Słabość Herkules - Paulina Zalecka

Kup ebooka

60.00 zł
47.80 zł (60,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Hayden

- Moc­niej. Z le­wej ucie­kła ci gar­da. - Fe­lix wy­plu­wa z sie­bie in­struk­cje, a ja ni­czym do­brze na­oli­wio­na ma­szy­na wy­ko­nu­ję ko­lej­ne se­kwen­cje.

Pot spły­wa mi po czo­le.

Po in­nych częściach cia­ła rów­nież.

Wy­ko­nu­ję ude­rze­nie za ude­rze­niem. Pra­ca nóg jest dzi­siaj wy­jąt­ko­wo in­ten­syw­na. Czu­ję, jak moje mi­ęśnie pło­ną.

- Prze­rwa! - Mężczy­zna od­su­wa się ode mnie, a na­stęp­nie ru­sza w kie­run­ku lin. Chwy­ta bu­tel­ki z wodą i jed­ną rzu­ca w moją stro­nę.

- Co­raz częściej po­trze­bu­jesz przerw, sta­rusz­ku. - Śmie­ję się, a tre­ner prze­szy­wa mnie mor­der­czym spoj­rze­niem.

Fe­lix jest dla mnie jak oj­ciec, któ­re­go za­wsze pra­gnąłem mieć. Zna­la­zł mnie w naj­wi­ęk­szym do­łku mo­je­go ży­cia, przy­gar­nął, na­kar­mił, dał kąt do spa­nia. Tre­no­wał i ka­zał mi uwie­rzyć w sie­bie. Do ko­ńca ży­cia nie spła­cę dłu­gu, któ­ry mam wo­bec nie­go.

- Ko­muś tu­taj woda so­do­wa ude­rza do gło­wy? - Za­kła­da ra­mio­na na pier­si. - Zo­ba­czy­my, jak ty będziesz wy­glądał w wie­ku czter­dzie­stu trzech lat.

- Na pew­no oka­żę się przy­stoj­niej­szy od cie­bie. - Mru­gam do nie­go ni­czym za­ko­cha­na na­sto­lat­ka, a on się śmie­je, kręcąc gło­wą.

- Och, nie na dar­mo dali ci przy­do­mek Her­ku­les.

- Kto by po­my­ślał, że je­den zmon­to­wa­ny fil­mik może się tak wy­bić. - Sia­dam w kącie na rin­gu i opie­ram gło­wę o słu­pek.

Pew­ne­go dnia w moje ręce tra­fi­ło na­gra­nie zmon­to­wa­ne przez dziew­czy­nę ze szko­ły fil­mo­wej. Mia­ła wy­ko­nać ja­kiś pro­jekt na za­jęcia, więc po­sta­no­wi­ła, że sku­pi się na bok­sie. We­dług niej ten sport ma naj­wi­ęcej do prze­ka­za­nia, cho­ciaż pod­czas wal­ki wy­po­wia­da się naj­mniej słów.

Film za­czy­nał się od slaj­du z wiel­kim na­pi­sem: BO­GO­WIE SĄ WŚRÓD NAS. Za­cie­ka­wio­ny klik­nąłem "start" i się za­częło...

Na pierw­szym pla­nie by­łem ja. Opo­wie­dzia­ła o mo­jej uro­dzie, osi­ągni­ęciach i nie­by­wa­łej sile, na­zy­wa­ła mnie wspó­łcze­snym Her­ku­le­sem. Płyn­nie prze­szła do pre­zen­ta­cji Fe­li­xa - jemu nada­ła przy­do­mek Fi­lok­tet - do któ­re­go się zwró­ci­łem, by po­mó­gł mi w szko­le­niu.

Zwin­nie ope­ro­wa­ła mi­to­lo­gią grec­ką.

Kie­dy jed­nak my­śla­łem, że to wszyst­ko to tyl­ko zwy­kłe po­rów­na­nia, na dal­szym ci­ągu na­gra­nia po­ja­wił się Hugo z pseu­do­ni­mem Ha­des. Po­mi­ja­jąc fakt, że ksy­wa po­cho­dzi­ła od na­zwy jego klu­bu bok­ser­skie­go, on w rze­czy­wi­sto­ści rządził tym świa­tem. W swo­ich pod­zie­miach szko­lił nowe le­gen­dy, grał nie­czy­sto. I nikt go nie ru­szał. Ka­żdy czuł strach przed jego pie­ni­ędz­mi i zna­jo­mo­ścia­mi. Ofe­ro­wał mi miej­sce w swo­ich sze­re­gach, ale od­mó­wi­łem. Nie chcę mieć z tymi ty­pa­mi nic wspól­ne­go.

Fil­mik ko­ńczył się kil­ku­se­kun­do­wym przed­sta­wie­niem no­we­go ucznia Huga, An­gu­sa, któ­re­go na­zwa­ła Are­sem.

Kie­dy sko­ńczy­łem oglądać to ama­tor­skie skle­je­nie ka­fel­ków, do­sze­dłem do pew­nej kon­klu­zji. Dziew­czy­na mia­ła ra­cję. Wszyst­ko, o czym opo­wie­dzia­ła, było praw­dą. Ka­żde­mu z nas ide­al­nie do­bra­ła bo­skie­go od­po­wied­ni­ka.

- Masz minę, jak­by ci pies na­srał na wy­cie­racz­kę. - Fe­lix pod­cho­dzi do mnie, po czym wy­ci­ąga dłoń, by po­móc mi wstać.

- Przy­po­mnia­łem so­bie emo­cje, któ­re to­wa­rzy­szy­ły mi pod­czas pierw­sze­go ogląda­nia tego fil­mi­ku.

- Wi­dzia­łem nie­daw­no in­for­ma­cję, że ta la­ska do­sta­ła pra­cę w mar­ke­tin­gu dzia­łu spor­to­we­go.

- Może i kosz­tem na­sze­go ży­cia za­wo­do­we­go, ale za­słu­żo­ne.

- Poza tym łat­ka Are­sa słu­ży An­gu­so­wi. - Na wzmian­kę o tym mężczy­źnie aż nad­sta­wiam uszu.

- Co masz na my­śli?

- Strasz­ny z nie­go awan­tur­nik. Po­noć naj­lep­szy w pod­zie­miu Ha­de­sa. Zero mo­ral­no­ści.

- Tacy lu­dzie są cho­rzy na punk­cie tego, co ro­bią. Wszędzie wi­dzą wal­kę, krew i mają po­trze­bę udo­wod­nie­nia, że są naj­lep­si. - Wzdy­cham, prze­cho­dząc pod li­na­mi.

