Śladami przodków i miłości - Katia Wolska

-
Proszę czekać

Część IPradziadek Vadim

Katia Shadow w skupieniu prowadziła żółtego volkswagena garbuska. Jechała szybko, pustą szosą E77, podążając w kierunku morza i Mierzei Wiślanej. W ciszy rozmyślała o swoim zwariowanym życiu. Wskazówka prędkościomierza podnosiła się posłusznie, jakby połączona ze stopą Katii, a drzewa tylko śmigały za oknami auta. Niejeden spokojny i poprawny kierowca, który ujrzałby ją teraz: ładną, smagłą kobietę z lekko skośnymi oczami i szopą ciemnych loków nad przepaską z daszkiem, przekraczającą wszelkie ograniczenia prędkości, uznałby słusznie, że ma do czynienia z piratką drogową.

"Nie przesadzajmy - odrzekłaby, przekręcając daszek na tył głowy, bo tak czuła się bardziej łobuzersko. - Ruchu nie ma o tej porze, świt, dopiero szósta. Kiedy poczuć tę prędkość, jak nie teraz? Tylko to słońce za oknem, coraz większe, a upał człowieka rozleniwia".

Katia nie chciała pozwolić sobie na lenistwo, spieszyła się, zawsze się spieszyła. Nie bała się szybkości, dużo jeździła po kraju, bo jako pisarka zajmująca się historiami rodzinnymi szukała ciekawych opowieści. Zbierała wszystkie, jakie tylko starsi ludzie z wsi i miasteczek chcieli jej przekazać. Zaglądała do nieprawdopodobnych dziur na wschodzie kraju, znajdowała stuletnich staruchów, którzy pamiętali strzechy i klepiska, tak różnych od potomków pańskich rodzin, którzy z kolei nigdy nie zapomnieli o swoich dworach z kolumnami, kryształowych żyrandolach i srebrnych zastawach. Identyczni w namiętnościach: ci, co jadali z jednej, wyszczerbionej miski, i ci, co z porcelanowej zastawy.

"To niesamowite, ile jest nieopowiedzianych jeszcze historii, ile dramatów i szczęśliwych zakończeń czeka na zapisanie... na swoje pięć minut - jak mawiała - na to, żeby nie zniknąć z pamięci razem ze starzejącym się pokoleniem. A czy gada dziad, czy pan, wszystko to opowieści o miłości i o przemijaniu - rozmyślała dalej filozoficznie, rozpędzając się mocno za Elblągiem. - No i nie ma nic gorszego jak odrzucona miłość!".

Łyknęła Mazowszanki i skupiła się jeszcze bardziej, tutaj ruch był nieco większy. Auto było jej pasją, a jedno z wciąż niespełnionych marzeń to start w poważnym rajdzie samochodowym, nadwiślańskim albo nawet międzynarodowym. Kiedyś się ziści!

Drugą pasją Katii była psychologia. Wśród nurtów interpretujących ludzkie życie, czyny i myśli, teoriach Lancana i Rosenberga, czuła się jak ryba w wodzie, chociaż nie studiowała nigdy psychologii, tylko dziennikarstwo. Poświęciła się pisaniu, ale poważnie zastanawiała się nad podyplomowymi studiami psychoterapii systemowej. Szczególnie interesował ją wpływ przeszłości rodziny na ludzki los. Badała teorie mniej i bardziej naukowe, pisała o zależnościach między starymi krzywdami, czynami przodków a problemami potomków. Czy możliwe, że wnuk zaginionego sto lat temu dziadka jest włóczykijem i nie potrafi znaleźć swojego miejsca na ziemi? Siostrzenica porzuconej babki nie umie kochać? Tak, rodzina to system, jakże by nie, pamięć genetyczna działa! Jeśli sprawy przodków nie zostały uporządkowane, to potomkowie nie znajdą spokoju w swoim życiu. Przypadki, które opisywała, zdawały się potwierdzać te hipotezy. Stare długi, zbrodnie i tęsknoty, świństewka, ba, namiętności - dziedziczy się je, dziedziczy się jak geny! Dotyczyło to także jej. Pewnie pogmatwane dzieje prababki sprawiły, że ona sama była, jaka była: nieprzeciętna, narwana i trochę nawiedzona, żyjąca w ciągłym pośpiechu, namiętna i impulsywna. Katia Shadow tak naprawdę nazywała się zupełnie inaczej, a pseudonimem posługiwała się tylko w celach pisarskich. Lubiła myśleć, że jak cień pojawia się i znika w życiu ludzi, sama ulotna, utrwala ich wspomnienia. Katia Shadow, zawsze jakaś inna, niepodobna do reszty, w szkole, na studiach, w wydawnictwie, w którym wytrzymała dwa lata, bo stanowisko za biurkiem było dla niej zbyt statyczne i nużące. Miała pewien niespotykany dar, ale rzadko się do niego przyznawała. Sny i przeczucia związane z miejscami dziwnie się jej sprawdzały. Intuicja dotycząca ludzi, umiejętności dedukcji, te wzięte do kupy rzadko spotykane przymioty młodej kobiety powodowały, że była skuteczna. Kilka razy poproszono ją o udział w śledztwie i dzięki skupieniu, przeczuciu, męczącym snom pomogła odnaleźć zaginioną kobietę chorą na Alzheimera. Innym razem odnalazła skradzione auto. Miała też w swojej karierze wskazanie ukrytych zwłok porwanego dziecka. Nie bez powodu otrzymała taki dar od losu, który po kimś pewnie odziedziczyła. Może szamani plątali się wśród jej przodków? Otóż nie wiadomo. I o to chodzi, sekrety i niedopowiedzenia, grzech, to mógł być powód jej życiowych potknięć i problemów. Tym razem musiała rozwikłać historię własnej rodziny związaną z początkiem wieku i kurortem na Mierzei. Miała wiele pretensji i pytań do przeszłości, wyruszyła więc nad morze, by znaleźć odpowiedzi. Zawsze dziwiło ją, że jest tak niepodobna do reszty rodziny: różowoskórych ciotek i ich puciatych dzieci, obdarzonych, jak należy w naszym kraju, niebieskimi oczami i jasnymi włosami. Katia miała oczy jak migdały, skośne i niemal czarne, brwi jak Kurcewiczówna, czyli według słów mistrza Henryka: "niby skrzydła jaskółki w locie". Cerę ciemną, oliwkową, i nieujarzmione spirale czarnych włosów. I równie nieujarzmiony temperament, który powodował ataki nieokreślonego smutku w duszy, albo przeciwnie, pasji. Czasem zamykała się w łazience, żeby nikt nie widział, jak ze złości gryzie ręcznik. Po kim to tak? Dlaczego właśnie ona? Czy ma to jakiś cel, wpływ na życie? Tego lipcowego, niedzielnego poranka mknęła w kierunku Bałtyku po odpowiedzi, bo tym razem tropiła tajemnicę własnego pochodzenia. Nie bez lęku. Przyjemnie było grzebać się w przeszłości obcych ludzi, co innego, gdy człowiekowi objawia się nagle nieznany, tajemniczy przodek, o którym rodzinka nigdy ani mruknęła. Katia miała już trzydzieści dwa lata i nic nie wiedziała o zaginionym pradziadku, chociaż podejrzewała istnienie jakichś sensacji w przeszłości. Podsłuchała raz czy dwa matkę i babkę, ich urywane rozmowy. "Nic takiego, daj spokój" - mówiły wtedy, "jesteśmy nudną polską rodziną". A jednak była jakaś tajemnica, coś, co ukrywano przed Katią latami. I pewnie ten niewyjaśniony wątek tak działał: nie udała się jej pierwsza miłość, i druga też nie, a trzecia była najgorsza. Katia w ogóle nie miała szczęścia w miłości, zawsze w jej związek wkradała się zdrada. Teorie, które znała, głosiły, że mogło to być dziedzictwo, odrzucona miłość, krzywda, brak przebaczenia. Rodzice Katii wiedli spokojne życie, dziadkowie raczej też. Pradziadkowie mieli ciekawiej, bo ich losy przypadały na czas wojny i zawieruchy. Czasy niby bardziej nobliwe, a jednak krew nie woda, a seksu nie wymyślili współcześni. Kto by pomyślał, że w czystych dziejach takiej uczciwej rodziny bruździł stary skandal. Oto przed prawie stu laty, nad pięknym, modrym, ale zimnym Bałtykiem, została poczęta dziewczynka, owoc miłości letniego sezonu tysiąc dziewięćset dziewiętnaście. Dokładnie w Krynicy Morskiej, kurorcie znanym Katii od dziecka. Dawniej miejscowość oczywiście nosiła niemiecką nazwę: Kahlsberg-Liep. W owym Kahlsberg-Liep, pełnym słońca, pensjonatów i dam w kapeluszach, młoda mężatka Róża zakochała się w interesującym letniku. Dzieckiem tej zakazanej miłości była babcia Katii, Karolina, potulna, wesoła babcia, mistrzyni pączków i pierników. Katia nie wiedziała o tym wcześniej i może nie dowiedziałaby się, gdyby nie to, że postanowiła w tym roku wyjść za mąż. Wybranek jej, Piotr, dziennikarz sportowy i partner od roku, od dawna przebąkiwał, że już czas, dwa mieszkania, po co? Nadeszło lato decyzji, może cichy ślub jesienią? Powiedziała: tak. Może na Stadionie Narodowym? Wariat sportowy! Powiedziała: nie, bo wymyśliła sobie zupełnie inną uroczystość, nastrojową, w Kazimierzu nad Wisłą. Kiedy zwierzyła się swojej matce, ta usiadła przy niej zamyślona i wyznała starą rodzinną tajemnicę. Pani Beata, jasnowłosa stomatolożka, nieco chyba zawstydzona, opowiedziała cicho swojej szalonej, niepodobnej do nikogo córce, historię splątaną z wojną, namiętnościami i być może charakterem i wyglądem samej Katii. Starą opowieść zakotwiczoną tutaj na Wybrzeżu i jeszcze dalej - na dalekim Polesiu.

