało się piekło. Ludzie na własną rękę starali się znaleźć odpowiedzi, szybko orientując się, że spółka odpowiedzialna za wykup i dystrybucję szkodliwego kamienia była niczym więcej niż wydmuszką, z którą trudno było powiązać jakiekolwiek realne nazwiska. Udało się dotrzeć również do raportu, który usilnie próbował przedstawić wspomniany wcześniej naukowiec; jego samego jednak nie udało się odnaleźć, uznając go szybko za kolejną ofiarę tajemniczych zaginięć. Wnioski przez niego wysunięte dawały do zrozumienia, że nawet najmniejsza cząstka meteorytu cechuje się pewną dozą szkodliwego promieniowania, którego skutków nie dało się dokładnie ustalić ze względu na niespotykane dotąd właściwości i zbyt ograniczone badania nad materiałem.

Cała ta sprawa trwała jakiś miesiąc, po którym raporty zaginięć nadal napływały, dokładając pracy stale przeładowanym organom bezpieczeństwa. Szum wokół niej zaczął jednak odrobinę przycichać w pamięci społeczeństwa, uspokojonego dodatkowo zapewnieniami, że pozostali kupujący, którzy zgłosili się do odpowiednich służb, zostali objęci obserwacją wyznaczonych jednostek patrolowych. Czas pokazał, że na niewiele się to jednak zdało, gdy kolejne chronione osoby zaczęły znikać w mniej lub bardziej jasny sposób, w wyniku czego zdecydowano się w końcu, by z pozostałych osób wybrano kilku ochotników, którzy zgodziliby się znaleźć pod ścisłą obserwacją w utajonej placówce rządowej. Miało to na celu zlikwidowanie problemu zniknięć, uznawanych wówczas przez niektórych ludzi jako porwania przez obcą cywilizację, oraz zdeterminowanie dalszych procesów, jakie mają miejsce po opuszczeniu dotychczasowego miejsca zamieszkania. Zdecydowano się w końcu także wszczepić nadajnik GPS w ciało jednego z ochotników, wypuszczając go później wolno, by umożliwić obserwację bez naruszenia naturalnego procesu. Liczono wówczas także na możliwość odnalezienia miejsca ostatecznego, do którego być może udały się wszystkie osoby uprzednio oznaczone jako zaginione.

Władze dokładały wszelkich starań, by zapanować nad paniką wśród narodu, forsując w codziennych wiadomościach pozytywne bądź neutralne informacje, stopniowo umniejszając skalę problemu. Ich działania przynosiły skutki do czasu, aż kilka tygodni później nocne powietrze zaczęło być rozszarpywane przeraźliwymi krzykami oraz doniesieniami o drapieżnych istotach siejących spustoszenie na ulicach całego kraju. Niewiele wtedy wiadomo było na ten temat, gdyż wszelkie wieści ograniczały się do obserwacji przypadkowych świadków. Nie było ich wielu, ze względu na zatrważająco niski współczynnik przeżycia w starciu z mistycznymi istotami. Opisy więc ograniczały się do niespójnych zeznań, zaburzonych przez dużą odległość od obiektu i panującą wokół ciemność. Zgadzano się jednak, że tajemnicze byty mierzą około dwóch metrów, posiadają humanoidalne ciało, które w porównaniu do człowieka cechowało się szczególnym poziomem wychudzenia, nienaturalną długością kończyn, szponiastymi palcami i kończynami dolnymi, przypominającymi tylne łapy dzikich kotów, w wydaniu bez sierści. Przelotnie uchwycone na kamerze obrazy dały pierwsze możliwości spekulowania nad bardziej szczegółowymi cechami, jak choćby ogromny otwór gębowy, obejmujący praktycznie całą szerokość czaszki, wypełniony przy tym dodatkowymi zębami, czy zwiększone oczy, w których znaczny udział zdawały się mieć źrenice, wypełniając sobą niemal całą powierzchnię gałki. Zauważono także spłaszczony nos oraz uszy przypominające te występujące u nietoperzy. Niektórzy ludzie deklarowali, że są także w stanie rozpoznać nieznaczne rysy twarzy zaginionych bliskich.