Za­bie­ram z pa­ra­pe­tu te­le­fon, a Fe­lix do­da­je z po­wa­gą:

- Wiesz co, Hay­den? Po­do­ba mi się po­stać Her­ku­le­sa. Pro­szę, nie zha­ńb swo­je­go czło­wie­cze­ństwa.

I to jest wła­śnie jed­na z wie­lu cech, któ­re sza­nu­ję w Fe­li­xie. To mi­ędzy in­ny­mi dla­te­go wy­bra­łem jego, a nie Ha­de­sa.

- Po­sta­ram się nie przy­nie­ść ci wsty­du. - Ce­lu­ję w nie­go pal­cem, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko, i ru­szam do szat­ni wzi­ąć prysz­nic.

Tre­ner jest je­dy­ną oso­bą na świe­cie, któ­rej w ży­ciu umy­śl­nie bym nie zra­nił. Jest moim opie­ku­nem. Mógł mnie kop­nąć w dupę, ale tego nie zro­bił.

I wła­śnie za ten ka­wa­łek czło­wie­cze­ństwa, któ­ry mi oka­zał, na­le­ży mu się sza­cu­nek.

Maggie

- Mag­gie, czy mo­żesz po­de­jść na od­dział dzie­ci­ęcy? - Pani He­len za­trzy­mu­je mnie na ko­ry­ta­rzu.

Od­kła­dam leki na wó­zek, po czym za­czy­nam pchać go przed sie­bie.

- Oczy­wi­ście.

- Gra­cie mu­sia­ła biec do ma­łej pa­cjent­ki spod czwór­ki, a Maks po­trze­bu­je leku.

- Już bie­gnę. - Zo­sta­wiam wó­zek z le­ka­mi w sal­ce per­so­ne­lu, a na­stęp­nie ści­ągam z sie­bie ki­tel i myję ręce.

Wy­cho­dzę z na­sze­go od­dzia­łu i ru­szam na pi­ętro. Cza­sa­mi ma­lu­chy po­trze­bu­ją wi­ęcej uwa­gi i wte­dy wzy­wa­ją nas. Trud­ne są dla mnie chwi­le na od­dzia­le dzie­ci­ęcym, bo za ka­żdym ra­zem kra­je mi się ser­ce, kie­dy wi­dzę cier­pi­ące dzie­ci.

Ma­lu­chy, któ­rym cho­ro­by od­bie­ra­ją dzie­ci­ństwo.

Wpi­su­ję kod na pa­ne­lu do­stępu, po czym otwie­ram drzwi. W po­ko­ju dla pie­lęgnia­rek prze­bie­ram się w ró­żo­wo-nie­bie­ski far­tu­szek, za­kła­dam ma­secz­kę z ma­ły­mi lwa­mi i idę do sali nu­mer sze­ść.

- Wi­taj, Maks. - Ze spo­ko­jem wi­tam się z nim, a na­stęp­nie ki­wam gło­wą w stro­nę jego mamy. - Jak ma się dziś mój mały wo­jow­nik?

Chło­piec uno­si dło­nie w ręka­wi­cach bok­ser­skich.

- Wy­ko­na­łem mały tre­ning, pani Mag­gie, i tro­chę opa­dłem z sił. Po­trze­bu­ję wzmoc­nie­nia.

Do­brze, że mam na twa­rzy ma­secz­kę. Przy­naj­mniej nie wi­dać, jak drżą mi war­gi, kie­dy pró­bu­ję się nie po­pła­kać.

Maks to je­dy­ny bok­ser, któ­re­go jest w sta­nie za­ak­cep­to­wać moje ser­ce.

Nor­mal­nie nie­na­wi­dzę lu­dzi upra­wia­jących ten sport. Co wie­czór mo­dlę się o zdro­wie dzie­cia­ków. O to, by Maks po­ko­nał cho­ro­bę i kie­dyś zo­stał zna­nym bok­se­rem, zdol­nym prze­ła­mać ste­reo­typ o wiel­kich, sil­nych i ko­cha­jących ból isto­tach.

- W ta­kim ra­zie za­raz cię wzmoc­ni­my - chry­pię, za­kła­da­jąc wo­re­czek z kro­plów­ką na sto­jak. - Po­dasz rącz­kę, bym mo­gła do­stać się do we­nflo­nu?

Maks wy­ci­ąga w moim kie­run­ku bla­dą dłoń. Apli­ku­ję far­ma­ceu­tyk, a na­stęp­nie wy­mie­niam z pa­cjen­tem kil­ka uprzej­mo­ści i wra­cam na swój od­dział.

- Sio­stro Mag­gie, kie­dy przyj­dzie dok­tor Ro­nald? - Sta­rusz­ka Ha­zel za­da­je mi to py­ta­nie już dru­gi raz dzi­siej­sze­go dnia.

- Nie było go jesz­cze? - Dzi­wię się, pa­trząc na ze­ga­rek.

- Och, po­ja­wił się na po­ran­nym ob­cho­dzie. Py­tam o ko­lej­ny raz.

Za­czy­nam chi­cho­tać. Pani Ha­zel do­sta­ła ob­se­sji na punk­cie dok­to­ra Ro­nal­da.

- My­ślę, że jest pani w tak wy­śmie­ni­tej for­mie, że le­karz bez obaw mógł się za­jąć po­zo­sta­ły­mi pa­cjen­ta­mi. - Mie­rzę jej tem­pe­ra­tu­rę i ci­śnie­nie, po czym za­pi­su­ję to w jej kar­cie.

Sta­rusz­ka ma już sie­dem­dzie­si­ąt dwa lata, ale trzy­ma się na­praw­dę do­brze. Dok­tor Ro­nald ma czter­dzie­ści sie­dem lat. Mó­głby być jej sy­nem.

- To jego za­słu­ga. W ży­ciu nikt tak szyb­ko, jak on, nie po­sta­wi­łby mnie na nogi.

- A to z pew­no­ścią, pani Ha­zel. - Śmie­ję się, przy­po­mi­na­jąc so­bie umi­zgi czar­no­skó­rej ko­bie­ty w kie­run­ku na­sze­go dok­to­ra.

- Sama wiesz, jak to jest, praw­da? - Pusz­cza mi oko, a mnie aż ręce drętwie­ją na samą myśl. - Ta iskra, któ­ra się po­ja­wia. Coś pi­ęk­ne­go. - Wzdy­cha roz­ma­rzo­na, a ja po ci­chu opusz­czam jej po­kój.

