Ślady czarnej magii - Paulina Jur-Suszczewicz

Reflow text when sidebars are open.
- Ziemia do Fili! - Wbrew pozorom to nie wysoki głos Klary wyrwał ją z zamyślenia, mimo że miał potencjał obudzić wszystkie wiedźmy przebywające w akademiku przy Uniwersytecie Luminis. Nie sprawiło tego nawet bezceremonialne wparowanie przyjaciółki do pokoju, które umknęło jej uwadze. Dopiero ukłucie w prawej dłoni otrzeźwiło ją na tyle, że wróciła myślami do otaczającej ją rzeczywistości.
Spojrzała na chowańca Klary, który wgramolił się na kolana dziewczyny i bezwstydnie przygryzał palce, byleby tylko zwrócić na siebie jej uwagę. Mantra zamruczała z zadowoleniem, kiedy w końcu dłoń dziewczyny zaczęła gładzić ją po siwym futrze.
Jej kocur, dla odmiany, siedział na parapecie naprzeciwko niej i wpatrywał się w nią, mrużąc intensywnie zielone oczy. W tym wzroku było więcej pogardy niż miłości i Fili po raz kolejny zastanowiła się, czy aby na pewno jest jej chowańcem, a nie zwykłym dachowcem, którego przygarnęła, aby wydawać krocie na puszki z wątróbką i, jeśli jaśnie pan pozwoli, czasem podrapać za uchem. Jedna z teorii, zresztą często wygłaszana przez jej nauczycieli akademickich, głosiła, że wiedźma, aby w pełni dostroić się do swojego towarzysza, powinna odnaleźć własną drogę i być jej w stu procentach pewna.
Może w tym właśnie tkwił problem. Fili próbowała, ale ciągle czuła wątpliwości. Wątpliwości co do swoich wyborów życiowych, wyboru uniwersytetu, wyboru pierwszej pracy, a czasem nawet rzeczy tak błahych jak wybór ubrań, które powinna na siebie włożyć. Ponad tym wszystkim stał jednak od zawsze ten największy i najbardziej problematyczny wybór, który rzucał długi cień na wszystko inne: kierunek specjalizacji. Zdecydowanie nie pomagało, że miała już dwadzieścia dwa lata, a ten wybór teoretycznie miała za sobą. Dawno powinna przestać mieć takie rozterki. A mimo to wciąż nie miała pewności, czy bycie wiedźmą śledczą było tym, co powinna robić, i czy odnajdzie się w tej robocie.
Wątpliwości. Stare, dobre wątpliwości. Proza jej życia.
- Sorry. Coś mówiłaś?
Klara opadła na brzeg łóżka i pokręciła głową. Jej krótkie, proste blond włosy podskakiwały przy każdym ruchu, jakby żyły własnym życiem.
- Filomeno Korlewska - powiedziała jej przyjaciółka, siląc się na groźną minę i grożąc jej palcem przed twarzą - no, nie rób tej miny, dobrze wiesz, że zasłużyłaś.
Skrzywiła się na pełne brzmienie swojego imienia. Klara dobrze wiedziała, że nie znosi, kiedy ktoś zwracał się do niej w ten sposób. Cóż, może faktycznie sobie zasłużyła.
- Umówiłyśmy się w bibliotece, pamiętasz? Miałyśmy robić projekt na PIŚ.
Podstawy identyfikacji śladów. No tak, profesor Asteria zadała im grupowe opracowanie tematu, który miały przerabiać w przyszłym tygodniu.
- Przepraszam, naprawdę. - Zatrzasnęła pokrywę laptopa i wrzuciła go do torby, która stała oparta o biurko. A potem chwyciła smartfon, upewniając się, że nie ma tam nieodebranych połączeń, zanim spytała: - Nie mogłaś po prostu zadzwonić?
Aby dotrzeć z biblioteki do budynku akademika, trzeba było minąć cały kompleks wydziałów, a następnie przejść park uniwersytecki. Jeśli Klara już czekała na nią na miejscu, przejście tutaj zajęło jej jakieś dziesięć minut.
Przyjaciółka wzruszyła ramionami i podniosła się z łóżka.
- Być może zostawiłam w pokoju telefon. - Wyszczerzyła usta w szerokim uśmiechu, przy którym marszczyła się zawsze tak mocno, że ledwo było widać jej oczy.