- Piszesz, córciu, o innych ludziach - powiedziała matka - a nie wiesz, że w naszej rodzinie też był skandal. Twoja babcia, a moja mama Karolina była dzieckiem pozamałżeńskim. To były lata dwudzieste, początek zaledwie drugiego dziesięciolecia, zwariowane czasy... Moja babka Róża, już wówczas żona dziadka Edzia Doroszewskiego, spędzała wczasy nad morzem. Niezłe ziółko z niej było, została królową balu Neptuna, łamała serca i zapewne bawiła się znakomicie. Musiała być piękna, skoro rozkochała w sobie pół turnusu... w tym jakiegoś cudzoziemskiego oficera z Kresów Wschodnich. Mówiono, że z Polesia, ale kto to wie. Miłość była wzajemna. Chyba za młoda była babcia na małżeństwo, pstro w głowie... Źle to się skończyło, kochanie, ciążą, wstydem, oszukiwaniem przez lata. Dziadek Edward nie dopuścił do nagłośnienia skandalu, wyjechali, całe życie udawał, że nie wie, iż nie swoją córkę naprawdę wychowuje. Albo i nie znał prawdy, bo co mu babka powiedziała, tego ja nie wiem. Mogę przypuszczać tylko, że uwierzył jej we wszystko, bo chciał wierzyć. Chyba ów człowiek, jej ko... - tu się pani Beata zająknęła - kochanek, Vadim, tak miał na imię, naprawdę babcię Różę kochał, bo szukał jej, chciał podobno zapisać swojej córce majątek i zapewnić przyszłość. Róża nie chciała, znikła mu z oczu. Honorem się uniosła? A może sama uwierzyła w swoje kłamstwa i chciała spokojnie żyć z mężem w nowo narodzonej Polsce? W każdym razie powiedziała nie. No i musiał ten cały Vadim gdzieś zginąć podczas drugiej wojny, bo ostatni raz babka widziała go w trzydziestym ósmym roku w Berlinie. Babcia Róża uspokoiła się, przeżyła całe swoje życie z dziadkiem i miała jeszcze dwoje dzieci. Lepiej, żebyś o tym wiedziała, zanim wyjdziesz za mąż... Masz gdzieś w świecie grób nieznanego pradziadka, całe życie chciałam go odnaleźć, ale nigdy się na to nie zdobyłam. Nie był Polakiem, prędzej Rosjaninem, miał też niemieckie koneksje, nazwisko na to wskazywało. Nie wiem, jakie dokładnie, bo babcia nie chciała mówić. Vadim. Przed wojną kupił dom w Krynicy Morskiej. A może w ogóle był cudzoziemcem z misji zagranicznej osadzonej tam po dwudziestym roku, jak słynny Carton de Wiart? Raczej jednak wschodni typ, interesowałam się kiedyś Poleszukami, smutek w kochaniu, szaleństwo w walce... Znasz to: "Polesia czar to smętny wichrów jęk...". Pewnie stąd twoja dziwna uroda i ten nieznośny, zmienny charakter, może dlatego nie układały ci się do tej pory sprawy z mężczyznami...

- Oho, no to koniec z nieudanymi związkami! - powiedziała do siebie Katia głośno, zerkając zza kierownicy na mijane budynki i drzewa. Jeszcze przyspieszyła. Mknęły teraz, zlewały się w masę. - Koniec. W sierpniu wychodzę za mąż, za Piotra, najprzystojniejszego i najbardziej seksownego sąsiada na całym naszym mokotowskim blokowisku. Zamierzam żyć długo i szczęśliwie, mieć dzieci... o dziecku pomyślała z nagłą tęsknotą - tak, będę mieć dzieci, czy się mój pradziadek Vadim, a raczej jego grób, odnajdzie, czy nie!