W obliczu takich doniesień rząd nie mógł dłużej milczeć, więc podzielił się wiadomościami o tym, że objęte obserwacją osoby, zamknięte w minimalistycznie udekorowanych, przeszklonych pomieszczeniach skorzystały z obecności wszelkich sztucznych materiałów, takich jak koce, prześcieradła i poszewki, by stworzyć coś w rodzaju kokonu, chroniąc się w jego wnętrzu od ostatnich dwóch tygodni, a przy tym zdając się nie odczuwać potrzeb fizjologicznych. Próby odnalezienia obiektu wyposażonego w nadajnik GPS wykazały podobne zachowania, jak w przypadku pozostałych badanych, zmieniając jedynie materiał, z jakiego stworzony został kokon. W naturalnych warunkach owe schronienie było stworzone ze skór dziesiątek występujących lokalnie zwierząt.

Rozpoczął się szał. Nie wiadomo było, jak się bronić przed nieznanym przeciwnikiem, który zdawał się mieć przewagę nad sterroryzowanym gatunkiem ludzkim. Rząd pospiesznie wystawiał kolejne notki, wskazujące na nocny tryb życia przeciwnika oraz dużą odporność na urazy zadawane w samoobronie. Zalecano więc zaniechanie wszelkich prób walki, unikanie konfrontacji i, przede wszystkim, wkrótce zabronione zostało wychodzenie z domu po zmierzchu. Doradzano także, by nie włączać wewnątrz świateł czy muzyki, ani nie podejmować żadnych innych działań, które mogłyby zwrócić uwagę na miejsce schronienia. By zakorzenić nowe zasady w umysłach, codziennie, tuż przed zachodem słońca, po okolicach przejeżdżały wozy strażackie, z których dobiegało standardowe nagranie, przypominające o zagrożeniu i aktualnych zasadach bezpieczeństwa, jakie należy podjąć, by uniknąć spotkania z krwiożerczym drapieżnikiem. Dużo mówiono o nakazie dokładnego zabezpieczania zwierząt hodowlanych oraz wszelkich okien i drzwi, mogących stanowić wejście dla zręcznego napastnika.

Odradza się otwierania drzwi i okien między godzinami... Kurwa. Kurwakurwakurwa.

Co ja zrobiłam? Dlaczego mój mózg musiał wyłączyć się akurat w takim momencie?

Wstrzymuję oddech, żeby zapobiec wymiotom, kiedy trzy metry przede mną rozlega się obrzydliwe mlaśnięcie i cichy chichot, którego brzmienie nieubłaganie rozchodzi się drżeniem wzdłuż każdej z moich kości - od stóp aż po czaszkę.

Jedną z najbardziej poruszających mnie pogłosek dotyczących tych stworów, była ta mówiąca o umiejętności naśladowania ludzkich głosów, szczególnie tych pochodzących od poprzednich ofiar - najprawdopodobniej to właśnie na tej podstawie nadano im nazwę mimików. Widziałam kiedyś filmik nagrany ukradkiem przez okno, w którym przez pierwsze kilka sekund nie działo się nic, oprócz widoku zatrważającej ciemności, rozświetlonej punktowo uliczną latarnią, i rozchodzącym się w niej z narastającym natężeniem odgłosem, brzmiącym jak komunikaty podawane przez strażaków przed zapadnięciem mroku. Rzecz jasna pierwszym, co przyszło mi do głowy, była wizja jakiegoś nazbyt odważnego ochotnika, dbającego szczególnie mocno o bezpieczeństwo obywateli. Szybko jednak okazało się, jak bardzo się myliłam, kiedy kamera zaczęła skupiać się na pojawiającym się z lewej strony kadru przedstawicielu drapieżnej rasy, który zdawał się stanowić źródło zaskakującego dźwięku. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam w to uwierzyć i pamiętam, jak mocno skręciło mnie wewnątrz, gdy usłyszałam, jak przeszukujący okolicę mimik z nagrania odchodzi po minucie, wydając z siebie skrzekliwy głos przerażonej staruszki, błagającej boga o łaskę.