Fili prychnęła i również wstała, ku niezadowoleniu Mantry, która opuściła jej kolana z głośnym sykiem. Dziewczyna zgarnęła z podłogi torbę i zarzuciła ją na ramię. Miło, że czasem dla odmiany nie tylko ona bywała tą roztrzepaną i zapominalską. Chociaż dla Klary zapomnienie o czymkolwiek, a zwłaszcza o telefonie, było czymś nowym.
Klara ruszyła sprężystym krokiem w stronę łazienki, która oddzielała ich pokoje. Fili omiotła spojrzeniem swój pokój, upewniając się, że sama o niczym nie zapomniała. Po dłuższym zastanowieniu chwyciła jeden z leżących na biurku zeszytów i wrzuciła go do torby.
- Chodź, Moris - mruknęła do czarnego kocura, który, zanim jeszcze wypowiedziała te słowa, zaczął zeskakiwać z parapetu. Przy okazji strącił ogonem na wpół zaschniętego kaktusa, którego dostała kiedyś w prezencie. Kot, nie obejrzawszy się na bałagan, który zrobił, przeparadował z wysoko uniesioną głową przez cały pokój i stanął pod drzwiami, głośno miaucząc.
Fili westchnęła głęboko i opuściła z nim swoje skromne cztery ściany, obiecując sobie, że zrobi porządek, jak tylko wróci.
***
Wyszły z akademika i ruszyły północną ścieżką, mijając identycznie wyglądające, szare bryły Wydziału Medium oraz Wydziału Śledczego, a następnie wyróżniający się żółtą elewacją budynek Wydziału Medycznego. Ścieżki prawie w całości były przykryte złotopomarańczowymi liśćmi, a w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach wilgotnej ziemi. Tego dnia wyjątkowo na niebie nie było ani jednej chmury. Jednak nawet świecące z pełną mocą jesienne słońce nie było w stanie zniwelować chłodu, który oddawała ziemia, i powietrza przesiąkniętego deszczem, który padał nieustannie przez ostatnie dni. Fili owinęła się szczelniej płaszczem, ciesząc się, że nie dała się zwieść zawieszonemu nisko słońcu i założyła na siebie ciepły, wełniany sweter.
Budynek biblioteki zdecydowanie wyróżniał się spośród innych na kampusie i pasował do reszty jak pięść do nosa. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to dwie strzeliste wieże zwieńczone ozdobnymi iglicami. Połączenie między nimi stanowiła kwadratowa, wysoka bryła wykonana z szarego kamienia, na której znajdowały się wąskie okna ozdobione maswerkami. Od frontu cały budynek wpisywał się w styl neogotycki, wystarczyło jednak obejść go od boku, by zobaczyć, że cały efekt psuje doczepiona do frontowej ściany nowoczesna dobudówka - prostokątna, dwupiętrowa i cała w szkle.
Weszły przez ogromne, łukowe drzwi i znalazły się w krótkim korytarzu, który prowadził do głównej części budynku. Mimo wpadających przez wielkie okna promieni słońca w środku panował przyjemny chłód - szkło było od wewnątrz przydymione, pochłaniając większość światła. Pomieszczenie było ogromne i wysokie. Cztery rzędy regałów, znajdujące się na samym środku, sięgały sufitu i w całości wypełnione były książkami.
Filomena podniosła głowę, podążając wzrokiem wzdłuż regału i czując, że kręci jej się w głowie. Była tu już tyle razy, a to miejsce wciąż robiło na niej wrażenie.
Usiadły przy jednym z wielu wolnych stolików, które wypełniały przestrzeń wokół regałów, i wyjęły swoje laptopy. O tej godzinie nie było jeszcze wielu studentów, ale zbliżało się sobotnie południe i wkrótce zapewne sytuacja ulegnie zmianie.
Kiedy odnalazły potrzebne pozycje, Klara wyciągnęła rękę i wycelowała w stronę regałów, mrużąc oczy. Po chwili z samej góry wyleciała jedna z opasłych książek w żółtej oprawie i poszybowała w dół, zwalniając dopiero przed ręką wiedźmy, by wylądować lekko niczym piórko na blacie przed nią. W tym czasie Filomena odpaliła swojego laptopa i już miała wejść na stronę wydziału, by zalogować się do systemu, kiedy jej uwagę przykuło powiadomienie wyświetlane w prawym dolnym rogu.
- Zaginęła kolejna wiedźma - rzuciła z przejęciem, otwierając stronę i przeskakując wzrokiem po kolejnych zdaniach.
Klara nachyliła się nad jej ramieniem, by również przeczytać artykuł.