Opie­ram się ple­ca­mi o ścia­nę i za­my­kam oczy.

Nie czu­ję żad­nej iskry.

To­wa­rzy­szą mi je­dy­nie wstręt i żal.

Mam cho­ro­bli­we obrzy­dze­nie do mężczyzn.

Ocie­ram nos wierz­chem dło­ni, bo na­wet nie za­uwa­ży­łam, że za­częłam ro­nić łzy. Ze­ga­rek na mo­jej ręce wska­zu­je czter­na­stą. Roz­trzęsio­na wcho­dzę do po­ko­ju pie­lęgnia­rek, ści­ągam far­tu­szek, po czym ła­pię to­reb­kę i bie­gnę do mamy.

Bio­rę kil­ka głęb­szych od­de­chów, a na­stęp­nie wcho­dzę do jej po­ko­ju.

- Cze­ść, mamo - szep­czę, jak­bym się bała ją obu­dzić.

Cho­ciaż na­praw­dę tego pra­gnę.

Żeby się obu­dzi­ła.

Sia­dam na krze­śle obok łó­żka i bio­rę w dło­nie szczu­płe pal­ce ko­bie­ty.

- Cze­kam, aż się obu­dzisz i będzie­my mo­gły uciec. - Na­dal mó­wię ści­szo­nym gło­sem, bo­jąc się, że ścia­ny mo­gły­by coś prze­ka­zać nie­wła­ści­wym lu­dziom.

- Hej, Mag­gie. - Do sali wcho­dzi He­idi, jed­na z pie­lęgnia­rek na tym od­dzia­le. - Wła­śnie przy­szłam zmie­nić two­jej ma­mie po­ściel.

- Ja to zro­bię. - Ocho­czo przej­mu­ję od niej ma­te­ria­ły.

- Poza tobą nikt jej nie od­wie­dza - wy­po­wia­da na głos praw­dę, któ­rą sta­ram się od sie­bie od­su­wać.

- Ni­ko­go nie ma poza mną - od­po­wia­dam, nie pa­trząc na nią.

Oj­ciec ni­g­dy tu­taj nie za­gląda. On już za­czął żyć no­wym ży­ciem. Ni­g­dy nas nie ko­chał. Dla nie­go li­czy się tyl­ko ka­rie­ra.

Nie­na­wi­dzę go.

He­idi mil­czy, cho­ciaż wie, że kła­mię.

A może nie kła­mię? Prze­cież zda­ję so­bie spra­wę, jaki jest mój oj­ciec.

Za­ci­ągam świe­żą po­szew­kę na ko­łdrę, a pie­lęgniar­ka przed opusz­cze­niem po­miesz­cze­nia za­trzy­mu­je się w drzwiach i mówi:

- Pa­trząc na cie­bie, śmiem twier­dzić, że je­steś wszyst­kim, Mag­gie. Sztucz­ny tłum by jej nie słu­żył.

Kie­dy drzwi się za nią za­my­ka­ją, opie­ram się o ramę łó­żka, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze z płuc. Opa­dam z sił, ale nie mogę się pod­dać. Po­win­nam trwać przy ma­mie, do­pó­ki się nie obu­dzi, a pó­źniej...

Opra­cu­ję plan uciecz­ki.

2. Hayden

Nie­ma­lże bez­sze­lest­nie wcho­dzę do domu, uwa­ża­jąc, by drzwi nie skrzyp­nęły. Ostro­żnie pusz­czam klam­kę, wstrzy­mu­jąc po­wie­trze w płu­cach. Kie­dy uda­je mi się we­jść do swo­je­go po­ko­ju, nie wy­da­jąc przy tym ani jed­ne­go dźwi­ęku, sa­pię tak, jak­bym zdo­był Mo­unt Eve­rest.

Na pal­cach wcho­dzę pod ko­łdrę, a na­stęp­nie za­my­kam oczy, by się tro­chę prze­spać. Noc­na awan­tu­ra nie po­zwo­li­ła mi od­po­cząć. Je­stem wy­czer­pa­ny. Bez tru­du za­pa­dam w sen, któ­ry trwa, do­pó­ki oj­ciec nie przy­cho­dzi spraw­dzić, czy wró­ci­łem.

- Dar­mo­zja­dzie pie­przo­ny. - Cmo­ka z dez­apro­ba­tą, wi­dząc, jak prze­cie­ram za­spa­ne oczy. - Wró­ci­łeś ze szko­ły i za­miast wzi­ąć się do ro­bo­ty, po­sze­dłeś spać?!

Na wpół przy­mru­żo­ny­mi ocza­mi spo­glądam w okno. Na ze­wnątrz jest już ciem­no, więc spa­łem ja­kieś kil­ka go­dzin.

- Chcia­ło mi się spać - od­po­wia­dam ci­cho, sia­da­jąc na łó­żku.

Bur­czy mi w brzu­chu, ale sta­ram się to igno­ro­wać.

- A mnie chce się ci przy­pier­do­lić. Też mam to zro­bić?

Opusz­czam gło­wę. Wi­dzę, jak za­ci­ska pi­ęść. Nie mam z nim szans. Mam tyl­ko trzy­na­ście lat.

- Nie. - Krót­ka od­po­wie­dź, bo nie ży­wię na­dziei, że wyj­dę z tej słow­nej po­tycz­ki cało.

Oj­ciec kuca, chcąc się ze mną zrów­nać.

- Wi­dzisz, Hay­den. - Wzdy­cha roz­cza­ro­wa­ny moją eg­zy­sten­cją. - Je­steś ta­kim wrzo­dem na du­pie, a ci­ągle utrud­niasz wy­cho­wy­wa­nie cie­bie. Nie je­steś za nic wdzi­ęcz­ny.

Pa­trzę na jego twarz i za­czy­nam ro­zu­mieć, dla­cze­go mama nas zo­sta­wi­ła. Gdy­bym miał tego wy­słu­chi­wać dzień w dzień, też bym dał nogę.

Nie wy­ba­czę jej tego, że nie za­bra­ła mnie ze sobą.

Ucie­kłbym, ale nie mam do­kąd.

- Mó­wię do cie­bie. - Do­sta­ję dło­nią po gło­wie.

Pod­no­szę na ojca wzrok, uda­jąc, że jest mi przy­kro z po­wo­du tego, co zro­bi­łem.

Cho­ciaż nie zro­bi­łem ni­cze­go złe­go.