Zdarzyło mi się także przeczytać tu i ówdzie rady mówiące o tym, że jeśli usłyszysz błagania na zewnątrz w środku nocy, nie powinieneś się narażać, bo w znakomitej ilości przypadków będzie to właśnie krwiożerczy oprawca, próbujący zastawić na ciebie pułapkę. Jeśli zaś jest to w rzeczy samej człowiek oczekujący pomocy, jest już prawdopodobnie za późno, by coś zrobić. W społeczeństwie szybko utarło się więc przeświadczenie, że jeśli ktoś na zewnątrz krzyczy - sam jest sobie winien. Niepisana umowa zdawała się być potwierdzona przez fakt, że mimo zapewnień, żadne służby nie stawiły się dotychczas na miejscu takiego zdarzenia.

Nic zatem dziwnego, że doświadczenie tego na żywo wywołało we mnie dużo głębsze odczucia. Szczególnie, gdy po chichocie rozległo się zaspane "Co? Co się dzieje?", brzmiące jak moja zaskoczona młodsza siostra, wybudzona z głębokiego snu.

Od niedawna wiadomo było też, że tajemnicze stworzenia mogły wykazywać przejawy ludzkiej inteligencji, wykorzystując przedmioty codziennego użytku. Na przykład, znajdując odpowiednią możliwość, pod koniec nocnego okresu polowania potrafiły zakraść się do domów czy budynków gospodarczych, by dzięki szczupłemu i elastycznemu ciału znaleźć schronienie choćby w szafie czy przestrzeni pod łóżkiem, gdzie w ciągu dnia trawiły spożyty pokarm, a przeczekując ten czas w środowisku ludzi, zapewnić sobie łatwy dostęp do kolejnego posiłku. Zdarzało się później, że ocaleni znajdowali oprócz szczątków bliskich także kawałki meteorytu, którego obecność była wcześniej wykluczona. Wychodzi więc na to, że mogłeś być ofiarą mimika albo stać się jednym z nich.

Przypominam sobie stopniowo to wszystko, obserwując spod półprzymkniętych powiek nieokreślone ruchy monstrualnego intruza po drugiej stronie pokoju. Dochodzę do wniosku, że informacje dotyczące jego wyglądu pokrywają się z danymi dostarczonymi przez władze. Wyraźnie da się dostrzec niemal bezwłose, żylaste ciało o szarym odcieniu, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi i sprawnymi, szponiastymi pazurami. Szybko zamykam oczy, postanawiając wierzyć na słowo reszcie opisu, zanim mój wzrok spocznie na głowie tego przerażającego stworzenia. Boję się nie tylko samego nieludzkiego wyglądu, co tego, że również mogę rozpoznać w nim kogoś, kogo znałam.

Jestem przerażona. Zgaduję, że może być obecnie około drugiej w nocy. Jeszcze sporo czasu do wschodu, może jeszcze chcieć zapolować. Wyliczam szybko w głowie trzy główne problemy: po pierwsze, otworzyłam to cholerne okno i już nigdy nie zaufam stwierdzeniu "to tylko pięć minut"; po drugie, skurwiel właśnie pożarł mi młodszą siostrę; po trzecie, jeśli będzie chciał zapolować, a ja pozostanę w bezruchu, istnieje szansa, że mnie ominie, ale nadal pozostaje kwestia, że jego potencjalną drogą wyjścia będzie okno, którym dostał się do środka. Jest to jednocześnie jedyne okno w pomieszczeniu, a jego otwarte skrzydło w wygodny sposób umieszczone jest mniej więcej na poziomie moich nóg. Bonusowa uwaga: chyba właśnie skończył jeść.

Spacerowy tekst

I tak rozpoczął się kolejny poranek spod znaku ciepłej kołdry i rozgrzanego od wczesnych godzin kaloryfera. Wysunięcie ostrożnie nogi za przykrycie pozwala stwierdzić, że wyjście poza jej ochronę na szczęście nie będzie dziś skutkowało szokiem termicznym, a pomysł na zapobiegawcze zasypianie w ciepłych skarpetach może zostać na razie odroczony. Wychodzi na to, że do porannego przeżycia wystarczą lekko już zużyte kapcie, choć każdy krok w nich błaga o zerknięcie na stronę producenta rzeczonego typu obuwia, kiedy niebezpiecznie odklejona do połowy podeszwa w prawym z nich grozi potknięciem się oraz wypadkiem przynajmniej raz na każdą minutę spaceru.