Na przestrzeni ostatniego miesiąca w miasteczku doszło do trzech tego typu zaginięć. Schemat był mniej więcej ten sam - wiedźmy znikały podczas swoich codziennych rutyn. Wracały z pracy drogą, którą pokonywały tysiące razy, albo z wieczornego spotkania czy z zakupów. Ślad po nich znikał, świadków brak, a sprawy nie ułatwiał fakt, że czasem nie udało się nawet ustalić dokładnego miejsca zaginięcia.
Kiedy dziewczyna przeczytała ostatnie zdanie, poczuła, że robi jej się słabo, a żołądek boleśnie się zaciska.
- Znaleźli jej chowańca. - Zerknęła na Klarę, która chyba też dotarła do tej informacji, bo jej twarz zrobiła się biała niczym kreda. - Ktoś... go zabił.
- Na czarcie kotły... kto mógł zrobić coś takiego!? - Klara opadła na oparcie krzesła, kręcąc z niedowierzaniem głową.
Zabicie chowańca wiedźmy było niewyobrażalną zbrodnią. Dla tych, które wytworzyły więź, utrata go była niewysłowienie bolesna. Znane były przypadki wiedźm, które po takiej stracie popadały w obłęd.
Dokończyły projekt, ale humor tego dnia je opuścił. Filomena pożegnała się z przyjaciółką, a sama wróciła do akademika, by przebrać się i przygotować do pracy.
Filomena całkiem lubiła pracę w kawiarni. Po pierwsze, znajdowała się ona relatywnie blisko kampusu - wystarczyło wyjść z jego terenu i przejść dwie przecznice przylegającego do niego miasteczka. A po drugie, współpracownicy byli dość luźni i wyrozumiali, by wybaczyć jej każdorazowe spóźnianie się na poranne, weekendowe zmiany. Co nie oznaczało, że właścicielka lokalu, Elmira Rynkowska, nie kręciła głową z niedowierzaniem, kiedy kolejny raz wparowała na zaplecze i zaczęła w pośpiechu przebierać się ze swoich ubrań w czarną spódniczkę i T-shirt z logiem Czarciego Pazura.
- Spokojnie, bo nogi pogubisz - skomentowała kobieta, przyglądając się jej próbom włożenia koszulki, którą oczywiście za pierwszym razem założyła na lewą stronę.
Elmira dobiegała czterdziestki i była niską, dość pulchną kobietą o sympatycznej twarzy i nieco zadartym nosie, który dodawał jej uroku. Filomena nie widziała, by właścicielka kawiarni ubrała się w coś innego niż czerń. Nawet jej paznokcie zawsze były pomalowane na ten kolor. Mimo to stworzyła ona miejsce bardzo przytulne i magiczne, w którym dominowały barwy natury, a w powietrzu unosił się przyjemny zapach bergamotki i drzewa sandałowego.
Filomena przejrzała się w lustrze, próbując ujarzmić swoje rude loki, które przez panującą w powietrzu wilgoć podwoiły swoją objętość.
- Dzisiaj jest Maja? - dopytała Elmirę.
- Tak. Przynajmniej jedna z was przychodzi na czas. - Elmira próbowała brzmieć groźnie, ale efekt psuł figlarny błysk w oku. Mimo to Filomenie zrobiło się trochę głupio.
- Mogę dzisiaj zamknąć sama w ramach zadośćuczynienia.
- Ja dzisiaj mam randkę z papierologią, więc, znając życie, będę siedziała tu najdłużej. - Elmira prychnęła rozbawiona, machając w powietrzu plikiem faktur na potwierdzenie swoich słów.
Dziewczyna skinęła głową i wyszła z zaplecza, rozglądając się. W niewielkim lokalu prawie dwie trzecie stolików było zajęte. Pomiędzy nimi, z tacą pełną talerzyków i kubków, przeciskała się wysoka blondynka - Maja Gieroni.
- Dzięki. I sorry. - Filomena podeszła do niej, pomagając kelnerce zbierać puste naczynia z jednego ze stolików.
Maja wzruszyła ramionami.
- Luz. Jak dotąd dużo się nie działo. - Mrugnęła do niej, uśmiechając się promieniście.
- Tamta parka zamówiła cappuccino dyniowe i niebo w gębie, przejmiesz ich? - Maja wskazała dwójkę ludzi siedzących w rogu kawiarni.
Filomena skinęła głową i poszła za bar przygotowywać kawę.