*

W lusterku wstecznym ujrzała nadciągające z oddali auto. Nadjeżdżająca kuropatwa rosła w oczach: czarny jeep, już dawał kierunkowskazem znaki, już nabierał pędu, już zamierzał lekceważąco wyprzedzić mały jak żółta pchła samochód Katii. Nagle w jej duszy zbudziła się ponura ambicja i urażona duma. Przyspieszyła. Nie będzie mnie wyprzedzać jakiś czarny, cholerny jeep, nie ma mowy. Nacisnęła jeszcze mocniej pedał gazu. Wskazówka szybkościomierza przekroczyła sto trzydzieści kilometrów na godzinę i dzielnie sunęła dalej. Katia, mimo wrodzonej odwagi i miłości do rajdów, rzadko jeździła aż tak szybko. Uważała się za świetnego kierowcę, ale poczuła gulę w gardle, a przy tym uderzenie adrenaliny, tę niebezpieczną przyjemność, mrowienie w dole brzucha.

- Podobne do seksu - roześmiała się do siebie i jeszcze przycisnęła. Zdziwiony wyścigiem kierowca jeepa przyhamował, widocznie nieprzyzwyczajony do niepokornych małych garbusów. Przez chwilę jego jeep zmniejszył się w lusterku do kropki. Katia pędziła jak szalona, szybciej i szybciej. Jeep, jakby po namyśle, podjął wyzwanie, znów zaczął zwiększać się, jak dziwny owad, potem ptak, wreszcie wyraźne auto. Był już na tyle blisko, że zobaczyła kierowcę - mężczyzna, ciemnowłosy, w ciemnych okularach przeciwsłonecznych, lekko zarośnięty, zdumiony, ale zainteresowany. Ciekawy i pewny siebie. Uśmiechnął się?

"Wal się! - pomyślała Katia. - Trzydniowy zarost, już niemodne! Tom Cruise na polskich drogach się znalazł". Przycisnęła pedał jeszcze trochę, ale poczuła, że gniecie swojego garbuska ponad jego możliwości i siły mechaniczne. "Ojciec by mnie za to zabił" - przypomniała sobie swoje obietnice rozważnej jazdy. Piotrowi też obiecywała nie szaleć za kierownicą. "Oj tam, nie ma ich tutaj, no nie?" - pocieszyła się szybko. Poczucie wyścigu, rywalizacji było wspaniałe. Nie da się wyprzedzić! Pragnienie zwycięstwa przyćmiło rozsądek. Bezczelnie zajechała mu lewy pas, omal nie wjeżdżając pod maskę. Wściekły teraz, ale czujny, zahamował błyskawicznie. "Brawo za refleks" - pomyślała. Jakiś czas jechał za nią, dawał uparcie znaki światłami, zajeżdżał niemal na bagażnik, no i był szybszy. Zirytowała się - niestety, był szybszy! Miał mocniejszy wóz. Nie myślała już o pradziadku, o ojcu ani narzeczonym, mknęła. Kierowca w jeepie też nie chciał ustąpić, nagle gwałtownie zmienił pas i jakby z całą mocą potężnej maszyny i jej przyspieszenia wyprzedził Katię z piskiem opon z prawej strony. Posłał jej triumfujący uśmiech, kiedy obróciła ku niemu zagniewaną twarz. Przez te okulary nie mogła zobaczyć oczu. Źle - Katia rozpoznawała ludzi po oczach. Uśmiech miał ładny, przez ten lekki zarost i błysk białych zębów wręcz urokliwy, ale wydało się jej, że kpiący. Pokonana, przyhamowała, zjechała na prawy pas i zapaliła papierosa. Jeep z przodu stał się malutki, zniknął.

Katia zaklęła brzydko, nie lubiła przegrywać. Postanowiła jednak uspokoić się i jechać teraz wolniej. Przejechała tak kilka kilometrów i tuż przed krzyżówką w Nowym Dworze Gdańskim, gdzie miała skręcić na Mierzeję, znów go zobaczyła. "Ki czort, on czy nie on?" - pomyślała. On. Dobrze rozpoznała. Nie czort, tylko jeep, na poboczu i oparty o niego mężczyzna, który wyraźnie na nią czekał. Średniego wzrostu, ale mocny, zgrabny, rzeczywiście trochę w typie Cruise'a. Palił fajkę, a okulary podniósł nad czoło. Zdążyła zauważyć ładne, jasne, niebieskie oczy, ciekawa rzecz przy tak ciemnych włosach i zaroście. Ale fajka? Tylko snobujący się palanci palą fajki. Ujrzawszy jej żółciaka zamachał, jakby łapał stopa. Nie zatrzymała się, pokazała mu środkowy palec i skręciła na Mierzeję. Chyba się rozgniewał, bo szybko wskoczył do auta, i po chwili na wąskiej drodze za miastem miała go już na ogonie. Jechał na Mierzeję tak jak ona, czy specjalnie zmienił kurs? Gonił ją! Uśmiechnęła się z satysfakcją. Teraz miała okazję zobaczyć jego bystre spojrzenie, miękkie, włosy szatyna, zaczesane do góry, czoło inteligentne... ha, lubiła takie, może warto było się zatrzymać? Kiedy był tak blisko, widziała całkiem przyjemną twarz, skupioną teraz, z grymasem złości i rywalizacji, dobrze jej znanym. Chce znowu wygrać. Dał znak wyprzedzania. "Okay, wal się - powtórzyła cicho - nie będę tutaj się ścigać, to nie dwupasmówka". Odsunęła się lekko na pobocze, facet dodał gazu, wyprzedził ją, zniknął za zakrętem, po czym, po chwili, omal na niego nie wjechała. Zatarasował drogę, ustawiając jeepa w poprzek zwężenia, i wyskoczył z samochodu. Ona, po hamowaniu z piskiem opon, też gwałtownie wyszła z auta i trzasnęła drzwiami. Niewysoka, czupurna, sięgająca mu do ucha, mała, ale zagniewana. Ze złości ściągnęła z czoła przepaskę i cisnęła ją na maskę jeppa.

- Oszalała pani? Co to ma być? - krzyknął. - Kto tak jeździ?

- Ja - powiedziała Katia, unosząc dumnie głowę i odrzucając włosy na plecy - obawiam się, że to jednak pan zapłaciłby teraz mandat, no nie? - pokazała na jeepa. - Czemu pan się ścigał?

- Przegrała pani!

Katia wzruszyła ramionami. Miał niepoprawne, brzmiące z niemiecka r. Cudzoziemiec czy wada wymowy?

- Nie grał pan uczciwie, mam słabsze auto...

- Może i racja - powiedział mężczyzna, pocierając nos nadgarstkiem. Chyba przez ten chłopięcy gest nagle ją wzruszył, nieoczekiwanie bardzo się jej spodobał.

- Ma pani odwagę. I duszę rajdowca! - Podniósł jej przepaskę i podał. - Poznajmy się. Jestem Paweł Grumeau. Piątka na zgodę, a może kawa w Stegnie?

- Jadę do Krynicy - powiedziała wciąż nieufnie Katia.

- Ja też - ucieszył się Paweł Grumeau - niesamowite! W takim razie jedźmy konwojem, a ja w Krynicy zapraszam na kawę, obiad, deser... co pani chce.

- Oho! - mruknęła Katia, niezadowolona. Więc nie skręcił specjalnie... "Też do Krynicy". "Khynicy, Khynicy". I chciał powiedzieć, że mam jaja, a nie odwagę! Goguś, gładysz, tak takich nazywała.