- Cho­le­ra, Hay­den - rzu­ca zde­gu­sto­wa­ny, jak­by wła­śnie po­pa­trzył na coś obrzy­dli­we­go. - Mama nas zo­sta­wi­ła, bo je­steś ta­kim ze­rem. - Wzdy­cha, kręcąc gło­wą. - Taka po­ra­żka. Na­wet nie wy­glądasz jak fa­cet. - Uno­si moją cher­la­wą dłoń. - Strasz­na piz­da z cie­bie, Hay­den.

Ni­g­dy nie na­zwał mnie sy­nem.

Śmie­je się z mo­jej chu­dej syl­wet­ki, a wy­star­czy­ło­by tyl­ko do­brze mnie kar­mić.

Nie do­sta­nę jed­nak pe­łno­war­to­ścio­we­go po­si­łku, bo ojcu nie za­le­ży na tym, że­bym do­brze zja­dł i wy­glądał jak chłop­cy w moim wie­ku. Ob­wi­nia mnie za skut­ki wła­sne­go po­stępo­wa­nia.

Zo­sta­ję ude­rzo­ny w gło­wę. Nie moc­no, ale wy­star­cza­jąco, bym się za­chwiał.

Ko­lej­ny raz, po­prze­dzo­ny sło­wa­mi: Hay­den to piz­da.

Ro­nię łzę, a pó­źniej ko­lej­ną.

- I do tego bek­sa, Boże! - Oj­ciec ostat­ni raz ude­rza mnie w gło­wę, po czym wsta­je i kie­ru­je się do wy­jścia. - Czy­mże so­bie za­słu­ży­łem na taką ofia­rę losu?

Za­my­ka za sobą drzwi, a ja ucie­kam w kąt i za­czy­nam pła­kać z bez­sil­no­ści.

Sia­dam na łó­żku cały zla­ny po­tem. Chwy­tam się obu­rącz za gło­wę, pró­bu­jąc wy­rów­nać od­dech. Mam dwa­dzie­ścia osiem lat, a ci­ągle na­wie­dza­ją mnie kosz­ma­ry.

Pie­przo­na prze­szło­ść.

- To tyl­ko sen, Hay­den. - Wzdy­cham, ob­ra­ca­jąc się na dru­gi bok. Na­kry­wam się ko­łdrą i za­ci­skam po­wie­ki, pró­bu­jąc zmu­sić cia­ło do ko­lej­nych go­dzin le­tar­gu.

To jed­nak na nic. Moją gło­wę za­czy­na­ją na­wie­dzać uryw­ki wspo­mnień.

Za­czy­nam bez sen­su ana­li­zo­wać, co by było, gdy­by...

A gdy­bym wte­dy...

Dość.

To do ni­cze­go nie pro­wa­dzi. Ten czas mi­nął. Zmie­ni­łem na­wet na­zwi­sko, by nie być po­wi­ąza­ny z moją pseu­do ro­dzi­ną.

Po­de­ner­wo­wa­ny od­rzu­cam od sie­bie ko­łdrę i ru­szam dziar­sko do gar­de­ro­by. Na­ci­ągam na sie­bie strój do ćwi­czeń, po czym kie­ru­ję się do si­łow­ni. Za­kła­dam ręka­wi­ce, a na­stęp­nie od razu za­czy­nam na­pie­przać w wo­rek.

Tłu­kę go tak moc­no, że aż bra­ku­je mi tchu.

- Ty by­łeś piz­dą! - krzy­czę w stro­nę wor­ka, któ­ry nie­pew­nie hu­śta się na haku przy­mo­co­wa­nym do su­fi­tu. - Ty nie po­tra­fi­łeś utrzy­mać ro­dzi­ny! - Ko­lej­ny cios oka­zu­je się tak moc­ny, że aż boli mnie bark. - Roz­pa­dła się przez cie­bie! Je­steś zje­ba­ny!

Fu­ria, któ­ra od cza­su do cza­su przy­cho­dzi siać spu­sto­sze­nie w mo­jej psy­chi­ce, wła­śnie wy­god­nie roz­sia­da się w fo­te­lu i ob­ser­wu­je swo­je dzie­ło.

Wy­pro­wa­dzam cios za cio­sem. Moc­ne ude­rze­nia nie do­star­cza­ją mi jed­nak uko­je­nia. Rzu­cam w kąt ręka­wi­ce i chwy­tam za ci­ężar­ki, chcąc do­piec swo­je­mu or­ga­ni­zmo­wi, żeby zmęczo­ny za­pa­dł w sen, ale po­ty­kam się o je­den z han­tli. Chwie­ję się, wy­ma­chu­jąc ręka­mi, aby nie upa­ść. Wła­śnie wy­ko­na­łem kil­ka­dzie­si­ąt ude­rzeń, czym wy­pom­po­wa­łem z sie­bie ener­gię, więc chwi­lo­wo mnie oma­mi­ło. Upa­dam do tyłu, bo­kiem za­ha­cza­jąc o ła­wecz­kę. Na­prężo­ną skó­rą prze­su­wam po kan­cie, przez co ta pęka ni­czym cie­niut­ki pa­pier.

- Ja pier­do­lę, jesz­cze to - jęczę roz­dra­żnio­ny i wy­cho­dzę z si­łow­ni.

Od­ka­żam ranę i przy­kła­dam na chwi­lę kil­ka ga­zi­ków, by krew mo­gła wsi­ąk­nąć. Kie­dy uzna­ję, że mój umy­sł nie jest już za mgłą sza­le­ństwa, wsta­ję i wra­cam do sy­pial­ni.

Za­ci­skam moc­no po­wie­ki, sta­ra­jąc się po­móc so­bie jed­ną z kil­ku rad za­war­tych w ksi­ążce na te­mat pra­cy z trau­ma­mi.

Zre­lak­suj się, wy­rów­naj od­dech i myśl o czy­mś przy­jem­nym.

Uda­ło się.

Jesz­cze tyl­ko się zre­lak­su­ję, znaj­dę coś przy­jem­ne­go do my­śle­nia i mogę spać.

Wpa­trzo­ny w su­fit, za­sta­na­wiam się, jak by to było mieć ko­goś bli­skie­go. Oso­bę, któ­rej mó­głbym za­ufać, spędzać z nią wol­ne chwi­le. Od­dać jej swo­je ra­do­ści i tro­ski.

Ko­goś, kto mnie po­ko­cha.

Nie mój sta­tus, czy pi­ęk­ny dom.

Wzdy­cham roz­cza­ro­wa­ny.

Od dziec­ka ma­rzy­łem, żeby być w tym miej­scu, a te­raz?

Te­raz oka­zu­je się, że to nie jest szczęście.