Godzinę później kawiarnia prawie w całości wypełniona była ludźmi. Gwar rozmów i cicha melancholijna muzyka niosły się po pomieszczeniu; na wielkich poduchach ułożonych na parapetach i w każdym kącie leżały koty wszelkiej maści i rozmiarów. Większość klienteli stanowiły wiedźmy, ale było od tej reguły parę wyjątków. Owszem, kawiarnia prowadzona była przez wiedźmę i z założenia była miejscem przeznaczonym dla czarownic, ale nie było formalnie żadnego zakazu, by przychodzili tam zwykli ludzie albo i wiedźmacy.
Zbierała właśnie zamówienie od dwóch wiedźm, które kojarzyła z korytarzy swojej uczelni, kiedy drzwi kawiarni otworzyły się, a do środka wdarł się chłód jesiennego wieczoru. Filomena mimowolnie odwróciła się, by spojrzeć na nowo przybyłych.
Pierwsza przez próg przeszła wysoka, około trzydziestoletnia brunetka, rozglądając się uważnie, jakby spodziewała się kogoś tam wypatrzeć. Miała trójkątną twarz z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, a pełne usta podkreślone krwistoczerwoną szminką. Była tego typu kobietą, która zdecydowanie przyciągała uwagę mężczyzn. Zza jej beżowego płaszcza wychylił się biały, puszysty kot, a następnie ruszył krok w krok za swoją wiedźmą w głąb kawiarni. Wtedy wzrok Filomeny padł na postać mężczyzny, który wszedł zaraz za kobietą. Był wyższy od swojej towarzyszki o głowę, co samo w sobie stanowiło nie lada wyczyn. Twarz o szerokiej szczęce okalały ciemne włosy, odrobinę, jak na gust Filomeny, za długie. Nawet spod skórzanej kurtki mogła dostrzec, że mężczyzna miał wysportowane ciało, z szerokimi ramionami i mocno zarysowanymi mięśniami brzucha, które uwidoczniły się, kiedy poły jego kurtki rozsunęły się na moment...
Filomena przeklęła odrobinę za głośno, kiedy trzymana przez nią taca przechyliła się, a znajdujące się na niej filiżanki z łoskotem zleciały na podłogę.
Na czarcie kotły, pomyślała Filomena, schylając się, by zebrać z ziemi okruchy filiżanki. Ogarnij się, kobieto. Scena jak z taniego romansidła, trzeba było jeszcze wylać zawartość na tego faceta. Wyciągnęła przed siebie dłoń, przyciągając pozostałości ceramiki i przekierowując je na tacę. W chwili, kiedy zaczęła się podnosić z kolan, usłyszała nad sobą chrząknięcie i o mało znów nie upuściła tacy z rąk.
- Można z właścicielką? - Usłyszała nad sobą męski głos i dobrze wiedziała, kogo ujrzy przed sobą.
Podniosła powoli wzrok, napotykając na swojej drodze niesamowicie intensywne, stalowe tęczówki. Były niczym niebo na chwilę przed uderzeniem burzy, ciemnoszare, z domieszką granatu. Kiedy zorientowała się, że wpatruje się w nie trochę za długo, a mężczyzna wciąż wyczekuje odpowiedzi, odchrząknęła nerwowo.
- T-tak - zająknęła się, po czym, kiedy udało jej się odzyskać rezon, zapytała już pewniejszym głosem: - A w jakiej sprawie?
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Zamiast tego sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej kurtki i wyciągnął z niej legitymację. Nie musiała przyglądać się uważniej, by od razu zrozumieć, z kim ma do czynienia. Policyjny Departament Spraw Nadprzyrodzonych. Z pewnością był też wiedziodmieńcem, czy jak zwykło się potocznie mówić - wiedźmakiem. Filomena mogła wyczuć to w jego aurze. Dodatkowo, niewielu zwykłych mężczyzn czułoby się tak komfortowo w miejscu wypełnionym wiedźmami, z których każda mogła w ułamku sekundy rzucić klątwę bądź zły urok. Wiedźmacy, którzy sami nie mieli żadnych nadprzyrodzonych mocy, byli odporni na tego rodzaju magię. Kiedy wiedźma rodziła córkę, ta zawsze dziedziczyła po niej zdolności magiczne. W przypadku synów każdy z nich zostawał wiedziodmieńcem. Dzięki ich immunitetowi większość z nich trafiała właśnie do DSN-u, gdzie tropili zbuntowane czarownice używające zakazanych czarów, a także prowadzili inne śledztwa, w których w jakimkolwiek stopniu uwikłana była magia.