- Dobrze - powiedziała wyniośle. - Ale ja jadę pierwsza, zjeżdżaj pan z drogi.

- Okay, okay, przypomnę: Paweł. A jak pani na imię?

Wahała się chwilę.

- Katia. Katia Shadow.

"Wariatka - pomyślał Paweł. - Kto tak się nazywa? Schatten? Cień?". Błysnął białymi zębami w uśmiechu.

- Okay - powtórzył - niech będzie Katia Shadow.

A Katia dodała:

- I muszę zajechać na stację benzynową. Proszę więc jechać swoim tempem. Niech pan już rusza.

- Do usług! - rzucił Paweł już zza szyby jeepa. - A jak znajdziemy się w Krynicy? Mam panią śledzić?

- Mów mi Katia. - Uśmiechnęła się po raz pierwszy. - W Krynicy nie sposób się nie spotkać. Uśmiech jeszcze nigdy jej nie zawiódł. Paweł Grumeau powinien teraz stać oniemiały i zauroczony, ale niestety, chyba nie dostrzegł tego, co wszyscy i zawsze - jak jej egzotyczna, trochę surowa twarz pięknieje i łagodnieje od uśmiechu. Uważnie zawracał, bo już stworzył się za nimi mały korek stęsknionych morza turystów. Początek lipca, niedziela, z okien samochodów wyglądały dziecięce buziaki i dmuchane, okropnie zielone gumowe krokodyle, a nawet jeden jazgotliwy, prawdziwy pies.

*

W Krynicy zajechała tam, gdzie zawsze w Krynicy - do pani Martuni, zaprzyjaźnionej z rodziną od lat. Martunia, gospodyni pensjonaciku Fala, tęga, dobroduszna i ponad miarę czysta: antyseptyczna od fartucha po każdy kąt pokoju, uściskała serdecznie Katię. Znała ją od pieluch, rodzice Katii, potem ona sama czy z przyjaciółmi, wszyscy tradycyjnie zajeżdżali za skrzypiącą, zieloną bramę Fali. Dom Martuni był nieco oddalony od samego miasta, trochę agroturystyczny, po podwórku plątały się kokosze, ule stały za domem aż trzy, ale za to, jak mawiała gospodyni - mamy własne jaja i miód, i własne warzywa, i sery prawie własne, bo od kuzynki z Kątów Rybackich.

"I za tę obecnie modną ekologię uczciwie pobieram wyższe opłaty" - dodawała niezmiennie. "Jakby mogły być tu jeszcze wyższe" - myślała ironicznie w duchu Katia. Za nic nie uraziłaby Martuni, która i tak liczyła jej jak rodzinie: tylko za noclegi, za posiłki ani złotego, a było co pojeść. Utonęła jeszcze raz w obfitych objęciach zaprzyjaźnionej gospodyni, z nosem w potężnym biuście Martuni i jej przepastnych ramionach. Kiedy się wydobyła, pospiesznie przekazała pozdrowienia, dary, bo oto od mamy, czyli pani Beatki, przywiozła obrus, od ojca koniaczek, proszę bardzo Napoleon, i ledwie złapała oddech, wystrzeliła:

- Tym razem, pani Marto, nie na leżaki przyjechałam i nie po cudze historie! Mama wszystko mi wreszcie wygadała. Vadim! Kto to był? Nie uwierzę, że pani nic nie wie!

Marta zamilkła, popatrzyła na Katię z czułością.

- Mało jest rzeczy, których nie wiem o Krynicy, dziecko - powiedziała zamyślona. - To w końcu pani Beatka ci powiedziała... Stara historia. Powiem, co wiem, ale poczekaj. Zawsze się spieszysz jak szalona!

- Tak jest, wicher, błyskawica to ja! - Katia potwierdziła chętnie i z uśmiechem. Szybkość była jej cechą wrodzoną, tak jak zmienność nastroju.

- Musisz po drodze odpocząć, zjeść coś i przywitać się z morzem. Wieczorem pogadamy. Ty się rozgość, kochana, pokój, twój ulubiony z tarasikiem na stronę Zalewu czeka.

- Oho! Żeby zadzwoniła pani Martusia do mojej matki? Ustalicie, co gadać, co nie?

- Nie, nie ... tego nie zrobię - obiecała Marta. - Zrobię w tym czasie co innego: pyszne pierogi z jagodami, bo akurat sezon, dobrze będzie, co? Na kolację!

To ostatnie przekonało Katię absolutnie, była wielbicielką pierogów Martusi, pękatych jak poduszki, pływających w słodkiej białej śmietanie. W pokoju rzuciła się plackiem na tapczan, ale tylko na chwilę. Zerknęła na czubki drzew za oknem, bo za domem ziemia mocno opadała w dół, zarośniętym lasem zboczem, odsłaniając widok na połyskliwą wodę Zalewu. Słońce zapraszało, należało przywitać się z morzem. Katia wrzuciła strój kąpielowy, sukienkę plażówkę w maki, wyciągnęła kapelusz i wybrała się na obchód miasteczka.