Ow­szem, jest mi te­raz ła­twiej w ży­ciu. Lżej. Jed­nak za­sy­pia­nie ze świa­do­mo­ścią, że nie mam z kim tego dzie­lić, ście­ra uśmiech z mo­jej twa­rzy.

I może to nie są aku­rat te my­śli, ja­kich wy­ma­ga ode mnie ksi­ążka, ale po­ma­ga­ją. Wresz­cie za­sy­piam.

3. Maggie

Wcho­dzę ci­cho do miesz­ka­nia, sta­ra­jąc się nie obu­dzić przy­ja­ció­łki. Ca­mi­la rów­nież jest pie­lęgniar­ką i po­mi­mo tego, że ra­zem miesz­ka­my, na­sze gra­fi­ki są tak uło­żo­ne w tym mie­si­ącu, że prak­tycz­nie się nie wi­du­je­my.

Ja do­dat­ko­wo sie­dzę przy ma­mie w szpi­ta­lu, więc tu­taj przy­cho­dzę tyl­ko się umyć i prze­spać.

Nie­spo­dzie­wa­nie w kącie kuch­ni za­pa­la się lamp­ka.

- Cze­ka­łam.

- Chry­ste! Ca­mi­la! - Wy­stra­szo­na, przy­kła­dam dłoń do ser­ca. - Nie rób tak wi­ęcej! Chcesz, że­bym pa­dła na za­wał?!

- Nie po­zwo­li­ła­bym ci na to. - Gry­zie ko­lej­ny kęs dłu­gie­go żel­ka.

- Sta­ło się coś? - Rzu­cam to­reb­kę na krze­sło, po czym ści­ągam buty.

- Twój oj­ciec tu­taj był.

Za­mie­ram z dło­nią na gu­zi­ku swe­tra.

- Cze­go chciał?

- Nie po­wie­dział. Mó­wił tyl­ko, że nie od­bie­rasz te­le­fo­nu, a on ma spra­wę nie­cier­pi­ącą zwło­ki.

Bez sło­wa opusz­czam gło­wę. Wkła­dam mi­ęk­kie, ró­żo­we, pu­cho­we kap­cie i po­zba­wio­na ener­gii sunę do kuch­ni. Sia­dam przy oknie i tępo wpa­tru­ję się w oświe­tlo­ne mia­stecz­ko.

- Mag­gie, po­roz­ma­wiaj ze mną. - Ca­mi­la przy­su­wa swo­je krze­sło i sia­da obok. - Nie za­my­kaj się.

Wzdy­cham, bo nie wiem, co po­wie­dzieć. Pod po­wie­ka­mi już zbie­ra­ją się łzy, go­to­we po­grążyć moją twarz w smut­ku.

- Wiesz, że nie mu­sisz się z nim wi­dy­wać.

- Se­rio w to wie­rzysz, Cami? - Kręcę gło­wą zre­zy­gno­wa­na. - Wiesz, jaki on jest. Nie może zła­mać na­szej umo­wy, a tak się sta­nie, je­śli się do nie­go nie ode­zwę.

- Nic nie je­steś mu win­na.

- Wiem, ale on tego tak nie od­bie­ra. Co gor­sza... Będzie chciał wi­ęcej.

Przy­ja­ció­łka mil­czy, a ja wy­ci­ągam te­le­fon i wy­bie­ram nu­mer ojca. Chcę mieć to jak naj­szyb­ciej za sobą.

Kie­dy nie od­bie­ra po trze­cim sy­gna­le, już chcę się roz­łączyć, ale mnie za­ska­ku­je.

- Wresz­cie. - Sa­pie do słu­chaw­ki, a ja nie chcę się za­sta­na­wiać, czy ćwi­czył, czy być może ko­lej­ny raz zdra­dzał mamę i mu­siał prze­rwać pie­prze­nie, żeby ode­brać.

Za­kła­dam, że to dru­gie.

- Po­dob­no mnie szu­ka­łeś.

- Gdy­byś od­bie­ra­ła te­le­fon, nie mu­sia­łbym się fa­ty­go­wać.

- Pra­cu­ję, a pó­źniej je­stem z mamą. Gdy­byś tam przy­cho­dził, wi­dy­wa­łbyś mnie często. - Za­ci­skam dłoń w pi­ęść, kie­dy mu to mó­wię.

Ni­g­dy mu nie wy­ba­czę.

- Nie py­skuj, Mag­gie.

Milk­nę, bo wiem, że ta ostrze­gaw­cza nuta nie po­ja­wi­ła się bez przy­czy­ny.

- Jest pro­blem. - Wzdy­cha do słu­chaw­ki. - An­gus tęsk­ni.

Mam w du­pie An­gu­sa. Nie­na­wi­dzę su­kin­sy­na.

- Nie jest ma­łym dziec­kiem, niech so­bie znaj­dzie roz­ryw­kę.

- Mag­gie, od­no­szę wra­że­nie, że za­czy­nasz się sta­wiać. - Stu­dzi mój za­pał do wy­zna­cza­nia wła­snych gra­nic. - Mam ci przy­po­mnieć, jak po­win­naś się za­cho­wy­wać?

Ser­ce bije mi jak sza­lo­ne, cho­ciaż nie wy­ko­nu­ję żad­ne­go ru­chu.

Usły­sza­łam tyl­ko gro­źby. Ci­chą obiet­ni­cę tego, do cze­go oj­ciec jest zdol­ny.

- Chy­ba so­bie przy­po­mnia­łaś. - Kpi­ący ton spra­wia, że żo­łądek pod­cho­dzi mi do gar­dła. - Wra­ca­jąc do An­gu­sa... Chce, że­byś z nim za­miesz­ka­ła.

Prze­ły­kam śli­nę, wy­stra­szo­na.

- Do­brze wiesz, jak się uma­wia­li­śmy. Miesz­ka­my osob­no. - Mój głos mnie zdra­dza. Oj­ciec wie, że wy­grał.

Je­stem sła­ba.

Nie po­tra­fię się po­sta­wić.

- Cza­sy się zmie­nia­ją. Lu­dzie się zmie­nia­ją.

Nie. Ty się nie zmie­niasz.

- Ni­g­dzie nie idę. Zo­sta­ję tu­taj. Sama pła­cę za miesz­ka­nie. Nie mo­żesz mi ukła­dać ży­cia. Wy­star­czy, że zgo­dzi­łam się być z An­gu­sem.