Kusiło ją, by poznać imię mężczyzny, i próbowała skupić wzrok na tyle, by odczytać interesujące ją informacje. Zanim jej się to jednak udało, policjant szybkim ruchem zamknął legitymację i schował ją w kieszeni.
- O co konkretnie chodzi? - dopytała.
Mężczyzna spojrzał na nią tak chłodno, że zmroziło jej krew w żyłach.
- Nie pani sprawa - warknął, odwracając się i nie kwapiąc się nawet, by na nią spojrzeć. - Proszę zawołać właścicielkę.
Co za buc, pomyślała Fili, naraz zmieniając zdanie o mężczyźnie. Zacisnęła palce na tacy, hamując się w ostatniej chwili, by nie powiedzieć swoich myśli na głos. Zamiast tego uśmiechnęła się uroczo i powiedziała do pleców odchodzącego:
- Proszę usiąść przy stoliku i poczekać. Zaraz ją zawołam.
Weszła na zaplecze i odnalazła Elmirę w tej samej pozie co wcześniej. Kobieta siedziała przy biurku w niewielkim pomieszczeniu wypełnionym gratami i stosami segregatorów.
- Przyszła dwójka śledczych z nadprzyrodzonego. Chcą z tobą rozmawiać.
- Hmm, dziwne. - Elmira podniosła na chwilę wzrok znad papierów i pokiwała głową z roztargnieniem. - Zaproponuj im jakąś herbatę. Zaraz przyjdę.
Fili westchnęła przeciągle, wychodząc z pokoju Elmiry i zerkając w stronę siedzącej w kącie dwójki policjantów. Przygryzła wargę i podeszła do nich.
- Pani Elmira zaraz przyjdzie. Może napiją się państwo w międzyczasie kawy?
Czarownica spojrzała na nią, przekręcając głowę.
- Jasne. Dwie czarne.
- Na pewno? Mamy przepyszną dyniową latte albo naszą specjalność, cappuccino z płatkami czekolady i ptasim mleczkiem...
Mężczyzna podniósł wzrok i przeszył ją takim spojrzeniem, że automatycznie umilkła.
- Dwie czarne, bez cukru i bez mleka.
Jego ton był ostry, nieprzyjemny. Filomena wyczuwała w nim również jakieś poczucie wyższości, które spowodowało, że prysnął cały urok. Zacisnęła usta w wąską kreskę i pokiwała tylko głową. W środku poczuła, jakby rozpalił się w niej ogień, który powoli dochodził do newralgicznych miejsc, gotów rozhajcować się na dobre... Odwróciła się gwałtownie, by nie wybuchnąć i nie zwyzywać mężczyzny.
Mężczyzna nie kwapił się nawet, by na nią spojrzeć. Zaciskając szczękę, wpatrywał się w szybę okna, na której deszcz malował szare smugi, tworząc z rzeczywistości za nią ponurą mozaikę.
***
Kawiarnia Czarci Pazur została tego dnia zamknięta parę godzin przed czasem, po raz pierwszy od początku swojego istnienia.
Ostatnią zaginioną wiedźmą, o której Fili czytała wraz z Klarą w bibliotece tego samego dnia, okazała się Regina Talewska, jedna z kelnerek kawiarni. Policjanci przepytywali Elmirę oraz Maję. Fili, która pracowała głównie weekendami, spotkała Reginę może ze dwa razy, kiedy zdarzyło jej się w drodze wyjątku przyjść na popołudniową zmianę w środku tygodnia. Ledwo z nią wtedy rozmawiała. Dlatego też ci z DSN-u puścili ją wolno - nie miała żadnych istotnych informacji o zaginionej.
Fili w drodze do akademika czuła się przerażona i przygnębiona. Do tej pory ginęły nieznane jej osoby, więc miała poczucie, że to wszystko jest odległe i nierzeczywiste niczym akcja oglądanych przez nią seriali kryminalnych. Nie spodziewała się, że kolejna zaginiona wiedźma będzie z jej kręgu. W głowie dziewczyny krążyły setki pytań, które wzmagały rosnący w niej niepokój. Jak sprawca wybierał swoje ofiary? Czy przychodził do kawiarni i godzinami ślęczał w niej, obserwując pracującą tam Reginę? A może Regina miała po prostu pecha i równie dobrze mogła to być zmiana Mai albo jej samej? Wtedy to ona byłaby teraz poszukiwana.