Głęboki wdech, a za nim zwinięcie rolet, które odsłania chłodną prawdę o świecie z zewnątrz: nadeszła zima i kłuje w oczy najjaśniejszą z bieli, wyróżniającą się na tle szarych chmur, szarych murów i brudno szarego śniegu na ulicy. Wygląda na to, że listopad-prawie-grudzień wyssał ze świata resztki kolorów, o które tak zawzięcie walczyła jesień. Zostaliśmy przykryci białym puchem, zagrzebani w śnieżnej mogile, zamrożeni w czasie na kilka następnych miesięcy.

Patrząc na obraz za oknem, nie da się uciec od wspomnienia z zeszłego wieczoru, kiedy to stało się wśród mrozu i mroku, obserwując w milczeniu, jak powolnie spadające płatki wirowały w powietrzu, sterowane subtelnymi podmuchami wiatru, zamykając w ten sposób świat w scenerii rodem ze znanych kul śnieżnych i wymuszając tym chwilową zmianę perspektywy. Śnieżynki tańczące solo i śnieżynki trzymające się za mikroskopijne rączki, by nie zgubić się w wielokilometrowej drodze w dół. Przyjaźnie tworzone w locie, z czystej potrzeby współistnienia i przejścia całej przygody w trybie duo lub wieloosobowym. Gdyby szerzej otworzyć oczy, można by dostrzec w tej scenie metaforę ludzkiej egzystencji.

Obserwując więc krążące w ciemnym powietrzu białe baleriny, rośnie potrzeba podjęcia podobnego tańca z bliską osobą. Tą, o której pomyśli się w pierwszej kolejności; tą, której imię umieszcza się w bezgłośnych modlitwach co najmniej raz dziennie; tą, która rozkręca i nadaje bieg kolejnym myślom za każdym razem, gdy te zapętlają się w wirze codzienności; tą, która stanowi bezpieczną kotwicę w pędzącym strumieniu, skierowanym na wysoki wodospad; tą, której obraz staje się formą słodkiej i kojącej bajki na dobranoc, usuwającej napięcia minionych godzin; tą, której imię wyznacza najgłębszy oddech i najdelikatniejsze z drżeń.

Skupiając się na statycznym, ciepło zabarwionym świetle lampy ulicznej, można dostrzec cały obraz przyszłości, jaka mogłaby rozegrać się zaraz po chwyceniu za telefon i wysłaniu stosownej wiadomości. Między spadającymi płatkami można zobaczyć zarys dwóch osób, które zdecydowały się podjąć ryzyko i rzucić wyzwanie warunkom atmosferycznym, by pojechać kilkanaście kilometrów dalej, do pięknego miejsca nad jeziorem, w którym spędzenie wspólnie czasu wśród wirujących płatków ma potencjał do znalezienia się wysoko na liście przyjemnych chwil w skali ostatniego czasu, a nawet całego roku. Kilka chwil, których jasność przyćmiewałaby nawet tę należącą do śniegu i skutecznie rozświetlała mrok zasnuwający świat o zbyt wczesnej porze. Kilka chwil bliskości, lekko wymuszonej niską temperaturą czy ryzykiem poślizgnięcia się na skutej lodem powierzchni. Wzajemne wsparcie i wspólna walka o utrzymanie równowagi, będące znakiem wodnym rysującym się na tle życia w jakiejkolwiek poważniejszej relacji. I tak oto, w ten magiczny sposób, nagle barwa światła lamp ulicznych, w których stronę zwrócona jest twarz, zdaje się odzwierciedlać wewnętrzne piękno i ciepło rozpływające się na myśl o pojawiających się obrazach i emocjach, znajdujących się w każdym mililitrze krwi, każdej cząstce kości, każdym włóknie mięśni i skaczących w każdym impulsie rozsyłanym cyklicznie wzdłuż całego ciała.

Jest dobrze, jest bardzo dobrze. Jest ciepło, jakby wokół stojącej osoby wytworzyła się niewielka bariera, chroniąca swoimi niewidzialnymi granicami przed chłodem. Jest pięknie, jakby zima, mimo posiadania monotonnej palety barw, iskrzyła się jej odcieniami tak czarującymi i enigmatycznymi, by zachwycać poetów i znaleźć siłę, by tchnąć w nich bezbrzeżne połacie inspiracji. Jest przyjemnie, gdy powietrze znikąd zdaje się być przesycone waniliowym aromatem, z cytrusową nutą i okazjonalnym powiewem nasuwającym na myśl nic innego, niż głęboką, bezgraniczną i bezinteresowną miłość.