Każdy, kto był w Krynicy Morskiej czy w ogóle na Mierzei Wiślanej, skręcał w prawo z krzyżówki w Stegnie, by jechać w kierunku Piasków, wie, jak to wygląda. Kto nie był, musi wyobrazić sobie długi cypel ziemi otoczony z dwóch stron przez wody. Po lewej szumi modra Zatoka Gdańska, najcieplejszy kawałek morza na polskim Wybrzeżu, po prawej widnieje Zalew Wiślany, akwen dla odmiany słodkowodny, jak ogromne jezioro, szare, lub kiedy świeci słońce, błyskające zza drzew na błękitno. Po stronie morza, za sosnami ciągną się złote plaże z białym piaskiem, na tafli Zalewu bieleją żagle jachtów i suną promy do Fromborka. Poprzez położenie pomiędzy dwoma wielkimi zbiornikami wody Mierzeja szczyci się wyjątkowym mikroklimatem. Widoki też ma niespotykane: są takie miejsca, już przed miastem, gdzie zza szyb samochodów widać z jednej strony Bałtyk, z drugiej wody Zalewu. Oczywiście tylko w najwęższych miejscach Mierzei. W samej Krynicy, aby przejść od portu nad Zalewem do plaż nad morzem, trzeba już trochę pospacerować - krętymi ulicami, rozwidlającymi się od głównej Gdańskiej, obok pensjonatów, kawiarenek i pizzerii, które ożywają w czerwcu i tętnią życiem do września, by usnąć i zapaść w ciszę po wyjeździe ostatnich wczasowiczów. Krynica Morska ma zabawne nazwy ulic, poświęcone rozmaitym profesjom, jakby w hołdzie wszelkiej ludzkiej aktywności. Ulica Żołnierzy, Górników, Lekarzy, Aptekarzy - co jeszcze się trzyma logiki, bo na Aptekarzy jest, jak Pan Bóg przykazał, Apteka, ale nagle wyskakuje ulica Nafciarzy, Górników i Rzeźbiarzy... Ani kopalni, ani szybów naftowych oczywiście tu nie ma i nigdy nie było. Rzeźb też nie. Katia uśmiechała się na myśl, że pewnie za socjalizmu przyjeżdżali tu nafciarze i górnicy, i lekarze, i pisarze. Ba, a przed wojną kto? Przed wojną jej grzeszna prababka Róża w śmiesznych balonowych majtkach udających strój kąpielowy, koronkowych koszulkach i kapeluszu jak koło młyńskie. I on - nieznany pradziadek, Vadim, zakochany, namiętny, może romantyczny? Jak wyglądał? Ciemnowłosy na pewno, prędki jak ona, wysoki. Oficer pochylony nad roześmianą damą opartą o drzewo. Katia wyobraziła sobie przez chwilę, jak całują się pod sosnami, zerkając, czy nikt ich aby nie widzi, bo przecież kobieta jest mężatką. Niemal widziała, jak koronki koszulki pękają pod niecierpliwą męską ręką i Vadim łapczywie dociera ustami do różowego, nietkniętego słońcem ciała prababki. Piersi wyjęte spośród falban i koronek, podobne do malin, musiały smakować jak nektar, pochylił do nich głowę, babka przymykała oczy jak kobieta z obrazu Klimta... jej szczupłe palce zapewne zwinnie rozpinały guziki munduru, docierały do mocnej klatki piersiowej mężczyzny, szukały wrażliwych miejsc. Katia zadrżała, odsunęła uporczywą myśl, znała te wizje. Brały się w jej głowie nie wiadomo skąd, mieszały ze snami, atakowały nad ranem albo w samym środku spaceru, jak tutaj. "Idźcie precz" - sapnęła, ale obraz powrócił jeszcze na chwilę: prababka oparta o drzewo oddychała szybko i oczekiwała pocałunku, Vadim powrócił więc od biustu do jej małych ust, wąsami łaskocząc ścieżkę na szyi, a rękoma pieszcząc piersi, by nie pozostały opuszczone. Kapelusz upadł na trawę, dama osunęła się obok, rozsunęły się spódnice, zgrabne nogi w pończochach, błysnęła podwiązka. Vadim utonął w niej całkowicie, oboje teraz oddychali szybko, coraz szybciej.

"To nieprzyzwoite wyobrażać sobie seks prababki i jeszcze się tym podniecać!" - zganiła się zarumieniona Katia, ale oprócz podniecenia poczuła głód, pewnie przez to wyobrażenie malinowych piersi. Przypomniała sobie mniej zmysłowe pierogi, ale umówiły się z Martą dopiero na wieczór. Katia zatem pospacerowała jedyną chyba w całym kraju ulicą Teleexpressu, i postanowiła udać się na molo na Zalewie, by kupić coś absolutnie nieseksownego: frytki może albo smażoną flądrę. I tak właśnie uczyniła - kupiła na przekór swoim postanowieniom dietetycznego minimalizmu rybę, colę, hot doga z ostrą musztardą, i zawróciła w stronę morza. "Kochane stare kąty" - mruczała, wchodząc na ulicę Gdańską. Parasole i ławeczki, jeszcze nie całkiem zapchane turystami. Restauracja na statku, Neptun, po prawej stronie portu, rozbudzała jej wyobraźnię jak zawsze. Z oddali skrzypiało karuzelami i dźwięczało dyskotekową muzyką rozkręcone Wesołe Miasteczko. Ostatnio była tu trzy lata temu, na pewno zmieniło się co nieco, nowe hotele, nowe stragany z biżuterią i budki z goframi. Latarnia Morska musi jednak stać na swoim miejscu, Klasztor Braci Mniejszych też, a fale zatoki niezmiennie i połyskliwie wyczekują plaży. Katia bardzo lubiła Mierzeję Wiślaną, a Krynicę Morską szczególnie, kojarzyła jej się z wakacjami z lat szkolnych, z pierwszą miłością, czyli chudym, długowłosym chłopakiem z Wałbrzycha, który też przyjechał z rodzicami. Z pierwszymi pocałunkami na wydmach, z zapachem smażonej ryby i piwa przy zejściu do morza. Sentyment do miejsca dodatkowo wyjaśniała ta rodzinna historia. Niesamowite, ciekawe, że właśnie tutaj splątały się kiedyś czyjeś geny, by na świecie pojawiła się jej babcia Karolka. Czy to też był lipiec? Czy sto lat temu rosły tu te same drzewa? "Te stare pewnie tak" - rozmyślała, idąc ku morzu, i już widziała błękitny zarys, wdychała znajomy zapach, już zdjęła sandałki, by poczuć ciepło piasku, gdy komórka przywołała ją do rzeczywistości. Komórka zapiszczała z kieszeni dziecinnym głosem: "Hej ho, SMS!". Katia sięgnęła, bo była niewolnicą swojej komórki i cienkich papierosów, z tym że komórki jeszcze bardziej niż papierosów... Nigdy jeszcze nie udało się jej odłożyć, nie ulec przymusowi przeczytania wiadomości. Na widok tej wiadomości skrzywiła się, westchnęła, a potem roześmiała. SMS przybył z numeru Lidki Karaś, jednej z jej najbardziej oryginalnych przyjaciółek, niefrasobliwej dziewczyny, o bardzo nowoczesnych poglądach. Lidka esemesowała z pytaniem, czy to prawda, że Katia jest na Mierzei, bo miała być, a ona, Lidka, też będzie, w środę, bo umówiła się w porcie z zupełnie nowym narzeczonym. Narzeczony przypłynie jachtem i zabierze Lidkę na romantyczny rejs. Zanim to jednak nastąpi, to w środę rano Lidka wysiada na dworcu w Gdańsku z Pendolino i trzeba, żeby ktoś ją odebrał... Ktoś, kto ma samochód, a do tego chęć, by słuchać zwierzeń Lidki, już jest w Krynicy - innymi słowy Katia we własnej osobie. Skrzywiła się, bo nie chciała wciągać przyjaciółki w swoje rodzinne sprawy. Uśmiechnęła się, bo znała dobrze przygody miłosne Lidki. Zawsze ją bawiły: zwykle pikantne i błyskawiczne w przebiegu. Skrzywiła się, bo spotkanie z Lidką zawsze oznaczało jakieś kłopoty, zawirowania i dziwaczne pomysły. Nie była to osoba, która potrafiłaby bez piętrzących się przeszkód kupić chleb i mleko. Lidka była dziewczyną, która w najlepszym wypadku kupi mleko zsiadłe, a chleb odda po drodze psu lub zgubi... Nie, lepiej, bardziej dramatycznie: w jej bochenku znajdzie się ukryty list, szczur albo zapieczona starożytna moneta. Po drodze Lidka zacznie romans z rowerzystą, którego uwiedzie w krzakach, zanim chłopak się obejrzy. Co najmniej raz! By porzucić go bez słowa i nazajutrz nie rozpoznać w tłumie mieszkańców miasteczka. Z drugiej strony Katia lubiła jej zwariowany charakter. "Najnowszy narzeczony - prychnęła - ciekawe: zna go od wczoraj czy spotkała trzy minuty przed SMS-em?".

