- Mocniej. Z lewej uciekła ci garda. - Felix wypluwa z siebie instrukcje, a ja niczym dobrze naoliwiona maszyna wykonuję kolejne sekwencje.
Pot spływa mi po czole.
Po innych częściach ciała również.
Wykonuję uderzenie za uderzeniem. Praca nóg jest dzisiaj wyjątkowo intensywna. Czuję, jak moje mięśnie płoną.
- Przerwa! - Mężczyzna odsuwa się ode mnie, a następnie rusza w kierunku lin. Chwyta butelki z wodą i jedną rzuca w moją stronę.
- Coraz częściej potrzebujesz przerw, staruszku. - Śmieję się, a trener przeszywa mnie morderczym spojrzeniem.
Felix jest dla mnie jak ojciec, którego zawsze pragnąłem mieć. Znalazł mnie w największym dołku mojego życia, przygarnął, nakarmił, dał kąt do spania. Trenował i kazał mi uwierzyć w siebie. Do końca życia nie spłacę długu, który mam wobec niego.
- Komuś tutaj woda sodowa uderza do głowy? - Zakłada ramiona na piersi. - Zobaczymy, jak ty będziesz wyglądał w wieku czterdziestu trzech lat.
- Na pewno okażę się przystojniejszy od ciebie. - Mrugam do niego niczym zakochana nastolatka, a on się śmieje, kręcąc głową.
- Och, nie na darmo dali ci przydomek Herkules.
- Kto by pomyślał, że jeden zmontowany filmik może się tak wybić. - Siadam w kącie na ringu i opieram głowę o słupek.
Pewnego dnia w moje ręce trafiło nagranie zmontowane przez dziewczynę ze szkoły filmowej. Miała wykonać jakiś projekt na zajęcia, więc postanowiła, że skupi się na boksie. Według niej ten sport ma najwięcej do przekazania, chociaż podczas walki wypowiada się najmniej słów.
Film zaczynał się od slajdu z wielkim napisem: BOGOWIE SĄ WŚRÓD NAS. Zaciekawiony kliknąłem "start" i się zaczęło...
Na pierwszym planie byłem ja. Opowiedziała o mojej urodzie, osiągnięciach i niebywałej sile, nazywała mnie współczesnym Herkulesem. Płynnie przeszła do prezentacji Felixa - jemu nadała przydomek Filoktet - do którego się zwróciłem, by pomógł mi w szkoleniu.
Zwinnie operowała mitologią grecką.
Kiedy jednak myślałem, że to wszystko to tylko zwykłe porównania, na dalszym ciągu nagrania pojawił się Hugo z pseudonimem Hades. Pomijając fakt, że ksywa pochodziła od nazwy jego klubu bokserskiego, on w rzeczywistości rządził tym światem. W swoich podziemiach szkolił nowe legendy, grał nieczysto. I nikt go nie ruszał. Każdy czuł strach przed jego pieniędzmi i znajomościami. Oferował mi miejsce w swoich szeregach, ale odmówiłem. Nie chcę mieć z tymi typami nic wspólnego.
Filmik kończył się kilkusekundowym przedstawieniem nowego ucznia Huga, Angusa, którego nazwała Aresem.
Kiedy skończyłem oglądać to amatorskie sklejenie kafelków, doszedłem do pewnej konkluzji. Dziewczyna miała rację. Wszystko, o czym opowiedziała, było prawdą. Każdemu z nas idealnie dobrała boskiego odpowiednika.
- Masz minę, jakby ci pies nasrał na wycieraczkę. - Felix podchodzi do mnie, po czym wyciąga dłoń, by pomóc mi wstać.
- Przypomniałem sobie emocje, które towarzyszyły mi podczas pierwszego oglądania tego filmiku.
- Widziałem niedawno informację, że ta laska dostała pracę w marketingu działu sportowego.
- Może i kosztem naszego życia zawodowego, ale zasłużone.
- Poza tym łatka Aresa służy Angusowi. - Na wzmiankę o tym mężczyźnie aż nadstawiam uszu.
- Co masz na myśli?
- Straszny z niego awanturnik. Ponoć najlepszy w podziemiu Hadesa. Zero moralności.
- Tacy ludzie są chorzy na punkcie tego, co robią. Wszędzie widzą walkę, krew i mają potrzebę udowodnienia, że są najlepsi. - Wzdycham, przechodząc pod linami.
Zabieram z parapetu telefon, a Felix dodaje z powagą:
- Wiesz co, Hayden? Podoba mi się postać Herkulesa. Proszę, nie zhańb swojego człowieczeństwa.
I to jest właśnie jedna z wielu cech, które szanuję w Felixie. To między innymi dlatego wybrałem jego, a nie Hadesa.
- Postaram się nie przynieść ci wstydu. - Celuję w niego palcem, uśmiechając się szeroko, i ruszam do szatni wziąć prysznic.
Trener jest jedyną osobą na świecie, której w życiu umyślnie bym nie zranił. Jest moim opiekunem. Mógł mnie kopnąć w dupę, ale tego nie zrobił.
I właśnie za ten kawałek człowieczeństwa, który mi okazał, należy mu się szacunek.
Maggie
- Maggie, czy możesz podejść na oddział dziecięcy? - Pani Helen zatrzymuje mnie na korytarzu.
Odkładam leki na wózek, po czym zaczynam pchać go przed siebie.
- Oczywiście.
- Gracie musiała biec do małej pacjentki spod czwórki, a Maks potrzebuje leku.
- Już biegnę. - Zostawiam wózek z lekami w salce personelu, a następnie ściągam z siebie kitel i myję ręce.