Zamknięte oczy, chronione przed stałymi atakami maleńkich zimnych sztyletów, pieczętują powstające wizje i nadają im szybszych obrotów w głowie, w sercu i w ciele, które samo w sobie pozostaje bez ruchu. W osobie, która nagle przestała się spieszyć, bo nic nie było zbyt ważne, by przerwać tę chwilę. Zaciśnięte dłonie, w których kumulują się wszystkie niewyrażone gesty i dotyk, do którego zostały stworzone; odchylona lekko w tył głowa, gotowa wchłonąć w siebie niedostępne wcześniej słowa, czułe pocałunki i zapachy, w których zamknięte zostały całe zapasy bezpieczeństwa, dostępne w granicach tego okrutnego świata; stopy, gotowe ruszyć się jedynie w rytm bicia tego jedynego serca oraz umysł, buzujący od świadomości, że wszystko to jest jedynie śladem na kartach historii.

Wpół otwarte oczy, lustrujące okolicę i przejeżdżające samochody, a w nich ludzi, zdających się otwarcie drwić ze snów, tworzonych skrzętnie pod czaszką jeszcze chwilę temu. Powieki ciężkie od zmęczenia i dźwigania dzień w dzień wagi wszystkich przemyśleń, trudów, strachu i bezsilności. Łagodnie opadające rzęsy, a w każdej z nich szczelnie zamknięta pojedyncza historia upadku i straty. Twarz, w której nie da się wyczytać niczego innego, niż ból.

Ból, który swoją siłą i jaskrawością zdaje się teraz rzucać wyzwanie skrzącemu się za oknem śniegowi. Znów jest ranek, znów jest zimno, znów jest zbyt jasno. Czas między wczorajszymi marzeniami, a dzisiejszą rzeczywistością zdaje się rozpłynąć w mrokach nocy. Nocy, która mimo posiadania znacznej przewagi czasowej nad panowaniem słońca, nadal zdaje się być zbyt krótka na sen, a w swej ciemności zbyt jasna, by móc się w niej ukryć i zgubić swoje smutki. Cała jest nadal jakaś taka zbyt.

W pogoni za mrokiem, listopad-prawie-grudzień zdaje się być najgorszym okresem, narzucając na człowieka wieczne zmęczenie i zabijając endorfiny, krążące jeszcze nie tak dawno temu w nabuzowanym ciepłem i ludzką pozytywnością powietrzu.

Stonowanie wszechobecnych barw natury zmusza do pomalowania swojego wnętrza od środka na beżowo oraz nadania mdłych kolorów własnym ideom, planom, pragnieniom. Biel śniegu wślizguje się ze swoimi oziębłymi mackami pod ubranie, drążąc niezliczone tunele przez ciało, by osiąść pod skórą i wychładzać wszelkie chęci i starania, krążące dotychczas w krwioobiegu. W tym czasie nawet najjaskrawsze zachody słońca tworzone są zaledwie pastelowymi barwami.

Jest jeszcze przed południem, co oznacza, że niedługo znów zrobi się szaro, później buro, a na końcu ponuro. Każdy z tych etapów różni się odrobinę od poprzedniego, choć niesie w sobie podobne dawki depresji i rezygnacji. Pełnię swoich sił osiągnie po zapadnięciu zmroku, choć z udziałem śniegu jest to trudne, ze względu na to, że te małe trupy, złączone w wielkich skupiskach i połaciach, lubują się w odbijaniu światła i rozjaśnianiu okolic wszechobecną bielą. Czynią w ten sposób mrok mniej mrocznym, noc mniej przytulną, a sen mniej wypełniony faktycznym wypoczynkiem. Śnieg, mimo zalegania na wszelkich powierzchniach w stałej formie, zdaje się być na tyle płynny, by potrafić rozwodnić nawet najciemniejszą z nocy.