- OK. - Wstukała szybko w telefon. - Odbiorę cię w środę w Gdańsku. W odpowiedzi zapiszczało: "Hej ho, SMS!": JESTEŚ BOSKA!

- Jestem, no pewnie, że jestem! Do tej pory ogarnę te legendy rodzinne, zakupy i pierogi Martusi. Chwileczkę pobędę z Lidką, poznam narzeczonego, potem poleżę ze dwa dni na plaży, spiszę sobie materiał i wracam do domu, do Piotrka. Katia lubiła planować. Zawsze układała sobie plan i realizowała go punkt po punkcie, wtedy czuła się bezpieczniej. Nie bywała jednak długo spokojna, irytowała się terminami, upływem czasu, bo zawsze jej się wydawało, że wszystko toczy się zbyt powoli. Popadała z euforii w apatyczną niechęć do świata, to znów wracała do wybuchów radości. Pragnęła kontrolować rzeczywistość, a skąd w niej brał się lęk przed przyszłością - nie wiadomo. Kochana jedynaczka, wychowywana w spokojnej inteligenckiej rodzinie z mamą dentystką i ojcem inżynierem, spokój do zanudzenia. Nie powinna przeżywać wewnętrznych burz i tęsknot za nieznanym. Zresztą z reguły zdarzenia układały się po jej myśli, zaplanowane i zapisane w kalendarzach o kolorowych okładkach. Nie mogła jednak przewidzieć pewnych pomysłów losu, które czekały ją w ciągu najbliższych dni. Położyła się na plaży i po prostu zasnęła. Tym razem nie śniło się jej nic zmysłowego, tylko ciemnowłosy, przystojny facet z jeepa, jazda po plaży jak z filmu Czułe słówka, i pierogi. Obudziła się bardzo głodna, na świecie zmierzchało, zebrała szybko klamoty i popędziła do Martusi.

*

- Czy ja ci powiem więcej niż sama wiesz, moje dziecko? - Marta z czułością i dumą patrzyła, jak Katia pochłania pierogi z jagodami. Nałożyła jej jeszcze dwa.

- Tego za prababkę Różę, ale tego klucha, to już pani Marto zjadam z łakomstwa. Wyjadę od pani gruba jak pierzyna i narzeczony mnie rzuci!

- Ty gruba nie będziesz nigdy - zawyrokowała stanowczo Marta - a jak kobieta lubi dobrze zjeść, to potrafi się dobrze kochać. Temperament i apetyt - to samo!

- Może z genów - podpuściła ją Katia. - No, co tam pani wie?

Marta przyniosła stary album. Pocztówki i zdjęcia w sepii, jeszcze sprzed wojny. Okazały hotel Belvedere, przed nim damy z parasolkami w wyblakłych sukniach z epoki: podwiązanych wstęgami pod biustem, długie, zabudowane po szyję koronkami. Na innych plaża i kąpiące się kobiety w koszulach i szarawarach raczej niż strojach kąpielowych, w dużych kapeluszach wiązanych pod brodą. Na jeszcze innych hotel, stoliki i pergole, czekające na gości, park zdrojowy, z podpisem 1919. Ach!

- W dziewiętnastym to tu już był duży kurort - mówiła Martusia - i to była Łysica, nazywana po niemiecku Kahlsberg-Liep. Przyjeżdżali goście z Rosji, z Korony, z Niemiec. Moja babcia Anna służyła w Belvedere. Opowiadała nam jeszcze po wojnie o świecznikach i muzyce z fortepianu, srebrach, dywanach, o pięknych paniach i automobilach, a my, dzieciaki, słuchaliśmy tego jak bajki. Damy w perłach, bogate, do wód i nad morze przyjeżdżały. Panowie wąsaci, panienki młodziutkie, czekaj, pomyślę, może żyje któraś, ale to już staruszki by były. Od stuleci wiódł tu szlak handlowy do Królewca, a na początku wieku i w międzywojniu ruch bardzo się ożywił, bo cywilizacja się rozwinęła! No nie tak jak obecnie, ale pociąg, a nawet automobil, nie był już takim znowu cudem. Babcia moja pamiętała twoją prababcię Rozę, jak ją tu z ruska nazywali, bo taka moda była, Rosjan sporo... a Różę po polsku, miała takie imię. Róża często się zdarzała na początku wieku. Ale tutaj malarze, artyści przyjeżdżali ze wschodu i z Królewca, z Petersburga czy Lwowa, to w ich języku - Roza. Babcia mówiła, że piękna była kobieta, rudawa, delikatna. Niejeden się w niej kochał, ale chyba tylko z tym panem z Polesia miała prawdziwy romans. Kochanie, głośno się o tym stało w latach dwudziestych. Ale też nie tak znowu dużo gadali - ot, przyjechał młody Polak z Warszawy z żoną, ot, przyjechał z Kresów Vadim von coś tam, bogaty, oficer i przy tym piękny człowiek. Ona straciła głowę, doszło do skandalu, ale sezon się skończył i wyjechali wszyscy w swoje strony. Sezon zawsze się kończy, skandal przemija. Róży jednak została pamiątka znad morza, no tak, twoja babcia Karolinka. Potem podobno Vadim płacił wielkie pieniądze, żeby ją znaleźć i podobno nawet znalazł. Wiedział, że urodziła dziewczynkę, ale co więcej, nie wiem... tylko jeszcze, że chciał tu zamieszkać, może ją ściągnąć. Tego lata był z wizytą u przyjaciela z wojska, a potem wracał, wracał, aż ziemię i Czarny Dworek kupił, ten obok Góry Pirata, podobno, żeby się mogli spotykać. Nawet budowę hotelu w Krynicy zaczął, ale nic z tego nie wyszło. Zresztą pan Vadim szukał czegoś cały czas, nie tylko kochanki, ale i skarbów, pewnie też spokoju. Nie był do końca zwykły... no nie wiem. Babcia mówiła, że nad morzem czasem łaził godzinami, targały go lęki, męczyły go jakieś przeczucia, wojnę wieszczył. I przyszła, ale do tego w trzydziestych latach nie trzeba już było być jasnowidzem. W Czarnym Dworku miał coś składować, bzdury, po co bogaczowi skarby? Nikt tego budynku potem nie chciał, bo się szaleńcy do piwnic włamywali. Za komuny restaurację Wspólnota zrobili, a potem Olszowa przejęła, knajpę urządziła i dotąd jest tam jakiś bar włoski czy coś innego nowoczesnego. Jedź, dzieciaku, w stronę Piasków, zobaczysz sobie.

- Myśli pani, że mogą mieć w pensjonacie Belvedere spis gości z dziewiętnastego roku?