Nie chcia­łam wi­ązać się z tym po­pier­do­lo­nym ko­le­siem. Jest nie­ma­lże taki jak mój oj­ciec. Eks­cy­tu­ją go wal­ki, prze­moc i brak sza­cun­ku do dru­giej oso­by. My­śli, że jest pęp­kiem świa­ta i ka­żdy ma być na jego za­wo­ła­nie.

Poza tym... boję się go.

Oj­ciec wy­mu­sił na mnie ten zwi­ązek szan­ta­żem.

Pie­przo­ny typ robi, co chce, lu­dzie cier­pią, a jemu wszyst­ko ucho­dzi pła­zem.

- Je­steś jego ko­bie­tą, Mag­gie. - Cier­pli­wo­ść ojca chy­ba wła­śnie wy­pa­ro­wa­ła. - J e g o ko­bie­tą - pod­kre­śla, żeby do­ta­rło do mnie, że się nie li­czę. Je­stem tyl­ko czy­jąś wła­sno­ścią. Kimś, kogo so­bie wzi­ął w za­mian za po­życz­kę.

- Po­trze­bu­ję cza­su - wy­du­szam z sie­bie i szyb­ko się roz­łączam.

Łzy spły­wa­ją po mo­ich po­licz­kach, a Cami przy­tu­la mnie do sie­bie.

- Sły­sza­łam - szep­cze, ko­jąco głasz­cząc mnie po gło­wie.

- Nie mogę...

- Rzuć kre­ty­na.

- Nie mogę. Wiesz, że nie mogę.

- Mag­gie, oni cię wy­ko­ńczą. Już je­steś wra­kiem...

- Ale mama - prze­ry­wam jej, wy­cie­ra­jąc nos wierz­chem dło­ni. - Ona bez tych pie­ni­ędzy umrze.

- Cho­ler­ny su­kin­syn. Że też na ta­kich nie ma ja­kie­goś spo­so­bu. Mają kasę i my­ślą, że są bo­ga­mi.

Kie­dyś wi­dzia­łam krót­ki fil­mik z udzia­łem lu­dzi ze świa­ta bok­su. Ojcu przy­pi­sa­no łat­kę Ha­de­sa. Zga­dzam się z tym. Mój oj­ciec jest bez­względ­nym dra­niem, któ­ry nie przej­mu­je się two­ją du­szą. Wa­żne dla nie­go jest to, by na­le­ża­ła do nie­go. Sie­dzi w tym swo­im pod­zie­miu i szko­li mężczyzn na ta­kich skur­wy­sy­nów jak on. Tyl­ko lu­dzie po­pie­prze­ni mogą wi­dzieć w nim ido­la.

I taki wła­śnie jest An­gus.

Wy­bra­nek Ha­de­sa. Naj­le­piej za­po­wia­da­jący się bok­ser w jego dru­ży­nie. Dla­te­go oj­ciec wcho­dzi mu w dupę.

An­gus chce sa­mo­cho­du? Nie ma pro­ble­mu.

An­gus chce Mag­gie? Żad­ne­go. Kur­wa. Pro­ble­mu.

Wszyst­ko, by­le­by jego przy­szły na­stęp­ca chciał z nim tre­no­wać i wy­grał mi­strzo­stwa kra­jo­we.

- A nie mo­żesz po pro­stu uciec? Wy­je­chać do­kądś? - Cami pod­su­wa mi po­my­sł, któ­ry roz­wa­ża­łam już mi­lio­ny razy, ale za­wsze ko­ńczy się tym, że mama zo­sta­nie bez opie­ki.

- On mnie znaj­dzie. Ode­tnie mamę od kasy...

- Wy­da­je mi się, że tego nie zro­bi.

Par­skam.

- Cami, to ja z nim miesz­ka­łam całe ży­cie. Wiem, do cze­go jest zdol­ny.

- Je­że­li mogę ci ja­koś po­móc...

- Już wy­star­cza­jąco dużo dla mnie ro­bisz - szep­czę, pa­trząc w jej nie­bie­skie tęczów­ki. - Idź spać, rano mu­sisz wstać.

- Tak samo, jak ty. Nie za­dręczaj się za dłu­go, do­brze? - Kle­pie mnie po ple­cach, po czym wsta­je z krze­sła. - W pie­kar­ni­ku zo­sta­wi­łam ci ka­wa­łek la­sa­gne.

- Dzi­ęku­ję. - Po­sy­łam jej uśmiech pe­łen wdzi­ęcz­no­ści.

Przy­ja­ció­łka wy­cho­dzi z kuch­ni, a ja pod­ci­ągam ko­la­na pod bro­dę i pa­trzę w okno.

Mogę przedłu­żać i uda­wać w nie­sko­ńczo­no­ść, że my­ślę nad pro­po­zy­cją ojca, ale wiem, że i tak zgo­dzę się na jego wa­run­ki.

Bła­gam, mamo, obu­dź się.

4. Hayden

Wy­ci­skam z sie­bie siód­me poty, bie­ga­jąc po mia­stecz­ku. Nie chcia­łem żyć w cen­trum. Obrze­ża to ide­al­ne miej­sce dla lu­dzi, któ­rzy nie za­mie­rza­ją żyć w bla­sku fle­szy.

Tyle że w moim przy­pad­ku ta za­sa­da zu­pe­łnie się nie spraw­dza. Będąc obec­nie naj­lep­szym bok­se­rem w kra­ju, trud­no unik­nąć pa­pa­raz­zi. Wi­dzę, jak je­den robi mi zdjęcie, ale bez wi­ęk­sze­go prze­ko­na­nia. Inni na­wet nie pod­no­szą apa­ra­tu. Wzi­ąłem się na spo­sób i za­ku­pi­łem kil­ka ze­sta­wów tych sa­mych ubrań oraz stro­jów spor­to­wych, a te­raz wkła­dam je co­dzien­nie. Ja wiem, że są świe­że, wy­pra­ne, jed­nak lu­dzie nie mają po­jęcia, że to ro­bię, a pa­pa­raz­zi prze­sta­li się mną in­te­re­so­wać, bo prze­cież nie będą wrzu­ca­li tych sa­mych fo­tek. Kto im uwie­rzy, że bie­ga­łem w tym stro­ju dzi­siej­sze­go po­ran­ka, sko­ro zdjęcie mnie w tym sa­mym ubra­niu wi­dzie­li w ga­ze­cie dwa dni temu?

Od­grze­wa­ny ko­tlet. Sprze­daż spa­da.

Mu­szą za­tem zmie­nić obiekt wes­tchnień, bo ja im no­wi­nek nie dam.

Zer­kam na ze­ga­rek.