Pośród wielu snów, od marzeń do koszmarów, złoty medal bezapelacyjnie trzyma w mocnym uścisku ten, w którym króluje niezłamana najmniejszym promieniem ciemność. Bez światła, bez dźwięku, bez niczego, bez nikogo. Tylko opadająca i wznosząca się w nieregularnych falach powierzchnia, stworzona z kostki brukowej, oraz ciemność z przodu, ciemność z tyłu, z obu boków, ciemność lejąca się z zewnątrz do środka i ze środka na zewnątrz. Cel nieznany, choć droga zapisana głęboko w kościach pamięci. Nie ma strachu, bo nie ma ku temu powodu. Suma potworów na metr kwadratowy nie przekracza tej mieszczącej się w granicach zwykłej codzienności.

Jest to unikatowy typ mroku, przy którym istnieje duża chęć, by się w nim znaleźć. Był taki wieczór, jeden z tych, w ciągu których lampy uliczne straciły swoje moce i nie różniły się przez to zbytnio od zwykłych słupów. Wieczór pochmurny, w którym powrót do domu odbywał się bez towarzystwa księżyca, a przez ciężkie obłoki nie dało się nawet dostrzec mapy gwiazd, wyznaczającej drogę pod dobrze znany adres pełen waniliowego aromatu oraz ciepła. Wieczór idealnie odwzorowujący scenerię ze snu i zmuszający do postawienia pytania o grubość progu między fantazją a autentycznością. Wieczór pełen ciemności, w której można byłoby się utopić. Wieczór pełen zalet.

Wtedy, co prawda, nie dało się nagiąć rzeczywistości ani wymazać z niej istnienia głośnych samochodów i ich osobistych źródeł światła, rowerzystów i biegaczy z odblaskami czy szczekających gdzieniegdzie psów. Bywały jednak momenty, składające się z zaledwie kilku sekund, niezmącone obecnością niczego, poza spokojem i tajemnicą. Były to chwile przywodzące do głowy nierealność oraz niosące obietnicę tymczasowego wymazania wszelkich trosk i smutków. Wspomniane potwory ze snu? W tym mroku kryły się jedynie po to, by pożreć wszelkie negatywne wizje i osobiste demony. W tym mroku można iść bez końca, bo tutaj granice domu znaczone są każdym stawianym krokiem. Tu jest bezpiecznie, można się skryć, stać się niewidocznym, zniknąć, przestać istnieć.

Niestety, wieczory takie, jak ten, a także sny o nim, pozostają domeną przeszłości. Obecnie w sklepie można dostać jedynie dni narysowane glinianą kredką na brystolu i noce pełne przecinków.

Nie ma snów.

Nie ma sposobów na zaśnięcie.

Nie ma godzin pobudek.

Jest tylko zamknięcie oczu i ponowne ich otwarcie.

W tych pościelach już dawno nie gościł wypoczynek.

Wieczór, ciemno, oczy zamknięte, oczy otwarte, odpisanie na wiadomość, łyk wody, wizyta w toalecie, łyk wody, oczy zamknięte, oczy otwarte, wizyta w toalecie, łyk wody, oczy zamknięte, oczy otwarte, jasno, rano, zmęczenie, ból, przecinek, przecinek, przecinek. Noc zawarta w zdaniu stale powiększającym się i pogłębiającym swoją złożoność, jak u zbyt ambitnego pisarza. Obłęd wychylający się zza każdego rogu, ściągany kolejną nadchodzącą wizją nocy z przecinkami i snem bez snu. Światło od ciemności oddzielone coraz cieńszym średnikiem i marzenia o tym, by ktoś z zewnątrz odważył się złapać za pistolet i postawić definitywną, ostateczną kropkę, na samym środku czoła.

Koszmar zawarty w znakach interpunkcyjnych.

I świat, w którym wszystko wzajemnie się przenika, staje się takie samo - beznadziejnie jednakowe. Każda minuta, każda godzina, każdy dzień jest tylko kalką. Szablonem jak w starych kreskówkach, w których granice postaci wyrażane są pogrubioną, czarną linią. Więzienie, z doskonale przewidzianą w procesie animacji przyszłością. Bohater je śniadanie; bohater rytmicznie otwiera i zamyka usta, naśladując mowę; bohater wstaje; bohater idzie; bohater robi rzeczy, których może nie chcieć robić, ale zostało mu to przypisane w scenariuszu na ten odcinek. Akurat dziś przerabiamy skecz o powtarzalności i beznadziei ludzkiej egzystencji. Tu bohater będzie zszokowany, a tam będzie bezowocnie próbował wyrwać się z granic szaleństwa. Dorzuci się po drodze trochę żartów i gagów. Widzom się spodoba, jest już kilka solidnych pomysłów od scenarzystów i dofinansowanie z góry na kolejne trzy sezony.