Wychodzę z naszego oddziału i ruszam na piętro. Czasami maluchy potrzebują więcej uwagi i wtedy wzywają nas. Trudne są dla mnie chwile na oddziale dziecięcym, bo za każdym razem kraje mi się serce, kiedy widzę cierpiące dzieci.
Maluchy, którym choroby odbierają dzieciństwo.
Wpisuję kod na panelu dostępu, po czym otwieram drzwi. W pokoju dla pielęgniarek przebieram się w różowo-niebieski fartuszek, zakładam maseczkę z małymi lwami i idę do sali numer sześć.
- Witaj, Maks. - Ze spokojem witam się z nim, a następnie kiwam głową w stronę jego mamy. - Jak ma się dziś mój mały wojownik?
Chłopiec unosi dłonie w rękawicach bokserskich.
- Wykonałem mały trening, pani Maggie, i trochę opadłem z sił. Potrzebuję wzmocnienia.
Dobrze, że mam na twarzy maseczkę. Przynajmniej nie widać, jak drżą mi wargi, kiedy próbuję się nie popłakać.
Maks to jedyny bokser, którego jest w stanie zaakceptować moje serce.
Normalnie nienawidzę ludzi uprawiających ten sport. Co wieczór modlę się o zdrowie dzieciaków. O to, by Maks pokonał chorobę i kiedyś został znanym bokserem, zdolnym przełamać stereotyp o wielkich, silnych i kochających ból istotach.
- W takim razie zaraz cię wzmocnimy - chrypię, zakładając woreczek z kroplówką na stojak. - Podasz rączkę, bym mogła dostać się do wenflonu?
Maks wyciąga w moim kierunku bladą dłoń. Aplikuję farmaceutyk, a następnie wymieniam z pacjentem kilka uprzejmości i wracam na swój oddział.
- Siostro Maggie, kiedy przyjdzie doktor Ronald? - Staruszka Hazel zadaje mi to pytanie już drugi raz dzisiejszego dnia.
- Nie było go jeszcze? - Dziwię się, patrząc na zegarek.
- Och, pojawił się na porannym obchodzie. Pytam o kolejny raz.
Zaczynam chichotać. Pani Hazel dostała obsesji na punkcie doktora Ronalda.
- Myślę, że jest pani w tak wyśmienitej formie, że lekarz bez obaw mógł się zająć pozostałymi pacjentami. - Mierzę jej temperaturę i ciśnienie, po czym zapisuję to w jej karcie.
Staruszka ma już siedemdziesiąt dwa lata, ale trzyma się naprawdę dobrze. Doktor Ronald ma czterdzieści siedem lat. Mógłby być jej synem.
- To jego zasługa. W życiu nikt tak szybko, jak on, nie postawiłby mnie na nogi.
- A to z pewnością, pani Hazel. - Śmieję się, przypominając sobie umizgi czarnoskórej kobiety w kierunku naszego doktora.
- Sama wiesz, jak to jest, prawda? - Puszcza mi oko, a mnie aż ręce drętwieją na samą myśl. - Ta iskra, która się pojawia. Coś pięknego. - Wzdycha rozmarzona, a ja po cichu opuszczam jej pokój.
Opieram się plecami o ścianę i zamykam oczy.
Nie czuję żadnej iskry.
Towarzyszą mi jedynie wstręt i żal.
Mam chorobliwe obrzydzenie do mężczyzn.
Ocieram nos wierzchem dłoni, bo nawet nie zauważyłam, że zaczęłam ronić łzy. Zegarek na mojej ręce wskazuje czternastą. Roztrzęsiona wchodzę do pokoju pielęgniarek, ściągam fartuszek, po czym łapię torebkę i biegnę do mamy.
Biorę kilka głębszych oddechów, a następnie wchodzę do jej pokoju.
- Cześć, mamo - szepczę, jakbym się bała ją obudzić.
Chociaż naprawdę tego pragnę.
Żeby się obudziła.
Siadam na krześle obok łóżka i biorę w dłonie szczupłe palce kobiety.
- Czekam, aż się obudzisz i będziemy mogły uciec. - Nadal mówię ściszonym głosem, bojąc się, że ściany mogłyby coś przekazać niewłaściwym ludziom.
- Hej, Maggie. - Do sali wchodzi Heidi, jedna z pielęgniarek na tym oddziale. - Właśnie przyszłam zmienić twojej mamie pościel.
- Ja to zrobię. - Ochoczo przejmuję od niej materiały.
- Poza tobą nikt jej nie odwiedza - wypowiada na głos prawdę, którą staram się od siebie odsuwać.
- Nikogo nie ma poza mną - odpowiadam, nie patrząc na nią.
Ojciec nigdy tutaj nie zagląda. On już zaczął żyć nowym życiem. Nigdy nas nie kochał. Dla niego liczy się tylko kariera.
Nienawidzę go.
Heidi milczy, chociaż wie, że kłamię.
A może nie kłamię? Przecież zdaję sobie sprawę, jaki jest mój ojciec.
Zaciągam świeżą poszewkę na kołdrę, a pielęgniarka przed opuszczeniem pomieszczenia zatrzymuje się w drzwiach i mówi:
- Patrząc na ciebie, śmiem twierdzić, że jesteś wszystkim, Maggie. Sztuczny tłum by jej nie służył.
Kiedy drzwi się za nią zamykają, opieram się o ramę łóżka, wypuszczając powietrze z płuc. Opadam z sił, ale nie mogę się poddać. Powinnam trwać przy mamie, dopóki się nie obudzi, a później...
Opracuję plan ucieczki.