- Cho­le­ra, już szó­sta.

Obie­ram kie­ru­nek w stro­nę po­bli­skiej ka­wiar­ni, za­nim moc­no spó­źnio­ny wpad­nę na roz­mo­wę z Fe­li­xem.

Uwiel­biam w po­ran­kach to, że kie­dy ja już dzia­łam, mia­sto do­pie­ro bu­dzi się do ży­cia. Zgar­niam naj­pi­ęk­niej­sze wscho­dy sło­ńca oraz naj­smacz­niej­sze bu­łecz­ki.

Otwie­ram drzwi i zmie­rzam do sprze­daw­cy. Gdy je­stem już bli­sko lady, pew­na ko­bie­ta się od­wra­ca i wpa­da pro­sto na mnie, wy­le­wa­jąc go­rącą kawę na moją ko­szul­kę.

- Cho­le­ra! - uno­szę głos, bo czu­ję pie­cze­nie na klat­ce pier­sio­wej.

- Szyb­ko, ści­ągaj ubra­nie! - Dziew­czy­na nie­po­rad­nie pró­bu­je ze­drzeć ze mnie pod­ko­szu­lek.

Chwy­tam ją za dło­nie i ci­ągnę za sobą w stro­nę naj­mniej rzu­ca­jące­go się w oczy kąta ka­wiar­ni. Nie chcę, by ja­kiś pi­smak miał po­żyw­kę.

Ści­ągam T-shirt, a nie­zna­jo­ma blon­dyn­ka za­czy­na śle­dzić wzro­kiem moje cia­ło.

- Ga­moń, stra­ci­łam czas - bur­czy i od­cho­dzi.

Je­stem oszo­ło­mio­ny. Pa­trzę, jak jej ku­cyk ner­wo­wo pod­ska­ku­je, gdy ona sta­wia ener­gicz­nie kro­ki. Wy­la­ła na mnie wrzątek i ucie­kła. Wpa­tru­ję się w nią, kie­dy mówi coś do sprze­daw­cy. Ten kiwa gło­wą, a na­stęp­nie po­da­je jej ku­bek z wodą i ja­kąś szmat­kę.

Dziew­czy­na wra­ca, a ja mogę po­dzi­wiać, jaka jest pi­ęk­na.

Bo na­praw­dę jest. Ma duże, nie­bie­skie oczy oka­la­ne mi­lio­nem rzęs, usta w kszta­łcie ser­ca i nie­dłu­gie blond wło­sy. Wy­gląda ni­czym naj­dro­ższa w skle­pie lal­ka, a przy tym jest ca­łko­wi­cie na­tu­ral­na.

Kie­dy pod­cho­dzi bli­żej, zy­sku­ję pew­no­ść.

Nie ma na­wet gra­ma ma­ki­ja­żu. Tyl­ko ten czar­ny tusz na rzęsach.

- Uma­rłem - szep­czę, a ona pa­trzy na mnie gniew­nie.

- Nie. Ale za­bra­łeś cen­ny czas, bo mo­głam od razu za­jąć się opa­rze­niem, za­miast cho­wać się z tobą po kątach, lo­we­la­sie.

Par­skam na to okre­śle­nie.

- Prze­pra­szam.

W su­mie sam nie wiem, za co.

- Nie. To ja prze­pra­szam. Nie za­uwa­ży­łam cię - bur­czy, opa­tru­jąc moją ranę.

- Będę żył, to nic wiel­kie­go.

- Ze­psu­łam, na­pra­wiam.

Na­dal na mnie nie pa­trzy, a szko­da. Chcę znów spoj­rzeć w to wzbu­rzo­ne nie­bo w jej tęczów­kach.

- Masz do tego rękę - mó­wię z uzna­niem, kie­dy jej pal­ce zwin­nie zaj­mu­ją się opa­rze­niem. Przy­kła­da na­sączo­ną zim­ną wodą szmat­kę nie­ma­lże z czu­ło­ścią.

Nie od­po­wia­da. Po­dzi­wia efekt swo­jej pra­cy, a na­stęp­nie wy­da­je za­le­ce­nia:

- Je­steś w sta­nie ku­pić so­bie maść? Od­dam ci kasę. - Mó­wi­ąc to, grze­bie w port­mo­net­ce.

Ręką na­kry­wam jej drob­ną dłoń, aż dziew­czy­na nie­ru­cho­mie­je.

- Jak się na­zy­wasz?

- To nie jest ci po­trzeb­ne do dba­nia o tę ranę - zby­wa mnie, ale nie po­zwa­lam, by za­bra­ła dłoń, aż w ko­ńcu uno­si spoj­rze­nie. Jej wzrok na chwi­lę ła­god­nie­je, cho­ciaż wy­da­je mi się, że kry­je ogrom smut­ku.

Ale tyl­ko na chwi­lę, bo za­raz wra­ca nie­chęć do mnie.

- Za­trzy­maj pie­ni­ądze - od­po­wia­dam, wy­ci­ska­jąc ko­szul­kę i znów ją na sie­bie za­kła­dam. Jak wyj­dę stąd bez niej, na­głów­ki będą epic­kie.

- Jesz­cze raz prze­pra­szam. - Cho­wa port­fel do tor­by.

- Cho­dź, od­ku­pię ci kawę.

- Ty nie...

- Pro­szę. - Ci­cho wy­po­wie­dzia­ne sło­wo zwra­ca jej uwa­gę. - Zrzuć na chwi­lę zbro­ję i po­zwól so­bie ku­pić kawę.

Przy­gląda mi się ba­daw­czo, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć.

- Okej. - Wy­pusz­cza w ko­ńcu wstrzy­my­wa­ne w płu­cach po­wie­trze.

Bez sło­wa pod­cho­dzi­my do kasy, ale ja nie po­tra­fię ode­rwać od dziew­czy­ny wzro­ku.

- Ta sama kawa, któ­rą roz­la­li­śmy, do tego... - Od­wra­cam się do nie­zna­jo­mej. - Masz aler­gię na ja­go­dy?

- Nie.

- Na­biał, glu­ten...

- Nie mam żad­nych uczu­leń.

- I jesz­cze sze­ść ja­go­dzia­nek na wy­nos. Dwie za­pa­ko­wa­ne od­dziel­nie. - Ko­ńczę skła­dać za­mó­wie­nie, przy­kła­dam te­le­fon do ter­mi­na­lu i pła­cę.

Kie­dy za­mó­wie­nie zo­sta­je mi wy­da­ne, po­da­ję kawę i dwa wy­pie­ki blon­dyn­ce.