Tylko coraz większa bezsilność i zmęczenie wyziera się z oczu postaci, gdy zdaje sobie sprawę, że czas upływa jedynie w kalendarzu. W rzeczywistości, od jakiegoś tygodnia nie istnieje możliwość przebicia się poza dwudziestoczterogodzinny zakres dnia, sterowanego przecinkami i średnikami.

Nic, tylko uzupełnić graficznie znak zapytania i założyć sobie na szyję, zacząć wyrzucać w powietrze gorące wykrzykniki czy rysować ostrzem na nadgarstkach bezmyślne myślniki.

Śnieg znów pada. Choć to prawdopodobnie nadużycie, zważając na fakt, że z szarych chmur zlatują powolnie pojedyncze płatki, wyrzucane z góry jakby od niechcenia. Banici wygnani z miękkiego posłania, zmuszeni do lądowania w tym świecie tylko po to, by dawać sobą świadectwo zimna i obojętności. Zupełnie jakby bez nich było tego mało wszędzie wokół.

Jednak, jak te nieliczne śnieżynki, ma się nadzieję, że spadając, trafi się w ramiona kogoś bliskiego, kto złapie i zamknie w uścisku, witając ponownie i szepcząc na ucho, że już wszystko będzie dobrze. Kogoś, kto pokocha na tyle, by nie odwrócić wzroku od papierowej twarzy, plastikowego spojrzenia i metalowego serca. Kogoś, kto zdejmie ze ściany kalendarz, wyłączy wszystkie zegary, wyrówna rozchwiane wskazówki. Kogoś, kto ponownie nauczy spać.

Póki co, pozostaje kawa. Czarna, mocna i nieprzenikniona jak najciemniejszy z wieczorów, a zarazem najpiękniejszy ze snów. Organizm sztucznie podtrzymywany używkami, z czułością dobieranymi wedle potrzeb. Główne punkty zwykłych dni i weekendów, najtrwalsze z filarów ludzkiej egzystencji, aromatyczne olejki, utrzymujące tę zardzewiałą maszynę w ruchu. Naturalne i sztuczne substancje, zżerające człowieka od środka, a jednocześnie adresaci wszelkich skarg i żałosnych ludzkich błagań o odzyskanie autonomii. Związki chemiczne, uśmiechające się słodkimi obietnicami, zmieniające z czasem gospodarkę organizmu i sprawiające, że zwyczajnie coraz mniej pozostaje człowieka w człowieku.

Zdrowie psychiczne, kruszące się, by zmieszać je ze łzami i smolistym atramentem spisać zeznania, w cichym pragnieniu udokumentowania wszechobecnego obłędu.

Ale jak zacząć zbierać porozrzucane części siebie, kiedy po nocy jest się zbyt zmęczonym, by znaleźć siły do działania, a wieczorem zbyt zestresowanym, by potrafić odpocząć?

Czas się rozmywa, a gnicie od tysiącleci na tej ziemi, z perspektywą gnicia w niej jeszcze co najmniej tyle samo, zaczyna oplatać umysł niewidzialną siatką strachu i komponować własną kopię układu nerwowego. A następnie, rozchodząc się niespiesznie wzdłuż całego ciała, tworzy możliwość rozsyłania w przyszłości w całym jego obwodzie bolesnych impulsów, przypominających o stracie czasu, oderwaniu od rzeczywistości i braku umiejętności poskładania wizji przyszłości.

Samotność w mroku, tym najprawdziwszym, przestaje być problemem, staje się rozwiązaniem. Zero przeszłości za sobą, zero przyszłości przed sobą, nie wiadomo czym jest teraźniejszość. Nikt, kogo się zawiodło czy zawiedzie się w najbliższym czasie. Nic, co oznaczone zostało lub zostanie stratą. Żadne miejsce, za którym warto tęsknić, ani takie malujące marzenia jutra. Tylko niezmącona niczym ciemność. Pustka. Głucha cisza.

Mrok jest dobry.

W mroku można schować się nawet przed samym sobą.