- A gdzie tam! Papiery popalone były doszczętnie, kiedy hitlerowcy przed sowietami uciekali. Księgi wieczyste też, zresztą starych budynków mało. Jedyne dokumenty, jakie znajdziesz, to w księgach parafialnych, ale nie wiadomo, czy ten Vadim tutaj zmarł. Jest jeden staruszek, Edwin Szranke, ma już, czekaj, z dziewięćdziesiątkę? Ponad osiemdziesiąt pięć na pewno. Pamięta trochę sam i jego ojciec mu opowiadał, jak tu było, a wiedział niemało, był w pensjonatach dyrektorem chyba, miał jakieś hotele. On się z Vadimem musiał znać. A czemu cię dziecko tak te stare bajdy obchodzą? Jaki to ma wpływ, czy przodek był panem, czy dziadem? Pan Edward był twoim słusznym pradziadkiem. Kto wychował, ten jest w prawie!

Katia roześmiała się. Nie poznała pradziadka prawnego, słyszała o nim sporo. O tym zaginionym - nic, a teraz zbyt mało.

- Mam w duszy jakąś potrzebę, żeby to wyjaśnić, teraz, przed ślubem... wie pani, zanim jeszcze będą dzieci. - Pogłaskała się po brzuchu.

- A może coś już w drodze? - ciekawie zapytała Martunia z porozumiewawczym uśmiechem. Katia jednak zaprzeczyła.

- Nie, nie. Jeszcze nie, tak tylko miejsce szykuję... U mnie wszystko musi być po kolei, przecież pani wie. Ale tak za rok, to bym chciała.

- A narzeczony fajny? Powiedz o nim trochę. Porządny chłopak? Byle nie pił!

- Pani Marto, no narzeczony jak narzeczony, pewnie że porządny, bo bym za niego nie szła za mąż, nie? Piotrek ma na imię. Piotrek Marczak. Co tu mówić. Mieszka na tym samym osiedlu co ja, w tym samym bloku na Mokotowie. On na ósmym, ja na dziewiątym piętrze. W windzie zaczął rozmawiać, sprawdził, gdzie pracuję, i tak od słowa do słowa, zaczęliśmy się spotykać, już ponad dwa lata, więc czas na urzędy. Mamę ma religijną, ona też nas namawia na ślub.

- I pani Beatka pewnie też?

- I pani Beatka też, i lubi Piotrka. I ja czuję, że czas, żebym się ustatkowała. Skończyłam trzydziestkę i kukam po świecie jak ta kukułka. O to chodzi, że ja nie mogę jakoś wszystkiego spokojnie ułożyć, może to przez te sprawy pradziadka? Wie pani, że psycholodzy tak twierdzą, iż dawne dzieje to nasze dzieje, właśnie! Postanowiłam przed ślubem śladów pradziadka poszukać.

- A ślub z weselem, prawda? - rozmarzyła się Martunia - teraz tak wydziwiają ludzie, nawet o ślubie na spadochronach słyszałam. Ty się, dziecko, nie daj, weźcie ślub tradycyjny, jak trzeba: w kościele, w swojej parafii, a w podróż poślubną przyjedźcie do mnie.

- Dobrze, dobrze. - Katia się uśmiechnęła. - Ale to dopiero we wrześniu. Ślub już mamy zamówiony w kościele świętego Andrzeja Boboli. Limuzyną zajmie się tata oczywiście, a sukienkę będę miała jak biała syrena, pani Martuniu, taką przy ciele, z dekoltem i welonik krótki. Druhna też już zamówiona i pierońsko droga knajpa, ale za to w pięknym miejscu, w Królikarni. Miało być hiperromantycznie, ale w końcu Piotrek nie chciał skrzypaczek, tylko jakiś zespół, i tak to będzie. Trzeba się dogadywać, no nie?

- Ale kochasz go? Tego Piotra? Tak teraz, jak idziesz spać, to o nim myślisz, brak ci go? Może przyjedzie tu za tobą?

Katia popatrzyła na Martę i znów się roześmiała. Oto kobieta wzięta prosto z pocztówek roku dwudziestego albo raczej romantycznych przebojów lat siedemdziesiątych. Nie, Katia, zasypiając w ogóle nie pamiętała Piotra, raczej wypędzała z wyobraźni wizje starodawnych koncertów w parku i rautów na tarasach, uporczywą wizję prababki Róży, w zbyt bliskim tańcu z Vadimem, z bijącym sercem, w pospiesznym spotkaniu w ogrodzie. Niestety, miała ten dziwaczny dar wizjonerstwa i tworzenia fabuł, nie umiała się od tego wyzwolić i często przebywała w świecie wyobraźni. Jeśli chodzi o fabułę własnej przyszłości - jakoś nie układała się wcale.

- Nie wiem - odrzekła - inaczej chyba teraz to się przejawia, ta współczesna miłość. Piotr jest ... wysoki, wysportowany, dużo mówi o zdrowym trybie życia, lubi markowe ciuchy. Podobnie patrzymy na świat, obojgu marzy się wspólne M-3. Biegamy razem rano, czasami. Chce mnie wyleczyć z uzależnień: oduczyć palenia papierosów i nierozerwanego związku z telefonem komórkowym. Telefon jednakże przydaje się... Wyznajemy sobie uczucia i tęsknotę w SMS-ach. - Roześmiała się. - I raczej nie przyjedzie. Ale, ale, pani Marto, a pani rodzina? Nigdy o to nie pytałam. Może zechce pani opowiedzieć mi swoją historię? - Nie jest ani długa, ani ciekawa. - Martunia westchnęła. - Albo mało wiem. Jestem z rybackiej familii. Na początku wieku bieda tu była. Potem, jak powstał kurort przez pięciu panów z Elbląga zawiązany - to już lepiej niejedna rodzina się miała, moja też. Dziewczęta na służbę szły, do kuchni, do obsługi gości, a mężczyźni więcej ryb sprzedawali i niejeden pracę przy hotelach znalazł. Moi łowili, łowili, na kutrach spędzili życie, a jeden to nawet spotkał swoją śmierć podczas sztormu. Drugi mój dziadek zginął w Stutthofie, bo się nie przyznał do niemieckiego pochodzenia. Najciekawsze to, że był faktycznie w części Niemcem, w końcu nazwisko było Reiterbach, a nie Raciszek, ale nie chciał, jak zobaczył, co Hitler wyrabia. I osierocił babcię z trójką dzieci. Zawsze mówiła z zaciętością: warto było! Ale ja tam sama nie wiem. Rodzina jak rodzina, każda swoje od losu oberwała. Nie martw ty się tyle cudzymi historiami, rodzinami, dziewczyno, tylko nareszcie swoją załóż. Tydzień u mnie pobędziesz?

- Tak, kochana pani Martusiu, tydzień, calutki, do przyszłej niedzieli. Daj, Panie, pogodę! Mam robotę ze sobą i plany na szukanie pradziadka, ale jutro z rana idę biegać w tym waszym cudownym jodzie, choćby padało, choćbym miała deptać po bursztynach...

- Ot, głupia! Czemu deptać? Zbieraj! Bursztyn nie każdemu chce się pokazać!