- Do kawy - tłu­ma­czę, kie­dy pa­trzy na pa­ku­nek.

- Nie mu­sia­łeś - duka, onie­śmie­lo­na, mru­ga­jąc wiel­ki­mi ocza­mi.

- Ale chcia­łem.

- Nie zjem dwóch. - Po tych sło­wach po raz pierw­szy po­sy­ła mi de­li­kat­ny, pra­wie nie­wi­docz­ny uśmiech.

- Wi­dzisz, gdy­bym ci się spodo­bał, po­wie­dzia­ła­byś: "Dzi­ęku­ję, ale nie zjem dwóch. Będziesz mu­siał po­móc mi je zje­ść". - żar­tu­ję, scho­dząc z dro­gi klien­tom, któ­rzy wła­śnie we­szli do środ­ka.

- Nie rób so­bie na­dziei. - Kręci gło­wą, po­sta­na­wia­jąc mnie wy­mi­nąć. - Idź, bo two­je pie­czy­wo wy­sty­gnie, za­nim zdążysz za­nie­ść je tej, któ­ra na nie cze­ka.

Czy­żbym wy­czuł nut­kę uszczy­pli­wo­ści?

- Sam je zjem.

- Ja­sne.

- Nie wie­rzysz mi? - Do­ga­niam ją, gdy zmie­rza ku drzwiom. Otwie­ram je i po­zwa­lam jej wy­jść.

- Fa­ce­ci nie po­tra­fią być z jed­ną ko­bie­tą.

- Dla­cze­go?

- Nie wiem, ty mi po­wiedz. Ty je­steś fa­ce­tem. - Dźga mnie pi­ąst­ką za­ci­śni­ętą na to­reb­ce z ja­go­dzian­ka­mi.

- Ale nie wiem, o co ci cho­dzi. Nie mam ko­bie­ty, tyl­ko tre­ne­ra.

- Dziw­ny gust, jed­nak to two­je ży­cie - fuka i się od­da­la.

Nie po­zwa­lam jej na to. Pędzę za nią i za­sta­wiam dro­gę swo­im cia­łem.

- Nie sy­piam z tre­ne­rem. - Od­chy­lam gło­wę, ura­żo­ny, jak­by dała mi z li­ścia.

- Dla­cze­go tak bar­dzo ob­cho­dzi cię to, co my­ślę? - Gniew­nie marsz­czy brwi.

- Nie wiem. - Dra­pię się nie­zręcz­nie po gło­wie. - Kie­dy za­częli­śmy się kłó­cić?

- Nie kłó­ci­my się.

- Aha, mo­że­my od­ha­czyć na­szą pierw­szą sprzecz­kę. Co będzie ko­lej­ne?

Uno­si brwi wy­so­ko, jak­by nie wie­rzy­ła wła­snym uszom.

- Może dasz mi spo­kój?

Pro­stu­ję się, bo ona ewi­dent­nie nie chce mieć ze mną nic do czy­nie­nia. To miła od­mia­na po wszyst­kich ko­bie­tach, któ­re zwy­kle są mną za­in­te­re­so­wa­ne.

- W po­rząd­ku. Dzi­ęku­ję, że opa­trzy­łaś moją ranę.

- Nie ma za co. Prze­pra­szam, że wy­la­łam na cie­bie wrzątek.

- Do wi­dze­nia.

- Do wi­dze­nia - od­po­wia­da, ale ni­g­dzie nie idzie, a prze­cież wła­śnie tego chcia­ła. - Nie czu­łaś iskry, cho­ciaż we­dług mnie ci­ągle wo­kół nas trza­ska­ją. - Jak głu­pi sta­ram się ci­ągnąć roz­mo­wę.

- Nie ma żad­nej iskry. - Za­prze­cza ru­chem gło­wy.

- Nie chcesz jej po­czuć. Cze­go się bo­isz?

Chy­ba wła­śnie tym py­ta­niem tra­fiam. Ona cze­goś się boi, dla­te­go od­gra­dza się mu­rem i usi­łu­je być nie­do­stęp­na.

- Ni­cze­go. Je­steś bez­czel­ny.

O, tego jesz­cze nie sły­sza­łem.

- Znów się kłó­ci­my.

- Nie. Idź stąd. - Tu­pie nogą ni­czym mała dziew­czyn­ka.

Jest do­praw­dy uro­cza.

Milk­nie­my i wpa­tru­je­my się w sie­bie. Ja, ocza­mi pe­łny­mi fa­scy­na­cji, a ona - z ogni­ka­mi w nie­bie­skich tęczów­kach.

Za­ci­ska usta, ale wresz­cie nie wy­trzy­mu­je i stwier­dza:

- Nie in­te­re­su­ją mnie mężczy­źni.

- Ależ za­zdrosz­czę two­jej dziew­czy­nie.

- Co? - Marsz­czy brwi. - Nie! Źle mnie zro­zu­mia­łeś! - Jej oczy ro­bią się wiel­kie jak spodki, kie­dy do­cie­ra do niej, jak od­czy­ta­łem tę wy­po­wie­dź. - Nie spo­ty­kam się z ko­bie­ta­mi, ale nie spo­ty­kam się też z mężczy­zna­mi. Zwy­czaj­nie lu­bię być sama.

- Dla­cze­go tak bar­dzo ob­cho­dzi cię to, co my­ślę? - cy­tu­ję jej py­ta­nie.

Otwie­ra usta, lecz gdy nie wie, jak mi od­po­wie­dzieć, za­my­ka je i znów gniew­nie mie­rzy mnie spoj­rze­niem.

To nie­sa­mo­wi­te, że taka mała, uro­cza ko­biet­ka może kryć w so­bie tyle agre­sji.

- Ra­cja. Mam to gdzieś. Od­suń się.

Wi­dząc, że nic nie będzie z na­szej chwi­lo­wej zna­jo­mo­ści, scho­dzę dziew­czy­nie z dro­gi i pa­trzę, jak od­cho­dzi, na­wet się nie ogląda­jąc.

Je­stem nią za­in­try­go­wa­ny. Ni­g­dy nie spo­tka­łem tak tem­pe­ra­ment­nej, a za­ra­zem tak de­li­kat­nej ko­bie­ty.

I te oczy.

Mó­głbym w nie pa­trzeć go­dzi­na­mi. Po­zwo­li­łbym, by błękit jej tęczó­wek po­chło­nął mnie w swo­je od­męty.

Za­miast tego pa­trzę, jak nie­zna­jo­ma zni­ka za za­krętem.