*

Rankiem obudziły ją męczące sny, wcześniej niż chciała, słońce nad czubkami sosen wskazywało najwyżej szóstą. Śniły się jej jakieś mgły, przedziwny balet na powierzchni rzeki, taniec widm, w którym brały udział boginie podobne do dam z pocztówek, pląsające na piaskach plaży, i płomień od strony Gdańska, płonące pomosty. Katia chciała uciekać, ale nie mogła, wrośnięta w plażę, i czuła na sobie palce, zimne ręce topielców, zachłanne na jej życie. Obudziła się zlana potem. Wiedziała, że już nie zaśnie, znała to uczucie. Wrzuciła dres na gołe ciało, chwyciła butelkę wody i komórkę, tytułem rozgrzewki potupała chwilę w miejscu i ruszyła nad brzeg morza. Biegła równomiernie, wdychając jod, produkując endorfiny, słuchając szumu morza i pokrzykiwania mew. Biegła rytmicznie, cicho, w przepasce z daszkiem odwróconym do tyłu, wyrzucając z siebie męczące strzępki obrazów ze snu. Biegła już dobry kawałek, czuła stróżkę potu na plechach i nawet zamierzała zawracać, by przypadkiem nie zaplątać się na rosyjską stronę, kiedy usłyszała podobny rytm kroków i oddechu. Widocznie nie biegała sama. Doganiał ją inny biegacz, mężczyzna, przez chwilę biegli ramię w ramię, a kiedy ją wyprzedził, odwrócił się i pomachał przyjaźnie ręką.

- Paweł Grumeau? - sapnęła zdumiona. - Kierowca jeepa?

- Tak jest! - Paweł zaczął biec tyłem i udawać przerażenie. - To znowu ty? Na szczęście zawsze cię wyprzedzam.

- Zarozumialec! - Katia zatrzymała się zadyszana. - Mówiłam ci, że się spotkamy.

- Mówiłaś! - Oboje spoceni, z ciężkim oddechem, może woleliby wpaść na siebie w innych okolicznościach. Katia na pewno - chciałaby porażać urodą i robić wrażenie innym wizerunkiem niż plamy potu i ciągle ta sama czapeczka.

- Jeśli tak... - Paweł zdawał się rozumieć, o co chodzi, mrugnął do niej porozumiewawczo i z udawanym wstrętem spojrzał na swoją koszulkę. - ... to proponuję kąpiel. Będziemy jak nowo narodzeni!

- Nie mam stroju - burknęła - i rano woda jest zimna jak na biegunie północnym.

- No, nie wierzę - Paweł patrzył z politowaniem - nie wierzę, że piratka szos, Katia Shadow, czy jakoś tak, boi się wejść nago do wody... nikogo tu nie ma. Patrz.

I Paweł Grumeau zaczął dzielnie ściągać z siebie ubranie, by błysnąć zgrabnym ciałem. Zanim jednak zdążył przykuć wzrok Katii, mógł ujrzeć sam, jak naga i szczęśliwa z szybkością gazeli wbiega do morza. Może dlatego, że miała na sobie tylko dres, pozbyła się go, nim ściągnął koszulkę. Uwolnione włosy ogarnęły całą postać jak płaszcz, jedynie apetyczne, pulchne i spore jak na tak niewysoką kobietę pośladki błyskały obiecująco. Dostrzegł zarys tatuażu u zbiegu linii pośladków, ale nie rozszyfrował, co to za rysunek, bo już rzuciła się w fale. Nie miał czasu myśleć, pobiegł za nią jak w dym. Katia dobrze pływała i wypłynęła daleko. Po chwili obok siebie zobaczyła głowę tego mężczyzny, który bez sensu wplątał się w jej wyjazd, najwyraźniej zadowolony, dowcipniś za dychę.

"Nic o nim nie wiem, a kąpię się z nim na golasa. Cztery tygodnie przed ślubem. A krytykowałam Lidkę, że sypia z kim popadnie!" - pomyślała i zawróciła. W miejscu, gdzie złapała stopami piaszczysty grunt, zatrzymała się i odwróciła ku morzu. Woda sięgała jej do ramion, mokre włosy przestały się kręcić, Katia uśmiechała się do słońca, a uśmiech czynił ją niezwykłą jak bałtycka nimfa wodna. Paweł podpłynął, patrzył zauroczony, zapragnął dotknąć jej twarzy. Zasłonił jej na chwilę horyzont, pochylił się i pocałował pełne usta, które przypominały mu egzotyczny, rozkrojony owoc, potem mokrą, słoną szyję, uszy z kolczykami i znów usta. Katia odsunęła się, ale po chwili oddała pocałunek i otoczyła jego ramiona ramionami, biodra prężnymi udami, i całowała długo, mocno, a on oddawał pocałunki i przygarniał ją coraz silniej. Nie mogła i nie chciała oderwać się od tego mężczyzny, który nie był jej narzeczonym ani nawet znajomym. Opamiętała się, kiedy poczuła jego dłonie pod pośladkami i jego silną erekcję. Najwyraźniej unosił ją i kierował jej ciałem ku sobie, gotowy na miłość, zatopiony w ustach Katii, ale pragnący zanurzyć się w niej całkowicie. I ona była gotowa, czuła, jak jej biodra same płyną do przodu, kolana rozsuwają, jak unosi się, poddaje i otwiera na tego mężczyznę. Ale była Katią Shadow, kobietą pomną nauk matki, świadomą, w jakich czasach żyje i przede wszystkim pamiętającą o planie ustalonym na dzisiejszy dzień. Nie było w nim punktu o miłości w morzu ani na plaży z nieznajomym gościem, choćby i czarującym. Odepchnęła Pawła dość gwałtownie, zaczęła płynąć ku brzegowi. Nie krzyknął za nią, o nic nie pytał, płynął w oddali, nie gonił jej. Może też nie chciał ryzykować przygodnego seksu bez zabezpieczeń, może szanował jej decyzję, a może kompletnie nie wiedział, jak ma zareagować na twardą odmowę rozumu, bo wiedział, że nie była to odmowa ciała. Na plaży szybko wskoczyła w dres, przezornie odciągając materiał od mokrego ciała na piersiach. Miała ładne piersi, okrągłe, osadzone wysoko, całkiem spore jak na drobną kobietę, lubiła je pokazywać, ale nie chciała teraz nimi epatować. Paweł grzecznie wypłynął za nią, ubierał się swobodnie, niczego nie ukrywał, patrzył i uśmiechał się pod nosem, co ją zirytowało. Szybko wciągnęła spodnie, ale zdążył zauważyć - wytatuowany nad pulchną pupą rysunek przedstawiał delikatną gałązkę kwiatu. Chciałby go dotknąć, ale wszystko to, co wydało mu się zachwycająco ponętne: i bujne piersi, i jędrne pośladki z rysunkiem, wszystko znikło w szarym dresie. Ich posiadaczka wycisnęła włosy jak pranie i zwróciła się ku niemu gwałtownie.

- Nie pytasz o nic? I tak ci powiem: po pierwsze za mało się znamy, po drugie nie należę do głupich, romantycznych dziewczyn i po trzecie wychodzę wkrótce za mąż.

- Rozumiem. W sprawie punktu pierwszego: spotkajmy się wieczorem, to lepiej się poznamy. Sprawdziłbym sobie chętnie punkt drugi. - Wibrowało to "r" zachęcająco.